PUSTYNIE I DŻUNGLE

*

na pustyni

*

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Ale nie dlatego, żeby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca ma ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

greydot

Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.
Czym była – i jest – dla ludzi pustynia? Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. Czyli pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.
Sądzę, że doświadczenie pustyni jest dla człowieka ważniejsze – i bardziej “twórcze” – niż doświadczenie dżungli. Paradoksalnie: człowiek na pustyni zdaje się bardziej i dogłębniej “dokopywać” do swojego egzystencjalnego “rdzenia”, dotykać mocniej “doli człowieczej”, pełniej rozumieć fenomen (ludzkiego) życia, niż mając wokół siebie tętniącą i kipiącą (zwierzęcym) życiem dżunglę. Dlaczego? Może dlatego, że pustynia lepiej pozwala człowiekowi identyfikować się ze swoją kulturą, natomiast dżungla to nieokiełznana, atawistyczna – przeciwstawiona ludzkiej cywilizacji – Natura?
“Jądro ciemności” jest zwierzęce, pustynną pustkę człowiek wypełnia tym, co najbardziej ludzkie – czyli kulturą. Instynkt życia i popędy przeciwstawione zostają pragnieniu duchowości. Łatwiej chyba o tę transgresję w jasności gorącego Słońca pustyni, niż w redukującej nas do pierwotnej biomasy i zmuszającej do walki i rywalizacji z innymi formami życia, dżungli.

greydot*

Dzungla - Monteverde (Kostaryka)

*

Zdjęcia własne: Pustynia Oregon Dunes (Stany Zjednoczone), Dżungla Monteverde (Kostaryka)

Reklamy

komentarzy 39 to “PUSTYNIE I DŻUNGLE”

  1. pangrabek Says:

    Kiedy piszesz o tej pustynnej walce dobra ze złem, od razu narzuca mi się obraz z początku „Egzorcysty”, jak egzorcysta właśnie stoi gdzieś w Mezopotamii (a może w Palmyrze?) na ruinach opuszczonego miasta i rozmyśla o wszelkich mitach które spłodziła ta ziemia, mitach które na pustyni mogą przybrać realny kształt. Zawieje wiatr, zaświszczy w zakamarkach świątyni sprzed wieków, gdzieś pies zaszczeka, szakal zawyje, Arab świśnie zagiętą szablą, nadejdzie zmrok a potem „egipskie ciemności” i wyjdzie kometa wśród mrowia gwiazd…
    Doświadczenie dżungli jest mi obce, a co do doświadczenia pustyni i jej „twórczej” roli to dodałbym jeszcze to, że pustynia jest bardziej atrakcyjna być może z tego punktu widzenia, że dostarcza człowiekowi mniej bodźców, nie oglądasz się na boki, tak jakbyś się rozglądał rozpraszany żyjącą dżunglą, patrzysz przed siebie, widzisz prawie że statyczny krajobraz, aktywna część odpowiedzialna za postrzeganie się wyłącza, idziesz, krok po kroku, każdy krok to krok w głąb siebie, idziesz a każdy krok jest jak mantra, pustynia pozwala na medytację. Na modlitwę pozwala pustynia. Być może pustynia nas wyleczy (ukoi nasze egzystencjalne lęki)

    tyle co do części pierwszej, czekam na więcej. pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Właśnie, czy nasze egzystencjalne lęki są rodzajem choroby? Czy tylko przejawem ludzkiej świadomości nieodłącznie związanej z życiem?
      Pustynia jako taka nie może nas wyleczyć, ale może nas wyleczyć to, co na niej znajdziemy – także w naszym wnętrzu, wliczając w to mity, które jak najbardziej mogą przybrać realne kształty. Ale chyba większą moc leczniczą ma medytacja, będąca niejako antytezą mitu: to swoiste wejście wgłąb samego siebie… Czyli w pustkę? A może to sięgnięcie do sfer gdzie rezydują siły, które kształtują (mogą zmienić) nasze życie?

      Dżungla tętni życiem. W dżungli nie ma miejsca na medytację. To żywioł, nad którym nie mamy kontroli. Ani nawet złudzenia, że taką kontrolę możemy posiadać.

  2. Roma Says:

    Pustynia to samotność, śmierć, pustka, jednolity krajobraz, horyzont. Antyteza żyznej ziemi dżungli, w której życie graniczy z chaosem. Pytanie o byt jest tutaj chyba jedną z najbardziej naturalnie napływających myśli.
    Dżungla wertkalną linią drzew i zwisających lian, hałasem i zapachami, gwarem przypomina duże miasto, gdzie można się zagubić i zapomnieć o samotności, chociaż na chwilę.
    Pustynia to pejzaż „księżycowy”, blisko stąd do kosmosu – rozgwieżdżoną noc spędzić na pustyni to jak zmierzyć się z jakąś ludzką ostatecznością. Przymus wędrówki, gdyż każde osłabienie, zatrzymanie się w miejscu, to brak życia, śmierć.

