OD LIZBONY PRZEZ TABORY PO SYBERIĘ (o filmach XXV Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce: „Papusza”, „Imagine”, „Baczyński”, „Nieulotne”, „Syberiada polska”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Dziewczyna z szafy”, „Bejbi Blues”, „Miłość”, „W imię…” i inn.) Cz. I

.

Tym razem z pewnych względów będę musiał obyć się bez recenzowania poszczególnych filmów obejrzanych przeze mnie na dopiero co zakończonym w Chicago 25-tym Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Chciałbym jednak zdobyć się choćby na powierzchowne (siłą rzeczy) podzielenie się moimi wrażeniami wyniesionymi z kinowych sal, w których przez ostatnie dwa tygodnie prezentowano polskie filmy. Szkic ten nie pretenduje więc do żadnej szczegółowej analizy kondycji współczesnego kina w Polsce, ani też do pełniejszego omówienia festiwalowych tytułów, będąc jedynie dość luźnym zbiorem ogólnych uwag o obrazach, z którymi udało mi się zetknąć. Ot, sposób na pewne uporządkowanie myśli i zostawienie po tej filmowej przygodzie na Festiwalu jakiegoś śladu.

.

logo-festiwalu-filmu-polskiego-w-ameryceCo jakiś czas usiłuje się dokonać nie tyle analizy, co syntezy tego, co dzieje się w polskim kinie, jednakże, moim zdaniem, próby te z góry skazane są na niepowodzenie, gdyż nasze krajowe kino w ciągu ostatnich dwóch dekad uległo swego rodzaju atomizacji, tracąc w miarę solidną postać (charakter, formę) jaką mimo wszystko miało za czasów PRL-u, konsolidując się w opozycji do panujących wówczas warunków ograniczających wolność (cenzura), jak również solidaryzując się i upodabniając w sposobie mówienia o polskim społeczeństwie, coraz bardziej przytłaczanym szarością, siermiężnością i niewydolnością systemu – nota bene narzuconego mu z zewnątrz i nigdy do końca nie przyswojonemu. Stąd np. możliwość wyodrębnienia w tamtym czasie  tzw. „kina moralnego niepokoju”; stąd dość wyraźna cezura tzw. „szkoły polskiej” w sposobie robienia kina – to wszystko było w miarę wyraźnie rozpoznawalne nie tylko przez naszą, krajową widownię (o krytykach filmowych nie wspominając), ale także – może nawet zwłaszcza – przez środowiska filmowe, czy też ogólnie: przez publiczność zachodnią, zainteresowaną tym, co działo się za Żelazną Kurtyną, czyli w tej części Europy, gdzie dokonywał się inny ekonomiczno-społeczno-polityczny eksperyment, niż ten, który był ich udziałem.

Paradoksalnie, po przemianie ustrojowej, która siłą rzeczy dotknęła także polską kinematografię – i po zniknięciu wspólnego wroga – z wielu naszych twórców filmowych uszła para, a nagle uzyskana wolność, zamiast oczekiwanej eksplozji nowych tematów, przyniosła pewną konsternację, może nawet zagubienie, bo oto okazało się, że w nowych warunkach trzeba się liczyć z zupełnie innymi kryteriami – że kino wcale nie musi być „artystyczne”, że zmieniła się widownia, że należy brać pod uwagę komercję, bo trzeba zarobić nie tylko na pokrycie kosztów produkcji filmu, ale i na utrzymanie siebie samych. Zaczął się ferment, ale niezbyt twórczy, bo polegający raczej na ścieraniu się dawnych konwencji i przyzwyczajeń z nowymi – także na pogłębianiu się różnic pokoleniowych: nasiliło się krytykowanie skostniałych reżyserów-„zgredów” przez twórców młodych, których dezynwoltura wszakże nie mogła zastąpić ich braków warsztatowych, artystycznej niekompetencji, ideowego pomieszania i dezorientacji.
Usiłowano więc kopiować obce wzory – stąd np. „polskie kino amerykańskie” lat 90-tych (vide: Władysław Pasikowski i inni). Starano się robić filmy, które mogłyby się dobrze sprzedać (trend przetrwał do dzisiaj choćby w postaci durnowatych polskich komedii albo kryminałów, które swojski grajdołek próbują zamienić w styl „hajlajfowy” – że niby nasz światek przestępczy także zaczyna się upodabniać do mafijnych standardów Wielkiego Świata).
Wprawdzie starsi, uznani już wcześniej twórcy, też nie chcieli wypaść z obiegu i od czasu do czasu przedstawiali krajowemu widzowi swoje nowe propozycje, te jednak spotykały się one z umiarkowanym raczej entuzjazmem widowni, trącąc zbyt często jednak anachronizmem i epatując tematami będącymi – zwłaszcza dla młodszych pokoleń – czymś przebrzmiałym i passé. Dobrym przykładem jest tutaj Andrzej Wajda, który mimo pewnych prób równania do młodszych szeregów („Panna Nikt”), pozostał przy starej manierze zadośćuczynienia tzw. ważnym tematom narodowym (czego prostą kontynuacją jest jego ostatni, nota bene otwierający chicagowski Festiwal, film o Lechu Wałęsie), co wszak nie przekładało się niestety na dzieła wybitne, ani nawet dobre (wyjątek: ekranizacja „Pana Tadeusza”, niemal równie dobra jak dużo wcześniejsze „Wesele”).
O przypadkach Jerzego Kawalerowicza („Quo Vadis”), czy też Jerzego Hoffmana („Ogniem i mieczem”, „Stara baśń”, „Bitwa Warszawska”) litościwie zmilczę – wiele bowiem filmów polskich weteranów kina stawało się niestety ramotą już w momencie premierowej projekcji.

.

Wolność czy tułaczka ? Elegia o przemijaniu świata skazanego na zagładę? (Wszystkie odcienie szarości cygańskiego życia w "Papuszy")

Wolność czy tułaczka? Elegia o przemijaniu świata skazanego na zagładę? (Wszystkie odcienie szarości cygańskiego życia w „Papuszy”)

.

Oczywiście, że od czasu do czasu pojawiały się filmy zwracające na siebie uwagę, jednak były czymś w rodzaju wyjątków potwierdzających regułę: polskie kino zeszło z piedestałów i trafiło en bloc do drugiej, może nawet trzeciej ligi. Nic dziwnego, że za granicą przestano o nim mówić, na prestiżowe festiwale nie zapraszano już zbyt wielu Polaków – tym samym w cień odeszły nawet te odpryski dawnej świetności, które ostały się jeszcze tu i ówdzie w niektórych polskich produkcjach. Wyjątkiem były obrazy Krzysztofa Kieślowskiego, wylansowanego przez artystowskie, tudzież deczko snobistyczne środowiska zachodnich kinomanów i kręgów filmowych, zwłaszcza francuskich i amerykańskich, co do naszego kraju wróciło rykoszetem, wywołując wilka z lasu – pewną nieufność wobec tego niespodziewanego międzynarodowego sukcesu rodaka, którego bardziej niźli swoi docenili obcy. Zresztą, sukces zagraniczny filmu wcale nie musi być potwierdzeniem jego rangi i artystycznej wartości, choć zwykle łechce narodową próżność.

