DALAJ LAMA I GWIAZDY

.

Tybet zderza się z Ameryką, naiwność przenika z mądrością, cynizm ze szlachetnością, dolary z idealizmem, pragmatyzm z metafizyką… Paradoksy współczesnego świata bez granic – skutek rewolucji elektronicznej i informatycznej – rewolucji w mediach w epoce satelitarnego przekazu.
Czy znoszą się naturalne podziały? Czy łamią bariery? Czy może spełnić się utopia jedności? Dwa krańcowo odmienne światy usiłują siebie nawzajem zrozumieć. Efekt? Czasami wydaje im się, że się zrozumiały, ale jeszcze częściej – udają, że się zrozumiały.

.

.

Letnia niedziela, chicagowska Medinah Temple.* Tłumy ludzi. Mały, krępy Azjata w narzuconej na nagie ciało mnisiej szacie. Dalajlama. Duchowy przywódca milionów Tybetańczyków, narodu od ponad 50 lat pozbawionego praw do samostanowienia. Dalajlama to bardziej tytuł niż imię. Od wieków noszą go ci, których Tybet uważa za swą busolę, wyrocznię – moralny i duchowy autorytet. Człowiekowi obecnemu w Medinah Temple nadano taką władzę i atrybuty, kiedy był jeszcze dzieckiem. Gdy miał dwa lata uznano, iż jest on 14-tą reinkarnacją świętego męża, który żył w zamierzchłych czasach. Wobec tego, może się ktoś zapytać, nie stroniąc od żartu – kto otrzymał Nagrodę Nobla?

greydot

„Chicago Tribune” przygotowała dla Dalajlamy pytania i dostarczyła mu je w pisemnej formie. Z misją odnotowania odpowiedzi wysłano jednego z profesorów Uniwersytetu Columbia zajmującego się buddyzmem tybetańskim.
Żałuję, że autorem pytań nie był profesor Columbii. Niestety, popularna gazeta postanowiła popisać się sama i tym sposobem azjatycki mędrzec został skonfrontowany z takimi oto pytaniami: „Co sprawia, że jest Pan szczęśliwy?” lub „Czy pamięta Pan swoje wcześniejsze wcielenia?”
Niemądre pytania najlepiej byłoby zignorować, a jeśli już ktoś czuje się zobligowany do odpowiedzi na nie, to należy się pilnować aby nie zniżyć się do ich poziomu i nie sięgnąć dna. Innymi słowy, należy się bronić przed udzieleniem niemądrej odpowiedzi na głupie pytanie, które do tego właściwie prowokuje.

Dalajlama jest ukontentowany tym co ma dzięki nauce Buddy. To ona sprawia, że mniej obawia się on o siebie, niż o innych. To ona daje mu spokój ducha i nadzieję. Naturalnie, nie może być zadowolony z położenia w jakim znajdują się miliony jego rodaków. Zbyt wiele cierpią z powodu chińskiej opresji.
Nie uważa, że życie mnicha jest trudne. O wiele cięższe byłoby dla niego wtedy, gdyby miał rodzinę – te wszystkie obowiązki! Wielka i ciężka jest natomiast odpowiedzialność Dalajlamy.
Nie bardzo wątpił w to, że jest wcieleniem świętego starożytnego męża. Kiedy był małym chłopcem wybrał się z pielgrzymką do Lhasy odległej o tysiąc mil. Pamięta, że odnaleźli go ludzie, których znał z przeszłych żywotów. Później już tego dobrze tego nie pamiętał. Ale też zbytnio nie wątpił. Zresztą, o wiele ważniejsze jest to, jak dobrze wypełnia się swoje obowiązki w doczesnym życiu.
Buddyści z zasady nie mówią o czymś takim, jak swoje poprzednie wcielenia. Jeżeli praktykuje się medytację buddyjską, to oczywiście łatwo jest wtedy sobie przypomnieć pewne wydarzenia, które miały miejsce w czasie poprzednich wcieleń. Ale mnich nie powinien tego wykorzystywać dla zdobycia władzy, czy prestiżu, by osiągnąć moc. Szczególnie wtedy, gdy… jej nie posiada. Dalajlama jest jednak pewny („pretty sure”), że miał przeszłe życia.

Istnieją wielkie filozoficzne różnice między buddyzmem a chrześcijaństwem – tego nie powinno się ukrywać. Buddyści np. nie wierzą w Boga Stwórcę – że wykreował On wszystko i nad wszystkim ma kontrolę. Chrześcijanie natomiast nie wierzą w karmę, ani w to, że mieliśmy już wcześniejsze życia i że możemy w końcu osiągnąć stan oświeconego umysłu, który jest prawdziwą wszechwiedzą.
To są wielkie różnice, jednak możemy je tolerować. Buddyści i chrześcijanie – zdaniem Dalajlamy – nie powinni próbować nawracać siebie nawzajem, nie powinni marnować energii na dyskutowanie o tych problemach. Takie dysputy bowiem trwają od tysięcy lat i jak do tej pory, nie doprowadziły one do żadnej pożytecznej konkluzji.

greydot

Mao Tse-tung?
Dalajlama był młody, kiedy Mao wygrał swoją rewolucję. Zetknął się z Mao osobiście i ten zrobił na nim wielkie wrażenie. Ale w końcu przyszło rozczarowanie. Mao nie dotrzymał słowa.
Później Dalajlama czytał, że totalna władza i moc jaką osiągnął swoja pozycją Mao, uczyniły go szalonym, kimś w rodzaju opętanego cesarza – „był przyczyną tak wielu śmierci”.
Dalajlama nie rozpacza z powodu tak długiego zniewolenia Tybetu. Czyje jednak smutek na wieść o cierpieniach swojego ludu, które się nie kończą. Ale wierzy przy tym w moc prawdy.

greydot

Nie tak dawno słyszałem opowieść pewnej Polki, której zdarzyło się pracować na tzw. „domku”, tyle że tym „domkiem” był pałac – rezydencja nieprzyzwoicie bogatych krezusów amerykańskich. Zwyczajowa śpiewka: „Takie mieli góry pieniędzy, że sami nie wiedzieli co z nimi zrobić. Całkiem poprzewracało im się w głowach” – brzmiała puenta polskiej gospodyni.
Podobną myśl można ubrać szlachetniej. Orson Welles oparł nawet na tym swoje filmowe arcydzieło – „Obywatela Kane”. Bohater, wzorowany według wszelkiego mniemania na magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearst, buduje potężny, przepyszny pałac, otaczając się w nim zwałami skarbów i dzieł sztuki z całego świata. W swoich przepastnych komnatach czuje się jednak jak marny przecinek – ów materialny splendor pogłębia jedynie jego przeraźliwe poczucie osamotnienia. Czymś w rodzaju wyzwolenia staje się wspomnienie… pączka róży wymalowanego na zwykłych dziecięcych sankach. „Rosebud” – symbol niewinności i czystości; niemalże transcendentalne pragnienie pełni i nasycenia – na wpół uświadomiona tęsknota za głębią, prostotą, sensem i zrozumieniem.

Wydaje mi się, że dla bogaczy z Chicago, Dalajlama stał się właśnie takim „Pączkiem Róży”.
Nie tylko oni szukają odpowiedzi i sensu w kulturze zgoła im obcej, rzec można egzotycznej, którą uważają za bardziej archaiczną, pierwotną, a tym samy bliższą prawd Wszechświata; szlachetniejszą pod względem duchowym, nie skażoną jeszcze współczesnym relatywizmem. Cały ten ruch New Age porwał przecież złaknione jakiejkolwiek metafizyki i spirytyzmu tabuny. Mieszkający w Arizonie Indianie Hopi nie mogą się opędzić od Kalifornijczyków, żądnych uzdrowienia i wyzwolenia od wszelkich bolączek osobistych i cywilizacyjnych; w zagłębiach materializmu i konsumpcjonizmu poszukuje się jakiegokolwiek guru, który podjąłby się roli Mistrza i wypełnił duchową pustkę. Parapsychologia, duchy, anioły, zjawiska nadprzyrodzone, romantyczno-baśniowe science-fiction… pełno tego wszędzie – od półek księgarni, gazetowych szpalt, po ekrany telewizorów i repertuar w kinie.

greydot

Dla amerykańskich milionerów Dalajlama stał się „Pączkiem Róży” – rodzajem metafizycznej atrapy, duchowego guru, ale i… okazją do zrobienia interesu. Otóż wspomniana rezydencja pod Chicago, po tym, jak Dalajlama stał się korzystającym z gościny „przyjacielem domu”, zamieniła się szybko w muzeum sztuki Dalekiego Wschodu. Wykorzystując znajomości i koneksje, Amerykanie zaczęli za bezcen wykupywać orientalne skarby i zabytki, oczywiście przy okazji nimi handlując.

