UCZTA BOGÓW

(zapiski VIII)

 

*

Cézanne powiedział pewnego razu o Monecie: „Monet to tylko oko. Ale, mój Boże, co za oko!”
Mam wielki szacunek do Moneta (to jedyny naprawdę „czysty”, esencjonalny wręcz impresjonista par excellence: w końcu to od jego obrazu „Impresja: wschód słońca” zaczęło się – i to nie tylko nominalnie – całe to zamieszanie wokół nowego kierunku w malarstwie) lecz, paradoksalnie, to co stanowi o jego wielkości – czyli własna wizja malarstwa doprowadzona konsekwentnie do samego końca – mnie od niego oddala (by nie napisać „odpycha”).
Dlatego bardziej podoba mi się Monet z pierwszych okresów swojej twórczości, niż z tego ostatniego, gdzie doszedł on moim zdaniem do takiego przedstawiania widzialnego świata, które było dostrzegalne już tylko dla jego oka, ale nie dla oka innych (nie zapominajmy, że cierpiał on na chorobę oczów, co nie jest w tym wszystkim bez znaczenia).
Dlatego, kiedy ktoś zachwyca się np. tymi ledwie czytelnymi panoramami stawów z nenufarami, które umieszczono w paryskiej Oranżerii (gdzie zgromadzono największe formatowo dzieła mistrza) to ja podejrzewam w tym niestety odruch gremialny, autosugestię, percepcyjną nadinterpretację, automatyczne powielanie zachwytów, a może nawet – po prostu – snobizm i nieszczerość… A już nazwanie tego „Kaplicą Sykstyńską Impresjonizmu” to według mnie egzaltacja i tak charakterystyczna dla fanatyków (no dobrze… fanów) sztuki współczesnej przesada.

Moja niechęć do późnego Moneta wynika pewnie także z mojego przywiązania do formy, którą Monet – programowo zresztą – odrzucił, na rzecz rejestracji wrażenia jakie daje kolor, czyli światło. Abstrakcyjna gra kolorów może sprawiać frajdę w oglądaniu, ale jeśli przywiązana zostaje ona do realnego przedmiotu (tak jak to robił swoim pędzlem Monet usiłujący uchwycić, oddać i utrwalić na malarskim płótnie Naturę) to traci ona swoją wolność i spontaniczność na rzecz pewnej kalkulacji i ograniczenia, które udaje tylko swobodę kreacji, a tak naprawdę staje się pewnym rodzajem obsesji. Na dodatek, to co inni mogliby nazwać absolutnym wtopieniem się malarza w refleksy i grę światła na przedmiotach realnych, mnie zaczyna przypominać… no cóż… plamę.
Mam nadzieję, że wytłumaczyłem się nieco z mojej rezerwy wobec fenomenu moneto-manii.

greydot
Rozmawiając kiedyś o Rubensie, usłyszałem od mojej interlokutorki taką oto opinię: „Z ta kreską Rubensa nie zrozumiałeś mnie. Ja nie użyłam zwrotu delikatna, a łagodna. Łagodna, mimo że zdecydowana i zamaszysta. Chciałam powiedzieć, że lubię linię o niekanciastych konturach, ciągłą, a nie przerywaną i ostrą. Linia Rubensa jest również łagodna z tego względu, że rozmywa ją gra światła.”

Jestem gotów zgodzić się z tym, że kreska Rubensa jest miejscami łagodna, choć może jednak lepiej byłoby ją nazwać… miękką. Poza tym kreska kojarzy się raczej z linią prostą, lub zbliżoną do prostej. Natomiast Rubens nie używa prawie w ogóle form kanciastych, prostolinijnych – tylko zaokrąglonych, obłych (i nie dotyczy to jedynie owych słynnych “rubensowskich kształtów”), często nawet dość fantazyjnie “zakręconych”.
Dawniej Rubens wydawał mi się przesadnie wybujały, trochę taki gruboskórny, może nawet lekko “prostacki” i “dosłowny”, nacechowany barwnym przesytem i nadużywający przerośniętej nieco formy. Ale kiedy przyjrzałem się mu bliżej – właśnie “na żywo”, w wielu galeriach – to tę jego obfitość zaakceptowałem a nawet polubiłem i obecnie jest on jednym z moich najbardziej ulubionych malarzy. To był zresztą człowiek, którego rozsadzała energia życiowa (nie znam wśród malarzy kogoś, kto by mu w tym dorównywał – aby się o tym przekonać wystarczy, choć z grubsza, zapoznać się z jego biografią). I to wszystko przekładało się na jego malarstwo – cały ten bujny witalizm.
I jeszcze jedno. Dla mnie jest on przykładem malarza, którego obrazy zdecydowanie zyskują, kiedy się je widzi bezpośrednio. A nie ze wszystkimi artystami pędzla tak bywa. Np. płótnami Velazqueza, którego zawsze bardzo lubiłem (znając go jedynie z reprodukcji), kiedy zobaczyłem je z bliska w madryckim Prado (galeria ta posiada największy zbiór “velazquezów” na świecie, podobnie zresztą jak obrazów Goi), poczułem się lekko rozczarowany. Tak, jakby w bliskim kontakcie, straciły w moich oczach swoją doskonałość. Być może dlatego, że zostały one skonfrontowane z moimi – idealizującymi je – wyobrażeniami?

greydot

Czy rzeczywiście świat idzie zawsze w dobrym kierunku? A może rzadko się tak dzieje i mimo postępu (np. technologicznego, czy organizacyjnego) cofamy się w naszym wymiarze psychologicznym, duchowym, rozmijając się często z metafizycznym ładem i z jakąś harmonijną emanacją Boga, Kosmosu? Hegel twierdził, że Historia niejako przymusza ludzkość do ciągłego postępu. Tym, jak wiadomo, przejęli się nie tylko marksiści, ale i faszyści – no i czym to się skończyło, to wiemy: „dobrodziejstwem” europejskich totalitaryzmów.
Być może to wrażenie, iż świat rzadko idzie w dobrym kierunku wynika z tego, że każda dobra epoka ma swój koniec, a po niej następują złe czasy – kryzysy, upadki imperiów, katastrofy, wieki „ciemne”…? Czyli po 7 latach tłustych zawsze musi być 7 lat chudych.
A może rzeczywiście nasze czasy są specyficzne, choćby ze względu na demograficzną eksplozję połączoną z gwałtownym rozwojem technologii i super-szybkim przepływem informacji, (której nikt nie jest w stanie przyswoić i „przerobić”, czyli do końca zrozumieć)?

greydot

Dlaczego przemy ku wojnie?
Czyżby odpowiedzią było to, co kiedyś powiedział Brecht?: „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoją drogę”.
To by oznaczało, że nie możemy się uwolnić od wojennego fatalizmu.
Jednak nie sądzę, że jesteśmy na to skazani – że wojen nie da się uniknąć, że wynikają one z jakiejś naszej genetycznej skazy. Myślę, że z tego błędnego koła wzajemnego zabijania się jesteśmy w stanie się uwolnić – a to dzięki naszej kulturze.
Ale do tego, niestety, droga jeszcze bardzo daleka – nic takiego na horyzoncie się nie pojawia. Wręcz przeciwnie, widać nowe potęgi, które na pewno z siły militarnej nie zrezygnują (np. Chiny), i które najprawdopodobniej wykorzystają wojskową przemoc do podboju nowych terytoriów (np. Syberia). Nadal mocarstwa to państwa kogucie – ze Stanami Zjednoczonymi, które nadal pozują na globalnego policjanta, na czele.

