KANADA PACHNĄCA EUROPĄ

*

Le Rocher Percé - najsłynniejsza skała Kanady

Widok na Le Rocher Percé i Zatokę św. Wawrzyńca (Półwysep Gaspésie, Quebec)

 

Na podróż po wschodniej Kanadzie poświeciłem ponad trzy tygodnie, co i tak okazało się zbyt krótkim okresem, by dobrze poznać ten rejon Ameryki. Pozwoliło mi jednak wyrobić sobie pewne pojęcie o tym jak wygląda (głównie frankofońsko – anglosaska) cywilizacja rozłożona w dolinie rzeki Św. Wawrzyńca. I choć wydawałoby się, że dla kogoś, kto mieszka w rejonie Wielkich Jezior, nie jest to kraina egzotyczna, (bo leżąca właściwie tuż za miedzą, czy też raczej jeziorem) to jednak ciekawość przeważyła i dzięki temu mogłem na własne oczy przekonać się, jakie są wschodnie rubieże naszych kanadyjskich sąsiadów.

 

1.

Kanadyjczycy dokonali rzeczy godnej szacunku – stworzyli państwo i społeczeństwo żyjące w miarę dostatnio i spokojnie. Co prawda było im łatwiej, bowiem mieli do swojej dyspozycji krainę przebogata i różnorodną. W rezultacie mamy tam do czynienia z doskonałą niemalże hybrydą amerykańskości z europejskością. Jest to pewnie zaleta, ale w moich oczach, paradoksalnie, widzę to bardziej jako wadę: dla mnie Kanada z jednej strony jest za mało europejska, a z drugiej za mało… amerykańska. W konsekwencji Stany – w porównaniu z Kanadą – to kraj z większym oddechem, szerszą perspektywą; zaś Europa… wiadomo – tradycja, zabytki, kultura i jej elementy przeniesione na inne kontynenty mogą być jedynie tej europejskiej cywilizacji odpryskiem, (podobna refleksja nawiedziła mnie w Peru).
Być może jednak nie mam racji, tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, iż to, co dla mnie jest pewnym niedosytem, dla innych może być atrybutem: amerykańskość Kanady jest dla nich moderowana europejskością, zaś europejskość rewitalizowana amerykańskością.
Niemniej ważny, z socjologicznego punktu widzenia, wydaje się płaszcz socjalny (w postaci np. „darmowej” służby zdrowia), który w Kanadzie jest grubszy niż w jakimkolwiek innym kraju obu Ameryk.

2.

Najbardziej kosmopolityczne jest Toronto, miasto na wskroś nowoczesne. Im dalej zaś na wschód – tym bardziej górę bierze pewna lokalność, tak że w końcu człowiek nie może się porozumieć po angielsku. Dla mnie to był mały szok – jest się w Ameryce i po angielsku nie można się dogadać. Dotyczy to głównie prowincji Quebec, ale to ona właśnie wydaje się dominować kanadyjską konfederację, mimo własnych ambicji separatystycznych (przez niektórych zwanych niepodległościowymi). Jednakże, chyba te ambicje mieszkańcom Quebec przechodzą (wszak popierający je generał de Gaulle nie żyje już od dawna), bo po prostu, w obecnej sytuacji, nie mają już większego sensu (nie po to Europa się jednoczy, by Kanada się dzieliła).
Zostaje jednak pewien lokalny patriotyzm, który przybiera czasem dziwne formy (np. – dajmy na to – w ignorancji dla języka angielskiego. Zdarza się bowiem, że ludzie po prostu udają, ze go – czyli języka angielskiego – nie znają…). Pewne takie zachowania wpaja się im tam ponoć od kołyski. Innymi słowy, można stwierdzić, że niechęć do angielskiego i miłość do francuskiego wysysają oni z mlekiem matki.

3.

W każdym z tych większych miast Kanady wschodniej (Toronto, Montreal, Quebec, Ottawa) spędziliśmy z żoną po parę dni tylko, więc nie roszczę sobie pretensji do jakiegoś głębszego ich oglądu. Wyłuszczyć mogę jedynie pewne swoje – być może bardzo powierzchowne – wrażenia. Taki sobie szkic na gorąco.