    • Logos Amicus Says:

      Czy o samotności możemy zapomnieć tylko wtedy, kiedy „zagubimy” samego siebie?
      A przecież samotność jest także tym, czego niektórzy z nas czasami poszukują.

      Z inną sytuacją mamy do czynienia wtedy, kiedy człowiek ucieka na pustynię samowolnie, a z inną, kiedy zmuszony jest na pustyni np. walczyć o swoje życie.
      Pytania o byt częściej chyba nawiedzają człowieka na pustyni. Dżungla nie znosi pytań – tam zawsze trzeba dysponować odpowiedzią, gotowością do działania, która jest niczym innym jak walką o byt.

      • Roma Says:

        U mnie odczucie czy świadomość samotności, tej egzystencjalnej czy tej społecznej wśród ludzi, rodzi poczucie jakiejś zwiększonej odpowiedzialności za siebie i uważności na swoje postawy, paradoksalnie wobec innych stworzeń na ziemi. Jakby pascalowskie zaprzestanie „tuszowania” samotności poprzez rozrywkę, poszukiwanie zajęć czy towarzystwa innych i zdanie się na pewien rodzaj prawdy czy nawet objawienia (samotność objawia się, odkrywa – bo ciągle jest, tylko czasem przykryta), powodowało pobudzenie innych uczuć: współczucia wobec siebie innych i świata, zwiększenie uważności na sam „byt” i istnienie w świecie. Łatwiej znaleźć odpowiedź „jak i kim być”. Lubię te chwile, są poszerzające, otwierają. Zupełnie opuściło mnie często kiedyś nawiedzające mnie poczucie zamknięcia i braku wyboru.
        Po co gubić siebie?

  3. Roma Says:

    Jaki zapach ma pustynia? Piasku, gorącego kurzu? a może nie ma zapachu? Pachnie ludzkim zapachem, człowiekiem, który po niej zmierza do jakiegoś kresu?
    Chciałabym zasnąć przy jakimś ognisku na pustyni, koniecznie z wielbłądem :-)

    • Logos Amicus Says:

      Pustynia ma często zapach śmierci. Dlatego też człowiek szuka na niej zapachu życia – choćby właśnie zapachu udomowionego zwierzęcia, np. wielbłąda. I łaknie życiodajnej wody, wypatrując nadziei – choćby w mirażu majaczącej gdzieś na rozedrganym horyzoncie oazy.

      • Roma Says:

        Przypomniał mi się film „Angielski pacjent”, gdzie pustynia była bohaterką namiętności ludzkich i walki o życie, pięknym niemym tłem dla naszej cywilizacji. Odkryte malowidła w jaskini, z pływającymi figurkami ludzi, mówiły o kiedyś przepływającym przez pustynię życiu. Czy któryś z bohaterów nie wspominał Platona pzry tej okazji?
        Dość, że freski w jaskini mogą być metaforą wspomnień bohatera, któremu pod powiekami na łożu śmierci przewijają się zdaje się odległe i nierealne wspomnienia dawnego życia, na którego progu stoi teraz.

        • Logos Amicus Says:

          Co jest za progiem?
          Czym jest moment, w którym życie staje się tylko wspomnieniem… i to nierealnym?
          Chwilę obecną możemy tylko przeżyć, nigdy zatrzymać. Wszystko odpływa.
          Przyszłość jest niewiadomą, w której – chcąc nie chcąc – wszyscy musimy się zanurzyć.

  4. Roma Says:

    Odnośnie zaś „miejsca do którego zawsze się wraca”, to mam jakąś intuicję, że w dzisiejszych czasach „płynności” (posłużę się metaforą Pana Zygmunta Baumana), tym miejscem jesteśmy coraz bardziej my sami, jako podmiot. Kiedy otoczenie wciąż się zmienia i pływają wokoło znaczenia, dobrze chyba być ukorzenionym w sobie, aby nie utracić wraz z nurtem tożsamości? A może wprost odwrotnie, pozwolić się nieść z nurtem, odczuwając flow energii wraz z przepływającym światem (to znowu Mihaly Csikszentmihalyi), zmieniając się wraz z nim, nie przywiązując do idei, miejsc, ludzi?

    • Logos Amicus Says:

      Tak. Stąd sentymentalne skądinąd stwierdzenie, że „dom mój jest tam, gdzie serce moje”. Albo: gdziekolwiek byśmy nie zawędrowali, tam zawsze odnajdziemy siebie.
      A czy możliwe jest zatracenie się zupełne w tzw. „flow” – w nurcie życia i zdarzeń, w tłumie spotykanych na naszej drodze ludzi?
      Pewnie tak.
      Ale i tak „strząśnięcie” siebie samego z siebie nie jest chyba możliwe… I dzieje się tak – na dobre i na złe… Bowiem nawet wtedy, gdy się zmieniamy – kiedy zmieniają się nasze myśli, uczucia, wierzenia, przekonania – pozostajemy sobą.

