URSUS ARCTOS HORRIBILIS, czyli o spotkaniu z grizzly

.

Któż to wie… tego wpisu mogłoby nie być. I w ogóle mogłoby być „po ptakach”, czyli po blogu. Nie wspominając już o mnie samym. Lecz po kolei. Wszystko wydarzyło się w Parku Narodowym Lodowców w Montanie – wśród najpiękniejszych scenerii górskich na świecie, które, jak się okazało, mogą być niezwykłym tłem dla całkiem nieoczekiwanych dramatycznych wydarzeń.

.

Grizzly

Grizzly

.

NOC SZALEJĄCYCH GRIZLLY

W schronisku Granite Park Chalet, dom którego dotarliśmy na noc po całodniowym marszu w górach, nasłuchaliśmy się opowieści o niedźwiedziach, a największą uwagę przykuła ta, którą ranger nazwał „Nocą Grizzly”.
To były pierwsze ofiary tych bestii na terenie parku Glacier. Jednej nocy, w dwóch niezależnych od siebie incydentach, zagryzione zostały dwie młode kobiety. Pierwsze z z tych tragicznych wydarzeń miało miejsce zaledwie kilkaset metrów od Granite Park Chalet, tak że przeraźliwe krzyki zagryzanej dziewczyny słyszeli wszyscy goście schroniska, którzy zostali nimi rozbudzeni tuż po północy pewnej sierpniowej nocy 1967 roku.

Jak do tego doszło?
Otóż para młodych ludzi postanowiła przespać się (bez namiotu) w okolicznym lesie. Kiedy już pogrążeni byli w głębokim śnie, pojawił się czterysto-kilogramowy grizzly i zaczął wydzierać ich ze śpiworów. Mężczyzna, mimo że gryziony był po rękach, nogach i głowie, zdołał powstrzymać się od krzyku. Niestety, nie zdołała tego zrobić kobieta, i jej wrzask rozsierdził tylko niedźwiedzia, który zaczął ją wlec na dół po zboczu góry.
Jej zwłoki, a właściwie tylko część ciała, gdyż około 30 % zostało zjedzone przez zwierzę, znaleziono nad ranem kilkaset metrów dalej.

Tej samej nocy, w podobny sposób, tyle że w miejscu oddalonym o kilkanaście kilometrów (sprawcą był już inny grizzly), zginęła jeszcze jedna kobieta. Również i jej nie mógł pomóc towarzyszący jej człowiek. Kiedy grizzly zaatakował ich obozowisko (mimo że oprócz nich było jeszcze kilka osób) i zaczął ich „podjadać”, mężczyzna, który przeżył atak, usłyszał tylko jej słowa: „odgryzł mi ramię”, a zaraz potem: „Boże, jestem już martwa„. Trudno wyjaśnić ten zbieg okoliczności: dlaczego akurat tej nocy – w dwóch znacznie oddalonych od siebie miejscach – grizzly oszalały, zamieniając się w ludojadów.

Do tej pory na terenie Parku w podobny sposób zginęło 11 osób.
Gdzie jest napisane, że do tego grona nie mogłem dołączyć ja albo moja żona?

OKO W OKO Z BESTIĄ

GrizzlyWracaliśmy ze szlaku Iceberg Lake, położonego w okolicy doliny Many Glacier (cudownego zresztą, liczącego ponad 16 km.), było późne popołudnie więc starałem się zwiększyć tempo, gdy oto przed oczami, tuż obok ścieżki, mignęło mi coś w rodzaju płowo-brązowej czapy.
Dopiero w sekundę później uzmysłowiłem sobie, że to może być grizzly.
Schyliłem się gwałtownie i cicho wycofałem kilka kroków do tyłu za pagórek, dając znak idącej kilkanaście metrów za mną żonie, by zrobiła to samo. Byliśmy zbyt blisko, aby ujawnić przed niedźwiedziem swą obecność (co jest wskazane, kiedy widzi się je z daleka). Najniebezpieczniejszej bowiem jest wtedy, gdy zwierzęta te czują się zaskoczone. Wówczas mogą zaatakować, a nie ma sposobu, by przed nimi uciec, jako że potrafią biec z prędkością przekraczającą 50 km. na godz. – szybsze są więc od niejednego konia. Jeszcze kilka kroków dalej i znalazłbym się oko w oko z grizzly… i mogłoby to być moje ostatnie spojrzenie.

Przeczekaliśmy w ciszy kilka minut, zanim zdobyłem się na to, by wychylić głowę zza porośniętego trawą pagórka. Wtedy zobaczyłem drugiego niedźwiedzia, tyle że ciemno-brązowego, jeszcze większego niż ten płowy. Na szczęście oba zwierzaki oddalone były już od nas o jakieś 60 – 70 metrów (co zresztą też jest odległością niebezpieczną).
W międzyczasie dołączyła do nas inna para piechurów.

I wtedy zrobiłem rzecz mało rozsądną, mógłby ktoś powiedzieć – głupią. Zwiększyłem mianowicie czułość mojego aparatu (by uzyskać ostrzejsze zdjęcia) i wyruszyłem w kierunku niedźwiedzi, nie reagując na lekko przerażony szept mojej żony i bladość mężczyzny, który aż przysiadł z wrażenia na piaszczystej ścieżce i powtarzał: „tylko nie patrzcie mu w oczy, nie patrzcie mu prosto w oczy” (jego towarzyszka jednak była równie ciekawa, jak ja).
Niewidoczny dla zwierząt przekradłem się około 20 metrów w ich stronę, przykucnąłem za rzadkim krzakiem huckleberry, lekko wychyliłem się i wtedy ponownie zobaczyłem pysk czarnej bestii. Tym razem grizzly uniósł do góry nos i zaczął nim powąchiwać. Zdałem sobie sprawę, że jestem po nawietrznej stronie i że zwierzę wyczuło moją obecność (no cóż, Calvin Klein Escape).

Wszak zrobiło to na mnie takie wrażenie, że zrezygnowałem ze zdjęć i wycofałem się na uprzednie pozycje, co zostało przyjęte z niejaką ulgą, zwłaszcza przez Anię.
Wkrótce zorientowałem się, że niedźwiedzie wspinają się zboczem do góry w kierunku osikowego zagajnika. Kilka minut później na szlaku za nami pojawiło się kilka innych osób. Pomyślałem wówczas, że sytuacja nie jest już tak groźna… tym bardziej, że grizzly zdały sobie sprawę z naszej obecności, niejako oswoiły się z tym i nie zwracając na nas większej uwagi, wyjadały coś z trawy i krzewów.
Wtedy już mogłem spokojnie obserwować je przez mój teleobiektyw i zrobić im kilka zdjęć.

I tak, szczęśliwie, zakończyła się moja, bez wątpienia najbardziej emocjonująca, przygoda w Glacier National Park w Montanie.