Dla bogaczy z Chicago Dalajlama stał się „Pączkiem Róży”, jednak nie chcą oni rezygnować ze swoich współczesnych przyziemnych – i raczej nie kojarzonych z buddyjskim pacyfizmem i pokojem – zabawek.
We wspomnianej rezydencji znajduje się pomieszczenie, które przypomina arsenał i magazyn dla wojska. Co jakiś czas w posiadłości tej zbiera się „śmietanka” highlife’u – głównie showbiznesowa – przebiera w mundury, dzieli na armie i rozgrywa wojnę. No kidding! Mają do dyspozycji teren wielkości poligonu; mają swoje „bojowe” pojazdy, sprzęt, broń, zadania, rozkazy…
Jednym z częstych gości jest Richard Gere, mąż Cindy Crawford, aktor uznany za obdarzonego największym sex-appealem spośród hollywoodzkich bożyszcz. Możemy go pamiętać choćby z filmu „Pretty Woman”, gdzie zakochał się w grającej prostytutkę Julii Roberts.
Gwiazdor ten wpędził w niejaką konsternację niektórych widzów parę lat temu, gdy podczas ceremonii rozdawania Oscarów zaczął telepatycznie wysyłać swoje myśli ku Azji, aby skłonić chińskich przywódców do zaniechania anty-humanitarnych i dyktatorskich praktyk ciemiężców, a przede wszystkim – do wyzwolenia Tybetu. Richard Gere skupił się, ujął swoje skronie w dłonie, nastroił się na chińską częstotliwość i radził innym zrobić to samo.
Gere jest bowiem przyjacielem Dalajlamy, adwokatem i propagatorem jego posłannictwa w Ameryce.
Dalajlama zapytany w Chicago o to, czy poparcie Hollywood uważa za błogosławieństwo, czy też przekleństwo, odparł: „Ludzie, którzy pracują w filmie i innych mediach są grupą artystyczną, która ma moc oddziaływania na umysły i serca całych społeczności. Jeżeli ich motywacje są dobre, to mogą pomóc miliardom ludzi za pomocą swojej sztuki. Jestem szczęśliwy, że mam tak dobrych przyjaciół, którzy są zarazem tak dobrymi artystami.”
Swoją drogą ciekaw jestem, czy Dalajlama oglądał kiedyś jakikolwiek film z Rambo, czy Schwarzeneggerem.

greydot
Kiedy prostotę mędrca uznać można za jego naiwność, a mądrościową maksymę za banał? Kiedy szlachetna dążność zaczyna się przemieniać w pobożne życzenie? Czy cudowne recepty zbyt często nie ignorują rzeczywistych faktów i całej masy uwarunkowań?
Wydaje się, że tylko autorytet i pozycja Dalajlamy może uchronić przed krytyczną oceną choćby takiej jego wypowiedzi: „W dzisiejszych czasach świat zrobił się o wiele mniejszy. Dlatego musimy się nauczyć żyć jak bracia i siostry w jednej wielkiej ludzkiej rodzinie. Możemy dojść do porozumienia ponad naszymi filozoficznymi różnicami, znaleźć wspólny grunt dla dotyczących nas wszystkich problemów etycznych – w naszym wspólnym dążeniu, by służyć dobru całej ludzkości. Buddyści i chrześcijanie powinni wzmacniać swe wysiłki, by krzewić mądrość, prostotę i miłość. Ponad wszystko ludziom religijnym nie wolno dopuszczać do tego, by religie stawały się przyczyną podziałów między ludźmi i nie wyrządzały nikomu krzywdy.”
Amen. Ja również tego bym sobie – i innym – życzył.

greydot
Prostota. Wyrafinowana myśl nigdy nie zdobędzie masowego poklasku. Wiedzą o tym ci, którzy chcą sterować umysłami ludzi. In nie jest istotne to, czy robią to z premedytacją, czy też intuicyjnie. Efekt jest ten sam, choć premedytacja wymaga od nich ciągłej uwagi i kontroli, która w końcu może osłabnąć; intuicja zaś zwykle zdradza rasowego przywódcę.
Prostota w połączeniu z pasją, oddaniem i mocą sugestii (to ostatnie może wskazywać na fanatyka, wizjonera lub genialnego manipulatora) – ten mariaż jest w stanie uczynić z człowieka charyzmatycznego lidera.
Prostota, jeśli chodzi o wielką politykę indoktrynacyjną – światopoglądową, duchową czy religijną – przeplata się z naiwnością, niekiedy ocierając się nawet o prostactwo. A to ostatnie najczęściej jest udziałem grubiaństwa dyktatury sprawowanej przez osobników upośledzonych moralnie, upośledzonych uczuciowo i pospolitych duchem. Przykładami: niespełniony malarz Hitler i syn kowala Mussolini. Chamstwo i arogancja wydają się być dyktaturze przyrodzone, choć jej apologeci mają dla tych cech inną nazwę: nie uleganie sentymentom, pewność, skuteczność, zdecydowanie, twardość, realizm, wytrwałość, pragmatyzm…

greydot
Jak ryba wody a ptak powietrza, świat potrzebuje „bożych szaleńców”, którzy nie zważając na góry popiołów, szukają cierpliwie i chronią „gwiaździste dyjamenty” ponad zgliszczami destrukcji i zwątpieniem. Ta potrzeba szlachetności – jedno z najwznioślejszych i najbardziej budujących ludzkich dążeń. Nobilitacja samego człowieka jako niezgoda na grzęźnięcie w błocie ogólnej mizerii, w bagnie jakiego nie szczędzi nam świat i jakiego nie szczędzimy sobie nawzajem.
Należy jednak podkreślić, że jest to wartość, którą tworzymy i respektujemy – albo nie respektujemy, a nawet odrzucamy – my sami. Będzie ona iluzoryczna wtedy, kiedy odmówimy do niej prawa innym. Chroniąc człowieczeństwo innych ludzi, chronimy je także w nas samych – odmawiając innym człowieczeństwa, zabijamy je tym samym również w nas samych.
greydot.

* Artykuł został opublikowany na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 6 września, 1996 r.

Znicze modlitewne w tybetańskim klasztorze Samje (zdjęcie własne)

Znicze modlitewne w tybetańskim klasztorze Samje (zdjęcie własne)

.

Powiązane wpisy: „TYBET JAKO MISTYCZNA GŁĘBIA” (o filmie Martina Scorsesego „Kundun”, opartym na biografii Dalajlamy); „KLASZTOR SAMJE(o wizycie w najstarszym klasztorze buddyjskim Tybetu); „MNISI Z LUANG PRABANG” (fotoreportaż z niezwykłego rytuału w Laosie); „DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU” (o chińskiej inwazji i okupacji Tybetu – relacja z Lhasy).

.

Reklamy

komentarzy 40 to “DALAJ LAMA I GWIAZDY”

  1. Torlin Says:

    Ale świat potrzebuje również ludzi normalnych, spoglądających realnie nie tylko na reinkarnację, karmę, uduchowienie, mistykę religii jako opium dla mas, ale również patrzących realnie na ludzi owładniętych jakąś ideą wynikającą najczęściej z pustki intelektualnej, a posiadających nazwisko znane na całym świecie.
    Mnie się wydaje, że to wynika z wewnętrznych pragnień ludzi, często nieskonkretyzowanych, niezwerbalizowanych, odczuwanych jako potrzeba. Ludzie odczuwający brak wewnętrznego spokoju, wiary w siebie, są podatni na różnego sugestie poprawy, może to być religia, sekta, narkotyki, reinkarnacja, likantropia, działalność humanitarna. To samo jest z wielkimi nazwiskami, obojętne, czy są to bogacze, politycy, artyści czy uduchowieni, te potrzebują dbać o głodujące dzieci w Afryce, budowanie studni, wymierające goryle czy prostytutki w Karaczi. Dla mnie osobiście te wszystkie Diany, Jolie czy Moore to jest działanie na pokaz. O wiele więcej można załatwić w sposób globalny, poprzez Waszyngton, Pekin, Moskwę, Brukselę czy Canberrę, świetnym przykładem jest działalność Chińczyków na terenie Afryki, ten kontynent rozwija się w sposób niewiarygodnie dynamiczny, powstają autostrady, nie ma głodu, małolaty chodzą do szkól, a komórki są codziennością nawet wśród dzieci. Tak się te rzeczy załatwia, a nie poprzez nacisk na domy towarowe Selfridges, aby zgodziły się usunąć pasztet strasburski ze swoich półek.
    Wprawdzie Johann Wolfgang von Goethe powiedział był: „Człowiek bez wiary jest tylko półczłowiekiem”, ale czy Niemcowi można wierzyć?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Czyli wg Ciebie, ci, którzy wierzą w reinkarnację, karmę, uduchowienie, mistykę religii… są nienormalni. Normalni to ci (rozumiem, że oczywiście i Ty się do nich zaliczasz), którzy uważają religię za „opium dla mas”?

      Nie wiem też, kogo masz na myśli pisząc: „ludzie owładnięci jakąś ideą wynikającą najczęściej z pustki intelektualnej, a posiadających nazwisko znane na całym świecie”. Czyżby Dalajlamę? To byłoby ciekawe uznać takiego człowieka – jednego z najwybitniejszych ludzi współczesnej nam epoki – „pustym intelektualnie”.

