AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: KONTYNENT, MIASTO, DROGA…

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. I

*

Konfrontacja z żywiołem - groza i piękno Natury
Piękno i groza – ludzka konfrontacja z żywiołem (Grand Teton, Wyoming)

*

My i kontynent – znikomość ludzkich spraw traktowanych przez nas jak coś najważniejszego na świecie. Mimo, że Natura zawsze ustawia nas w końcu we właściwej pozycji – gdzie zachowane są już prawdziwe proporcje miedzy tym, co ludzkie, a tym co kosmiczne, absolutne lub boskie – to karmimy się złudzeniem, iż stanowimy pępek Wszechświata i że jesteśmy w stanie podporządkować sobie siły, które przerastają nas niewspółmiernie do naszych aspiracji, ambicji i możliwości.

.

My i kontynent – zamknięci w cywilizacyjnym kokonie, owinięci przędzą naszych kulturowych wątków, żyjemy (łudząc się, że bezpiecznie) w środku sztucznie wykreowanych przez nas światów, które w konfrontacji z Naturą i jej przejawami – żywiołami, przyrodą, surowym krajobrazem – lasem, pustynią, rzeką, morzem… rozciągają się, trzeszczą, czasem nawet pękają. Zwykle jednak wytrzymują ten napór, tworząc warstwę ochronną – a owe manifestacje Natury redukowane są przy tym do kolorowego obrazka, do scenerii – do tła zaledwie, na którym rozgrywają się nasze tragedie, komedie, dramaty i farsy.

A jeśli by tak ze scenerii tych wydobyć to, co ludzkie? Czyli to, co można poznać, nazwać i opisać? Tylko czy rzeczywiście jest w nich jakiś „ludzki” element? Czy też raczej są to jedynie projekcje naszych wyobrażeń – próby oswojenia, udomowienia, okiełznania tego, co dzikie, pierwotne, i w istocie swojej jednak nieposkromione? Czy nie jest to tylko czymś w rodzaju rejestru naszych pobożnych (lub niepobożnych) życzeń? I zaklęć? Nie mamy wszak wyjścia: wyciągnięto nas za uszy z nicości, obdarowano (obarczono?) bytem i świadomością, z którą przecież trzeba coś zrobić. I w jakiś sposób się porozumieć. Nie tylko z podobnymi nam istotami, ale i tym wszystkim co nas otacza – nie tylko z tym, co żywe, ale i tym, co nieożywione. Czy jednak jest to możliwe? Czy też szukamy tylko komfortu łudząc się, że rozmawiamy z całym światem – może nawet z Bogiem, Absolutem i Kosmosem – podczas gdy w rzeczywistości mówimy do siebie samych, a odpowiada nam tylko nasze własne echo? I ta pustka niezmierzonych przestrzeni…

w poszukiwaniu złotych miast

Jeśli przed wiekami padaliśmy przed ziemskim krajobrazem na kolana, to czy nie było to bardziej powodowane strachem i bezradnością, niż zachwytem nad pięknem tej naocznej manifestacji kreatywności Natury, czy też – jak kto woli – samego Boga? Kiedy w 1540 r. hiszpańscy konkwistadorzy, poszukując mitycznych (choć w ich mniemaniu realnych) złotych miast Ciboli, po raz pierwszy stanęli na krawędzi Wielkiego Kanionu, to bardzo wątpię, czy ich prowodyr Francisco Vásquez de Coronado przyklęknął wtedy i przeżegnał się przejęty jego boską potęgą (jak to można zobaczyć na filmie wyświetlanym w technice IMAX na ogromnym ekranie turystom odwiedzającym Grand Canyon Village). Nie, on pewnie zaklął pod nosem, bo oto zobaczył na swojej drodze przeszkodę nie do pokonania: potężną, przepastną, głęboką na półtora kilometra dziurę w ziemi, która przekreślała ich plany obłowienia się złotymi łupami.
Kiedy w 1849 roku pionierzy – nota bene również powodowani i trawieni gorączką złota – chcąc skrócić sobie drogę do San Francisco, utknęli w spieczonej słońcem, wyschniętej, popękanej, pokrytej solą, piaskiem, żwirem i kamieniami, wielkiej jak dno morza niecce, to przez głowę im wówczas nie przeszła myśl, że ktoś kiedyś będzie się tą pustynią zachwycał. Tak jak to robią dzisiaj turyści, którzy – schronieni w klimatyzowanych pudełkach na kółkach –  szukają w tym miejscu wytchnienia przed klaustrofobią kasyn, oczopląsem neonów i szalonym zgiełkiem Las Vegas, położonego zaledwie o parę godzin jazdy stąd. Całkiem to inne doświadczenie, niż w epoce okrytych płótnem wozów, miesiącami poniewierających się na wertepach ledwie przetartych – lub zgoła wcale nieprzetartych – szlaków. Kiedy jakimś cudem zdołano nieszczęsnych „Forty-niners” z tego piekielnego zagłębienia wydostać, jedna z kobiet odwróciła się za siebie, mówiąc „Good bye, Death Valley” – chrzcząc w ten sposób miejsce, znane teraz na całym świecie jako Dolina Śmierci – i to bardziej znanej w kontekście turystycznej atrakcji, niż grozy.

