„OSTATNIE TCHNIENIE” BUÑUELA

.
Bunuel moje ostatnie tchnienieOdłożyłem właśnie „moje ostatnie tchnienie” – autobiograficzne wspomnienia Luisa Buñuela.
Zawsze patrzyłem na tego reżysera poprzez jego filmy, dlatego też wiele w tej książce mnie zaskoczyło. Zwłaszcza kontrast pomiędzy mrocznością, perwersyjnością i okrucieństwem, które często widoczne były w jego obrazach, a osobowością samego reżysera: dziecinną, spontaniczną, bezpretensjonalną, wyzbytą gwałtu, przemocy i złośliwości…
Taki przynajmniej wyłonił mi się obraz autora, kiedy czytałem jego „ostatnie tchnienie”. Jeśli uznać go za wiarygodny, to właśnie na tym przykładzie można wykazać, jak mocna i wyraźna może być linia dzieląca świat filmowy „na niby”, od świata realnego „na serio”.

Jednak bywa i tak, że z filmowej szafy może się zwalić na nas niespodziewanie jakiś trup – a to dlatego, że jednak mieszają się w naszych głowach różne światy: zarówno te fikcyjne, przez nas wymyślone, jak i te prawdziwe, twardo nas ustawiające.
Czasem uczestniczymy w tym świadomie, czasem zaś bezwiednie.
I myślę, że bez tej właściwości nie robilibyśmy żadnych filmów, nie malowalibyśmy żadnych obrazów, nie pisalibyśmy książek… Jest to chyba nawet warunek zdolności do tworzenia przez nas całej kultury.

Może właśnie dlatego obrazoburcze filmy Buñuela brane były za coś więcej, niźli tylko wyabstrahowane z rzeczywistości produkty artystycznej wyobraźni: wiele z nich wywołało skandal, palono ich kopie, zakazywano projekcji, bojkotowano, wpisywano na kościelne indeksy…
Ale też – z tego samego względu – wywierały one rzeczywisty wpływ na widza, jak również na innych twórców; stawały się częścią europejskiej kultury, a np. „Los olvidados” wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

greydot

Kiedy czytam czyjąś biografię, w zasadzie zawsze poddaję się słowu autora – biorę je za dobrą monetę, i to nie tylko dlatego, że gdybym cały czas pozostawał wobec niego sceptyczny, to odebrałoby mi to nie tylko przyjemność lektury, ale i jej poznawczy sens. Zwłaszcza jeśli autor jest postacią historyczną, liczącą się w europejskim dorobku kulturowym – tak jak to jest właśnie w przypadku Buñuela, uznanego przecież za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

„Szymon z pustyni” (1965)

Wydaje się, że Buñuel nie unika jednak opisywania sytuacji, w których zachowuje się – mówiąc oględnie – dwuznacznie, także kontrowersyjnie, niezbyt elegancko, a nawet nie za mądrze. Lecz robi to w sposób dość rozbrajający: w naszych oczach rozgrzesza go jego naiwność, otwartość i prostolinijność. Czyżby to wpływ (przywilej, przypadłość?), wieku podeszłego, w którym dyktował on swoje wspomnienia? (Nota bene spisywał je nie byle kto, a literat i artysta par excellence: Jean-Claude Carrière, współtwórca wielu scenariuszy do filmów Buñuela). Może tylko poza… lub kolejna „zgrywa”? Z tego typu artystami nigdy nic nie wiadomo.

Niejako w żart obraca Buñuel swoje – przejawiane przez całe życie – zamiłowanie do anarchizmu, prowokacji, rewolty, bluźnierstwa i szokowania innych. Dzięki temu jesteśmy skłonni, by stawiać to na równi z pewnym infantylizmem, jaki cechował jego dowcipy, czy kawały strugane otoczeniu; kojarzyć z dziecinadą jaka przejawiała się np. w puszczaniu papierowych samolocików z najwyższego w Madrycie wieżowca, czy nawet w bawieniu się (strzelanie we własnym gabinecie) jednym z liczącej 65 sztuk kolekcji pistoletów.

Coś z tego wszystkiego jest w jego filmach.

greydot

“Viridiana” (1960)

“Viridiana” (1960)

Zastanawiam się, czy wpłynęłaby lektura tych wspomnień na to, co pisałem o Buñuelu (a konkretnie o jego filmach) przed kilkunastoma laty (gdybym wówczas tę książkę znał).
Chyba jednak tak.
Ale jak?

Przede wszystkim nie traktowałbym tak zasadniczo i poważnie całej tej symboliki, której się w jego filmach można było doszukać (wówczas wydawało mi się usprawiedliwione i sensowne by np. nawiązać w jej kontekście do psychoanalizy Freuda czy wykładów Junga). Podchodziłbym do owych dywagacji ostrożniej, zważywszy na to, z jaką dezynwolturą wyraził się w swoim “ostatnim tchnieniu” reżyser o podobnym traktowaniu jego twórczości przez filmową krytykę.

Jednakże miałem chyba wówczas powody, by tak odbierać (i tłumaczyć sobie) te filmy, z których wiele scen wywarło na mnie szokujące wręcz wrażenie (mam na myśli nie tylko owo słynne przecinanie oka brzytwą w “Psie andaluzyjskim”, ale przede wszystkim te momenty, które ukazywały seksualną perwersję czy też wymierzony w religię jawny ikonoklazm).
Przypomnę tylko niektóre z tytułów: “Viridiana”, “Anioł zagłady”, “Dziennik panny służącej”, “Szymon Słupnik”, “Piękność dnia”, “Droga mleczna”, “Dyskretny urok burżuazji”, “Mroczny przedmiot pożądania”…

Jak je traktuję obecnie?
Cóż, po prostu: jako obrazy, które pojawiły się w wyobraźni Bu
ñuela, a które następnie przeniósł on na ekran.
A jaki był ich sens?
Może przygotowywały one Europę (i samego twórcę) na szok (ale już w twardym i rzeczywistym świecie) jaki wkrótce przeżyć miała Europa oglądając miliony prawdziwych trupów na polach bitew, w obozach koncentracyjnych, w gułagach, w rowach masowych egzekucji?
Może to sen, post-traumatyczna projekcja wrażliwego mózgu, który to wszystko zarejestrował już w rzeczywistości?

Czymże bowiem były owe ekranowe “bluźnierstwa” Buñuela wobec zbrodni, jakich dopuszczano się pod egidą katolicyzmu podczas wojny domowej w Hiszpanii? Czymże jest to „okrucieństwo” kinowe wobec okrucieństwa obu światowych wojen XX wieku? Czymże są te perwersyjne obrazy wobec dzisiejszego zalewu internetu przez nie znającą granic pornografię?
Nasza rzeczywistość raczy nas rzeczami, o których nie śniło się surrealistom.

greydot

Catherine Deneuve w "Piękności dnia" (1967)

Catherine Deneuve w „Piękności dnia” (1967)

.