      „Ludzie odczuwający brak wewnętrznego spokoju, wiary w siebie, są podatni na różnego sugestie poprawy, może to być religia (…)”

      Na świecie żyje kilka miliardów ludzi (zdecydowana większość) związanych z jakąś religią. Czy to wynika jedynie z braku wewnętrznego spokoju, braku wiary w siebie, podatności na „różne sugestie poprawy”…?
      No cóż, nie wszyscy mogą być Torlinem, który wierzy w siebie, posiada wewnętrzny spokój i nie jest podatny na żadne „sugestie poprawy” ;)
      A już poważniej: przywiązanie do religii wynika nie tylko z tych potrzeb (czy też ludzkich cech), które wymieniłeś. Nota bene, wyznawcy buddyzmu są zazwyczaj ludźmi posiadającymi o wiele większy spokój wewnętrzny, niż ludzie w społeczeństw cywilizacji zachodniej.

      Nie podzielam jednak Twojego entuzjazmu wobec tego, co Chińczycy robią w Afryce (przedstawiłeś to tak, jakby dokonywali oni tam jakiegoś cudu, który raptem uszczęśliwia wszystkich Afrykańczyków). Oni nie robią tego z pobudek humanitarnych, tylko po to, by podporządkować sobie ekonomicznie tamten region. Bardzo wątpię, że kiedy to się stanie, Afryka będzie przez to taka szczęśliwa i „ucywilizowana”. (Poza tym, to nieprawda, że w Afryce nie ma już głodu: miliony ludzi nadal tam głoduje.)

      Torlinie, może przyjrzałbyś się bliżej, jak załatwiane są sprawy „przez Waszyngton, Pekin, Moskwę, Brukselę czy Canberrę”. To powinno ostudzić Twój entuzjazm wobec tego, jak przebiega obecnie tzw. „globalizacja”.

  2. Tess Says:

    Dalajlama zapytany kiedyś o to, co najbardziej zadziwia go w ludzkości, odpowiedział:
    „Człowiek, ponieważ poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze. Następnie, poświęca swoje pieniądze by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc.”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dalajlama jest autorem wielu aforyzmów.
      Najbardziej znane są chyba jego „Paradoksy naszych czasów”:

      Dzisiaj mamy większe domy, ale mniejsze rodziny
      Więcej możliwości, ale mniej czasu
      Mamy więcej tytułów, ale mniej zdrowego rozsądku
      Więcej wiadomości, ale mniej trafnych osądów
      Mamy więcej specjalistów, ale i więcej problemów
      Więcej służby zdrowia, ale mniej opieki
      Więcej medycyny, ale mniej zdrowia

      Pomnożyliśmy nasze majątki, ale okroiliśmy nasze wartości
      Mówimy za dużo, kochamy za mało, a kłamiemy zbyt często
      Uczymy się jak zarabiać na życie, ale nie jak żyć
      Wydłużyliśmy okres życia, ale mamy mniej życia w życiu
      Mamy stabilne budowle, ale kruche charaktery
      Szersze autostrady, ale węższe poglądy
      Więcej posiadamy, ale mniej używamy
      Więcej kupujemy, ale mniej mamy satysfakcji

      Podróżujemy na księżyc i z powrotem, ale mamy problem przejść przez ulicę i
      odwiedzić naszych sąsiadów
      Zdobywamy wszechświat, ale nie swoje wnętrze
      Rozbiliśmy atom, ale nie nasze stereotypy
      Piszemy więcej, uczymy się mniej
      Więcej planujemy, a mniej realizujemy
      Nauczyliśmy się spieszyć, ale nie czekać,
      Mamy wyższe wynagrodzenie, ale niższą moralność
      Zbudowaliśmy więcej komputerów, by pomieścić więcej informacji, ale mamy problemy ze wzajemną komunikacją.
      Mamy większą ilość, ale gorszą jakość

      To czas potężnych ludzi i małych charakterów
      Większej ilości wolnego czasu, a mniejszej ilości zabawy…
      Większej ilości rodzajów pożywienia… ale mniej ilości substancji odżywczych
      Dużo jedzenia, mało prawdziwych obiadów
      Podwójne wypłaty, ale potrójne wydatki…

      Tłumaczenie bardziej dosłowne:

      Paradoks naszych czasów w dziejach jest to że mamy wyższe budynki , ale słabsze temperamenty, szersze autostrady, ale węższe punkty widzenia, wydajemy więcej, ale mamy mniej; kupujemy więcej ale mniej się tym cieszymy.

      Mamy większe domy i mniejsze rodziny; więcej wygód, ale mniej czasu, mamy więcej stopni naukowych ,ale mniej sensu;więcej wiedzy ale mniej zdolności osądu; więcej ekspertów, ale więcej problemów, więcej medycyny, ale mniej zdrowia.

      Pijemy za dużo, palimy za dużo, wydajemy zbyt lekkomyślnie, jeździmy za szybko, za szybko złościmy się, uspokajamy za wolno, wstajemy zbyt zmęczeni, czytamy za rzadko, oglądamy za dużo telewizji, i modlimy się za rzadko.

      Pomnożyliśmy nasz dobytek, ale obniżyliśmy naszą wartość. Mówimy za dużo, kochamy za rzadko, nienawidzimy zbyt często. Nauczyliśmy się jak zarobić na życie, ale nie jak żyć; dodaliśmy lat życia, ale nie życia do lat.

      Przebyliśmy drogę na księżyc i z powrotem, ale mamy kłopot z przejściem przez ulicę i poznaniem nowego sąsiada. Podbiliśmy kosmos, ale nie nasze wnętrze; zrobiliśmy większe rzeczy, ale nie lepsze rzeczy.

      Oczyściliśmy powietrze, ale zanieczyściliśmy dusze; rozbiliśmy atom, ale nie nasze uprzedzenia.

      Piszemy więcej, ale uczymy mniej; planujemy więcej, ale realizujemy mniej. Nauczyliśmy się spieszyć, ale nie czekać;mamy wyższe dochody, ale niższą moralność; mamy więcej jedzenia, ale mnie ugody, zbudowaliśmy więcej komputerów do przechowywania większej ilości danych,aby sporządzić więcej kopii niż kiedykolwiek, ale mamy mniej komunikacji;stworzyliśmy mnóstwo ilości,ale mało jakości.

      Są to czasy szybkiego jedzenia i wolnego trawienia, wysokich mężczyzn i małych charakterów, wysokich zysków i płytkich związków. Są to czasy pokoju na świecie, ale walk krajowych, więcej czasu wolnego, ale mniej zabawy, więcej rodzajów jedzenia, ale mniej odżywienia.

      Są to dni podwójnych pensji, ale większej ilości rozwodów, miłośników domów, ale rozbitych rodzin. Są to dni szybkich wycieczek, jednorazowych pieluch, wyrzuconej moralności, stoisk na jedną noc, ciał z nadwagą, i pigułek które robią wszystko ku uciesze cichej śmierci.

      Jest to czas gdy dużo pokazują przez okno ale nie ma nic w środku, czas kiedy technologia przyniosła ten list do Ciebie, i czas kiedy możesz wybrać dokonanie zmian, albo tylko to usunąć…

  3. Onibe Says:

    przeczytałem z ciekawością.

    Tak trochę na uboczu tekstu przyznam się, że kiedyś z pobłażaniem podchodziłem do hinduizmu / buddyzmu. Ktoś mnie zmotywował jednak do przemyślenia swojego stanowiska zadając kilka prostych pytań. Wyszło mi, że wyżej cenię religię chrześcijańską czy islam bo są bardziej wojownicze, bardziej bezkompromisowe. Teraz już staram się nie mylić siły ze słabością. Wydaje mi się, że buddyzm / hinduizm mają w sobie wiele mocy – nigdy ich nie zaakceptowałem w pełni, nie odczuwam potrzeby zmiany religii, (która wszak jest tylko płaszczem bez większego znaczenia, jeśli człowiek opiera się na uniwersalnym rdzeniu etyki i moralności), lecz mam do nich wielki szacunek. I do Dalajlamy jako – jak to określiłeś – Bożego Szaleńca, człowieka, który może stanowić przykład i jest autorytetem. Zapewne nie tak kryształowym jak się może wydawać, ale mimo wszystko autorytetem.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Chodzi też o to, by nie mylić „wojowniczości” (czegoś, co uznajemy za wartość pozytywną) z ekspansywną i zaczepną agresją, która jest zazwyczaj pędem do destrukcji i dążeniem do podporządkowania sobie innych społeczeństw, celem osiągnięcia korzyści z ich eksploatacji. Myślę, że na tyle dojrzałem do tego, by poddać to ocenie etycznej, uznając to za zło (a pisząc językiem bardziej literackim: nikczemność).
      Oczywiście, pamiętam czasy, kiedy będąc chłopcem, zauroczony byłem „wojowniczością” (Winnetou, Czterej Pancerni, Ivanhoe, John Wayne, Brudny Harry i inni), ale z czasem mi to przeszło i z tego wyrosłem (tak jak się wyrasta z krótkich majteczek i zabaw „w wojnę”) i w końcu objawiła mi się cała paranoja krwiożerczych podbojów i wojennej destrukcji uosobiona choćby w megalomańskiej kreaturze Napoleona.

