MASY I ELITY – czy istnieje kultura „niska” i „wysoka”?

(zapiski IX)

.

Kultura i sztuka jak najbardziej podlega naszemu wartościowaniu, wbrew postmodernistycznej tendencji, która wmawia nam, że nie ma dobra ani zła (z tego wynika, że nie można odróżnić sztuki dobrej od złej); że wszystko jest prawdą (fałszem), i że wszyscy mają rację (albo że racji nie ma nikt).
I nie zapominajmy, że wszystkie „izmy” (w tym i postmodernizm), także wykluwały się elitarnie (a ich luminarze mieli poczucie nie tylko elitaryzmu, ale i bycia awangardą).
W tej dyskusji (na temat sztuki „niskiej” i „wysokiej”, elitarnej i egalitarnej) zbyt mało, moim zdaniem, zwraca się uwagę na coś, co dla mnie jest nie tylko oczywiste, ale i wręcz radykalne. Wyrażę to prosto: kultura (sztuka) „niska”, masowa, egalitarna wcale nie musi być gorsza od kultury „wysokiej”, elitarnej (i vice versa). Czyli: wszyscy popełniają zasadniczy błąd aksjologiczny, bezwiednie (bardziej lub mniej świadomie) uznając kulturę elitarną za wyższą (bardziej wartościową) od egalitarnej. W podobnych dyskusjach jest to aksjomatem (a nawet wręcz dogmatem). A tak wcale nie jest. W elitach (tak mi się wydaje) głupota, pozerstwo, wyrachowanie, małostkowość… etc. rozkładają się (statystycznie) podobnie jak w „masach”.
Twórcy kultury masowej mogą być prawdziwymi artystami, tak jak wśród „elit” zdarzają się beztalencia, hochsztaplerzy i miernoty.
Zważywszy na to wszystko, wydaje mi się, że sam podział na kulturę „wyższą” i „niższą” jest pewnym nieporozumieniem. Błąd nasz polega na tym, iż zbyt często pozwalamy, by słowo „elita” budziło w nas odruch Pawłowa: ślinimy się, jakby stamtąd rzeczywiście rzucano nam najsmakowitsze kostki. Modlimy się i kierujemy wzrok ku „elitom”, jakby tam był ołtarz prawdziwych i jedynych bogów, a przynajmniej ludzi bogom podobnych. Wymądrzamy się podłapując wydzielane przez „elity” idee, jakby tam był prawdziwy zdrój mądrości. Jednym zdaniem, traktujemy „elity” bałwochwalczo i często bezkrytycznie, uznajemy je za kulturową śmietankę. Również dlatego, że sami – bardziej lub mniej skrycie – mamy aspirację, by do „elity” się zaliczać.
No cóż… Długo by można pisać na ten temat.
Wspomnę tylko jeszcze o pewnej anegdocie, której bohaterem jest Ryszard Kapuściński.
Otóż napisał on kiedyś, iż nie znosi on luksusowych, wielogwiazdkowych – właśnie „elitarnych” i wysokiej klasy hoteli – przedkładając nad nie pobyt w zwykłych, tanich, często nawet dość podłych hotelikach czy motelach, gdyż… w tych ostatnich spotyka on nie tylko bardziej autentycznych, ale i ciekawszych ludzi. Jest w nich po prostu więcej prawdziwego życia.
Wprawdzie elita bogaczy to nie to samo co elita „robiąca” w kulturze, to jednak owo wrażenie Kapuścińskiego koresponduje we mnie z odbiorem szeroko pojętej kultury, której nie chcę dzielić na kulturę „elitarną” i egalitarną, „niską” i „wysoką”, a raczej na dobrą i złą.
Tak mi dopomóż mój smaku – moje zmysły i umyśle.

greydot

Jest w Chicago kino, które nazywa się Music Box. Taka trochę instytucja – z tradycjami i historią. Wystrój głównej sali przypomina niemiłosierny kicz, czasem, przed projekcją, do dziwnie brzmiącego i wyglądającego instrumentu podchodzi pan i gra jakiś przedwojenny kawałek. Jest oczywiście stanowisko popcornu i „fontanna” z „sodą”… I w tym kinie wyświetla się filmy, których nie uświadczy się w tzw. „szerokim” rozpowszechnianiu – sporo europejskich (głównie tych, które w kręgach „bardziej wymagających” kinomanów zdobyły rozgłos, lub zostały nagrodzone na światowych festiwalach), filmy kina „niezależnego”, niszowego, „artystycznego”… Ale również stare (odrestaurowane, „kultowe”) filmy amerykańskie. Odbywają się też w Music Box przeglądy tematyczne lub nawet monograficzne (widziałem tam np. przegląd filmów Bergmana), niekiedy kino udziela gościny corocznemu Międzynarodowemu Festiwalowi Filmowemu (tam po raz pierwszy obejrzałem np. „Niebieski” Kieślowskiego, „Amores Perros” Iñárritu i mnóstwo innych filmów tego pokroju – mała ciekawostka a propos: kiedy oglądałem film Iñárritu, akurat tuż przede mną siedział… Krzysztof Zanussi).

I oto w takim – wydawałoby się – dziwnym, eklektycznym, śmiesznym nieco miejscu, odbywają się prawdziwe uczty kina.

Dlaczego o tym piszę?
Choćby po to, by zaznaczyć swoją przychylność i aprobatę dla przenikania się różnych gatunków kina, różnych stylów; dla łamania stereotypów, (które jednak w najlepsze krążą między ludźmi…) dla przekraczania granic i łamania barier, jakie (zwykle w sposób sztuczny i cokolwiek „na siłę”) są przez niektórych tworzone, a które niepotrzebnie dzielą i szufladkują ludzi.

Jednakże jestem tego świadomy, że (z drugiej strony) istnieje w nas potrzeba klasyfikacji, segregowania, nominalizacji otaczającej nas rzeczywistości (co jest, w pewnym sensie – próbą jej uporządkowania i oswojenia). Dotyczy to również kina (ale i całej kultury, sztuki).
Służy nam to do naszej orientacji w świecie, umożliwia analizę pewnych zjawisk, kulturowych fenomenów; prowokuje dyskusję i konfrontację różnych poglądów…
Źle się dzieje, jeśli takie tendencje nas usztywniają i radykalizują, dobrze – jeśli umożliwiają wzajemne porozumienie, tolerancję, rozszerzenie naszej wiedzy i horyzontów myślenia; jeśli stymulują naszą ciekawość i chęć poznania czegoś nowego.

Może właśnie dzięki tej świadomości udaje mi się godzić czasami ogień z wodą, przenikać przez te wszystkie bariery dość swobodnie i bezboleśnie… cieszyć się zarówno z filmu uznawanego za hit „masowy” (zdecydowanie przepisywanego pop-kulturze), jak i takiego, o którym się mówi, że jest „trudny”, „ciężki”, elitarny, „artystyczny”, przynależny sztuce „wysokiej”.
Nie mam z tym żadnego problemu.

greydot
Temat przypomniał mi pewną rozmowę, jaką swego czasu przeprowadziłem z moją znajomą, Małgorzatą (Defendo):

DEFENDO: Nie neguję potrzeby istnienia kultury masowej. Jest konieczna, choćby po to, żeby ta elitarna mogła mieć poczucie odrębności. Każdy z nas jest jej konsumentem, idzie mi jednak o świadomość – jeśli wiem, że oglądając film Machulskiego, korzystam z taniej, jarmarcznej rozrywki – to jest w porządku. Jeśli ktoś mi wciska, że tylko takie filmy warto robić, bo tylko one się sprzedają – to się nie zgadzam.
Zgoda – nie każdy hollywoodzki film jest chłamem, ale zauważ, że ostatnio wszystkie niechłamowe dzieła reżyserują twórcy importowani, głównie z Europy (z czasem się zresztą komercjalizują, z reguły najlepsze rzeczy robią tuż po przyjeździe do USA, jeszcze owiani europejskim wiatrem). Kieślowski, który próbował łączyć elitaryzm z popem – kręcił we Francji.
Próba zejścia do ludu w wykonaniu Zanussiego zakończyła się żałośnie, prawda? Flirt inteligentów z ludem zawsze jest czekiem bez pokrycia.
Wolny rynek jest zapewne korzystny w gospodarce – a i to nie brak poważnych ekonomistów, którzy mają równie poważne wątpliwości i nie wahają się ich artykułować. Wolny rynek w kulturze jest – moim zdaniem – dyktaturą masy, a ta jest pozbawiona smaku.
To właśnie Viscontiemu, Skolimowskiemu, Bergmanowi i wielu innym kino zawdzięcza fakt, że nie zeszło do roli odpustowego obrazka, że jest nie tylko papką. Takich twórców trzeba chronić. Machulski kręci dla pieniędzy i poklasku, ale nie usiłuje udawać, że jego filmy mają jakąś wartość poza rozrywkową – i to jest uczciwe. Nie liczy na palmy i lwy, nie startuje w tych konkurencjach. Mnie drażnią ci, którym tak się we łbach poprzewracało, że w swoich beznadziejnych rymowankach widzą poezję, a w nieznośnie afektowanych, grafomańskich opowieściach współczesnych Harlekinek – literaturę.