UWAGA: powyższy tekst ukazał się po raz pierwszy na moim poprzednim blogu TUTAJ.
Advertisements

komentarze 44 to “„OSTATNIE TCHNIENIE” BUÑUELA”

  1. Simply Says:

    Masz tam błąd : Jean Claude Carriere, nie Jean Paul.
    Wspaniała książka !
    Myślę, że wyobrażnia surrealisty musi działac dwutorowo: jego autonomiczna, wykreowana wizja, to jedno – zaś drugie ( kto wie, czy nie ważniejsze, bo odnoszące się do otaczającej rzeczywistości ) polega na pielęgnowaniu w sobie postawy ‚marzycielskiego czuwania’, że tak to ujmę – tak dla percepcji, jak i działania, reagowania…
    Bo chodzi o to, żeby w miarę możliwości zasypac przepaśc miedzy tymi ,,dwoma światami”, o których napomykasz, niech one czerpią z siebie nawzajem. Zwłaszcza realność na tym zyskuje. Pokuszę się o dwa, a może i trzy przykłady, zależy, jak mi się będzie pisało :D

    Wspomniany Carriere w instruktażowym dziełku ,,Scenarzysta, albo podróż do Brukseli” wspomina pewien epizod, dotyczący pracy z Bunuelem przy scenariuszu do ‚Piękności Dnia’. Mieli za zadanie wymyślic finałowy moment dla erotycznej sceny między Catherine Deneuve i dzikim apaszem granym przez Pierre’a Clementiego. Chodziło o to, by uniknąc wizualnej dosłowności, a jednocześnie zasugerować, że bohaterka przeżyła właśnie sex życia, o jakim jej się w najdzikszych fantazjach nie śniło. Odrzucili masę mniej lub bardziej powalonych rozwiązań, podświadomie czyszcząc sobie pole.
    Sam akt nie został w ogóle pokazany. Cała scena rozgrywa się tuż ,,po”: oboje leżą w milczeniu, Catherine po chwili unosi dłoń:
    – Patrz, jeszcze dalej ręka mi drży.
    Osiągnięto pożądany maksymalizm w minimalizmie. Jest to sto razy bardziej wymowne, niż dosłowny obraz, czy sążnisty dialog. Swego rodzaju ‚surrealistyczna selekcja’ posłużyla do usunięcia wszelkich, parawanów, filtrów, czy innych ram i dotarciu do tej postaci rzeczy, jakimi w istocie są. Do miejsca, gdzie prawda i fantazja nie są dla siebie oponentne.

    W drugim z ‚ujawnień’ uczestniczyłem osobiście i to nie bez wpływu lektury Carriere’a, którego miałem podówczas na gorąco. Wertując jego filmografię, mile zaskoczył mnie fakt, że równolegle z Bunuelem pracował on też z Jacques’em Deray’em, jednym z mistrzów eurocrime’u, ‚Un Homme est Mort’ chociażby, który uwielbiam.
    Carriere pisze tam o pracy nad surrealistycznym, kafkowsko -durrenmattowskin neo noirem ‚Un Papillon sur L’Epaule’ ( Motyl na Ramieniu ), dla Deraya.
    Pojechaliśmy z przyjaciółką do sklepu, nie dało się zaparkować, to zaparkowała, jak sie dało. Wychodzimy, z tego sklepu a tu jakiś starszy jegomość drze japę, że nie może wyjechać, kto to widział, gdzie policja, i takie tam. Podchodzimy i grzecznie przepraszamy, o on dalej psioczy, przepraszamy jeszcze raz, on pluje się jeszcze bardziej, my się już nie odzywamy, czekając, aż opadnie z sił. W trakcie jego tyrady pokazuję palcem na jego ramię, mówiąc:
    – Ale pan ma motyla na ramieniu.
    Gość zgłupiał, zatkało go, jak nożem uciął.
    – Jak motyla ?!
    – Motyl panu usiadł na ramieniu. O tu.
    – Co mi pan tu za głupoty pieprzysz !
    – Nic, mówię tylko, że na panu siedzi motyl. Nie widzi pan ?
    – Pan to masz chyba źle poukładane w głowie, mózg ! – wrzasnął, pukając się jednocześnie w czoło, ale trochę za mocno, bo spadła mu kaszkietówka. Podniósł, zalożył i mędząc coś jeszcze pod nosem poszedł do swojego auta.
    Mimo swego nieistnienia, ten motyl zdołał iście po gombrowiczowsku zdeprecjonowac słuszny skądinąd gniew tego pana. Wiedziałem, że podając tyły, poczuł się dziwnie nieswojo, jakby tracąc zaufanie do swego jeszcze przed chwilą świętego oburzenia, które teraz już jawiło mu się nie tyle, jako nieuzasadnione, ale jakieś takie obce, zawieszone, jakby niezrozumiale uwierające ( bo przecież nie śmieszne, w życiu ! :D )

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dobry przykład z tym motylem – można to nawet uznać za pewną metaforę surrealizmu: element zaskoczenia, motyl jako rzecz realistyczna ale w danym momencie nierealna – stąd konsternacja kogoś, kto podchodzi do rzeczywistości jak do czegoś, co ma określoną „face value” (bo koń, jaki jest, każdy widzi) i nie jest za bardzo przygotowany na intruzję czegoś, co przychodzi nie wiadomo skąd (surrealiści uważali, że czerpali z głębin psyche – z nieświadomości, podświadomości, nadświadomości? – tam też miano się odwoływać, jeśli chodzi o percepcję tego, co tworzyli).

      Muszę się przyznać, że kiedyś surrealizm traktowałem bardziej poważnie (podobnie jak psychoanalizę Freuda, czy fenomenologią Junga), później mi przeszło i teraz bardziej patrzę na to jak na zabawę (może nawet „wygłup”) uciekających od nudy, skandalizujących usilnie (chcących zaistnieć?) chłopaków, którym udawało się wszak tworzyć rzeczy ciekawe i interesujące – ale chyba jednak bardziej z formalnego niż merytorycznego punktu widzenia.
      Co ciekawe, sam Freud uważał surrealistów za wariatów – co jest tym zabawniejsze, że jego ikonografia symboliczna, tudzież ich interpretacje psychoanalityczne, nie ustępowały – jeśli chodzi o fantazję i oderwanie od rzeczywistości – temu, czym zabawiali się surrealiści.

  2. mati Says:

    A może garść cytatów z „mojego ostatniego tchnienia”?:

    ,,Nie jestem człowiekiem pióra.”

