SZKLANE KLOSZE

(zapiski X)

aniol z gitarą (Watykan)

.

Papiestwo a teatr.
„Przed sklepem jubilera” – jedna z sześciu sztuk teatralnych napisanych przez Karola Wojtyłę, wystawiona w Chicago przez grupę artystów z Nowego Jorku. *
Ciekaw jestem, co też ludzie lekceważący albo nawet gardzący teatrem czy poezją, a jednocześnie uważający się za katolików, robią z fantem, jakim jest fakt, że ów wielki autorytet moralny jakim jest (a przynajmniej powinien być) dla nich Jan Paweł II, zajmował się ongiś teatrem, poezją, a nawet występował na scenie jako aktor (nota bene pierwszą sztuką, w jakiej zagrał młody Wojtyła, była „Nie-Boska komedia” Krasińskiego).
Otóż najprawdopodobniej nic sobie z tego nie robią.
A tu sprawy z teatrem nie zawsze tak gładko się układały. Oto parę faktów z amerykańskiej historii.

W XVIII wieku prawie wszystkie brytyjskie kolonie miały prawny zakaz wystawiania teatru. Jeszcze pierwszy kongres kontynentalny obradujący w Filadelfii, wystąpił z apelem, by unikać „wszelkich form rozprzężenia, jak wyścigi konne, hazard, walki kogutów, wystawy i sztuki teatralne”.
Profesor Michał J. Rozbicki z Saint Louis University, w rozdziale o kulturze brytyjskiej Ameryki kolonialnej (z wydanej niedawno wielotomowej historii Stanów Zjednoczonych) pisze: „Teatr postrzegany był zarówno przez kwakrów jak i purytanów jako próżna, godna potępienia rozrywka, rodzaj zbytecznej ekstrawagancji równej moralnie pijaństwu i hazardowi. Wytaczano argumenty, że teatr wywołuje demoralizację obyczajów. Kupcy i rzemieślnicy przytaczali argumenty ekonomiczne: teatr odciąga ludzi od pracy i czyni z rozrywki cnotę.”
Miały nawet miejsce procesy, w których ludzi stawiano przed sądem za wystawianie sztuk teatralnych. (Czyżby purytanie woleli para-teatralne happeningi na żywo w rodzaju polowania na czarownice z Salem i wieszania na szubienicy niewinnych kobiet?)

Później stosunek do teatru zmieniał się wielokrotnie. Dla prezydenta Lincolna, (który powiedział kiedyś, że komedię i farsę najlepiej odgrywać w teatrze, tragedię zaś czytać w domu) jak wszystkim wiadomo, przygoda z teatrem skończyła się śmiertelnie.

Prawdą jest, że we wszystkich epokach, w każdej z warstw społecznych, znajdowali się bardziej lub mniej zagorzali przeciwnicy, czy choćby tylko kontestatorzy teatru. Nawet jeszcze w czasach, kiedy teatr dorobił się statusu sztuki nobliwej, znaleźli się ludzie, którzy uważali, że paranie się aktorstwem czy robienie teatru nie licuje z godnością szanującego się człowieka.
Na pewno nie należał do nich młody Karol Wojtyła w czasach swojej młodości, a podejrzewam, że i później – kiedy już wstępował na coraz to wyższe szczeble kościelnej hierarchii – nie zatracił przychylności i zainteresowania dla pewnych teatralnych form i treści (czyż ceremonie kościelne, same w sobie nie mają czegoś z teatru?).
Tak więc, związki papieża z teatrem powinny wytrącić broń z ręki tym, którzy teatr lekce sobie ważą en bloc. Ale najprawdopodobniej nie wytrącą.

greydot

Oglądając i słuchając żarliwych wyznań miłości w przedstawieniu „Przed sklepem jubilera” na deskach Fundacji Kopernikowskiej, uświadomiłem sobie parę istotnych spraw.
Przede wszystkim to, że wartości bliskie ideału – aby przetrwać w realnym świecie – muszą być w jakiś sposób chronione: przykryte szklanym kloszem.
Te szklane klosze budowane są różnie. Może być nim np. świątynia, ołtarz, kościół; są nimi wyobrażenia świętych, idoli, bohaterów; jest nim czasami jakiś zakątek ludzkiej duszy; wreszcie są nimi wytwory kultury, dzieła sztuki… a więc także i teatr, gdzie wyobraźnia autora – niczym ten demiurg wszechmocny – kreować noże swój idealny świat. To, że ów „demiurg” tworzący kiedyś „Przed sklepem jubilera”, jest dziś (a przynajmniej winien być) moralnym zwierzchnikiem, etyczną busolą dla ponad miliarda ludzi żyjących na naszej planecie, nie może być tutaj bez znaczenia. Jego sztuka nabiera więc nie tylko znamion symbolu, ale i wręcz pewnych cech dogmatycznych.

W sztuce „Przed sklepem jubilera” Karol Wojtyła na ołtarze swego teatru wynosi Miłość, traktując ją jako wielki dramat ludzkiej egzystencji i stawiając w centrum idealnej duchowości człowieka. Miłość jako fundamentalne doświadczenie sensu w życiu każdego autentycznego chrześcijanina i człowieka dobrej woli. Chodzi tu oczywiście także o miłość między kobietą a mężczyzną.
Czy jednak taki fenomen może się obejść – uchronić – bez szklanego klosza?

greydot

Ksiądz, biskup, kardynał i papież pisze o różnych odcieniach miłości między kobietą a mężczyzną.
Czy można tak przekonująco pisać o miłości nie zaznawszy jej we własnym sercu, ale też… i na własnej skórze?
Pomińmy pewne pomówienia i insynuacje odnośnie Wojtyły, co do jego intymnej przeszłości i młodzieńczych namiętności, które jakoby nie zatrzymały się na uczuciach platonicznych.
Jeśli już o tym mówimy: dla mnie osobiście kwestia prawdziwości czy fałszu owych rewelacji nie ma większego znaczenia i w najmniejszym stopniu nie rzutuje na mój stosunek do jego autorytetu. Innymi słowy: w moich oczach nie rzuca to żadnego cienia na tego człowieka, nawet w kontekście sprawowanych przez niego kościelnych „godności”.

„Przed sklepem jubilera” daje natomiast świadectwo temu, jak bardzo Karol Wojtyła pragnąłby widzieć miłość między kobietą a mężczyzną jako uczucie sakralne.
Ale czy takie uczucie nie wymaga ochrony szklanego klosza?
Ta tęsknota za czystą miłością nieobca jest żadnemu poecie, żadnemu idealiście, romantykowi i marzycielowi, który składa swe uczucie na ołtarzu sztuki, wiary, religii… Przypomina jako żywo pasję, jaka spalała choćby Kierkegaarda w jego poszukiwaniu idealnej – i utraconej – kochanki.

Bohaterowie „Przed sklepem jubilera” są ludźmi spośród nas, ale nie mówią do siebie językiem jakim mówimy między sobą. Ich sentencje, wypowiedzi są w rzeczywistości tezami autora. Czy tę sztuczność można tolerować w zakresie umowności jaką zakłada teatralna forma? Oczywiście, że tak – jeżeli tylko popatrzymy na to jak na symbol. Ale przecież symbol gubi się często w niejasności, nieokreśloności… Może więc lepiej spojrzeć na to tak, jak zrodziło się to w umyśle twórcy: jako na przesłanie człowieka, który zaczął odczuwać swoje wielkie powołanie filozofa, myśliciela i moralisty.

greydot

Na scenie pełni energii, pasji, uczucia  i wrażliwości, bardzo utalentowani młodzi ludzie. Na widowni seniorzy: niemal całą publiczność stanowili ludzie powyżej 60 roku życia.
Czy religia nie staje się częstszą domeną w świecie ludzi starszych? Czy papież zyskuje rezonans tylko wśród seniorów? Perspektywa zbliżającego się kresu życia wydaje się wzmagać w człowieku metafizyczne pragnienia, a mówiąc prościej: potrzebę oparcia, pociechy, ukojenia, poszukiwania nadziei… także w wierze.
Ale przecież do papieża lgną na całym świecie ludzie młodzi – Jan Paweł II ma szczególny dar trafiania do młodzieży – poprzez swoją szczerość, otwartość, bezpośredniość… brak „zadęcia”. Miłość i szacunek do tego człowieka niewiele ma więc wspólnego z różnicami wieku. Natomiast ma wiele wspólnego z pragnieniami ładu serca, z poszukiwaniem życiowych drogowskazów w świecie aksjologicznego chaosu.

A więc młodzież wyśpiewująca (na przedstawieniu) hymny o miłości przed chylącymi się ku ziemi staruszkami. Czy jednak zmarszczki, wiotka skóra, zruojnowane chorobami i wiekiem ciało nie kryją w sobie żywej wrażliwości? Te łzy, które widziałem w ich oczach nie mogły mieć swojego źródła w wyschniętych sercach. I nic nie miały wspólnego z płytką ckliwością.

greydot

Czysty, uwznioślony, uduchowiony szklany klosz „Przed sklepem jubilera” z górującym nad nim obrazem Czarnej Madonny częstochowskiej. Autentyczne wzruszenia, nie tylko dewocyjnej, religijnej natury. Dla wielu: enklawa ideału, oaza miłości…
W jakim to wszystko stopniu realne-nierealne?
Po wyjściu z teatru widzowie napotykają na parkingu grupę wyrostków.Te klną, wymachują rękami, wydając przy tym, jakieś dzikie wrzaski i odgłosy.
Jedna ze starszych kobiet zwraca się w ich stronę: „Are you guys nuts?” W odpowiedzi słyszy głupkowaty rechot i wystawiony środkowy palec.
Klosz pęka.
Młodzież na scenie, młodzież na samochodowym parkingu. Zderzenie, konfrontacja.
Gdzie jest szaleństwo, gdzie rzeczywistość? Gdzie patologia, gdzie normalność? Gdzie prawda – zmyślenie, gdzie realizm – złudzenie?
Czy istnieje wyraźna granica? A może wszystko to zmieszane jak w bosko-diabelskim tyglu?

greydot

Książka Jana Pawła II „Przekroczyć próg nadziei” światowym bestsellerem. Miliony sprzedanych egzemplarzy.
Zapytajmy się jednak:
Jak wielu spośród tych, którzy książkę kupili, również ją przeczytało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją przeczytali, jednocześnie ją zrozumiało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją zrozumieli, również się nią przejęło?
Jak wielu spośród tych, którzy się przejęli, doznało objawienia, czy choćby tylko… zmieniło siebie i swoje przyzwyczajenia?