No a jeśli chodzi o naszą „młódź” filmową?
Naturalnie, że cieszyliśmy się szczerze, kiedy na ekranach pojawiał się ni stąd ni zowąd utwór jakiegoś młodego i zdolnego twórcy, który rodził nadzieję, że oto być może mamy do czynienia z początkiem czegoś wybitnego i wyjątkowego, jednak większość z tych jaśniejszych błysków okazywało się fajerwerkami – okazjonalnymi i bez większych konsekwencji.

Kino autorskie w Polsce nigdy w zasadzie nie wspięło się na jakieś wyższe szczyty – ani tym bardziej nie było w polskiej kinematografii znaczącym rewirem (może właśnie dlatego wyróżniała się w tym wszystkim twórczość Krzysztofa Zanussiego). Także w okresie po transformacji pojawił się w zasadzie tylko jeden taki twórca, jakim był Jan Jakub Kolski, który konsekwentnie realizował na ekranie swoje oryginalne, a przez to łatwo rozpoznawalne artystyczne wizje, tworząc kino wyróżniające się na tle całej, dość bezkształtnej masy produktów polskiej kinematografii. Kolski to kolejny wyjątek – bo w zasadzie tylko jemu udała się sztuka konsekwentnego wprowadzania w życie całej serii pomysłów, które przy tym nie stanowiły jakiejś hermetycznej radosnej twórczości „sobie a muzom” – pułapki, w którą wpadli niektórzy filmowcy zauroczeni własną wyjątkowością artystyczną i intelektualną.

Jednak prawdziwą zmorą kina w Polsce była – z tego co wiadomo – kasa. To o nią rozbiło się wiele projektów. Bo robienie filmów wymaga jednak dysponowania dużą forsą. Nie wystarczało więc to, że ktoś miał znakomity pomysł, trzeba było jeszcze dotrzeć do kogoś, kto decydował o tym, komu otworzyć skarbonkę – kto mógł wysupłać środki na produkcję filmu. A tego typu środki w naszym kraju – powiedzmy sobie szczerze – są jednak mocno ograniczone. Polska to nie Francja gdzie filmowcy i aktorzy żyją niemal jak krezusy.

Robienie kina nie jest więc czymś łatwym. Nie wystarczy być młodym i zdolnym, chętnym i ambitnym. Trzeba mieć także przy tym wszystkim choć odrobinę szczęścia. I wytrwałości. I dojścia do kogo trzeba. To pewnie dlatego niektórzy z polskich reżyserów debiutowali późno, rzec można – w sile wieku. Może właśnie przez ten poślizg, ci z nich, którzy mają teraz 40-kę czy nawet 50-kę na karku, nadal nazywani są twórcami „młodymi” – tak późno zaistnieli oni w świadomości polskiej widowni. Jednym z przykładów jest tutaj Wojciech Smarzowski, który na szczęście zrobił się już aktywny na tyle, że dość regularnie wychodzi do nas ze swoimi nowymi produkcjami. (Choć, niestety, wydaje mi się, że ciągle najlepszym jego filmem pozostaje stosunkowo stare „Wesele” i – mimo dobrego „Domu złego” i wyróżniającej się „Róży” – forma jego przejawia tendencję spadkową, o czym świadczy problematyczna jednak „Drogówka”. Zobaczymy jak będzie z „Pod Mocnym Aniołem”.) Podobnie jest z Andrzejem Jakimowskim, który mimo swoich sporadycznych choć istotnych sukcesów, nie może się jakoś mocniej rozkręcić, by zaklepać sobie wreszcie konkretne miejsce wśród najlepszych reżyserów polskiego, a może nawet europejskiego, kina.

Na szczęście ostatnimi czasy udało się całkiem sporej ilości twórców młodych (Jan Komasa, Jacek Borcuch, Marcin Krzyształowicz, Katarzyna Rosłaniec, Konrad Piwowarski, Bartosz Konopka… by wymienić zaledwie kilka nazwisk) dopiąć swego, bo zrealizowali oni filmy zwracające na siebie uwagę, choć nie wszystkie z nich rzucają widownię (wliczając w to krytyków) na kolana.

Tak więc, zważywszy na te wszystkie przetasowania, fenomeny, zjawiska i uwarunkowania, odnosi się wrażenie, że współczesne kino polskie to jeden wielki misz-masz, dość bezkształtny, chaotyczny, okazjonalny i zmienny. Co jednak wcale nie musi oznaczać czegoś złego , może tylko to, że nie można tego kina poddać żadnej solidniejszej syntezie, ani nawet wyodrębnić jakiegoś wyraźniejszego nurtu, który mógłby wskazać kierunek, w jakim ono zmierza. I to właśnie można było zauważyć na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, na który trafiły filmy bardzo się od siebie różniące – i to zarówno jeśli chodzi o formę, jak i podejmowaną przez nie tematykę, czyli treść.

(…)

Na nieludzkiej ziemi - tragiczne losy polskich zesłańców nadal czekają na godną siebie filmową opowieść. Czy takim obrazem jest "Syberiada polska"?

Na nieludzkiej ziemi – tragiczne losy polskich zesłańców nadal czekają na godną siebie filmową opowieść. Czy takim obrazem jest „Syberiada polska”?

.

UWAGA: Tekst niespodziewanie rozrósł się do większych rozmiarów, dlatego też został podzielony na dwie części. Omówienie festiwalowych filmów przeczytać można TUTAJ.

.

Reklamy

komentarzy 41 to “OD LIZBONY PRZEZ TABORY PO SYBERIĘ (o filmach XXV Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce: „Papusza”, „Imagine”, „Baczyński”, „Nieulotne”, „Syberiada polska”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Dziewczyna z szafy”, „Bejbi Blues”, „Miłość”, „W imię…” i inn.) Cz. I”

  1. dragonfly Says:

    Wspomniałeś o Janie Jakubie kolskim, do którego mam wielki sentyment. O obcych w jego filmach pisałam pracę magisterską. I ledwie ją obroniłam, reżyser zrobił woltę, opuścił świat realizmu magicznego polskiej wsi i dał nura w inne rejony. Z tych ostatnich podobała mi się „Wenecja”, bo już „Jasminum” było jak werniks. Świeciło światłem odbitym od Popielaw.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dokładnie tak. Po całej serii filmów wypełnionym „realizmem magicznym” – wśród których „Jasminum” nie było takie złe (zła była jednak wg mnie „Afonia i pszczoły” – nad czym trochę ubolewałem TUTAJ), ale właśnie świeciło już tyko światłem odbitym od wcześniejszych obrazów Kolskiego, a więc po tym wszystkim zrobił on „Wenecję”, która mnie zaskoczyła, ale pozytywnie (dałem temu wyraz TUTAJ). Niewiele się tam działo, ale film miał klimat i formę, która mnie ujęła – oglądanie tej „Wenecji” to była dla mnie wielka przyjemność. Ale JJK dopiero swoim „Zabić bobra” dał prawdziwego nura w mrok, czy też – jak sam powiedział – zstąpił na dno własnego piekła (czemu się nieco dziwiłem TUTAJ).
      Ciekaw jestem, gdzie też zaprowadzi Kolskiego instynkt następnym razem.