    ,,W miarę jak upływają lata naszego życia, ta pogardzona niegdyś pamięć staje się drogocenna. Wspomnienia gromadzą się w naszej nieświadomości i nagle pewnego dnia daremnie staramy się przypomnieć sobie nazwisko przyjaciela czy krewnego. Zapomnieliśmy. Może się zdarzyć, że ogarnie nas rodzaj wściekłości, gdy bezskutecznie będziemy szukać słowa, które znamy, które mamy na końcu języka, a które uparcie nam umyka.”

    ,,Okropne to uczucie, kiedy człowiek musi używać metafory, żeby powiedzieć ‚stół’.”

    ,,Najgorszy z lęków: być żywym, żyć, ale nie poznawać samego siebie, nie wiedzieć, nie pamiętać, kim się jest.”

    ,,Dopiero kiedy zaczynamy tracić pamięć, choćby po trochu, zdajemy sobie sprawę, że pamięć jest istotą całego naszego życia. (…) Nasza pamięć jest naszą spójnią, naszym rozumem, naszym działaniem, naszym uczuciem. Bez niej jesteśmy niczym.”

    ,,Pamięć podlega nieustannym atakom wyobrażni i marzeń, a ponieważ istnieje pokusa, by fikcję brać za rzeczywistość, z naszego kłamstwa czynimy w końcu prawdę. Ma to zresztą względne tylko znaczenie, ponieważ jedno i drugie jest tak samo przeżywane, tak samo osobiste.”

    ,,Nie mogę zapomnieć uczucia strachu, podzielanego zresztą przez całą salę, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem najazd. Na ekranie zbliżała się do nas głowa, stawała się coraz większa, jakby miała nas połknąć. Było rzeczą zupełnie niemożliwą, by widzowie wyobrazili sobie choć przez chwilę, że to kamera zbliża się do głowy (…) My widzieliśmy głowę, która pędziła na nas i rosła ponad miarę. I, podobnie jak św. Tomasz apostoł, wierzyliśmy w to, co widzieliśmy.”

    ,,Cudowne chwile spędziłem w barach. Bar jest dla mnie miejscem medytacji i skupienia, bez którego nie można sobie wyobrazić życia. Podobnie jak św. Szymon Słupnik, stercząc na swym słupie, rozmawiał z niewidzialnym Bogiem, tak ja spędziłem w barach długie chwile na marzeniach, z rzadka rozmawiając z kelnerem, najczęściej – z sobą samym, napastowany przez kohorty obrazów, które zawsze mnie zdumiewiały.”

    ,,Myślę, że kino wywiera na widzów silny wpływ hipnotyczny. Wystarczy popatrzeć na ludzi, którzy wychodzą z sali kinowej w milczeniu, ze spuszczonymi głowami, jakby nieobecni. (…) Hipnoza kinowa, lekka i nieświadoma, bierze się zapewne z ciemności panującej na sali, ale też ze zmian planów, świateł, ruchów kamery, które osłabiają zmysł krytyczny widza, wprawiają go w coś w rodzaju fascynacji i dokonują na nim jakby gwałtu.”

    ,,Gdyby mi powiedziano: masz jeszcze dwadzieścia lat życia, co chcesz robić przez dwadzieścia cztery godziny każdej doby twojego istnienia? – odpowiedziałbym: proszę mi dać dwie godziny życia czynnego i dwadzieścia dwie godziny marzeń sennych, pod warunkiem, że będę mógł je zapamiętać, bo marzenie senne istnieje tylko poprzez pamięć, ona je przechowuje.”

    ,,Raz we śnie zobaczyłem nagle Matką Boską, całą łagodnie rozświetloną, z wyciągniętymi do mnie rękami. Jej obecność była niewątpliwa, zupełnie pewna. Mówiła do mnie, zaciekłego niedowiarka, z najwyższą czułością, pośród muzyki Schuberta, którą wyrażnie słyszałem. Ukląkłem, oczy napełniły mi się łzami i nagle poczułem się ogarnięty żarliwą i niezłomną wiarą. Kiedy się obudziłem, potrzebowałem dwóch czy trzech minut, by odzyskać spokój. Powtarzałem jeszcze na progu przebudzenia: ,,Tak, tak, Najświętsza Mario Panno, wierzę!”. Serce mi biło bardzo szybko.”

    ,,(…) Może taka namiętna miłość, której płomień sięga zbyt wysoko, nie da się pogodzić z życiem? Jest za wielka, za silna. Tylko śmierć może ją przyjąć.”

    ,,W czasach naszej młodości miłość wydawała mi się uczuciem wszechwładnym, zdolnym przeobrazić życie. Nieodłącznemu od niej pociągowi płciowemu towarzyszył duch zbliżenia, zdobywania i dzielenia się, który miał nas wznieść ponad sprawy przyziemne i uczynić zdolnymi do wielkich czynów.”

    ,,Jeśli kocham, mam wszelką nadzieję. Jeśli nie kocham – żadnej.”

    ,,O wszystkim decyduje przypadek. Potrzeba idzie dopiero po nim. Nie ma ona takiej samej czynności.”

    ,,Wierzyć i nie wierzyć to to samo. Gdyby mi w tej chwili udowodniono świetlane istnienie Boga, nie zmieniłoby to dokładnie nic w moim zachowaniu. Nie mogę wierzyć, że Bóg czuwa nade mną nieustannie, że zajmuje się moim zdrowiem, moimi pragnieniami, moimi błędami. Nie mogę wierzyć, a w każdym razie nie zgadzam się z tym, że mógłby mnie ukarać na wieki.”

    ,,Wybrałem swoje miejsce. Znajduje się ono w tajemnicy.”

    ,,Nigdy w życiu nie spierałem się o sumę, jaką mi proponowano w umowie. Jestem do tego absolutnie niezdolny. Zgadzałem się lub odmawiałem zależnie od sprawy, ale nigdy nie wdawałem się w spory. Kiedy odmawiam, żadna oferta nie może mnie skłonić do zmiany zdania. Mogę śmiało powiedzieć: czego nie zrobię za jednego dolara, nie zrobię też za milion dolarów.”

    ,,Duże wrażenie zrobił na mnie testament Sade’a, w którym żąda, by jego prochy zostały rozrzucone byle gdzie i żeby ludzkość zapomniała nie tylko jego dzieła, ale również i nazwisko. Ja też bym tego chciał dla siebie. Wszelkie uroczystości jubileuszowe, wszystkie pomniki wielkich ludzi uważam za rzeczy kłamliwe i niebezpieczne. Po co to? Niech żyje zapomnienie! Godność dostrzegam tylko w nicości.”

    ,,Jednym z wielkich zmartwień końca mojego życia jest to, że nie mogę już słuchać muzyki. Od dawna, od przeszło dwudziestu lat, moje ucho nie rozróżnia tonów – to tak jakby litery tekstu pisanego mieszały się ze sobą, zakłócając proces czytania. Gdyby jakiś cud mógł mi przywrócić ową zdolność słuchania, byłaby dla mnie kojącym narkotykiem, który wiedzie niemal bez wstrząsu do śmierci.