  5. Jarek Says:

    Nieświadomość jest immanentna, a efekt widzenia zależy od kąta spojrzenia jak pisał pewien profesor w swojej książce „Teoria widzenia”. Pustynia jest bliższa człowiekowi bo płynie on wraz z horyzontem w głąb siebie samego, a dżungla bo pulsuje jak serce człowieka i jest bezmiarem możliwości, jak jego życie. No i takie wykwity umysłu mogę tu pisać do wieczora… Tylko po co??

    • Roma Says:

      Jarek,

      w poszukiwaniu znaczeń, sensu, odkrywaniu siebie i swoich uczuć. Po to, aby przyjrzeć się Innemu, z potrzeby kreatywności, z uczucia do świata, z potrzeby kontaktu. Odnaleźć i zgubić, porównać..nawet ten sens, który tak otwarcie podważasz.

      • Jeszcze nie wiem Says:

        Roma,

        …odnaleźć i zgubić, porównać..nawet ten sens, który tak otwarcie podważasz….

        Ale na świecie nie chodzi o żaden sens. To jest strata czasu szukać co by zgubić i twierdzić że chodzi o samo szukanie.
        Witkacy nazywał to zjawisko wiecznym NIENASYCENIEM.
        Niektórzy się na to NIENASYCONE życie godzą, jak Ty czy Logos Amicus…ba! Wy widzicie w tym SENS!
        Taki mechanizm obronny.

        Pozdrawiam,

        Jarek

        • Roma Says:

          Na świecie nie chodzi o żaden sens? Czy uważasz, że rybie bez sensu wyrastają płetwy np? Że bezsensowny jest brak wody na pustyni? że bezsensownie matka rodzi dziecko i ma instynkt macierzyński wbudowany w działanie swojego organizmu? i tak w nieskończoność.
          Życie samo w sobie jest sensem, chyba nie potrzebujemy do szczęścia tak naprawdę jakiegoś wielkiego globalnego sensu, który trudno byłoby ustalić na tę chwilę :-)
          Nie czytałam Witkacego, a żałuję. Mam to w planie. Nie wiem, co on pod pojęciem nienasycenia nazywał i w zasadzie również nie znam jego podejścia do życia. Ale coś mi tu nie pasuje, bo wiem, że Witkacy z pewnością był człowiekiem eksperymentu (narkotyki np.) i przekraczania granic, a już z pewnością balansowania na nich. Człowiekiem o dużej ironii i może nawet można by tu mówić o pewnym szyderstwie w sztuce /prace surrealistyczne, portrety na zamówienie/. Mało z jego sztuki na ten moment rozumiem, ale Witkac był w tym ujęciu z pewnością nienasycony. Nie pamiętam jak było z jego przyjaźniami z kobietami, ale tez chyba nie próżnował :-)

        • Logos Amicus Says:

          Zgadzam się z Romą. Życie samo w sobie jest sensem. Jednakże człowiekowi ów „nagi” witalny sens przestał wystarczać, dlatego zaczął tworzyć kulturę, która jest niczym innym jak poszukiwaniem (ale i dostarczaniem) sensów.
          Także w postaci mitów.

          PS. Poczucie nienasycenia samo w sobie jest niewyrażaniem zgody na życie nienasycone. To rodzaj błędnego koła. I pewnie Witkacy zdawał sobie z tego sprawę, skoro tak bardzo łaknął „uczuć metafizycznych”, (które są niczym innym jak tęsknotą za transcendencją).

  6. Cane Says:

    A ja zbyt kocham las, by włóczyć się po pustyniach. Duch lasu jest bardziej przyjazny, choć czasami równei niebezpieczny.

    • Logos Amicus Says:

      Też kocham las. Bardziej niż pustynię. Ale nie zawsze mamy to, czego kochamy. I nie zawsze nawet zbliżamy się do czegoś, co kochamy – bo przecież nie wszystko zależy od nas samych.
      Życie i świat nie jest tylko zbiorem rzeczy i zjawisk, które kochamy. Choć my ten brak staramy się niekiedy „oszukać”… Np. wtedy, kiedy deklarujemy totalną miłość do całej Natury.

  7. Torlin Says:

    Ja porównałbym Twoje metafory do książek Stasiuka. Gdziekolwiek by nie był, wszędzie są refleksje nad bytem i przemijaniem. Jestem w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji, bo byłem w bardzo wielu miejscowościach, o których on pisze, i przebóg, nic mi się nie kojarzyło z tym, co przeczytałem w jego książce.
    I to samo jest z pustynią (w dżungli nie byłem, to nie wiem). Na pustyni praży słońce niemiłosiernie, trzeba być dobrze wyposażonym, ale będąc na niej nie odczuwałem ani Kosmosu, ani Czyśćca, ani archetypu niszczycielskich sił natury czy przejawu boskiej władzy nad człowiekiem. Pustynia miała swój zapach, smak, wrażenia, piękno, ale cały ten tekst Twój w końcówce jest jedynie Twoim wyobrażeniem, nie mającym nic wspólnego z prawdą. I tak jak Mołdawia, taka, jaką widział Stasiuk, wylęgła się jedynie w jego głowie, tak samo pustynia jest zbiorem piasku lub skał i nic nie ma wspólnego z wielką tajemnicą.
    Tylko się za ten tekst nie pogniewaj, impresje są cudowne, ale nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