Redukcja ad sacrum: ilu tych prawdziwych świętych i czy w ogóle są tacy?
Oto co zostało z milionów. Ale czy nie za dużo wymagamy od czegoś, co jest po prostu tylko wywiadem?

greydot
Głoszenie ideałów, głoszenie konieczności moralnej odnowy, nawrócenia się, naśladowania Chrystusa, oddania się pod opiekę Matki Boskiej…
Nawoływanie do rezygnacji z drogi grzechu, do wyzwolenia się ze zgubnych skłonności, do wejścia na drogę cnoty – do poszukiwania i oddania się uniwersalnej Miłości…
Katastroficzne wizje, opętanie współczesnego świata przez Szatana; Sodoma, Gomora i Babilon; zbliżająca się zagłada świata, który stał się siedliskiem grzechu, wszelkiego zepsucia i występku.
Chrystus jako jedyny Wybawiciel; powrót do Boga, zaufanie Bogu, poddanie, modlitwy…

Większość ludzi normalnie funkcjonującego społeczeństwa odrzuca (lekceważy) ten mistyczno-religijny prozelityzm, tercjarską gorliwość i trącący katastrofizmem radykalizm, często uznając to – bardziej lub mniej otwarcie – za oderwanie od rzeczywistości ględzenie nawiedzonych kaznodziejów, czy też wprost za obłąkanie.

Parę miesięcy temu byłem w Nashville. Nie wszyscy o tym wiedzą, że miasto to, znane na całym świecie jako stolica muzyki country, jest równocześnie największym w Ameryce ośrodkiem życia religijnego. Taki protestancki Watykan Południa. To właśnie tutaj drukuje się lwią część literatury religijnej wydawanej w Stanach Zjednoczonych.
Trafiłem w Nashville przypadkowo na rodzaj giełdy książkowej, gdzie dosłownie za centy można było wynieść w torbie kilogramy książek.
A najwięcej było literatury zbawiającej świat i zaludniających go grzeszników.
Całe stosy dzieł nawiedzonych proroków, którzy na wylot przejrzeli zepsucie współczesnego świata i biją na trwogę w dzwony, by się opamiętać.
Tony książek pełnych wspaniałych receptur na odnowienie moralne ludzkości – walające się po ziemi, pod stołami, na straganach – pod brezentowym namiotem giełdy.

I zastanawiam się: jest to wszystko dowodem na stałość i nieśmiertelność pewnych tendencji ludzkiego myślenia, czy też bardziej wskazuje na marginalne traktowanie tego przez społeczny zdrowy rozsądek (jeśli takowy w ogóle istnieje).
Kiedy metafizyczne dreszcze i prorocze natchnienia zamieniają się w bezużyteczną makulaturę? Jeśli nawet na początku był autentyzm (nie mówimy tu o fałszywych prorokach ani o oszustach żerujących na ludzkiej naiwności), czy też religijnego doświadczenia, (które jednak było, jest i będzie jednym z elementów kształtujących świadomość człowieka i naszą cywilizację, czy nam się to podoba, czy nie) to na końcu nikt nie zwróci uwagi na to wypompowane, ludzkie szaleństwo wypełniające tekturowe pudła pod straganami w Nashville.

greydot

W ustach namaszczonych, uznanych filozofów, uduchowionych a mających posłuch proroków, wywyższonych katedralnie profesorów – szeroko uznanych i skanonizowanych autorytetów moralnych i moralnych – pewne stwierdzenia brane są za zdrój mądrości, za uniwersalne wytyczne, niekiedy nawet wręcz za katechizm.
W ustach Everymana – człowieka prostego, obskurnego – te same słowa mogą być zupełnie ignorowane, lub też wzięte na objaw szaleństwa. A przecież żadne usta nie mają patentu ani monopolu na mądrość, wzniosłość, patos, honor, dumę… nie wspominając już o prawdzie.

greydot

Wydaje się, że wszelkie rozważania człowieka dotyczące spraw zasadniczych, ostatecznych, absolutnych i fundamentalnych, odbywają się często na granicy obłędu.
Nic dziwnego: rzucony w otchłanie Kosmosu pyłek usiłuje pojąć Boga, Wszechświat, Wieczność, Absolut…

greydot

To, co uznajemy niekiedy za szaleństwo, jakże często inicjowało przełomy i wyznaczało tory, jakimi biegła i rozwijała się ludzka cywilizacja.
A więc szaleństwo jako nieodzowne ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym ludzkich idei i umysłu Homo sapiens?
Jeśli tak, to skąd ta nieuniknioność?
Czy  aby nie stąd, że człowiek jako istota ułomna, ograniczona, śmiertelna i determinowana przez mechanizmy kosmiczne, nad którymi nie ma panowania, jest często bezradny, przyparty do muru, bezsilny? Staje przed sytuacjami, które go po wielokroć przerastają. A wtedy tylko szaleństwo daje mu złudzenie drogi wyjścia i ucieczki.

greydot

W którym momencie zostaje przekroczona granica, za którą świat ideałów i wartości wyższych staje się tylko światem urojonym bez zbawiennego, uszlachetniającego i uzdrawiającego wpływu na naszą rzeczywistość – na życie realne?
Jak cienka jest ścianka szklanych kloszy?

greydot

Jedna z moich znajomych pozostawiła mi pewnego razu plik swoich wierszy. Oto jeden z nich:

Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam,
był w białej szacie,
sandały miał na stopach,
był piękny jako kwiat lilii.
Twarz mu jaśniała od blasku promieni,
suknia powiewała jak smuga cienia.
Był lekki, taniec był jako wiatr
nieuchwytny, a wciąż był obok mnie.
Muzyka podkreślała poezję jego tańca.
Był jako jedwab, lekki, zwiewny,
był jak Bóg, bo Bogiem był.
Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam, jako Jego kwiat.

greydot

W czasach mojej młodości miałem przyjaciela, który do szaleństwa kochał Ewę.
Ewa była dziewczyną przepiękną: kształty bóstwa, cudowny biust, wspaniałe nogi i burza jasnych włosów okalających śliczną twarz… I jeszcze ta jej dusza: wrażliwa, uduchowiona, poetycka, dążąca do ideału…
To właśnie ta dusza stanęła na przeszkodzie, by spełniła się miłość mojego przyjaciela.
Ewa była bowiem zaangażowana w ruch oazowy. Doznała gwałtownego nawrócenia (nie bez znaczenia było to, że jej ojciec był wysoko postawionym działaczem partyjnym), przeżyła nagły przypływ religijnej gorliwości – zatopienie w modlitwie, jakieś myśli o wstąpieniu do zakonu…
Ewa, oprócz tatusia, kochała jeszcze mocno Jezusa. To był jej Pan, obiekt Wielkiej Miłości.

Kolega przeklinał oazy, przeklinał tatusia, przeklinał księży, przeklinał nawet Chrystusa; przeklinał wszystkich, którzy – o czym był przekonany – zabierali mu jego ukochaną.
A jej samej mówił: „Nie stać Cię na miłość do człowieka, do mężczyzny, który gotów jest dla Ciebie poświęcić wszystko! Wyimaginowałaś sobie jakąś miłość, która ma spełnić się gdzieś w zaświatach. Miłość do wymyślonego, bezcielesnego kochanka! Uciekasz od miłości ludzkiej, prawdziwej!”

Nic nie pomogło. Przyjaciel rozstał się z Ewą.
Ewa w końcu skończyła studia, dwa fakultety – prawo karne i cywilne.
Kolega wyjechał do Ameryki.
Po dwóch latach od jego wyjazdu Ewa wyszła za mąż, urodziła dziecko.
Minęło 6 lat.
Wiem, że przyjaciel myśli o nawiązaniu kontaktu z Ewą. Wiem, że Ewa chciałaby spotkać się z przyjacielem. Pierwszej Wielkiej Miłości nie zapomina się do końca życia.

greydot

„Pod szklanym kloszem” to jedyna powieść  – autobiograficzna zresztą – jaką napisała Sylvia Plath, poetka amerykańska. Tragiczna postać, o której do dzisiaj się nie zapomina. (O ile dobrze sobie przypominam, nawet Waldemar Łysiak poświęcił jej sporo miejsca w swoich „Wyspach bezludnych”.)
Dla Sylvii Plath jej szklany klosz do pewnego momentu był ochroną. Nadszedł jednak czas, kiedy świat za kokonem złudzeń stał się nie do zniesienia, a klosz za kruchy, by wytrzymać napór i uderzenia twardej realności.
A może to właśnie nie do zniesienia stał się świat urojony – ten wewnątrz jej szklanego klosza – a jego ściany za grube, by można było się poza nie wydostać?
Sylvia Plath popełniła samobójstwo, wkładając głowę do pieca kuchenki gazowej. Osierociła dwójkę małych dzieci.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jednak skazani na budowanie szklanych kloszy – światów utkanych ze złudzeń i nadziei.
Jednakże z wszystkich tych światów najważniejsze są te, które dzielimy z innymi ludźmi. Ot, choćby jak najbardziej realny świat słońca, lasów, morza, gór… świat naszych rodzin, bliskich, przyjaciół… Świat życia naszego powszedniego – realny świat, w którym mimo wszystko możliwe jest prawdziwe szczęście, a choćby tylko jego momenty.

greydot

* Zapiski pochodzą z 1997 r. i opublikowane zostały na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 7 grudnia ’97.