  2. Robert Says:

    Nasze kino nigdy nie nawiązywało do amerykańskiego. To jak dzień i noc. U nas zawsze pokutował syndrom Wajdy. Lektury i historia to jedyny punkt odniesienia dla naszych twórców. Nie ma kreatywności. Co najgorsze młodzi twórcy też są zarażeni wirusem Wajdy. Jak długo on będzie tłoczył umysły naszych filmowców tak długo będziemy mieli kryzys. Wystarczy też spojrzeć na rozwinięcie gatunków w naszym kinie. Horror wcale tak naprawdę nie istnieje. Kino akcji też. Kino przygodowe to pojęcie nam całkiem obce. SF? Ciekaw czy reżyserzy wiedzą o co chodzi? A te głupie komedie w stylu Lejdis to już osobny problem. Prostacka fabuła, dialogi i słabiutkie aktorstwo. Co najgorsze polski widz to kupuje i udaję że to mu się podoba. Czy do cholery nie możemy zrobić inteligentnej komedii w stylu Allena? Nie! Bo 80% scenarzystów polskich to debile. Jak im tematu nie podsuniesz nic od siebie nie wymyślą. Ostatnio szła w tv komedia „Dublerzy”. twórcy chwalili się niezłymi jak na nasze kino efektami. I co z tego. A gdzie tam był scenariusz? A no nie było. Chaos.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę, że (kino polskie do amerykańskiego) nawiązywało, ale nigdy mu to zbyt dobrze nie wychodziło, przez co „polskie filmy amerykańskie” trąciły nieco parodią.
      Z syndromem Wajdy zgoda – przez długi czas zbyt wielu filmowcom w naszym kraju się wydawało, że dobry film można tylko zrobić nawiązując do dawnej szkoły polskiej, stąd obrazy nieco przyciężkie, a czasami wręcz anachroniczne (taka jest choćby niedawna „Syberida polska” weterana polskiego kina Janusza Zaorskiego – będzie o tym w następnej części mojego tekstu).
      Lecz wydaje mi się jednak, że młodzi twórcy z syndromu Wajdy, jeśli go mieli, to się wyleczyli (na dobre i złe, zresztą).

      To prawda: horrory, kino akcji i przygodowe w naszym kraju poważnie kuleje (zaprawdę trudno mi teraz wymienić jakiś dobry polski horror, czy film sensacyjno-przygodowy). Uparliśmy się natomiast kręcić komedie – niestety, z bardzo mizernym (a często nawet żenującym) skutkiem.
      Ale scenarzystów polskich „debilami” bym jednak nie nazywał.

      • Mariusz Says:

        Ja ostatnio obejrzałem dobry polski horror – oryginalny, mistyczny, psychologiczny film grozy Jacka Koprowicza pt. „Medium”.

        • Simply Says:

          Tak, ‚ Medium’ to rzecz w pełni udana ( może nie mistyczna, a prekognitywna ),w ogóle jeden z najlepszych imho polskich filmów lat 80′ . Bo do innych ( nielicznych ) polskich horrorów można miec zazwyczaj takie, czy inne zastrzeżenia.: ‚ Lokis’ Majewskiego jest elegancki i wysmakowany, ale trochę rozłazi się w szwach i od pewnego momentu cierpi na brak konkretnego szwunga, ‚ Wilczyca’ Piestraka mimo pewnych plusów (sceneria, Iwona Bielska ! ) jest zbyt zachowawcza i zakotwiczona w schematach, a sequel, to już pokaz marnotrawstwa na prawdę sporego tu potencjału + strasznie słaby scenariusz. Z kolei ‚ Diabeł’ Żuławskiego jest filmem podszytym autentycznym szaleństwem, jakiego w polskim kinie nie idzie uświadczyc, jednak wykraczającym daleko poza treści i poetykę kina grozy ; nazwanie go tak po prostu horrorem byłoby dyskusyjne.
          Także niedoceniony, oparty na ciekawym pomyśle ‚ Palimpsest’ Niewolskiego, mimo wszystko pozostawia niedosyt, można było dużo więcej z tej historii wycisnąc.
          Największy wkład do puli światowej grozy wnieśli polscy reżyserzy emigranci : ‚ Wstręt’ i ‚ Dziecko Rosemary’ Polańskiego, to są kamienie milowe horroru, podobnie ‚ Opętanie” Żuławskiego.
          Że wspomnę tez o nie czystych gatunkowo, ale bardzo oryginalnych produkcjach, jak surrealistyczny ‚Wrzask’ Skolimowskiego i nieobliczalna ‚ Bestia’ Borowczyka.
          A tak na chwilę obecną, życzyłbym sobie, żeby Smarzowski wziął się za horror , gdyż posiada wszelkie ku temu atuty.

        • Mariusz Says:

          Horror Smarzowskiego chętnie bym obejrzał ;)
          Simply, a znasz jakieś dobre polskie kino akcji lub przygodowe?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mariusz, „Medium” to film z 1985 r. a mój komentarz odnosił się w zasadzie do filmów powstałych po tzw. „transformacji” (1989). Przyznam się szczerze, że ja „Medium” nie pamiętam, ale parę lat temu widziałem film, jaki Koprowicz zrobił po wielu, wielu latach przerwy, a mianowicie „Mistyfikację”, która wg mnie była zupełnie nieudana (pisałem o tym TUTAJ). Wielka szkoda, że reżyser, który błysnął czymś naprawdę dobrym (wierzę Ci na słowo), tak bardzo „skopał” znakomity przecież temat na film (jakim był żywot i postać Witkacego).
          Podobnie zresztą było (jest) z Leszkiem Wosiewiczem, którego „Kornblumenblau” z 1988 r. zrobił na mnie wielkie wrażenie (do dzisiaj ten film pamiętam i wspominam), natomiast ostatnia jego rzecz, którą widziałem rok czy dwa lata temu na chicagowskim Festiwalu („Taniec Śmierci. Sceny z Powstania Warszawskiego”) to według mnie zupełne nieporozumienie: wszystko było sztuczne, nic nie trzymało się kupy, z obrazu wyłaziła jakaś taka koszmarna pretensjonalność… no po prostu klęska. Sam reżyser, (który przyjechał wtedy do Chicago), mówił o tym, że film jest ciągle na etapie montowania i postprodukcji, ale wyglądało na to, że reżyser sam za bardzo nie wiedział, jaki nadać ostatecznie kształt swojemu dziełu. Z tego co widzę, film miał premierę w kinach dopiero w tym roku, ale pod tytułem… „Był sobie dzieciak” (!!!) Nie wiem, może jestem w błędzie, ale takie wolty tytułowe nie wróżą chyba niczego dobrego. Naprawdę jednak chciałbym się mylić, bo mimo wszystko Leszek Wosiewicz wygląda mi na bardzo ambitnego twórcę. (Może ktoś z Was ten film widział? Ciekaw jestem Waszej opinii – co też finalnie z tego filmu wyszło?)