BARIBAL I SERCE MOJEJ ŻONY

W związku z tym, że swego czasu spędziłem kilka lat na amerykańskim Zachodzie, bywając wielokrotnie w parkach narodowych, w górach, nad jeziorami, w pustyni i w puszczy… widok niedźwiedzi nie był dla mnie czymś niezwykłym. Nigdy jednak nie znalazłem się tak blisko tej dzikiej bestii, jaką jest grizzly. I należy pamiętać, że grizzly cały czas tą bestią pozostaje, mimo naszych naiwnych wyobrażeń o jego misiowatej naturze niezdarnego szatłapy.
Niezdarny szatłapa! Jakże dalekie jest to od rzeczywistości!

Zresztą, kilka dni wcześniej (po stronie kanadyjskiej parku, w Waterton), także zupełnie niespodziewanie, natknęliśmy się na niedźwiedzia czarnego (nagle spostrzegłem go za plecami mojej żony, kiedy zajęty byłem fotografowaniem niezwykle malowniczego hotelu Prince of Wales).

.

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

Hotel Prince of Wales w Waterton (Alberta, Kanada). (Czarny misio w lewym dolnym rogu.)

.

Tym razem jednak zaledwie jeden rzut oka wystarczył, bym ocenił sytuację jako niegroźną i mimo nieco panicznej reakcji mojej żony (biedna, wymachiwała rękami biegnąc w moją stronę, ale dopiero zaczęła krzyczeć wtedy, kiedy była już bliżej mnie…) nabrałem pewności, że misio nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Poza tym niedźwiedzie czarne są jednak mniej agresywne od grizzly.
(Później się dowiedziałem, że Ania dlatego nie krzyczała, ponieważ nie chciała wystraszyć baribala, aby umożliwić mi zrobienie zdjęcia… No nie! A ja mimo wszystko nie skierowałem aparatu w ich stronę… Zapomniałem o tym, bo… jednak bardziej obawiałem się o serce mojej żony.)

CO NAS POCIĄGA?

Niedźwiedzie wszelkiej maści…
Mimo wszystko, wielką sympatią darzę te włochate olbrzymy. Skąd to się bierze?
Może to jeszcze ta naiwna chłopięca wiara w dobre zwierzątka i pamięć o przytulności pluszowego misia?
Skąd ta ekscytacja i chęć zobaczenia bestii w jej naturalnym środowisku?
Może to jeszcze ów atawistyczny instynkt myśliwego, który drzemie w nas mimo cotygodniowych zakupów mięsa w supermarkecie?
A co nas ciągnie w dzikie ostępy?
Może świadomość tego, że ten dziki świat, który towarzyszył nam przez tysiąclecia – i z którym byliśmy na dobre i złe zrośnięci – po prostu się kończy?

* * *

NOTA: Wpis powyższy ukazał się na moim poprzednim blogu tutaj. Myślę, że na rzeczy będzie zamieszczenie również przy tej okazji krótkiej noty, jaką popełniłem swego czasu o filmie dokumentalnym Wernera Herzoga „Grizzly Man”:

.

Grizzly_Man.film posterKiedy się dowiedziałem, że Werner Herzog nakręcił film dokumentalny o człowieku, który żył przez kilkanaście lat wśród alaskańskiej dzikiej przyrody, i którego zjadły tam w końcu niedźwiedzie, lekko się zdziwiłem… ale to był moment. Bowiem zaraz przypomniałem sobie obsesje niemieckiego reżysera, które odezwały się w takich jego filmach, jak np. „Stroszek”, „Fitzcarraldo”, „Zagadka Kaspara Hausera”, „Aquirre, Gniew Boży”… Czyli: fascynacja zderzeniem jednostkowych bytów drobnych szaleńców z ogromem bezlitosnych żywiołów świata.
To samo znaleźć można w „Grizzly Man”.

Nie chcę aby ten wpis stał się jeszcze jedną recenzją, jakie można znaleźć w pierwszym lepszym piśmie. (Być może niechęć do pewnej uniformizacji, którą się tam spotyka, spowodowała, że przestałem publikować w drukowanej prasie.) Dlatego pozwolę sobie tylko na garść narzucających mi się najwyraźniej refleksji po niedawnym przypomnieniu sobie tego filmu.

Zbyt łatwe wydaje mi się skwitowanie postawy Treadwella słowami: naiwny szaleniec, który igrając z dzikimi bestiami zasłużył na to, co go spotkało. A taka opinia spotykana jest najczęściej. Jego casus sięga jednak głębiej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest wyrazem pewnego archetypu, który rodzi się właśnie na styku natura – człowiek – cywilizacja (być może Houellebecq nazwałby to mutacją metafizyczną).
Tylko tym mogę sobie tłumaczyć moje wielkie poruszenie, jakiego kilkakrotnie doświadczyłem oglądając ten dokument.
Jaki to archetyp?
Jest on, według mnie, wyrazem naszych czasów, choć z jego przejawami spotykamy się raz po raz na przestrzeni dziejów – w procesie tworzenia się naszej kultury. I jak każdy archetyp, jest prosty i potrafi mieć moc objawienia: Timothy Treadwell jest człowiekiem, który ucieka od współczesnej ludzkiej cywilizacji, jednakże – wbrew swoim wysiłkom – nie może już wrócić do świata natury. Nie jest w stanie żyć wśród ludzi i ich kulturowych gadżetów, łudzi się więc, że przygarnie go do siebie dzika przyroda, że znajdzie tam azyl. Ale jest to już niemożliwe: światy te, wbrew wzajemnemu przenikaniu się, na zawsze się już rozdzieliły.
Tim żyje więc w rozdarciu.
I tak naprawdę żyje on w próżni, oszukując się, że jest ona pełnią. Próżnia zaś jest nieznośna, stąd jego nieuświadomione – moim zdaniem – pragnienie śmierci. Pragnienie, któremu stało się zadość.

Razi mnie teraz u Herzoga ten jego ciemny niemiecki pesymizm (kiedyś mnie intrygował). W „Grizzly Man” słyszymy jak mówi: „Wszechświat nie jest harmonią. Jest chaosem. Jest wrogi, morderczy…”
Ja widzę to inaczej. To znaczy, widzę chaos tam, gdzie nie jestem w stanie dostrzec harmonii. Lecz nie dlatego, że tej harmonii tam nie ma, ale dlatego, że jestem zbyt ograniczony w swojej ludzkiej percepcji, by tę harmonię dostrzec.
A pojęcia „wrogi”, „morderczy”…?
Wydają mi się zbyt ludzkie, a więc wobec Kosmosu aż nadto zaściankowe, by można je stosować do opisu czegoś tak ogromnego i nieopisywalnego, jak Wszechświat. Na wszystko patrzeć mogę jedynie z mojej małej ludzkiej perspektywy. Wyznacza mi się ona w świecie obcym i nieobcym zarazem. Ten świat wydaje mi się zrazu przyjazny, to znów wrogi. Wrastam weń, by za chwilę poczuć się wyalienowanym.
Lecz bywa jeszcze to uniesienie, i zachwyt też bywa… Na przykład wtedy, gdy słyszę muzykę ludzi, których zebrał Herzog, by wypełnili ścieżkę dźwiękową jego filmu. I kiedy widzę te wspaniałe zwierzęta pędzące przez alaskańską tundrę… I myślę sobie wtedy, że być może piękno jest czymś, co znajduje się właśnie między światem ludzkim a nieludzkim? Ale trzeba człowieka, by to piękno dostrzec – i niejako powołać tym samym do życia?