(Zdjęcie własne: anioł ze zbiorów Muzeum Watykańskiego)

.

Advertisements

komentarze 42 to “SZKLANE KLOSZE”

  1. dragonfly Says:

    Teatr naprawdę wyszedł z kościoła. Zresztą nawet dwa razy – bo i grecki teatr wywiódł się ze świętych obrzędów, i średniowieczny prosty ze mszy. Co do wartości i szklanych kloszy… Hm… ja jednak jestem przekonana, że one bronią się same. I choć postać Jana Pawła II tak hołubiona jest przez Polaków, to daleko nam do najbardziej praworządnych w świecie społeczeństw skandynawskich, prawie całkowicie przecież ateistycznych. A że ludzkość jako taka snuje wizje idealne? To chyba pochodna myślenia, naszej najpiękniejszej zdobyczy ewolucji.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No, proszę… ile to zawdzięczamy kościołowi. Nawet teatr ;)

      Nie wiązałbym praworządności z dużym odsetkiem ateistów w społeczeństwie. (Poza tym: nawet jeśli spora część społeczeństwa – np. szwedzkiego czy norweskiego – deklaruje swój ateizm, to i tak wartości jakie w tym społeczeństwie obowiązują, w dużej części wywodzą się z chrześcijaństwa – z czego ateiści zwykle nie zdają sobie sprawy, czy też raczej: nie chcą sobie zdawać sprawy.) W Szwecji jest mniej jak 25% ateistów, w Norwegii i Finlandii – mniej niż 20%. Trudno więc twierdzić, że te społeczeństwa są ateistyczne, a zwłaszcza „całkowicie” ateistyczne. Wystarczy zresztą przypomnieć sobie Bergmana i jego filmy – ileż tam ludzie nagadają się o Bogu ;) I jak mocno jednak przesiąknięci są nadal mentalnością protestancką (a więc chrześcijańską, nie-ateistyczną właśnie).

      To prawda, Polacy „hołubią” Jana Pawła II, ale tak… abstrakcyjnie raczej, bez większego związku ze stosowaniem Jego wskazań w realnym życiu.

      Co do idealizmu: ktoś powiedział, że człowiek to takie zwierzę, które podnosi głowę ku niebu a nie dostrzega pająka na swoim suficie.

      • Torlin Says:

        „wartości jakie w tym społeczeństwie obowiązują, w dużej części wywodzą się z chrześcijaństwa – z czego ateiści zwykle nie zdają sobie sprawy, czy też raczej: nie chcą sobie zdawać sprawy” – nieprawda, podstawowe kanony moralności są ponadczasowe, i nie mają żadnego związku z chrześcijaństwem. Jest to religia, która uwielbia przejmować czyjeś pomysły za własne. Obojętne, czy chodzi o Święto Dziadów, 1 maja czy Łysą Górę.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nieprawda, podstawowe kanony sprawiedliwości nie są ponadczasowe (nie wiem, czy sobie zdajesz sprawę, ale twierdząc tak, stajesz po stronie uznających Absolut i Boga jako źródło nakazów i zakazów moralnych, tudzież uniwersalnej „sprawiedliwości” – a przecież Ty w Boga nie wierzysz, więc jak to tak?)

          Sprawiedliwość jest pojęciem ludzkim i nie ma nic wspólnego z Universum, ani tym samym z Naturą…
          A moralność, czyli system etyczny, jest zmienna tak, jak zmienna jest ludzka kultura. Innymi słowy „kanony” moralności (a więc także sprawiedliwości) zmieniają się wraz ze zmieniającą się cywilizacją (bo, jak wiesz, system etyczny jest rodzajem umowy społecznej – a ta jest zmienna – i jest uzależniona także od panującej w danym momencie historycznym religii.)

          Ostatnie Twoje zdanie trąci jednak złośliwością.
          Oczywiście, że Chrześcijaństwo nie powstało w próżni (nic, co ludzkie nie powstaje w próżni), ale wykształciło też ono własne, unikalne wartości (i kanony) – to, co właśnie wyróżnia go – zarówno jako cywilizację, jak i religię – spośród innych systemów kulturowych.

        • Torlin Says:

          Problem polega na tym, że Ty dwa różne swoje określenia traktujesz łącznie, a ja rozłącznie. Dla Ciebie „wartości jakie w tym społeczeństwie obowiązują” i „Chrześcijaństwo nie powstało w próżni (…), ale wykształciło też ono własne, unikalne wartości” to są synonimy, a u mnie potwierdzenie, że pierwsze zdanie jest prawdziwe, bo obowiązują; i drugie też jest prawdziwe, bo wykształciło. Tylko że nie wykształciło tych wartości z pierwszego zdania, bo jak słusznie zauważyłeś jest to związane z umową społeczną. Dla jednych pożądanie żony bliźniego swego jest czymś strasznym, dla wielu ludów pierwotnych to nie jest problem, dzisiaj nawet oddaje się żonę gościowi.
          Ale podstawowe wartości: „nie zabijaj”, „nie kradnij”, „czcij ojca i matkę”, „nie mów fałszywego świadectwa” – to są ponadczasowe wartości we wszystkich właściwie społeczeństwach, nawet plemion pierwotnych. A z przyjemnością można poczytać sobie o etykach greckich w czasach, w których nikt nawet nie mógł słyszeć o Chrystusie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Przyznam się, że nie rozumiem tego, co piszesz w pierwszej części swojego komentarza. Co traktuję łącznie, a co rozłącznie – co jest dla mnie synonimem?

          Pewne wartości etyczne wydają się nam „ponadczasowe” ale one ponadczasowe nie są, bo wykształciły się w czasie – tak jak kształciła się i sublimowała etycznie nasza kultura i cywilizacja, a wraz z nią system etyczny, który przecież nie jest czymś niezmiennym, a tym bardziej uniwersalnym.
          Pierwsze z brzegu „uniwersalne” wg Ciebie przykazanie/zasada: „nie zabijaj” (nota bene to, co wymieniłeś, to nie są wartości, tylko właśnie przykazania). Ono wcale nie jest uniwersalne (uniwersalna zasada naturalna jest wręcz przeciwna: „zabijaj, kiedy tylko to przynosi ci to korzyść” – i stosuje się do niej cała Natura, co widać aż nadto oczywiście, kiedy bliżej przyglądniemy się temu, co się dzieje w świecie zwierząt).
          Także w świecie ludzkim, i to współcześnie: daje się przyzwolenie na zabijanie (wojny, wojsko, drony, „broń”, kara śmierci, obrona własna…) – mordowanie ludzi jest sankcjonowane w wielu przypadkach – więc ochrona ludzkiego życia nie jest wartością uniwersalną – a świadczą o tym również miliony aborcji, (które de facto są likwidowaniem ludzkich zarodków/czyli życia, czyli zabijaniem), dokonywanych każdego roku na świecie.

          A chrześcijaństwo? Jeśli byś wykazał odrobinę dobrej woli, to doszedłbyś do tego (dowiedziałbyś się), jakie nowe i unikalne wartości wprowadziła etyka chrześcijańska do ludzkiej cywilizacji (nie piszę tu o ich przestrzeganiu, bo to zupełnie inna historia).

        • Torlin Says:

          Przyznam się, że jak przeczytałem o mordowaniu dzieci nienarodzonych, to mi się póki co odechciało..

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie napisałem o „mordowaniu” „dzieci nienarodzonych”, ale o „likwidowaniu” ludzkich zarodków, czyli – mówiąc wprost – „zabijaniu” ich.
          Żebyśmy nie wiem jakie stosowali wybiegi i usprawiedliwienia – usuwanie ciąży jest tym właśnie. Tylko, że nagminność tego powoduje, że ludzie (kobiety, ale nie tylko one) się oburzają: bo oni wcale nie „zabijają” płodów, tylko „usuwają” ciążę – w większości po to, by pozbyć się ciężaru wychowywania (jeszcze jednego) dziecka. No, ale sumienie nie śpi. 90% kobiet, które usunęły ciążę cierpi na tzw. syndrom poaborcyjny. Niestety, o tym jakby zapominali bojownicy „pro-choice”, którzy chcą zignorować wszelkie psychologiczne powikłania i etyczne konsekwencje aborcji.

  2. Vera Says:

    Czy idealizm to przede wszystkim marzycielstwo? Dla mnie zupełnie nie… Tak, marzenia wydają się być nieodzowne do tego, aby zostać idealistą lecz nie wyklucza to wg. mnie realistycznego spojrzenia na świat i umiejętnej realnej oceny.
    Taki jest mój idealizm.
    Co do społecznych bydlaków – nie ma takiej siły na ziemi, która zrobiłaby z nimi porządek. Byli, są i będą. Na szczęście – to wyjątki. Mój idealizm zakłada wiarę w ludzi i dobro – ponieważ każdy człowiek chce być szczęśliwy i dąży do szczęścia – chyba, że coś po drodze się wydarzy, co popląta mu serce lub rozum.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Idealizm wyrasta także z ludzkiej empatii i zwykłej przyzwoitości – z niezgody na bylejakość i wszelkie badziewie świata.
      Nie musi to mieć wiele wspólnego z „marzycielstwem”, i wcale nie musi zakładać rezygnacji z pragmatyzmu czy ze zwykłego realizmu.

      • Torlin Says:

        Może będzie to brutalne, co napiszę, ale gdyby w społeczeństwie byli tylko idealiści i marzyciele, to cała gospodarka zawaliłaby się w oka mgnieniu.
        Vero! Kogo uważasz za „bydlaków”? Wszystkich, którzy nie są idealistami? Czułymi na ludzką krzywdę? A jak ktoś sądzi jak ja, że każdy odpowiada za swoje życie, i jest w tym miejscu, do którego sam doprowadził, to jest bydlakiem?