Dlaczego stale popełniamy te same błędy i co rusz pakujemy się w wojenne piekło? Ze słabości, braku wyobraźni, głupoty? Z chciwości, żądzy podboju – z chęci panowania nad innymi i czerpania z tego korzyści? Bo tak jesteśmy zaprogramowani? Ponieważ poddani jesteśmy prawom Natury? Bo wojna i przemoc są w nas – i zawsze będą?

Ludzie, tak naprawdę, nie mają pojęcia o wojnie (oprócz tych, którzy przeszli przez jej gehennę – choć i tak niektórzy z nich wydają się o swoich wojennych doświadczeniach zapominać). Tych zaś, którzy zdają sobie sprawę z mechanizmów jej działania, z jej podstępności, jest niewielu. Ich głos ginie w medialnym jazgocie, konsumpcyjnym zgarnianiu i przerabianiu dóbr, w rozrywkowych hecach, w skupianiu się na bzdurkach i bzdetach… Ci, którzy chcą mieć święty spokój (uprawiając własny ogródek), zamykają oczy. Ponadto, zdecydowana większość społeczeństwa, zwłaszcza młode pokolenia, uważają wojnę za jakąś abstrakcję, za coś co się działo kiedyś, ale co się już nie może wydarzyć teraz. Więc po co sobie głowę tym zawracać?
Lecz kiedy budzimy się z ręką w nocniku, to jest już za późno.

greydot

Ktoś – po tym, jak wyraziłem wątpliwość, czy ludzie, ogólnie, na pokój – zapytał mnie, czy sam zasługuje na pokój.
Nie, nie zasługuję.
Na pokój zasługują tylko Ci, którzy radykalnie odrzucają przemoc (sprzeciwiając się tym samym zabijaniu) jako sposób rozwiązania konfliktów między państwami (ludźmi).
Ja uważam, że w pewnych sytuacjach należy walczyć (tak było zwłaszcza w czasie II wojny światowej, kiedy trzeba się było przeciwstawić zbrojnie hitleryzmowi). Dlatego nie mogę się uważać za pacyfistę, choć przecież wojny nienawidzę.
Jezus, Gandhi, Dalaj Lama… – tylko tego pokroju ludzie (wraz z tymi, którzy wyznają doktrynę bezwarunkowego odrzucenia przemocy) zasługują na pokój.

greydot

Najbardziej szokującym dla mnie odkryciem związanym z Holocaustem było to, że za zbrodnie „hitlerowskie” nie byli odpowiedzialni żadni psychopaci, „urodzeni mordercy”, sadyści, ani nawet nawiedzeni ideologicznie fanatycy, ale zwykli, „normalni” ludzie. Dotarło to do mnie jeszcze na długo przed zapoznaniem się z książką Hanny Arendt o banalności zła.
Zresztą, w tym wyobrażeniu (jakie nota bene pokutuje w nas do dzisiaj), że faszysta, nazista… a i sam Hitler, byli nieludzkimi potworami, jakimiś szakalami z piekła rodem, szatańskimi kreaturami, wariatami… etc. – w całej tej demonizacji Niemców widzę największe zagrożenie dla zrozumienia rzeczywistych przyczyn zbrodni masowego ludobójstwa. Ta właśnie nieświadomość (być może) sprawi, że historia się powtórzy i ponownie wymorduje się miliony „zbędnych” ludzi, stosując się do całkiem „racjonalnych” przesłanek i wykorzystując całą sprawność i technologiczną skuteczność nowoczesnego państwa.

W swojej książce „Nowoczesność i zagłada”, Zygmunt Bauman niezwykle sugestywnie pisze o… racjonalnych i nowoczesnych przesłankach Holocaustu. Cytuje on tam m.in. Herberta C. Kelmana („Violence without Moral Restraint”), który wyróżnił trzy warunki, dzięki spełnieniu których zdołano zamienić zwyczajnych Niemców w sprawców masowej zbrodni:

– autoryzacja przemocy (poprzez oficjalne rozkazy i zarządzenia władz)
– rutynizacja działań (poprzez sformalizowanie procedur i  dokładny podział ról)
– odczłowieczanie ofiar przemocy (poprzez zideologizowane definicje i indoktrynację).

Profesor zwraca uwagę, że są to warunki, które znalazły swój wyraz ni mniej, ni więcej tylko w… zasadach racjonalnego działania zastosowanych powszechnie w najbardziej reprezentatywnych instytucjach nowoczesnego społeczeństwa. Pisze on także: „Wiadomo dziś powszechnie, że początkowe próby interpretacji Zagłady jako gwałtu dokonanego przez kryminalistów, sadystów, szaleńców, szumowiny społeczne lub w inny sposób upośledzone moralnie jednostki, nie znalazły żadnego potwierdzenia w faktach. (…) Instytucje odpowiedzialne za dokonanie Zagłady, nawet jeśli zostały uznane za przestępcze, z socjologicznego punktu widzenia nie były ani patologiczne, ani nienormalne. (…) Także ludzie, których działania instytucjonalizowały,  nie odbiegali wcale od przyjętych standardów normalności.”

Wnioski z tego wszystkiego doprawdy nie są optymistyczne. Potwierdzają bowiem to, że rdzeń ludzkiej natury jest sam w sobie amoralny (nie mylić z niemoralnością). Innymi słowy: sugerują, że same czyny człowieka nie są (same w sobie) moralne czy też niemoralne, a takie stają się dopiero w kontekście społeczno-historycznym. (To zresztą potwierdza moje podejrzenie – a może nawet i przekonanie? – że coś takiego jak Dobro czy Zło nie istnieje poza światem ludzkiej kultury.)
Czyli: gdyby hitlerowcy wygrali wojnę, to Hitler byłby uznany za Największego Przywódcę (Człowieka) w historii ludzkości, a to co działo się np. w obozach zagłady nie wzbudzałoby zbytnich emocji (i zgoła żadnego oburzenia – nie mówiąc o szoku), ani też moralnego potępienia… Ot, jeszcze jeden epizod w historii dochodzenia do Nowego Ładu (określonego przez filozofię przywódców III Rzeszy i przyjętego przez ludzi w nim żyjących – i, co jest bardzo prawdopodobne, tak uważalibyśmy również i my sami, jeśli udałoby się nam pojawić na tym świecie i żyć w takiej rzeczywistości).