* * *

© ZDJĘCIA WŁASNE

UWAGA: więcej zdjęć z Parku Narodowego Lodowców w Montanie i Jezior Waterton w kanadyjskiej Albercie, obejrzeć można na nowej wystawie ŚWIATA W OBRAZACH TUTAJ.

.

Advertisements

Odpowiedzi: 37 to “URSUS ARCTOS HORRIBILIS, czyli o spotkaniu z grizzly”

  1. Torlin Says:

    Jesteś niesamowity. Jak pisałem zdanie mojego znajomego z Kanady, że w Góry Skaliste chodzą jedynie ekspedycje wyposażone w broń jak na safari, to Logosie pisałeś, że to nieprawda. A mnie ten człowiek powtarzał, że są dwa największe zwierzęce zagrożenia, to jest grizzly i puma.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jacku, to może ja przypomnę tę rozmowę (STĄD), żeby było wiadomo o co chodzi:

      Torlin: Już raz pisaliśmy na ten temat, tylko nie pamiętam dokladnie, co mi odpowiedziałeś. Mój znajomy Kanadyjczyk mówił, że w Góry Skaliste to wychodzą wyprawy uzbrojone w broń jak na wojenną wyprawę. To nie są Alpy, gdzie możesz spotkać koziorożca, a Góry Skaliste, gdzie są dwa najgroźniejsze dla ludzi zwierzęta: puma i grizzli.

      Logos Amicus: Torlinie, wiec jeszcze raz Ci napiszę: przesada.
      W Górach Skalistych (wliczając w to część leżącą w obrębie Stanów Zjednoczonych) są tysiące kilometrów szlaków i istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że zostanie się pożartym przez niedźwiedzia (grizzly lub baribala). Statystycznie, więcej ludzi ginie od uderzenia piorunem (a to się może przecież zdarzyć w górach na całym świecie).
      Bardzo, ale to bardzo rzadko spotyka się (widzi) pumę.
      Demonizujesz więc te Góry Skaliste.
      Muszę ci powiedzieć, że racji mojego wcześnie wykonywanego zawodu (a i późniejszych licznych wypraw prywatnych) na szlakach Rocky Mountains spędziłem całe miesiące swojego życia. Wiele razy spotykałem niedźwiedzie, ale ani razu (no, może z jednym wyjątkiem jednego) nie były to spotkania niebezpieczne, zagrażające mojemu życiu. Trzeba po prostu zachować pewne środki ostrożności i kierować się zdrowym rozsądkiem.

      Torlin: Znajomy mojego Ojca, z którym rozmawiałem na ten temat, mieszka w Saskatoon, w prowincji Saskatchewan, i on mi o tym mówił. Jest lekarzem w szpitalu, więc nie sądzę, żeby koloryzował. Jeździł tam, ale od niego jest od 500 do 1.000 kilometrów w Góry Skaliste.

      Logos Amicus: Lekarze też koloryzują ;)

      Podtrzymuję każe słowo, które wówczas napisałem. Stwierdzenie, że w Góry Skaliste „chodzą jedynie ekspedycje wyposażone w broń jak na safari”, jest – sorry za dosadność – bzdurą. W Górach Skalistych (zarówno po stronie kanadyjskiej, jak i Stanów Zjednoczonych) są tysiące kilometrów szlaków, po których chodzą miliony (zazwyczaj nieuzbrojonych) ludzi. Tragiczne przypadki zagryzienia przez niedźwiedzie są – statystycznie rzecz biorąc – bardzo rzadkie, choć oczywiście niebezpieczeństwo takie istnieje (ale to raczej od strony niedźwiedzi, a nie pum). Jak już pisałem, więcej ludzi w Górach Skalistych ginie od uderzenia pioruna, o wypadkach samochodowych nie wspominając.
      Po szlakach Rocky Mountains przeszedłem setki kilometrów, widziałem w czasie tych wędrówek wiele niedźwiedzi, ale tylko raz (to właśnie ta przygoda opisana powyżej), mogło to się przerodzić w coś bardziej niebezpiecznego (zaznaczyłem to zresztą w komentarzu podczas przypomnianej tu rozmowy z Tobą) – a i tak, żeby było ciekawiej, podkręciłem nieco dramaturgię tego spotkania z grizzly we wpisie ( ;) ), bo chyba jednak sytuacja nie była aż tak bardzo groźna (jednak tutaj głowy bym za to nie dał, bo rzeczywiście z dziką zwierzyną nigdy nic nie wiadomo).
      Faktem jest, że niedźwiedzi jest coraz więcej – zwłaszcza w Kanadzie, ale to wg mnie bardziej powód do zadowolenia (bo zwierzęta te były na skraju wyginięcia), niż zmartwienia (nie mówię o hodowcach bydła i owiec, którym misie podkradają cielaki i baranki – choć i tak wilki są w tym lepsze, bo niedźwiedzie jedzą stosunkowo mało mięsa, żywiąc się głównie roślinami).

      • Torlin Says:

        U mnie w blogu jest wpis, który z jednej strony może Cię zaciekawić, z drugiej oburzyć. Zapraszam Cię bardzo serdecznie, ale wchodzisz na swoją odpowiedzialność. ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Czy to jest Torlinie odpowiedź na mój powyższy komentarz? ;)

        • Torlin Says:

          Oczywiście nie jest to odpowiedź na Twój komentarz, ale co ja mam napisać. Moja wiedza w tym temacie jest zerowa, to Ty chodziłeś po szlakach w Górach Skalistych, nie ja. Więc przyjąłem Twoje prawdy do akceptującej wiadomości. Bo co ja mam napisać?

  2. Jula :D Says:

    Też oglądałam ten film o tym człowieku w TVP.
    Chyba to on chował dwa misie od małego. Niedźwiedzie tak jak i ludzie mają różne charaktery. (Było tam pokazane, jak go niby całują po buzi, ale to było wąchanie co on je. Bo w ten sposób misie małe uczą się rozpoznawać jebliwe dla nich roślinki. Ten jeden z tych misiów był za bardzo ufny, to go myśliwi zastrzelili. Drugi mniej ufny przeżył, uciekał od ludzi i poszedł gdzieś w bardziej niedostępne góry.
    Gdzieś czytałam,że niedźwiedzie mają swoje zagajniki, gdzie nocują, ludzie bliżej przyrody to wiedzą. Ci ludzie wparowali na ich terytorium!..:(
    Misie są też zagrożeniem dla siebie samych, każe z nich ma swój rewir.
    Duże samce są najbardziej groźne, atakują i zabijają małe. Samice niedźwiedzie używają nieraz fortelu by przed nimi ukrywać małe i siebie a czasami staja odważnie z dużo większym przeciwnikiem do walki !..