JA:  Defendo, niemal ze wszystkim się tutaj z Tobą zgadzam, chciałbym jednak zwrócić na coś uwagę. Tak naprawdę, nie ma czegoś takiego jak odbiór, czy też smak „masy”. Zawsze odbiorcą jest konkretny człowiek. Sam posługuję się pojęciem „masa” ale zdaję sobie sprawę z pewnego ahumanizmu tego określenia – rodem z marksistowskiej, pachnącej totalitaryzmem, socjotechniki.
Piszesz: „Mnie drażnią ci, którym tak się we łbach poprzewracało, że w swoich beznadziejnych rymowankach widzą poezję, a w nieznośnie afektowanych, grafomańskich opowieściach współczesnych Harlekinek – literaturę.”
Ja podobny zarzut mógłbym skierować pod adresem różnych „artystów” sztuki współczesnej, którzy właśnie mają pretensje, by zaliczać się do elity, mimo chłamu, jaki produkują – bo nie można zaprzeczyć, że także w obrębie tzw. „elitarnej” sztuki współczesnej (odnosi się to także do kina, literatury, teatru, opery…) jest sporo zwykłego badziewia, które chce udawać sztukę wysoką.
Nie można z nikogo robić świętej krowy, w tym i z artystów. Nie można bezkrytycznie łykać wszystkiego, co produkuje sztuka współczesna, na zasadzie – im mniej to zrozumiałe przez przeciętnego człowieka, tym głębsze i wyższe. Odnosi się to również do kina.

DEFENDO: Zgoda – ale  p r a w i e  zgoda. Badania nad masą (tłumem) są domeną nie ludzi z kręgu wschodnioeuropejskiego, ale zgoła innego: Le Bona, Canettiego i innych. Oni nazywali tłum masą i nie tylko się tej „masy” bali, ale czasem ulegali jej urokowi, w każdym razie badali mechanizmy, które nią rządzą.
Jeśli zaś chodzi o sztukę współczesną – to nadal bronię praw artysty. Z nią jest niemal tak źle, jak z filmem współczesnym (albo niemal tak dobrze): są artyści, rzemieślnicy i partacze. Jedni autentycznie czegoś poszukują (a tym wolno wszystko, tak uważam), inni chcą zarobić (Siudmak), jeszcze inni robią rękodziełka w guście gawiedzi, do wyboru, do koloru. Jeśli czegoś nie rozumiem – nie zakładam jednak,  ze to coś jest złe, ale próbuję zobaczyć, czy to ja dorastam do przekazu. Czasem zdarza się bowiem, że sztuka wcześniej od naukowców potrafi przeczuć i dostrzec zjawiska, przemiany, zrewolucjonizować widzenie świata. Coś, co nam się nie mieści w głowie, doskonale mieści się w wyobraźni artysty. Z nikogo świętej krowy nie robię, skądże! Mam jednak prawo do własnych opinii – i staram się je argumentować, wprawdzie nie w takim stylu i z taka klasą, jak Ty – ale równie rzetelnie.
Można się pięknie różnić, wtedy właśnie powstaje płaszczyzna porozumienia – idealne pole walki bez przemocy.

JA: Defendo, ja nie pisałem nic o „ludziach z kręgu wschodnioeuropejskiego”. Totalitaryzm, i to zarówno w wydaniu faszystowskim, jak i komunistycznym, był konsekwencją myślenia ludzi z kręgu kultury zachodnioeuropejskiej. Np. Marks, swoje teorie wymyślał w bibliotekach Londynu, Nietzsche włócząc się po Niemczech, Szwajcarii i Włoszech… Już bliżej Wschodu był Canetti.
A jeśli chodzi o Le Bona?
Nie bez kozery rozczytywali się w nim naziści (Goebels wręcz dosłownie go cytował), a sam Mussolini jego „Psychologię tłumu” trzymał na nocnym stoliku przy swoim łóżku.
Nie chodzi o to, że Le Bon nie miał racji pisząc o zachowaniu tłumu (choć moim zdaniem nie miał racji uważając go za jakiś odrębny twór posiadający własną „duszę”). Chodzi właśnie o socjotechniczne, instrumentalne podejście do ludzi, które może być niezwykle niebezpieczne – co udowodnili totalitaryści. Moim zdaniem jest ważne to czy nazwiemy człowieka „zwierzęciem stadnym” (czego bliżej był Le Bon et consortes, którzy wręcz pisali o ludziach w kategoriach stada), czy też uznamy go za „istotę społeczną”.
To nie jest tylko kwestia nazewnictwa ale wręcz fundamentalna, zasadnicza różnica, zdradzająca właśnie humanitarne albo ahumanitarne podejście do człowieka. Uznając ludzi za stado, łatwiej nimi manipulować. Uznając ludzi za społeczeństwo, można go edukować. Bowiem jest różnica między tresurą a wychowaniem.
Poza tym rzeczywistość często „zachowuje się” tak, jak byśmy tego chcieli (także w zależności od tego, jak – i z czym – do niej podchodzimy, co można nawet zaobserwować w fizyce, o czym mówi zasada nieokreśloności Heisenberga). Podobnie zachowują się”masy”, czyli ludzie tworzący jakąś zbiorowość. Często właśnie – jak zwierciadło.
PS. Nie mogę się zgodzić z Tobą, że artyście „wolno wszystko”. Choćby dlatego, że nie jest takie oczywiste to, kogo można uznać za artystę, a kogo nie. (Nawet nie biorę się za to, by rozważyć to na płaszczyźnie etycznej, gdyż jest to temat na całkiem inną dyskusję.)

Do rozmowy dołączył się wówczas jeszcze ktoś inny:

M: Niespecjalnie przepadam za tym co amerykańskie, ale nie można zaprzeczyć, że najlepsze pomysły na zarobienie pieniędzy pochodzą stamtąd. Hollywood jest fabryką pieniędzy i chce dotrzeć do jak największej liczby odbiorców.Musi więc zniżyć się do poziomu przeciętnego widza. Problem nie leży po stronie kina.Problemem jest poziom masowego odbiorcy. Nie można czepiać się szewca, że robi najwięcej przeciętnych rozmiarów obuwia, skoro popyt jest właśnie na nie!! I co istotniejsze dla mnie, popularny film „hollywoodzki” potrafi skłonić do zadumy i poruszyć te same problemy w lekkostrawnej formie, w przeciwieństwie do flaków z olejem serwowanych z wielkim zadęciem przez Bergmanów, Fellinich i innych przedstawicieli różnych „szkół” i „nurtów”.
Więc nie wiadomo co bardziej wartościowe. Czy wzruszenie przeżywane przez setki tysięcy, czy nawet miliony ludzi oglądających „Przeminęło z wiatrem” czy cmokanie kilku krytyków nad jakimś wydziwionym łamańcem psychologicznym.

JA: M., piszesz: „Więc nie wiadomo co bardziej wartościowe. Czy wzruszenie przeżywane przez setki tysięcy, czy nawet miliony ludzi oglądających „Przeminęło z wiatrem” czy cmokanie kilku krytyków nad jakimś wydziwionym łamańcem psychologicznym.”
Otóż moim zdaniem wartość ma zarówno jedno, jak i drugie – to dwie odmienne percepcje kina. Uważam, iż są jednak wyższe sfery sztuki, gdzie nie może dotrzeć tzw. „przeciętny odbiorca”. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś uzurpuje sobie przynależność do sztuki wysokiej, a jest wytwórcą gniotów i badziewia.
W związku z Twoją wypowiedzią, muszę jednak bronić Bergmana i Felliniego. Znam dość dobrze ich twórczość (swego czasu opublikowałem w „KINIE” ich monografię), i nigdy, oglądając ich filmy, nie czułem, że są to „flaki z olejem”. To co piszesz o twórcach tej miary co Bergman i Fellini, trąci jednak pewną arogancją.
Ale podpisałbym się pod Twoim stwierdzeniem, gdybyśmy wzięli pod uwagę różnych epigonów tychże reżyserów – tam rzeczywiście sporo owego nudnego „zadęcia”, niestrawności i smętów niepospolitych udających wielką sztukę (na co, niestety, łapie się wielu snobujących się krytyków, a także widzów). Pisałem o tym swego czasu przy okazji omawiania jednego z filmów Teo Angelopoulosa.