greydot
To prawda: z tego co czytamy i słyszymy, zostaje w nas tylko to, co nas uderzy – te kilka słów, które zapadają nam głęboko w serca i umysły – sadowiąc się tam na dłużej (czasem nawet i na zawsze), wpływając na perspektywę z jakiej postrzegamy świat i innych ludzi.
Dlatego ważna jest zwięzłość, trafna metafora, wydarty z serca i umysłu wers…

greydot

Patrzę na kolekcją obrazów ukazujących bachanalie. Wbrew pozorom zdecydowana większość obrazów zajmujących się erotyką, a zwłaszcza bachanaliami, nie ma za temat rozpusty, choć zachowanie ukazanych na nich ludzi wydaje się rozpustne.
Mówiąc o “jądrze” bachanalii, nie można tego fenomenu redukować tylko li do pofolgowania własnej chuci, lubieżności, napadu jakiegoś sprośnego szału… To coś więcej jak zwierzęcy seks, dekadencka orgia, a nawet więcej jak ludzka erotyka – to zagłębienie się w przestrzeni mitycznej. Nie bez kozery głównym bohaterem i prowodyrem jest tu postać mityczna Bachusa, który uosabia archetypiczny obraz odwiecznej siły popędowej i (pro)kreacyjnej, wypełnionej energią, potencją, animuszem, spontanicznością, nieskrępowaniem i żywotnością.

greydot

Nie zdziwiło mnie to, że bachanaliami zajął się także sam Mantegna (vide jego „Bachanalie z Sylenem”), mimo że jego najsłynniejszym obrazem jest przejmujące w swojej via dolorosa „Opłakiwanie Chrystusa”. Jednakże malarz ten dosyć często sięgał po tematy mityczne, a jednocześnie dość osobliwe, by nie napisać dziwaczne (kłania się tu jego „Bitwa morskich bogów”, o której pisał nawet w swoich „Żywotach” Vasari).
Przypomina mi się teraz jedna z bardziej znanych wykonanych przez Mantegnę wersji bachanalii – Baccanale col tino”. Dość kuriozalna, zresztą. Ukazuje ona bowiem to bardziej drętwe, wręcz smętne oblicze bachanalii. Jak możemy zauważyć, w tym „święcie”-„orgii” nie ma żadnych kobiet, a zamiast tego są sami zblazowani mężczyźni, czy też raczej… postaci męsko-podobne. Na domiar złego, po bruku walają się jakieś spite amorki, a całość sprawia wrażenie mocno depresyjne i dekadenckie.

Tak więc Mantegna mnie raczej nie zdziwił jako bachanalista, natomiast bardzo zdziwił mnie w tej roli Giovanni Bellini, którego do tej pory znałem jako malarza zajmującego się tematami nader świątobliwymi.
A oto, podczas jednej z moich wizyt w waszyngtońskiej Galerii Narodowej, nagle pojawiło się przede mną olbrzymie płótno pt. Uczta bogów, które okazało się być właśnie dziełem (głównie) Belliniego.
I muszę przyznać, że raczej nie powaliło mnie na kolana, mimo, że Belliniego lubię (posiadam nawet kopię jego obrazu „Madonna z dzieciątkiem i żołnierzami”, wykonaną nie przez byle kogo, bo samego Władysława Czachórskiego w Wenecji w 1873 r.)
Bellini był znakomitym portrecistą, tutaj jednak, moim zdaniem, „zawalił” na całej linii, przynajmniej jeśli chodzi o oddanie „ducha” bachanalii, jak również samą, zbytnio według mnie wystudiowaną kompozycję. Ponadto, bardziej przypomina mi to stypę, niż święto pełne witalnej energii i rozkoszowanie się zmysłami. (Może Belliniego tłumaczy tu wiek: bowiem malował on ten obraz mając już ponad 80 lat, czyli jako… mocno już starszawy pan, by nie napisać – starzec?)
Ciekawostką jest (i to wyjaśnia owo tajemnicze „głównie”, którego użyłem pisząc o autorstwie „Uczty bogów”), że krajobraz na tym płótnie przemalował całkowicie sam Tycjan (aby lepiej współgrał on z jego własnymi płótnami, które zawisły obok dzieła Belliniego w zamku księcia Ferrary). Nie jestem jednak pewien czy aby cały obraz na tym zyskał. Chyba nie.

greydot

Znaleźć się w Rio de Janeiro w czasie karnawału to tak, jakby przenieść się w inny wymiar rzeczywistości.
Dionizje, czy też bachanalia to ledwie mityczne preludia do tego frenetycznego szaleństwa, jakie ogarnia każdego roku brazylijskie Rio de Janeiro – bez wątpienia jedno z najbardziej ekscytujących, kolorowych i chyba jednak najpiękniej położone miasto na świecie.
Wprawdzie nie jest to moja estetyka, ani też atelier z mojego romansu; na co dzień raczej nie przejawiam jakichś szczególnie orgiastycznych skłonności – lecz jednak dałem się na ten czas uwieść tamtej atmosferze.
Kilka z rzędu nieprzespanych nocy potrafi wciągnąć w rodzaj transu. Nie odczuwa się wtedy zmęczenia. Zmysły wyostrzają apetyt na nowe doznania, rozsądek gdzieś się chowa, rozum zawiesza, a odprawiające się wokół dionizyjskie drama wprawiają człowieka w pewien rodzaj narkotycznego odurzenia.
Nigdy nie zapomnę spaceru plażą Copacabana po powrocie z Sambodromo. Za chwilę miało świtać, lecz noc nie gasła jeszcze wśród rozedrganych kolorowych świateł, przepełniona szumem Oceanu, ciepłym pożądaniem i zmysłowymi spojrzeniami rozbudzonych kochanków.
Tych wybranych i tych przypadkowych…

greydot

Nawet jeśli ktoś w naszych czasach decyduje się na stworzenie jakiejś definicji sztuki, to zawsze będzie ta definicja jeśli nie osobista, to zawężona do określonego kręgu „wyznawców” jakiegoś „izmu”, czyli względna i subiektywna. I jako taka spotka się ze sprzeciwem tych, którzy patrzą na wszystko z innej perspektywy.

greydot
Nie za bardzo wierzę, że istnieje coś takiego jak „chaos”. Moim zdaniem nazywamy chaosem to, czego (jeszcze?) nie możemy pojąć, zrozumieć, ogarnąć.
Właściwie każdy obraz, rzeźba, fresk… każde dzieło sztuki zamyka w sobie – jak ktoś napisał – „wieczny ruch, coś na kształt równowagi dynamicznej”: jest to ciągły ruch cząsteczek materii (kwantów energii), które tworzą owo dzieło sztuki. W tym sensie, w każdym dziele sztuki „kotłuje się” energia. Ale ona się tam kotłuje także metaforycznie – zawarta tam treść potrafi nas przecież mocno poruszyć, czasem nawet potrząsnąć.