    Moja koleżanka mieszkała w Alasce niedaleko Anchorage. Jej mąż jest wojskowym w Kanadzie i tam stacjonował. Ich domek dzieciaki nazywali łosiowym, bo był na trasie wędrówki łosi. A „niedźwiadki” nie raz zachodziły na teren ich domostwa, gdzie się posilały ze śmietników i mimo zabezpieczenia potrafiły sobie sprytnie otwierać swoimi pazurami.
    Potem leżakowały odpoczywając po posiłku na wypielęgnowanej trawce przy domku. Takie zdjęcie z tyłu ich domku zrobiła sąsiadka. :D
    No oni mieli szkolenie, jak mają się zachowywać w tym „dzikim ” otoczeniu przyrody. Jej mąż też oprowadzał wycieczki a że jest pilotem, tam zresztą tak jak i w Australii, te daleko wysunięte domostwa są w posiadaniu samolotów.
    Przysyłała mi zdjęcia, byli tam aż 4 lata. Na wakacje jeździli na Hawaje aby się nasłonecznić. Ten czas, mówi, że wspomina najpiękniej. Pisała, że w tym stanie, jest też dużo Rosjan. :)
    Pa!

  3. Jula :D Says:

    nie „jebliwe” :( , tylko jadalne !!!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jula, te Twoje „jebliwe roślinki” tak mi się spodobały, że nie chcę ich wyrzucać ;)
      (Poza tym, odniósł się już do nich Simply.)

      Tak, na Alasce jest mnóstwo niedźwiedzi, zwłaszcza grizzly. Mają swoje rewiry i lepiej im nie wchodzić w drogę (jednym z takich słynnych rewirów jest wyspa Kodiak).
      Piszesz o swojej znajomej, która mieszkała pod Anchorage. Z kolei mój przyjaciel (Andrzej Kulka, właściciel biura podróży Exotica Travel z Chicago), spędza na Alasce każde lato (pilotując tam grupy), więc styka się z niedźwiedziami bardzo często i zna ich zachowania – i jak do tej pory udaje mu się chronić własne grupy przed niebezpieczeństwem zbyt bliskiego spotkania z grizzly.
      (Może uda mi się znaleźć zdjęcie jakie zrobiła mu w jednej z takich sytuacji znajoma – warto zwrócić uwagę na olimpijski spokój Andrzeja cicho i potulnie schodzącego z drogi olbrzymiemu grizzly ;)
      Rzecz się działa na Alasce:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/11/andrzej-i-grizzly1.jpg?w=780

  4. Simply Says:

    @ Jula
    Jebliwe też. Pamiętam scenę z ‚ Niedżwiadka’ JJ Annaud, jak tytułowy bohater się nawsuwał muchomorów czerwonych i miał git fazę na muskarynie :D
    @ Logos
    Masz fajną żonę – odegrała dramatyczną scenę, żebyś miał niepowtarzalną fotę z nią w opałach i morderczym baribalem na drugim planie :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Podzielam Twoje zdanie o mojej żonie ;)

      Ten baribal nie był jednak taki morderczy. Później się okazało, że całą scenę obserwował też przez lornetkę strażnik parku i nie reagował, bo znał tego niedźwiadka i jego dość łagodne zwyczaje – oswojenie się z bliskością ludzi w tym miejscu.

  5. Onibe Says:

    niezła przygoda… ale nawet nie będę udawał, że potrafię naprawdę zrozumieć jak groźna to była chwila. Niestety, w zoo niedźwiedzie nie robią wrażenia, bo są okratowane i spacyfikowane. Wiem jednak, że niedźwiedzie potrafią na krótkich odcinkach biec bardzo szybko, znacznie szybciej niż człowiek. Potrafią też się wspinać. Są silne i raczej inteligentne. Zabójcza mieszanka.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja sam do tej pory nie wiem, jak rzeczywiście groźna to była sytuacja, choć osobiście brałem udział w tej całej przygodzie. Jednakże zaistniały wówczas warunki, które mogły doprowadzić do tragedii – jeśli niedźwiedź był tak samo zaskoczony jak ja (choć nie musiał – i chyba jednak nie był); ponadto znaleźliśmy się zbyt blisko siebie, bo od grizzly dzieliło mnie zaledwie kilka metrów (a za w miarę bezpieczną uważana jest odległość co najmniej 100 m. – pod warunkiem, że zaczniesz się wtedy wycofywać). Poza tym, nie wiem co to były za niedźwiedzie (w znaczeniu: nie wiadomo jaki miały charakter) – jeśli pokojowe z natury, to nie było tak źle; gorzej jeśli były to bestie sfrustrowane lub niezrównoważone – agresywnie nastawione do świata i ludzi (no cóż, zwierzętom też to się przytrafia ;) ). Jednakże nie sprawiały takiego wrażenia.

      PS. Na drzewa wspinają się raczej tylko baribale (czyli niedźwiedzie czarne), mając lepiej przystosowane do tego pazury.

      Tutaj jest zdjęcie (zrobiłem je w Yellowstone) ukazujące czarną niedźwiedzicę, która wspięła się na sam czubek drzewa i zajadała nasionami jakie wybierała z szyszek:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/11/uczta-baribalafb.jpg?w=780

      • Onibe Says:

        szare się nie wspinają? Nie wiedziałem. Natomiast myślę, że argumentem dla nich – atakować lub nie – z pewnością jest np. bliskość młodych lub ewentualne wcześniejsze doświadczenia z dwunogami. Tak czy siak, lepiej nie ryzykować ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie używa się raczej określenia niedźwiedź szary, tylko brunatny. Grizzly jest podgatunkiem niedźwiedzia brunatnego.

          Nie jestem pewien jak to jest z niedźwiedziami brunatnymi ogólnie, ale z tego co wiem, grizzly nie wspinają się tak chętnie po drzewach, jak niedźwiedzie czarne, które z kolei są znakomitymi wspinaczami.
          Łatwiej się wspinać młodym grizzly, starszym jest ciężej (budowa ciała, układ pazurów), niemniej jednak, jeśli drzewo ma gałęzie przypominające drabinę, to mogą się one na nie wspiąć.
          Niektórzy mówią, że można się schronić przed niedźwiedziem grizzly na drzewo, ale są jednak znane przypadki, że to nie pomogło i niedźwiadek z drzewa człowieka ściągał.

          Dobrze zauważyłeś. Bliskość młodych bardzo znacznie zwiększa ryzyko tego, że niedźwiedzica zachowa się podczas spotkania z człowiekiem (zwłaszcza niespodziewanym) agresywnie.

        • Onibe Says:

          określenie „niedźwiedź szary” wyniosłem z lektury westernów… u Maya to zawsze były niedźwiadki szare ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To ma sens, bo w języku niemieckim (a w takim pisał Karol May) „Bär” oznacza właśnie „szary”, „bury” – podobnie jak „bear” w angielskim.

        • Onibe Says:

          o, no popatrz… ciekawa informacja ;-)

  6. Bogdan Says:

    Kto z nas nie żyje w rozdarciu?… Rozdarciu natura-cywilizacja… Niech pierwszy rzuci kamieniem….