greydot

Chodzi o to, by owo „poczucie wyższości i dumnej inności” nie było cechą dominującą przy odbiorze sztuki (ani nawet cechą zauważalną). Najważniejszy powinien być autentyzm, rozwijanie własnej pasji i upodobań, zdolność do cieszenia się dziełem sztuki, bez ciągłej krytyki tego, co niesie ze sobą pop-kultura.
Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy odczuwać, że kultura masowa dokonuje inwazji w obszary, gdzie nie chcielibyśmy mieć z nią zbytnio do czynienia (bo oznaczać to może wulgaryzację, spłycenie, duchową pauperyzację przestrzeni kulturowej, w której się obracamy.)
Nie jestem wrogiem kultury masowej, ale – pozornie wbrew temu co napisałem powyżej – zastrzegam sobie jednak prawo do wartościowania jej produktów (a wśród nich są również takie, które wzbudzają moją awersję, niesmak, a nawet sprzeciw). Przy czym, dokonując takiego wartościowania, wcale nie musimy zabarwiać tego pogardą czy poczuciem wyższości.
Dobrze byłoby, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że w obrębie kultury masowej są również utwory wartościowe (nie tylko socjologicznie, ale i artystycznie); podobnie jak w obrębie kultury tzw. „wysokiej” zdarzają się bzdety, hucpy i wydmuszki bez większej, trwałej wartości a swoje istnienie zawdzięczające głównie snobizmowi lub zwykłemu wyrachowaniu.
Poza tym, to co mieni się kulturą wyższą (elitarną) nie jest z samej swej definicji dobre, godne szacunku i poważania, tak jak to, co nazywane jest kulturą masową (egalitarną) – nie jest z definicji złe.
A o tym, niestety, często zapominamy.

greydot

Głos w tej sprawie zabrała także Chihiro: „Mam wrażenie, że na siłę (który to już raz? nie zliczę, tyle ich było) próbujesz stosować podział, albo wychodzisz od tego podziału na kino masowe vs. niszowe, ambitne. Tymczasem w wielu filmach ten podział nie obowiązuje. Zwróć uwagę na fakt, że np. to co dla Ciebie może być ambitne, w innym kraju może być masowe. Podobnie jest z czasem, w którym ogląda się film – dziś Fellini jest niszowy, dawniej był masowy. Masowe nie zawsze znaczy źle – w czasach cenzury w Polsce oglądało się Bergmana niekoniecznie dlatego, że wszyscy byli tacy wyrafinowani, ale dlatego, że mało co było w ogóle do oglądania. Ograniczenia przekłamują obraz.
Obecnie, kiedy naprawdę możemy sięgać po to, co chcemy, wychodzi na jaw, kto jakie filmy ogląda i dlaczego.
Mieszasz kino amerykańskie z kinem hollywoodzkim, a przecież wiesz zapewne, że te tytuły, które podajesz jako dobre to kino niehollywoodzkie, a niezależne. Hollywood obecnie nie reprezentuje wysokiego poziomu, nawet porządnej rozrywki często nie zapewnia. Spada znaczenie nagród Akademii, czyli Oscarów. Dawniej było inaczej, dawniej Hollywood produkowało nie tylko Filmy przez wielkie „F”, ale też Gwiazdy. Dziś prawdziwe gwiazdy grają w filmach niezależnych.
Rozwijają się i zostają na szczęście zauważane kinematografie innych krajów. Amerykano-centryzm filmowy dostał po tyłku, wśród najlepszych filmów w podsumowaniach corocznych od lat filmy amerykańskie zajmują coraz mniej miejsca.
Jednak dyskusja na temat kina ambitnego i masowego nie może się ograniczać – i nie powinna – do kina amerykańskiego i nie amerykańskiego. W kinie europejskim także jest wiele chłamu, pretensjonalnych obrazów, filmów nudnych, nieciekawych. W modzie na slow cinema kreci się filmy wybitne, ale też nużące.
Nie mogę się wypowiedzieć na temat filmów Zanussiego, bo żadnego (tak!) nie widziałam. Dziwi mnie jednak jego pragnienie zejścia na niższy poziom, widzę tu bardziej pragnienie bycia sprzedawalnym. Bardzo trudno mierzyć niżej…
Angelopoulosa widziałam zaledwie kilka filmów (są bardzo trudno dostępne, tak samo jak filmy Zanussiego za granicą), ale jestem jego wielką fanką i stawiam go na równi z innym wielbionym przeze mnie reżyserem, Kieślowskim. Obaj są wyrafinowani, ale przecież nie trudni, ambitni ale nie ciężkostrawni, do pojęcia, do zrozumienia.
Warto by jeszcze poruszyć zagadnienie roli kina dzisiaj. Dziś przecież inaczej podchodzimy do filmów niż podchodzili ludzie kiedyś, zmienia się kultura, zmieniają się widzowie, zmieniają się inne media, zmienia się sposób pokazywania filmów, oglądania (dawniej tylko kino, dziś coraz częściej iPad), zmieniają się oczekiwania. Napiszesz o tym także osobny tekst? Bardzo bym chciała.”

JA: Chihiro, wygląda na to, że jednak niezupełnie zrozumiałaś to, co chciałem przekazać w moim tekście. Podział, jakiego poniekąd dokonuję, nie jest – jak to określasz – podziałem na „kino masowe vs. niszowe, ambitne”. Piszę wyraźnie o podziale, który istnieje od dawna – na kino popularne (często używane jest tutaj słowo „masowe”, którego ja raczej nie lubię, dlatego piszę go w cudzysłowiu) i kino… już nie tak popularne (a bardziej wyrafinowane artystycznie, wysmakowane estetycznie, wymagającego większego wysiłku intelektualnego, skierowane do widzów „bardziej wyrobionych”…)
Ujęte jest to tak:
„Kino jako sztuka, źródło doznań „wyższych” – kino jako patrzydło, „guma do żucia” dla oczu (…) Kino europejskie, autorskie, artystyczne vs. kino hollywoodzkie, popularne, rozrywkowe…”

Istnieje przecież rozróżnienie (i to zasadne) na pop-kulturę i sztukę elitarną. Analogiczny podział ma miejsce w kinie.
Muszę to jeszcze raz podkreślić: ja nie tworzę tych podziałów (i to „po raz nie wiadomo który”, jak mi zarzucasz). Te podziały istnieją od dawna. Ja o tym tylko przypominam – i właśnie z tymi podziałami w moim artykule próbuję się rozprawić (stawiając m. in. pytanie, czy są one zasadne i jakie wynikają z tego konsekwencje).
Nie lubię np. określenia sztuka „wysoka” – sztuka „niska”. Nie dzieliłbym sztuki tak „wertykalnie”, bo implikuje to jej wartościowanie: wysoka czyli dobra, niska czyli zła. A to nie zawsze tak jest.

Dygresja: raz jeden użyłem słowa „ambitny” i to ujmując go w cudzysłów (dodając zresztą „intelektualnie”), natomiast ani razu nie użyłem słowa „niszowy”.
„Ambitny” jest słowem często używanym do określania filmów bardziej wyrafinowanych artystycznie, ja raczej tego słowa unikam. Przecież „ambitny” może być również film komercyjny (ambicja osiągnięcia największych zysków, zadziwienia widzów efektami specjalnymi… etc.)

Anyway. Wracając do meritum.
Trudno zaprzeczyć, że filmy dzielą się również na takie, które oglądane są przez liczną widownię i na takie, które ogląda dosłownie garstka widzów.
Jak uważasz: dlaczego tak się dzieje? Czy jest to wina dystrybutorów. Czy może gustów tzw. „masowej” widowni?
Czy naprawdę nie widzisz różnicy między filmami znajdującymi się w tzw. ogólnym, „szerokim” rozpowszechnianiu a tymi, które wyświetlane są w kinach specjalnych – bardziej kameralnych, studyjnych (w tzw. limited distribution)?
Dlaczego nikt nie wpada na pomysł, by wyprodukować 100 kopii filmu Angelopoulosa i rzucić go do wszystkich kin w Europie czy w Stanach niczym „Avatara”? Do czegoś takiego potrzeba byłoby szaleńca. To byłoby samobójstwo (finansowe).
Czy nie uważasz więc, że filmy Angelopoulosa reprezentują inny rodzaj kina niż np. „Avatar”? (A np. „Indiana Jones” inny niż „A Single Man”?)
To właśnie o tych różnicach traktuje mój wpis.

Chihiro, chyba jednak zbyt pobieżnie przeczytałaś mój tekst, bo przecież wyraźnie piszę w nim, że to co masowe, niekoniecznie oznacza złe. Dla mnie jest to oczywiste.
Widzę, że muszę się powtórzyć:
„Dobrze byłoby, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że w obrębie kultury masowej są również utwory wartościowe (nie tylko socjologicznie, ale i artystycznie); podobnie jak w obrębie kultury tzw. „wysokiej” zdarzają się bzdety, hucpy i wydmuszki bez większej, trwałej wartości a swoje istnienie zawdzięczające snobizmowi lub zwykłemu wyrachowaniu.
Poza tym, to co mieni się kulturą wyższą (elitarną) nie jest z samej swej definicji dobre, godne szacunku i poważania, tak jak to, co nazywane jest kulturą masową (egalitarną) – nie jest z definicji złe. A o tym, niestety, często zapominamy.”

