CHWIEJNA EPOPEJA

(zapiski VII)

*

Mit jest pewną konstrukcją myślową, dzięki której człowiek, dysponując ograniczonymi możliwościami poznawczymi i intelektualnymi, próbuje zrozumieć (przedstawić, opisać) jaka jest jego rola w świecie, czym jest los, w który został on uwikłany, jakie jest jego przeznaczenie.  Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie są w stanie tego sensu nadać. Mit próbuje też uprościć wielką złożoność świata, który nas otacza; umożliwia w nim orientację ustalając pewne punkty odniesienia, jak również usiłuje “uwspólnić” nasze międzyludzkie doświadczenia egzystencjalne… Daje wskazówki jak mamy się zachować, co wybierać… Owiewa też poetycką aurą to, co bez tej otoczki mogłoby się nam wydać zbyt surową, krwistą tkanką nieludzkiej, bezwzględnej i ślepej Natury. Mit w zasadzie opiera się dychotomii “prawda – fałsz”, bo funkcjonuje na innym poziomie świadomości niż “zero-jedynkowe” metody weryfikacji. (Gwoli jasności muszę dodać, że jakkolwiek definicja ta może się nam okazać tutaj przydatna, to jednak nie wyczerpuje całej złożoności istoty i funkcjonowania tego fenomenu kulturowego, jakim jest mit.)

greydot

Kołakowski w swojej książce „Obecność mitu” napisał: “(…) kultura żyje zarazem z pragnienia syntezy ostatecznej między swoimi skłóconymi składnikami i z organicznej niemożności zapewnienia sobie taj syntezy. Dostąpienie syntezy byłoby śmiercią kultury tak samo, jak poniechanie woli syntezy. Niepewność zamierzeń i kruchość zdobyczy okazuje się warunkiem twórczego trwania kultury. Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność.”

Mimo wszystko (i poniekąd wbrew stwierdzeniu Kołakowskiego) – zdając sobie ponadto sprawę z ogromnej roli mitu w tworzeniu naszej kultury – wcale nie jest pewne to, czy musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli. Biorąc jednakże pod uwagę obecny stan naszej kultury (czyli stadium rozwoju ludzkiej myśli i świadomości), to jak na razie wydaje się to koniecznością. Czy jednak tak samo będzie w przyszłości? Może odkryjemy w końcu jakieś kosmiczne “oprogramowanie”, które pozwoli nam zrównać się wszechmocą z Bogiem, albo okiełznać siły, które rządzą światem? (Co na jedno wychodzi.)
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale czy niemożliwe? Rozsądek mi mówi, że to jednak science-fiction, ale czy zawsze możemy zawierzyć rozsądkowi?

A jednak (tu i teraz) skłaniam się do tego, by uważać, że na to oparcie w mitach jesteśmy skazani, gdyż najprawdopodobniej nigdy nie poznamy genezy Wszechświata, nigdy też nie dowiemy się “skąd przychodzimy”. Od biedy możemy się domyślać “kim jesteśmy”, ale i tak tajemnicą pozostanie najprawdopodobniej to “dokąd idziemy” – jak również to, czy tam, dokąd dojdziemy, nadal będziemy sobą.

greydot
Nie chodzi tu jednak tylko o konieczność akceptacji mitu. Mówimy o czymś jeszcze głębszym – bardziej radykalnym, bo odnoszącym się do sposobu naszej percepcji świata (a konkretnie do ograniczoności tej percepcji wskutek niedoskonałości poznawczej człowieka). A właśnie te ograniczenia mają swoje konsekwencje: np. w konieczności przyjęcia umownych paradygmatów, pewnego kodu, sposobu porozumiewania się, języka; innymi słowy –  komunikacji w kulturze, która jest w pewnym sensie czymś sztucznym, bo wykreowanym przez człowieka (czyli właśnie umownym).

Trudno nie docenić wagi i znaczenia mitu – jego funkcji scalającej i konstytuującej życie człowieka, zarówno w wymiarze indywidualnym (psychicznym), jak i społecznym (kulturowym, historycznym). Jeśli więc ktoś mówi, że nie interesują go mity, to tak, jakby stwierdzał, że nie interesuje go kultura, bo przecież rozwój naszej kultury jest w dużej mierze – jeżeli nie przede wszystkim – procesem mitotwórczym.