        • Vera Says:

          Czy jeśli ktoś mówi, że idealista (czy nawet marzyciel) może być człowiekiem wartościowym, to czy oznacza to, że chce, żeby całe społeczeństwo składało się z samych idealistów i marzycieli?
          Czy jeśli ktoś chwali malarza lub zduna, to chce, żeby wszyscy byli malarzami i zdunami?
          Trochę więcej logiki, Torlinie!

          A co ma bydlęctwo wspólnego z tym, że każdy jest odpowiedzialny za swoje życie?
          Niestety, nie wszystko w naszym życiu – w tym i samo życie – zależy od nas. Przekonanie odwrotne – że panujemy całkowicie nad swoim życiem, i że to życie zależy tylko od nas – jest właśnie… pewnym rodzajem idealizmu ;) A ściślej: złudzenia :)

  3. greg Says:

    Statystyka jest obiektywna i bezwzględna. To ona mówi prawdę. Ludzie szczęśliwi, pozytywnie nastawieni do życia i świata, nieumęczeni troskami i bólem, wiedzący wiele i myślący racjonalnie NIE POTRZEBUJĄ RELIGII. Najczęściej tak właśnie jest. Religia jest opium dla mas. Jest narkotykiem, który aplikuje się na wszystkie nieszczęścia, i którego zadaniem jest znieczulić. Człowiek pod silnym wpływem religii zachowuje się jak narkoman, który musi dostać swoją działkę, który zapłaci za nią każdą cenę, który będzie bronił jej jak swojej wolności, i który w jej imieniu może dopuścić się każdej niegodziwości, z morderstwem (niektórzy, bo do tego potrzeba szczególnego nacisku) włącznie.
    A kler? Kler to dilerzy. A ich szef, papież? Czyż nie jest baronem narkobiznesu? Czyż on i jego poprzednicy nie dbali od stuleci o to, by firma prosperowała najlepiej jak to możliwe i by płynęła rzeka pieniędzy, a wszyscy, których można wciągnąć w narkotykowy ciąg, byli wciągani? Czyż nie atakują już dzieci, najmniej odporne istoty ludzkie, by je uzależnić od narkotyku religijnego, a potem z tego ciągnąć z tego korzyści?
    I niech ktoś powie, że Marks nie miał racji. Miał ją. To oczywiste.

    • kot Says:

      Greg, masz dużo racji, tyle samo co nie masz. Wiara, ateizm, to są pewne ideologie i to na zapotrzebowanie człowieka, tak jak i inne ideologie, których nie można dowieść. Rozpatrywanie jednej ideologii z aspektu człowieka tkwiącego w drugiej, nie ma sensu. Tu raczej nie chodzi o przeprowadzenie dowodu, że jedna jest „prawdziwa”, druga nie, tylko o to, aby jedna nie konfliktowała ludzi z drugą. Jakby mozna było przeprowadzić dowód i to posługując się naukami tzw. scisłymi, czyli nie pozostawiającymi pola manewru dla filozofii, to byłby ogólnoświatowy ateizm dla wszystkich lub tylko religia dla wszystkich. Jest z tym problem, to co znamy już z zakresu nauk ścisłych, wyklucza mozliwość tej rzeczywistości, ktora nas otacza, a która jednak istnieje i co z tym zrobić? Pozostaje tylko TOLERANCJA jednych dla drugich, a jak to osiągnąć.
      Udowadnianie, że Boga nie ma, lub jest, jest bezsensu. Trzeba całkowicie oddzielić religię, tak samo jak narzucany ateizm, z zycia publicznego, państwo powinno być w 100% świeckie, a religia w miejscach do tego przeznaczonych, czyli możliwa we własnym domu i kościele. Mamy obecnie czasy, że każdy może sam decydować, czy chce być wierzącym, czy ateistą, to powinna być tylko prywatna sprawa każdego obywatela.

      • greg Says:

        > Masz dużo racji, tyle samo co nie masz.

        Nie wiem, co masz na myśli mówiąc, że „mam” rację i jednocześnie jej „nie mam”. W skali społeczeństwa oba zjawiska są dostrzegalne dla każdego. W skali jednostki podlegają statystyce, która zależy od zróżnicowania charakterologicznego każdego z nas.

        > Wiara, ateizm, to są pewne ideologie i to na zapotrzebowanie
        > człowieka, tak jak i inne ideologie, których nie można dowieść.

        Ateizm NIE JEST IDEOLOGIĄ. I to musisz zrozumieć. To jest – w samej swojej definicji – JEDYNIE rezygnacja z tak zwanej „wiary”, czyli ustanowienia dla siebie dogmatu jako prawdy. A i wiara ma równie prymitywną definicję, którą – jak podejrzewam – mylisz z religią. Wiara też nie jest ideologią. Człowiek nie ma zapotrzebowania na dogmat z samej swojej natury. Człowiek jest istotą poszukującą, dociekliwą, wątpiącą, ewoluującą w swoich poglądach i zasobach wiedzy. Jest istotą uczącą się, a uczenie się, samo w sobie, zawiera element zmienności i jest zaprzeczeniem dogmatyzmu, czyli trwaniem w poewności, że wie się jakąś prawdę absolutną.

        Co do dowodzenia (ale chyba tez, a nie ideologii) to wystarczy sama deklaracja, że się chce szukać dowodu. To automatycznie stawia tezę na stanowisku do weryfikacji, a nie jako prawdę raz na zawsze ustanowioną. I może tego nie dostrzegasz ale CAŁA nasza wiedza o świecie, naprawdę wszystko, co wiemy o nim, wciąż nie jest dogmatem, ale zbiorem tez więcej lub mniej solidnie zweryfikowanych. Dotyczy to wszystkiego, nawet najbardziej podstawowych praw fizyki, a więc tego, co opisuje cały nasz świat. To my zauważamy, a potem sugerujemy, że coś podlega jakiejś (matematycznie określonej) zmienności (zależności) i staramy się doświadczalnie to potwierdzić. Doświadczalnie, a więc na miarę naszych skromnych i dostępnych w danej sytuacji, możliwości. I to ograniczenie nie pozwala NIGDY, ABSOLUTNIE NIGDY nadawać tym prawom miana dogmatu, a więc pewności, że świat zewnętrzny (dla naszego umysłu) taki właśnie jest.

        > Rozpatrywanie jednej ideologii z aspektu człowieka tkwiącego w
        > drugiej, nie ma sensu.

        Bez sensu. Nie masz prawa odbierać nikomu prawa do oceny, bo każda ocena jest subiektywna, z poziomu swojej wiedzy. Twoja, z poziomu wierzącego, nie musi być lepsza od mojej, z poziomu ateisty. To co chcesz powiedzieć jest kolejnym dogmatem i żądaniem uprzywilejowania w wygłaszaniu (zauważ, że nie tylko osobistym myśleniu, ale właśnie wygłaszaniu) poglądu.

        > Tu raczej nie chodzi o przeprowadzenie dowodu,
        > że jedna jest „prawdziwa”, druga nie, tylko o to, aby jedna
        > nie konfliktowała ludzi z drugą.

        Ludzi konfliktuje przede wszystkim to, że niektórzy uważają się za bardziej „namaszczonych”, uprawnionych do pewnych przywilejów. Teizm, a właściwie religia wyróżnia ludzi w ten sposób. Coś im obiecuje, czymś ich starszy, ale ich WYRÓŻNIA. Mówi im – dostąpicie czegoś. Wy dostąpicie, a inni, którzy się nie podporządkują – już nie. Ci wyróżnieni mogą chcieć, w całkiem dobrej intencji, zmusić innych, by też doznali tego wyróżnienia. Mogą także represjonować opierających się, nie chcących przyjąć DOBRA, którym są obdarzani. I tak religia oparta na dogmacie istnienia Nadistoty, Pana, Władcy dokonuje podziału ludzi na lepszych i gorszych. Powstaje źródło zła.

        > Jakby mozna było przeprowadzić
        > dowód i to posługując się naukami tz. scisłymi, czyli nie
        > pozostawiającymi pola manewru dla filozofii,
        > to byłby ogólnoświatowy
        > ateizm dla wszystkich lub tylko religia dla wszystkich.

        A po co jakiś dowód? Czym on miałby skutkować? Czy ustanowieniem dogmatu o wyższości religii nad jej brakiem lub odwrotnie? Czy Ty naprawdę nie możesz żyć bez jakiegokolwiek dogmatu? Zrozum…

        Czy wierzysz w Zeusa? A w Ozyrysa? Nie (tak podejrzewam). Masz swoją definicję podmiotu wiary. Ja nie wierzę JEDNOCZEŚNIE we wszystkie tego typu obiekty. Rozumiesz? To jest o jeden obiekt więcej, niż w Twoim przypadku. Ty też jesteś ateistą, jeśli spojrzeć na to od strony tego Zeusa lub Ozyrysa. Obaj jesteśmy ludźmi. Żyjemy w tym samym świecie. Ten niuans ilości niezaaprobowanych do uwierzenia nadistot nie ma prawa nas różnić. Tak naprawdę, to sprawa dotyczy stosunku do weryfikacji opisu świata i Twojego uznania jakiegoś dogmatu, a mojego odrzucenia wszystkich dogmatów jednocześnie. Nie ma recepty na złoty produkt filozofii (którą tu znów prawdopodobnie utożsamiasz z teologią). Filozofia to rachunek zdań na poziomie abstrakcji ludzkiego myślenia właśnie abstraktami. Ona musi być logiczna i nie wolno w jej obrębie, w jakimś momencie, przyjąć fałszu jako prawdy, a także nie wolno jej uważać, że jeśli opiera się na definicji, której nie da się zweryfikować (z samego założenia, a więc jest to dogmat), to wolno jej wciskać taką tezę do zbioru innych tez opisujących cokolwiek w świecie realnym. Świat realny musi podlegać weryfikacji, bo chcemy stworzyć w naszym umyśle model (uwaga – MODEL!!!) najlepiej z nim zgodny (a więc najprawdziwszy).