*

Château Frontenac - najsłynniejszy kanadyjski hotel dominuje nad zabudową miasta Quebec

Château Frontenac – najsłynniejszy kanadyjski hotel dominuje nad zabudową miasta Quebec

 

Najbardziej kolorowym i urokliwym miastem wydało mi się na pierwszy rzut oka Quebec City. Pięknie doprawdy i ciekawie położone – na stromej skarpie skalnej (część górna starego miasta) oraz na brzegu Rzeki Św. Wawrzyńca (część dolna). Lecz po pierwszym oczarowaniu przyszła konstatacja, że to co mi się najbardziej podobało, było też i najmniej autentyczne – wykreowane (czy też zachowane) właściwie głównie dla turystów. Podobne wrażenie odnieść można również w innych atrakcyjnych turystycznie miastach Europy, tam jednak te stare miasta żyją swoim życiem – i pewnie żyłyby nim również bez zwiedzających. A Vieux Quebec bez turystów – mam takie obawy – padłoby jak zapomniany skansen. Wymiotłoby dorożki, oberże, restauracje, butiki i kolorowe szyldy z wąskich uliczek miasta. Ale póki co wszystko to jest ku uciesze uczestników masowej turystyki, a górujące nad rzeką malownicze mury olbrzymiego Chateau Frontenac wywierają na wszystkich odpowiednie wrażenie.

Podobna do Quebec wydała mi się zrazu Ottawa, głównie z racji nawiedzających ja równie tłumnie przybyszów, jednakże siłą rzeczy stolica Kanady nie mogłaby być li tylko turystyczną maskotką. Siedziba parlamentu, ministerstw i rządu dużego bądź co bądź państwa, musi spełniać swoje utylitarne funkcje. Mimo to Ottawa – jak za dawnych lat – nie może się pozbyć kompleksu biedniejszej i bardziej prowincjonalnej siostry Montrealu, co widać zwłaszcza na dość obskurnych i pospolitych obrzeżach miasta (no chyba że ucieknie się do olbrzymiego – 36 tys. ha! – Parku Gatineau, malowniczej ziemi lasów, jezior i wzgórz).
Można odnieść wrażenie, że zrobiono z tej Ottawy stolicę cokolwiek na siłę (podobnie jak z Brazylii w Brazylii) bowiem zaistniałe tu w XIX wieku tartak drzewny i śluzy (wokół których de facto rozrosło się miasto) zupełnie nie predestynowały tego locum na centrum zawiadowcze kanadyjskiego imperium.

Montreal spodobałby mi się pewnie bardziej, gdybym się był nie rozminął tam z (największym na świecie) festiwalem jazzowym. A tak czułem się trochę niedopieszczony, zaś samo miasto wydało mi się nieco chaotyczne i jakieś takie… architektonicznie niedorobione, zwłaszcza w okolicach nabrzeża. Montreal nie jest pozbawioną rozmachu metropolią, tyle że chyba nadal poszukuje swojej estetycznej tożsamości. Ma kilka miejsc znakomitych: jest to przede wszystkim niesamowita, obdarzona przepięknym wnętrzem, bazylika Notre Dame, pełne dobrego malarstwa Musée des Beaux Arts, no i niezwykły Parc du Mont-Royal, który jest niczym innym jak olbrzymią, porośniętą lasem górą, zaadaptowaną dla potrzeb rekreacyjnych mieszkańców miasta.

*

Panorama Toronto - widok z archipelagu wysp

Panorama Toronto – widok z archipelagu wysp

*

A propos parków i zieleni: w Kanadzie ich nie brakuje. Już choćby w Toronto człowiek się dziwi, jak zgrabnie można otoczyć lasami autostradę (nawet w obrębie rozwiniętym urbanistycznie – to wymagało samozaparcia by nie przeznaczyć tych terenów pod miejską zabudowę). Genialnym pomysłem było również pozostawienie w stanie bukoliczno – sielskim położonego tuż obok Toronto, na jeziorze Ontario, małego archipelagu wysepek. Dzięki temu można dziś w ciągu 10 minut uciec promem spod wieżowców wprost do małego zacisznego raju… bez samochodów zresztą. (Tu pytanie na marginesie: czy ktoś – oprócz miłośników porsche czy ferrari – może sobie wyobrazić raj, w którym byłyby samochody?