.

Przestrzeń nieoswojona, nasycona barwą. Nieziemskie scenerie Doliny Monumentów (rezerwat Indian Nawaho w Arizonie)

Przestrzeń nieoswojona, nasycona barwą. Nieziemskie scenerie Doliny Monumentów (rezerwat Indian Nawaho w Arizonie)

.

Dla kogoś, komu w miarę idylliczne dzieciństwo upływało wśród łagodnych wzgórz Podkarpacia, w otoczeniu pól uprawnych i lasów, których szarość przełamywana była tylko zielenią łąk czy płowiejącą żółcią zbóż, zetknięcie się z amerykańskim rozpasaniem krajobrazowym, było bez mała szokiem. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tropikalną obfitość florydzkiej flory, czy też kaktusowy splendor arizońskiej pustyni – egzotyka tych widoków nie pozwalała mi odbierać je jako coś rzeczywistego. Bardziej przypominało mi to sen na jawie – albo film, który przesuwał się przed moimi oczami na ekranie wielkim jak otaczający mnie zewsząd widnokrąg. Czegoś podobnego – i to nawet intensywniej – doświadczyłem kiedy wjechałem na teren rezerwatu Indian Nawaho w Arizonie a przed moimi oczami pojawiła się słynna Dolina Monumentów, klasyczne, rzec można (a zarazem egzotyczne) miejsce, kojarzone niezmiennie z Dzikim Zachodem.

zderzenie z metropolią

Pierwsze było jednak amerykańskie miasto – cywilizacja, która zaczęła się piąć, cegła po cegle, stopa po stopie, piętro po piętrze, na niebotyczną wysokość, tworząc kaniony ze szkła, betonu, aluminium i stali – labirynt ulic i budynków, wśród których krzątał się i biegał za swoimi sprawami tysięczny tłum ludzkich mrówek. Pamiętam jak na Michigan Avenue w śródmieściu Chicago po raz pierwszy zadzierałem głowę, by dosięgnąć wzrokiem szczytów niebosiężnych drapaczy chmur – skala tego wszystkiego zawracała mi w głowie, przytłaczała, lecz z drugiej strony powodowała, że krew w moich żyłach krążyła raźniej, czuło się ten zastrzyk adrenaliny, który bardziej niż do ucieczki, zmuszał człowieka… może nie tyle do ataku, co do działania – serce biło mu mocniej, miechy płuc pracowały szybciej.

Mimo uderzającej homogenizacji amerykańskiej zabudowy, miasto miastu w Stanach nierówne i każde z nich ma swój charakter – nawet jeśli na pierwszy rzut oka jest to brak charakteru. Wprawdzie w ciągu ostatnich paru dekad Ameryka straciła w świecie hegemonię jeśli chodzi o budowanie najwyższych wieżowców, tudzież miejskich kompleksów przypominających olbrzymią betonową dżunglę poprzecinaną arteriami dróg i autostrad, to nadal tak zwane downtown, czyli gęsto zabudowane śródmieścia amerykańskich miast robią spore wrażenie, zwłaszcza na kimś, kto przyzwyczajony jest do europejskiej nisko-pienności budynków i topograficznej różnorodności miast Starego Kontynentu.
Największe skupisko „drapaczy chmur” to oczywiście Nowy Jork, a konkretnie Manhattan. Tuż za nim plasuje się Chicago, następnie kępka wieżowców na zachodnim krańcu kontynentów w miejscu, które ktoś określił jako „kilkanaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”, czyli w Los Angeles, trochę jest ich w Seattle, San Francisco, San Diego; na Wschodzie: w Bostonie, Filadelfii, Miami… no a później jest długo, długo nic – i wreszcie mamy dość skromne dowtown innych miast Ameryki, na które składa się kilkanaście lub kilkadziesiąt wieżowców, usiłujących zwrócić na siebie uwagę różnych firm, urzędów i biznesmenów.

