RAJ W CIENIU WIELKIEJ GÓRY

.

Mt. Rainier wyłania się z chmur

Mt. Rainier wyłania się z chmur

.

poczekalnia, awaria, trampki i lot

Późny samolot do Seattle. Zapokładowanie przebiega sprawnie. Wszyscy pasażerowie siedzą na swoich miejscach. Za pięć minut mamy startować.
Nagle słyszymy polecenie pilota, by opuścić maszynę.
Oficjalna wersja: potrzeba wymienić olej w silniku i go zrestartować…
Mogli by wymyślić coś mądrzejszego!
Wszyscy posłusznie i bez szemrania wychodzą z samolotu (nie było naszych Rodaków, więc obyło się bez dosadnych komentarzy, oprócz mojego cichego – w myśli)

Siedzimy w poczekalni, oglądamy (i słuchamy) program Larry’ego Kinga w CNN. Nadstawiam ucha bo mówią coś o Vancouver, w którym mam być już za dwa dni.
Co za wiadomość!
W pobliżu tego kanadyjskiego miasta woda wyrzuciła na brzeg pięć odciętych ludzkich stóp – wszystkie prawe i wszystkie w … trampkach! Myślałem że się przesłyszałem, ale gdzie tam – inni słyszą to samo co ja.
Dochodzę do wniosku, że to niemożliwe, by rzeczywistość płatała nam takie okrutne i absurdalne zarazem figle… bez naszego udziału. Podejrzewam, że to jednak sprawka jakiegoś makabrycznego żartownisia. Jednak w studio Kinga wszyscy rozprawiają o tym z powagą, nikt jakoś nie wpada na to proste i chyba jednak jedyne sensowne wytłumaczenie. Chociaż mogłoby się komuś wydawać, że to temat dla kolejnej powieści grozy innego pana Kinga – Stephena. Bo przecież… skąd tu wziąć niepostrzeżenie pięć ludzkich stóp! (Bo o trampki to już łatwiej.)

W końcu, po godzinie wchodzimy do samolotu i zaczyna się normalna gniecionka w wąskich jak cholera siedzeniach.
Coś czytam, później próbuję spać… ale gdzie tam! Nie wiadomo co zrobić z nogami , jak ułożyć głowę… tortury znane każdemu, kto musiał spędzić kilka (a niekiedy i kilkanaście) godzin w samolocie.

sleepless in Seattle

Po czterech godzinach lądujemy w Seattle. Jest już po północy. Odprawa bagażu, wychodzę na zewnątrz, chcę złapać taksówkę … podjeżdża jedenastoosobowy van. Jestem sam, więc uważam, że to lekka przesada, żebym do niego wsiadał. Ale innej taksówki nie ma. Kierowca mówi (domyślam się co mówi, bo to Hindus strasznie kaleczący angielski), że cena jest taka sama, co powtarza z dziesięć razy podczas półgodzinnej jazdy do hotelu. No i naturalnie opowiada o swoich Indiach oraz – jakże by mogło być inaczej – o swojej rodzinie. Angielski strasznie łamany, ale jakoś się rozumiemy. Jeszcze bardziej się ożywia, kiedy mówię, jak bardzo zafascynował mnie jego kraj.
I rzeczywiście kasuje 40 dolarów, czyli (podobno) jednak tyle co za zwykłą taksówkę o tej porze w nocy. A jest już druga.