        > Jest z tym problem, to co znamy już z zakresu nauk ścisłych,
        > wyklucza mozliwość tej rzeczywistości, ktora nas otacza, a która
        > jednak istnieje i co z tym zrobić?

        Do naszych umysłów dociera jeden, jedyny strumień informacji z zewnątrz, który skutkuje powstawaniem w nim modelu świata. Co zrobić? Należy poddawać się wymogowi weryfikacji zawsze i wszędzie, odrzucić dogmaty, które są sprzeczne lub zbędnie komplikują wyobrażony model świata. Każda nauka jest w pewnym sensie ścisła. No, chyba że jest to mitologia, SF lub coś podobnego, co oczywiście NIE DOTYCZY ŚWIATA REALNEGO. Nie myl tych dwóch stref. Nie żądaj ich łączenia, ani wpływu bajek na model rzeczywistości.

        > Pozostaje tylko TOLERANCJA jednych dla drugich, a jak to osiągnąć.

        Tolerancja?!?!?! BZDURA!!!! W powszechnie funkcjonującym, błędnym znaczeniu tolerancją – zastanów się dobrze nad sobą, czy tak nie jest – nazywasz pewnie ŻĄDANIE jakiegoś przywileju dla – na przykład – religii. W rzeczywistości tolerancją powinna być zgoda na nie wywieranie nacisku na innych, między innymi, by nie zmieniać ich poglądów. Ale to jest oczywista bzdura, bo tolerancji w ten sposób mogą się domagać dzieci, by rodzice ich do niczego nie nakłaniali, a obywatele, by państwo ich żadnymi prawami nie krępowało. To źródło anarchii i rozpadu więzi społecznych. Religia nie ma więc prawa domagać się analogicznej „tolerancji” dla siebie. A ateizm funkcjonalny, czyli odpowiednik religii (w stosunku do dogmatu wiary) nie żąda tolerancji dla siebie, bo jest jedynie oporem wobec narzucania w przestrzeni publicznej, w stosunkach międzyludzkich, religijności. Jest oporem wobec narzucania religii. To jest oczywista nierównowaga. To zakłamanie i nierozumienie elementarnych zjawisk społecznych.

        > Udowadnianie, że Boga nie ma, lub jest, jest bezsensu.

        Ależ oczywiście, że to ma sens. Naszą wizję świata zewnętrznego budujemy w oparciu o wątpliwości, o których nie wolno nam NIGDY zapominać. Model świata w naszych głowach powstaje po serii weryfikacji prawd i fałszów w stosunku do tez składających się na ten model. I w stosunku do bożków też musimy stosować tę samą taryfę. Musimy, bo taki bożek ma ambicję stać się częścią opisu świata.

      • greg Says:

        > Trzeba całkowicie oddzielić religię,

        Zgoda. A jak to chcesz zrobić? Jak sobie wyobrażasz stan, by religia była częścią opisu świata i jednocześnie nią nie była. Można tkwić w swoistej schizofrenii i większość ludzi na świecie w niej właśnie tkwi. Ale naturalne jest poddanie religii weryfikacji i jej odrzucenie, ponieważ jest to bajka wciśnięta pomiędzy rzeczywistość. Kto tego nie zrobi, ten się godzi na chaos w swojej głowie, zatajając przed sobą fakt, że ten chaos nim właśnie jest.

        > tak samo jak narzucany ateizm,

        Na litość boską, przecież ateistami rodzą się dzieci. Dopóki nie ulegną zarażeniu religią są ateistyczne i takimi, teoretycznie, miałyby szanse zostać na zawsze. Odrzucenie religii jest tylko powrotem do tego stanu początkowego, do stanu odniesienia. Ateizmu się nie narzuca. Narzucony jest wirus religii, a jego odrzucenie, także pod jakimś wpływem, nie jest już narzuceniem.

        > z zycia publicznego, państwo powinno być w 100% świeckie,

        To prawda. Popieram w 100%. Ale religia to narzędzie władzy nad ludzkimi umysłami i dlatego wciąż wpycha się do życia publicznego. A w przypadkach najbardziej rażących, nawet do polityki samego państwa.

        > a religia w miejscach do tego przeznaczonych,
        > czyli możliwa we własnym domu i kościele.

        To nie jest możliwe. Kościół już jest elementem przestrzeni publicznej, bo narzuca coś sobą – wielkością, przepychem, biciem dzwonów, hasłami itd. W domu? Ale jak – każdy w swoim odizolowanym pokoju? Przecież jest rodzina, goście itd. Bujasz w obłokach. Zaprzeczasz sam sobie.

        > Mamy obecnie czasy, że każdy może sam decydować,
        > czy chce być wierzącym, czy ateistą, to
        > powinna być tylko prywatna sprawa każdego obywatela.

        Nieprawda. Religia jest w szkołach. Ocena z religii na świadectwie ma wpływ na losy ucznia. Jedyna akceptowalna moralność jest przypisywana przez większość ludzi religii. RM kieruje w praktyce rządzącą partią, która promuje religię na kazdym kroku, ateizmowi przypisując wszystko, co najgorsze. Ateizmowi, czyli brakowi religii. Jak w tej sytuacji mamy uważać, że mamy całkowitą wolność dostępu do informacji o religii? Bzdura. Nie decydujemy sami. Jesteśmy kształtowani przez tych, którzy posługują się religią. Może nie Ty i nie ja, ale większość ludzi wokół nas tej nieustannej manipulacji podlega. Tylko opór wobec indoktrynacji ma sens. Religia już wcześniej „załatwiła” sobie mnóstwo nieuzasadnionych przywilejów, a teraz trzeba ludziom uzmysłowić, że to jest nieuczciwe, niesprawiedliwe.

        A najbardziej to żal mi dzieci, które przez ten zakłamany horror muszą przechodzić i wchodzą potem w dorosłe życie ze świadomością, że świat dorosłych jest zakłamany i że wolno w życiu posługiwać się prawdami nieudowodnionymi (dogmatami) na równi z prawdami dowiedzionymi. To jest nauka zakłamanego życia. To jest największe zło.

      • kot Says:

        Zwróć uwagę, że to są Twoje indywidualne przemyślenia i Twoja
        wiara w ich prawdziwość, nic wiecej. Takie spory można prowadzić bez
        końca i nie ma mozliwości narzucenia swojego odczucia komuś innemu.
        Religia powstała z chwilą gdy umysł ludzki osiągnął taki poziom
        rowoju, że mógł zadać pytanie – „skąd to się wzięło, po co to
        istnieje?” (lub coś w tym sensie). Jeśli rozwój ewolucyjny innych
        ssaków sprawi, że pies czy kot, też będzie mógł zadać sobie takie
        pytanie, to też stworzą religię. Religia jest ponadczasowa, powstała
        (nie wymieniam jakie, one też podlegają ewoluowaniu), trwa i będzie
        do chwili gdy umysły będą mogły zadawać sobie takie pytanie. Na to,
        że coś powstało z niczego nigdy nie doczeka się odpowiedzi. Ty jakoś
        uporczywie chcesz swoją „wiarę” narzucic innym, mam na myśli Twoje
        wyobrażenie. Każdy człowiek ma prawo do własnego wyobrażenia i nie
        jest ono lepsze lub gorsze od innego. Tylko w naukach scisłych jest
        jeden prawidłowy tor myslenia (i to nie zawsze, też ulega zmianie
        wraz z rowojem tych nauk). Piszesz, że człowiek rodzi się ateistą,
        to prawda, ale rodzi się też bez żadnej wiedzy, podlega tylko
        odruchom instyktu. Dalszy rozwój jego polega na uczeniu się,
        przyswajaniu sobie zrozumienia tego co go otacza. Tego co go uczą,
        nie wszystko wykorzysta, wybierze sobie świadomie to co chce i tu ma
        miejsce na religię. Ma takie prawo, Ty chcesz mu je odebrać, chcesz
        narzucić swoje przekonanie, a to już indokrynacja.
        Jeżeli interesowałeś się starozytnością, to zwróc uwagę na wierzenia
        w starożytnej Grecji. Wiara lub niewiara nie dzieliła ludzi, bogów
        było dużo, nikt nie dążył (przynajmniej na szczeblu państwowym) do
        podziału na lepszych bogów i gorszych, nie było wojen religijnych i
        jakoś to wszystko dobrze działało.
        Można dużo pisać tylko po co? Czy znasz przypadek, że Twoje wywody
        sprawiły, że osoba wierząca, pod Twoim wpływem stała się ateistą?

        • greg Says:

          > Zwróć uwagę, że to są Twoje indywidualne
          > przemyślenia i Twoja wiara w ich prawdziwość, nic wiecej

          Moje tylko? Ale jestem człowiekiem, jak wszyscy, którzy złożyli
          się na całość ludzkiej wiedzy o świecie. To mało, czy dużo?
          Sugerujesz, że to nic nie znaczy, a to już Twój kolejny dogmat. Ja chcę, bez żadnej przesadnej skromności, uczestniczyć w układaniu tego we wzór, który przecież istnieje, bo wciąż widzimy poszczególne kawałki, a nie do końca wiadomo, jak je do siebie dopasować. Mam się wycofać, jak może Ty to robisz, albo jak mi sugerujesz, nie robić
          nic? To nie dla mnie. Ja wolę, być może, bezproduktywnie działać do samego końca swego życia, niż uznać, że działać nie warto, bo nic mi dane znaleźć nie będzie. Tak myślały całe tabuny leni umysłowych, tak myśleli pierwotni praludzie. A dlaczego?

          > Takie spory można prowadzić bez końca
          > i nie ma mozliwości narzucenia swojego odczucia komuś innemu.