bez ziemi jałowej i skowytu

Lecz to co się działo w miastach raczej nie było moją bajką. Innymi słowy: nigdy nie mogłem przekonać się do tego urbanistycznego raju. Wprawdzie nie nawiedzały mnie apokaliptyczne wizje, które w swoim „Skowycie” roztaczał Ginsberg, ani nie prześladowała mnie tak cywilizacyjna nicość, która według Eliota rozkwitała z absurdalną bujnością na naszych zabudowywanych coraz gęściej „ziemiach jałowych”, to miasto bardziej mnie odrzucało, niż nęciło – stawało się rodzajem przymusowego zesłania, w którym można było wprawdzie wieść życie wygodne i w miarę bezpieczne, lecz sztuczność tego dawała o sobie znać na każdym kroku. Kiedy więc tylko mogłem, uciekałem z dala od miejskiej cywilizacji – a najlepszym miejscem ucieczki okazał się amerykański Zachód.

wstęgą szos

Amerykańskimi drogami przemierzyłem setki tysięcy mil. Dzięki temu przez kilkanaście lat zrosłem się niejako z kontynentem – jego krajobrazy majaczyły nie tylko w snach, ale i na jawie – i do dzisiaj wystarczy, abym tylko przymknął oczy, by przywołać pod powiekami pejzaże zbliżające się w przedniej szybie samochodu, mijające po jego bokach i uciekające do tyłu we wstecznych lusterkach wehikułu napędzanego paliwem, które wydarliśmy wnętrzu tej ziemi. To marzenie me spełnione – od dziecka bowiem pragnąłem zmierzyć się z bezkresem amerykańskich dróg, znaleźć się w środku nieziemskiego (jak mi się wtedy wydawało) – pustynnego, górzystego lub leśnego – obszaru, który był dla mnie wówczas synonimem wolności, przestrzenią, którą można się było zachłysnąć – odurzyć swobodą, jaką to wszystko obiecywało i jednak dawało.

Z ogromu kontynentu wynikają pewne konsekwencje dla kogoś, kto porywa się, by przemierzyć go drogą lądową: setki mil jakie trzeba przebyć każdego dnia pokonując dystanse, które w Europie równoznaczne byłyby z przekroczeniu kilku państwowych granic, zaś tutaj – zwłaszcza na tzw. Środkowym Zachodzie, czyli na terenie Wielkich Równin – porazić mogą monotonią nic-nie-dziania-się: scenerią, której repetywność znęca się nad naszą potrzebą zmiany potrzebnej nam do poczucia tego, że jednak przemieszczamy się z jednego miejsca w drugie i że zbliżamy się do celu naszej podróży, który wszak rzadko w Ameryce jest tej podróży kresem.
Choć kiedy pierwszy raz znalazłem się na autostradzie przecinającej obszary Wielkch Równin – jadąc samochodem z Chicago do Denver – nie nudziłem się ani przez chwilę, bo równinną monotonię skutecznie przepędzała moja ekscytacja tym, że oto sam zdążam wreszcie na podbój Dzikiego Zachodu, którego legenda mocno siedziała jeszcze w mojej głowie od czasów dziecięcych lektur o pionierach, kowbojach, bandytach i Indianach. Już pogodzony byłem z tym, że dawne dzikie prerie, na których pasły się jeszcze w XIX wieku nieprzeliczone stada bizonów, zostały zaorane, „uprawione”, a morze traw i krzewów zamieniło się w bezkresne szachownice pól kukurydzianych i sojowych, warzywnych i zbożowych… lub w wielkie pastwiska, po których leniwie przemieszczało się bydło i konie. Wiedziałem jednak, że to zagospodarowanie nie dotarło do miejsc, które rzeczywiście pozostały dzikie; że oparły się temu pustynie i niektóre puszcze, że zatrzymała go niedostępność gór, chroniły brzegi jezior, rzek i wreszcie samego Oceanu.
Po kilkunastu godzinach jazdy – po przebyciu półtora tysiąca kilometrów – teren zaczął się lekko marszczyć a na horyzoncie zamajaczyło coś, co zrazu mogło przypominać miraż lub fatamorganę. Nasza cierpliwość i wytrzymałość doczekała się swojej nagrody, bo oto wyrastała przed nami zwarta ściana wypiętrzonych przed dziesiątkami milionów lat skał, pokryta białymi czapami lodowców i śniegu – a całe to zjawisko widoczne już było z odległości przynajmniej stu mil. Zbliżaliśmy się do Gór Skalistych.

.