      Już dawno też przestałem utożsamiać (mylić) dobroć ze słabością. (Wbrew moim młodzieńczym złudzeniom, uważam teraz, że to właśnie czynienie dobra wymaga częściej większej odwagi i siły, niż uleganie swojej „wojowniczości” i skłonności do agresji.
      I właśnie na tym wyrósł buddyzm. Na tym też opiera się nauka jaką głosił Chrystus (Ty piszesz o wojowniczości Chrześcijaństwa, ale moim zdaniem, ta „wojowniczość” – podboje kolonialne, krucjaty, wojny religijne… etc. – to jest właśnie zaprzeczenie idei chrześcijaństwa i gwałtem na chrześcijańskim duchu – a tym samym z istotą prawdziwego chrześcijaństwa nie ma nic wspólnego – podobnie jak zdegenerowane moralnie „występy” papiestwa na przestrzeni wieków.)

      Ten tekst pisałem 17 lat temu. Do tego czasu zmieniła mi się nieco perspektywa z jakiej patrzę na pewne poruszone w nim kwestie, choć sam ich rdzeń pozostał chyba nienaruszony.
      Nie sądzę teraz, że Dalajlama jest takim „Bożym Szaleńcem”. On w rzeczywistości jest człowiekiem silnym, o mocnej osobowości i mimo wszystko racjonalnym. I oczywiście – jest także człowiekiem, który popełnia błędy (takim błędem było np. zawierzenie Mao, ulegnięcie komunistycznej iluzji…), czasami wypowiada się niezbyt fortunnie, ulega czemuś, co kto inny mógłby nazwać idealizmem. Jednak generalnie Dalajlama zasługuje na to, by traktować go w pewnych sprawach jako autorytet. Innymi słowy jest kimś, kogo warto słuchać.

      • Onibe Says:

        Winnetou, podobnie jak inni bohaterowie Karola Maya, był pacyfistą. Nie lubił zabijać i nie zabijał jeśli nie musiał. Może dlatego nie jest teraz zbyt popularny… Brudny Harry choć był bardziej agresywny, to jednak też tępił zło i nikczemność. Brutalność rzadko kiedy podawana jest bez upiększeń i usprawiedliwień, to zresztą poważny problem naszej kultury. Zabawne co piszesz o Napoleonie – zawsze wydawało mi się, że jestem jedynym Polakiem, który ma negatywne zdanie o małym-wielkim kapralu. Co prawda, nasuwa się pytanie, kto był od niego lepszy? Król Prus? Car Rosji? No właśnie…

        Zgodzę się, że akcje czynione pod sztandarem chrześcijaństwa nijak się mają do chrześcijańskiej ideologii. Ale gdybyś się przeszedł do kościoła to usłyszałbyś w nim długą listę nienawiści, co prawda nie pod kątem Turków czy Murzynów, ale określonych ludzi. Kościół zawsze udawał, że wierzy w coś innego niż czyni. Kto zatem gwałci kościół? On sam siebie, jak mniemam… i czyni to skutecznie od dwóch tysięcy lat. Pytanie: co jest obecnie prawdziwym chrześcijaństwem, skoro nie słowo niesione przez kościół? Czy prawdziwe chrześcijaństwo tkwi ukryte przed kościołem?

        Zawsze warto słuchać kogoś kto sugeruje nam byśmy byli lepsi, silniejsi, sprawiedliwsi.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Konsekwentny (prawdziwy) pacyfista nie bierze udziału w walce i nie zabija. Ale to jest – jak na obecny stan naszej cywilizacji – idealizm. Ale czy utopia? Tego nie wiem. Choć czasami skłaniam się do niezbyt optymistycznego poglądu, że wojen (walki człowieka z człowiekiem) ludzkość nie pozbędzie się nigdy.
          Obym się mylił.
          W sumie sądzę jednak, że cywilizacja bez wojen jest możliwa.

          Napoleon o tyle był gorszy od innych władców, że swój pęd do podbojów i agresję najeźdźcy urzeczywistniał bardziej konsekwentnie – z pełną siłą i rozmachem, (która do dzisiaj budzi podziw wielu ludzi). Dlaczego więc napisałem „gorszym”? Bo według mnie (zaznaczyłem to już wcześniej) podbój innych krajów w celu podporządkowania sobie zamieszkujących ich społeczeństw i eksploatowania ich, jest złem (nikczemnością). Tylko pokrętna etyka – albo zupełny brak etyki – może to usprawiedliwiać.
          Oczywiście, że Napoleon robił też dobre rzeczy (ale to samo można powiedzieć o Hitlerze, czy Stalinie), ale jeśli tak bliżej przyjrzeć się epoce napoleońskiej – całemu temu ogromowi zniszczenia, cierpienia, nieszczęść i wzajemnego mordowania się uskutecznianego w niekończących się wojnach – z perspektywy zwykłych ludzi, obywateli ówczesnej Europy – to megalomańskie posunięcia małego kaprala z Korsyki, były szubrawstwem na ogromną skalę.

          Ja już od dawna nie utożsamiam prawdziwego Chrześcijaństwa z Kościołem, (który dla mnie jest tylko instytucją ludzką, a więc ułomną) ale oczywiście wierzę, że wśród „wiernych” Kościoła Katolickiego, jak również wśród samych księży, są ludzie, których można nazwać prawdziwymi Chrześcijanami.
          W kierunku „prawdziwego” Chrześcijaństwa idzie według mnie papież Franciszek. Także wielu misjonarzy. Wielka szkoda, że w obrębie Kościoła Katolickiego dokonują się rzeczy, które dają pretekst wrogom tego Kościoła do walki z nim. Dzięki temu Zło wydaje się przyćmiewać Dobro.
          A ja, mimo mojego dość luźnego związku z instytucją kościelną, jestem przekonany, że w naukach chrześcijańskich tkwią wielkie pokłady Dobra – coś, co może przynieść wszystkim ludziom wiele dobrego.

        • Onibe Says:

          Chyba jednak Napoleon był lepszy od Stalina czy Hitlera. Ci dwaj smutni panowie byli jednak niemal wyłącznie mordercami, Napoleon mordował bo był dzieckiem swoich czasów – był synem Rewolucji. I epoka napoleońska, w przeciwieństwie do mrocznych czasów władztwa nazistowsko-komunistycznego pchnęła ludzkość do przodu. Zauważ, że to właśnie Napoleon wdrożył wiele rozwiązań umożliwiających powstanie nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. To on był adwokatem równości obywateli wobec prawa (jego przepisy zniosły nierówną odpowiedzialność osób z różnych warstw społecznych za tą samą przewinę). I, mimo wszystko, zbudował fundament pod Europę bez królów i arystokratów. Za to go akurat cenię. Reszta, jak napisałem wcześniej, nie zasługuje na aż taki podziw. Był geniuszem wojskowości, ale jego taktyka bitewna to po prostu szafowanie ludzkim życiem.

          W naukach chrześcijańskich oczywiście, że tkwią pokłady Dobra. Problem w tym, że ludzie którzy je głoszą sami w nie nie wierzą lub nie chcą respektować tych założeń. Poza tym, o jakich naukach i prawdach mówimy? Nie zabijaj, nie kradnij, nie krzywdź, staraj się być sprawiedliwym itd itp – do tego nie potrzeba żadnego kościoła, wszyscy to wiemy i akceptujemy, choć nie zawsze się do tego stosujemy. Decyzja o stosowaniu lub nie stanowi jednak indywidualną, suwerenną dziedzinę każdego człowieka. Kościół, z kolei, bardziej niż uniwersalnymi prawdami jest zainteresowany własną wizją moralności i etyki: chodź do kościoła, nie chodź w niedziele do sklepu, uprawiaj sex po ślubie i tylko w celach prokreacyjnych itd. Spojenie tych dwóch wątków w jedną, względnie spójną naukę kościoła powoduje, że nie akceptując pojedynczych punktów przestajemy akceptować całość nauk.

          Naukę Dalajlamy rozumiem prościej: uniwersalna moralność plus zgoda z własnym sumieniem. To mi odpowiada.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Osoba Napoleona obrosła tak wieloma interpretacjami i mitami, że teraz trudno dotrzeć do sedna tego, kim w istocie był ten człowiek, czy zło przeważało w nim nad dobrem, czy tez było odwrotnie. Ocena Napoleona zależy też od kryteriów, jakie przyjmiemy, od perspektywy z jakiej na niego spojrzymy.
          Polacy zawsze gloryfikowali Napoleona, bo wydawało się, że sprzyja on aspiracjom wolnościowym Polski (choć oczywiście nie wynikało to z miłości do naszego kraju, tylko z planów strategicznych Napoleona wobec Rosji i Prus).
          Jest on do tej pory oceniany krytycznie przez historyków z krajów, które były dawniej jego wrogami: Anglię, Niemcy, Rosję… (ze zrozumiałych raczej względów).
          W samej Francji zrobiono w końcu z niego narodowe bożyszcze, mimo, że tak naprawdę, epoka napoleońska była dla tego kraju katastrofą (góry trupów i ludzi okaleczonych, utracone kolonie, obniżony status Francji na arenie międzynarodowej).