    ,,Dzisiaj wystarczy nacisnąć guzik u siebie w domu, żeby usłyszeć natychmiast muzykę z całego świata. Widzę jasno, co straciliśmy. A co zyskaliśmy? Aby dotrzeć do wszelkiego piękna, konieczne jest zawsze spełnienie trzech warunków, są to: oczekiwanie, walka i zdobywanie.”

    Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekawe cytaty. Tym, którzy nie czytali tej książki mogą dać pewne wyobrażenie o charakterze wspomnień Bunuela – a tym samym o sylwetce samego reżysera. Ci zaś, którzy z książką się kiedyś poznali, mogą sobie przypomnieć jej klimat.
      Oczywiście jest to – siłą rzeczy – mały wybór, który nie jest w stanie oddać całego bogactwa wątków i tematów, jakimi zajmuje się Bunuelowe „ostatnie tchnienie”.

  3. Simply Says:

    Sorry, idę spać. Nikt tu nie jest gorszy ani lepszy. Jutro chętnie wrócę do tematu, bo tam w tekście masz też trochę błędów…
    Hej !

  4. tania Says:

    Perwersja… dla jednych, a dla innych – ludzka rzecz, priwycznoje dieło…
    Masz rację nie mają prawa potępiać takich obrazów odpowiedzialni za zbrodnie dokonywane z krzyżem na ustach lub inną ikoną.
    Przypomina mi się „Belle de jour”. Pamiętam, że bardziej mnie przygnębił niż zbulwersował. Przestraszył… Ludzie czasem boją się innych, a powinni – samych siebie, może? Zwłaszcza, jeśli nie potrafią się zrozumieć.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Te „perwersje” Bunuela brane są już teraz niejako w nawias (pomaga w tym dolepienie do jego filmów etykietki: „klasyka”).
      Nawet duchowni z kolegium jezuickiego, w którym Bunuel się kształcił, wyciągają do niego rękę, mówiąc, że mimo wszystko jest on człowiekiem wiary, tylko tak trochę a rebours :)

      Myślę, że ludzie boją się perwersji (w sztuce np.), również z tego względu, iż obawiają się… samych siebie (a konkretnie: tego, co drzemie w najciemniejszych zakamarkach ich duszy).

  5. Simply Says:

    Nie, bynajmniej, żygam konfrontacjami.
    Przecież dałem do zrozumienia, że nie ma lepszych-gorszych, ty się obudziłeś, ja idę spać .
    Ty śpisz, to czekamy…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja jednak też wolę jednak rozmowę, niż konfrontacje.

      „Przecież dałem do zrozumienia, że nie ma lepszych-gorszych”
      No tak, ale samo nawiązanie do tego porównania „lepszy-gorszy” świadczy o tym, że pomyślałeś o jakimś wartościowaniu – tutaj: na zasadzie zaprzeczenia.
      Skąd Ci się to wzięło?

      A swoją drogą piszesz zawile (tajemniczo?): bo oto w jednym zdaniu mamy: „ty się obudziłeś”, a zaraz w drugim: „Ty śpisz” (?)
      I na co czekamy?

      I się jeszcze zastanowiłem: czy „żygać” to to samo co „rzygać”? ;)
      (To tak a propos – zapoczątkowanego przez Ciebie – wytykania sobie błędów :) )

  6. Simply Says:

    Idę spac, czyli odpierdalam sfinksa, który nie ma żadnej zagadki ;D
    jestem najebany, nie piszę tajemniczo, jestem prostolinijny a jeśli nie, to się mnie nie czepiaj,
    To ostatnie, to o różnicach kontynentalnych było.
    Over & Out

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Odpierdalasz” i jesteś „najebany”.
      Wolałbym jednak prowadzić tę rozmowę kiedy niczego nie odpierdalasz i nie jesteś najebany.
      Pijaństwo, na dobrą (czy też na złą) sprawę, dość szybko staje się nudne i jałowe, a przy tym nieskładne – wtedy często zaczyna się bredzić, więc nie ma co liczyć na sensowną rozmowę.

  7. Geograf Says:

    Gospodarzu,
    ciekaw jestem, jak będziemy kiedyś spoglądać na filmy Tarantino? Czy jego wzięte w nawias bestialstwa, dokonywane na ekranie „dla zabawy”, nie będą wówczas równie „oldskulowe” jak obecnie filmy Bunuela? Bo że Bunuel był jednym z prekursorów ukazywania okrucieństwa na ekranie – nie ulega wątpliwości. Choć zapewne, chciał przez to wyrazić traumę hiszpańskiej wojny, a nie jedynie własne zblazowanie, jak obecny mistrz filmowego postmodernizmu.

    Pozdrawiam!

    PS. Jeśli idzie o „Dyskretny urok burżuazji”, to mam osobiste wspomnienie związane z tym filmem. Przed rokiem wybrałem się z dziewczyną i znajomymi na ślub koleżanki. Nie zapewniono nam wprawdzie transportu, za to obiecano, że kościół leży „tuż obok stacji”. Jak się okazało – tuż obok to były 3 kilometry Mam nawet zdjęcie z tej wyprawy, jakby wzięty wprost z tamtego filmu – idziemy w czwórkę, w marynarkach/ sukniach i pod krawatami/ na obcasach, polną drogą, nad nami błękitne niebo i dookoła łany zbóż…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Geografie, obawiam się, że np. „Pulp Fiction” może być wzięte za klasykę (jeśli już za klasykę nie jest uznane). Zresztą, dla niektórych fanów Tarantino, jest to już film tzw. „kultowy”.

      Zarówno Bunuel, jak i Tarantino zajmują się okrucieństwem i przemocą, jednak różnica między nimi jest zasadnicza.
      Jak sam zauważyłeś Bunuel to prekursor kina, Tarantino zaś jest zaledwie epigonem – stosuje jakiś zlepek komiksu i tego co już w kinie wielokrotnie było.
      Dla mnie to, co on robi, jest zbyt… szpanerskie: niby się on tej przemocy sprzeciwia a jednak w rzeczywistości się nią napawa. W sumie uważam, że Tarantino jest dla gówniarzy.
      W samym Bunuelu również jest sporo z dziecka, ale już jego filmy dziecinne nie są.

      Zresztą, czy uważasz, że Wajda mógłby wysłać do Tarantino taką kartkę, jaką wysłał Bunuelowi: „Pański uczeń”?
      (Wspomina o tym w swojej książce sam adresat.)