Masz rację: kino amerykańskie w dzisiejszych czasach nie powinno się utożsamiać z kinem hollywoodzkim (jak to się zwykle robiło dotychczas). Dokonałem tu pewnego uproszczenia, nawiązując do obiegowych opinii, w których nadal tak się czyni.
Zgadzam się również, że „dyskusja na temat kina ambitnego i masowego nie może się ograniczać – i nie powinna – do kina amerykańskiego i nieamerykańskiego”.
Znów: zrobiłem to po to, by sprawę uprościć, zastanawiając się (co było dla mnie najistotniejsze) nad różnicami jakie istnieją między kinem popularnym, rozrywkowym, a takim, które ma wyższe aspiracje artystyczne, a nie tylko ludyczne, dla którego priorytetem jest trafienie do jak „najszerszej” publiczności i uzyskanie jak największych zysków (czego synonimem wydaje się być właśnie kino amerykańskie).

Piszesz: „Warto by jeszcze poruszyć zagadnienie roli kina dzisiaj.”
Tak, warto. Ale to wymagałoby szerszych studiów. Nie wiem czy stać by mnie było na taki wysiłek (choćby dlatego, że nie wyobrażam sobie, jak można zadowolić się oglądaniem filmów na iPadzie).

greydot

Reklamy

Komentarzy 40 to “MASY I ELITY – czy istnieje kultura „niska” i „wysoka”?”

  1. Caddi Fredson Says:

    Nie jestem znawcą i konsumentem kina w takim stopniu, by dyskutować. Wolę czytać.
    Dziękuję za przypomnienie Defendo. Dobrze, że jest zapis Waszej wymiany myśli.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ale to jest wpis nie tylko o kinie.
      Jest tu wyraźnie postawione pytanie (może nawet próba odpowiedzi?): jaki jest sens podziału kultury na „niską” i „wysoką” (czy w ogóle można mówić o kulturze „niskiej” i „wysokiej”?)

  2. Torlin Says:

    Jak spojrzałem na tytuł, to od razu pomyślałem o Defendo. :(
    Tyle się z nią nadyskutowałem na ten temat.

  3. Jula :D Says:

    Bardzo ciekawa dyskusja . Czyta się z przyjemnością. Przyznam , że za specjalnie nadal nie wiem co to kultura wyższa i niższa, masowa i elitarna ?..
    Czy to wiąże się z wykształceniem, tj. przygotowaniem ; na przykład muzycznym , czy malarskim ? , …
    A może z pieniędzmi? . . .
    Ci bardziej przygotowani i majętni są gotowi odbierać tę elitarna a reszta jeżeli w ogóle, to tę masową?..

    Bardzo ciekawy artykuł Lecha Brywczyńskiego przeczytałam i może problemy w nim zawarte poniżej przedstawię.
    Są one spójne z tym co napisałeś Ty i Twoi adwersarze. Choć wszyscy skupiliście się bardziej na filmie.
    Może bardziej z polskiego podwórka ale schemat taki sam , lub podobny, funkcjonuje wszędzie.
    Po co w w ogóle nam kultura ?. ..
    „Liberała” zdaniem , jedynym, nieomylnym weryfikatorem wartości sztuki jest rynek — jeśli ten odrzuci dzieła jakiegoś artysty, to znaczy, że są one nic nie warte.
    Zastanawiające, prawda? . .. i jakże prosta weryfikacja.
    I po co w ogóle mają powstawać nowe dzieła sztuki, skoro istnieje klasyka?
    To, że niektórzy z obecnych klasyków malarstwa żyli w biedzie i za życia nie byli w stanie sprzedać nawet kilku obrazów, też nie jest dla „liberała” powodem do rozterek. Choć powinno: skoro „nieomylny” rynek „mylił się” wtedy, to może myli się i teraz? Wyspiański zemdlał z głodu, malując jeden z portretów, argentyńskie tango było kiedyś uważane za taniec amoralny i wyuzdany, a dziś króluje na salonach…
    Niektórzy twierdzą , że rzeczywistymi artystami są tak naprawdę mecenasi (niegdyś — snobistyczni arystokraci, dziś — nowobogaccy kapitaliści), bo jak już oni coś zamówią, to ho, ho! — palce lizać. Wychodzi na to, że artystyczne talenty są wprost proporcjonalne do zasobności portfela. ;D
    Tak zakreślone ramy działalności spychają wszelką, niezależną twórczość do getta subkultury i sprawiają, że nie będzie szerzej znana.
    Dzisiejsza, polska kultura znajduje się w głębokim kryzysie. Żyjemy w kraju, w którym, jak to eufemistycznie określają państwowi i samorządowi urzędnicy, kultura nie jest priorytetem.
    Najinteligentniejsi i najbardziej kreatywni ludzie, jakich obecna Polska posiada, zajmują się, jako copywriterzy, układaniem ogłupiających sloganów reklamowych, za które kasują ciężki szmal albo filmowaniem debilnych sit-comów, a w najlepszym razie — odtwarzaniem klasycznych ramot w filmach lub na teatralnych scenach. Do polityczno-biznesowej elity kraju kooptowani są głównie ci twórcy kultury, którzy z niczym wywrotowym się nie kojarzą, a na dzisiejszą rzeczywistość dobrotliwie spoglądają przez różowe okulary, w myśl hasła: „W Polsce jest super!”
    Elita istnieje zresztą w Polsce tylko w tym sensie, że są w naszym kraju ludzie, którzy mają władzę i pieniądze, dzięki czemu tworzą rodzaj zwartej grupy, powiązanej siecią wzajemnych powiązań.
    Polski liberalizm ma oblicze ckliwe, sentymentalne, nie skażone rozterkami ducha i przymilnie uśmiechnięte w kierunku tych, którzy mają duże pieniądze. Dla pozostałych ma tylko jedną radę, aby też pieniądze zdobyli. Oczywiście nie jest to rada szczera: wiadomo, że w firmie może być jeden właściciel, a kilkuset pracowników, nigdy odwrotnie.
    Liberał stawia umoralniające dywagacje na temat tzw. blokersów: „Dlaczego blokersi wybierają złe wzory, a nie dobre, skoro dostępne są im i jedne, i drugie! Dlaczego nie patrzą na tych kolegów z tego samego lub sąsiedniego bloku, którzy pracując przez lata po kilkanaście godzin dziennie w wybranej dziedzinie, doszli do czegoś — i wyszli z bloków?”
    Liberał nie słyszał o dziedziczeniu biedy i bogactwa ani o tym, że nawet w krajach, w których roi się od milionerów, nie brakuje bezdomnych i bezrobotnych…
    Liberał gdyby sam się nagle znalazł małoletnim blokersem, którego rodziców ledwo stać na zapłacenie czynszu i rachunku za prąd?
    Wiem: pewnie wybrałby się na płatne studia na renomowanej uczelni, dzięki czemu zapewniłby sobie dobrą posadę w wybranej dziedzinie…
    Mamy taki świat i taką ocenzurowana , ogłupiającą kulturę , która nas otacza , w która jesteśmy wtopieni.
    Na przykład Waldemar Łysiak, od lat ignorowany nie tylko przez władzę w Polsce, ale i przez ogólnopolskie stacje telewizyjne, na czele z „misyjną” TVP? Czy mam uwierzyć, że jest to dziełem przypadku albo niskiego poziomu książek tego autora?

    Pozdrawiam , napisałam tak, bo utożsamiam się z autorem , bo wszędzie narzekają , we wszystkich krajach, jak się poczyta komentarze pod ambitnymi starymi programami telewizji nie tylko w Polsce,że KULTURA na „psy zjechała”.
    Czyli jakie czasy taka kultura ?
    Ps.
    Przytaczałam myślenie liberała, bo oni tym naszym światem zarządzają obecnie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ze zdefiniowaniem kultury masowej i elitarnej nie ma takiego problemu, jak z określeniem tego, czym jest sztuka „niska” a czym „wysoka” (pod warunkiem wszak, że zgodzimy się z tym, że taki podział jest sensowny i usprawiedliwiony).

      Przytaczasz poglądy na temat kultury jakiegoś „liberała”, ale właściwie to nie wiem, czym/kim jest ten liberał? I które z tych poglądów są jego – trochę to takie chaotyczne.
      Mnie nie za bardzo to, co jest wyłożone jako poglądy owego „liberała”, pasuje do tego, co sam wiem o liberalizmie. Ten „liberał” z owego artykułu, to wydaje mi się jakiś taki zaściankowym i dość ograniczony, a nawet filisterski i populistyczny.
      Choć sam tekst, który cytujesz, jest skądinąd ciekawy.

      PS. Nie sądzę, że naszym światem „zarządzają” – jak piszesz – liberałowie. Wręcz przeciwnie. Zarządzają nim jednak ludzie, którzy dążą do ograniczenia wolności innych ludzi – zawężenia ich pola manewru – tak, by czerpać z tego jak największe korzyści. Ot, choćby korporacje ze swoim duchem monopolizmu i eliminacji wszelkiej konkurencji.