          Naturalnie masz rację wskazując na to, że, koniec końców, epoka napoleońska pchnęła do przodu europejską cywilizację, choć są i tacy, którzy twierdzą, że wskutek zrujnowania przez wojny napoleońskie Europy, opóźnił się jej rozwój ekonomiczny, o pogłębionych antagonizmach między poszczególnymi państwami nie wspominając.

          Ja to wszystko wiem, ale osobiście, oceniając Napoleona, stosuję wobec niego kryteria… humanitarne. Ja mu jednak nie mogę zapomnieć tych sześciu milionów trupów, po których chciał się on wspiąć na szczyty władzy, realizując swoje megalomańskie, imperialne zapędy. Nie mogę też znieść tego jego EGO i za każdym razem, kiedy patrzę na ten jego napuszony, pawi portret (wykonany przez Ingresa), to ogarnia mnie pusty śmiech.

          Rzeczywiście, nie ma większego sensu zestawiać ze sobą takie postacie, jak Napoleon, Hitler i Stalin. Już choćby dlatego, że każdy z tych władców reprezentował inny system, a na dodatek Napoleon żył w zupełnie inne epoce. A jednak znaleźli się w XX wieku całkiem poważni historycy, którzy nie wahali się porównywać Napoleona z Hitlerem.

          Tak, tak… Napoleon był pod pewnymi względami genialny, ale podziw dla jego geniuszu nie powinien wpływać na etyczną ocenę tej postaci.

          O „wielkości” Napoleona i jemu podobnych napisałem zresztą kiedyś słów parę tutaj:
          https://wizjalokalna.wordpress.com/2010/05/08/wielkosci-urojone/
          Pod wpisem tym zresztą odbyła się wtedy ciekawa dyskusja.

          * * *
          Według mnie nie istnieje coś takiego, jak „uniwersalny rdzeń etyki i moralności”, a i do „uniwersalnych”, czyli absolutnych prawd nie mamy chyba dostępu (za pomocą nauki poznajemy tylko – czy też usiłujemy poznać – prawa rządzące postrzeganym przez nas światem).
          System etyczny jest funkcją rozwijającej się (i zmiennej) cywilizacji – w każdych więc warunkach obowiązuje inna moralność, (która jest niczym innym jak rodzajem umowy społecznej – czyli czymś zmiennym, a więc chyba jednak nie „uniwersalnym”)
          Moim zdaniem Universum jest a-moralne – czyli nie ma w nim podziału na Dobro i Zło. To są bowiem wartości ludzkie (stworzone przez ludzi), nie uniwersalne.

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/01/jean-auguste-dominique-ingres-napoleon-i-na-tronie-cesarskim.jpg?w=780
          Jean-Auguste-Dominique Ingres, „Napoleon I na tronie cesarskim”

        • Onibe Says:

          od końca:

          nie zgodzę się, że nie istnieje uniwersalna etyka. Pojęcia takie jak dbanie o życie (nie tylko swoje ale i cudze), uczciwość itd wpisują się właśnie w taką kategorię. Nie twierdzę, że wzięły się znikąd, wręcz przeciwnie: religie miały swój udział w ich kształtowaniu. Ale obecnie są to pojęcia ponadreligijne. Oczywiście możemy wprowadzić utrudniacz w postaci teoretycznej społeczności wyznającej śmierć zamiast życia i wierzącej, że zabijanie jest dobre, życie jest złe. Aby nie wpaść w widełki absolutyzmu etnocentrycznego musielibyśmy zarezerwować na taką okoliczność jakieś wątpliwości. Z drugiej strony, może jest ze mnie prymitywny człowiek, ale niezabijanie jest dla mnie bardziej absolutne niż zabijanie. Choć, jak już zauważyłeś, nie wierzę w świat bez zabijania. Niestety.

          Co do Kaprala. Panujący w Polsce mit napoleoński to właśnie mit. Bardzo, bardzo odrealniony. Tak naprawdę, choć Napoleona uwielbiamy (trafił nawet do naszego hymnu… rzecz niezwykła) to nie za to co trzeba. Nie za wpływ na rozwój cywilizacji, nie za postępy prawne i społeczne, ale za bardzo kuriozalne wsparcie dla sprawy polskiej. A przecież nawet umiarkowanie nie-naiwni ludzie zdają sobie sprawę z faktu, że Napoleon miał Polskę głęboko gdzieś. Dla niego Polska była peryferyjnym krajem (nawet nie krajem, ale kolonią Rosji), który dało się instrumentalnie wykorzystać i tyle. Ciekawie piszesz o postrzeganiu Napoleona przez Francuzów: w tym przypadku jednak nad zapaść ekonomiczną i ogromne straty społeczne Francuzi cenią chwilę dumy i chwały, bo przez kilkanaście lat mieli u stóp niemal cały świat. W dodatku Napoleon, w przeciwieństwie do Welleseya, określany bywa Bogiem Wojny i uchodzi za największego stratega od czasów Aleksandra Wielkiego. W jednym są sobie równi: ich osiągnięcia polityczne i zdobycze terytorialne okazały się bardzo nietrwałe, w przeciwieństwie do pozostawionych przez nich kultów własnej osoby.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nasze nieporozumienie z tzw. „uniwersalną” etyką bierze się stąd, że ja traktuję ją w sposób absolutny (odnosząc się do Universum, w którym moim zdaniem nie ma ani Dobra, ani Zła w znaczeniu immanentnym), Ty zaś bardziej, że tak się wyrażę – lokalnie, antropocentrycznie. Bo rzeczywiście w różnych kulturach wydają się obowiązywać podobne zasady i wzorce moralne.
          Czy w Naturze istnieje coś takiego, jak „uniwersalna” etyka? Moim zdaniem – nie. Możemy tylko mówić ewentualnie o tzw. prawie naturalnym, (które, nota bene, nie jest tożsame z prawem tworzonym przez człowieka, mało tego: człowiek dość często prawu naturalnemu się sprzeciwia, czy też raczej chce się sprzeciwić – i być może to właśnie jest jednym z głównych źródeł ludzkiej kultury).
          Jeśli się przyjrzeć Naturze, to wydaje się w niej obowiązywać jedna „uniwersalna” zasada: chroń swoje geny, staraj się utrzymać przy życiu, zabijaj wtedy, kiedy przyniesie ci to korzyść (uchroni twoje geny, umożliwi ci dalsze życie)… To dlatego w świecie przyrody panuje jeden wielki festiwal zabijania – wojna wszystkich ze wszystkimi, którą bardziej eufemistycznie nazywamy konkurencją.
          No ale istnieje też coś tak jakiego jak kooperacja, symbioza, wzajemne wspieranie się (przedstawicieli tego samego gatunku, rodu, społeczności…)

          A wracając do Napoleona: sam widzisz, jak wielką rolę w ocenie jego postaci odgrywa mit. A Bonaparte doskonale potrafił zadbać o – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – PR: był doskonałym propagandystą i kreatorem własnego image (zaprzągł do tego najwybitniejszych artystów swojej epoki, kupując też swoich apologetów wśród ludzi pióra – a prasa była już wówczas całkiem dobrze rozwinięta).
          Wybacz, ale jeśli osiągnięcia polityczne (a nawet zdobycze terytorialne) jakiegoś władcy okazują się nietrwałe w przeciwieństwie do kultu jego osoby, to jak to o nas – ludziach oceniających tego władcę z perspektywy czasu, świadczy? Niezbyt dobrze. Bo kult ten wyrasta tu z atawizmu, jakim jest nasze uwielbienie i respekt dla siły – i to bez względu na to, czy została ona użyta w sposób moralny, czy też nie. (Kto by się tam teraz przejmował sześcioma milionami trupów jakie zostawiły wojny napoleońskie, skoro Napoleon Wielkim Wodzem – i Bogiem Wojny – był?)

          To nie znaczy, że ja jestem ślepy na to, co dobrego zostawił Napoleon Europie (kodeks, podwaliny nowoczesnego państwa obywatelskiego, ciosy zadane coraz bardziej zepsutemu systemowi monarchistycznemu) – bo i to jest faktem. Tyle że w moich oczach przyćmionym jego imperialną megalomanią i szafowaniem ludzkim życiem – tym wszystkim, co w końcu spowodowało jego klęskę.

        • Onibe Says:

          ach, rozumiem. Faktycznie, nieporozumienie. Ja nie o prawie naturalnym mówiłem. Zauważyłeś zapewne, że natura mnie fascynuje i chętnie ją podglądam – vide mój blog makro. Obserwując owady i ucząc się o nich dawno już uświadomiłem sobie, w stanie jak bardzo intensywnej wojny żyją miliony gatunków. Masz o tym pojęcie, tak jak każdy, ale zaufaj mi na słowo: wgryzając się w ten świat bardziej i tak byłbyś zaszokowany, bo ta wiedza – w gruncie rzeczy oczywista – przekracza po wielokroć wszystko to, do czego przywykliśmy…

          Trupy nie przeszkadzają w gloryfikacji jednostek. Napoleon wszak walczył z monarchistycznym zepsuciem (szło mu tak dobrze, że sam stał się monarchą – jakże zadziwiająca ironia losu, prawda?). Lincoln jest w pewnym sensie odpowiedzialny za dewastację południa i ogromne ofiary cywilne i wojskowe. Z drugiej strony, taki Chamberlain zachował czyste ręce wygrywając pokój dla swoich czasów i przesuwając w rachunkach na późniejsze lata ponad 30 milionów trupów.