    • Roma Says:

      Torlin,
      piszesz „impresje są cudowne, ale nie mają nic wspólnego z rzeczywistością”. Dodałabym „… nie mają … z rzeczywistością Torlina” :-) bo z Logosa jak najbardziej chyba mają. Nie ma trwałego zbioru znaczeń dla rzeczywistości.

      • Torlin Says:

        Romo, odpowiedź rozrosła się ponad miarę, a i męczył mnie wpis Logosa również ponad zwykłą normę, więc postanowiłem Mu (i Tobie) odpowiedzieć u siebie w blogu – dokąd Was serdecznie zapraszam.

      • Roma Says:

        Torlin, zaglądnęłam na Twój bolg po raz pierwszy, i przeczytałam Twój wpis odnoszący się do Logosa komentarzy o pustyni. Nie doczytałam wszystkich komentarzy, bo w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że dyskusja zamknęła mnie i Logosa w jakiejś szufladce ludzi wierzących. I nawet pojawiło się coś o w którymś komentarzu o ludziach wierzących i dobrych…:-) czytaj naiwnych kontra racjonalny i rozumny świat.
        Nie sądzę, żeby dyskusja na temat wielości znaczeń rzeczywistości miała się dużo do religii, takimi tematami chętnie zajmuje się filozofia, semantyka, językoznastwo, literatura i sztuka. I nie ma tutaj żadnego pola walki o słuszność. Po prostu jedna osoba dzięki swojemu bogactwu wiedzy, wrażliwości i zgoda, uczuciom nieraz, widzi w przedmiocie zcy zjawisku inne asocjacje, a inny tego nie widzi, bo jest pozamykany na takie doznania w tym zakresie. Ale nie jest powiedziane, że będzie działo się odwrotnie, kiedy „zamknięta” osoba napotka swój zbiór otwartych znaczeń, czyli pobudzi ją cokolwiek, co jest jej dobrze znane, wywołuje uczucia, skojarzenia, kreatywność.
        Prosty przykład: jadę w samochodzie z drugą osobą, świeżo poznanym znajomym – zawodowym kierowcą. Wjeżdżamy w piękną pustą drogę, biegnącą przez las. Drzewa pochylają gałęzie nad wstażką zużytego zębem czasy asfaltu, tak nisko, że łączą się nad nim migoczącym światłem baldachimem. Zachwycam się na głos i na głos wyobrażam sobie to samo miejsce w zimie! Czapy śniegu na drzewach, biały tunel, te sprawy :-) Trzeba było zobaczyć twarz znajomego: otworzył nagle oczy w szczerym zdziwieniu, zbadał wzrokiem moją roześmianą twarz (bo już wiedziałam, ze to nie jego klimat, takie odczuwanie i widzenie świata) i powiedział całkiem szczerze i bez krzty złośliwości: Ty chyba zwariowałaś! Nie mówisz tego poważnie! Piękna droga, dobre sobie? Ty wiesz jak w zimę przejechac ciężarówką przez taką drogę?!! Rany boskie, co za brednie..:-) W mig zdałam sobie sprawę, że patrzymy z innego punktu widzenia.
        Ale po dojechaniu na miejsce – znajomy kierowca kupował nową ciężarówkę (czasami zajmuję się pośrednictwem takich pojazdów haha), kiedy zobaczył nowy nabytek, zaczął rozwodzić się nad pięknem tego samochodu, komentował wyposażenie kabiny etc. Natomiast ja byłam w tym momencie zamknięta na tego typu doznania, gdyż nie jeżdżę ciężarówkami, a mimo, że czasem uczestniczę w ich sprzedaży, nie są moją pasją. Nie świadczy to jednak o tym, że któreś z nas jest w błędzie.