Jestem w samym centrum Seattle.
Na recepcji nie śpią, wkrótce trafiam do swojego pokoju, biorę prysznic, (a może jednak nie … już nie pamiętam ), kładę się do łóżka, próbuję zasnąć…
Kurcze… nie wychodzi! Pięć odciętych stóp w trampkach! Bardziej absurdalne, niż straszne. Próbuję od tego odwrócić myśli, może nawet… przestać myśleć, ale nie ma tak łatwo.
Przez okno widzę charakterystyczny futurystyczny spodek Space Needle – wieży, z którą zwykle kojarzy się na całym świecie to miasto. Oświetlona jak w Bliskich Spotkaniach Trzeciego Stopnia, dziwna, jak nie z tego świata…
Atmosfera niczym z Archiwum X.
Wieża wyrasta nie dalej, jak 100 metrów od mojego hotelowego okna. Jej neonowy niebieskawy blask gryzie w oczy. Jak tu spać? A na zegarze trzecia!
No pięknie! Za cztery godziny mam spotkać pewną grupę ludzi, a przecież wypada być wtedy świeżym, zwartym, sprawnym i gotowym.
Myśl błądzi po różnych tematach, ale w końcu zawsze wraca do kosmicznego spodka – i tak aż do rana snuje się ta moja insomnia.
Cóż… nie spodziewałem się tej bezsenności w Seattle.
To prawda, ze czasem rzeczywistość sączy się jak krew z nosa.

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

.

Vancoucer  – olimpijskie Whistler

Dwa dni w iście ekspresowym tempie.
Małe nieporozumienie co do lokalizacji hotelu, gdzie mam się spotkać z gośćmi z kraju (dwa hotele o tej samej nazwie) i oto wyjeżdżamy z Seattle opóźnieni o prawie dwie godziny. Musimy być na określony czas w Vancouver, stąd pośpiech.

Na szczęście przekroczenie granicy z Kanadą odbywa się szybko i bez problemów, tak że około południa jesteśmy na lotnisku dla helikopterów w samym centrum Vancouver.
Półgodzinny lot nad miastem i cieśniną Howe’a.
Z góry wszystko wydaje się śmiesznie małe. Niezwykłe wrażenie zawieszenia w powietrzu (helikopter jest cały przeszklony). W sumie – taka trochę dziecinna zabawa dla dorosłych, coś w rodzaju rollercoastera, tyle że spokojniej, bez wstrząsów i drożej

Po wylądowaniu krótka przejażdżka po downtown, następnie jedziemy do Parku Stanley’a, który jest czymś w rodzaju wyspy porośniętej dziewiczą puszczą, oddaloną o kilkaset metrów od miasta.
Po suto zakrapianym posiłku – spacer i oddech wśród wspaniałych drzew i indiańskich totemów z ciekawą perspektywą na oszklone drapacze chmur Vancouver.

Późnym popołudniem wyjeżdżamy na drogę Sea to Sky Highway (czyli, dosłownie, na autostradę “Od Morza w Góry”). Za trzy godziny powinniśmy być w Whistler.
Trasa jest malownicza. Wpierw prowadzi wzdłuż krawędzi fiordu, wysoko nad wodą. Później odbija w góry, pokazuje się śnieg, a nawet lodowce. Nasz (lokalny) kierowca Tim spisuje się znakomicie.
Wszędzie widzimy roboty drogowe – trwają przygotowania do zimowej Olimpiady, która odbywać się ma właśnie w Whistler, uznanym nota bene za najlepszy resort narciarski na kontynencie Ameryki Północnej.

Kolacja i nocleg w Chateau Fairmont.

Nazajutrz wracamy już do Vancouver. Po drodze widzimy jeszcze imponujące wodospady Shannona. Zaliczamy też kolejny lot helikopterem – tym razem na szczyt Grouse Mountain (jednakże zamiast dzikich cietrzewi spotykamy udomowione niedźwiedzie grizzly i tresowane orły z ich nie mniej interesującymi treserkami), zaś pod wieczór kierujemy się w drogę powrotną do Seattle.

Aaa… jeszcze zakupy. (Wiadomo: dolar słaby, złotówka mocna… Co to się nie porobiło na tym świecie! Ameryka stała się teraz dla Rodaków tańszym krajem niż Polska.)

Późnym wieczorem dojeżdżamy wreszcie do Seattle. Miasto tonie w miriadach kolorowych świateł.