greydot

W Średniowieczu wyróżniano tzw. sztuki wyzwolone, a było ich siedem: geometria, astronomia, arytmetyka, logika, retoryka i muzyka. Malarstwo i rzeźba traktowane były jako rzemiosło, na równi np. z układaniem płytek w baptysterium, czy… garncarstwem.
Nie zapominajmy więc tym, że kult (sława) artysty zaczął(a) się w Europie kształtować wyraziściej dopiero w dobie Renesansu, i dopiero wtedy malarze i rzeźbiarze dorobili się wysokiego statusu w społeczeństwie… co pociągnęło za sobą wzrost prestiżu (czy też nawet wyodrębnienie) samego malarstwa czy rzeźby, jako sztuk uznanych i niejako autonomicznych.

greydot

Odwieczny problem dotyczący percepcji sztuki: czy jeśli ktoś powie np. o jakimś filmie (obrazie, książce, utworze muzycznym), że jest nudny, a ktoś inny, że pasjonujący, to kto ma rację? Bo przecież (zakładamy że chodzi tu o szczere wyrażenie opinii) jeśli ktoś mówi, że film go wynudził, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) nudny, a jeśli ktoś mówi, że (ten sam) film go pasjonował, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) pasjonujący.
Czyli, wynika z tego, że film jest zarówno nudny, jak i pasjonujący, a my się możemy zapytać: czy to rzeczywiście jest możliwe, żeby coś było jednocześnie nudne i pasjonujące?
Naturalnie jest to możliwe, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę owe magiczne słowa „dla niego”. I tu dochodzimy do oczywistego skądinąd wniosku, że jeśli chodzi o ocenę sztuki, to wszystko zależy od wyboru punktu odniesienia, od przyjęcia takich a nie innych kryteriów, od tego, kto dokonuje tej oceny… czyli jest to jak najbardziej WZGLĘDNE. (Wniosek niby oczywisty i wręcz trywialny, ale można odnieść wrażenie, ze wszyscy jakby o tym zapominają. Dlaczego? Bo – i tu znów dochodzi do głosu nasza ludzka pycha i skupianie się na czubku naszego nosa – wszyscy jesteśmy skłonni uważać, że moja racja jest jednak lepsza – bo „mojsza” – od racji twojej, która jest gorsza, bo przecież tylko „twojsza”.)

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?
Może takie, że dobrze byłoby spróbować zdać się na ocenę (opinię) ludzi, którzy wiedzą więcej i lepiej od nas, którzy są mądrzejsi i bardziej doświadczeni, którzy cieszą się w danej dziedzinie autorytetem…?
No tak, ale tu się zaczyna inny problem: jacy konkretnie to mają być ludzie? Kto ma ich wybrać i uznać? Bowiem dla kogoś ta sama osoba może być mędrcem, dla kogoś innego głupcem; ktoś uzna danego człowieka za autorytet, ktoś inny zaś powie, że to dla niego żaden autorytet, tylko zero… etc. Jednym słowem: kolejna kwadratura koła.
Tak więc, tak czy owak, zostajemy – summa summarum – przy własnej opinii.
Może jednak warto poczynić tu pewną uwagę: lepiej jest jednak pamiętać o względności i subiektywności naszych ocen, zachować większą skromność i pokorę, zdawać sobie sprawę z naszych ograniczeń i niewiedzy – z tego, że jesteśmy omylni… Także mieć świadomość, że gdzieś tam są ludzie od nas mądrzejsi, że wiedzą więcej od nas – więc z ich zdaniem warto się liczyć, i nad tym co mówią warto się zastanowić, a przynajmniej to uszanować.
To zresztą też nie jest taka prosta sprawa, bo nawet jeśli nasz „autorytet” uznał, że film jest wspaniały, to przecież nie może to zmienić faktu, że my wynudziliśmy się na nim jak te mopsy i że przez to wydał się on nam okropny. I znów wracamy do punktu wyjścia.

greydot
To ciekawe zagadnienie: na ile intymne jest nasze doświadczenie sztuki w sytuacji, kiedy przeżywamy coś w grupie, czy też nawet w tłumie (kino, teatr, opera, koncert…)
Wydaje mi się, że również w takim momencie odbiór sztuki zachowuje swoją jednostkowość i subiektywizm – pozostając czymś bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym. Choćby tylko z tego względu, że wszystko w końcu i tak przechodzi przez nasze zmysły i umysły.
A jednak wpływu grupy nie można przecenić – kłania się tu psychologia tłumu, nasze „stadne” odruchy, euforie, szaleństwa, amoki… takie tam.

greydot

Cała nasza „rzeczywistość” jest właściwie tylko pewnego rodzaju interpretacją rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni, (a która istnieje niezależnie od nas) – czyli tworzeniem naszej własnej rzeczywistości?
Z kolei, jak się wydaj, każda kultura jest tylko jedną z wersji tej „naszej” rzeczywistości.
Stąd konfrontacje, spory, starcia i walka.
Zaprzęgamy do tego naszą wolę, bo tylko ona jest w stanie wpłynąć na tę rzeczywistość (w zanadrzu mając nasze o niej wyobrażenia).
Wszystko płynie, ale kłopot z nowożytnością polega na tym, że wszystko się w niej teraz rozpłynęło (vide: postmodernizm). Stąd amorfizm naszych czasów… Stąd nasze taplanie się w rozmytej sztuce, niemożność uchwycenia jej istoty.

greydot

O naszych gustach decydują nie tylko nasze zmysły, ale i umysł (a tam przecież lęgnie się nasza osobowość, charakter, jestestwo). Dlatego dyskusja o gustach ma jednak sens, bo dotyczy nie tylko naszych zmysłów – te są bowiem niezmienne – ale i umysłu: gdyż ten podlega już zmianom i można nań wpływać, kształtować…

Konformizm i mimikra to jedne z najpotężniejszych sił, jakie konstytuują całe społeczeństwa a nawet kultury.
Być może właśnie dlatego tak strasznie mało jest ludzi, którzy potrafią myśleć samodzielnie!

greydot
Kontekst: „Fontanna” Marcela Duchampa (przypominam: zwykły, znaleziony w jednym ze sklepowych magazynów kibel) uznana została przez  grono wybitnych europejskich krytyków za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku.

Warto przypomnieć, że kiedy w czasach Duchampa pojawiały się te wszystkie modernistyczne ruchy artystyczne i prądy w sztuce, miały one w sobie świeżość, spontaniczność – nie pozbawione były autentyczności. Dopiero po II Wojnie Światowej zaczęły się nagminnie te wszystkie kombinacje i szachrajstwa – żerowanie na ludzkiej głupocie, braku dobrego smaku i pazerności.