        • Torlin Says:

          Nie Romo, nikt Was w niczym nie zamykał, ale tak wyglądają dyskusje blogowe, że często schodzą z tematu głównego. Dyskusja była już tylko à propos wpisu Logosa i Twojego komentarza, a właściwie później niemająca nic z Wami wspólnego.
          Chociaż… Wydaje mi się, że tym razem Ty schodzisz z tematu. Twój ostatni komentarz mówi na temat odczuć estetycznych, a ja nie przeciw temu protestowałem. Nie podobały mi się porównania typu: „pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec”, „przejawem boskiej władzy nad człowiekiem”, ” pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie”. To nie ma nic wspólnego z estetyką.
          Inaczej mówiąc, moja znajoma zachwycała się mgiełką za moim oknem, ja zobaczyłem kłąb pajęczyny niesprzątniętej, gdyż okno jest na stałe zamknięte z powodu wnuczki, ale nie widziałem tam walki Dobra i Zła. Może ewentualnie Czystości z Brudem. ;)

        • Logos Amicus Says:

          „…byłem w bardzo wielu miejscowościach, o których on (Stasiuk) pisze, i przebóg, nic mi się nie kojarzyło z tym, co przeczytałem w jego książce”
          I właśnie dlatego Torlinie nie jesteś Stasiukiem (tzn. nie tworzysz literatury opisującej tamte miejsca :) )
          A już poważniej: ja bym z tym Stasiukiem nie przesadzał. Bowiem nie czuję większego powinowactwa z tym, co on pisze, i też męczy mnie on nawet czasem, choć niektóre jego frazy są piękne (dlatego nie uważam czasu poświęconego jego książkom za czas stracony). I podobnie jak Ty (ujmujące jednak sprawę nieco inaczej) uważam, że jego relacje z podróży są zbytnio… jak na mój gust… introwertyczne. A jednak nie jest to zarzut – bardziej sprawa gustu, stylistycznego i lirycznego wyczucia, pewnej introspekcyjnej wrażliwości.

          A jeśli chodzi o Twój zarzut wobec mojego tekstu: Torlinie drogi, istnienie coś takiego, jak metafora, liryka, literatura wreszcie… także mitologia (odsyłam Cię do mojego poprzedniego wpisu TUTAJ, który mówił właśnie o mitach i ich relacji z tzw. „rzeczywistością”).
          Wbrew temu co sądzisz, do tej „rzeczywistości” nie mamy bezpośredniego dostępu. To, co o rzeczywistości wiemy – i jak ją postrzegamy – jest właściwie ledwie naszą interpretacją „rzeczywistości”. Mit (poezja, metafora) pomaga nam w pewnym sensie do tej rzeczywistości dotrzeć (drogą nie tylko empiryczną, czy zmysłową, ale także intuicyjną). To jest właśnie (w uproszczeniu) ten odwieczny problem widzenia „szkiełkiem i okiem” uczonego (ale czy zawsze „mędrca”?) z jednej strony i sercem poety (proroka, wizjonera, artysty, poety) – z drugiej. Pozytywizm i racjonalizm nieraz się już zadławił – sam w sobie martwieje bez eterycznego oddechu tego co intuicyjne, niewyrażone, przeczuwane, nieogarnione… A na dodatek często schodzi na manowce, mimo swej racjonalistycznej chełpliwości, swoistemu zarozumialstwu i besserwiserstwu.

          PS. Zajrzałem do Twojego bloga i przeczytałem wpis, do którego się odnosisz. I podobnie jak Roma uważam, że sprowadzanie naszego problemu tylko li do „wiary” jest zupełnym nieporozumieniem. Zwłaszcza ujmując go w kontekst religijny.

        • Torlin Says:

          Drogi Logosie!
          Mój komentarz odnosił się tylko do tego tekstu, który jest umieszczony na górze. Ja wiem, że potrafisz opisywać rzeczywistość, i że potrafisz robić wspaniałe, „rzeczywiste” fotografie, naoglądałem się ich chyba setkami. Ale…
          W powyższym tekście tego nie ma. Mówisz o interpretacji rzeczywistości. I ja właśnie na ten temat piszę, uważam, że każdy ma prawo dowolnie ją interpretować, ale jak ktoś na żelazko powie spodnie, bo tak to widzi, to ja mam prawo zaprotestować. Mnie przeszkadzały w tym tekście właśnie te porównania (jeżeli się nie pogniewasz :P) „walka dobrego ze złem”, „zawieranie przymierza z bogami”. Gdyby to było częścią wpisu, to wtedy zgoda, ale Drogi Logosie w tym wypadku nie dajesz alternatywy. W odpowiedzi Magamarze w moim blogu piszesz, że Ci jest przykro, że ona to tak zinterpretowała, że nie zauważyła, że Ty jesteś człowiekiem odczuwającym całym sobą piękno przyrody. Bo to jest prawda, odczuwasz, i dawałeś tego przykłady po wielokroć. Tak, masz rację, było wiele wpisów takich, jak piszesz. Ale ten tekst jest inny, przeczytaj sobie go jeszcze raz.
          Ps. Jeżeli za ostro napisałem, to bardzo Cię przepraszam.