      PS. Mam nadzieję, że wesele, o którym wspominasz, skończyło się lepiej, niż „Dyskretny urok burżuazji” :))

  8. Jula Says:

    Bunuel, Tarantino… Nie przepadam , ani za jednym , ani za drugim reżyserem; dla mnie po prostu nie istnieją
    Chciałam zaznaczyć , że kino generalnie było wymyślone dla mas.!!! Dopiero, długo potem powstawały jakieś tam w nim nurty, które były inspirowane, czy to modą , czy przekształconą rzeczywistością, w której przyszło żyć poszczególnym twórcom.
    Pewne filmy są już oglądane tylko przez koneserów, nawet Wajda , jego filmy w Polsce ogląda się już tylko z racji szacunku dla niego ,że coś tam stworzył w przeszłości!!!
    Ale to już nie ten czas , nie ta dramaturgia i właściwie na siłę ;)
    Bo kto chodzi na jego filmy?..Poza grupką nawiedzonych kinomanów , na siłę szkoły i wojsko!!!
    Smutne i prawdziwe, bo nawet najwięksi mistrzowie tej zabawki , jaka jest KINO, przegrywają i z czasem i z nowa techniką.
    Pozdrawiam!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jula,
      – jeśli się pisze, że za jakimś reżyserem się nie przepada, to trzeba najpierw znać filmy tego reżysera.
      Dla Ciebie Ci reżyserzy nie istnieją, bo się nimi nie zajęłaś, nie zainteresowałaś. Ale oni jak najbardziej istnieją dla ludzi, którzy kinem interesują się bliżej.

      – Tak, kino najpierw było jakąś cyrkową ciekawostką, rozrywką jarmarczną (zwłaszcza w Ameryce), ale dość szybko jednak uznane zostało za ciekawe medium ekspresji artystycznej. Powstały trendy, kierunki, zmieniała się forma i środki wyrazu, za tworzenie kina brali się reżyserzy, którzy byli artystami, tak że niektóre filmy zasłużyły na to, by nazwać je dziełami sztuki.
      Kino jest więc nie tylko „zabawką”, jak to określasz, ale z czasem stało się pełnoprawną dziedziną sztuki.

      – Wajdę ogląda się nie tylko dlatego, że „wypada”, ale z tego powodu, że podejmuje on ważne dla Polaków tematy.
      To prawda, że w ciągu ostatnich 20 lat nie zrobił on jakichś olśniewających filmów (z wyjątkiem może ekranizacji „Pana Tadeusza”, choć i „Katyń” nie był przecież takim złym filmem), ale jego wcześniejszy dorobek pozwala na uznanie go jednak reżyserem wybitnym.

      – Nie ma nic na siłę! Istnieją nie tylko snobi i „nawiedzeni” kinomani. Są także ludzie, którzy kinem interesują się autentycznie – bo po prostu kino lubią czy nawet kochają. A jeśli ktoś chce rzeczywiście poznać filmową sztukę, to musi sięgnąć do kanonu kina: czyli obejrzeć filmy Kurosawy, Felliniego, Bergmana, Antonioniego, Formana, Kubricka, Lelouche’a, Herzoga, Fassbindera, Wendersa… jak również Bunuela i Wajdy. Jest to teraz możliwe, ze względu na wznowienia tej klasyki w formie DVD (organizowane są również retrospektywy tych autorów).
      Dawno temu przez jakiś czas zajmowałem się krytyką filmową, rzec można, profesjonalnie (tzn. publikowałem systematycznie recenzje i artykuły o kinie), stąd ten wpis o Bunuelu, którego twórczość przypomniała mi jego biografia.
      Nie uważam się za jakiegoś „nawiedzonego” kinomana, czy monotematycznego obsesjonata. Interesuje mnie także wiele innych rzeczy.

      – Najwięksi mistrzowie kina nigdy nie przegrają z czasem i nową techniką.

  9. miziol Says:

    Nie przesadzalbym z nadinterpretacja motywow, ktore kierowaly tworczoscia Bunuela. Byl z cala pewnoscia wnikliwym obserwatorem otaczajacej go rzeczywistosci i potrafil genialnie wyrazic na ekranie swoj krytyczny stosunek do niej. Surrealizm byl wlasnie takim stylem, krytykujacym rzeczywistosc przez pokazywanie jej pokretnosci, glupoty, niekonsekwencji.
    Ale czy Tarantino robi co innego?
    Litry krwi im czerwienszej tym lepiej, zabojstwa przypadkowe albo bez powodu, pokazywane calymi sekwencjami, tak, ze w pewnym momencie zaczynaja po prostu smieszyc. On nie jest apologeta przemocy i glupoty, on ja jak najbardziej krytykuje. Po prostu uzywa innych srodkow niz Bunuel. Jak dla mnie znacznie bardziej atrakcyjnych. Ale surrealizm tez wylewa sie z jego filmow szeroka rzeka. W kazdym razie ja sie nie czuje gowniarzem, chociaz uwielbiam „Pulp fiction”. Pozdrawiam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      miziole, to naprawdę świetnie, że tak odbierasz Tarantino :)
      (czyli głównie jako rozrywkę i zabawę, nieprawdaż?:))
      I Twoja diagnoza jest dość trafna, choć nie zgadzam się z tym, że Tarantino się przemocą nie delektuje. („Delektuje” to może jednak rzeczywiście jest niezbyt właściwe słowo. Powinienem był chyba raczej napisać: „fascynuje”.)
      Ja miałem inne odczucia kiedy oglądałem jego filmy: np. „Kill Bill” to jeden z niewielu filmów, z którego projekcji wyszedłem na długo przed jej zakończeniem. Bynajmniej nie dlatego, że mnie jakoś ukazaną tam orgią przemocy zszokował, ale po prostu dlatego, że mnie… znużył, a i zaczął wręcz irytować.
      Nie odmawiam Tarantino dobrego warsztatu i posiadania talentu reżyserskiego, ale on nie jest raczej bohaterem mojego romansu.

      PS. Używając określenia „gówniarze”, brałem go niejako w nawias i pisałem z przymrużeniem oka. Wiedziałem, że może się nie spodobać niektórym Czytelnikom (zwłaszcza tym młodszym, bo przeważnie wśród nich Tarantino cieszy się wzięciem i popularnością).
      No chyba nie przyjdzie Ci się z tego powodu obrażać?! :)

      • miziol Says:

        Oczywiscie, ze nie bede sie obrazac na Ciebie Amicusie. W kazdym razie nie za to, ze masz inna opinie na jakis temat. Domyslalem sie, ze to rodzaj prowokacji i postanowilem dac sie sprowokowac. Ja tez czesto pisze z przymruzeniem (he he) oka i oczekuje, ze bede wlasciwie odebrany.
        Zresztą, przypominasz mi troche moja babcie, kiedy pouczasz Jule na temat kanonu kina. „Psalterz Florianski” tez nalezy do kanonu literatury, ale kto to czyta? Znawcy literatury i historycy. Bunuel robil filmy, ktore w jego czasach wywolywaly emocje. Ale czasy sie zmienily i kanony tez. Dzisiaj „Pulp fiction”, „Wsciekle psy” czy „Jackie Brown” sa juz zaliczane do kanonu. Powiedzialbym nawet kina autorskiego.
        A „Kill Bill” to rzeczywiscie „kiszka”. Sam dotrwalem tylko do polowy pierwszej czesci. :-))
        Pozdrawiam

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          miziole,
          ja naprawdę nie zamierzam nikogo pouczać. Wyrażam tylko własną opinię, staram się dzielić swoją (mocno ograniczoną) wiedzą.