    BTW: Śmierć przez zjedzenie przez grizzly ma głębszy sens…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Rozdarte jest już dziecko w momencie swoich narodzin ;)

      • Bogdan Says:

        W przypadku rozdarcia dziecka bardziej chodzi o oczyszczenie płuc z wody niż o niezgodę na nowo poznaną, zewnętrzną cywilizacje… Ale trudno zaprzeczyć – rozdarcie zwykle jest pełne…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ech, Bogdanie… czyżbyś nie zauważył mojego zmrużonego oczka w emotikonie? ;)

        • Bogdan Says:

          Nope… Bardziej wyczułem niż zobaczyłem… Za małe literki… Trzeba się dopatrywać/doszukiwać szczegółów/sensów – jak nie przymierzając – w filmach Wernera Herzoga.
          Obejrzałem kiedyś jeden (o skoczku/narciarzu?) w ramach cyklu filmów WH w DKFie i stwierdziłem, że to nie moje kino… Pewnie dziś powinienem obejrzeć ten film o człowieku z Alaski i zweryfikować swoją opinię… Co – jeśli zrobię – będzie Twoja wyłącznie zasługą – i Twojej recenzji…

          BTW dlaczego nie publikujesz ich właśnie w specjalistycznych magazynach kinowych? (albo nic o tym nie wiem!)
          A może powinieneś stworzyć stronę na fb (np. fb/RecenzjeFilmowe) albo niezależnie i zebrać w jedno tę cześć Twojej działalności pisarskiej..

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Herzog kręcił bardzo różne filmy – te z pierwszej połowy jego reżyserskiej kariery, przeszły już do historii (nie tylko niemieckiego) kina (np. – wspomniane zresztą przeze mnie we wpisie – “Stroszek”, “Fitzcarraldo”, “Zagadka Kaspara Hausera”, “Aquirre, Gniew Boży”…) Później zajął się głównie dokumentami, których rozrzut tematyczny był niebywały (ostatnio dość głośno było o jego filmach „Happy People: A Year in the Taiga” w zwłaszcza „Into the Abyss”.)
          Tak więc, pora zweryfikować swoją opinię o Herzogu.

          Bogdanie, widzę że jednak niezbyt dokładnie przeglądasz moją Wizję, bo w zakładce FILM, (którą znaleźć można w górnym pasku na moim blogu), znajdują się linki do moich recenzji z filmów.
          A pomysł, żeby je także przenieść na Facebooka, jest godny zastanowienia.

        • Bogdan Says:

          1/ Wiem Staszku, wiem, ze masz zakładkę… Ale Tobie się należy za to cała domena…

          2/ moja droga do Herzoga zaczyna się i kończy na „Wielka ekstaza snycerza Steinera”… Nie wiedziałem, ze był/jest Chorwatem, który zmienił nazwisko, mieszkał z Klausem Kinskim i… ukradł kamerę…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Może ukradł kamerę, ale zrobił z niej chyba dobry użytek ;)

          Filmy Herzoga są jednak intrygujące i ciekawe – choć zawsze na granicy szaleństwa.
          Podobnie jego długoletnia znajomość (przyjaźń) z Kinskim – też czasem szalona:

          :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Bogdanie, Twojej sugestii już stało się zadość:

          https://www.facebook.com/mojerecenzjefilmowe

          :)

  7. Stanisław Błaszczyna Says:

    Myślę, że warto przytoczyć tutaj (niektóre) komentarze, jakie ukazały się pod wpisem o spotkaniu z grizzly na moim poprzednim blogu (TUTAJ). Tekst o filmie Herzoga „Grizzly Man” ukazał się przy innej okazji, dlatego też poniższe komentarze do niego się nie odnoszą.

    Heliska: Niedawno ogladalam film o facecie, ktory zyje wsrod niedzwiedzi czarnych i grizzly w samym srodku Alaski. Facet jest zonaty, ma dzieci, prace, ale raz na rok wyjezdza do swojego domku posrodku niczego, a niedzwiedzie traktuja go jak swojego. Generalnie facet zyje na ostrzu noza, jak dla mnie. Niedzwiedze wchodza mu do domu kiedy chca, okazuja czasem akceptacje, a czasem sie zamachna i prychna.
    Uwazam, ze takie „hobby” to pomylka z dwoch wzgledow:
    1) facet totalnie ryzykuje swoj nedzny zywot
    2) facet oswaja niedzwiedzie, ktore traca swoj naturalny instykt zachowawczy wzgledem czlowieka. Potem taki „mis” podejdzie ze spokojem do kogos kto akurat chce go ustrzelic i bedzie po jego zywocie.
    Ja rozumiem fascynacje natura, rozumiem ciekawosc czlowieka, ale to dla mnie lekka przesada.
    Jak sam doswiadczyles, niedzwiedzie to generalnie piekne zwierzeta, ktore w jednej chwili moga przerodzic sie w idealne narzedzie zabijania.
    Pozdrawiam z radoscia, ze nadal jestes w jednym kawalku!

    Logos Amicus: Heliska, cos mi sie zdaje, ze tego filmu nie ogladnelas do konca (jesli to byl film Herzoga „Grizzly Man”). Facet, o ktorym mowisz, zyl z niedzwiedziami przez 12 lat, ale kiedy sie wybral na Alaske za trzynastym razem – zostal tam zjedzony (wraz ze swoja dziewczyna) – przez grizzly (ktorego zreszta nigdy nie lubil).
    Ten przypadek wymaga wiekszej uwagi i prowokuje do wielu refleksji dotyczacych chocby naszego stosunku do dzikiej zwierzyny i srodowiska naturalnego. Zbyt wielu, bym to mogl skwitowac w kilku zdaniach. Napisze tylko, ze moim zdaniem nie mozemy sobie tu pozwolic na zaden sentymentalizm czy romantyzm.
    Faktem jest, ze nasze swiaty (ludzki i zwierzecy) odzielily sie od siebie juz dawno. I ze zawsze bedziemy juz zyli w tych swoich odrebnych swiatach (mimo ze sie one niekiedy przenikaja – w koncu rowniez, tak jak zwierzeta, jestesmy istotami biologicznymi).
    Nalezy takze wystrzegac sie w tych naszych relacjach z „wildlife” naiwnosci, ktora czesto staje sie czyms bardzo niebezpiecznym… jak wykazal chocby przypadek tego „Czlowieka – Grizzly”.