Treserka orłów spod Vancouver

Treserka orłów spod Vancouver

.

mała wycieczka osobista

Przeżywam teraz niejaką konsternacje, gdyż nie jestem pewien czy warto o tym pisać. Czy ktoś przeczyta to z zainteresowaniem? I czy nie naruszam czyjeś dyskrecji?
Nie powiem… wypad do Kanady był niezłą frajdą, ale czy może to kogoś poza nami obchodzić? (Chyba jedynie służby specjalne wrogich mocarstw… just kidding!)
Najciekawszy wątek dotyczyłby zapewne charakterystyki osób, z którymi się spotkałem, ale siłą rzeczy bardzo niezręcznie byłoby mi o tym pisać. Zdradzę jedynie to, że moimi towarzyszami podróży byli zarówno pracownicy rządu polskiego, jak i amerykańskiego, a zamieszani w całą tę eskapadę byli także przedstawiciele firmy Microsoft, która jak wiadomo, ma swoją główną siedzibę w Seattle.
Tak się złożyło, że działo się to wszystko akurat w czasie, kiedy oficjalnie ze swojego stanowiska ustąpił Bill Gates, postanawiając poświęcić się odtąd prawie wyłącznie działalności charytatywnej.

Wtrącę jeszcze tylko, że nie przepadam za podobnymi imprezami, które zbytnio determinują jednak moje zachowanie – tak, że nie można raczej być wtedy w pełni sobą.
Wprawdzie można wygrywać w ten sposób pewną – nadal autentyczną – część własnej osobowości, ale jest to – akurat dla mnie – swego rodzaju personalna nisza, której zbytnio nie pozwalam się rozrosnąć. Tym sposobem można zachować wobec podobnych występów pewną rezerwę.

Jedna wszak myśl utrzymywała mnie w równowadze.
Ale o tym to może będzie następnym razem.

Kosmiczna Igła w nocy

Tym razem wracam do Seattle o ludzkiej porze – jest dopiero 9 wieczór. Miasto tętni jeszcze życiem, choć teraz jest to już życie nocne.
Żegnam się z ludźmi, z którymi przebywałem kilka dni. Już jutro, i to wczesnym rankiem, wylatują do Waszyngtonu DC.
Wcale im tego nie zazdroszczę.
Cieszę się na myśl o zaszyciu się w moim ulubionym zakątku w pobliskich górach.
Przełamując lekkie zmęczenie wybieram się na nocny spacer ulicami miasta. Nigdy do tej pory – mimo wielokrotnych wizyt w Seattle – nie miałem czasu by spojrzeć na panoramę miasta z okolicznego wzgórza. Może tym razem?
Nie mam mapy, ale wieża Space Needle jest dla mnie niezawodnym punktem orientacyjnym.
Po trzech kwadransach wspinania się pod górę, docieram do parku, w którym znajduje się platforma widokowa. Wokół pełno młodzieży – w parach i w grupkach, atmosfera luzu i beztroski.
Z tej perspektywy miasto prezentuje się doprawdy imponująco. Modernistyczna kompozycja z tysięcy kolorowych, migotliwych światełek – klasyczne Seattle by night. (Ujmuje nawet takiego kontestatora urbanizacji jak ja.)
Robię kilkanaście zdjęć (nie wiem czy bez statywu coś z tego wyjdzie). Spędzam jeszcze parę chwil gapiąc się na ten niezwykły widok, który roztacza się przed moimi oczami.
Łapię taksówkę i po dziesięciu minutach jestem w hotelu.
BIORĘ PRYSZNIC!
Niczym kłoda rzucam się na wymarzone łóżko i zasypiam kamiennym snem. Okazuje się jednak, że można zasnąć w Seattle… może nawet snem sprawiedliwego?

Seattle by night i Kosmiczna Igła

Seattle by night i Kosmiczna Igła

.

ucieczka w cień Wielkiej Góry

Uciekłem w mateczniki i knieje. Cały dzień włóczęgi w cieniu Wielkiej Góry!
U jej stóp gęsta puszcza, której soczysta zieleń kłuje wprost w oczy.
Na tej wysokości baśniowy las tętni już wiosenno – letnim życiem.