          Napoleona lubię przeciwstawiać Wellingtonowi, który go ostatecznie pokonał. Geniusz kontra warsztat. Bonaparte znalazł godnego przeciwnika na polu walki, ale w jego czasach zabrakło odpowiednio wielkich przeciwników na scenie politycznej – zastanawiam się czy te 6 milionów zabitych to efekt takiej próżni (obraziliby się na mnie wielbciele caratu) czy odwrotnie, gdyby przeciwko Napoleonowi stanął ktoś będący połączeniem Pitta i cara Aleksandra to skończyłoby się na wyludnieniu Europy i regresie cywilizacyjnym? Zauważ, że Francja, mimo wszystko, podniosła się dość szybko.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Musi być więc w nas jakiś stadny instynkt zatracenia, skoro tak łatwo dajemy się prowadzić na rzeź, i nawet miliony trupów (traktujemy się jak insekty) nie powstrzymują nas przed uwielbieniem dla tych, którzy nas na tę rzeź prowadzą. Jest w człowieku jakiś mechanizm, który w takich sytuacjach wyłącza mu mózg i powstrzymuje od racjonalnego myślenia (ogłupienie). Pęd do destrukcji, ukryta krwiożerczość, skrywający się w nas drapieżnik i zabójca? Oczywiście, my wolimy mówić o „męstwie”, wojowniczości, bohaterstwie… I kiedy pędzimy do walki, zalewa nas adrenalina, stajemy się zwierzęcym automatem, bez wyobraźni, posłusznym rozkazom, wypranym z wszelkiej etyki. Dochodzi do tego konformizm (bo w stadzie lepiej jest robić to, co robią inni), strach przed siłą, która ma nad nami władzę (bo lepiej nie ryzykować sprzeciwu), perspektywa łupów…
          A potem, tym którzy przetrwali, też przydaje się brak wyobraźni (tak naprawdę nie możemy dziś sobie wyobrazić… nie dociera to do nas, czym było Borodino, Verdun, Stalingrad, Powstanie Warszawskie…) i amnezja (prawdziwe ofiary zamieniają się w statystykę, tragedie – w daty i historię). Więc po jakimś czasie znów jesteśmy gotowi na powtórkę z rozrywki.

        • Onibe Says:

          pięć śmierci to tragedia, milion to statystyka. Niestety, coś w tym jest. Nasz umysł nie potrafi ogarnąć takich skali, więc przetwarza je na informacje abstrakcyjne. Na suche dane, których nie potrafimy połączyć z rozumianą przez nas tragedią jednostek. Innymi słowy, nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia. Poziom empatii zatrzymuje się w strefach dwucyfrowych, dalej nie idzie.

          Dla mnie najlepszym przykładem zdrady ideałów jest pierwsza wojna światowa i zachodni front. Posyłanie hurtem setek tysięcy ludzi na karabiny bez nadziei, że to coś zmieni. Dowódcy, którzy to czynili powinni zawisnąć. Notabene czytałem kiedyś – nie potrafię sobie przypomnieć gdzie, ale pracuję nad tym – że druga wojna światowa była w gruncie rzeczy zemstą weteranów. Była wymyślona przez ludzi w mundurach, którzy w pierwszej wojnie światowej byli rzucani tysiącami na stos, podczas kiedy cywile byli na ogół bezpieczni i nie uświadamiali sobie tego, co działo się nad Sommą, pod Verdun itd. Druga wojna światowa była bardziej egalitarna: dotknęła wszystkich bez wyjątku. I może dlatego, póki co, nie ma trzeciej…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „…nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia”
          Innymi słowy brakuje nam wyobraźni empatycznej.
          Poza tym łudzimy się, że tragedia jaka spotkała miliony ludzi, nas akurat nie dosięgnie.Albo, że nas w ogóle nie dotyczy. To dlatego, gdy to wszystko staje się naszym udziałem, otwieramy szeroko zdziwione oczy i nie możemy uwierzyć, że oto i my jesteśmy w samym środku szamba (akurat tutaj mówimy o szambie wojennym).

          Były różne próby ustalenia nieuświadomionych przyczyn II wojny światowej. Znaleźli się i tacy, którzy mówili o zbiorowym samobójstwie Europy. Jeśli tak, to można się zastanowić, co z kolei było przyczyną tego samobójstwa? Może zupełny rozpad porządku państwowego i społecznego, który do tej pory (a ściślej: do XVIII w.) był normalizowany z namaszczenia Boga – a tego przecież w XIX wieku uśmiercono? Nagle okazało się, że wolno wszystko, a ludzie takiej wolności nie mogą jednak znieść (unieść).

        • Onibe Says:

          myślę, że przyczyną główną drugiej wojny światowej był kolaps systemu politycznego, który wykreował dużą próżnię i nie był w stanie nią zarządzać. Konkurencyjny „koncert mocarstw” z lat wcześniejszych działał sprawniej bo miał jasno określone cele i odpowiednie do ich realizacji środki. Europa międzywojenna sama nie wiedziała czego chce. Liga Narodów okazała się wydmuszką, która dała nadzieję słabszym państwom, ale w gruncie rzeczy nie miała czym tych nadziei pokryć. Anglia i Stany Zjednoczone jako jedyne państwa mogły spacyfikować sytuację w punkcie wyjścia, ale nie były tym zainteresowane, bo w owym czasie ich priorytety były inne.

          Czy była to kwestia wolności? Raczej nie… bo tej wolności nie było zbyt wiele. Rzesza demokracją nie grzeszyła, Polska też nie (choć była już ideałowi bliższa), Rosja… wiadomo. Stalin doszedł do władzy po trupach, nie w ramach procesów demokratycznych, czyli nie wolność go wniosła w mury Kremla. Hitler nieco lepiej wykorzystał mechanizmy demokratyczne, ale jego ultima ratio okazały się rozmaite koszule, w owym czasie głównie brunatne.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie zrozumiałeś mnie z tą „wolnością”. Człowiek nadal pozostawał zniewolony tak jak zawsze, tylko mu się raptem WYDAŁO, że jest wolny i że może wszystko, począwszy od wypełniania historycznej misji, manipulowania ustrojem, po decydowanie o własnym przeznaczeniu. Zawierzenie ROZUMOWI, wbrew pozorom, zaczęło często sprowadzać człowieka na manowce (ot, choćby Rewolucja Francuska z jej morderczym chaosem, niepohamowana industrializacja i związany z nią imperializm), bo jednak nie mógł on unieść nagle odsłoniętej przed nim omnipotencji, (która zresztą była złudna).
          Przecież całe „masy” zaczęły się (na przełomie XIX i XX wieku) „buntować” (pisał o tym choćby Ortega y Gasset) – z tych samych względów zapragnęły właśnie wolności, której później nie mogły udźwignąć, co wepchnęło je w totalitaryzmy: zarówno komunistyczny, jak i faszystowski. Innymi słowy: dążąc do wolności same się zniewoliły, bo aspiracje przerosły jej możliwości.

          Pisząc o przyczynach „samobójstwa” Europy (I i II wojna światowa), nawiązałem do aspektów, że tak powiem, filozoficznych i psychoanalitycznych, tego co było raczej mało uświadomione. Nie pisałem o przyczynach politycznych, bo te dość wyraźnie zostały zbadane, wyartykułowane i przedstawione – nawet jako oczywistość (upokorzenie Niemiec przez traktat wersalski, agresywna, imperialno-rasistowska polityka Hitlera, słabość i niezdecydowanie koalicji anty-hitlerowskiej, obawa przed komunizmem… etc.) To wszyscy wiedzą i raczej nikt z tym nie polemizuje. Ale to jest powierzchnia, ewidentna naoczność – chodzi o to, by dotrzeć do przyczyn głębiej osadzonych w ludzkiej psychice, tych „podskórnych”, nieuświadomionych – bo to one najczęściej, jak mi się wydaje, powodują ludzkim działaniem.

        • Onibe Says:

          Ok, teraz rozumiem.

          Rozum i wolność to filary nieba i raju, ale zarazem autostrady do piekła. Wolność jest błogosławienstwem i przekleństwem. Rozum zaś daje człowiekowi siłę, będąc zarazem jego głównym wrogiem.

          Oprócz rozumu i wolności, jako element układanki określił bym także wielkość populacji. Bo to ona w ostatecznym rozrachunku dała miliony trupów zamiast tysięcy. Plus technologia, niekoniecznie tylko ta wojenna.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Doskonale to ująłeś :)
          To są właśnie te paradoksy człowieka par excellence: to, co nas ratuje może też być powodem naszej zguby. (Tutaj możemy stworzyć długą listę: biotechnonologia, genetyka, automatyzacja, industralizacja, zbrojenia, globalizacja, internetyzacja… etc.) Czasami mam wrażenie, że świat i warunki w jakich człowiek musi żyć (wliczając w to jego genetyczne zdeterminowanie i podległość Naturze) są dla niego pewnym rodzajem pułapki, z której nie sposób jest się uwolnić.