          A czy ja Ci coś narzucam? Ale i Ty mnie nie narzucaj swojego przeświadczenia, że mnie nie wolno czynić tego, co czynię.

          > Religia powstała z chwilą gdy umysł ludzki osiągnął taki poziom
          > rowoju, że mógł zadać pytanie – „skąd to się wzięło, po co to
          > istnieje?” (lub coś w tym sensie). Jeśli rozwój ewolucyjny innych
          > ssaków sprawi, że pies czy kot, też będzie mógł zadać sobie takie
          > pytanie, to też stworzą religię. Religia jest ponadczasowa,
          > powstała (nie wymieniam jakie, one też podlegają ewoluowaniu),
          > trwa i będzie do chwili gdy umysły będą mogły zadawać sobie
          > takie pytanie.

          A jednak teraz jesteśmy w całkiem innym miejscu naszej drogi
          poznawczej. Kiedyś nie było „narzędzi”, przy pomocy których można
          było myśleć, tej wiedzy podstawowej. Świat pojęć abstrakcyjnych
          niemal nie istniał, albo był ubogi. Rozbudowaliśmy go. Kiedyś proces
          samego ludzkiego myślenia był dla człowieka niezrozumiały. Dziś
          umiemy go rozłożyć na czynniki pierwsze, zauważyć w nim elementy
          logiczne. Stało się cos niezwykłego – myślenie, które było widziane
          tylko jako suma pewnych składników, których istnienia nie
          podejrzewaliśmy nawet, może być postrzegane niejako od zewnątrz.
          Widzimy i sumę, i to, z czego się ona składa. Dokonał się proces
          odczarowania nas jako centrum. Niegdysiejsze pytanie o to, „skąd się
          to wzięło” nie mogło mieć odpowiedzi, bo nie istniały pojęcia, przy
          pomocy których można by na nie odpowiedzieć. Dziś to juz jest
          możliwe. I dlatego tak wiele ludzi wyedukowanych odrzuca własnie z
          tego powodu religię, która jest bajką. Jest bajką oparta na
          dogmacie, a dogmaty też odrzucamy. Co dziwne, w naszych rozmowach,
          zawsze unikałeś kontaktu z tym stwierdzeniem. nigdy nie podejmowałes
          rozmowy o znaczeniu dogmatu pomiędzy tezami weryfikowanymi.
          Dlaczego?

          > Na to,
          > że coś powstało z niczego nigdy nie doczeka się odpowiedzi.

          Tak Ci się wydaje. Nie potrafisz się wyzwolić z myślenia
          neandertalczyka, który przyrodę widział jako zbiór elementów
          podstawowych, nie podejrzewając, że każdy z nich jest zbudowany z
          tych samych cząstek elementarnych. Uświadom sobie wreszcie, że
          oprócz nich nie istnieje Twój komputer, ani nawet Ty. A więc, co
          jest tym „czymś”, co powstało z niczego? Komputer czy raczej te
          cząstki elementarne lub kwarki. Cofnij się jeszcze głębiej w
          poznawaniu natury rzeczy. A może są TYLKO superstruny lub inny
          wirtualny byt, który ostatecznie mozna sprowadzić do czystej
          informacji. Czy możesz zaprzeczyć, że świat zewnętrzny, od naszej
          umysłowości wypełnionej rzeczami i zjawiskami poczynając, daje się
          zredukować do bytów, których nie widzimy, które nie mają cech
          znanych naszym zmysłom? Czym one są, Andrzeju, jeśli nie informacją
          jedynie? Następna pułapka w która wpadasz, to przeświadczenie, że do
          przetwarzania informacji musi istnieć MATERIALNE podłoże, jakieś
          urządzenie. A na jakiej podstawie twierdzisz, że bez niego, z samej
          tylko zasady jakiejś sekwencyjnej zmienności, jedno piewotnie
          prymitywnie proste założenie nie mogłoby sie rozwijać rozmnażając
          swoje elementy w nieskończoność, a także zmieniając ich wartosci,
          gdy każdy jest funkcyjnie uzależniony od wszystkich innych?

          Czy nie jest tak, że wciąż uważasz, że jeśli Ty widzisz zarys bóstwa
          w rozpływającej się po szkle wodzie, to już to bóstwo istnieje? OK.
          To nie Ty, to inni tak uważają. Ależ na tej samej zasadzie cały
          świat, którego rzeczywistość stwierdzamy „namacalnie” zmysłami jest
          pewnego rodzaju pozorem, a kazde z pojęć tworzonych przez nasze
          mózgi jest określonego rodzaju odpowiedzią splątanej sieci
          neuronowej na powtarzalność bodźców selekcjonowanych przez narządy
          zmysłów, a potem już konkretne obszary mózgu. A te, gdy się je jakoś
          wyłączy lub uszkodzi, przestają opisywać świat. Jak czwarta barwa
          podstawowa zwierząt prymitywniejszych od ssaków, jak echolokacja
          nietoperzy pozwalająca zajrzeć za przeszkodę, jak ośmioro oczu
          pajaka, jak ludzie dotknięci ułomnością nie pozwalającą rozróżniać
          upływu czasu itp.

          Tak, nadal nie ma tego „czegoś”, bo to wszystko pojęcia
          pochodne. Nic nie zostało stworzone. Nadal jest sama informacja.
          Jest to samo, co było na początku, tylko bardziej urozmaicone i
          dające w pewnych rejonach swego występowania „inteligentne desenie”.
          I to jest już odpowiedź. Konkretna i nie domagająca się istnienia
          bóstw, ani Kreatorów.

          > Ty jakoś
          > uporczywie chcesz swoją „wiarę” narzucic innym, mam na myśli Twoje
          > wyobrażenie. Każdy człowiek ma prawo do własnego wyobrażenia i nie
          > jest ono lepsze lub gorsze od innego.

          Powtarzam, Tobie niczego nie narzucam. Proponuję pewną tezę.
          Zapoznałeś się z nią? Chcesz ją poddac krytyce? To zrób to. Po to o
          niej mówię. A może nie chcesz? To nie imputuj mi, ze Tobie coś
          narzucam. I nie narzucaj mnie zakazu wypowiadania tego, co chcę
          powiedzieć. Po prostu nie czytaj i nie reaguj. A jednak z jakiegoś
          powodu Ciebie to niepokoi, boli Cię, czymś Ci zagraża. Czym? Boisz
          się, że naruszy Twój dogmat? Powtarzam – nie czytaj i nie reaguj.
          Ale – jeśli nie możesz pojąć, o co w niej chodzi lub jeśli nie
          chcesz merytorycznie o niej podyskutować – daj spokój, a mnie nie
          ograniczaj mojej wolnosci wypowiedzi. To Ty nie narzucaj mi niczego.
          Nie udawaj, że wiesz lepiej, bo być może to Ty się mylisz, bo byc
          może wciąż jesteś na poziomie myślenia po neandertalsku.

          > Tylko w naukach scisłych jest jeden prawidłowy tor myslenia
          > (i to nie zawsze, też ulega zmianie wraz z rowojem tych nauk).

          I znów muszę powtórzyć: Wszystkie nauki dają się sprowadzić
          ostatecznie do nauk ścisłych, a konkretnie do matematyki. I logika
          jest jedna, a te „wielowartościowe” też dają się rozłożyć na pewne
          kompilacje dwuwartościowej. Zawsze. Bo zawsze na początku muszą być
          zdefiniowane najprostsze aksjomaty i dopiero z nich składa się te
          bardziej złożone.

          > Piszesz, że człowiek rodzi się ateistą,
          > to prawda, ale rodzi się też bez żadnej wiedzy, podlega tylko
          > odruchom instyktu. Dalszy rozwój jego polega na uczeniu się,
          > przyswajaniu sobie zrozumienia tego co go otacza.
          > Tego co go uczą, nie wszystko wykorzysta,
          > wybierze sobie świadomie to co chce i tu ma miejsce na religię.

          Religia jest baśnią ponieważ opiera się na dogmatach. Nie każ mi
          baśni włączać do opisu świata. Albo nauka, albo dogmaty – innych
          możliwosci nie ma.

        • kot Says:

          „A może są TYLKO superstruny lub inny
          wirtualny byt, który ostatecznie mozna sprowadzić do czystej
          informacji.”

          Co to jest czysta informacja? jest to jakby „przepis” na zdarzenia,
          instrukcja postepowania itd. Na pewno skalar. Aby coś powstało, musi
          być energia, tak lapidarnie, to energia – to zdolność do wykonania
          pracy i też jest skalarem (jakby możliwoscią). Stąd wniosek, sama
          informacja nie wystarczy, musi być energia. Energia na odległość
          może być przekazywana na dwa sposoby (to znamy na dzisiaj i nie myl
          z energią cieplną tu na Ziemi, że ma trzy możliwości, tu chodzi o
          przesyłanie przez próznie w Kosmosie), jako fala elektromagnetyczna
          i jako forma kwantowa. Przesyłanie mamy załatwione, ale nie jej
          wykorzystanie. Aby coś się zrobiło musi być działanie siły (to już
          wektor, ma kierunek, wartość i zwrot) czyli może być wykonana praca.
          Możesz mnie nie wierzyć, ale uwierz Newtonowi, każda siła musi mieć
          reakcję, pojawienie się siły bez reakcji to cud, powstanie energii z
          niczego i żadna informacja tego nie zrobi. Zresztą informacja wymaga
          aby była właściwie wykorzystana, logiki i przewidywania skutków oraz
          kontroli i świadomości własciwego ukierunkowania. Działanie Chaosu
          nie jest przewidywalne ani nie może być powtarzalności w ciągu
          działania praw natury. (Same prawa natury, ich jakby opis, może być
          zawarty w informacji, ale nie może być przez informację spowodowane
          ich konkretne działania – np. prawo grawitacji, realne działanie
          sił). ITD. ITD.
          Podoba mi się natomiast Twoje stwierdzenie (o ile dobrze
          zrozumiałem), że wszystko jest ułudą, jakby doskonałym snem,
          wyobrażeniem tylko, a nie rzeczywistością. Wtedy mogę częściowo
          przyznać Ci rację, dlatego częściową, bo powstanie tak doskonałej
          ułudy też wymaga sterowania i byłoby indywidualne dla każdego
          człowieka.