          Simply, wymieniłeś kilka naprawdę dobrych polskich obrazów, ale zważ, że to już jest właściwie historia. Jak w moim wpisie skupiam się raczej na polskim kinie ostatnich dwóch dekad… Zresztą, „skupiam się” to określenie niezbyt fortunne, bo mój tekst jest jednak dość powierzchowny i szkicowy – zaznacza tylko pewne zjawiska i próbuje nadmienić cokolwiek o charakterze naszego współczesnego kina.
          Swoją drogą wskazałeś na ciekawy fenomen: wielu polskich najlepszych twórców rozkręciło się dopiero na Zachodzie, tak jakby coś ich w naszym kraju pętało i nie mogli tutaj w pełni rozwinąć skrzydeł (może przyczyną było pewne niedopasowanie do ogólnie przyjętych w PRL-u kanonów – i to zarówno formalnych, jak i politycznych?)
          I macie rację ze Smarzowskim: czuję przez skórę, że mógłby on „wysmażyć” całkiem dobry horror, bo wygląda na to, że ma chłop do tego wszelkie warunki i predyspozycje – a może nawet i inklinacje?

          I chętnie powtórzyłbym pytanie Mariusza, zadane pod Twoim adresem: jakieś dobre polskie filmy „przygodowe”, please? ;)

  3. kawka Says:

    Polskie kino ostatnio chętnie wypuszcza filmy z gatunku ‚głębokich’, przy których fiolka antydepresantów albo litr wódki są tym mniej odpornym absolutnie niezbędne. Pewnie są i dobre, ale nie palę się do ich oglądania.
    Komedie z ostatniego roku czy dwóch – makabra, zmusiłam się do obejrzenia ‚Wyjazdu integracyjnego’ i jak przy filmach głębokich potrzebny był litr wódki, tak tu przynajmniej dwa, żeby wytrzymać.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Również i z tym komentarzem się zgadzam: w kinie polskim depresyjne tematy mają zdecydowanie nadreprezantatywny udział. (Czyżby tak oddziaływał na nas klimat północnego kraju? Czy też nasza historia i ogólny słowiański spleen – skłonność naszego plemienia do ciemnej deprechy? – chyba jednak to drugie.)
      A o komediach polskich smutne rzeczy już (w poprzednich komentarzach) napisaliśmy, więc nie ma się co powtarzać.

  4. Torlin Says:

    „Usiłowano więc kopiować obce wzory – stąd np. „polskie kino amerykańskie” lat 90-tych (vide: Władysław Pasikowski i inni)”.
    Usiłuję Stasiu walczyć z tym – trzeba przyznać – popularnym poglądem. W pewnych fragmentach tych filmów widać te naleciałości, ale – dla mnie – jest to kino na wskroś polskie, poruszające specyficzną polską egzotykę. Z moich ulubionych – „Kroll” – ze wspaniałym aktorstwem poruszający sprawy może uniwersalne, ale istniejące w polskiej armii (i w polskiej rodzinie). „Psy” – rewolucja w postrzeganiu styropianu przez społeczeństwo, szok dla elit solidarnościowych. Tutaj przyznałbym Ci rację z kinem amerykańskim (jeżeli chodzi o gangsterów), ale fragmenty „przekształcania” ubeków w policję – fenomenalne. „Czasy się zmieniają, a pan ciągle w komisjach”. „Co wy tam palicie Stopczyk?”
    „Demony wojny wg Goi” pokazujący, że przy polskich żołnierzach Srebrenica by nie zaistniała. I moje ukochane „Operacja Samum”, film, który bardzo lubię. Realia zostały wprawdzie całkowicie zmienione, ale Polacy wywieźli amerykańskich wywiadowców z Iraku. I wszędzie wspaniałe aktorstwo. Mnie najbardziej żal jest Pazury, bo w „Krollu” pokazał, że aktorem filmowym jest wręcz wybitnym. Rozmył się.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ten popularny pogląd nie wziął się z powietrza. Nie wiem czy sobie przypominasz, że onegdaj kino amerykańskie cieszyło się w Polsce nie tylko popularnością, ale i niewątpliwym prestiżem – i to nie tylko, jeśli chodzi o jego niesamowite możliwości techniczne, ale także zważywszy na rangę artystyczną filmów, takich np. twórców, jak Scorsese, Welles, Coppola, Kubrick… Byliśmy w kino amerykańskie zapatrzeni – i takoż zapatrzeni byli polscy filmowcy, którym marzyło się osiągnąć tamten amerykański poziom. Nie czarujmy się, tak było – dopiero później przyznawanie się do korzystania z hollywoodzkich wzorów stało się wstydliwe (do czego, oczywiście, przyczyniło się walnie samo Hollywood, wypuszczając w świat coraz więcej czysto komercyjnego badziewia).
      Tego, że się korzysta z obcych (dobrych) wzorów, nie ma co się wstydzić. Warto jednak zamiary obliczać wg sił i uwzględniać polskie warunki (realia), by nie ośmieszać się pretensjonalnością, sztucznością i w rezultacie – niezamierzoną parodią.

      PS. O „Psach” nie mam takiego dobrego zdania, jak Ty, natomiast „Krollu” – podobne, ale od entuzjazmu dalekie. Zgoda, co do Pazury: miałem wrażenie, że ten niezły przecież aktor tak jakoś… się nie szanuje (chodzi mi o jego zbyt ochoczy akces do byle jakich produkcji – przez co właśnie, jak sam piszesz, się „rozmył”.)

  5. Simply Says:

    @ Mariusz
    Jest taka jedna, kompletnie zapomniana rzecz, którą odkryłem przypadkiem ‚Na Białym Szlaku’ Jarosława Brzozowskiego ’62. Ekranizacja powieści Aliny i Czesława Centkiewiczów. Rzecz dzieje się podczas II wojny na Spitzbergenie. Maleńka brytyjska baza ( punkt obserwacyjny z radiostacją, jakoś tak ) zostaje zaatakowana przez Niemców – giną wszyscy, przy życiu pozostaje tylko Polak z bazy ( Leon Niemczyk ) i jeden z Niemców ( Emil Karewicz ) . Obaj, żeby przezyc, zmuszeni są trzymac sie razem i przebrnąc przez potężną zasnieżoną połac lądolodu. Ich upiorna odyseja zajmuje większą częśc filmu.
    Opadła mi szczena – to jest kino survivalowe na najwyższym poziomie, sceneria przyprawia o zawrót głowy, podobnie, jak czarno-białe zdjęcia Bogusława Lambacha, Karewicz i Niemczyk at their best, nawet atak niedżwiedzia tu mamy i nie jest to burackie pośmiewisko a la Wajda z ‚Pana Tadeusza’.
    Film trzyma za gardło, jak diabli – cudze chwalicie, swego nie znacie.