          A naszych babć warto czasem słuchać, bo można się od nich wiele dobrego dowiedzieć :)

          PS. Cieszę się, że to rozumiesz: doprawdy, moich (negatywnych) wrażeń i krytycznego odbioru „Pulp Fiction” (czy innych filmów Tarantino) nie jest przecież w stanie zmienić nawet 10 tys. entuzjastycznych recenzji tego filmu, które ewentualnie później bym przeczytał. Mogę dzięki nim zrozumieć więcej, ale zmienić tego, jak zareagowałem na ten film – tego nie mogę. Byłoby pewną nieuczciwością, gdybym chciał to zrobić.
          Swoją drogą zdumiewa mnie kult „Pulp Fiction” (podsycony oczywiście Złotą Palmą w Cannes, istnym zalewem nagród wszelakich, tudzież pieniami wielu krytyków).

  10. Anka Leszczyńska Says:

    Ciekawy tekst, ale ciekawa jest też międzykontynentalna rozmowa dwóch mężczyzn – takie otwarte-internetowe czasy. Pozdrawiam ;-P

  11. Simply Says:

    Pisząc ,,nie rozumiemy się” miałem na myśli pierwszy akapit. Jakoś w skrytości ducha liczyłem, ze odpowiesz mi akurat nie analizą, tego co napisałem, a podobnym ‚aktem surrealistycznym, lub przywołaniem takowego.
    Oczywiście każdy postrzega sprawy z własnego punktu widzenia i bardzo dobrze. To właśnie usiłowałem ( dobre tutaj słowo ) zasugerowac poprzez opozycyjne ,,lepszy-gorszy” , a konkretnie, że taka relacja tu nie zachodzi.
    No ale cóż, Mr. Hyde do najkomunikatywniejszych nigdy nie należał :D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No ale z dr Jekillem jest już pod tym względem lepiej ;)
      Teraz mniej więcej wiem o co Ci chodziło.

      Myślałem, że nie zgadzasz się z tokiem tej mojej „analizy”, jak to nazwałeś (ja z kolei oczekiwałem, że się do niej jakoś odniesiesz – zgadzając się z nią lub nie).
      A Ty po prostu spodziewałeś się „podobnego aktu surrealistycznego” ;)

      Wiesz, nie zawsze odczuwa się taką potrzebę, zwłaszcza wtedy kiedy sama rzeczywistość przesuwa się na bardziej surrealną stronę – tym samym dostarczając nam quasi-surrealistycznych wrażeń.

      PS. No ale co z tymi błędami w moim wpisie? Czyżby tylko Mr. Hyde chciałby mi je wytknąć? ;)

  12. Simply Says:

    Wychodzi na to…. że tak. Chyba będę musiał jeszcze raz ten tekst przeczytac na bani, to dojdę, do tego, co miałem na myśli, bo wiem, że coś miałem.
    ;)

  13. rysberlin Says:

    witam!!!
    zaciekawiles, chyba (co znaczy chyba,na pewno) zdobede ksiazke i poloza na kupke lektur

    „dyskretny……….”
    „mroczny………..”
    i „widmo wolnosci” – ten zrobil mi kilkudniowa rewolucje w mozgu

    pozdrawiam berlinsko slonecznie

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Oby tylko na odłożeniu „na kupkę” się nie skończyło ;)
      Wbrew pozorom lektura tej niewielkiej objętościowo książki jest naprawdę lekka. Bunuel mówi prostym językiem, pozbawionym choćby śladu jakiegokolwiek żargonu.
      Ma jednak sporo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Również z tego względu, że w czasie swojego życia stykał się (a także przyjaźnił) z wieloma postaciami, które odegrały znaczącą rolę w europejskiej kulturze. Wymienię tylko kilka: Salvadore Dali, Andre Breton. Max Ernst, Lorca, Unamuno, Ortega y Gasset, Picasso, Aragon, Eluard…

      • Simply Says:

        … i Emilio Fernandez. To był dopiero zawodnik, jak już mowa o kontrastach miedzy osobą artysty, a jego dziełem. Ojciec kinematografii Meksyku, twórca chwytających za serce rustykalnych melodramatów, sam się praktycznie nie różnił od generała Mapache z ‚The Wild Bunch’.
        Pamiętam niesamowitą scenę z książki, kiedy pewien krytyk zjechał film Fernandeza i w końcu spotkali się na jakimś przyjęciu – El Indio dobył colta 45 i zaczął walic do niego, jak opętany, gośc salwował się dziką eskapadą i tylko jakimś cudem uszedł cało :D
        Jak wieśc niesie, pierwszego karba na kolbie naciął paronastoletnim wyrostkiem będąc, gdy zaskoczywszy swego wuja in flagranti z matką, potraktował go ołowiem.Potem naciął jeszcze kilka.

        Jak mawiał Krzysztof Kłopotowski: reżyser strzela, krytyk kulę nosi. ‚Pies Andaluzyjski’ spotkał się z dobrym, a gdzieniegdzie wręcz entuzjastycznym przyjęciem, chwalono jego poetycką odwagę, stygmat dzieła wybitnego przypadł mu w zasadzie od razu. Bunuel był wściekły i zawiedziony – jak sam tłumaczył, istotą ( i zamiarem ) filmu jest „podświadoma zachęta do popełnienia morderstwa” a nie żaden eksperyment formalny, czy poetycki. Mogło to wynikac z typowej dla młodych, hiperświadomych twórców, wiary w moc sprawczą sztuki ( Rimbaud ).
        Z pierwszą w historii kina sceną gore, jaką tu mamy, to Bunuel naprawdę grubo pojechał. Na tamten moment, to musiał byc masakryczny mindfuck. Za to go uwielbiam.
        Ale już nie za to, co odjebał w ‚Ziemii Hurdów’ z 1933 – paradokumencie o jednym z najbiedniejszych regionów Hiszpanii. Kazał nasmarowac żywego osła warstwą miodu i filmowac, jak rój pszczół zlatuje się, obsiada go i powoli pożera.
        Bo prawda jest taka, że sadyzm wobec zwierząt na planie nie jest wyłączną domeną twórców kina eksploatacji, jak Ruggero Deodato czy Umberto Lenzi ( których na przykład bardzo cenię za ich poliziotteschi, zwłaszcza Lenziego ) , ale i tych największych humanistów ( Herzog, Tarkowski ).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak jest, reżyser strzela, krytyk kulę nosi. Mimo to, niektórzy ciągle się wpieniają, kiedy czytają niepochlebne recenzje o swoich wytworach – a nawet chcą strzelać do krytyka z pistoletu (jak to widać na podanym przez Ciebie przykładzie).