          To prawda, wzrost ludzkiej populacji – jak również produkcja coraz bardziej zabójczych „broni” – walnie przyczyniły się do wzrostu liczby ofiar wojny. Podobno procentowo nie mordujemy się na większą skalę, niż (niektóre) społeczeństwa prymitywne (np. w dorzeczu Amazonki pewne plemiona, mimo, że nie prowadzą regularnych i zorganizowanych wojen – ponadto dysponując jedynie dzidami, łukami i kamieniami – potrafią wymordować się wzajemnie w 30 – 50 %). Ot, człowiek jest drapieżnikiem – wystarczy spojrzeć na nasze kły i pazury ;)

        • Onibe Says:

          niejedna wojna toczona przez naszych królów wiązała się ze stratami procentowo porównywalnymi ze współczesnymi bestialstwami. Mam wrażenie, że żyjemy jednak pod coraz większą presją – tak bardzo szukamy absolutu, postępu i szczęścia, że podnosimy wysokość kosztów uznawanych za warte poniesienia. Przeraża mnie u wszelkiej maści fundamentalistów sposób w jaki traktują ludzi myślących inaczej: odbierają im właściwie ludzkość, traktują jak szkodniki, przedmioty, śmieci do usunięcia…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to co jeszcze nie tak dawno wydało nam się pewną gwarancją stabilności i kursu świata w dobrą stronę – a więc wolny rynek, zdrowa ekonomiczna konkurencja – wolna od dogmatycznych , ideologicznych nawisów i obciążeń, fundamentalistycznego religijnego fanatyzmu – też przestała się sprawdzać, skompromitowana choćby przez przekręty i chciwość światowej finansjery w ostatniej dekadzie (powiedzenie „masz jak w banku” nabrało przez to diametralnie innego znaczenia) oraz przez kapitalizm bez ludzkiej twarzy, (czyli traktujący ludzi przedmiotowo, niczym towar, który trzeba im za wszelka cenę wcisnąć). Rozwarstwienie klas (przepaść między wąską grupą ludzi posiadających olbrzymie środki, a tym samym władzę a tzw. „klasą średnią”, która cały czas się kurczy, podczas gdy zwiększa się zasięg biedy, a więc liczebność klas niższych) pogłębia się ostatnio w tempie zastraszającym, podobnie jak ilość ludzi „zbędnych” czyli takich, którzy nie mają co ze sobą zrobić (cała rzesza młodych ludzi bezrobotnych)… Nie, historia wcale się nie skończyła (na ustroju liberalno-demokratycznym, jako najlepszym z wszelkich możliwych, jak zbyt optymistycznie ogłosił to przed kilkunastoma laty Fukuyama) i ludzkość zafunduje sobie jeszcze niejedną bolesną niespodziankę (na drodze nie wiadomo dokąd).

        • Onibe Says:

          nie istnieje coś takiego jak wolny rynek. Nie twierdzę, że wolny rynek w czystej postaci uzdrowiłby świat, ale obecna forma układów rynkowych jest dość chora. Kapitalizm bez ludzkiej twarzy… cóż, niestety, to akurat występuje w nadmiarze. Oczywiście zależy co rozumiemy jako „bez ludzkiej twarzy” bo wiadomo, że aby przetrwać na rynku trzeba najpierw pieniądze zarabiać, a dopiero później wydawać (na ogół, poprzez „ludzką twarz” rozumie się rozdawnictwo).

          Przydałoby się więcej średniej klasy, to fakt, ale klasy świadomej, inteligentnej. A nie buców, którzy za pierwsze zarobione pieniądze kupują mercedesy i chodzą z głową w chmurach. Klasa średnia bardzo chce być klasą wyższą, a że nie może przeskoczyć realnej przepaści materialnej, nadrabia miną i chamstwem. Teoretycznie sam jestem przedstawicielem tej klasy, ale raczej nie jestem zadowolony z tego co widzę wokół siebie…

          Historia się nie skończyła, sam Fukuyama to w końcu przyznał. Umarło także kilka nowszych modeli geopolitycznych, obecnie panuje chaos. Wszystkiego mozemy się spodziewać i nic nie jest pewne…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nic nie jest wolne – oprócz wolności absolutnej. No ale ta jest nam niedostępna. :)
          Określenie „wolny rynek” miało jakiś sens na początku, ale później stało się tylko językową kalką, a i przykrywką do tego, by ci silniejsi na rynku (nieważne w jaki sposób swoją dominująca pozycję zdobyli) dyktowali swoje warunki słabszym, nie zawsze przecież fair. Dzięki temu umacniał się tylko społeczny darwinizm, ale to inna śpiewka.
          Innymi słowy, wraz z rozwojem korporacyjnych gigantów, (jak również z idącą za tym globalizacją) „wolny rynek” przestaje funkcjonować, stając się swoistą dyktaturą.

          Pisząc o „kapitalizmie z ludzka twarzą” nie miałem na myśli „rozdawnictwa”, tylko bardziej sprawiedliwy podział wypracowanych dóbr, a pisząc prościej: zapewnienie ludziom zatrudnionym przez „kapitalistów” godziwej wypłaty za ich pracę. Ponadto, zysk nie może być „bogiem”, czymś ważniejszym od samego człowieka – również i ekonomia powinna być podporządkowana jakiejś etyce, jak również uwzględniać potrzeby socjalne społeczeństwa. Chodzi mi z grubsza o wypracowanie czegoś w rodzaju złotego środka między kapitalizmem a socjalizmem (jeśli przyjmiemy, że pojęcia te jeszcze się nie zdewaluowały – i że coś takiego jest w ogóle możliwe).

          Coś mi się wydaje, że piszesz o klasie średniej, tak jak ją widzisz w Polsce. A tam rzeczywiście trudno mówić o kulturze klasy średniej – raczej o jej braku. Bo nie można tej kultury wypracować/stworzyć w pół pokolenia – zwłaszcza jeśli ma się za sobą obciążenia mentalnością peerelowską, a na sumieniu – wszystkie grzechy popełniane przez nuworyszostwo (życie ponad stan, pozerstwo, wpatrzenie we wzory o wątpliwej jakości, arogancja, zakompleksienie a jednocześnie zarozumiałość, zwykłe chamstwo…).
          W Europie Zachodniej, jak również w Stanach klasa średnia jest jednak – en masse – inna. I osobiście ubolewam, że jeśli chodzi o tę amerykańską, to ona się teraz kurczy (bo jednak pozostaje prawdą to, że zamożność kraju/państwa mierzy się zamożnością klasy średniej). Ponadto, im klasa średnia jest bogatsze, tym większa stabilizacja danego kraju. To są chyba rzeczy oczywiste. (Abstahuję od tego, że każda klasa średnia jest obciążona – w mniejszym lub większym stopniu – pewnym filisterstwem.)

          Nic nie jest pewne… to fakt (nic nie jest pewne – oprócz śmierci i podatków, jak mówił Benjamin Franklin ;) )
          Ale tak naprawdę nigdy nic pewne nie było. W tym jednak zawarty jest zarówno fatalizm (paradoksalnie, bo przecież fatum oznacza pewną nieuniknioność ;) ), jak i nadzieja (wbrew fatalizmowi – żeby było śmieszniej ;) )

        • Onibe Says:

          w sprawie ludzkiej twarzy kapitalizmu – jako anonimowa osoba mogę napisać co mi ślina na język przyniesie, więc zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa nie muszą być traktowane jako święta prawda. Mimo to powiem Ci, że staram się u siebie, w swojej niewielkiej firmie, stosować w miarę możliwości zasady „ludzkiej twarzy”. Wątpię jednak, by któryś z moich pracowników był zadowolony i by któryś mnie chwalił, bo dla nich pensja jest zawsze za mała. Zresztą, ja to rozumiem i nie mam do nich żalu. Przykro mi jest, ze nie mogę dać więcej, a moje zarobki są dopiero na czwartym miejscu w mojej własnej firmie (żaden mój pracownik nigdy w to nie uwierzy, notabene). Państwo próbuje zmuszać firmy by dzieliły się zyskiem wprowadzając np. pensję minimalną (od stycznia znowu poszła w górę), jednocześnie nie chwali się oficjalnie pracownikom, że ogromną część obciążeń ich pracodawców stanowią nie pensje, ani nawet nie ich zusy, ale bzdurne koszty ponoszone aby zadowalać rozmaite inspekcje itd. Wiesz, że zatrudniając ludzi w wymiarze łącznym na ponad 25 etatów, jeśli nie masz osób niepełnosprawnych na stanie, płacisz karę w wysokości ok 2800 zł miesięcznie? To są niemalże dwie pensje minimalne. Można też to przeliczyć tak, że każdy z Twoich potencjalnych pracowników mogłby dostać po 100 zł więcej do pensji. Ale nie dostaną a ja nie zatrudnię dodatkowych ludzi, bo ta kara skonsumowałaby zyski wyrobione przez dodatkowych ludzi. Lepiej więc nie zmniejszać bezrobocia… Takich przykładów jest więcej. Wolny rynek to pic na wodę, ale i konkurencja ze strony gigantów korporacyjnych schodzi na drugie miejsce wobec tego, co robi państwo. W takim układzie nigdy nie nastąpi polepszenie sytuacji.