4.

Ciekawość zagania mnie czasem do zwiedzania tworów cywilizacji, jednak zdecydowanie wolę oddychać na tzw. łonie przyrody. Musiałem więc uciec od kanadyjskich miast choćby na te kilka dni – i nocy, które spędziliśmy w namiocie (po zgrabnych butikowych hotelikach i domowych kwaterach typu Bed&Breakfast był to przeskok zaiste dramatyczny).
No cóż… klimat Kanady nie jest idealny do rozbijania obozowisk, choć miejsca przeznaczone na to są tam niezrównane. Przeżyliśmy zmiany aury gwałtowniejsze niż w tropiku, pogoda była w kratkę jak się patrzy (5 minut słońca, 5 minut deszczu, błękit nieba, a za chwilę siność chmur – i tak na okrągło). Miało to jednak swoje dobre strony: natura stawała się dzięki temu bardziej fotogeniczna, co pasowało do moich fotograficznych obsesji jak ulał: te olbrzymie, niczym okręty gigantów, kłębiaste obłoki, tudzież jasne niebiesiutkie dziury w ciemnym ołowianym niebie!

Nie można się jednak spodziewać w tym rejonie Kanady pejzażowego dramatyzmu na taką miarę, jaką spotykamy na amerykańskim Zachodzie. Przyczyna jest zasadnicza: wschód kontynentu jest geologicznie bardzo stary, dawno uformowany, góry starte i zwietrzałe. Wschód Ameryki jest wiec już bardziej uformowany i ustabilizowany – kosztem pejzażowej spektakularności. Niemniej jednak, jego północne rejony poddane były nie tak dawno – bo jakieś 10 tys. lat temu – działaniu grubych na kilka kilometrów lodowców, które starły na miał całe połacie tzw. Canadian Shield (Płyty Kanadyjskiej). Zostawiły jednak za sobą tysiące jezior i… dziwo nie mniej zdumiewające jak Wielki Kanion, a mianowicie Wodospad Niagara.

*

Chmury jak u Constable'a (jedno z miasteczek w Dolinie Św. Wawrzyńca)

Chmury jak u Constable’a (jedno z miasteczek w Dolinie Św. Wawrzyńca)

*

Tę przyrodę kanadyjską oglądałem głównie w okolicach fiordu Saguenay oraz na Półwyspie Gaspésie (na dotarcie do Nowej Funlandii nie było już niestety czasu), lecz oprócz kilku ciekawych i uroczych wręcz zakątków – jak np. Park Narodowy Forillon i skała Le Rocher-Percé. nie zastałem tam nic co by mnie oszołomiło. No może z wyjątkiem smaku ryb, które kupowaliśmy bezpośrednio od rybaków i natychmiast pichciliśmy na naszych obozowych rożnach.

Pozostając jeszcze trochę przy komparatystyce: wybrzeże wschodnie Kanady nie jest jednak tak malownicze jak zachodnie, pacyficzne wybrzeże Brytyjskiej Kolumbii – tam bowiem, czyli na zachodzie, czuje się (pacyficzne) obrzeża kontynentu. Na wschodzie zaś nie wiadomo: ciągle to rzeka, zatoka, a może już Ocean? (Dowiedziałem się np. rzeczy lekko zdumiewającej: woda oceaniczna dochodzi aż do samego Quebec (tyle że w dolnych warstwach nurtu rzeki Św. Wawrzyńca – górne to woda słodka). Dziwnie wszak patrzyło się na rzekę, która ma przypływy i odpływy.
Jednakże dzięki tym akwarycznym wybrykom, u ujścia fiordu Saguenay ma miejsce niezwykły spektakl, który zaliczany jest do jednych z największych turystycznych atrakcji Kanady: wypatrywanie całych stad waleni, które kongregują tu w letnie miesiące. A są to wieloryby wszelkiej maści – od bieług przez orki i fiszbinowce średnie, po gigantyczne płetwale. To było chyba największe dla mnie przeżycie na całej trasie: pływanie małym ale zwinnym i szybkim Zodiakiem wśród tych wszystkich potworów, które wszak nikomu nie robią żadnej krzywdy, zajęte wystrzeliwaniem w górę powietrzno-wodnych fontann i nurkowaniem w rzecznych głębinach. I to wszystko w słoneczno-burzowej scenerii, wśród zmieniającej się niczym w kalejdoskopie aury.