W wyższych partiach Mt. Rainier (bo tak właśnie nazywa się współcześnie Wielką Górę) głębokie śniegi. Droga biegnie w tunelach wśród kilkumetrowych zasp. Tu jeszcze nie dotarło lato… ani nawet wiosna.
Idę po szlaku zupełnie zasypanym śniegiem.
Biało.
Nieopodal marszczy się niebieskawo zsuwający się z Wielkiej Góry lodowiec. Wśród skał stają w słupek świstaki, przemykają się cicho czarne lisy, słychać śpiew ptaków.
Słońce próbuje się przebić przez chmury.
Co jakiś czas podnoszę głowę by kolejny raz zachwycić się potęgą wysokiego na cztery i pół kilometra wulkanu, jakim w rzeczywistości jest przykryta śnieżno-lodową czapą Wielka Góra.

Zapominam o całym cywilizowanym świecie.
I bardzo mi z tym dobrze

atawizmy przy kominku

Przed chwilą wróciłem do mojej leśnej chatki.
Gorąca herbata z rumem. W kominku trzaskają płonące brewiona. Zrzucam wysłużone buty, suszę przemoknięte nogawki.
Cudowne uczucie odprężenia i prawie że kojącego zmęczenia.
Błogie poczucie bezpieczeństwa, pamiętane jeszcze pewnie z czasów, kiedy po udanym polowaniu chroniliśmy się w ciepłych ogniskiem jaskiniach.
Brakuje tylko przy boku jakiejś oddanej squaw.

Mount Rainier

Wielka Góra to oczywiście wysoka na 4 400 m. Tacoma, znana teraz powszechnie jako Mount Rainier.
Przyznam ze nazwa indiańska (oznaczająca po prostu Górę) podoba mi się bardziej, podobnie jak Denali zamiast McKinley. Wydaje mi się bowiem bardziej naturalna, lepiej przystająca do tego kontynentu, na którym Europejczycy zjawili się dopiero wczoraj, a szarogęszą się jakby tu byli od zawsze.
Tacomę przezwał tak przed dwustu laty kapitan Vancouver, podobno na cześć swojego przyjaciela księcia Rainier, który zresztą nigdy góry nie widział, ani też w Ameryce nigdy nie był. (Oj, przydałaby się rewizja tych nazw, bardziej może nawet niż u nas w kraju, gdzie na gwałt zmieniono nie tak dawno jeszcze nomeny komunistyczne na katolickie.)

Kiedy przed laty po raz pierwszy zobaczyłem Tacomę, czyli Mt. Rainier, oniemiałem z zadziwienia i zachwytu. A było to tuż przed zachodem słońca. Od Wielkiej Góry dzieliło mnie wtedy kilkadziesiąt kilometrów, a ona wydawała się być – potężna i monumentalna – tuż, tuż…
Nigdy w życiu nie widziałem podobnego zjawiska: wysoko ponad horyzontem wisiał gigantyczny biało-różowy stóg, o którym już wiedziałem, że jest pokrytym śniegiem i lodem wulkanem.

Przy dobrej widoczności Górę widać z odległości ok. 300 km., można więc sobie wyobrazić jej rozmiary i potęgę.
Mt. Rainier to emblemat stanu Waszyngton (jej charakterystyczną, nie pozbawioną gracji sylwetkę, można zobaczyć na każdej tablicy rejestracyjnej stanu) – znak rozpoznawczy widoczny z odległości setek kilometrów. Naturalny skarb, który mimo piekielnego pochodzenia (góra jest najwyższym z wulkanów Ameryki Północnej powstałych na okalającym Pacyfik osławionym Pierścieniu Ognia), zniewala swoim pięknem.
Piszę to bez żadnej egzaltacji i przesady. Uważam, że Tacoma, zwłaszcza w środku lata, jest jednym z najpiękniejszych miejsc naszej planety.

Dlaczego w tym właśnie czasie?
Otóż wtedy zbocza góry pokrywają się bajecznie kolorowym kobiercem dzikich kwiatów, co w zestawieniu z potęgą ośnieżonego szczytu, rzeźbą terenu, wodospadami, fauną i florą, niezwykłą atmosferą miejsca i mikroklimatem, wywiera ogromne wrażenie… niezwykłości, a może nawet i cudowności.