          Dodam jeszcze jedną rzecz: ludzie zapominają, że aby lepiej zarabiać, trzeba trochę inaczej wydawać pieniądze. Przemysł całej Europy ledwo zipie, bo przeciętny Kowalski – ten sam, który chciałby dostać jakąś podwyżkę w pracy – zamiast kupić produkt polski, niemiecki czy angielski skusi się na chiński. Mały handel pada, wzrasta ilość marketów… Nie można nikomu nic zabronić, ale odrobina zdrowego rozsądku podpowiedziałaby ludziom, że nie żyją w próżni, ich wybory kształtują rzeczywistość. Tymczasem dominuje „chcizm”: ja chcę podwyżkę, ja chcę tego, ja chcę owego. Ja nie chcę za to płacić. Niech płaci „ono” państwo i „oni” źli kapitaliści. Dramat.

          Złoty środek pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem? Musielibyśmy doczekać się rynku, w którym jest równowaga pomiędzy producentem, handlowcem a konsumentem. Rynek konsumenta zawsze i wszędzie doprowadzi do konkurencji cenowej, która w ostatecznym rozdaniu zepchnie pracowników do roli niewolników, którym zwyczajnie nie będzie z czego płacić.

          Masz rację pisząc, że średnia klasa zapewnia stabilność. Choćby z tego powodu, że średniacy rekrutują się z dołów. Im więcej klasy średniej, tym mniej dołów, a zatem mniejsze prawdopodobieństwo rewolty ;-). Brak klasy średniej to też brak nadziei: bo kto może mieć nadzieję, że z pucybuta awansuje na milionera? Łatwiej już otworzyć małą firmę, zatrudnić kilku innych pucybutów i wczołgać się do klasy średniej, prawda?

          Gospodarka… głęboki temat. To co napisałem powyżej to właściwie westchnienia i okrzyki żalu. Problematyka współczesnych gospodarek jest tak szalenie skomplikowana, że nawet nie wiadomo od czego zacząć analizę…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No tak, ale Ty piszesz o małych firmach (czyli o skali mikro), ja miałem na myśli wielkie korporacje, które dysponują ogromnymi możliwościami finansowanymi i które de facto dyktują warunki produkcji, zatrudnienia, dystrybucji, sprzedaży… – mają decydujący wpływ na rynek konsumencki, kreując np. popyt (reklama), styl konsumpcji, trendy…
          Pisząc to miałem ponadto na uwadze sytuację w Stanach, gdzie ma miejsce coraz bardziej pogłębiająca się i szalona już teraz dysproporcja między zarobkami tych, którzy są na topie zarządzania (właściciele, CEOs) a szeregowymi pracownikami, których pensje są groszowe i nie wystarczają na godziwe życie, czyli na zaspokojenie podstawowych potrzeb – do tego stopnia, że ci ludzie zmuszeniu są korzystać z tzw. „food stamaps”, czyli z kuponów żywnościowych, nota bene fundowanych przez rząd z naszych podatków (dość głośna ostatnio sprawa pracowników Walmartu, korporacji, która jest największym pracodawcą na amerykańskim rynku – ale tu chodzi nie tylko o Walmart, w takiej samej sytuacji są miliony innych pracowników zatrudnianych prze wielkie firmy i korporacje).

          Być może w Europie państwo się bardziej szarogęsi, ale jeśli chodzi o globalną skalę, to coraz bardziej wielki kapitał korporacyjny zaczyna wpływać na politykę państw, dyktując warunki i ustalając reguły gry. Tak jest już w Sanach Zjednoczonych, bądź co bądź nadal największej potędze gospodarczej świata, gdzie korporacje mają w swoich kieszeniach większość polityków, wpływając przemożnie na politykę państwa.
          A Chiny? Może się nam wydawać, że tam państwo ma decydujący głos, ale to jest złudzenie, bo owo chińskie „państwo” bardziej jest teraz (robiącą interesy) korporacją, niż państwem.

        • Onibe Says:

          masz niestety rację. To proces globalny, nie uzasadniony ani dobrem społeczeństw, ani poprawą kondycji gospodarek. Zresztą, o współczesnej gospodarce coraz pewniej można mówić, że ma charakter syndykalny, choć jest to syndykalizm ukryty, pozornie wręcz niezgodny z prawem, które jednak jest fasadowe.

          Różnice pomiędzy zarobkami są większe w USA niż Europie. Pamiętam jeszcze ze studiów, kiedy zajmowaliśmy się kulturami kapitalizmu, że w USA różnica pomiędzy zarobkami CEO a szeregowca jest wyrażona w liczbie trzycyfrowej (częściej będzie to zapewne okolica stukrotności niż większa). W Europie różnice są o jedną cyfrę mniejszą. Ale i tak są duże, często nieuzasadnione.

          Duży może więcej, niestety. Bolączką demokracji jest to, że w ostatecznym rachunku nie broni przed agresorami: ci mają po swojej stronie tłum, który kupują sobie na miliony sposobów, de facto na koszt tego tłumu. Kiedy korporacja buduje nową fabrykę dostaje zwolnienie z podatku, miasto lub gmina na swój koszt budują drogę wysokiej klasy, podciągają media i otaczają ochroną przed własnymi instytucjami. Kiedy buduje się mała firma, to drenuje się ją jak mleczną krowę. Ale tłum popiera taką politykę, bo w ten sposób za marnych parędziesiąt milionów euro powstaje kilka miejsc pracy…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Właśnie, nauczono się doskonale manipulować tłumem (społeczeństwem, „masami”) – wykorzystując zarówno indywidualne skłonności człowieka, jak i jego zachowanie stadne.

          W sumie – w skali cywilizacyjnej – zawsze mamy to, na co sobie zasłużyliśmy.

        • Onibe Says:

          niestety, niestety…

  4. Simply Says:

    Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku ! Zdrowia i niesłabnącego zachwytu nad Światem przede wszystkim, a poza tym więcej Leśmiana, mniej Miłosza, że się tak wyrażę :D
    Jeszcze tu wrócę, bo temat dla mnie ciekawy, ale na razie Mr. Hyde wzywa, bo czas nakarmic wewnętrzne stado aligatorów. :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dzięki, nawzajem – Wszystkiego Dobrego życzę.
      No i tego, że by dało się nakarmić te wszystkie żarłoczne (jak mniemam) aligatory.
      No i żeby ten Mr. Hyde się tak bardzo nie panoszył ;)

      Rzeczywiście, Miłosz był dość mocno obecny przez kilka ostatnich miesięcy w moim życiu. Masz więc rację – chyba nadszedł czas, żeby go trochę zluzować ;)

      Skoro piszesz, że temat ciekawy, to w takim razie czekam na powrót i jego poruszenie.

  5. ulotna_wiecznosc Says:

    Pomyślności w Nowym Roku 2014 gospodarzowi i komentatorom tego bloga.

    Więcej Lesmiana a to da się zrobić ;-)))

    Śmierć Buddy
    U wód Hiranjawati — nad brzegiem żałoby
    Poległ Budda, trawiony mgłą ślepej choroby.
    Był w pobliżu tłum uczniów i był ptak na drzewie
    I dziewczyna, o której nikt dotąd nic nie wie.
    Śmierć opodal, we zgubne zwinięta pierścienie,
    Czekała, jak pies wierny, na jego skinienie.
    Uczył ją wlec obrożę i lizać złe pęta
    I patrzał, jak w ślad za nim po snach się wałęta,
    A dziś — choć się skłębiła nad wspólną otchłanią —
    Nawet jej nie pogłaskał i nie spojrzał na nią…

    Było ponad potokiem drzew tyle a tyle, —
    A kwiatów jeszcze więcej. Fruwały motyle……

    fragm B.Leśmian

    http://pl.wikisource.org/wiki/%C5%9Amier%C4%87_Buddy

  6. Cane Says:

    Zdrowia, szczęścia i miłego smakowania życia w Nowym Roku Stanisławie. Grzegorz.

  7. akwamaryna Says:

    Pięknych chwil w rozpoczętym już roku. Pozdrawiam serdecznie:)

  8. O BOGACH WOJNY i nie tylko… | WIZJA LOKALNA Says:

    […] świata i nas samych –  tak jak ta rozmowa poniżej, która odbyła się pod wpisem „Dalaj Lama i gwiazdy”. Zdecydowałem się ją tutaj przytoczyć, bo według mnie jest tego warta, a przecież mogła […]

  9. wiecznaziemia Says:

    Zapraszam do zapoznania się z moim punktem widzenia na temat Buddyzmu ..
    http://wiecznaziemia.wordpress.com/tag/dalaj-lama/


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s