Na krętej, piaszczystej drodze przez czerwoną pustynię (Grand Staircase Escalante w Utah)

Na krętej, piaszczystej drodze przez czerwoną pustynię (Grand Staircase Escalante, Utah)

.

jak na filmowym planie

Cały amerykański Zachód przypomina jeden ogromny plan filmowy, z czego zresztą ochoczo korzystało Hollywood od samego zarania. Nawet pustynia, którą mylnie i nieadekwatnie jednak kojarzymy z pustką, jest tam malownicza i fotogeniczna, i w dobie rozwiniętej motoryzacji – która skutecznie odsuwa od nas grozę wyczerpania i śmierci z braku wody i przegrzania – może dostarczyć niemałej rozkoszy obcowania z tym niezwykłym, zwłaszcza dla Europejczyka, pustynnym, lecz mimo wszystko udekorowanym niesamowicie przez Naturę, atelier.

Gęsta sieć amerykańskich dróg daje złudzenie, że można tutaj dotrzeć wszędzie. Wrażenie to potęguje fakt, że Amerykanie budowali drogi w zupełnie fantastycznych – wydawałoby się niedostępnych – miejscach, których jedyną racją istnienia było to, że… można się było tą drogą przejechać. Tak więc, celem ich powstania było właściwie to, żeby po nich do pewnych miejsc dotrzeć i zobaczyć je na własne oczy. Stąd tzw. „scenic drives” – drogi dla wielu zmotoryzowanych wagabundów kuszące, bo obiecujące spotkanie z widokiem jeszcze bardziej spektakularnym niż te, które oferowały zwykłe drogi tranzytowe, prowadzące ludzi z punktu A do punktu B w jakimś ściśle określonym – utylitarnym i praktycznym – celu.

przez skalne fanaberie

Jest kilka takich niezwykłych traktów przejezdnych, które w tej chwili przychodzą mi na myśl. I nie przypadkowo biegną one zazwyczaj przez wydzielone tereny parków narodowych, które to instytucje określił ktoś kiedyś jako najlepszy pomysł, jaki dały Stany Zjednoczone światu. Coś w tym jest na rzeczy, bo, tak jak wiele z amerykańskich tworów i idei zaczyna się teraz kompromitować, to wyjątkiem są właśnie parki narodowe, gdzie można jeszcze spotkać w miarę nieskażoną, bujną i pierwotną przyrodę w topograficznym ziemskim raju, niezmienionym jeszcze przez coraz bardziej panoszącą się cywilizację.
Drogi, które tu mam na myśli, znajdują się zazwyczaj w górach – w każdym razie tam, gdzie różnica poziomów jest znaczna i gdzie inżynierowie i projektanci musieli pokonać naturalne przeszkody, które zazwyczaj piętrzą się w rejonach o specjalnych walorach krajobrazowych. Tak jest np. w położonym na terenie stanu Utah, Parku Narodowym Zion, gdzie wstęga czerwonego asfaltu wije się wśród fantazyjnych, żółto-pomarańczowo-czerwonych zboczy, które były kiedyś niczym innym jak ogromnymi piaszczystymi wydmami, lecz później skamieniały i wyglądają dzisiaj niczym jakaś kolorowa skalna fanaberia, unikalna w skali całego naszego globu.
W Parku Narodowym Doliny Śmierci jest z kolei serpentyna, dzięki której wdrapać się można na szczyt jednej z gór łańcucha Amargosa, do punktu widokowego zwanego obrazowo – ale i wymownie – Dante’s View, bo widok z niego zaiste jest piekielny, a jednak niewątpliwie piękny: w dole, z wysokości ponad mili widoczna jest bowiem w całej okazałości – jak długa i szeroka, z ogromnym liszajem białej saliny – Dolina Śmierci, najgorętsze i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej.

drogi do nieba

Niewątpliwie jedną z najpiękniejszych scenicznych dróg świata jest słynna Going-to-the-Sun Road, przecinająca Park Narodowy Lodowców w Montanie, otoczona górską scenerią, z którą konkurować mogą jedynie niektóre, co bardziej urodziwe zakątki najsłynniejszych gór świata, jakie niewątpliwie można znaleźć w Alpach, Himalajach, Andach, w górach Patagonii czy Kaukazu.
Going-to-the-Sun jest drogą prowadzącą z jednej strony górskiego łańcucha na drugą, przez przełęcz Logan Pass (nota bene pokrywa się ona z pradawnym indiańskim szlakiem, któremu zawdzięcza swoją, jakże obrazową, nazwę). A drogi prowadzące przez przełęcze to osobny „genre” niezwykłych amerykańskich dróg, z natury swej niezwykle spektakularny. Wystarczy, że wspomnę o tych najbardziej prominentnych: drodze Trail Ridge, która w Parku Narodowym Rocky Mountains, przełęczami Millner, Fall River i Iceberg prowadzi ze wschodnich rubieży Gór Skalistych na ich część zachodnią; jak również o drodze Tioga, która w Parku Narodowym Doliny Yosemite, przełęczą Tioga przenosi nas z jednej strony gór Sierra Nevada na drugą, biegnąc wśród majestatycznych granitowych zboczy, ścian i pełnych głazów rubieży, w sąsiedztwie jezior o krystalicznie czystej wodzie i obok kamiennych zboczy porośniętych starymi – schłostanymi przez śnieżne burze i wymęczonymi zimowymi mrozami – karłowatymi sosnami, których niezwykłe, poskręcane pnie, przez setki lat rzeźbił cierpliwie i niestrudzenie wiatr.