5.

No cóż… przyroda przyrodą, miasta miastami, nie sposób jednak będąc w tamtym regionie przejść obojętnie obok wspaniałych kanadyjskich muzeów. Zdecydowanie wyróżniają się wśród nich dwa: Muzeum Cywilizacji koło Ottawy oraz Królewskie Muzeum Ontario w Toronto.
Muzea bywają niekiedy synonimem nudy, ale dzieje się to głównie z dwóch przyczyn: braku zainteresowania ze strony zwiedzających lub też mało pomysłowej (gablotowo-sztampowej) prezentacji eksponatów. We wspomnianych muzeach jest zaś zgoła przeciwnie: zadziwia inwencja projektantów tych wszystkich wystaw tematycznych. To nie są tylko wystawione na widok publiczny zbiory rzeczy, ale autonomiczne małe światy, które zdolne są przemówić do naszej wyobraźni, przykuć uwagę. Równie ciekawa i niezwykła jest architektura samych budynków, w których mieszczą się owe muzea.
Jeśli chodzi o malarstwo, to widziałem dwa (bodajże największe w Kanadzie) zbiory: w Muzeum Sztuk Pięknych w Montrealu i w Galerii Narodowej w Ottawie. Choć nie mogą się one równać tym, które są w Stanach Zjednoczonych (chodzi mi głównie o waszyngtońską Galerię Narodową, nowojorskie Metropolitan Museum i chicagowski Instytut Sztuki) to jednak i tu było na czym oko zawiesić, zwłaszcza w Ottawie, gdzie ledwie starczyło nam na to dnia… Chociaż i tak przeliczyłem się z czasem i na ciekawe zbiory malarstwa kanadyjskiego (reprezentowane zwłaszcza przez tzw. Grupę Siedmiu) trochę mi go brakło.

* * *

Niewątpliwie, owe trzy tygodnie w Kanadzie były wielką przygodą i zredukowały nieco moją ignorancje co do wschodnich rubieży naszego północnego sąsiada. Mimo wszystko wolę jednak te rejony, w których Kanada bardziej pachnie żywicą, a tak jest choćby w Górach Skalistych – gdzie parki narodowe Jasper i Banff, gdzie niezrównana pod względem spektakularności górska droga Icefield Parkway, gdzie bajeczne jeziora i lodowce, rzeki, wodospady, kaskady i lasy; gdzie krystalicznie czyste powietrze, od którego poczuć można mały zawrót głowy… Ale o tym może innym razem.

(Z zapisków z podróży do Wschodniej Kanady, 2007 r.)

*

Cudo sztuki ołtarzowej - katedra w Montrealu

Cudo sztuki ołtarzowej – Bazylika Notre-Dame w Montrealu

Zdjęcia własne (kliknij, by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

*

Więcej zdjęć z Kanady obejrzeć można na moim blogu fotograficznym TUTAJ.

*

Reklamy

Komentarzy 29 to “KANADA PACHNĄCA EUROPĄ”

  1. KANADA – W DOLINIE RZEKI ŚW. WAWRZYŃCA | brulion podróżny (ilustrowany) Says:

    […] zdjęcia są ilustracja wpisu “Kanada pachnąca Europą”,  jaki pojawił się na blogu WIZJA LOKALNA – […]

  2. ZygmuntMolikEWA Says:

    Piękny był świat przed kryzysem. Nawet układ chmurek sprzyjał podróżnikom.

  3. Torlin Says:

    Jak zawsze miło poczytać i obejrzeć piękne zdjęcia. Ale mnie osobiście jakoś Kanada nie ciągnie.

    • Logos Amicus Says:

      A wiesz dlaczego Cię nie „ciągnie”?