Na kwitnące łąki jest w tej chwili jeszcze za wcześnie, niemniej jednak w dolnych partiach, u stóp Tacomy, lasy tętnią już pełnią życia, rzeki rwą skalnymi żlebami, po skałach przelewają się wodospady, a zwierzyna otrząsa się z zimowego uśpienia…
Wystarczy jednak przemieścić się kilkaset metrów wyżej, by znaleźć się w innym świecie – w innej strefie klimatycznej, gdzie dominuje jeszcze śnieg, a zima jeszcze nie jest tylko li wspomnieniem.

Zejście ze szzczytu wulkanu - My. Rainier jeszcze w czerwcu przykryty jest grubą warstwą śniegu

Zejście ze szczytu wulkanu – Wielka Góra jeszcze w czerwcu przykryta jest grubą warstwą śniegu

Paradise

No cóż… byłem w Raju, jednak twarz mam teraz ogorzałą, jakbym wstąpił do piekieł, choć wcale mi tam po drodze nie było.
Nie spodziewałem się tak mocnego słońca. Kiedy wyruszałem na szlak, tylko jedna, wschodnia strona góry była nasłoneczniona. Po zachodniej, nad Tacomą, kłębiły się chmury. Lecz za parę godzin wszędzie już paliło ostre słońce.

Z tym „rajem” to nie są żarty.
Odwiedzający Park Narodowy Mt. Rainier przybysze zmotoryzowani docierają zwykle do dwóch miejsc na zboczach góry, do których dojechać można samochodem. Jednym z nich jest Sunrise, o tej porze zamknięte, bowiem droga nadal zasypana jest śniegiem. Drugim – właśnie Paradise, położony już w strefie lodowców, na południowym stoku wulkanu. Amerykanie mają skłonność do przesady w nazewnictwie, jednakże Paradise jak najbardziej zasługuje na swoje imię. Kiedy bywałem tu w czasie kwitnących łąk (środek lata), zakątek ów wydał mi się zaiste jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem w swoim życiu.

O tej porze roku niemal wszystkie szlaki wokół Paradise pokryte są jeszcze śniegiem, niemniej jednak są otwarte, oznaczone i uczęszczane.
Wybrałem Skyline Trail, który okrąża Paradise po graniach. Tym razem mogłem jednak dotrzeć tylko do Punktu Panoramy, najwyższego miejsca na szlaku, skąd, przy dobrej pogodzie, rozciąga się widok w promieniu ponad 200 km.
W czasie kiedy tam dotarłem, chmury nad Tacoma rozwiały się a powietrze wyklarowało tak, że można było, oprócz pobliskich wulkanów Mt. Adams i Mt. St. Helens (czy pamięta ktoś potężną erupcję tego ostatniego w 1982 r.?), dostrzec położoną już w Oregonie – po drugiej stronie rzeki Columbia –  Mt. Hood.

Szlak Skyline pokrywa się z tym, który prowadzi do Camp Muir – obozu, skąd wyruszają twardziele zdobywający Mt. Rainier. Spotkałem dzisiaj kilkadziesiąt osób, które wracały ze szczytu. Musieli wstać zaraz po północy, opuścić Camp Muir przed pierwszą, by zdobyć szczyt nad ranem i wrócić jeszcze przed południem, aby uniknąć zabójczych lawin.
Równie wielkim wyzwaniem jest piesze okrążenie góry szlakiem Wonderland Trail o długości – bagatela! – 150 km. Z tym, że trzeba na to przeznaczyć od 10 do 14 dni, wędrując z plecakiem i śpiąc po drodze w namiotach.n Ci, którzy tego dokonali, mówią o niezapomnianym doświadczeniu swojego życia.
To się dopiero zowie pobratanie z Naturą!

Po półdniowej śnieżnej włóczędze wracam do Paradise Inn. Pora na suszenie, posiłek i odpoczynek. W olbrzymiej sali tej gospody panuje fantastyczna atmosfera. Z ogromnego kominka promieniuje ciepło, ktoś gra na pianinie… Ludzie z całego świata wymieniają się wrażeniami, dzielą doświadczonymi przygodami, zawiązują się nowe znajomości…
Kończy się jeszcze jeden dzień w raju.