Amerykanie wybudowali też drogi, których jedynym celem jest dotarcie zmotoryzowanym wehikułem na najwyższe góry. Najbardziej chyba znaną jest tzw. Pikes Peak Highway prowadząca niemal na sam szczyt góry Pikes Peak, położony na wysokości 4,301 m n.p.m. górujący ponad dwa i pół kilometra nad pobliskim miasteczkiem Colorado Springs. Aby dotrzeć od podnóża tej góry na jej szczyt, trzeba pokonać aż 31 km. Ponadto jest się narażonym na atak choroby wysokościowej, wiec osoby o słabszym sercu i skaczącym ciśnieniu, winny raczej zawrócić w połowie drogi, gdzie kończy się nawierzchnia asfaltowa, a zaczyna żwirowa. Góra zdobyła w XIX wieku sławę, a to z racji zawołania „Pikes Peak or Bust!” (w wolnym tłumaczeniu: „Wóz albo przewóz!”), jakie było popularne wśród pionierów i poszukiwaczy złota, którzy – prąc na Zachód i przemierzając Wielkie Równiny – wypatrywali wiadomego szczytu. A kiedy go dostrzegli, to mogli być już pewni, że ich długa podróż dobiega kresu, bo oto najbardziej prominentny pik granitowej ściany Gór Skalistych, jest w zasięgu ich wzroku.

Nie sposób nie wspomnieć także przy tej okazji o drogach prowadzących na monumentalne wulkany będące częścią „Pacyficznego Pierścienia Ognia”, które na kontynencie amerykańskim leżą w obrębie Gór Kaskadowych, stanowiących przedłużenie pasma Sierra Nevada –  mających swój początek w północnej Kalifornii (Park Narodowy Lassen Volcanic) i ciągnące się aż po Brytyjską Kolumbię na terenie Kanady. Chodzi przede wszystkim o takie zjawiskowe miejsca, jak Mt. Shasta, Crater Lake, Mt. Hood, Mt. St. Helens, Mt. Baker i najbardziej niezwykłe z nich: Mt. Rainier. Na wulkany te jeszcze w naszym szkicu wrócimy, gdyż bez wątpienia należą one do najpiękniejszych, a jednocześnie najbardziej osobliwych zakątków Ameryki Północnej. Dwa z nich: Jezioro Kraterowe w Oregonie i właśnie Mt. Rainier w stanie Waszyngton, doczekały się nawet statusu narodowych parków.

(c.d.n.)

.

Scenerie godne oka Ansela Adamsa (Dolina Yosemite)

Spektakle Natury godne oka Ansela Adamsa (Dolina Yosemite, Kalifornia)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

Advertisements

komentarzy 35 to “AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: KONTYNENT, MIASTO, DROGA…”

  1. Pani Peonia Says:

    Dzięki za przypomnienie miejsc, w których kiedyś byłam… :)

    • Logos Amicus Says:

      A można wiedzieć, w których byłaś? I jakie wrażenia wyniosłaś ze spotkania z nimi?

      • Pani Peonia Says:

        Siła by gadać, ale żałuję, że nie byłam w Bostonie. Podobno „europejskie” miasto. Byłam w Stanach 3 lata na studiach, wędrowałam po Yosemite i Kolorado, i Yellowstone. Byłam na Florydzie i zwiedziłam Zachód wzdłuż 66-tki. Pięknie było, chętnie bym tam jeszcze pojechała jako osoba dojrzalsza psychicznie, ale pewnie już nie będę miała czasu.
        A wrażenia: przede wszystkim zadowolenie, że poznałam inne podejście do świata – nie lepsze czy gorsze, po prostu inne. Myślę, że przyczyniło się to do mojej większej tolerancji. Ale jako rzekłam – siła by gadać. Pozdrawiam! Bardzo lubię twój blog!