    Heliska: Jestes w bledzie :) To jest inny szaleniec, ale faktycznie przywolywali filmiki tego goscia, ktory zostal zjedzony wraz ze swoja partnerka na jednej z jego ostatnich misji (zdaje sie, ze mial na imie Tim?). Pokazwali jaki byl „cocky”, zarozumialy, nie umiejacy docenic powagi sytuacji, w ktorej sie znajdowal. Jego filmy pokazano temu facetowi, ktory przebywa z niedzwiedziami aktualnie. Niestety, nie doprowadzilo go to do glebszych refleksji…

    Logos Amicus: Heliska, nie byłem pewny, dlatego napisałem „jeśli”. Chętnie bym ten film,o którym pisałaś, zobaczył.
    Natomiast „Grizzly Man” Herzoga dotyka wielu ciekawych kwestii. (Szaleństwo jest tylko jedną z nich.)
    Kusi mnie, żeby o tym coś napisać, bo film mnie bardzo poruszył. Obejrzałem go sobie teraz jeszcze raz i dostrzegłem coś, czego nie odebrałem wcześniej.
    No i usłyszałem muzykę, która również zrobiła na mnie niemałe wrażenie.

    iwona: Zawsze mozesz wziac przyklad od pewnego ojca z Florydy, ktory niedawno obronil swojego syna, golymi rekami, przed zjedzeniem przez niedzwiedzia (ale chyba to nie byl grizzly).

    Logos Amicus: Iwona, mam nadzieję, że jednak nigdy nie będę musiał brać przykładu od tego ojca z Florydy :)
    Na Florydzie nie ma grizzly, są tam natomiast niedźwiedzie czarne, które również mogą być groźne i napadają na ludzi.

    iwona: Ja tez. Jestem na tyle strachliwa, ze zrezygnowalam ze spania w kabinach w paru parkach. Mnie juz przerazaly ogloszenia, ze „ostatnio niedzwiedzia widziano tydzien temu”, cala lista co nie zrobic a co zrobic, zeby nie zachecic misia do odwiedzin. A ogladanie misia na „zywo” odbylo sie tylko raz, w Yellowstone Park, gdzie bylo dosc tloczno wiec liczylam na to, ze mnie niedziwiedz nie dostrzeze wsrod tlumu. Lubie przyrode, ale nie za blisko :)

    Logos Amicus: W tym rejonie, gdzie spotkaliśmy grizzly (Many Glacier Valley), niedźwiedzie są widywane niemal codziennie. Właśnie to m.in. mnie tam ciągnęło :)
    Muszę jednak jeszcze o czymś wspomnieć.
    Otóż odkąd zaczęto odganiać te zwierzęta od miejsc w parku, gdzie mieszkali ludzie, niedźwiedzie przestały już liczyć na „dokarmianie”, baraszkowanie po śmietnikach za pożywieniem – oduczono ich tego, co dawniej było nagminne i powodowało konflikty, niekiedy kończące się tragicznie.
    Dlatego też jest już tam teraz bezpieczniej – niedźwiedzie wiedzą oczywiście o ludzkiej obecności, ale już nie wiążą tego z okazją do zdobycia żywności.
    Świadomość tego powodowała, że mimo wszystko nie uważałem tej naszej przygody za szczególnie niebezpieczną.

  8. Stanisław Błaszczyna Says:

    A oto niektóre z komentarzy, które ukazały się pod wpisem o filmie Herzoga „Grizzly Man” na moim poprzednim blogu (TUTAJ):

    iwona: „Polecam ksiazke „The Grizzly maze” by Nick Jans. Ciekawe spojrzenie wielu ludzi na temat Timiego, ktory sam pisal kiedy wielu go ostrzegalo mimo jawnego naruszania wielu zasad parku, i przyrody, „I will be honored to end up as grizzly shit”. Mozna i sie dopatrywac w jego zyciu wyzszych celow, ja jakos nie moge.

    Logos Amicus: Iwona, bardzo mi się spodobał ten cytat z Timiego :))
    (Może to właśnie dzięki tej jego czarnej ironii go polubiłem?)
    On mógł mieć w swoim życiu jakiś wyższy cel (a może rzeczywiście nie miał), ale ja nie o tym pisałem.

    Defendo: Czytałam kiedyś – właśnie tam trafili ludzie, dla których być-albo-nie-być stanowił kanibalizm. Wybrali „być”. Nie, nie zabijali pobratymców – tylko wykorzystywali ich ciała. Potem dwaj z nich napisali książki. Jeśli im wierzyć, to nie ma nic lepszego w smaku. niż ludzkie mięso…brrrr..
    Pewnie wybrałabym „nie-być”, ale…chi lo sa?

    Logos Amicus: Defendo, ja im nie wierzę (nie lubię mięsa słodkiego, ale… de gustibus :)) Swoją drogą, niedźwiedzie również są kanibalami (tzn. pożerają „swoich”) Za co więc, do cholery, ja je tak lubię!? :))

    Salomon: Amicusie, świat ludzki i nieludzki to jedno. Wszystko zależy od sposobu patrzenia :-)

    Logos Amicus: Salomonie, Wszechświat składa się z wielu światów. Świat nieludzki może „przeniknąć” do świata ludzkiego, ale lepiej jest podtrzymać to rozróżnienie dla naszej lepszej orientacji… choćby w sferze etyki.
    W moim tekście, pisząc o świecie nieludzkim, miałem na uwadze nie tylko świat nieludzki (z tym jego pejoratywnym zabarwieniem), ale również ten, niebędący światem ludzkim, (który doskonale może się obyć bez naszego wartościowania).

    Salomon: Amicusie, za wszelką cenę chcesz dowieść swoich racji. Niech Ci będzie. Świat ludzki, nieludzki, może jeszcze nadludzki… to chyba niepotrzebnie rozbudowana systematyka :-)

    Logos Amicus: Salomonie… nie za wszelką cenę :) Akurat ta systematyka jest według mnie rozbudowana potrzebnie, bo trochę nam ten świat (który jest jeden) porządkuje i objaśnia. Dlatego mówimy jeszcze o świecie podróży, świecie dziecka, świecie zwierząt… itd :)
    Aaaa… podobno są jeszcze światy równoległe :))

    iwona: No, Tim sobie tak dowcipkowal sam troche w to nie wierzac :) Ksiazke polecam, filmu jeszcze nie widzialam, w kazdym badz razie skrytykowano ten film w ksiazce. Ponoc Tim w filmie to nie Tim jaki jawi sie z opisu przyjaciol, znajomych, i ludzi ktorzy tego czlowieka spotkali. Zainspirowales mnie i czytam ksiazke raz jeszcze a film bede ogladac poniej ;)
    A co do tekstu – wrzechswiat dla mnie jest jeden. pasuje do niego a on pasuje do mnie :) ja to mam spokojne zycie ;))))

    Logos Amicus: Iwona, nie tylko dla Ciebie Wszechświat jest jeden… I hope :) Spróbuję zdobyć tę książkę.
    Bardzo jestem ciekaw Twoich wrażeń z oglądania filmu Herzoga. (Też mam podejrzenia, że jego spojrzenie na postać Tima jest jednak zbyt „autorskie”, by oddać to, kim on był w rzeczywistości – w relacjach ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną…)

    Tomek
    : Dzięi Panskiej recenzji chcę zobaczyć ten film. Może będzie to pierwszy dokumentalny film o przyrodzie, na którym prymitywnie nie usnę.
    Polecam też „Psalm” pani Szymborskiej.

    Logos Amicus: Tomku, jak wiesz, ten „Poemat” Wisłockiej kończy się zastanawiającymi wersami:

    „Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.
    Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.”