  4. Adam Lizakowski Says:

    „W Bazylice św. Jacka w Chicago”

    W Boże Narodzenie jest myślącym płonieniem
    świecy palącej się niespokojnie.
    Na czubku choinki złota gwiazda
    monotonnie powtarza wesołych świąt
    wesołych świąt, wesołych świąt
    szczęśliwego Nowego Roku bez
    wojen, mordów , podwyżek paliw,
    elektryczności, chleba i mięsa
    topnienia wartości dolara w Polsce,
    lodów na Arktyce.
    W oczekiwaniu na opłatek stoi spokojnie
    wstaje, siada, klęczy, wstaje, siada, klęczy
    wspomina dzieciństwo:
    za panowania Gomułki poszedł do szkoły podstawowej
    za panowania Gierka skończył średnią
    za panowania Jaruzelskiego wyjechał za chlebem
    za panowanie Donalda Reagana napisał prace magisterska
    na Uniwersytecie na Obczyźnie im. Ulicy Milwaukee
    pt. Jak przeżyć pierwsze siedem lat bez żony i dzieci
    wypadł znakomicie, ale nie był z siebie dumny.
    Za panowania Billa Clintona obronił doktorat
    pt. Patriotyzm a co to takiego na Wyższej Szkole
    robienia Wody z Mózgu im. Głodnych emigrantów.
    Za panowania juniora Busha myślał o powrocie
    do ojczyzny, napisaniu pracy habilitacyjnej
    chciałby zostać profesorem ma do tego podstawy
    przecież 30 lat życia na emigracji — jeden wielki uniwersytet
    zaliczał egzaminy, bronił się, praca habilitacyjna
    to setki przekazów pieniężnych, za paczki, wysłanych
    z biura wysyłek z ulicy Milwaukee, Belmont, Harlem
    tylko on jeden wie, ile musiał się napisać szmatą
    odkurzaczem, młotkiem, przejechać tysiące mil
    tylko on jeden wie ile godzin musiał spędzić na kolanach.
    Komisja egzaminacyjna będzie wyborowa, żona, dzieci
    krewni, sąsiedzi, niestety nie może powoływać się
    na jedynego świadka Pana Jezusa, bo Ten zastrzegł się
    „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”
    O tym wszystkim myślał w Bazylice świętego Jacka
    w Chicago w Boże Narodzenie.

  5. Megi Says:

    Witam serdecznie.
    Szczęśliwym trafem byłam na sztuce „Przed sklepem jubilera” opartej na kanwie utworu Karola Wojtyły. W Annie zobaczyłam siebie i dla mnie doskwierał ciężar obrączki. Dobrze było popatrzeć na siebie z boku:):):)

    Wyrosłam w rodzinie katolickiej, gdzie obowiązkiem jest uczestnictwo we mszy świętej I albo, albo jak mawiał Kierkegaard, albo miałam być temu posłuszna i bywać regularnie w domu Bożym, ale daleko od Ojca, albo uchodząc od praktyk kościelnych, bliżej odczuwać obecność Stwórcy Wszechrzeczy.
    Uczciwiej mi jest, kiedy nie podpisuję list obecności, tam gdzie mało mnie było. Nie umiem modlić się na baczność i spocznij pod batutą księdza… Za moją postawę, otoczenie uznaje mnie za ateistkę i dziwię się temu, ponieważ kiedy ja poznaję szerzej i głębiej Boga, to bardziej uginam kolana.

    W moim odczuciu Karol Wojtyła był prawym człowiekiem na miarę naszych czasów, ale nie umiem zrozumieć jakim prawem, my śmiertelnicy wyręczamy Boga w doborze świętych. Mnożymy aureole, stawiamy dla osób szczególnych pomniki, co jeden to większy, na cokole składamy kwiaty, laurki, ale zapominamy w życiu doczesnym za jakie zasługi ich doceniamy, uwielbiamy, co było godne w ich postawie na przestrzeni drogi.

    Przed nami Święta Bożego Narodzenia. Radosnych chwil życzę w tym okresie szczególnym i na później niech radość drogi czy sprzyja, a miłość i mądrość dalej przy Tobie mieszka.

    Obiecuję sobie, że koniecznie muszę zadbać w tym roku, aby w magii przeżywania świąt, jak bywało do tej pory, nie zapomnieć otworzyć drzwi dla Jubilata. Najczęściej to bywało, że nie słyszałam jak pukał i pukał. Nie słyszałam zajęta rodziną, zapatrzona na kolorową choinkę, prezenty, a rozmowy o sprawach różnorakich w tle z X Muzą zagłuszały słyszalność.
    Czy wydoroślałam, aby dojrzale świętować? Czas da mi odpowiedź………

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja również nie czuję związku z instytucjonalizowaną religią – wolę tajemnicę istnienia (czy też nieistnienia) Boga przeżywać i rozważać w swoim wnętrzu, bez presji i rutynowych ceremonii, z dala od dogmatów.

      Karol Wojtyła. Ja myślę, że z wyjątkiem Chrystusa, nikt tak szeroko nie oddziałał swoim chrześcijańskim dobrem na świat, jak właśnie Jan Paweł II. Przyznać to musi każdy, kto głębiej i uważniej przyjrzał się fenomenowi charyzmy tego człowieka.
      A sprawa świętych? To jest jakby sprawa wewnętrzna Kościoła, do której nie chciałbym się za bardzo mieszać.

      Wyciszenia i uważności, ale też i radości w nadchodzące Święta życzę.
      (Przy okazji dziękując za życzenia z Twojej strony.)

  6. sarna Says:

    Ateiści kontra wierzący i vice versa, lepsi – gorsi, moje – twoje, słowem wieczne przepychanki w imię… no właśnie, w imię czego? Łysiak w „Wyspach bezludnych” pisząc o Karolu Wojtyle-papieżu, zatytułował nie bez kozery, rozdział o Nim „ruchomy cel”. Pytanie, co jest naszym celem? W dywagacjach o JP II napisał, że wolność jest ważniejsza/cenniejsza od pokoju i ma rację. Nieważne czy jesteś wierzący, czy wręcz przeciwnie. Ważne byś miał możliwość i odwagę dokonania właściwego wyboru, i warto przy tym pamiętać, że czasami, o ironio wojna tę wolność przynosi. Sam K. Wojtyła był przeciwny wszelkim wojnom, bo uważał wszelkie wojny ( z wyjątkiem obronnej) za niemoralne. Jednak istotne są cele nad którymi roztaczamy szklane klosze. Prawda i sprawiedliwość są zdaniem Łysiaka (i moim również) względne, podzielam poglądy Staszka, Torlina mam ochotę udusić;)

    Dlaczego piszesz o insynuacjach i pomówieniach w kontekście młodzieńczych uniesień Karola względem płci pięknej? Nie tak dawno temu widziałam w telewizji wywiad z kobietą, która kochała z wzajemnością późniejszego papieża JP II. Był tylko i aż człowiekiem, dokonał wyboru, a to że miotały Nim zwykłe, ludzkie uczucia w niczym mu nie uchybia, wszak dochował wierności danemu słowu.

    Wiersz znajomej trąci aurą wpisów w moim pierwszym w życiu pamiętniku. Nawet rozbrajający, bo uroczy jest ten styl „na górze róże, na dole fiołki …” :) – jednak po cichu troszkę zazdroszczę jej tej młodzieńczej naiwności;)

    „Wyspy Bezludne” Łysiaka czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Nie napisał niczego, czego bym już nie wiedziała, co może oznaczać jedno z: jestem już bardzo wiekowa, a zatem życiowo doświadczona, jestem mądrym człowiekiem, jestem zarozumiała. Ponieważ mogłam wybrać tylko jeden wariant odpowiedzi, zatem go wybrałam :)

    macham

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Również uważam, że wolność jest ważniejsza od pokoju, chociaż wojny nienawidzę.
      A jeśli uznajemy, że wolność jest ważniejsza od pokoju, to tym bardziej musimy się zgodzić z tym, że jest ona także ważniejsza od bezpieczeństwa (to dlatego tak bolą mnie ustępstwa – zresztą nie tylko w Stanach Zjednoczonych – na rzecz coraz większego ograniczania naszych swobód obywatelskich, a czymś takim jest przecież totalna inwigilacja ludzi przez służby specjalne, które robią to pod pretekstem ochrony tegoż społeczeństwa – zaś naprawdę powodowani są chęcią wzmocnienia kontroli nad ludźmi, a tym samym: umocnienia swojej pozycji i władzy).

      Nie chciałbym za bardzo, aby mój wpis stał się kolejnym pretekstem do sporu między ateistami a wierzącymi w Boga. Owszem, taka dyskusja może być ciekawa, ale jednak niczego nie rozstrzyga – bo przecież rozstrzygnąć nie może.

      Pisząc o insynuacjach związanych z życiem seksualnym młodego Wojtyły, miałem na myśli to, że swego czasu (kiedy pisałem swój tekst i wcześniej) krążyła pogłoska, że owocem miłosnego związku Wojtyły z kobietą było dziecko. Dla mnie to byłoby/jest bez większego znaczenia (nawet gdyby okazało się prawdą), ale dla niektórych ludzi mogłoby to być szokiem.
      Natomiast fakt, że przeżył on w swojej młodości miłość do pewnej kobiety, jest dość powszechnie znany – utrzymywali zresztą ze sobą kontakt (można to oczywiście nazwać przyjaźnią) długo po tym, jak Wojtyła został księdzem, biskupem, kardynałem, a chyba i jeszcze później – kiedy był już papieżem. W każdej Jego biografii jest tego… przynajmniej ślad.