Warto przy tym wszystkim pamiętać jaki był zamysł i cel Duchampa: kiedy przyniósł on swój pisuar na wystawę sztuki (wówczas: 1917 r.) nowoczesnej, to bynajmniej nie dlatego, że chciał zakpić z gustów publiczności, która przełyka wszystko, ale po to, by wypróbować słowność samych organizatorów tamtej wystawy, którzy deklarowali absolutną tolerancję wobec twórczości innych artystów. Jego nie tolerowali – kibel wyrzucono.
Nota bene pisuar, jaki można zobaczyć w paryskim Centrum Pompidou (uznawany powszechnie za „oryginał”), nie jest wcale (gotowym) siuśkaczem, który wywlókł skądś Duchamp (tamten już dawno gdzieś przepadł), a pisuarem z początku lat 60-tych, specjalnie wykonanym na jedną z włoskich wystaw sztuki współczesnej.
Todopiero wtedy zaczęło się przypisywanie mu wielkich teorii przez genialnych i popisujących się swoim niesłychanym intelektem, krytyków.

greydot

Często mówiło się o odtwarzaniu przez artystów (malarzy) tzw. rzeczywistości. Otóż oni właściwie nigdy nie odtwarzali tej rzeczywistości (choć czasem naśladowali naturę), gdyż… jest to po prostu niemożliwe.
Naprawdę wiernym odtworzeniem rzeczywistości byłoby skopiowanie jej atom po atomie. A to jest science-fiction.
Nawet jeśli widzimy na obrazie coś , co wydaje się nam łudząco podobne do jakiegoś obiektu w rzeczywistości, to jest to właśnie – tylko i wyłącznie – złudzenie: naprawdę genialni malarze byli przede wszystkim mistrzami iluzji (jaką tworzyli za pomocą pędzla na swoich obrazach).

greydot

Lekceważenie w naszym systemie edukacji kształcenia plastycznego i wiedzy o sztuce.
Ma to swoje konsekwencje, m.in. i w tym, że ludzie nie tylko nie „rozumieją” sztuki, ale i nie umieją na nią patrzeć, o samej dyskusji na jej temat nie wspominając (stąd m. in. brak porozumienia między twórcami współczesnymi a ich ewentualnymi odbiorcami).
Ludzie nie zdają sobie jednak sprawy, jakie to jest (edukacja plastyczna, wychowanie przez sztukę) ważne w naszym życiu i istotne. Przecież każdy z nas urządza sobie mieszkanie, wybiera samochód, ubiera się; otoczony jest architekturą, styka się ze sztuką serwowaną zewsząd: od reklam począwszy na wszelkiej maści dekoracjach skończywszy. Oprócz tego korzystamy z telewizji, kina teatru, tłumnie odwiedzamy muzea…
Jeśli nie jesteśmy świadomi tego, czym jest sztuka, jak ona oddziałuje, to (bezwiednie) pozwalamy wpływać na siebie lub decydować o sobie innym, albo wręcz poddajemy się czyjejś manipulacji.

greydot

Magia jest już w samym rytuale (procesie) tworzenia. I ma ona zawsze jakiś cel. Ten cel jest nieodłącznie związany z ukończonym już dziełem, które ma oddziaływać na odbiorcę.
Prawdziwe dzieło sztuki pozwala zadziałać wspomnianej tu magii właśnie na tym styku: dzieło – odbiorca.
A co jest ową „magią”?
Coś, czego nie możemy określić, pojąć, nazwać, zakodować…

greydot

Picasso: „Sztuki, której nie ma teraz, nie będzie nigdy. Sztuka Greków czy Egipcjan nie należy do przeszłości. Są oni bardziej żywi niż kiedykolwiek.”
Genialne jest to stwierdzenie Picassa. Sugeruje, iż sztuka nie tyle podlega ewolucji, co przetworzeniu (transformacji, transgresji). Dzięki temu możemy patrzeć na tzw. tradycję jak na część naszej teraźniejszości – postrzegać sztukę jako całość, której elementy przenikają się wzajemnie.
Wydaje mi się, że nawet ci, którzy chcieli burzyć zastane, nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo są z tym, co sami usiłowali zniszczyć, związani. (Choćby tylko na zasadzie negacji.)
Dopiero, kiedy wgłębimy się w dzieła twórców, którzy wydają się nam absolutnymi nowatorami (wręcz rebeliantami), to uderza nas ich przywiązanie do tradycji, (którego przecież, przynajmniej ci bardziej uczciwi z nich, się nie wypierają). Mam tu oczywiście na myśli twórców naprawdę wybitnych, nie koniunkturalnych.
Skoro mowa o Picassie: on przecież nie zanegował dziedzictwa malarstwa europejskiego, lecz dokonał jego swoistej transformacji, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie.
(Warto w tym kontekście przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta!).
Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmniej równy. On ich na swój sposób uszanował, nawet jeśli ich wizję zastąpił (w sposób „rewolucyjny” i radykalny) swoją własną.

greydot

Arcybiskup Życiński trafnie (a nawet pięknie) punktuje charakter i genezę tragicznych – ale i pełnych witalności – nut w twórczości Nietzschego, ale niestety robi to, by zaraz potem raptownie skarcić „współczesnych sympatyków dionizyjskiej wizji życia” (sugerując, że taki właśnie jest wpływ Nietzschego).
A autor „Zmierzchu bożyszcz” – przynajmniej mnie – nie kojarzy się raczej ani z hedonizmem ani z jakimś życiowym rozpasaniem, czy choćby tylko z „używaniem” życia. Już bardziej sprawia on na mnie wrażenie jakiejś hybrydy męczennika z eremitą (na przekór tego, że jest również autorem czegoś, co nazwał „Wiedzą radosną”).

No właśnie: był Nietzsche hedonistą czy ascetą?
Arcybiskup Życiński sugeruje, że Nietzsche jest wśród ludzi młodych rozsadnikiem hedonizmu, natomiast profesor Szyszkowska pisze, że Nietzsche wymaga od nas ascetyzmu.
Czy jest to sprzeczność? Czy też raczej kolejny dowód na niezwykłą złożoność nietzscheańskiej myśli?
Osobiście skłaniałbym się ku tej ostatniej odpowiedzi.
Nietzsche badał zarówno jeden stan (wyrzeczenie, asceza, czystość, uczuciowość, apollińskość, duchowość…), jak i drugi (hedonizm, dążność do przyjemności, zmysłowość, cielesność, epikureizm, dionizyjskość…).
To prawda, może się wydawać, że on sam skłonił się w końcu ku afirmacji tego ostatniego (przynajmniej jeśli chodzi o ewolucję myślenia filozoficznego), to jednak nadal był powiązany (czy tego chciał, czy nie) z ideałami ascetycznymi (o czym świadczył choćby styl jego życia).
W „Genealogii Moralności” pisał np: „Ascetyzm należy do warunków sprzyjających najwyższej duchowości”. Oraz: „Przekleństwem, ciążącym dotąd nad ludzkością, była bezsensowność istnienia, nie (samo) cierpienie – a ideał ascetyczny nadał mu sens.”

Ale błędem byłoby dokonywać jakiejś ekstrakcji i wyciągać z Nietzschego (osobno) a to hedonizm, a to ascetyzm i separować jedno od drugiego, bo to właśnie prowadziłoby do uproszczenia jego filozofii, do pozbawiania jej całej tej – wspomnianej już przeze mnie – kompleksowości.
On sam pisał: „… bo między czystością a zmysłowością niekoniecznie musi istnieć przeciwieństwo (każda prawdziwa miłość stoi ponad tym przeciwieństwem).”