      • Torlin Says:

        Nie odpowiedziałem Logosowi na powyższe pytanie, bo nie mam czasu szukać. Ja sam popełniłem kiedyś notkę na ten temat o Rubiku, gdzie jest granicą pomiędzy sztuką wysoką a niską. A że jest, to widzę na każdym kroku. Kto chodzi tak jak ja do opery, na balet, koncerty jazzowe, do filharmonii, do muzeum sztuki nowoczesnej? A z drugiej strony mamy kicz w rodzaju Rubika, Krawczyka, Dody, Mandaryny, Ich Troje i całe przeraźliwe disco-polo.
        Ja już Julu nie mam siły do tych Twoich tekstów, piszesz cały czas to samo, ja bym musiał tak zdanie po zdaniu kontrować. Wymyśliłaś sobie jakiegoś liberała, nie wiadomo, kto to jest i z przykrością stwierdzam, że po prostu nie znasz się na tym, nie bywasz, nie oglądasz, tylko tak Ci się wydaje.Dla przykładu dla liberała o wielkości dzieła decyduje rynek – a skąd wiesz? Kogo dziś spychamy do getta? Przy istnieniu Internetu?

        Jeżeli chodzi o tego blokersa, to czuję się wywołany do tablicy. Tak, tak uważam, że wszystko zależy od zaradności, i niech mi nikt nie mówi o dziedziczeniu biedy. Jakby chciał, toby jej nie dziedziczył.

        A już z Łysiakiem to pojechałaś po bandzie jak nigdy. Łysiak był hołubiony za czasów komunistycznych, wtedy współpraca z reżimem mu nie przeszkadzała. Jego pierwsze książki „Wyspy zaczarowane” i „Francuska ścieżka” były zaczytywane przez młodzież. Późniejsze o Napoleonie mam wszystkie. To jest człowiek od lat ignorowany przez władzę? Był redaktorem naczelnym pisma za czasów komuny. Teraz jest ignorowany i przeze mnie ze względu na obrzydliwe teksty dotyczące Michnika i całej III RP. Jego książki leżą w księgarniach, ale z drugiej strony trudno, aby ludzie mojego pokroju prosili go na spotkania. Żeby dostać zestaw jadu, żółci i nienawiści?

      • Jula :D Says:

        Myślę,że to dosyć to chaotycznie wyszło, bo to była polemika pomiędzy dwiema inaczej myślącymi osobami i ja wybrałam interesujące mnie fragmenty. Patrz – uderz w stół a nożyce się odezwą – to Torlin . Hihihi..

        Moją intencją było napisanie , że POLITYKA obowiązująca , ma duży wpływ na ocenianie KULTURY, którą tworzą ludzie, ci najzdolniejsi. Każda doktryna polityczna ! :)

        Jest moda ,że o czymś się mówi lub nie wypada, czyli ,że KTOŚ jest ,ale oficjalnie go nie ma.
        Podobno Dante Alighieri (włoski poeta, filozof i polityk. Jego najwybitniejszym dziełem jest poemat Boska Komedia),
        był mocno skłócony ze współczesnymi sobie politykami ówczesnymi i nawet wygnany ze swojej Florencji. :)
        Kto o tym teraz wie?.. Wszyscy się zachwycają BOSKA KOMEDIĄ !.. :D

        Czy sama sztuka , jej jakość może być oderwana od poglądów ideologicznych ?… Ja uważam , że tak.

        Myślę,że ten „zaściankowy” liberalizm w Polsce to jednak tak wygląda, jak napisałam. :)

        Poza tym uważam ,że każda ideologia , myśl, filozofia , choćby najcenniejsza – jest wypaczana, bo ludzie z chciwości zawsze idą na skróty !..

        Obojętne jaka „partia” w Polsce rządzi, po jakimś czasie wychodzi ( skorumpowanie, kolesiostwo , raz po raz wychodzą na jaw afery , które pod dywan, pod dywan …)

        Każda wzniosła idea się wypacza w realu. W świecie rządzą interesy KORPORACJI (mocny zawsze wygrywa) i interesy bogatych państw.

        Gdyby nie było U N I w Europie, i co za tym idzie możliwość wyjazdu za pracą .( przelicznik EURO /zł) , to byłaby krwawa wojna domowa w tej naszej wolnej Polsce, tak myślę.

        Ps.
        Co do Opery ,baletu klasycznego, Symfonii, to już są nie jedyne , jak kiedyś formy tej „Wyższej ” rozrywki. :)
        Obecnie giną w konkurencji . Inna moda, inna technika. Teraz każdy może mieć „kulturę” przy sobie.
        Oczywiście ” towarzysko ” nadal wypada bywać w teatrach, filharmoniach, na premierach filmów .
        Tyle, że jak się nie bywa, nie znaczy ,że się nie wie „co jest grane”.
        Poprzez internet, mogę oglądać obecnie , kolegę z liceum z Krakowa, który śpiewa w Nowym Jorku, w Metropolitan Operze główną partię np. w „Tosca” Giacomo Pucciniego. :D

        Ps.
        Myślę, że po latach, może wiekach ?.. , bardziej będziemy czytać dla rozrywki (kultury) własnie R. Kapuścińskiego , czy właśnie W.Łysiaka. Moim zdaniem Michnik , będzie znany tylko tym co się będą interesowali historią polityki w Polsce.
        Pa! :)

        • Jula :D Says:

          Tam dodaj, po przeliczniku, że jeszcze płaca. Bo nawet najgorzej płatna jest dla Polaka opłacalna.
          Bo Rząd Polski , chwali się tanią siłą roboczą (sic) !..
          :D

      • Torlin Says:

        Oj Julu, Julu, a Ty furt swoje!
        Tylko się nie obraź. Twoje wyobrażenie o funkcjonującym rynku sztuki, muzeach, jest li tylko Twoim wytworem myślowym. Ty tak uważasz, że tak jest. Dajesz przykład Alighieri, czy znasz jedną osobę, która to przeczytała? Ale tak na serio – znasz? Bo ja nie, łącznie ze mną.
        Tak samo opinie polityczne nie mają nic wspólnego z kulturą, z wyjątkiem mianowania dyrektorów teatrów państwowych. Muzyka faktycznie jest niezależna, to samo sztuka typu malarstwo, rzeźba. Może film, ale dla mnie produkcja filmowa w Polsce jest beznadziejna, wszystko jedno, czy jest państwowa, czy prywatna.
        A Michnik? Co jego czytałaś? A co Łysiaka?
        A opera na odległość? Jest to jakieś rozwiązanie, sam poszedłem do kina na operę z Włoch, wystawioną w autentycznym starożytnym amfiteatrze. Ale tak jak każdy kibic Ci powie, że nic nie da najlepszy ekran w stosunku do siedzenia na stadionie, to ja Ci powiem to samo .

        • Jula :D Says:

          -Jednak większość ogląda mecze w TV w domu, lub knajpie, z całym tym kibicowskim rytuałem, a na stadionach z różnych przyczyn ( np. kar za handel narkotykami i nie tylko… ) coraz częściej są pustki. :lol:
          -Ja tylko podkreśliłam, że kiedyś tej techniki (technologii) nie było, a teraz jest i z niej ludzie mogą korzystać , i korzystają jak chcą. : )
          Co do polityki mamy inne zdanie. Wcale nie musimy się zgadzać. Ja nie spieram się z doktryna, choć nie muszę być jej entuzjastka prawda? Ja tylko widzę jak to działa na dole.. I mam prawo odmiennie myśleć.

        • Jula :D Says:

          Ps.
          -Każdy śpiewak operowy powie ,że najlepsza akustyka jest ” na jaskółce „. Na tych najwyższych ,pod sufitem miejscach.Tanio ale duszno i spać mi się zaraz chce .Haha .. Bo ja płacę dodatkowo, jako przyjezdna za dojazd i za ubezpieczenie .
          Filharmonicy – jest to grupa muzyków, najbardziej narażona na głuchotę. W nowoczesnych salach filmowych nie znoszę prażonej kukurydzy ,nie mówiąc już o reklamach przed seansem. ;)
          -Wyobraź sobie ,że czytałam Boską Komedię , Dantego Alighieri , najbardziej zafascynowana byłam jego wędrówką po piekle,średnio czyśćcu , najmniej absorbujące było Niebo. ;)
          Nawet Ta jego miłość jakoś tak się rozmydliła.. na tej górze według mnie. To dzieło jego życia żyje ciągle i w Twórczości innych . Ostatnia powieść Dana Browna ,jest w oparciu o nie napisana. ;)
          -Michnika znam z TV a tego drugiego , z ciekawością poczytam krytykę tego pierwszego , bo mi się nie spodobał w programie T.Lisa w TVP. :D

  4. Marta Zawadzka Says:

    Często bywam w Music Box…Dziękuję za wpis….

  5. Onibe Says:

    Znowu trafnie, Logosie: kultura masowa nie musi być gorsza od wysokiej. Co zresztą wynika także z tego faktu, że kultura tzw. wysoka bywa często niskich lotów…

    Wydaje mi się, że najlepszy podział to ten na kulturę żywą i martwą ;-). Bo jedno, to oceniać. Drugie, to istnieć.