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, nie masz za co przepraszać – żadne obrażanie nie jest mi w głowie ;)

          A jednak broniłbym tych kilku zdań z powyższego wpisu. Nie wydaje mi się bowiem, że nie odzwierciedlają one naszej rzeczywistości – zwłaszcza tej mitycznej, w której przecież, jako ludzie kulturalni (czyli będący osobnikami należącymi do gatunku Homo sapiens, który stworzył kulturę ;) ) jesteśmy zanurzeni po uszy.
          Powiadasz, że nie było przymierza z bogami zawieranego przez człowieka na pustyni? Poczytaj więc sobie stare teksty historyczne (choćby Biblię). Pooglądaj sobie malowidła starożytne, średniowieczne… Ileż tam różnych Hieronimów, Hiobów, Jakubów i Mojżeszów… Chrystus kuszony na pustyni, manny spadające z nieba i krzaki gorejące tamże… Jakie mnóstwo mnichów buddyjskich szło na pustynię, skrywało się w jaskiniach, by tam znaleźć to, czego szukali…
          I nie mów mi, że to wszystko nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, że to złudzenia i rojenia, że to nie było tak „naprawdę”… Nawet jeśli rozgrywało się to tylko w ich głowie, to i tak oni to przeżywali, i tak wpływało to na ich życie, jak również na życie tysięcy ludzi, którzy te ich wizje, medytacje, przemyślenia, poznawali. I to jest właśnie nasza rzeczywistość kulturowa – wierzysz w to, czy nie wierzysz. Takie są po prostu fakty kulturowe.

          Podobnie jest z dobrem i złem. Nie ma walki dobra ze złem, powiadasz?
          Oczywiście – ja również uważam, że zło i dobro jako takie (poza ludzką kulturą) nie istnieją, ale jak najbardziej istnieją w ludzkiej kulturze i z tym (znów: chcąc nie chcąc), musimy się liczyć. I właśnie dlatego, że zło i dobro (w „rzeczywistości” poza ludzkiej) nie istnieją, to musimy przedstawiać je sobie także metaforycznie – na sposób choćby manichejski – np. jako zmaganie się dobra i zła na pustyni.
          Czy ja muszę tu wypisać takie trywializmy?

          I oczywiście: to nie takie ważne tutaj, czy ja w to wszystko wierzę, czy nie wierzę. Ja tylko przytaczam pewne elementy ludzkiej kultury – fakty zaistniałe w naszej rzeczywistości kulturowej (choćby i mitycznej). I moje ich odczuwanie, także w formie przemyślenia, medytacji czy refleksji.

          A zarzucanie mi tego, że ja przez to wszystko zamykam się całkowicie „w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i [odczuwam] brak swobody w przeżywaniu przestrzeni” (o co posądziła mnie Magamara), jest zupełnie chybione. Bo jednak u mnie, mimo wszystko, na pierwszym miejscu jest doświadczenie czysto fizyczne, zmysłowe – a dopiero później (ewentualnie) komplementowane (wzbogacone?) przez odniesienie się do kultury i czerpanie z jej (znanych mi) zasobów.

  8. Jula :D Says:

    Ja sama nigdy bym się nie odważyła być na pustyni lub w dżungli..
    Nie potrafiłabym tam żyć, choć wiem ,że ludzi tam urodzeni potrafią.
    Ja żyje raczej w sztucznym świecie . Tak myślę, Mój dzień jest odmierzany sztucznie .
    Przypomniało mi się , jak Cejrowski odnalazł plemię , które nie odmierza czasu w naszym pojęciu. Było to dziwne uczucie ,że są tacy ludzie. Ich rytm życia był inny. ;)
    Ludzie pustyni np. Beduini i inne ludy wędrowne , pustynię znają i mając dla niej respekt potrafią z nią współżyć z obopólną korzyscia. ;)
    To samo z ludami zamieszkującymi dżungle.
    Plemiona Indiańskie wspaniale się z dżungla zidentyfikowały.
    Tylko My , najeźdźcy z Europy potrafimy w przeciwieństwie do naszych przodków wszystko niszczyć „w imię cywilizacji”.
    Pytanie się nasuwa – z jakim skutkiem dla tej cywilizacji bo ona musi być nierozerwalna z bytem Ziemi !?
    ;D
    Pozdrawiam!

  9. Watra Says:

    Najsmutniejszym jest uczucie pustki i bezmiaru pustynnego w pędzącym ludzkim kłębowisku.

    • sarna Says:

      Samotność i osamotnienie to dwa różne stany, ciekawie o tym pisze W. Łysiak w książce pt. „Wyspy bezludne” – polecam :) i życzenia interesujących, pogodnych wakacji dla wszystkich :)

      • Torlin Says:

        Może to dziwnie zabrzmi, ale te dwie książki Łysiaka, powyższa i „Francuska ścieżka” ukształtowały mnie estetycznie, jak jeszcze byłem młodym człowiekiem. Uwielbiałem jego książki. I co się stało z tym człowiekiem. Zjadła go nienawiść.

      • Logos Amicus Says:

        Samotności można pragnąć, lecz osamotnienie jest już zwykle utrapieniem.

        PS. Ależ Torlinie, Łysiak to też jest przecież kolekcjoner mitów ;)
        (A o jego zapalczywości nie chciałbym się tu w ogóle wypowiadać. Zdecydowanie wolałem czytać o jego miłościach i pasjach, zwłaszcza o historii i malarstwie, niż o nienawiściach.)