Cały czas jestem świadomy tej komplementującej się dwoistości w podejściu Nietzschego do elementów apollińskich i dionizyjskich w kulturze człowieka (i w sobie samym).
Choć, przyznam, czymś bardziej dramatycznym i barwnym wydaje mi się skłonność ku tym drugim. Bo czyż nie ma w sobie jakiegoś podskórnego drżenia i powabu takie oświadczenie Nietzschego?: „Za czarem dionizyjskości kryje się natura – którą uczyniliśmy wyalienowaną, wrogą, podporządkowaną – natura celebrująca w ten sposób swoje pojednanie z własnym, utraconym synem – człowiekiem.”

greydot

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji i pozwala nam przeżywać zachłannie chwilę. Jest tylko spazm radości, witalna werwa. Ale to dreszcz i wesele nieznane chyba żadnym Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.

Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

Zdania te napisałem jakiś czas temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.

Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli”  filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.

Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

greydot

*

Reklamy

Komentarze 34 to “UCZTA BOGÓW”

  1. sarna Says:

    Litości! Skąd ten misz masz, jakaś awaria, wypadły Ci równocześnie wszystkie szuflady z zapiskami?
    Niedawno przeczytałam w Newsweeku refleksję K. Materny związaną z superszybkimi pociągami pendolino, a mianowicie, że w erze tych pociągów będziemy żyli jeszcze szybciej i bezrefleksyjniej. Czytając Cię poczułam się jak w pendolino;) – Natłok refleksji, jedna zabija kolejną, a przy ostatniej nie pamiętasz, co było na początku – choć ponoć było to słowo :)
    macham

    • Logos Amicus Says:

      Więc nie wiem: w moim zbiorze nie podoba Ci się nadmiar refleksji, a z drugiej strony skarżysz się na bezrefleksyjność dzisiejszego świata.

      Ja też nie lubię życia szybkiego i bezrefleksyjnego. Stąd m. in. te notatki. Nie da się ich połknąć w minutę – jak to zwykle robi się dzisiaj słuchając wiadomości, przeglądając magazyny, wpadając na wpisy na Facebooka, czy inne „blogaski”.
      Oduczyliśmy się myśleć i dlatego takie teksty jak ten, mogą budzić wśród niektórych popłoch i zniechęcenie.
      W dobie attention span trwającego minutę, ludzie nie mają cierpliwości do dłuższych tekstów, (bo zapominają np. o tym, co czytali przed minutą.) A poza tym: ma być lekko, łatwo i przyjemnie – z wdziękiem i z pozami.
      Cóż, mój blog jest taki jaki jest – nie zawsze jest tu lekko, łatwo i przyjemnie – bo nie taki jednak jest świat, w którym żyjemy (mimo wszystkich tych zaklęć, min, życzeń i póz, jakimi się posługujemy).

      A misz-masz jest jak najbardziej zamierzony.

  2. Tess Says:

    Do tego wpisu, aby go lepiej przyswoić, trzeba wracać – a więc zwolnić, przysiąść, pomyśleć, starać się zrozumieć zawarte tam myśli. Zagonienie współczesnego świata oducza nas takich zachowań. Wszystko chcemy mieć tu i teraz – by zaraz, natychmiast to skonsumować, a następnie wydalić – i to najczęściej w nie przetrawionej formie.

    • Logos Amicus Says:

      Ten wpis nie nadaje się do „pochłonięcia” go za jedną, kilkuminutową sesją. To taki zbiór zapisków na różne tematy (zwykle spoza mainstreamu medialnych zainteresowań), które po prostu zgromadziłem w jednym miejscu, gwoli pewnej dokumentacji (zachowania) tego, co kiedyś napisałem, co mnie zajmowało, zmuszało do refleksji, wydawało się ważne – i co mnie interesuje nadal. Także, by ułatwić do nich dostęp tym, którzy ewentualnie znajdą tam coś interesującego i godnego uwagi dla siebie.

  3. szensztat Says:

    Wydaje się, że współczesny świat coraz bardziej preferuje typ człowieka „ anonimowego indywidualisty ”, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem. Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia. Nie posiada własnego zdania, a swoje argumenty opiera na przekonaniach lansowanych w mediach. Wprawdzie dzielnie trzyma w górze swój sztandar, jednak jego kolory zmieniają się w zależności od zdania ogółu. Nie wytęża wzroku, aby spojrzeć głębiej i dalej, nie wsłuchuje się, by usłyszeć wyraźniej.

    • sarna Says:

      @szensztat pisze: typ człowieka „ anonimowego indywidualisty ”, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem …
      Koziołka matołka zamurowało, bo od kiedy to indywidualista nie jest osobą twórczą, inteligentną,samodzielną, nie lubiącą się wyróżniać, itp, itd ?
      @ Tess i @ Logos
      – mało minuty lub nawet kilku … Wracamy do tych samych postów po raz któryś od ok. 5 lat – znam je bez mała na pamięć. Za każdym razem coś innego przykuwa moją uwagę w tekście. Tym razem interlokutorka obstawia krótką i ostrą kreskę ;), a Ty Logosie lądujesz pod nią.

      • Logos Amicus Says:

        Wbrew pozorom określenie „anonimowego indywidualisty”, jako „osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem …” ma swoją logikę, którą zresztą wyjaśnia to, co szensztat napisał w następnym zdaniu: „Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia.”, jak również w dalszej części swojego komentarza.
        Kluczem do zrozumienia tego paradoksu człowieka indywidualisty, a zarazem takiego, który zachowuje się stadnie, jest określenie „pozornymi”. Czyli właściwie jest to złudzenie indywidualizmu, bo człowiek taki, mając przeświadczenie, że idzie za własnym oryginalnym wyborem, w rzeczywistości powiela „oryginalność”, którą przejawiają (i którą łudzą się) jemu podobni „indywidualiści”.
        To jest doskonale widoczne choćby w reklamach, które zapewniają potencjalnego konsumenta, że jest jeden, jedyny i niepowtarzalny – właśnie „oryginalny” – a w rzeczywistości, kierując to samo przesłanie do setek tysięcy ludzi, chcą go przygiąć do określonego szablonu i narzucić mu pewien wzorzec zachowań. I to się niestety, specom od marketingu i konsumerskiej propagandy, udaje.

        Podobnie jest w subkulturach: np. tzw. „hipsterzy”, z których każdy chce być wielką indywidualnością i oryginalnością, w rzeczywistości upodabniają się – w sposób mimikryczny – do swojego otoczenia (zachowując przy tym złudzenie swojej wyjątkowości i indywidualizmu, oraz tego, że się „wyróżniają”).

        PS. Jeżeli, jak piszesz, znasz moje teksty niemal na pamięć i za każdym razem coś innego przykuwa Twoją uwagę, to chyba jednak dobrze świadczy to o tych tekstach. Cieszy mnie to, bo okazuje się, że nie piszę zupełnie po próżnicy – że są to teksty wieloznaczne i mogą uważniejszego Czytelnika zachęcić do refleksji.

        • sarna Says:

          zajrzyj na bloog J. Paradowskiej – spotkasz tam Wojtka

        • Logos Amicus Says:

          A jednak nie rozumiem jego zachowania (choć kiedyś mi się wydawało, że rozumiem).