  6. ulotna_wiecznosc Says:

    Bardzo dobry tekst i świetnie mi się go czytało gdy za oknem zaczęła wirować magia. (tak pada pierwszy śnieg)
    Pamiętam nie tak znowu dawno gdy szłam na ,,Baczyńskiego” tłumy szły na ,, Drogówkę”

    Z wymienionych filmów bardzo podobał mi się film,, Imagine” Andrzeja Jakimowskiego. Pokazać w kinie to czego nie widać. Zobaczyć świat innymi zmysłami niż oczy. Schemat jest prosty nowy nauczyciel operujący własnymi metodami( rodem ze świata nietoperzy) i młodzi niewidomi uczniowie.
    Nauczyciel pokazuje im jak stworzyć za pomocą innych zmysłów takich jak słuch czy dźwięk i zapach własny świat oraz własne niepowtarzalne historie o tym świecie.
    Świetna międzynarodowa produkcja.

    • Torlin Says:

      Powiem szczerze, że zachwycony (to za mało powiedziane) byłem U.W. filmem „Zmruż oczy”, oglądam sobie go od czasu do czasu. Już „Sztuczkami” i „Imagine” byłem rozczarowany, bo dla mnie nie miały magii.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      ulotna_wiecznosc, wbrew skłonności publiczności, „Baczyński” wg mnie wart o wiele większej atencji, niż „Drogówka”.
      „Imagine” jest niewątpliwie filmem niezwykłym, ale czułem się nim trochę rozczarowany (będzie o tym w następnej części mojego tekstu). Ale to oczywiście tylko moja subiektywna opinia – no i pewnie strata.

      Torlinie, chętnie bym przeczytał o tym, co Cię w „Zmruż oczy” zachwyciło, a w „Imagine” rozczarowało.

  7. Mariusz Says:

    Ja jednak bardziej znam polskie kino sprzed „transformacji”, niewiele widziałem dobrych polskich filmów z ostatnich dwóch dekad. Coś by się oczywiście znalazło, np. filmy Pasikowskiego i Smarzowskiego są niezłe, ale nie zachwyciły mnie jakoś szczególnie. Najbardziej to mnie zaskoczył film Wojciecha Wójcika „Tam i z powrotem” z Gajosem i Fryczem. Niby sensacja z elementami heist movie, czyli pozornie kino w amerykańskim stylu, ale nie odczułem wtórności czy sztuczności, film jest ciekawy i spójny, trzyma w napięciu jak mało który polski film. Wójcik kręcił już wcześniej podobno niezłe kino na zbliżonym poziomie, ale na koniec kariery nakręcił jakąś durną komedię romantyczną. Po co mu to było?
    A propos pytania zadanego w jednym z powyższych komentarzy to: Nie, nie widziałem ostatniego filmu Wosiewicza, ani nawet jego poprzednich filmów.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zauważyłem, że bardziej Cię zajmują starsze filmy, i to zarówno, jeśli chodzi o kino polskie, jak i zagraniczne. Swoją drogą ciekaw jestem z czego to wynika? (Jesteś człowiekiem zbyt młodym, bym zakładał nostalgię ;) )

      Filmów Wójcika dobrze nie znam, ale pamiętam „karate po polsku” – to początek lat 80-tych, film zwrócił wówczas na siebie (nie tylko moją) uwagę.
      Po co była Wójcikowi jakaś „durna komedia romantyczna”, pytasz? Pewnie po to, żeby w ogóle cokolwiek zrobić i… zarobić. A zarabiać na reżyserce nie jest tak łatwo i trudno jednak zdobyć zlecenia, czy też pieniądze na własne pomysły.

  8. Onibe Says:

    Ciekawe refleksje i – skądinąd – całkiem niezłe podsumowanie czegoś do podsumowania trudnego. Niestety, nie da się kilkoma zdaniami opisać współczesnego polskiego kina, choćby dlatego, że jest ono wykresem mocno rozproszonych współrzędnych bez wspólnych tendencji grawitacyjnych. Czytając Twój tekst uświadomiłem sobie, że kino jest takie, jacy są widzowie, bo to przecież oni ostatecznie decydują o sukcesie kina. Czy zatem polski widz jest – za przeproszeniem – przygłupem, który dostaje orgazmu podczas oglądania filmu pozbawionego scenariusza z fabułą tak dziurawą, że mogłaby stanowić wzór dla idealnego ementalera? Nie, bo polski widz bardzo chętnie ogląda filmy mądre czy dotykające istotnych problemów społecznych.
    I teraz ciekawa rzecz: nie pójdę na „Wałęsę” choćby ktoś mi dopłacił, bo swój czas uważam za wyjątkowo cenny. Ale „Lincolna” obejrzałem, nawet pozwoliłem sobie na jego ocenę (czyli zainwestowałem więcej czasu niż trzeba na sam seans). Chwilę temu obejrzałem „Gran Torino” – obyczajówkę Eastwooda poruszającą problemy nam całkowicie obce. Uważam, że to był niezły film, nie straciłem poświęconego nań czasu.
    Czemu ja – i tysiące innych Polaków – rzucają się na takie propozycje a olewają własne? Wrodzony brak patriotyzmu? A może umiejętność amerykańskich (niektórych) twórców jakby nieobecna u nas: czynienia opowieści autentycznie ciekawymi. Głupi jak but „Patriota” bije każde „dzieło historyczne” z naszych stajni bo oprócz zgrabnej (ale przecież nie nazbyt!) fabuły ma też czytelne przesłanie i każdy widz może sobie pomyśleć „jestem Amerykaninem”. Czy Amerykanie oglądający „Ogniem i mieczem” myślą sobie „jestem Polakiem”?
    Dorzuciłem tylko kilka swoich ogólnych myśli, wbrew pozorom nie mam w tym temacie jednoznacznej opinii.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekawie piszesz.
      Ale nie wiem czy taki ciekawy jest mój tekst – to miał być właściwie taki szkic jedynie, wstęp do omówienia festiwalowych filmów – więc siłą rzeczy powierzchowne to jest i takie trochę spisane na kolanie. Ale jeśli widzisz w tym jakąś wartość, to fajnie.