        • Logos Amicus Says:

          Nowa Anglia, to bardzo specyficzny rejon Ameryki. Niektóre zakątki Bostonu przypominają (architektonicznie) Europę, ale z tą „europejskością” miasta bym nie przesadzał. To jest jednak przede wszystkim „Ameryka” – nie zapominajmy, że to tutaj rozpoczęła się rewolucja i amerykańska walka o niepodległość.

          Tak, Amerykanów można poznać dopiero wtedy, kiedy się z nimi bezpośrednio styka. Ci z „prowincji” są zupełnie inni od tych, którzy mieszkają w miastach. Po świecie zaś krążą o Amerykanach stereotypy wynikające ze sposobów, w jakie przedstawia się ich w mediach, a zwłaszcza w filmach (zarówno telewizyjnych, jak i kinowych).
          To prawda, że społeczeństwo amerykańskie jest tolerancyjne (rasizm teraz to jednak margines, o wiele groźniejszym zjawiskiem jest coraz większe rozwarstwienie społeczeństwa jeśli chodzi o poziom dochodów i podział majątku).

          Skoro widziałaś Yosemite, Kolorado, Yellowstone… to bez wątpienia zakosztowałaś piękna i niezwykłości amerykańskiego krajobrazu.

        • Pani Peonia Says:

          Tak – kiedyś przeżyłam nawet deszcz Perseidów na wysokości ok 4000 metrów npm. Takich przeżyć sie nie zapomina nigdy. Pozdrawiam!

        • Logos Amicus Says:

          Przeżycie jest warunkiem sine qua non pamiętania ;)

  2. traveleum Says:

    Świetny wpis i ładne zdjęcia. Czuję się zachęcony do dalszej eksploracji Stanów. Przebyte prawie 4000 km okazuje się być jeszcze kroplą w morzu… Pozdrawiam tym razem z Warszawy!

    • Logos Amicus Says:

      Zachęcać do dalszej eksploracji Stanów o tyle łatwiej, że można to robić absolutnie szczerze ;) – nie sposób rozczarować się tym, co oferuje zwłaszcza amerykański Zachód.

      PS. 4000 km to już nie kropla w morzu… bardziej haust pozwalający lepiej zakosztować Ameryki.
      Pozdrawiam z Chicago.

  3. Z ciekawych blogów: AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM / Wizja lokalna | PilociWycieczek.pl Says:

    Dzień dobry!
    Właśnie poleciłem blog: http://pilociwycieczekgrono.wordpress.com/2013/10/02/wizja-lokalna/
    Pozwoliłem sobie z FB dołączyć wizerunek, ale jeśli to nadużycie z mojej strony, to z góry przepraszam i poprawię grafikę!
    Pozdrawiam
    Piotr Kruczek
    http://www.PilociWycieczek.pl

    […] FRAGMENT z: AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM / Wizja lokalna: […]

  4. Miriam Says:

    Wspaniały dokument:

    • Logos Amicus Says:

      Zgadzam się, bardzo dobry dokument – przybliża nie tylko sylwetkę najsłynniejszego amerykańskiego fotografa Natury i krajobrazu, ale i pokazuje piękno kontynentu – to wszystko, co jest kwintesencją amerykańskiego pejzażu.
      Dziękuję za przypomnienie Ansela Adamsa i jego spojrzenia na Amerykę.

  5. Tak, opis świetny, zdjęcia... przeniosłam się na moment i nie chciało się wracać :) Says:

    Tak, opis świetny, zdjęcia… przeniosłam się na moment i nie chciało się wracać :)

  6. Andrzej Kulka Says:

    Wielki Kanion, kolejna przeszkoda w fiskalnym zyciu rzadu USA, ZAMKNELI !

    • Logos Amicus Says:

      Zamknąć Wielki Kanion! – i kto to mówi, że amerykański rząd jest coraz słabszy?

      • Andrzej Kulka Says:

        Zamkniecie Wielkiego Kanionu wymagalo Wielkiej zaiste Sily. Trzy drogi wjazdowe, czyli, powiedzmy 12 plastkowych, pomaranczowych pacholkow, do tego kilku pacholkow sensu stricto paletajacych sie przy bramkach. Zal mi tych wzystkich turystow, ktorzy marzyli o fantastycznych barwach jesieni w miejscach cudownych. Mam nadzieje ze gubernator Arizony nie dopusci do upadku lokalnego biznesu hotelarsko-zywieniowego i wykona to samo co kilkanascie lat temu, i co widzialem na wlasne oczy: POSLAL UZBROJONA GWARDIE ABY USUNELA RANGERSOW I Z USMIECHEM WPUSZCZALA WSZYSTKICH do Przyrodniczego Dziedzictwa Swiata. Oficjalne media USA m i l c z a l y !. Ja tez zaniemowilem. Gubernator przeciwstawil sie wtedy Clintonowi, ale zrobi tak Obamie ?