        • sarna Says:

          wolny człowiek

        • Logos Amicus Says:

          Ale to nie tłumaczy jego zachowania.

          A poza tym, mielenie w kółko HGW, Kaczyńskiego, Tuska, Macierewicza, PO i PiSu jakoś mało mnie ostatnio „bierze”.

          Ponadto: Kartka sprawia czasem wrażenie jakby cały świat chciał wysadzić w powietrze, a najlepiej jakby poprzedziła to totalna jatka na ulicy, wywieszanie i wyrżnięcie wszystkich, którzy mają jakąkolwiek władzę i reprezentują państwo. Inteligentny człowiek i przenikliwy, ale byłby niesłychanie niebezpieczny, gdyby posiadał jakąś większą władzę. Jego anarchizm, (który kamufluje, określając siebie mianem liberała) jest utopią – on zresztą zdaje sobie z tego sprawę i stąd, wg mnie, jego podskórna desperacja, z której, nawiasem mówiąc, czerpie swoją polemiczną energię.
          Czy można to wszystko nazwać wolnością? A może to nie wolność, a raczej właśnie desperacja?

          Lecz cenię te rozmowy jakie z Kartką prowadziłem i mimo wszystko odczuwam wobec niego pewną sympatię (także dlatego, że to człowiek, jak mi się wydaje, nieco umęczony).
          Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

        • sarna Says:

          – Dziwny fenomen Internetu – Kartek zaistniał w naszym „ja” i choć czasami uwiera jest już jakąś jego cząstką. Inni odeszli w zapomnienie, a On nie jest nam obojętny, nawet Go lubimy :)

        • Logos Amicus Says:

          Kartek był mocno zaangażowany w prowadzenie swojego bloga. Nowy wpis zamieszczał codziennie (wyglądało na to, że jest to jego główne zajęcie), zgromadził wokół siebie sporą grupę ludzi, był mało konfliktowy, wpisy miał w zasadzie ciekawe i oryginalne – widać było, że o coś mu w nich chodzi. Ludzie do niego wpadali na pogaduszki (to była taka forma czatu). Dlatego m. in. się go pamięta.
          Ja nie lubię za bardzo „czarowania”, więc zazwyczaj trzymałem się od tego wszystkiego z dystansem. Jednak kiedy Kartek zaglądał do mnie, zostawiał ciekawe komentarze i zdarzało się nam prowadzić ze sobą dłuższe rozmowy, które do tej pory sobie cenię. (Poświęciłem im nawet osobne wpisy: „Czy bogowie domagają się krwi” i „Upadek”.)

          Jednak, mimo wszystko, do końca nie mogę zrozumieć tego bezceremonialnego „wypięcia się” Kartka na swoje towarzystwo: zamilkł za półtora roku, i to bez słowa wyjaśnienia. To wyglądało niestety tak, jakby – wyrażę się brzydko i kolokwialnie – wszystkich „olał”, zlekceważył… A tak się nie powinno, moim zdaniem, robić, nawet wobec towarzystwa wirtualnego, bo jednak, mimo wszystko, ludzie w sieci też się do siebie przywiązują, zaczynają odczuwać względem siebie coś w rodzaju przyjaźni.
          Ale… w sumie to też nie powinno mnie dziwić, bo przyjaźnie w realnym świecie się rozwiewają jak dym, a co dopiero w jeszcze bardziej pełnym pozorów i ulotnym świecie wirtualnym?

        • sarna Says:

          A ja rozumiem dlaczego „wypiął” się na swoje blogowe towarzystwo, szkoda tylko, że skutki dotknęły też tych, którzy nie zawinili. Liczę na to, że jeszcze się u Ciebie odezwie – lubiłam jego oryginalne riposty.

        • Logos Amicus Says:

          No więc dlaczego, Twoim zdaniem, to zrobił?

        • sarna Says:

          :) nie wiem ile „laurek” o Kartce przeczytałeś na Jego blogu i blogach Jego przyjaciół, ale wiem, że coś jednak przeczytałeś więc dziwi mnie, że Ciebie dziwi jego postawa.

        • Logos Amicus Says:

          Dziwi mnie, ponieważ ze zdecydowaną większością tego towarzystwa, które odwiedzało jego blog, utrzymywał on dobre, rzec można nawet: przyjacielskie – stosunki. Tym bardziej nie rozumiem jego nagłego zamilknięcia i to bez jednego słowa wyjaśnienia. (A że zdarzyło się mu jeden lub paru złośliwców i ta przykra wizyta w Hiszpanii? – to nie usprawiedliwia jednak tego, by się obrazić – i de facto „wypiąć” – na całą resztę.)

        • sarna Says:

          Miło, że Jego zniknięcie tak Cię obeszło :)
          dobranoc

        • Logos Amicus Says:

          Tak, bo spodziewałem się najgorszego i to było przejmujące.

          A teraz, mimo ulgi, że Kartek żyje, czuję się taki trochę… wystrychnięty na dudka ;)
          Takich rzeczy nie powinno się robić przyjaciołom… nawet tym wirtualnym.

        • sarna Says:

          Jesteś autorem bloga, dzielisz się na nim swoimi przemyśleniami, wartościami, które mają dla Ciebie znaczenie fundamentalne, Kartek dodatkowo odsłonił się ze swoim życiem prywatnym, słabościami … Jedni przyjaciele wylali na niego pomyje, a inni schowali się głęboko by coś nie kapnęło i na nich, To musiało być głębokie rozczarowanie, bowiem ludzie z którymi rozmawiał kilka lat pokazali, że nic nie zrozumieli z tego o czym mówił.
          Sądzę, że miał prawo tak się zachować. Czas leczy rany – On wraca, Ty wybaczysz, ja będę Was obserwować i zastanawiać nad fenomenem męskiej przyjaźni. Żyjmy uważniej …
          macham

        • Logos Amicus Says:

          Nie chcę już tego dalej drążyć. W sumie powiedziałem już wszystko, co miałem na ten temat do powiedzenia. Nie mam złudzeń, co do trwałości tych wirtualnych znajomości. To jest jednak w dużej mierze świat póz, próżności i pozorów – ot, wystarczy choćby spojrzeć na te wszystkie nasze pretensjonalne nicki (niby drobiazg, a znaczący). Świadczy też o tym historia Kartkowego bloga i jego odcięcie się od wirtualnego towarzystwa (wina jednak jest w tym przypadku, moim zdaniem, obopólna).

          Może tylko jeszcze przypomnę to, co kiedyś (ponad rok temu) napisałem na blogu Kartki (Wojtka) – a, jak wiesz, znalazły się wtedy dość konkretne powody, dla których się na to zdecydowałem:

          „A w sumie Wojtku, to może niepotrzebnie się dziwię Twojemu milczeniu, bo może wreszcie zrozumiałeś co te wszystkie wirtualne znajomości są warte. Świergotanie, gdakanie, umizgi, życzenia, udawana przyjaźń, solidarność, doping, zachwyt, komplementy… cała ta czatowa heca i tokowanie … a zaraz później Cię obsmarują i od brudnych meneli spod budki z piwem wyzwią.
          Zakłamane to wszystko jak cholera – każdy jakąś swoją komedię odgrywa.
          Byłoby śmiesznie, gdyby tak naprawdę nie było to smutne i niebywale przykre.
          Chyba jednak lepiej trzymać się od tego wszystkiego z daleka.”