      Czy polskie kino jest takie, jak polski widz? – oto jest pytanie. I czy aby na pewno widzowie decydują o sukcesie filmu? Ale czy pisząc to nie masz przypadkiem na myśli komercji? Bo przecież film może być wybitny (artystycznie np.), a mimo to mieć dość marną widownię (w znaczeniu: frekwencję) ale docenić go mogą ci, którzy w kinie szukają czegoś więcej, niż tylko rozrywki.

      To fakt: przygłupiaste filmy robi się dla przygłupów. ale jak sam zauważyłeś, jeśli film jest mądry i istotny – to także znajdzie swoich odbiorców (abstrahujemy tu oczywiście od jego „wzięcia” komercyjnego).

      Ja „Wałęsę” obejrzałem tak trochę z obowiązku, ale i też – wypierać się tego nie zamierzam – z ciekawości, również ze względu na kreację Więckiewicza, swoją drogą eksploatowanego ostatnio w kinie polskim co niemiara.

      A dlaczego ciągle chętniej oglądamy propozycje „obce”? Pewnie dlatego, że nas bardziej ciekawią – być może ze względu na tematykę, może po postu dlatego, że są wg nas filmami zrealizowanymi sprawniej, wychodzącymi naprzeciw oczekiwaniom, mentalności, zainteresowaniom i temperamentowi widowni?

      • Onibe Says:

        skoncentruję się na ostatnim akapicie Twojej odpowiedzi: widzę to podobnie. U nas pokutuje (albo mi się tylko wydaje) przekonanie, że coś wartościowe powinno być nudne, nieciekawe, chropowate. A przecież wartość wielu opowieści sprowadza się do ich siły przebicia – ta jest większa, jeśli się film chętniej ogląda i lepiej utożsamia z przedstawionym w nim problemem. Z drugiej strony, wcale nie twierdzę, że twórcy powinni schlebiać prostym gustom, bo przecież część odbiorców lubi kiedy film jest wyzwaniem. Sam, choć uważam się za niezbyt wybrednego kinomana, doceniam od czasu do czasu obrazy, które oglądam na dwa-trzy razy…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tutaj w Stanach też pokutuje takie przekonanie, że np. film zagraniczny (z napisami), albo taki, który wyświetlany jest tylko w kinach, nazwijmy je, niszowych, musi być nudny, ciężki, trudny, dołujący i pretensjonalny. A według mnie, opinia ta wyrasta czasami ze zwykłego lenistwa (również umysłowego – bo się unika myślowego wysiłku), o i oczywiście z tego, że 99% widowni amerykańskiej, to konsumenci nastawieni na kino, które dostarcza przede wszystkim rozrywki – będąc po prostu czystą komercją.
          Czy w Polsce aby nie robi się podobnie?
          Nie chciałbym, aby tak było, bo przecież nadal pamiętam te tłumy walące (za moich czasów) na tzw. „Konfrontacje”, na których dominowały filmy, nazwijmy to: „ambitne”, dające do myślenia, ciekawe artystycznie – dopiero później dość bezczelnie zaczęła dominować (chyba) pop-kulturowa papka i guma do żucia dla oczów.
          Nie mam nic przeciwko kinu rozrywkowemu – pod warunkiem wszak, że jest dobre, a nie idiotyczne. A na filmy poza-mainstreamowe chodzę nie za snobizmu, ale ze zwykłej potrzeby uczestnictwa w sztuce, która jest czymś więcej, niźli tylko rozrywkową, pop-kornową produkcją, nie angażująca zbytnio naszych szarych komórek.

          PS. Co to znaczy oglądanie filmu „na dwa-trzy razy”?

        • Onibe Says:

          na dwa-trzy razy: kupuję lub wypożyczam dvd i oglądam na kilka etapów, po 20-30 minut na raz. Dziwne zapewne rozwiązanie, ale ułatwia wgryzienie się w filmy długie, skomplikowane i męczące. Tak dawkowane odkrywają przyjaźniejszą twarz. Można się nimi delektować, smakować pojedyncze kadry. Niech żyje kino domowe ;-)

          Problem z filmami wartościowymi, ale trudnymi, jest być może taki, że… nie mamy gdzie o nich rozmawiać. A filmy zmuszające do refleksji lub odkrywające swoją wartość poprzez dialog nie zrobią wrażenia i nie sposobają się, jeśli po napisach końcowych kończy się z nimi przygoda. Tylko gdzie i z kim gadać? Na studiach oglądaliśmy sporo dziwnych filmów i dużo o nich gadaliśmy. Jedna z moich wcześniejszych dziewczyn była zapaloną kinomanką i dzięki niej obejrzałem kilka dzieł, których nigdy nie obejrzałbym w innych okolicznościach. Do dobrego kina trzeba mieć cierpliwość ale i poczucie jakiejś celowości. Celowość definiuje się często poprzez aktywne współuczestnictwo w kreowaniu artefaktu. Oglądanie to trochę za mało.

          Weźmy pod uwagę, że większość widzów jest odbiorcami zarówno filmów jak i recenzji. Nikt ich o zdanie nie pyta a i we własnym gronie nie mogą porozmawiać, bo nie mają z kim. Nie winię kogoś konkretnego (byłoby to głupie) ale zwracam uwagę na możliwą przyczynę niedoceniania filmów z pewnego sektora.

          Po częsci jest to wina czasów. Dwadzieścia – trzydzieści lat wcześniej rozmowa o filmach była czymś powszechniejszym, tak jak czytanie książek bo ogólnie rzecz biorąc było mniej konkurujących ze sobą rozrywek. Dzisiejszy człowiek jest ultra multimedialny, a każdy przekaz do niego kierowany musi się zmieścić w kilku sekundach, bo multitasking wymusza procesorowanie otoczenia, przerzucanie uwagi z jednego motywu na drugi.

          Dobre kino rozrywkowe jest – masło maślane – oczywiście dobre. Dobrze zrobiony film akcji pozostaje dobrym filmem, mimo że gatunek nie jest – nazwijmy to – ambitny. Moim zdaniem, nawiasem mówiąc, wcale nie jest łatwiej zrobić dobre kino akcji niż obyczajowe. W ogóle nie jest łatwo zrobić dobre kino, a każdy gatunek ma swoje prawa i obyczaje. Ale takie „Ogniem i mieczem” nie jest ani dobrym filmem historycznym, ani romansem, ani adaptacją ani niczym innym… „Patriota” czy „Braveheart”, dla odmiany, dają radę na kilku z tych płaszczyzn. A weźmy taki film jak „The Kings Speech” – rzecz zupełnie o niczym, pozbawiona potencjału… ale zarazem piękna. Dobre kino z niczego.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja większość filmów oglądam jednak w kinie – mimo wszystko preferuję duży ekran (są filmy, które, oglądane na małym ekranie telewizora lub monitora, tracą bardzo dużo – zwłaszcza jeśli ważna w nich jest strona wizualna, plastyka obrazu, pejzażowy, panoramiczny oddech… Ale na dvd też oglądam – tutaj sprawdzają się filmy wymagające, ze tak powiem, intelektualnej uwagi i jakiegoś głębszego, mentalnego skupienia. I nie mam w zasadzie większego problemu z tym, by obejrzeć film za jednym zamachem – i tak chyba wolę, bo film, w przeciwieństwie np. do książki, nie lubi rozbijania go na części. Stanowi bowiem integralną całość, a takie podchodzenie do niego na raty, po prostu rozprasza.