    Jak w wielu innych tematach, także w tym widać polaryzację stanowisk i zarazem skłonność do fortyfikacji na określonych pozycjach. Sporo osób, które znam, za żadne skarby nie przyzna się do słuchania jazzu, muzyki klasycznej czy oglądania malarstwa renesansowego (lub innego), bo z samego założenia uznają, że tego się nie da lubić, to jest coś na pokaz, sztuczne i złe, zametotkowane dla tych „nierobów” z górnej półki, którzy udają, że się na czymś znają. I z drugiej strony bywa podobnie: ludzie o czułych uszach nagle nie potrafią usłyszeć, że jakaś popowa piosenkarka ma głos, którego nie powstydziłaby się najlepsza diva operowa, a jej teksty mają sens. I nie dostrzegają, że pobliskie murale nie zostały nabazgrane przez jakiegoś pijanego kibola, ale chłopaka, który ma talent niczym wulkan!

    • Torlin Says:

      Wiesz doskonale Onibe, że to jest nieprawda, co napisałeś. Bywasz u mnie w blogu i sam widzisz, że potrafię docenić piękno opery i jazzu, sztuki współczesnej, a jednocześnie podziwiam murale i graffiti (jeżeli oczywiście jest to prawdziwe graffiti). I wierz mi, że takich ludzi jest więcej. Ale nie za dużo, bo o wiele, wiele więcej jest ludzi o takich poglądach, jak przedstawiłeś. I zgodnie z teorią – prawem Kopernika – Greshama, że rzecz gorsza wypiera lepszą, tak samo tutaj w ocenie społeczeństwa bardziej widać tę grupę bardziej liczną, bo jest i ona bardziej głośna.

      • Onibe Says:

        jasna sprawa, że tacy ludzie są. Ty, ja (mam nadzieję), zapewne również Logos ;-). I jeszcze więcej. Ale o złoty środek trzeba walczyć, bo grawitacja ku biegunowości jest – moim zdaniem – naturalną skłonnością każdego człowieka ;-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Onibe: być może dobry byłby też podział na kulturę autentyczną i pozorowaną, pożyteczną i jałową, konstruktywną i destruktywną, nihilistyczną i afirmatywną… ? ;)
      Oczywiście, żartuję. Powyższy tekst pisałem ładnych kilka lat temu, dzisiaj już właściwie nie odczuwam jakiejś większej potrzeby segregowania kultury i sztuki – kreślenia linii podziałów, definiowania jej podzbiorów… etc. Co nie znaczy, że inni tego nadal nie robią – i to w różnym celu i z różnych powodów.

      Ja myślę, że jeśli chodzi o percepcję sztuki, czy też udział w kulturze, to jednym z najważniejszych kryteriów wartościujących jest AUTENTYZM.
      Toteż zdziwiło mnie trochę Twoje stwierdzenie, że ludzie, którzy słuchają muzyki klasycznej czy jazzu, nie chcą się (i to „za żadne skarby” ;) ) do tego przyznać. Ja mam wrażenie, że jest akurat odwrotnie: sporo ludzi, którzy nie mają większej przyjemności ze słuchania klasyki lub jazzu, oglądania teatru, baletu czy opery – przy czym tak naprawdę niewiele ich to interesuje i obchodzi – podaje się za fanów, melomanów, znawców tychże. Snobów wszak nie brakuje.
      Choć samego snobizmu nie potępiam, bo bez niego pewnie, wspomniane przeze mnie dziedziny sztuki, nie mogłyby funkcjonować – gdyż snobizm (niekiedy pod przykrywką mecenasostwa) w znacznym stopniu je finansuje. Ponadto, istnieje także tzw. dobry snobizm, tzn. taki, który zaczyna się od pozorów i udawania, a kończy autentycznym zainteresowaniem,czasem nawet pasją.

      Torlinie: nie zawsze gorsza rzecz wypiera lepszą – częściej jednak to co naprawdę dobre, w końcu się wybija i utrwala (na przestrzeni wieków) jako pewna niezbywalna wartość kulturowa (vide: malarstwo, muzyka, rzeźba, literatura…) Przy czym, tak było gdzieś do XIX-go stulecia, zanim nie pojawił się modernizm i nie porozbijał wszystkich obowiązujących (i używanych) dotychczas kanonów. Później wartościowanie sztuki się pogubiło (pogłębił to jeszcze bardziej postmodernizm) i dzisiaj rzeczywiście ludzie mają wielki problem z oceną tego, co jest dobre a co złe (ulegając często szarlatanerii, manipulacji, merkantylizmowi, wmówieniu… – przez co, niestety, często jest tak, że wygrywa badziewie i hucpa – odnosi się to zwłaszcza do sztuki współczesnej).

      Jeszcze raz powtórzę: dla mnie najważniejszy w tym wszystkim jest AUTENTYZM odbioru kultury i sztuki. Innymi słowy: uczestnictwo w kulturze i sztuce musi być szczere. Bo jeśli takie nie jest, to mamy tylko pozę, snobizm, pozór i udawanie.

      • Onibe Says:

        Logosie – pisząc o ludziach, którzy nie chcą się do tego przyznać chodziło mi o nieco innym zjawisku niż tym, które ty wychwyciłeś. U nas ciągle pokutuje przekonanie – u nas, w sensie społeczeństwa, nie jednostek – że jest prawda oficjalna i prawda prawdziwa. Dlatego jeśli ktoś mówi, że słucha muzyki klasycznej to z założenia się przyjmuje, że jest to prawda oficjalna, nie prawda prawdziwa. I powiem Ci, że ja to rozumiem. Bo kulturę poznaje się w kiepski sposób. W moich szkołach edukacja muzyczna zrobiła wszystko co było możliwe, aby znienawidzić muzykę klasyczną: nudną, dętą, niezrozumiałą. Polubiłem ją dopiero wiele, wiele lat później. Dziś ją kocham, uzdrawia mój umysł. Ale zarazem ilekroć zdarza mi się dyskutować ze znajomymi czy rodziną o muzyce, każdorazowe stwierdzenie o tym, że muzyka klasyczna jest super jest kwitowane porozumiewawczym milczeniem ;-). Super jest Krawczyk, super jest Lady Gaga (której, notabene jeden czy dwa utwory lubię), super jest Ich Troje. Przyznawanie się do lubienia innej muzyki niektórzy może uznają za wyzwanie, próbę ośmieszenia… nie wiem. Ale to o czym pisałem, niechęć do muzycznego comming out jest faktem.

        Snobizm to drugie, odwrotne ekstremum. Przyznam uczciwie, że do jazzu trafiłem przez furtkę snoba. I zostałem przy nim ze szczerej potrzeby ;-). Snobizm bywa dobry, bo w pewien sposób „subsydiuje” wartościowe przejawy kultury, ale zarazem mniej czytelne, słabiej propagowane, trudniejsze w konsumpcji. Muzyka klasyczna jest trudniejsza w konsumpcji, bo zamiast wycia o tym, że on kocha ją a ona kogoś innego, jest matematyczny rytm i polifonia instrumentów – nie trzeba być ekspertem aby cenić sobie muzykę klasyczną (ja nie jestem), ale zarazem nie da się do niej podejść ot tak, bez chęci. Podobnie z literaturą piękną, malarstwem czy rzeźbą nieklasyczną itd.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To co piszesz o snobizmie potwierdza jedynie moje przypuszczenie, że jest on jednak dość powszechny: tzn. więcej jest udawaczy, niż autentycznych miłośników (odbiorców) kultury i sztuki poza-mainstreamowej. Dochodzi jeszcze do tego pewien rytuał jej konsumpcji. Wobec tego nie dziwi tak bardzo to, że ktoś, kto naprawdę lubi (kocha) muzykę klasyczną, operę, jazz, balet… nie chce się z tym obnosić i afiszować, co najwyżej podzielić się swoim hobby (zamiłowaniem, pasją) z innymi, czującymi (myślącymi) podobnie. Nie chce, ale i też nie czuje większej potrzeby takiej manifestacji – wszem i wobec – swoich upodobań, zainteresowań i gustu. I to właśnie świadczy o ich autentyzmie.

          A jeśli ktoś, będąc „konsumentem” kultury „wyższej”, wstydzi się tego, że i na „nizinach” coś mu się podoba, to poświadcza tylko swoją własną niepewność co do istoty i autentyzmu odbioru kultury i sztuki, podlegającego przecież jego własnym gustom i zainteresowaniom, (które, tym samym, również mogą być przez to zakwestionowane).

        • Onibe Says:

          Chyba myślimy podobnie. Dodam jeszcze tylko jeden detal. Snobizm czy jego przeciwieństwo nie są cechami wyłącznymi. Tzn. Można być snobem w dwóch tematach i jednocześnie piętnaście innych odczuwać autentycznie… to nas sprowadza do Twojego twierdzenia – jakże słusznego – o niemożności prostego zametkowania się…

        • Torlin Says:

          Dla mnie jest jeden przykład od lat kultury wysokiej i niskiej – to są codzienne gazety. Jak patrzę, że facet czyta „Fakt”, to patrzę na niego z takim zdziwieniem, jak on patrzy na mnie, jak ja czytam „Gazetę Wyborczą”.