      • Torlin Says:

        Wiem, bo nie znam angielskiego. Kraje, w których językiem mieszkańców jest angielski lub francuski nie porozumiesz się w ogóle, a potrafią nawet wyprosić z restauracji, jak zamówienia nie złożysz po francusku. Są to ludzie tak owładnięci myślą, że ich językiem mówi cały świat, że nie dopuszczają myśli, że ich języka ktoś nie zna.

        • Logos Amicus Says:

          Ale zawsze można postarać się o tłumacza ;)

          Poza tym, bariera językowa nie powinna nas raczej odstraszać, jeśli chcemy odwiedzić jakiś kraj, który jest interesujący.
          Myślę, że byłbyś zachwycony Kanadyjskimi Górami Skalistymi (np. Parki Narodowe Banff czy Jasper – cudne miejsca), gdzie można pochodzić po fantastycznych szlakach – a na szlaku przecież nie musisz dużo gadać ;)

        • Torlin Says:

          Już raz pisaliśmy na ten temat, tylko nie pamiętam dokladnie, co mi odpowiedzisałeś. Mój znajomy Kanadyjczyk mówił, że w Góry Skaliste to wychodzą wyprawy uzbrojone w broń jak na wojenną wyprawę. To nie są Alpy, gdzie możesz spotkać koziorożca, a Góry Skaliste, gdzie są dwa najgroźniejsze dla ludzi zwierzęta: puma i grizzli.

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, wiec jeszcze raz Ci napiszę: przesada.
          W Górach Skalistych (wliczając w to część leżącą w obrębie Stanów Zjednoczonych) są tysiące kilometrów szlaków i istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że zostanie się pożartym przez niedźwiedzia (grizzly lub baribala). Statystycznie, więcej ludzi ginie od uderzenia piorunem (a to się może przecież zdarzyć w górach na całym świecie).
          Bardzo, ale to bardzo rzadko spotyka się (widzi) pumę.
          Demonizujesz więc te Góry Skaliste.
          Muszę ci powiedzieć, że racji mojego wcześnie wykonywanego zawodu (a i późniejszych licznych wypraw prywatnych) na szlakach Rocky Mountains spędziłem całe miesiące swojego życia. Wiele razy spotykałem niedźwiedzie, ale ani razu (no, może z jednym wyjątkiem jednego) nie były to spotkania niebezpieczne, zagrażające mojemu życiu. Trzeba po prostu zachować pewne środki ostrożności i kierować się zdrowym rozsądkiem.

        • Torlin Says:

          Znajomy mojego Ojca, z którym rozmawiałem na ten temat, mieszka w Saskatoon, w prowincji Saskatchewan, i on mi o tym mówił. Jest lekarzem w szpitalu, więc nie sądzę, żeby koloryzował. Jeździł tam, ale od niego jest od 500 do 1.000 kilometrów w Góry Skaliste.

        • Logos Amicus Says:

          Lekarze też koloryzują ;)

  4. Jula :D Says:

    Ja Kanadadę uwielbiam, pomimo, że tam nie byłam ;)
    Za to mam tam aż 3 koleżanki z podstawówki. Jakoś tak los ich pokierował ,że tam się znalazły. Musiałabym sprawdzić po listach w jakim regionie zamieszkują, podobno w odstępach od siebie 100 km, czyli jak na Kanadę to blisko siebie. Heheh.. Po sąsiedzku. Kontakty z nimi mam różne, bywało ,że kiedy miały rodziców w Polsce jeszcze żyjących to nawet dwa razy do roku , tak na wiosnę i jesień się spotykałyśmy w moim mieście.
    Wiem ,że jedna z nich mieszka w odległości ok. 100 km od wodospadu Niagara , nie chce mi sie sprawdzać jaki to region.
    No i od dzieciństwa Kanada nierozerwalnie kojarzy mi się z opisem książki pt.”Ania z Zielonego Wzgórza”. :D)) ..
    Z jedną z tych koleżanek i z jej przybrana córką zwiedzałyśmy w 2008 roku między innymi Oświęcim , konkretnie obóz koncentracyjny założony w dawnych koszarach wojska polskiego przez hitlerowców.
    Miałyśmy siły tylko na ten fragment obozu, i jak oglądałyśmy te sale puste teraz , to przypomniało mi się ,że przewodniczka mówiła o o jakiś „kanadyjkach” , co ironicznie Hitlerowcy coś nazwali a co było przeciwieństwem czegoś nieosiągalnego dla nich , co stanowiło przeciwieństwo synonimu , spokoju , dobrobytu itd…
    Kanada kojarzy mi się ze z taką oazą spokoju , bogactwa i piękna .
    USA jest na mój gust zbyt zmienne. Kanada bardziej konserwatywna , tak akuratna.
    Pozdrawiam!.. :D)))