  10. Jula :D Says:

    Logosie , gdzie tym razem wywędrowałeś ?…
    Zawsze, nawet w dalekiej podróży , pojawiałeś się na własnym blogu !?
    Pozdrawiam wakacyjnie z upalnej Polski ! ;D))))

  11. Jula :D Says:

    Logosie a gdzie tym razem wywędrowałeś?!.. Jakie nieznane obszary Ciebie przyjęły?..
    Zawsze , gdziekolwiek byłeś, to zaglądałeś na własny blog. ;D))
    Pozdrawiam!

  12. magamara Says:

    „Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić.”

    Ja zaczęłabym inaczej: „Wyruszając w podróż, otwórz się na nowe a w domu zostaw cały swój bagaż kulturowy, bo może okazać się zbędnym balastem.”

    Pisze pół żartem, pół serio, bo oczywiście z całym takim bagażem trudno się pożegnać. Niemniej jednak po przeczytaniu tego wpisu, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że takie podróżowanie, gdzie przebywanie na pustyni automatycznie przywołuje miejsce przymierza bądź walki z bogami, zmaganie z natura etc., to podróżowanie sztuczne, zamknięte w dość utartej symbolice kulturowej i na dobrą sprawę mogłoby być „podróżowaniem” po domowej bibliotece, a nie szczerym i otwartym doświadczaniem nowego, odmiennej przestrzeni.

    Pamietam moje wrazenia z pustyni, kiedy znalazlam sie przy pakistanskiej granicy w Indiach. Urzekly mnie fale wydm, smugi wiatru na piasku i olbrzymia przestrzen, ktora wydawa sie nie miec konca. Pamietam przyjemny, cieply i piaskowy powiew wiatru i radosc, ze tego wszystkiego bylo mi doswiadczyc. Przez glowe nie przebiegla mi ani jedna mysl o potencjalnej walce czlowieka z natura ani o biblijnej historii.

    Moim zdaniem cala frajda w podrozowaniu jest to, ze doswiadcza sie czegos nowego, ze wychodzi sie poza utarte schematy myslenia o przestrzeni, ze probuje sie nie poddac oczywistym skojarzeniom, poczuc wolnosc od tego, co ma sie dookola na co dzien. Pozostawienie kulturowego plecaka w domu moze zadzialac bardzo odswiezajaco. Co innego, kiedy oglada sie pustynne obrazy na przyklad sredniowieczne czy renesansowe w muzeum. Wtedy taki plecak moze byc bezcenny, bo jego zawartosc umozliwi wielopoziomowa podroz znaczen i symboli.

    Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieje, ze zarzucisz wkrotce kotwice :-)

    • Logos Amicus Says:

      Witam Cię Aniu,
      miło widzieć tutaj Twoje słowa po tak długim milczeniu.

      Masz rację mówiąc o pewnej sztuczności światów, w których poruszamy się ewokując nasze mity, czy też wkraczając w nie z bagażem (balastem?) kulturowych znaczeń, jakimi często wypchany jest nasz podróżny plecak. Zdaję sobie z tego sprawę, lecz kiedy jestem w podróży, to jednak – mimo wszystko – potrafi on moje wrażenia na swój sposób „zintensyfikować” – mieszając stare formy i treści z nowymi.
      Ale wiem o czym piszesz i przyznaję Ci rację: mimo wszystko warto się otworzyć na coś, co jest zupełnie dla nas nowe, inne, niespodziewane, obce… bo tylko w takim spontanicznym odbiorze może się ujawnić „prawda” o odwiedzanym przez nas miejscu – jego unikalność i specyfika – wszystko to, co może nas i nasze doświadczenie drogi wzbogacić. I wtedy właśnie można odczuć największą z podróży frajdę ;)

      Pewnie zarzucę gdzieś w końcu kotwicę. Ale kiedy to będzie i w jakim porcie… tego nie wiem ;)

      Pozdrawiam serdecznie Ciebie i całą Twoją Rodzinę – a zwłaszcza Belę :)

    • Logos Amicus Says:

      Magamaro, zajrzałem jeszcze raz na stronę Torlina i znalazłem taki oto Twój komentarz, który mnie jednak nieco zaskoczył:

      „Mnie notka Logosa zadziwiła z tego samego powodu, bo ja też na pustyni nie przeżywałam walki dobra ze złem, ale jej wspaniałą przestrzeń, gładkość piasku i ciepło wiatru, który rysował doskonale fale na wydmach. Zgadzam się z tym, że w jego wpisie dużo jest antropomorfizacji, ale jest tam coś więcej: całkowite zamknięcie się w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i brak swobody w przeżywaniu przestrzeni. Podróż w taki sposób wydaje się nie mieć w ogóle sensu, bo nie dostarcza podróżującemu żadnych nowych wrażeń poza może pewna przyjemnością w odtwarzaniu literackich skojarzeń.
      Moim zdaniem takie podejście nie ma koniecznie wcale nic wspólnego z byciem wierzącym bądź nie. Przynajmniej ja bym tych dwóch rzeczy nie łączyła. Widzę tutaj raczej niemoc czy może ograniczenie wykształconego człowieka w przeżywaniu czegoś nowego. Zamiast podróżowania i doświadczenia natury, jest ucieczka w kulturę. Dla mnie to przykład tego, jak można sprowadzić całą przyjemność fizycznego obcowania z nową przestrzenią do czegoś w rodzaju konwencjonalnego wyjścia do biblioteki.”