        • Onibe Says:

          Torlinie – przykład niby dobry, ale nie do końca. Chciałbym powiedzieć, że świetnym przykładem może być weryfikacja: oglądasz telenowele czy nie. W zasadzie nie znam innego równie niekonstruktywnego, bzdurnego i dennie zagranego tworu quasifilmowego co telenowela. Ale, z drugiej strony, uczciwszym byłoby napisanie, że oglądanie telenoweli świadczy przede wszystkim o nadmiarze czasu wolnego i nieumiejętności znalezienia sobie zajęć konstruktywnych… Zatem pewnie nawet oglądanie telenoweli nie świadczy o zupełnie upadłym poczuciu kultury ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Faktu” nie miałem w rękach (choć wiem mniej więcej, co to za produkcja), ale Gazetę Wyborczą znam, choć już dość dawno przestałem ją czytać. Nie wiem czy to jest fortunny przykład na porównanie kultury „wysokiej” i „niskiej” (choć – z tego co wiem – to fakt, że „Fakt” jest publicystycznym chłamem).
          Wyborcza, mimo w zasadzie wysokiego poziomu publicystyki, też nie jest wcale wolna od „niskich” zagrań – zwłaszcza jeśli porusza sprawy związane z polityką. Poza tym, jej opcja – że tak się wyrażę – filozoficzno-światopoglądowa też może budzić pewne zastrzeżenia.
          Tzw. „salony” (pretendujące do bycia „elitą” – formacją z wyższej społecznej półki), też nie są wolne od hucpy, manipulatorów, ciemnych typów i zachowań wynikających z niskich pobudek.

        • Torlin Says:

          „formacje z wyższej społecznej półki też nie są wolne od hucpy, manipulatorów, ciemnych typów i zachowań wynikających z niskich pobudek” – to było o „Gazecie Wyborczej”? Bo ja akurat bardzo cenię poziom tej gazety i jej publicystykę.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jacku, przeczytaj uważniej to, co napisałem – przyznałem przecież to, że poziom publicystyczny „GW” jest w zasadzie wysoki (i ja to w tym piśmie cenię). Ta moja opinia, którą przytoczyłeś, dotyczyła tzw. „salonu” – do którego należą także publicyści związani z „GW”: a nie jest to moim zdaniem formacja nieskazitelna i też potrafi namieszać ludziom w głowach (co najczęściej jest niczym innym jak manipulacją), kierując się swoimi politycznymi wyborami i światopoglądem. Niestety, wszystko co wiąże się z polityką, musi się – prędzej czy później, bardziej lub mniej – błockiem uchlapać.

        • Torlin Says:

          Onibe!
          Odpowiem Ci szczerze, generalnie nie oglądam żadnych. Miałem w swoim życiu takie fragmenty, tylko nie wiem, czy to są telenowele. Z przyjemnością obejrzałem „Magdę M.” w TVN-ie, „Ranczo” i „Ojca Mateusza” w I, i przez wiele sezonów szalałem za CSI – teraz już mnie znudziło. A ponieważ wiem, o jakie seriale Ci chodzi, to oglądałem z 200 odcinków „M jak miłość”, ponieważ moja teściowa uwielbiała ten serial, więc jak jej robiłem kolację, to sam jadłem i przy okazji oglądałem. Muszę obiektywnie stwierdzić, że w tym serialu sceny z mieszkania na Łowickiej wynajmowanego przez studentów są fragmentem znakomitego kina, z dobrym aktorstwem i tematyką, jakiej nie ma w polskim filmie. Później ta magia zanikła.

        • Onibe Says:

          dzisiaj mamy takie czasy, że ludzie oczekują powtarzalności a telenowela jej dostarcza: pięćset razy to samo… nie mnie oceniać. Tak jak pisałem: dla mnie to przede wszystkim strata czasu, ale rozumiem różne przypadki. Jak zdarzy mi się być u rodziny na imprezie to tzw. spotkania rodzinne wyglądają tak, że lud przy stole a obok stołu wyje telewizor. Odpuszczam sobie przekrzykującą się i bredzącą od rzeczy rodzinkę i czasami zatapiam się w najgłupszym choćby filmidle ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ludzie oczekują powtarzalności, bo to im głaszcze utarte kanały percepcji ;)
          To jest w sumie ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
          Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę. ;)

  6. babkafilmowa Says:

    Tak na chłopski, czyli babski rozum – nie zawracam sobie głowy klasyfikacją kultury (zostawiam to teoretykom), albo mi się coś podoba, albo nie. Albo coś do mnie przemawia, albo nie pojmuję co autor ma na myśli, a jeśli bywa, że nie pojmuję, to czy kusi mnie by pojąć. Ważne są też mocniejsze uderzenia serca oraz gęsia skórka czy ciary na plecach.

    Najbardziej boli mnie w kulturze komercja, czyli obliczenie tylko i wyłącznie na zysk, jeśli wyczuwam, że dzieło stworzone jest głównie z potrzeby portfela, bez żadnej potrzeby serca.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Podoba mi się takie podejście do kultury – poddanie się własnemu doświadczeniu, zaufanie do własnej wrażliwości, nerwów, inteligencji i serca – ale i otwartość na to, co nowe i być może trudniejsze w odbiorze, bo nie poddające się naszym utartym zainteresowaniom i gustom (ten wysiłek jest jednak ważny, bo dzięki niemu możemy własne zainteresowania rozwijać, posuwać się do przodu w przeżywaniu i przyswajaniu czegoś, co może zburzyć nasze „konsumpcyjne” wygodnictwo, przełamać schematy, rutynę, przyzwyczajenia…)

      Mam podobny stosunek do komercji: nie cenię zbytnio tego, co jest przeznaczone przede wszystkim na handel.

      • Torlin Says:

        Nie lubisz Rembrandta?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Niezbyt fortunny przykład, Jacku. Z Rembrandta handlowiec był żaden (w końcu jego malarski „interes” zbankrutował – tutaj lepiej prezentowałby się przykład Rubensa, który na swoich obrazach zbił ogromny majątek).
          Poza tym, są artyści, którzy – nawet jeśli przyjmują zlecenie na dzieło i twórczość jest dla nich głównym źródłem utrzymania – tworzą prawdziwe dzieła sztuki, których wartość artystyczna (abstrahując od merkantylnego popytu na nie) jest wielka i trudna do zakwestionowania. Dla takiego twórcy wyraz artystyczny tego co tworzy (przesłanie, treść, ekspresja) jest na pierwszym miejscu (najczęściej dzieje się to nawet bezwiednie), handel zaś jest czymś wtórnym – choć też ważnym (bo w końcu trzeba z czegoś żyć). Dla niektórych zaś „artystów” (taki Hirst np. – o Warholu nie wspominając) – najważniejsze to sprzedać i zarobić – trzepiąc (powielając) swoje produkty w taśmowy niemal sposób.

        • Torlin Says:

          O to mi właśnie chodziło Logosie. Piszesz najpierw: „Mam podobny stosunek do komercji: nie cenię zbytnio tego, co jest przeznaczone przede wszystkim na handel”. A zaraz potem: „są artyści, którzy – nawet jeśli przyjmują zlecenie na dzieło i twórczość jest dla nich głównym źródłem utrzymania – tworzą prawdziwe dzieła sztuki, których wartość artystyczna (…) jest wielka i trudna do zakwestionowania”.
          I dla mnie to jest wewnętrznie sprzeczne. Jesteś jak Wałęsa, za, a zarazem przeciw.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Bo kluczem do zrozumienia tego rozróżnienia są słowa: „PRZEDE WSZYSTKIM”.
          Nie ma w tym co napisałem większej sprzeczności. Jeśli ktoś produkuje swoje „dzieła” (ujęte w cudzysłowie lub nie) PRZEDE WSZYSTKIM na sprzedaż, a dla kogoś innego jest ten imperatyw czymś drugorzędnym, to ja bardziej cenię tego twórcę, którzy tworzy PRZEDE WSZYSTKIM z potrzeby wyrażenia się, i dla którego liczy się w tyn PRZEDE WSZYSTKIM artyzm, ekspresja, przesłanie, doskonałość formy, idea… (nawet jeśli robi to na czyjeś zlecenie). Następnie może swoje dzieło sprzedać – nie ma w tym nic złego.
          Dla mnie ktoś taki jest PRZEDE WSZYSTKIM artystą, dopiero później handlarzem.