        • Logos Amicus Says:

          Czyli gubernator Arizony okazał się wtedy silniejszy, niż ówczesny rząd federalny. Podoba mi się to. Tym razem chyba będzie inaczej, bo inne są już władze stanowe Arizony, a gra jest teraz bardziej ideologiczna, niż ekonomiczna. Choć to skandal, żeby rozgrywać własne polityczne i partyjne gierki-bierki, robiąc sobie ze społeczeństwa zakładnika (pod pretekstem reformy opieki zdrowotnej). Poza tym, to jest jednak głupota: pozbawiać się (chodzi o państwową kasę) dziesiątków milionów dolarów wpływów (z opłat za wstępy), a i zwykłe chamstwo nieliczenia się z wielkimi stratami, jakie ponoszą z tego powodu lokalne biznesy, które każdego dnia tracą ok. 75 mln. dolarów z powodu zamknięcia parków narodowych i innych miejsc należących do National Park Service.

        • Andrzej Kulka Says:

          A co maja powiedziec turysci japonscy i niemieccy, dla ktorych pazdziernik to najlepszy miesiac na zwiedzanie Dzikiego Zachodu. Jest ich teraz mnostwo od LAX po SFO, Kanion i Phoenix. Kupili bilety, zarezerwowali transport i przewodnikow…

        • Logos Amicus Says:

          Na pewno mają wiele do powiedzenia teraz i będą mieli jeszcze więcej do powiedzenia po powrocie do swoich krajów. Dzięki temu Ameryka (choć powinienem raczej napisać: amerykańscy politycy i rząd) ma coraz lepszą opinię w świecie. A politycy, z kolei, mają coraz mniej wstydu – o zwykłym poczuciu przyzwoitości i liczeniu się ze społeczeństwem nie wspominając. Zresztą, naiwnością chyba byłoby wymagać tego od polityków. Ale kiedy ich postępowanie przestaje być racjonalne i zupełnie oderwane od rzeczywistości w jakiej żyje większość społeczeństwa – to już jest poważny problem.

  7. AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W DRODZE | WIZJA LOKALNA Says:

    […] część drugą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ […]

  8. małgośka Says:

    Na ostatnim zdjęciu: nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale w tle chyba góra El Capitan (czy jakoś tak:)

  9. Onibe Says:

    przepiękne widoki… prawdziwie imponujący rozmach przyrody, ale i niezwykłe podejście do tematu krajobrazu ze strony człowieka. Nigdy nie byłem w USA (najbliżej zdarzyło mi się być na Kubie) i jakoś nie do końca mnie tam ciągnie… jednak myślę, że kiedyś warto będzie odwiedzić te miejsca…

    • Logos Amicus Says:

      Widziałem kiedyś na Twojej stronie zdjęcia z Kuby – domyśliłem się że tam byłeś (byliście?), ale nie przypominam sobie, abym czytał jakiś twój tekst opisujący tę podróż czy też poświęcony Kubie. Wyglądało to tak, jakbyś do tej podróży podszedł… dyskretnie ;)

      Ciekaw jestem jakie są przyczyny Twojej powściągliwości w chęci odwiedzenia Stanów?
      Rozumiem, że jesteś z młodszego pokolenia, niż ja, i kiedy Ty dorastałeś, Ameryka (Stany Zjednoczone) stawały się raczej passé.
      Mam nadzieję, że nie ma to nic wspólnego z amerykańską polityką zagraniczną, ani z amerykańską kulturą. Bo jeśli wrażliwy jesteś na splendor przyrody i niezwykłość krajobrazów, to żałuj :)

      • Onibe Says:

        na Kubie byłem jeszcze przed poznaniem Izy, ale mamy w planach naprawienie tego błędu ;-). Nie pisałem nic o Kubie, ale nie z konkretnego powodu. Nie było chyba okazji. Jakiś czas temu doszedłem jednak do wniosku, że warto zachować trochę wspomnień przed zapomnieniem, więc jak starczy mi czasu, to wrzucę na onibe opóźnioną relację z pobytu w krainie Castro ;-).