* * *

Widzę że ów tekst rozrósł mi się do niebezpiecznych rozmiarów, co może wystawić na próbę cierpliwość ewentualnego Czytelnika. Tak więc owym rzeczowym sprawozdaniem moją relację z Raju zmuszony jestem zakończyć.
A tyle myśli kłębiło mi się w głowie, kiedy siedziałem blisko godzinę na ogrzanej słońcem półce skalnej Punktu Panoramy, gapiąc się w niewiarygodny spektakl objawiający się przed moimi oczami.

* * *

UWAGA: Notatki pochodzą z podróży, która odbyła się w czerwcu 2008 r.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu

.

Happy monk in winter Paradise - Mt. Rainier

Happy buddist monk in winter Paradise – Mt. Rainier

.

DODATEK

Przy okazji załączam kilka zdjęć z Mt. Rainier zrobionych latem – wraz z notą ze strony ŚWIAT W OBRAZACH, na której obejrzeć można więcej obrazów z tego niezwykłego zakątka Ameryki:

Park Narodowy Mt. Rainier położony w zachodniej części stanu Waszyngton to obszar kilkuset mil kwadratowych dziewiczej przyrody, otaczającej olbrzymi, wysoki na 4 400 m. wulkan, jakim w rzeczywistości jest Góra Rainiera.
Uderza zróżnicowanie stref klimatycznych, w miarę jak wznosimy się ku szczytowi Tacomy (tak nazywali Wielką Górę Indianie), a co za tym idzie wielka różnorodność fauny i flory. Przypomina to przenoszenie się w krótkim czasie z jednego świata do drugiego, gdzie panują inne warunki, żyją inne zwierzęta, rosną inne rośliny…
Późną wiosną, ale i wczesnym latem, gdy na wysokości 2 km. n.p.m. trwa jeszcze skuta lodem i pełna śniegu zima, o kilkaset metrów niżej zieleni się las, do którego zawitała już pełnia lata. Lecz zwykle w połowie sierpnia, śniegi topnieją a odsłonięte dzięki temu łąki pokrywają się niewiarygodnie kolorowym kobiercem kwiatów, które sprawiają, że Mt. Rainier staje się wtedy jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie. Wówczas nazwy, jakie nadał człowiek znajdującym się tam miejscom (dajmy na to: Wonderland albo Paradise) nabierają całej swej adekwatności – urzeczywistniając się w widzianych przez nas obrazach.

(UWAGA: Kliknij na zdjęcie, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze.)

Park Narodowy Mt. Rainier

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (1)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (2)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (3)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (4)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (5)

 

Więcej zdjęć z Parku Narodowego Mt. Rainier obejrzeć można na nowej wystawie TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

Reklamy

komentarze 24 to “RAJ W CIENIU WIELKIEJ GÓRY”

  1. dragonfly Says:

    Przestrzeń amerykańska przytłacza i poraża ogromem, surowością, zimnym, nagim pięknem. :-)
    Brakuje mi takich otwartych po horyzont terenów. Europa jest bardzo… ciasna.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Czasem przytłacza, ale też często wyzwala – można zaczerpnąć głębszy oddech, poczuć zew przygody dającej człowiekowi poczucie wolności… której jednak coraz mniej w amerykańskiej cywilizacji.

      Tak, Europa jest ciasna. Dlatego też zawsze tyle było w niej fermentu – obijania się łokciami (niezliczone wojny.
      I jeszcze jedna różnica (jeśli chodzi o relacje Natura – Cywilizacja) między tymi kontynentami: w Ameryce Natura (przyroda) na olbrzymich obszarach jest dominująca, w Europie: wydaje się być już tylko tłem.