          Komercja sama w sobie mnie nuży – i tak naprawdę handel kulturą i sztuką zupełnie mnie nie interesuje.
          Choć, oczywiście, w obrębie komercji też znajdują się rzeczy dobre, wartościowe, interesujące…

  7. ulotna_wiecznosc Says:

    W zasadzie zgadzam się z komentarzem babki filmowej.
    Albo się coś podoba albo nie.
    Nie wiem czy w waszym sporze o komercję sztuki nie pomógłby podział na sztukę użytkową określaną inaczej mianem rzemiosła artystycznego, sztukę odtwórczą i sztukę czystą.
    I wtrącił się do dysputy Witkiewicz.
    ,,Widzimy, że dzieła sztuki i odpowiadające im wrażenia artystyczne możemy uszeregować według wzrastającej komplikacji ich elementów i intensywności estetycznego zadowolenia i że to, co nazywamy Sztuką, będzie leżeć gdzieś w środku tego szeregu, a sfera jej będzie niezupełnie ściśle określona, zależnie od osobników, tworzących i przyjmujących wrażenia. Chodzi tylko o to, aby móc mówić o tych samych jakościowo wrażeniach, o konstrukcji jakości, o Czystej Formie, o uczuciu metafizycznym, nie marząc o ścisłym podziale, niemożliwym z powodu względności i subiektywności panującej w tej sferze, ale i nie mieszając w niej elementów zupełnie jej obcych.
    Jednak dla 95% „zdrowo myślących ludzi” sfera, o której mówimy, jest czystym urojeniem, wytworem chorej wyobraźni natur przewrotnych – tak wielką jest sugestia poczętego w czasach renesansu i dziś zamierającego realizmu w malarstwie, tej zupełnie nieistotnej jego odnogi, powstałej na tle odrodzenia naturalistycznej rzeźby greckiej i olejnego malowania, zdolnego do naśladowania wszystkich stanów natury, tego działu, który ze sztuką malarską ma tyle tylko wspólnego, że używa się i tam, i tu jednych i tych samych środków, farb, pędzli itp., ale do zupełnie innych celów. (…)”
    Źródło: Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Nowe formy w malarstwie i wynikające stąd nieporozumienia”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja nie nazwałbym tego sporem – raczej dyskusją.
      Podział sztuki na różne zbiory, kategorie i rodzaje ma oczywiście sens (bo człowiek ma skłonności do tego, by wszystko nazywać, segregować, porządkować… ułatwia mu to bowiem orientację w świecie), ale tak naprawdę nie ma to większego wpływu na to, jak sztukę odbieramy (no chyba że jesteśmy snobami kierującymi się sztucznie ustalaną hierarchią – wartościowaniem sztuki opartym na kryteriach poza-artystycznych, np. prestiżowych czy merkantylnych).

      Bardzo ciekawy cytat z Witkiewicza. Ale też potwierdzający niemożliwość ścisłego określenia linii podziałów sztuki, co jest zrozumiałe, bo już w czasach Witkacego samo pojęcie Sztuki wymknęło się czytelnej kategoryzacji i ścisłej, aprobowanej powszechnie, definicji. Taka była cena modernistycznej rewolucji.
      Witkacy był zwolennikiem tzw. Czystej Formy, ubolewał nad zanikiem „uczuć metafizycznych” – nie dziwi więc jego niechęć np. do realizmu, któremu odmawiał racji do bycia częścią sztuki malarskiej. Wg mnie jest to zbyt daleko posunięty radykalizm.

      • Torlin Says:

        Bardzo lubię Witkacego, najbardziej uwielbiam jego portrety z dopiskami, pisałem kiedyś na temat jego cennika. Ale mimo wszystko nie za bardzo cenię sobie jego komentarz. Rzecz po prostu polega na tym, że malarze (poeci, rzeźbiarze, pisarze, filmowcy) im bardziej skomplikują swoją sztukę, tym bardziej uważają ją za Czystą i Wielką, a całą rzeszę nierozumiejących uważają za ignorantów. Trzeba pamiętać przy krytyce realizmu, że impresjonizm to jest pierwszy fragment sztuki nowoczesnej, i ostatni, który rozumieją ludzie.
        Bo jeżeli zaczniemy mówić o Sztuce w kontekście Wrażenia, to dla mnie liście trzeszczące pod stopami w październiku w słoneczny dzień w Lesie Kabackim są większą Sztuką niż kwadrat Malewicza.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie jestem pewien czy „liście trzeszczące pod stopami w październiku w słoneczny dzień w Lesie Kabackim” można uznać za Sztukę – nawet w kontekście Wrażenia ;)
          Jak już nieraz pisałem – nie wszystko według mnie jest sztuką. Np. wytwory Natury – działają na nasze zmysły, dostarczają nam wrażeń, niekiedy nawet inspirują nasze myślenie – ale Sztuką nie są.
          Sztuka jest wytworem człowieka – zgódźmy się przynajmniej co do tego, bo jak nie, to np. plamy na Słońcu – albo fale na morzu – też będziemy uważali za Sztukę. Wprawdzie mówienie o Sztuce Natury ma w ludzkiej myśli długą tradycję – twierdzono np. że natura jest Sztuką uprawianą przez Boga (Dante), który jest Największym Artystą – to ja skłonny jestem to uznać za pewnego rodzaju metaforę i mit, wychodzące raczej poza to, co rozumiem jako Sztukę.

          Nie mogę się zgodzić z tym, że malarze, im bardziej komplikują swoją sztukę, to tym bardziej uważają ją za Czystą i Wielką – jak piszesz. Właśnie kwadrat Malewicza jest przykładem na to, że niekiedy jest całkiem odwrotnie: jednym z głównych nurtów współczesnej sztuki jest właśnie minimalizm.

  8. Miriam Says:

    NATURA – SZTUKA – CZŁOWIEK

    Ciekawe cytaty:

    NATURA

    – Natura tworzy sztukę sama z siebie i jest sztuką samą w sobie

    – Natura tworzy sztukę w pełnym tego słowa znaczeniu

    – Tylko Natura potrafi stworzyć sztukę z niczego

    – Natura to prawdziwe dzieło sztuki

    – Sztuka stworzona przez Naturę jest wszechobecna

    – Natura to naturalne korzenie sztuki

    – Natura jest wszechobecna w sztuce

    – Natura opanowała sztukę do perfekcji

    – Natura współgra ze sztuką, a sztuka stara się współgrać z Naturą

    – Natura jest niedościgniętym ideałem, sztuka to tylko nędzna namiastka Natury

    – Natura może być „martwa” tylko w sztuce, sztuka jest zawsze martwa wobec Natury

    – Natura zwyciężyła sztukę w swojej doskonałości

    SZTUKA

    – Wszelka sztuka jest tylko naśladownictwem Natury

    – Ponadczasową inspiracją dla sztuki jest Natura

    – Sztuka pokazuje piękno Natury

    – Sztuka wypowiada się o Naturze, Natura robić tego nie musi

    – Sztuka nie konkuruje z Naturą, ale podkreśla jej ponadczasowość i pierwotne piękno

    – Sztuka stara się dopełniać rzeczy których Natura nie zdążyła wytworzyć, a inne tylko naśladuje

    – Tworząc sztukę wystarczy robić to, co nam podpowiada Natura

    – Sztuka zawsze wchodziła w dialog z Naturą

    – Sztuka jest oknem otwartym na Naturę

    – Sztuka powinna działać na ludzi tak samo jak Natura

    – Sztuka jest zawsze w zgodzie z Naturą

    – W sztuce jest pojęcie „kiczu”, w Naturze nie

    – Sztuka to człowiek dodany do Natury

    CZŁOWIEK WOBEC NATURY I SZTUKI

    Szukać postaci i kształtu Boga (Natury) to znak ułomności ludzkiej.

    Gaius Plinius Secundus (23-79r.)

    – Tylko dzieci, Natura i prawdziwa sztuka nie są skorumpowane

    – Dzieci odbierają Naturę spontanicznie podobnie jak sztukę

    – Sztuka, a przede wszystkim człowiek stanowi część przyrody i tym samym jedność z Naturą

    – My jesteśmy częścią Natury, a sztuka jest częścią nas

    – Człowiek od wieków zastanawia się jak tworzyć w bliskiej współpracy z Naturą

    – Artyści zajmują się przede wszystkim relacjami między Naturą i sztuką

    – Ludzie spragnieni są równie kontaktu z Naturą jak ze sztuką

    – Ludzie doceniają uzdrowicielską moc tak Natury jak i sztuki

    – Społeczeństwo to sztuczna struktura będąca obroną przed potęgą Natury. Żadna zmiana w społeczeństwie, w tym rozwój sztuki, nie zmienią Natury

    – Aby ratować siebie staramy się tworzyć sztukę i żyć w harmonii z Naturą

    – Człowiek coraz bardziej zdaje sobie sprawę z potęgi sztuki i Natury

    – Staramy się pomóc Naturze, m.in. tworząc sztukę, która szuka w niej inspiracji, ale nie zdajemy sobie sprawy, że to nie Natura, a człowiek jest zagrożony

    ***

    Człowiek od swojego pojawienia się na Ziemi widział i widzi niedoścignięte piękno Natury, które na swój sposób przetwarza i zawłaszcza, myśląc, że jego byt jest wieczny. A tym czasem prawdopodobnie miał rację C. Levi-Strauss, gdy pisał na końcu Smutku tropików, że: „Świat zaczął się bez człowieka i skończy się bez niego”.

    Wszystkie cytaty pochodzą ze strony:

    http://www.muzeum-cieplice.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=64&Itemid=127&lang=pl

    Znaleźć tam można również wiele pięknych obrazów.

    Pozdrawiam,
    M.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s