          Nie wiem, może z racji tego, co sam ostatnio przechodzę, inaczej patrzę teraz na niektóre zjawiska w kinie, a ogólnie – w sztuce. Ot, choćby surrealizm i kino Bunuela. Nie mogą już tak brać tego na poważnie jak kiedyś – bo widzę w tym przede wszystkim jakiś rodzaj zabawy, coś sztubackiego, może nawet „wygłup” – taką prowokację chłopców chcących zagrać na nosie burżujom i ustatkowanym społecznie konformistom; młodzieniaszków, którzy za wszelka cenę chcą na siebie zwrócić uwagę, a przy okazji wyładować całą swoją energię, dać ujście fantazji, poddać się własnym obsesjom, zaspokoić swoje żądze – i to jak najbardziej cielesne, z tzw. „dochowością” niewiele mające wspólnego.
          Ale tak podchodzę do surrealizmu, dadaizmu, performance’u, czy właśnie niektórych pomysłów Bunuela – bo jednak Tarkowski, Kurosawa czy Bergman nadal wydają mi się „poważni” – wiem, że swoje obrazy traktowali jednak bardzo serio, starając się dotrzeć do sedna ludzkiej egzystencji, dociec sensu (czy też bezsensu) tego wszystkiego, w czym jesteśmy po uszy zanurzeni z naszą duszą (?) i ciałem. (Czy właśnie coś takiego definiujesz jako „nadęcie”? ;) )
          Choć już całkiem inaczej jest oczywiście z kpiarzem Fellinim ;)

          No tak, ten osiołek.
          To świadczy właśnie o cienkiej granicy tego, co jest „na niby”, a co jest „serio”. To co miało być zabawą, zamienia się w coś zupełnie niezabawnego. Miała być tylko psota, a robi się koszmarnie.
          Że niby ktoś jest przeciw okrucieństwu i przemocy, a oto wyłazi z niego coś przeciwnego: że sam zadaje cierpienie, sam napawa się okrucieństwem i stosuje przemoc, którą tak naprawdę jest zafascynowany. Jest w tym jednak przewrotność i niedojrzałość, może nawet głupota?
          Problemem jest też to, że sami idziemy za tymi instynktami twórców, „artystów”, poddając się im, a nawet je kultywując (może nawet dlatego, że są one częścią nas samych) – i jak na prawdziwych fanów i „wyznawców” przystało, zawieszamy cały nasz krytycyzm, a właściwie tego krytycyzmu resztki.
          I oczywiście obruszamy się, kiedy ktoś nam to wytknie – w najlepszym razie uznając go za „nudziarza”, albo kogoś „nadętego” ;)

  14. Sadoq Says:

    Chyba pora przypomnieć sobie obejrzane przed laty filmy.
    Kiedyś Bunuel szokował. Dziś jest historią, ale taką, do której warto wracać.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wydaje mi się, że czym innym jest historia rozumiana jako ciąg wydarzeń z przeszłości, czas miniony, chwile „stracone”… a czym innym dzieła sztuki, które raczej nie mogą się „zestarzeć”.
      Podobnie jak malarskie dzieła mistrzów dawnych epok, ponadczasowe utwory literackie, czy właśnie filmy stanowiące już kanon światowego kina a wykreowane przez takich twórców, jak np. Bergman, Fellini, Chaplin, Kurosawa czy właśnie Bunuel.
      Myślę, że zawsze się będzie do nich wracać, tak jak wraca się do – nie przymierzając – Biblii.

  15. Jula :D Says:

    „Zawsze patrzyłem na tego reżysera poprzez jego filmy, dlatego też wiele w tej książce mnie zaskoczyło. Zwłaszcza kontrast pomiędzy…”
    U mnie też teraz skojarzenia, jak u Simply-ego , czyli ;
    alter ego , Dr Jekyll and Mr Hyde , dzień i noc ! ;D

    Potem przeczytałam swój komentarz i też w pierwszej chwili (ktoś inny ma mój nick ?.. ) ,
    – teraz sobie myślę, że to jednak „Ja” . :D

    Przypomniała mi się tamta sytuacja , poszłam do kina w moim mieście , bo chciałam pójść na film pt. „Pora umierać” Doroty Kędzierzawiej . Chciałam zobaczyć Danutę Szaflarską i nie zawiodłam się. To jedyna znana mi aktorka , która się pięknie starzeje. Chciałabym sama taką być na starość. :)
    Był wtedy tłum , głównie wojsko , bo był wyświetlany film A. Wajdy „Katyń”.

    W tej chwili czytam sobie „lekkie” kryminały , głównie Joanny Chmielewskiej, jest to poczytna polska pisarka ,
    o niesamowitym poczuciu humoru., która niestety w tym roku umarła. Pozostawiła na szczęście swoim „czytaczom” mnóstwo książek.

    Kilka z jej tytułów było sfilmowane w latach 60-tych ubiegłego wieku w Polsce. W latach 80-tych powstały seriale , nawet dobre moim zdaniem, w Rosji.
    W tej jej książce z 2008 r, przeczytałam, że jednak autorzy nie lubią jak ich książki są filmowane, ich „wizja” zupełnie odbiega od „wizji” reżysera , która z reguły jest antyreklamą dla książki. :D
    Pomyślałam, że ma sporo racji, bo wiele lektur sfilmowanych , odbiegały od moich wyobrażeń w trakcie ich czytania. Na palcach ręki, mogę podać te , które trafiały w moje wyobrażenie, ukształtowane opisem pisarza.

    Czy tak się dzieje, że większość reżyserów, to jednak „malarze” ? .. .

    Pozdrawiam!… ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Czy tak się dzieje, że większość reżyserów, to jednak “malarze” ? … „

      Ciekaw jestem dlaczego do tego nawiązałaś?
      Swoją drogą, często się zdarza, że reżyserzy są również utalentowanymi malarzami czy rysownikami (za przykład można tu podać właśnie Wajdę).

      Prawdziwymi „malarzami” powinni być także zwłaszcza operatorzy (bo każdy ich kadr jest poniekąd obrazem).