    • Jula :D Says:

      Nieosiągalne rzecz jasna , dla ofiar obozu koncentracyjnego. :(
      Taki cynizm Hitlerowców.

    • Logos Amicus Says:

      Kanada jest w świecie zachodnim ewenementem: olbrzymi obszar (nieprzebranie bogactwa naturalne), stosunkowo niewielu mieszkańców, względna stabilizacja ekonomiczna (bez szaleństw z zamożnością, ale i bez biedy)… nie ma takiego zagonienia, zachłyśnięcia konsumpcją, biznesowej pogoni za dolarem… jaką spotyka się często w Stanach, (gdzie na podobnym obszarze, żyje 10 razy więcej ludzi). Jest spokojniej – i jakoś to wszystko bardziej zrównoważone tam jest. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie.

  5. Bogdan Says:

    Tym razem masz racje, ze nie masz racji :) — sam sie wystawiles :)

    • Logos Amicus Says:

      Bogdanie, pisałem to 6 lat temu. Może od tego czasu trochę zmądrzałem, bo jednak teraz widzę, że jednak to co napisałem jako przypuszczenie („amerykańskość Kanady jest dla nich moderowana europejskością, zaś europejskość rewitalizowana amerykańskością) jest jednak bliższe prawdy. Nie ma bowiem co ubolewać nad tym, że Kanada nie jest dość „amerykańska”. To jest właśnie jej zaleta. Chyba zgodzisz się ze mną?

      • Bogdan Says:

        Oczywiscie – niech Kanada bedzie Kanada, a USA = USA. Z tego co wiem/pamietam CAN jest wieksza od USA o jakies 50.000 km2, a jak dla mnie oba kraje + Mexico itp sa Ameryka Polnocna! Strasznie nie lubie zawlaszczania przez USA pojecia “Ameryka”! Tak jakby cokolwiek np brazylijskiego nie bylo amerykanskie :0

        Tam gdzie ja sie ostatnio poruszalem Europy w Kanadzie jest bardzo malo…. Caly Zachod Kanady jest bardzo kanadyjski… To o czym piszesz/pisales bylo w kontekscie wschodnich prowincji – w zasadzie jak mniemam Quebecu (w ktorego koszulce dzis caly dzien akurat chodze) … a ten, jak wiadomo, to kawalek Francji bardziej niz jakiejs innej czesci Europy… oczywiscie jesli idzie o kulture i odrobine architektury… Przyrodniczo to calkowicie Ameryka.

        • Logos Amicus Says:

          Tak, to o czym pisałem było w kontekście Kanady Wschodniej, a ściślej: Doliny Rzeki Św. Wawrzyńca, z akcentem na Quebec. A Kanada Centralna, a zwłaszcza Zachodnia – to już zupełnie inna historia.
          Z tym podobieństwem prowincji Quebec do Francji to też nie ma co przesadzać, bo oba te rejony świata „rozjechały” się od siebie dość dawno.
          Zresztą, znasz Kanadę lepiej ode mnie, więc doceniam wszelkie Twoje uwagi na jej temat.

          Podzielam Twoje „nielubienie” określania Stanów Zjednoczonych jako „Ameryka”. Sam czasami go używam, ale to dlatego, że używa się tego skrótu często i jest on w zasadzie zrozumiały – ale za każdym razem mam świadomość, że to jest pewne nadużycie. Więc postaram się tego unikać.