          Nie zawsze odczuwam potrzebę rozmowy o filmie, choć w naszej paczce za młodych lat sporo żeśmy o filmach (i o muzyce) gadali. Mi tę rozmowę zastępuje często czytanie recenzji, no i oczywiście samo o filmie pisanie – a i na blogu jednak udaje się dość często o filmach porozmawiać.
          Kino jednak, wbrew pozorom, nie jest tak powszechnie znane. Z tego co wiem, w Polsce jest dość utrudniony dostęp do dobrego kina – zwłaszcza te filmy nierozrywkowe (nie main-streamowe, „ambitne”) nie są zbyt łatwo dostępne.
          A jednak w sieci funkcjonuje dość sporo ciekawych blogów o filmie. Mam (lub miałem) wśród ich autorów trochę znajomych, z którymi można jest (lub było) interesująco o kinie porozmawiać.

          Piszesz: „dzisiejszy człowiek jest ultra multimedialny” a mnie dopada lekka groza, bo absolutnie takim człowiekiem „ultra multimedialnym” nie chciałbym być. Choćby dlatego, że pozbawiony jest on (siłą rzeczy) głębszej refleksji, obrabowywany jest z czasu, ulega bodźcom, które nim sterują i manipulują, bo – jak sam piszesz: „multitasking wymusza procesorowanie otoczenia, przerzucanie uwagi z jednego motywu na drugi”.
          Brrr…!!! Dla mnie to horror! To taki multimedialny szczurek, któremu się błyska, wstrzykuje, aplikuje… a on tym wszystkim nasiąka i to przyjmuje – osobnik o attention span krótkim, jak łyknięcie redbulla – co się przerzuca z jednego obiektu (nie) zainteresowania na drugi, w takt mechanicznych bodźców, zabijających na dodatek samodzielne myślenie.

        • Onibe Says:

          mnie ostatnio kino jako kino nie ciągnie – preferuję własną, spokojniejszą przestrzeń, choć oczywiście kino ma swój niepowtarzalny urok.

          multitasking to choroba naszych czasów – pół biedy, gdyby wiązał się jedynie z umiejętnością robienia jednocześnie wielu rzeczy. Najgorsze, że multitasking oznacza robienie wielu rzeczy na raz, ale żadnej porządnie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ale czy kino nie może „stanowić” spokojniejszej przestrzeni? ;)
          Moim zdaniem jak najbardziej. Wszystko zależy od rodzaju filmów, jakie się chce oglądać.

          A „multitasking”? Już samo słowo trochę mnie odrzuca.

        • Onibe Says:

          jasne, może. W tym przypadku nie szukam jednak uniwersalnych parametrów, oceniam tylko i wyłącznie pod własnym kątem. A jestem leniem i lubię komfort mieszkania ;-). Zwłaszcza, że lubimy z Izą łączyć seanse z dobrym jedzeniem, a tego w kinie nie uświadczysz ;-)

          multitasking to angielszczyzna. Sam fakt, że nie mamy odpowiedniego słowa w języku polskim, mimo że jest ono potrzebne, świadczy o skali problemu. Po prostu jesteśmy tak multitaskingowi, że nawet nie mamy czasu skorzystać z zasobów własnego języka, ale dla wygody i szybkości klonujemy gotowce ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No tak, „wielozadaniowość” brzmi już staroświecko ;)

        • Onibe Says:

          ale wielozadaniowość ma właśnie inne znaczenie. Pozytywne ;-). To trochę jak z „sex” i „gender”. Po Polsku to ten sam wyraz: płeć. Można definiować opisowo: płeć fizyczna i płeć kulturowa/społeczna. Ale sam wyraz płeć jest w tym przypadku mylący i niewystarczający.

          Kiedyś z kumplami ze studiów próbowaliśmy rozbić kwestię multitaskingu. Wyszło, że jednak wielozadaniowość ma inny rejestr. Wskazuje na umiejętności, a nie brak możliwości koncentrowania się. Pewnie to kwestia tego, że te terminy wymyślają za oceanem, stąd pierwszym skojarzeniem jest anglicyzm…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Anglia nie jest (z polskiego punktu widzenia) za Oceanem ;)

          Masz rację, niektóre pojęcia mają (zmieniają) swoje znaczenie w zależności od epoki (czasu), w których są (były) używane.
          „Wielozadaniowość” mnie np. kojarzy się także z peerelowskim żargonem, „multitasking” to zdaje się wykwit epoki „rewolucji informatycznej, interenetu i cyfryzacji. Przyznam się, że w tej nomenklaturze nie czuję się zbyt pewnie.

          Może właśnie dlatego, że mieszkam za Oceanem i poddawany jestem zewsząd językowej amerykanizacji, to jednak wolę, kiedy przy wymyślaniu nowego słownictwa, trzymamy się naszego rodzimego języka, (choćby dlatego, że go to stymuluje i wzbogaca). A poza tym: czy ochocze podłapywanie anglicyzmów (te różne developery, taskingi, lajfstajle, czilauty…) nie jest aby przypadkiem wyrazem naszych krajowych kompleksów (bo bardziej szpanersko i cool to brzmi po angielsku niż po polsku?)

        • Onibe Says:

          ano, jest to pewnie wyraz naszych kompleksów. Źle, że w życiu codziennym używamy „szpanerskich” anglicyzmów zamiast lokalnego słownictwa. Gorzej, że sama nauka idzie w sukurs temu procesowi. Naukowcy socjolodzy, politolodzy itd często nie starają się tłumaczyć obcych terminów, wolą podłapywać obce wyrazy i wklejać je do swoich tekstów tak jakby to zwiększało siłę rażenie. I pewnie zwiększa.

          Z drugiej strony, wiadomo że język jest dynamiczny i zwiększa swoją zasobność poprzez kradzieże. Nasz język polski jest też de facto zbiorem zapożyczeń i kalek, to co określilibyśmy mianem czystego rdzenia stanowi zapewne mniejszość. Może developer i lajfstajl to ten sam worek co balet, kabaret itd.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Oczywiście. I może lepiej jest mówić o zapożyczeniach, niż o kradzieży? ;)
          Czasem mam wrażenie, że język to żywioł, nad którym trudno zapanować – mimo, że staramy się go ujmować (kontrolować?) w jakieś (gramatyczne np.) reguły.