      • Jula :D Says:

        No właśnie ;) Wajda, Skolimowski (nie wiem czy z wykształcenia jest plastykiem, ale też maluje), Polański też chodził do liceum plastycznego, Lech Majewski – (zawód: reżyser, poeta, malarz). Kieślowski też podobno w młodości – jakaś szkoła „lalkarska”. Czyli też zdolności manualne, malarskie. ;D
        Jakby tak zajrzeć w biografie wszystkich reżyserów, to prawie wszyscy są uzdolnieni „malarsko”. Gdzieś na youtube widziałam, jak pracuje Polański. (Sprawdzał kamerzystę! ;) )
        Reżyser – artysta odpowiedzialny za całokształt dzieła. Porównałabym to do – rzemieślnik i czeladnicy, jak to bywało drzewiej. Nie wiem jak to jest z aktorami, kiedyś chodziło się do kina na „gwiazdę”. Teraz te współczesne „gwiazdy” jakieś przygasłe. Bardziej robią za czeladników, moim zdaniem !…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Kino to przede wszystkim medium wizualne. Dobry reżyser musi mieć także „wyczucie” obrazu, czyli, innymi słowy, być wrażliwym na barwę i fakturę, musi wiedzieć jak skomponować kadr – tutaj przydają się właśnie jego malarskie zdolności (które zwykle taki reżyser posiada).
          Poza tym, jeśli naprawdę jest się artystą, to jest się wrażliwym na różne rodzaje sztuki, w tym właśnie na malarstwo, także na muzykę, która też przecież jest zwykle ważnym elementem filmu.
          Dotyczy to także aktorów (ci z kolei – często się zdarza – umieją też bardzo dobrze śpiewać).

  16. Stanisław Błaszczyna Says:

    A oto wybór komentarzy, które pojawiły się pod powyższym wpisem, opublikowanym po raz pierwszy na moim poprzednim blogu (TUTAJ). Poruszają ciekawe kwestie, więc moim zdaniem warte są przytoczenia:

    Chihiro: Nie kazdy artysta traktuje swoje dziela tak serio, jak nam sie to czasem wydaje, gdy je ogladamy. Czasem to tylko zabawa, gra konwencja, moze podwazac ogolnie przyjete normy, wyprzedzac czas, moze byc przelozeniem snow i fantazji na obraz czy tekst. Zwlaszcza w przypadku Bunuela az sie prosi, by puscic oko do rezysera. Z tego, jaka refleksja nasunela Ci sie po lekturze tej ksiazki, mozna pomyslec, ze sam Bunuel nie przejmowal sie tym, co inni o nim mowia, ale ze chcial przede wszystkim, by mowili, chcial byc wciaz w centrum uwagi – dlatego prowokowal i bawil sie symbolami, dla innych bedacymi tabu. Ciekawa postac, lubie takie w zyciu.

    Logos Amicus: właśnie to chciałem zasugerować pisząc o wspomnieniach reżysera. Twój komentarz uznać można za pointę.
    Postawa Bunuela jednakże nie jest typowa ani powszechna dla twórców, artystów. Zwykle podchodzą oni do swego dzieła na serio, często aż nazbyt serio :)
    Zresztą, jeśli już mówimy o Bunuelu, to nawet jeśli on się tylko filmem bawił, to widz wcale już nie musiał. I często się nie bawił, o czym świadczą wszystkie te pikiety, petardy, rozróby – po projekcji niektórych jego filmów
    To wynika z tego, o czym wspominiałem w swoim tekście: film jest fikcją, która może jednak wpłynąć na realne życie człowieka.
    Ktoś oglądając film będzie się świetnie bawił, na kimś innym odciśnie on piętno na całe życie, a z kolei kogoś innego może on nawet popchnąć do samobójstwa.

    magamara: Zwrociles uwage na ciekawa kwestie: na ile artysta powinien/moze dyktowac, jak odbierac jego tworczosc. Czy to, ze Bunuel nie zyczyl sobie byc odbieranym przez pryzmat psychoanalizy oznacza, ze taka interpretacja jest niewlasciwa? W moim przekonaniu nie.

    Logos Amicus: maga-maro, dla mnie jest to czywiste, że żaden artysta nie może (ani nie powinien) „dyktować” komukolwiek jak odbierać jego twórczość. Artysta wypowiada sie poprzez swoje dzieło, a interpretacja należy do odbiorcy. Ja myślę, że w świecie sztuki panuje co do tego zgoda.
    To nie było tak, że Bunuel „nie życzył” sobie, by odbierać jego filmy przez pryzmat psychoanalizy. On tylko patrzył na to sceptycznie – nie za bardzo chciał się w to mieszać. Nikomu nie odbierał prawa do takiej czy innej interpretacji (zresztą wśród jego przyjaciół było kilku psychoanalityków, a on sam kiedyś powiedział, że właściwie to on robi filmy dla swoich pryjaciół oraz… dla przyjaciół swoich przyjaciół.) Jemu nawet podobało się to, że jednen z jego bliskich znajomych tak był obruszony po projekcji któregoś z jego filmów, że się do niego przez dłuższy czas nie odzywał i dopiero po miesiącu wyciągnął rękę ku zgodzie.)
    Myślę, że w przypadku filmów Bunuela, nie ma czegoś takiego jak „właściwa” czy też „niewłaściwa” interpretacja.
    Tutaj przyszło mi do głowy pewne pytanie: dlaczego my – zawsze i we wszystkim – doszukujemy się jakiegoś „znaczenia”, albo „sensu? Czy rzeczywiście wszystko co nas otacza (albo dzieje się w naszej głowie) ma sens i znaczenie?
    (Teraz widzę, że taką sceptyczną postawę warto zachować odbierając filmy Bunuela.)

    magamara: Doszukiwanie sie znaczenia jest czescia procesu zrozumienia czy poznawania utworu, wiec to naturalna reakcja.
    Inna sprawa jest to, co dzieje sie wokol. Z pewnoscia nie wszystko jest znaczace czy znamienne. Obierajac rzeczywistosc, bedziemy jednak wciaz przypisywac jej pewne wartosci. Gdybysmy tego nie robili, trudno byloby o tym, co dookola, dyskutowac.

    Logos Amicus: masz rację, doszukiwanie się przez nas we wszystkim sensu i znaczenia to część naszego procesu poznawania świata i dążności do jego zrozumienia.
    Inną sprawą jest już to, że nie zawsze ten sens potrafimy dostrzec i ogarnąć. Uciekamy się wtedy do różnych sposobów, by z tym problemem sobie poradzić. Np. do wiary. Albo tworzymy jakieś hipotezy, co do któtych nie można mieć jednak pewności.
    Zastanawiając się jednak nad tym, czy rzeczwiście warto (i jest sens :) doszukiwać się we wszystkim sensu i znaczenia, robiłem to w kontekście filmów Bunuela, zwłaszcza tych, które uznać można za surrealistyczne.
    Surrealiści, kiedy coś tworzyli, poddawali się grze wyobraźni, gdyż uważali, że tylko w ten sposób mogą poczuć absolutną wolność. Często przy tym starali się wyeliminować wpływ rozumu – stąd irracjoanlizm, trudności (albo nawet niemożność) uchwycenia sensu ich twórczości.
    Wydaje mi się, że to było wręcz ich założeniem.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s