        • Bogdan Says:

          Tym razem, Staszku, masz calkowita racje, choc czy znam Kanade lepiej od Ciebie to… nie wiem… w Gaspesie nie bylem, ale Nowej Fundlandii – owszem. Ewidentnie jednak Wschod jest rozny od Zachodu… tak jak i w USA, AUS czy chocby i zwlaszcza w EU :)

          ps. Château Frontenac (na zdjeciu) w Quebec City to prawdziwe cacko architektoniczne! Ale chyba nie ma wiele wspolnego z Chambord, Blois czy Vilandry… Ani czymkolwiek we Francji, Europie czy USA…. Czy sie myle?…

        • Logos Amicus Says:

          Nie mylisz się. To jest amerykańska (kanadyjska) wersja tego, jak wyobrażano sobie tutaj imponujący, luksusowy hotel (jak piszą mądre źródła, wybudowany on został w stylu neogotyckim z elementami neorenesansowymi – nic więc dziwnego, że jest taki… swoisty ;))
          Nie przypominam sobie też, aby w Stanach stało coś podobnego…
          Chociaż… Jak zapewne wiesz, jest w Los Angeles hotel (słynący z częstych odwiedzin hollywoodzkich gwiazd i innych artystów rozrywkowych, jak również z tego, że zmarł w nim John Belushi), który nazywa się Chateau Marmont – nieco podobny w stylu, ale znacznie, znacznie mniejszy i skromniejszy, niż ten kanadyjski olbrzym.

  6. beringo Says:

    Myślę, ba, jestem – pod wrażeniem. Zaszczepiłeś we mnie właśnie piękne chęci odkrywania, doczytywania, to jest inspirujące uczucie. Ty potrafisz inspirować.

    Dzięki!

  7. Onibe Says:

    Kanada to interesujący melanż wolności i cywilizacji – są tam zarówno zaawansowane technologicznie miasta jak i ogromne przestwory dziczy… Nigdy nie byłem w Kanadzie, ale chętnie to kiedyś nadrobię. Ciekawie opisałeś wrażenia.

    • Logos Amicus Says:

      Dobrze to ująłeś: cywilizacja tam jest, ale nie pozbawia ona wolności tych, którzy tę wolność chcą czuć i posiadać. Nie bez znaczenia jest też olbrzymi obszar tego kraju, pełen „dzikiej” przyrody – taki kontynentalny oddech.

      PS. Ciekawie? No nie wiem. Notatki te przez 6 lat leżały bezużyteczne, bo nie przywiązywałem do nich większego znaczenia, jak tylko takie prywatne, wspominkowe. Ale leżały też zdjęcia, przez nikogo nie oglądane, więc w końcu zdecydowałem się je pokazać.

      • Onibe Says:

        ciekawe: autentyczne spojrzenie kogoś, kto przecież potrafi obserwować. Dla mnie to ciekawe. Nie odwiedzam Cię na zasadzie kultywowania klubu, po prostu lubię poczytać i pooglądać to co ładujesz na bloga ;-). Pozdro.

        • Logos Amicus Says:

          Miło mi, że tutaj wpadasz i czytasz to, co umieszczam w moich wpisach. Tym bardziej, że czytasz to ze zrozumieniem ;) no i jeszcze chcesz podzielić się ze mną swoimi uwagami, pogadać… Cenię Twoje zdanie, bo zwykle starasz się przemysleć sprawę, piszesz ciekawie i inteligentnie i… na temat :)

        • Onibe Says:

          miłe jest to, że mimo starć od czasu do czasu potrafimy fajnie pogadać. Z pisaniem na temat to akurat u mnie różnie, bo chyba nazbyt pociągają mnie dygresje, ale staram się ;-D

        • Logos Amicus Says:

          Też lubię dygresje, ale… te na temat ;)
          To może być taki sos, w którym potrawa (czyli główny temat) lepiej smakuje (i jest lepiej przyswajalna).
          Dygresje poszerzają perspektywę i pozwalają zwykle lepiej zrozumieć dany problem, a także lepiej go obsadzić w różnych jego kontekstach.

        • Onibe Says:

          oj tak, masz rację. A szerszy horyzont to lepszy horyzont ;-)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s