          Nie do końca jestem przekonany, że zapożyczenia są koniecznie czymś złym. Świadczą o tym choćby słowa, które w naszym języku się tak zasymilowały, że nie brzmią już „obco” i go wzbogaciły (sam podałeś przykłady „baletu” i „kabaretu” – a przecież tę listę można ciągnąć bardzo, bardzo długo… bo czy cały nasz język nie jest – w mniejszym lub większym stopniu – zapożyczeniem?)

        • Onibe Says:

          dokładnie tak, Logosie. Język musi zapożyczać aby istnieć, aby być językiem żywym. Ilość zapożyczeń jest drugorzędna wobec funkcjonalności. Pewnie gorsze od nadmiaru anglicyzmów byłoby porzucenie polskiego jako języka nie dość elastycznego. Oczywiście możemy uznać, że to też następuje: granica pomiędzy wdrażaniem zapożyczeń a zastępowaniem języka innym językiem bywa płynna. Mimo wszystko.

  9. Simply Says:

    ,,…Ale scenarzystów polskich “debilami” bym jednak nie nazywał…”
    Chyba przez dobre wychowanie :D
    ‚Kornblumenblau’ oglądalem sto lat temu, ale chyba niezbyt uważnie, bo bardzo słabo pamiętam, tam jakieś obozowe klimaty były, jak dobrze kojarzę. Wosiewicz zrobił potem taką przyciężkawą, martyrologiczną dętkę o stanie wojennym, tytułu nie pomnę.
    ‚Był sobie Dzieciak’, to tak chytrze pod Nicka Hornby’ego – tym bardziej bez sensu.

    Dla mnie reżyserem, któremu przerwa w latach 80-tych najbardziej podcięła skrzydła, jest Wojciech Marczewski. ,Zmory’, ‚Dreszcze’, czy telewizyjny ‚Klucznik’ – mistrzostwo świata, to był według mnie najzdolniejszy twórca z rozdania ,moralnego niepokoju’. A potem co ? Maniakalnie przereklamowywana gdzie się nie ruszyc, pretensjonalna, bufonada pt. ,Ucieczka z Kina Wolność’, glutowaty, snujowaty ‚Weiser’ – choć tu przynajmniej Marczewski pokazał, że dalej potrafi zajebiście prowadzić dzieci: ale co z tego, skoro sceny z nimi to jakaś jedna czwarta filmu, a te ze starymi to takie poszukiwania straconego czasu w stylu ,Suche Majtki na Dnie Morza’ :D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Czy jeśli ktoś pisze debilny scenariusz, to czy tym samym musi sam być debilem?
      Moim zdaniem – niekoniecznie.

      Ciekaw jestem na co w końcu postawił Wosiewicz i czy mu wystarczyło materiału na przyzwoity film (chodzi mi o „Taniec śmierci” vel „Był sobie dzieciak”).

      Podzielam żal z powodu kierunku, w którym podążył Marczewski. „Weiser” miał potencjał, ale wyszło niestety dość przeciętnie – powieść Pawła Huelle zasługiwała na coś więcej.

  10. alicja Says:

    Jak sprawa kina wyglądała w naszym kraju, jak film dojrzewał w Polsce?
    Polska. Rok 1989… Upadek komunizmu, reżimu i cenzury. Początek odrodzenia się kina polskiego. Filmowcom przestaly w końcu grozic ograniczenia wolnosci twórczej, choć pojawily sie problemy, jakie niesie za soba wolny rynek: walka o widza, konkurencja. Kino polskie odzyskało możliwość samorozwoju jednak musiało przejsć jeszcze długą drogę ku zupełnej niezależności. Musiało działać prężnie by przekonać widza do siebie, do swojej twórczości, po latach niemalże zupełnej stagnacji było to jednak dosyć trudne zadanie.
    Na początku trzeba było jednak wypłynąć na powierzchnie, gdyż po zniesieniu cenzury Polska zalana została falą kina amerykańskiego, które bez przerwy działało prężnie doskonaląc swój potencjał, swoja technikę. Do dzis Polakom nie udało się dogonić Amerykanów w ich technologii i popularności.

    Wróćmy jednak do burzliwego odrodzenia sie suwerenności polskiego kina po latach bezruchu. Niestety nie spełniło ono ambicji i nadziei pokładanej w duchu polskim. Film stal sie towarem. Rodzime produkcje nie mialy wlasciwie zadnych szans zaistnienia – bardzo szybko znikaly z kin, by ustapic miejsca szalenie popularnym filmom amerykanskim. Obawiano sie, czy polskie kino wytrzyma konkurencje i w ogóle przetrwa. Pojawiło się kryterium opłacalności. Kina szły na zysk, a nie na szerzenie polskości, polskich twórców i ich dokonań. Jednak filmy polskie ciagle powstawały. Były to filmy głównie debiutanckie.

    Obecnie w pejzazu polskiego kina sporo zmienilo pojawienie sie nowych mozliwosci technicznych. Dzis, gdy dostepne sa kamery cyfrowe i cyfrowe wideo, zrobienie filmu nie wymaga juz zgromadzenia ogromnych sum i liczacej dziesiatki osób ekipy. Mlodzi rezyserzy, którzy nie chca latami czekac na debiut, chetnie siegaja po sprzet cyfrowy. Dostepnosc i niezla jakosc to atuty kamery cyfrowej. Ale sa równiez ograniczenia – nosnik ten w duzym stopniu determinuje i stylistyke i tematy filmów. W warstwie formalnej kamera cyfrowa narzuca pewna szorstkosc i niechlujnosc zdjec, czesto robionych „z reki”. Tu nie ma mowy o ladnych, wysmakowanych kadrach, a raczej o czyms w rodzaju domowego wideo filmowania. Oczywiste jest, ze ta metoda mozna zrobic przede wszystkim kameralny, wspólczesny film, opowiadajacy o tym co bliskie, intymne, o najblizszym otoczeniu. Uniemozliwia to filmowcom zaprezentowanie wszystkich ich umiejetnosci, zdolnosci kreacyjnych, inscenizacyjnych, sily wyobrazni.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem, czy rok 1989 można uznać za „początek odrodzenia się kina polskiego”. Ono istniało już niemalże od wieku, wliczając w to oczywiście lata peerelowskie, kiedy polskie (mimo wszystko) kino funkcjonowało w najlepsze (choć też i w najgorsze) i powstało przecież w tym czasie wiele dobrych filmów, uznanych także i na świecie, poza sowieckim blokiem.
      Coraz większe możliwości techniczne ułatwiają oczywiście realizacje filmów, ale jednak nie mogą zastąpić artystycznej kreatywności – nadal potrzebne są dobre pomysły, scenariusze i reżyserska biegłość.
      Myślę, że z tym mimo wszystko nie byłoby takiego problemu (bo zdolnych twórców w naszym kraju nie brakuje), gdyby sprawa nie rozbijała się o prozaiczny (ale dotkliwy i determinujący możliwości produkcyjne) brak (niedostatek) funduszy, czyli, w dużej mierze, chodzi po prostu o pieniądze.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s