      Magamaro, widzę jednak, że mnie nie zrozumiałaś.
      Czy dlatego, że w związku z Naturą nawiązuję do kultury, literatury czy mitu, nie mogę odczuć „wspaniałej przestrzeni, gładkości piasku i ciepła wiatru, który rysował doskonałe fale na wydmach”?

      Zupełne nieporozumienie. Ja jednak odbieram Naturę przede wszystkim zmysłowo, a nie intelektualnie. Uwielbiam wspaniałe krajobrazy, interesują mnie zwłaszcza zwierzęta danego terenu, ale też pewne fenomeny geologiczne… i to bez żadnej antropomorfizacji.
      Swego czasu napisałem też monografię Parku Narodowego Yellowstone, której fragmenty znaleźć można na moim blogu tutaj:

      https://wizjalokalna.wordpress.com/2012/07/07/kraina-wiecznych-czarow-yellowstone/

      Na szlakach i w parkach narodowych spędziłem kilka dobrych lat mojego życia (w samym Yellowstone spędziłem w sumie kilka miesięcy). Kiedy tylko mogę uciekam od tzw. „cywilizacji”, cieszy mnie samo czyste „obcowanie” z Naturą – przebywanie wśród drzew, jezior, nad morzem czy Oceanem… i niekoniecznie rozpatrywanie tego doświadczenia w kontekście kulturowym, czy wiązanie go z jakąkolwiek literaturą.

      Piszesz: „…w jego wpisie dużo jest antropomorfizacji, ale jest tam coś więcej: całkowite zamknięcie się w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i brak swobody w przeżywaniu przestrzeni. Podróż w taki sposób wydaje się nie mieć w ogóle sensu, bo nie dostarcza podróżującemu żadnych nowych wrażeń poza może pewna przyjemnością w odtwarzaniu literackich skojarzeń.”

      To jednak przykre być tak zinterpretowanym i jednak spłyconym ;)
      I to wszystko przez dwa niewinne akapity, które trudno nawet nazwać wpisem :)

      ***
      I może jeszcze mały fragment jednego z moich ostatnich wpisów, gdzie jednak jest zachłyśnięcie się przestrzenią i pewna opozycja do „kulturyzacji” pejzażu, jaką przejawiał choćby Miłosz, o ufilozoficznieniu spod znaku „Ameryki” Baudrillarda nie wspominając:

      Miłosz w swoich “Widzeniach nad Zatoką San Francisco” pisał: “(…) moja humanistyczna gorliwość jest osłabiona przez góry i ocean, przez te liczne momenty, kiedy patrzyłem na bezmierność z uczuciem podobnym do mdłości, a wiatr pustoszył moje małe gospodarstwo nadziei i zamiarów.”

      Zupełnie inaczej reagowałem na amerykańską “bezmierność”. Nigdy nie zapomnę swoich wrażeń, kiedy po raz pierwszy trafiłem na zachodnie pustynie i półpustynie kontynentu i kiedy pierwszy raz skierowałem mój wzrok ku horyzontowi, starając się objąć coś, co wydawało się bezkresne. Ani tego oszałamiającego, rozpierającego pierś uczucia podniecenia i radości na widok niekończącej się przestrzeni, która była dla mnie zapowiedzią przygody życia – poszukiwania i odnajdowania miejsc nieznanych, a przeczuwanych tylko za pragnieniem doświadczenia czegoś niezwykłego. Wiatr wcale nie pustoszył mojego małego gospodarstwa nadziei i zamiarów – choćby dlatego, że nadzieja i zamiary nie były jeszcze przeze mnie zagospodarowane, kotłując się gdzieś w bezkształtnym żywiole nie posiadającym żadnych punktów oparcia i barier.
      (Fragment pochodzi stąd)

  13. Logos Amicus Says:

    Przepraszam za pewną chaotyczność, nieporadność i niepełność moich komentarzy, lecz warunki i okoliczności w jakich je piszę nie sprzyjają ani koncentracji ani zbytniej lotności myśli w głowie :)

  14. WYSPY DZIEWICZE | WIZJA LOKALNA Says:

    […] się rano w jednym z domków Saliny. Za oknem budziło się życie – intensywne, bujne życie dżungli, przepełnione odgłosami insektów i śpiewem egzotycznych ptaków. Z dala, z okolicznego rancza, […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s