    Moim zdaniem bliższe jest to perpsektywie, z jakiej widział świat bohater filmu, niż apologii naszej cywilizacji.

    Sarna: Widzę, że ominęła mnie ciekawa konwersacja. Moim najstarszym traumatycznym przeżyciem związanym z misiem było urwane ucho pluszaka, a najświeższe pochodzi sprzed 2 m-cy i związane jest z wizytą w zoo. Patrzyłam na olbrzymie niedźwiedzie brunatne,które całe życie spędziły w niewoli, w betonowej klatce, pogrążone w nieustannym śnie i było mi przeraźliwie smutno. Skazanie na życie w niewoli zwierzęcia, które w naturalnych warunkach przemierza olbrzymie przestrzenie jest ze strony człowieka okrucieństwem. Denerwujemy się gdy dzikie zwierzęta opuszczają las i podchodzą pod nasze domy. Czujemy się zagrożeni. A co maja zrobić one? Człowiek wkracza w ich świat,niszczy i ogranicza ich terytoria, zagląda do mateczników i gniazd, obrączkuje. Oczywiście możemy tłumaczyć, że to dla ich dobra, dla chęci ich poznania i zrozumienia ( ponoć dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło). Tylko dlaczego sami wściekamy się gdy w sklepowej przymierzalni odkryjemy ukrytą kamerę? Obrączkowanie wbrew naszej woli raczej też nie wchodzi w rachubę.Wszystko, co w tej mierze odnosi się do człowieka uważamy za gwałt na jego naturze. Butnie uznaliśmy, że nasz świat jest światem panów, który może ingerować w inne światy, zmieniać je i podporządkowywać sobie. A to chyba nie tak. Jesteśmy tylko jednym z ogniw w tym łańcuchu. Ogniw tak różnych od siebie jak ogień i woda. Możemy współistnieć obok siebie, ale nie da się ich z sobą pogodzić. Każda z prób podporządkowania zawsze kończy się klęską któregoś z tych żywiołów. Ignoranci, zmieniamy bieg koryt rzek, wycinamy lasy, klonujemy, próbujemy zabić instynkt dzikich zwierząt, a potem ze zdziwieniem odkrywamy rzecz oczywistą, a mianowicie, że to broń obusieczna. Rzeki wracają do pierwotnych koryt i zalewają nowe osady, tereny pozbawione drzew zamieniają się w pustynie i zasypują miasta ( utrapienie Chin) , woda zaczyna być w cenie życia, smog dusi astmą, a zwierzęta ogłupiałe od naszych cywilizacyjnych wybryków żerują w pojemnikach z odpadkami.
    Człowiek nie ujarzmił przyrody. Ona tylko na chwilę się przyczaiła jak niewygasły wulkan.
    W ubiegłym tygodniu zarwałam noc, by za jednym podejściem przeczytać „Spóźnionych kochanków” W. Whartona. Książka, co prawda o pięknej miłości młodego mężczyzny i 70-letniej, niewidomej kobiety, ale niesie w sobie bardzo mądre i uniwersalne przesłanie, które mówi, że „nikt nie jest tak ślepy, by pewnego dnia nie przejrzeć na oczy”. Niewidoma kobieta widzi więcej niż widzący mężczyzna.Generalnie większość z nas zachowuje się właśnie tak jak ten mężczyzna. Niby patrzymy, a nie widzimy. Pytanie, co musi się wydarzyć byśmy przejrzeli i jaką cenę zapłacimy za naszą ślepotę?
    W książce Whartona, kobieta po latach niewidzenia odzyska wzrok, ale jej serce nie wytrzyma tych emocji. Umiera szczęśliwa, bo zobaczyła to, co pragnęła zobaczyć. Myślę, że nasza „historia” nie zakończy sie takim „heppy end”, bo my nie chcemy widzieć!
    pozdrawiam

    iwona: Nie do konca sie zgadzam z Toba Sarno. Czlowiek w ujarzmianiu przyrody zrobil wiele dobrego. Jako (semi)medyk, mysle, ze geniusz ludzkiego umyslu jest nieskonczony. Owszem wielokrotnie (o ile nie zawsze)akcja konczy sie reakcja ale chyba bez prob nie da sie rozwijac. Ujarzmienie przyrody musi sie zawsze wiazac z jej obserwacja. Ujamrzmienie a raczej wykorzystanie moze niesc tez i pozytywy. Owszem bunczuczna postawa, i pomysl, ze jestemy panami wrzechswiata zawsze konczy sie kleska poszczegolnego nieszczesnika, czy tez ich ogromu. Niemniej jednaj nasz rozwoj, tu gdzie jestemy to wysilek wielu odwaznych obserwantow. Problem z czlowiekiem polega na nie docenianiu tego co ma, ale z drugiej strony jest to sila dzialania. Slepota bierze sie z naiwnosci, z pychy. Ja tam jestem za obserwowaniem przyrody, za jej ujarzmianiem, za jej poznawaniem. Wszystko w granicach przyrody, ktora i tak nas wlasnie nauczy gdzie moze sie konczyc nasza chec.
    A Wharton ma to do siebie, ze pozwala zarywac wiele nocy :) to jeden z moich ulubionych pisarzy.:)

    Logos Amicus: Sarno, chylę czoło przed Twoim mądrym i pięknym wpisem, w którym na dodatek znalazłem wilkie pokłady emocji :) Może właśnie dlatego tak do mnie przemówił. Wiele z zawartych tam myśli jest bardzo podobnych do moich.
    Iwona, staram się zrozumieć Twoje racje. Bardzo nie lubię słowa „ujarzmianie” bo kojarzy mi się z przemocą.
    Poza tym uważam, że – na szczęście – sił natury (przyrody), nie da się ujarzmić. Jednakże żyjemy w obcowaniu z tą przyrodą, jesteśmy – mimo wszystko – częścią natury i z tego względu musimy szukać jakiegoś kompromisu. Warto być jednak bardziej ostrożnym jeśli chodzi o naszą ingerencję w przyrodę. Dlatego tak ważna wydaje mi się dążność człowieka do jej poznania, respektowanie jej praw.
    Ach, jeszcze mi się coś przypomniało… Zdanie Franciszka Bacona, który już w XVII w. zauważył:
    „Aby rozkazywać Naturze, trzeba być jej posłusznym”.
    I jeszcze słowa Andre Gide’a, które mogłyby posłużyć jako epitafium dla Tima:
    „Prawdziwym powrotem do natury jest definitywny powrót do jej pierwotnych elementów (pierwiastków, żywiołów) – śmierć.”