      Widzę, że jesteś świeżo po lekturze „Wysp bezludnych” Łysiaka. Ja czytałem tę książkę dobre ćwierć wieku temu – i do tej pory bardzo dobrze tę lekturę wspominam.
      Trochę mi żal tego, że Łysiak z czasem stawał się takim coraz bardziej zacietrzewionym i sfanatyzowanym człowiekiem – i że pozwolił, by żółć i pieniactwo zdominowały w nim dobre pasje, których przecież mu nie brakowało (choć cieszę się, że udało mu się napisać coś takiego, jak „Malarstwo białego człowieka” – 8 tomów czystej miłości do europejskiego malarstwa – mam je wszystkie na mojej półce (przeczytane) i dość często do nich zaglądam.

  7. sarna Says:

    Przepraszam, że nie mam już czasu by nawiązać wprost do postu, ale kanonem powinno również być to, by mimo przeciwności losu potrafić zachować pogodę ducha, więc może na dzień dobry

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dobre. Nie powiem, że się nie uśmiałem :)

      To może być dowodem na to, że wszyscy jesteśmy jednym, a nasza indywiduacja jest złudzeniem – a w konsekwencji… niczym.

      I może jeszcze na to, ze nasz byt może być pewnego rodzaju żartem ;)

      Albo tym, że świat istot żywych przeniknięty jest uniwersalnym cierpieniem – domagającym się (od naszego świadomego człowieczeństwa) uniwersalnego współczucia.

      Innymi słowy: nasze życie to tragi-komedia ;)

      • sarna Says:

        Skoro się nie tylko uśmiechnąłeś, a wręcz uśmiałeś, to osiągnęłam swój cel :)

        Fakt, jestem świeżo po lekturze „wysp bezludnych” i obawiam się, że jak w większości moich lektur wkrótce zapomnę o czym konkretnie traktowały. Nie martwi mnie to, nie zależy mi na zaśmiecaniu pamięci, istotne dla mnie są wrażenia z lektury i drążące pytania z niej wypływające. Może lekiem na „całe zło” jest obcięcie sobie uszu, tak jak uczynił to Van Gogh? – choć sądząc po tym w jakim stylu z sobą skończył, to zabieg nieskuteczny ;(
        Może byłoby nam łatwiej w życiu, gdybyśmy je traktowali jak komedię? – choć prawdę mówiąc już je tak traktujemy licząc, że wszystko skończy się napisem „happy end”.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Żaden film nie kończy się napisem „happy end” ;)
          Tylko tak, jak nasze życie: „The End” :) – i to zarówno wtedy kiedy jest komedią, jak i tragedią (a jest zarazem jednym, jak i drugim).

  8. Jula :D Says:

    Ja natomiast jak to się mówi, z innej beczki wyskoczę. Bo ileż w tej chrześcijańskiej religii jest rytuałów pogańskich.
    Choćby związanych tylko z z samym bożym narodzeniem. :)))

    -Staropolską nazwą świąt Bożego Narodzenia były właśnie “Gody”. Taka nazwa do dzisiejszego dnia funkcjonuje jeszcze w polskim folklorze oraz w języku czeskim (“Štědré Hody”) i łużyckim. W Polsce nazwy “Gody” inteligencja przestała używać w osiemnastym wieku, termin pozostał jednak wciąż żywy wśród ludu. Przetrwał w wielu znanych do dzisiaj przysłowiach (w swojej Księdze Przysłów Adalberg podaje tradycyjne 23 przysłowia dotyczące Godów).Terminem “Gody” określano czas od dzisiejszego Bożego Narodzenia do święta Trzech Króli.

    – Skojarzenie Saturnaliów ze świętami Bożego Narodzenia jest nieuniknione. Uroczystość obchodzona w grudniu, czas radości i zabaw, obdarowywanie się prezentami, a nawet coś w rodzaju choinek.
    Przypadkowa zbieżność czy święta te coś łączy? Wszystko wskazuje na to, że wiele bożonarodzeniowych zwyczajów faktycznie mogło mieć swoje źródła w starożytnym Rzymie. Saturnalia obchodzono także w czasach późnego cesarstwa. Zmieniono wprawdzie nazwę na Brumalia, czyli święto przesilenia zimowego, ale tradycje pozostały. W Rzymie przybywało chrześcijan, a obchodzili oni Boże Narodzenie tuż po Brumaliach (zresztą datę 25 grudnia chrześcijanie wybrali, aby zastąpić nią inne rzymskie święto – Sol Invictus, Niezwyciężonego Słońca). Cały czas jednak obchodzono stare święto, aż w końcu związane z nimi zwyczaje przeniknęły do chrześcijańskich obchodów Bożego Narodzenia.
    Stąd te świeta sa takie same a jednak jakże inne w różnych państach. :D
    Pierwowzorem jednak było dla wszystkich SŁOŃCE !!!
    W USA to chyba świętuje się tylko 1 dzień świąt , tak?..

    Dużo więcej tu .. –>https://groups.google.com/forum/#!topic/rodzima-wiara-slowian/cIQdMIaJdPM

    Pozdrawiam i zdrowych , i spokojnych świat życzę!..

    Ps
    Podobno w tym starosłowiańskim święcie to wolne miejsce przy stole suto zastawionym było dla własnych przodków. ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Mnie się takie wpływanie na siebie różnych religii, czy wierzeń – cały ten kulturowy eklektyzm – nawet podoba, bo traktuję go jako ludzkie poszukiwanie tego, co jest poza – jest odzwierciedleniem swoistej tęsknoty człowieka za metafizyką, niewystarczalnością tego, co jest czystą biologią, fizjologią – materią.

  9. bielszy odcien Says:

    Istnieją takie pytania, na które nie zna się odpowiedzi. Jest ich mnóstwo. Niektóre są banalne i śmieszne; inne frapujące. Jeszcze inne nie mają nic wspólnego z tym, co uważamy za istotne i warte uwagi w życiu. A jednak się je zadaje. Zawsze wtedy, kiedy akurat idą jebane święta z rybą, jak z orłem w koronie. Czy jest św. Mikołaj? Czy pan Jezus urodził się w Betlejem czy może to tylko klechda, mit? Albo czyjś spaprany, sentymentalno-łzawy scenariusz? Jestem passionata, jeśli chodzi o religię. Ubieram choinkę akurat w wigilię, kiedy już skończę lepić pierogi i czuję, jak ssie mnie niepokojąco w żołądku. Wtedy – ten jeden raz w roku – naprawdę myślę, że to bóg. Jestem wręcz przekonana. Tak to właśnie wygląda: wielka ssawa. Zasysa człowieka razem z flakami. Bo bóg z pewnością nie jest wegetarianinem. Przynajmniej ja nie znam żadnego boga – jarosza, wielbiciela cytryn i szpinaku. Już prędzej pasibrzucha, któremu lepiej smakuje ciepłe, niepodgrzewane (smażone jest niezdrowe, gotowane śmierdzi – coś między padliną a zjełczałą kapustą; na surowo zaś da się jakoś przełknąć). Wilgotność, miękkość, kruchość…

  10. ulotna_wiecznosc Says:

    Czy jesteśmy wierzący czy też nie i tak nikt nie przechodzi obojętnie wobec fenomenu świąt Bożego Narodzenia. :-)
    A jak ma się zdrowie szanownego właściciela bloga?
    Pozdrawiam serdecznie :-)

  11. Jula :D Says:

    Ponieważ nie będzie mnie przez ten czas świąteczny w blogosferze już teraz zaglądam i przesyłam życzenia i tradycyjny polski opłatek Wigilijny. ::D

    Zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzę !.. :D

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/opc582atek.jpg?w=780

    Ps.
    Mam nadzieję, że Twoja nieobecność na blogu, to tylko jakaś niesamowita kolejna podróż. ::D

  12. Torlin Says:

    Stasiu! Życzę Ci wszystkiego najlepszego, spełnienia wszystkich marzeń i cudownych podróży

  13. Stanisław Błaszczyna Says:

    Julu, Torlinie – dziękuję.

    Również wszystkiego najlepszego,
    jak również Zdrowych i Pogodnych Świąt życzę,
    S.

  14. Anka Leszczyńska Says:

    Pewien profesor będący księdzem powiedział kiedyś na wykładzie, że nie powinien księdzem zostać ten kto nigdy nie kochał, ponieważ nigdy nie będzie potrafił zrozumieć uczuć i ludzi, jak miałby zatem przekazać im wiarę. I chociaż religia opiera się na niepodważalnych i niezmienialnych dogmatach i pewnie dlatego coraz bardziej oddala się od współczesnego świata, to miłość pod różną postacią jest w niej obecna, jest być może motorem chrześcijaństwa, a przynajmniej chciałabym, aby tak było…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Miłość – w różnych postaciach – powinna być istotą Chrześcijaństwa.
      Ktoś, kto niezdolny jest do miłości, nie powinien być księdzem.

      A jeśli chodzi o Boga i Miłość?
      Mój przyjaciel, nota bene ateista, niedawno napisał w jednym z listów do mnie:

      „W życiu chodzi o harmonię, o wzajemne poszanowanie i zrozumienie. (…) Argument uczuciowy, Bóg jest miłością przemawia do mnie najbardziej i na tym chciałbym się chwilę skupić. Ta zależność i potrzeba jest chyba kluczem do zrozumienia ewenementu religii. To jak potrzeba dziecka bycia kochanym. To co powiedział Einstein (‚Wrażenie, że za wszystkim, czego doświadczamy, ukrywa się coś, czego nasz umysł nie może ogarnąć i czego piękno i majestat dosięga nas jedynie pośrednio jako słabe odbicie, to jest religijność. W tym sensie jestem religijny.’) mógłbyś włożyć w usta zakochanego chłopca zachwycającego się urodą swojej dziewczyny. Miłość. W tym sensie Jestem też religijny.”


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s