          I, jak może pamiętasz, po tym komentarzu (przyznaję, że gorzkim i brzmiącym jednak zbyt ogólnie – niepotrzebnie np. napisałem „wszystkie” i „każdy”), towarzystwo tam się gromadzące mnie dosłownie zadziobało (uderz w stół, a nożyce się odezwą?) A ja, pisząc to, miałem na myśli tylko tych, którzy Kartka zawiedli (bo przecież wielu z tych, którzy odwiedzali jego blog, było mu życzliwych, odnosiło się do niego szczerze i przyjaźnie – ja w to mimo wszystko wierzę).
          Dopiero po jakimś czasie, wypowiedziały się (dość nieśmiało) osoby, które przyznały mi rację.

  4. sarna Says:

    @ Logos, szensztat w Twoim „wolnym” tłumaczeniu pisze o celebrytach, których nota bene wizerunek jest wykorzystywany w reklamach dla zwiększenia efektu rozpoznawalności marki. Celebryci jako „anonimowa indywidualność” wzbudzają we mnie odruch wymiotny, a spece od marketingu cieszą się moją sympatią.
    dobrego dnia

    • Logos Amicus Says:

      Tak, tylko że to „spece od marketingu” decydują o tym jak ma wyglądać reklama – o tym, co mają w nich robić, mówić (i jak wyglądać) „celebryci” (i to właśnie, czyli zabiegi marketingowców, wywołuje u Ciebie „odruch wymiotny”, jak piszesz, a nie sami „celebryci” jako tacy, którzy do tego są wynajmowani).
      Marketing reklamowy to zwykła manipulacja konsumentem, najczęściej niewiele mająca wspólnego z prawdą.

      • sarna Says:

        Nie, praca marketingowców nie tylko nie wzbudza we odruchu wymiotnego, ale wręcz budzi mój szacun – ludzie znają swoją branżę i potrafią umiejętnie się w niej poruszać – cóż, efekt lat nauki i ciężkiej pracy. To celebryci wyprzedają wszystko, co się da spieniężyć – dla mnie ludzie na swój sposób żałośni, mimo, że brylujący … Naprawdę uważasz, że wszystko jest na sprzedaż ?

        • Logos Amicus Says:

          Więc napisze to jeszcze raz: to przecież marketingowcy organizują kampanie reklamowe, to oni decydują o reklamach i zatrudnianych w nim „celebrytach” – to oni więc odpowiadają za jakość – i uczciwość – tych reklam (nie „celebryci”, których tak nie znosisz).

          Nie, nie uważam, że wszystko jest na sprzedaż (skąd Ci to przyszło do głowy?). Ale np. marketingowcy skłonni są myśleć, że wszystko można sprzedać, czasami wręcz „upchnąć”.
          Oczywiście, że są i uczciwi marketingowcy, i rzetelna reklama, ale – sądząc po tym co widzę w mediach popularnych – przeważa jednak manipulacja i mijanie się z prawdą (by nie napisać wprost, że reklamy zwykle kłamią – o czym zresztą większość z nas wie, ale i tak ulega ich wpływom).

  5. sarna Says:

    O etycznej stronie produktu pracy marketingowca można gdybać na linii marketingowiec – nabywca produktu, ale jedynie gdybać, bo wszak każdy ma szare komórki i powinien z nich robić użytek. Natomiast nie to, że nie potrafię, ale zwyczajnie nie chcę „rozgrzeszać” celebrytów za kupczenie sobą w nieuczciwych reklamach. Ofertę każdej pracę można przyjąć lub odrzucić, ostateczna decyzja należy do zleceniobiorcy i to on decyduje w tym przypadku o poświadczeniu nieprawdy.

    • Logos Amicus Says:

      „….każdy ma szare komórki i powinien z nich robić użytek”

      Niestety, jeśli chodzi o masową konsumpcję (mam tu także na myśli sferę tzw. kultury „masowej”), nie zauważam ze strony konsumentów i odbiorców tej kultury, jakiegoś szczególnego wysiłku używania swoich szarych komórek. (Sama pisałaś o braku refleksji w dzisiejszych czasach.)

      PS. A jeśli chodzi o etyczną stronę kłamliwych reklam, to na równi ponoszą za nie winę ci, którzy dają się do tych reklam kupić, jak i ci, którzy ich kupują.

  6. yamayka Says:

    Claude Monet nie zmienił świadomie swojego stylu malowania na bardziej abstrakcyjny. Według Michaela Marmora, profesora oftalmologii z Uniwersytetu Stanforda, styl malarstwa Moneta był wynikiem katarakty, która wpłynęła na postrzeganie świata i późniejsze prace Claude’a Moneta oraz Edgara Degasa. Marmor komputerowo odtworzył sposób, w jaki artyści widzieli swoje otoczenie. Posłużył się w tym celu układem filtrów i archiwalną dokumentacją. Współcześni obu artystów zauważyli, że ich późne prace były dziwnie chropowate lub krzykliwe. Odbiegały od najlepszych dzieł, tworzonych w zgodzie z wypracowywaną latami manierą. Podobnie jak choroby siatkówki, zaćma wywołuje nieostre widzenie, ale, co ważniejsze dla malarza Moneta, którego styl bazował głównie na kolorze i świetle, wpływa na zdolność postrzegania barw.
    W 1923 r. Monet poddał się operacji oczu, która częściowo przywróciła mu wzrok. A wówczas zniszczył znaczną część obrazów namalowanych przed operacją. Obrazy z tamtego okresu, które możemy dziś podziwiać, zostały uratowane przez rodzinę i przyjaciół.

    • Logos Amicus Says:

      To by się pokrywało z tym, a jednocześnie tłumaczyło to, co napisałem w moim wpisie o Monecie: że lubię jego wcześniejsze obrazy, a nie te – którymi się tak stadnie zachwycają snobujący się na miłośników jego malarstwa – z późnego okresu jego twórczości.
      Ot, co znaczy sugestia i fama geniusza: ludzie widzą to, co chcą widzieć i zachwycają się tym (czasem nawet szczerze), czym chcą się zachwycić. To, jaki w rzeczywistości jest obiekt kultu i zachwytu, jest – jak widać – sprawą drugorzędną.

  7. ulotna_wiecznosc Says:

    ,, Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
    Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.”


    i

    Dokument Krystiana Matyska był na tegorocznym Zwierzynieckim LAFie. :-)
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Ciekawe – wybierać się do najbardziej niedostępnych miejsc świata, by odnaleźć tam różne barwy miłości?
      Jednak z wywiadu z reżyserem można się głównie dowiedzieć o uczuciach i przeżyciach, które raczej mało miłosne były ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s