        Przyznaję, że Ameryka kojarzy mi się bardziej jako mocarstwo niż ląd. I do Amerykanów nie tęsknię. Mam ich po dziurki w nosie: pełno ich w tv, radiu, wszędzie… cała kultura nimi stoi, więc odwiedzenie ich na amerykańskim terytorium wydaje mi się drobną przesadą. Choć jest to raczej emocjonalna wątpliwość, nie solidny próg. Jak się pojawi okazja to – mimo wszystko – odwiedzę USA. Może nawet szybciej niż mi się wydaje, bo niewykluczone, iż będę tam musiał się udać w interesach…

        co do wrażliwości na splendor przyrody to przyznaję: jestem winny ;-). I to ostatecznie pewnie przeważy… będę chciał zobaczyć te cuda, o których tylko czytam.

        A przy okazji, gdzieś mignął mi Twój komentarz na moim blogu (wyświetlił się na komórce, na aplikacji wordpress), ale nie mogę go za żadne skarby znaleźć. I zwątpiłem już czy rzeczywiście go widziałem czy nie…

        • Logos Amicus Says:

          „I do Amerykanów nie tęsknię. Mam ich po dziurki w nosie: pełno ich w tv, radiu, wszędzie… cała kultura nimi stoi”

          To nadal tak to wygląda z europejskiej perspektywy? ;)
          A ja myślałem, że – przynajmniej na Starym Kontynencie – odstawiło się Amerykę na dalszy plan – co zresztą byłoby pożądane, bo moim zdaniem, zwłaszcza w XX wieku, przesadzano na świecie z tym wpatrzeniem w Amerykę i kopiowaniem od niej przeróżnych wzorców kulturowych (bo samo inspirowanie się amerykańskim rozwojem technologicznym nie zawsze było czymś złym).

          Moim zdaniem niepotrzebnie nabierasz niechęci do Amerykanów z tego tylko względu, że „pełno ich w tv, radiu, wszędzie”… Zauważ, że to w zasadzie nie jest wina amerykańskiego społeczeństwa, tylko mediów, reklamy, kultury masowej… I weź jednak pod uwagę to, że ten (sztucznie przecież) kreowany image, może się jednak różnić od rzeczywistego.
          Napiszę tylko, że moje kontakty z Amerykanami w czasie moich (licznych onegdaj) podróży po tym kontynencie, niemal zawsze były czymś pozytywnym, zwłaszcza na prowincji. (Czego już nie mogę powiedzieć o moich podróżach europejskich, w czasie których, niestety, częściej spotykałem się jednak z ludzką niechęcią, czy po prostu złym traktowaniem „obcego” przybysza.)

        • Onibe Says:

          nie twierdzę, że to ich wina. To po prostu kwestia przesytu. Polska kultura jest bardzo anemiczna, pełna wstydu i skrępowania. Wyszliśmy ze wsi i wydaje się nam, że im szybciej będziemy kopiować zewnętrzne wzorce tym bardziej się ucywilizujemy. Jak wejdziesz do księgarni to ok 75% pozycji będzie napisanych za Atlantykiem. W kinie podobna ilość filmów jest importowana z Hollywood. Radio… trudno powiedzieć… ale nie zdziwiłbym się, gdyby współczynnik muzyki amerykańskiej do europejskiej i polskiej był jeszcze wyższy. Nie mam nic przeciwko dobrym książkom, filmom czy muzyce z USA, ale problem polega na tym, że wydawcy wolą postawić na bardzo kiepskiego Amerykanina niż niezłego Polaka – bo amerykańskie nazwisko obiecuje świat, blichtr i coś więcej…

          winić musimy sami siebie, tym niemniej, czasami człowiek tak sobie myśli, że skoro nawet w lodówce ma Amerykę, to po cholerę płacić fortunę na bilet lotniczy by odwiedzić tamtą, za oceanem ;-)

          Masz wiele racji z oceną ludzi – w Europie jest z tym czynnikiem coraz gorzej. Europa utknęła w nieciekawym punkcie – jest zmęczona i przestraszona. Zagubiona. To widać. W USA – chyba – jest jednak większy dystans, zwłaszcza na prowincji, a i ludzie żyją w oderwaniu od tego co jest pokazywane w wiadomościach…

        • Logos Amicus Says:

          czasami człowiek tak sobie myśli, że skoro nawet w lodówce ma Amerykę, to po cholerę płacić fortunę na bilet lotniczy by odwiedzić tamtą, za oceanem ;-)

          Bo w lodówce nie zobaczysz jednak Yellowstone, Wielkiego Kanionu, Yosemite, parków narodowych w Utah… ;)

        • Onibe Says:

          trafiony, zatopiony ;-)

  10. AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W PUSTYNI I W PUSZCZY | WIZJA LOKALNA Says:

    […] część pierwszą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ, zaś część drugą – […]

  11. Z ciekawych blogów: AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM / Wizja lokalna | PilociWycieczek.pl Says:

    […] FRAGMENT z: AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM / Wizja lokalna: […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s