      • Torlin Says:

        dragonfly – przepraszam, kiedy włóczyłeś się po wnętrzu Alp lub Pirenejów? Ja oczywiście nie twierdzę, że tyle samo przestrzeni jest w Europie, ale jakbyś poszedł na włóczęgę na kilka dni poza utarte szlaki alpejskie czy pirenejskie, zobaczysz podobne widoki. I na Kaukazie również. Jest ich tylko mniej.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To prawda – w Europie pięknych zakątków górskich nie brakuje, ale jednak nie ma tak rozległych przestrzeni „dzikiej” przyrody, nieskażonej jeszcze cywilizacją, która w Europie zawsze jest gdzieś stosunkowo blisko: „tuż za rogiem”, zwykle za pierwszą, lub za drugą górą ;)

          PS. Dragonfly jest kobietą.

        • Torlin Says:

          Dragonfly!
          Całuję rączki na przeprosiny. :D

  2. Simply Says:

    BTW- Stephen King napisał opowiadanie pt. ‚Trampki’ ( Sneakers ), jest w zbiorku ‚Marzenia i Koszmary’.
    Ja bardzo lubię te Twoje impresje z podróży. Wcale nie przynudzasz, długość imo nie gra roli , nawet wolę,jak tekst jest obszerniejszy – zawsze można go podzielić.
    Przeczytaj ‚Willows’ Algernona Blackwooda, jeśli nie czytałeś ( taka mikołajowa zajawka od fana horroru ).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No proszę… „trampki” dwóch Kingów – jak to wszystko w tym świecie się zazębia i splata ;)

      Zaskoczyłeś mnie tym stwierdzeniem („Ja bardzo lubię te Twoje impresje z podróży”), bo ja naprawdę myślę, że te moje – robione właściwie na kolanie – zapiski z podróży (a takimi są te, które znalazły się w tym wpisie) są raczej błahe, tak trochę o niczym – nie za bardzo warte tego, żeby wypełniać nimi blog – co do którego, przyznaję, mam pewne ambicje, by raczej nie schodził poniżej pewnego poziomu.
      Czym innym jednak były moje próby eseistyczne np. te o amerykańskiej scenerii, ale też nie jestem zbyt zadowolony z rezultatu.

      Notatki, które stanowią powyższy wpis, ukazały się (w kilku małych częściach) w poprzednim moim blogu: 1, 2 3, 4, 5, 6 – i były takim zupełnie luźnym sprawozdaniem z podróży – także pretekstem, by pokazać zdjęcia odwiedzanych miejsc.

      Kinga nie czytałem dużo, na „Willows” Blackwooda zwrócę uwagę, skoro polecasz.

  3. Simply Says:

    Wprawdzie nie datowałeś tego tekstu, ale nie trudno było się domyślic, że ma on swoje lata, skoro wspomnialeś o mocarnej złotówce i spadku dolara.
    Jak zdrowie ?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Było też o zimowej olimpiadzie w Whistler.

      Wprawdzie złotówka nie jest już tak (chyba) mocarna, ale dolar nadał ma jednak doła (i nie wiadomo, czy się kiedykolwiek z niego wygrzebie – choćby dlatego, że jego wartość robi się coraz bardziej wirtualna i już od dawna nie opiera się na zdrowej ekonomii, tylko na dodrukach pustych papierów i spekulacji – próbującej zaklinać rzeczywistość, czy choćby tylko mamić konsumentów).

      A zdrowie?
      Dzięki, jakoś się żyje ;)

  4. Torlin Says:

    Całość przeczytałem z wielkim zainteresowaniem.
    Ale jak góry są wielkie, to wielkie są też i trasy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślałem, że Ty – jako doświadczony górski piechur – będziesz miał więcej na ten temat do powiedzenia ;)

      • Torlin Says:

        Trudno jest Staszku wypowiadać się na temat gór, których się nie zna. Ale moje zdanie „Ale jak góry są wielkie, to wielkie są też i trasy” nie jest takim „odczepikiem”, tylko naprawdę niesie głębszą refleksję. Już Alpy są górami olbrzymimi dla piechura, widzisz schronisko i możesz do niego schodzić cztery godziny.
        Wielkie przestrzenie są cudowne w oglądaniu, ale już nie w przemierzaniu, jeżeli się ma np. 2 tygodnie urlopu. Wyobraź sobie, że spotykam Austriaków w polskich Tatrach, którzy u nas odpoczywają od Alp. „Ja tu mogę przejść dwa pasma w ciągu jednego dnia”. Spróbuj to zrobić w Alpach. I przypuszczam, że podobnie jest w Górach Skalistych, żeby dojść do widocznej góry, pewnie trzeba iść 3 dni.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mt. Rainier nie leży w obrębie Gór Skalistych. To są Góry Kaskadowe biegnące wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, utworzone przez szereg super-wulkanów. Kończą się na południu Oregonu, a dalej, ich przedłużeniem, już w Kalifornii, są góry Sierra Nevada. To są olbrzymie, niezamieszkałe, dzikie tereny. Można iść szlakiem przez tydzień i spotkać kilka osób. Można się też zgubić, nawet jadąc samochodem, i zostać odciętym (brak benzyny, awaria) od świata – a to jest już zagrożenie życia (i niestety, takie tragedie się zdarzały).
          Dla pocieszenia mogę Cie poinformować, że w Górach Kaskadowych i Sierra Nevada nie ma grizzly (jeden jedyny ostał się na… fladze stanu Kalifornia ;) ), choć są jednak baribale, tyle, że trochę mniej agresywne od grizzly.
          No ale piękno tego rejonu świata rekompensuje wszelkie niebezpieczeństwa :)

  5. heliska Says:

    Tej drzemki na szczycie góry z tak pięknym widokiem w tle to Ci zazdroszczę. To dopiero musiało być uczucie! :)

  6. orca Says:

    Wszyscy zainteresowani,
    tutaj znajdziecie wszystko na temat Mt. Rainier National Park wlacznie ze wspinaczka, o ktorej wspomnial Logos Amicus. Jest to strona internetowa National Park Service:

    http://www.nps.gov/mora/index.htm

    Znajdują się tam również informacje na temat wszystkich parkow narodowych w U.S. (nps.gov)

    Życzę przyjemnej wyprawy do stanu WA. Mt. Rainier to tylko jedno z niezwykłych miejsc w tym stanie.

    Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda, w stanie Waszyngton jest wiele ciekawych zakątków, które warto odwiedzić. Żeby wymienić te najbardziej oczywiste: Półwysep Olympic (z parkiem narodowym i niezwykłymi lasami deszczowymi), dolinę rzeki Kolumbii, wyspy San Juan… Zresztą, cały rejon Pacific Northwest (do którego zaliczany jest także Oregon) jest piękny i jedyny w swoim rodzaju.
      No a parki narodowe Ameryki Północnej to inna historia – chronionych w nich bogactw dzikiej przyrody, jak również krajobrazowego piękna – nie sposób przecenić… a i należycie docenić, jeśli się w nich samemu nie było i nie zobaczyło wszystkiego na własne oczy.

  7. ivona Says:

    Sztuką jest naciśnięcie guzika w odpowiednim miejscu, i skierowanie obiektywu tak, żeby zdjęcie oddało życie, które się działo w tej właśnie nanosekundzie. I Tobie się to absolutnie udało, udaje, i zapewne udawać będzie.

    Przepiękne zdjęcia, tak śliczne i żywe, że nawet czułam świeżość powietrza i słyszałam ciszę jaka czasami musiała się tam rozpościerać, przeplatana odgłosami przyrody.

    Gratuluję wspaniałej umiejętności kliknięcia, kiedy życie dalej żyje na fotografii.
    Autentycznie zbierasz świat. :)

  8. G.E. Says:

    Nie tylko obrazy zawierają duszę, fotografie też. To krajobrazy namalowane obiektywem. Wspaniała kompozycja, radosne kolory- autor tych obrazów lubi życie i potrafi w pełni się nim cieszyć.
    Te fotografie poprawiły mi nastrój.

  9. Bogdan Says:

    Tacoma…
    Jako Denali, tako i Tacoma…

  10. MT. RAINIER | ŚWIAT W OBRAZACH Says:

    […] Więcej zdjęć z Parku Narodowego Mt. Rainier obejrzeć można na nowej wystawie TUTAJ. […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s