    Sarna: Przepraszam Iwona za brak riposty, ale dopadła mnie powszechna bolączka – brak czasu. Również nie do końca się z Toba zgadzam. Wiem, że dla konieczności przetrwania naszego „świata panów”, dla postępu cywilizacyjnego, dla naszej wszechstronnej ewolucji musimy badać, eksperymentować, analizować, wyciągać w nioski i płynace z nich mądrości wdrażać w życie, zmieniać glob pod nasze dyktando. I właśnie na tym polega problem „świata panów”. Samozwańczo ustawiliśmy się na szczycie drabiny światów. Cokolwiek robimy, robimy to pod kątem dobra własnego świata. To zupełnie zrozumiałe, bo żyć ozn. być subiektywnym. Każdy z pozostałych swiatów również rządzi się własnym egoizmem -wolą życia,trwania. Tylko niezrozumiałe dla mnie jest nasze jednostronne, wygodne patrzenie na problem. Bo gdy my rozpruwamy brzuszki żabkom tłumaczymy to rozwojem wiedzy w imię wyższego dobra, ale gdy niedźwiedź robi nam przegląd trzewi uznajemy go za bestię. Tylko dlaczego? On zna tylko własny świat, który rządzi się właśnie takimi regułami. Gdybyśmy grzecznie siedzieli na własnym szczeblu zamiast skakać po całej drabinie niedźwiedź siedziałby w mateczniku i jadł zdrowe, soczyste jagódki.A tymczasem w miejsce dzikiego ostępu wyrosło mu schronisko z kontenerem na odpadki i denerwującymi ludkami ( może odbiera nas jak my kosmitów?).
    Wiem,że masz rację. Ale masz ją tylko z punktu widzenia własnego świata. Prawda jest stara jak świat. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
    Jesteś bystra, więc odpowiedz. Z czego wnosisz, że mamy prawo uzurpować sobie prawo do palmy pierwszeństwa? I właściwie skąd się wzięło określenie czyjejś pychy poprzez zwrot „odbiła palma”?
    pozdrawiam

  9. Stanisław Błaszczyna Says:

    Przypomniało mi się, co o filmie Herzog napisała kiedyś babka filmowa (pod swoim, bardzo ciekawym zresztą, wpisem o „Grizzly Man”):

    „Tak, to na pewno była tragiczna postać, masz rację, zresztą, ja przy całym moim braku akceptacji do jego poczynań, także widzę jego tragizm. Tak, zgadzam się, pustka w jakiej żył przerażała go bardziej od grizzly. Nie mógł znaleźć miejsca dla siebie w żadnym ze światów, masz rację, a że nie miał odwagi, by własnoręcznie zadać sobie śmierć, zdał się na niedźwiedzia. Tylko szkoda, że wziął sobie do towarzystwa dziewczynę i ją naraził na śmierć. No i ta włączona kamera, do końca robił show. Tak… robienie z życia show to znamię naszych czasów. Jakby go nie oceniać, archetyp nie archetyp (wiele ludzi jednak potrafi żyć z daleka od cywilizacji, co prawda niekoneicznie w niedźwiedziej gawrze, ale jednak, gdzieś tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, byle łącze z internetem było:) – a może jednak masz rację, że się nie da?, w każdym razie jest to dość nieimponująca postać.
    To już bardziej imponuje mi chłopak z „Into the wild”, jest bardziej wiarygodny i szczery w swym dążeniu do życia za pan brat z naturą. Nie wraca tak jak Treadewell co rusz, by robić pokazówki w telewizji po czym, odpocząwszy, samolocikiem udać sie z powrotem na Alaskę i filmować się kamerą, wystroiwszy się uprzednio jak panienka do zdjęć. Nie, on konsekwentnie idzie do celu, dzień po dniu, na dobre i na złe, niestety, jak wiemy i on zostanie pokonany, jak każdy z nas.”

    Przytoczyła też to, co o Herzogu i Treadewellu napisała Zadie Smith w swoim eseju „Jak zmieniałam zdanie”:

    „Po kulturowej brutalności, która obowiązywała przeważnie w antropologii XIX-wiecznej, w wieku XX postawiono na powściągliwość – nie powinniśmy już dążyć do wyjaśnienia ludzkich zachowań raz na zawsze, lecz raczej obserwować ludzi w poszanowaniu ich inności. Na szczęście, nitk tych ustaleń nie przekazał Wernerowi Herzogowi i dlatego jego „Grizzly Man” to taki odjazd. Herzog, to cieszący się złą sławą egotystyczny świrnięty auteur (t. wybitny europejski reżyser) ze skłonnością do germańskiej dosłowności. Herzog jest hardcorowy. Nie interesuje go twoja interpretacja tego, dlaczego amerykański świr Timothy Treadewell zamieszkał wśród niedźwiedzi. Kogo obchodzi, co ty myślisz? Herzog prowadzi swój dokument silną ręką, tłumacząc, że przedstawia nam właśnie „zy-dumiewającą opowieszcz pełną piękna i głębi”. Nie myli się. Materiał pokazuje przede wszystkim Treadewella, ale film stanowi nieharmonijny duet dwóch głosów: kontynentalnego shopenhauerowskiego pesymizmu Herzoga i amerykańskiego optymizmu Treadewella (pod którym to optymizmem, jak uważa Herzog, kryje się głęboka rozpacz).
    Herzog nazywa niedźwiedzie „spotkaniem z pierwotną naturą”. Timothy nazywa jednego Panem Czekoladką, drugiego Ciocią Melissą. Herzog uważa, że Timothy „przeciwstawia się cywilizacji, ktora wygnała Thoreau znad stawu Walden”. Zdaniem rodziców Timothy’ego jego motywy były bardziej prozaiczne. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale u źródła kryzysu tkwi „niespełniony aktor telewizyjny”. Jednak Herzog chce za wszelką cenę wycisnąć z Timothy’ego wielkość. I choć fantastycznie się słucha, jak Herzog rozpływa się nad „ostateczną obojętnoszczą natury”, to prawdziwą radość dają słowa, jakie Timothy kieruje do lisa: „Kocham cię. Dziękuję, że jesteś moim przyjacielem. Mnie to daje radość, a tobie?”. wszystko co trzeba wiedzieć o obojętności, maluje się na pyszczku tego lisa”.

  10. Z TATR W GÓRY SKALISTE | WIZJA LOKALNA Says:

    […] wpisy: “Spotkanie z grizzly” , “Natura – piękno, zachwyt, bojaźń i […]

  11. Anna Labno Says:

    My jak chodzimy po szlakach to glosno rozmawiamy. Wiec na cale szczescie nie znalezlismy sie w takiej sytuacji. A wybieramy sie na dlugie szlaki. Moj ulubiony szlak w Glacier National Park to Grinnel Lake trail. Zastala nas na tym szlaku przelotna burza. Maz sie schowal pod skale trzymajac kilkuletniego wtedy syna. Po burzy maz zostal w tyle a ja z moim starszym synem dociagnelam do same gory. Serce mi kolatalo szybciej jak zesmy sie oddalali. Ale nasze glosne rozmowy jednak zadzialaly i nie trafilismy na zadnego miska tylko na koze gorska. Bardziej sie balam o meza bo ucichl zostajac w tyle. (Maly mu zasnal na rekach.)

    Zawsze jednak mielismy okazje zatrzymac sie przy drodze aby podziwiac te zwierzeta w miejscach gdzie ludzi nie bylo. Musze jednak postarac sie o dobry aparat aby uchwycic te momenty lepiej niz dotychczas.

    Zycze wspanialych przygod!


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s