Mógłby też ktoś powiedzieć: “Mity zawierają wiele pułapek, dlatego warto je czasem dekonstruować, właśnie po to aby lepiej zrozumieć co nami powoduje. Doświadczenie uczy, że bezkrytyczna wiara w mit – a także posługiwanie się nim – prowadzi do uproszczeń, krótkowidztwa i niewrażliwości właśnie.”
Zgoda. Być może problem sprowadza się do tego, w jaki sposób ma się odbywać ta “dekonstrukcja” mitu, co jest jej rzeczywistą motywacją, jakie są prawdziwe intencje, i czy dekonstruując mit nie pozbawiamy ludzi jakiegoś oparcia – nie dając im niczego w zamian? Łatwiej jest burzyć, niż budować.

greydot
Nasze egzystencjalne lęki mają źródło w tym, że chcemy się odnaleźć i przetrwać w środowisku, które nieustannie zagraża naszemu życiu – bytowi jednostkowemu. Ta niepewność zaś wynika z naszej niewiedzy, czyli z niemożności ogarnięcia i pełnego zrozumienia otaczającego nas świata. Myślę, że cała nasza kultura jest taką epopeją (Kołakowski nazwał ją nawet “wspaniałą”), w której właśnie te dwa wątki mają największe znaczenie. Epopeja, która zrazu przypomina tragedię, to znów komedię czy farsę, ale zawsze jednak jest dramatem.

greydot
Często myślałem o tym czym jest “chaos”. Dlaczego niektórych z nas on przeraża, innych zaś pociąga?
I skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że właściwie “chaos” jest czysto ludzkim określeniem tego, co jest dla nas (jeszcze) niezrozumiałe, niepojęte – czego reguł (praw, celu, sensu, zasad, działania) nie znamy.
Weźmy pod uwagę np. naukowca, który obserwuje pewne zjawisko, pozornie bezładne zachowanie się materii, zbioru cząstek, czy kwantów energii… Dopóki nie będzie on znał praw, które tym ruchem rządzą, dopóty będzie miał wrażenie, że zachowują się one chaotycznie. A tymczasem podlegają one ścisłemu prawu, tyle że jeszcze nie odkrytemu (przy czym, nie możemy mieć pewności, czy kiedykolwiek zostanie ono odkryte).
Również jestem skłonny uważać, że wszystko we Wszechświecie dzieje się według “żelaznych” reguł i praw, a problem różnicy między “chaosem” a “ładem” (“harmonią”), jest w rzeczywistości zagadnieniem pozornym, istniejącym tylko w naszej “ludzkiej” skali, niezdolnej objąć Wszystkiego.

greydot

Wiele wskazuje na to, że intuicję wykorzystujemy dlatego, że nasz rozum (a tym samym świadomość) jest zbyt ograniczona, by wszystkie docierające do nas informacje właściwie odebrać, przyswoić i opracować. Ponadto, co jest poniekąd paradoksalne, mimo tego całego nawału informacji o świecie, owych informacji mamy ciągle za mało (i często są one niezrozumiałe), by na ich podstawie wyrobić sobie o czymś ostateczny, nie podlegający wątpliwości, osąd. Wydaje się nam czasami, że ogarniamy świat cały – że potrafimy go przejrzeć na wylot – a w rzeczywistości podglądamy go przez dziurkę od klucza.

Weźmy np. pierwszy lepszy metr sześcienny gleby (z pola albo lasu): zwykle, patrząc nań od zewnątrz, widzimy tylko kupę ziemi. Jednak kryje on w sobie takie bogactwo informacji, tak wiele się w nim dzieje, że na poznanie tego wszystkiego życia naszego by nie starczyło. A co tu dopiero mówić o całym Wszechświecie? 100 miliardów galaktyk, a w każdej galaktyce 100 miliardów gwiazd… i gdzieś w tym wszystkim zagubiona mikroskopijny atom naszej planety z jej maleńkimi istotkami, które próbują cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć.

A może tak silna u wielu ludzi idea Boga to również pewnego rodzaju intuicja? Lecz w takim razie co począć z intuicją ateisty, któremu “coś” mówi, że Boga nie ma?

greydot

Jeśli weźmiemy pod uwagę cierpienie człowieka, które wynika z niepewności jego egzystencji i braku rozeznania w otaczającej go rzeczywistości, to “ucieczka w świat archetypiczno-mitycznej ułudy” jest właśnie ucieczką przed tym cierpieniem. Działa tu bardzo powszechny – i dość prosty – mechanizm psychologiczny, obecny nie tylko w chorobach psychicznych, ale i znany bez wątpienia nam wszystkim. Uciekamy w świat (większej lub mniejszej) iluzji, bo w nim owa niepewność jest niejako znoszona (taką m.in rolę pełnią wszystkie religie – stąd tzw. “mocna” wiara, stąd dogmaty, stąd “prawdy”, które są “prawdą i tylko prawdą”, czyli nie podlegające podważeniu ani nawet dyskusji…).
Czy jest to jednak sytuacja stawiająca nas przed wyborem “albo-albo”? Czasem tak (jak choćby w przypadku Kierkegaarda – nie mówiąc już o innych “skokach” w metafizykę dokonywanych np. przez Pascala, czy innych filozofów metafizycznych); czasem nie – lęk egzystencjalny nie musi być doświadczany przez wszystkich ludzi, a nawet jeśli jest doświadczany, to nie jest to doświadczenie dojmujące, stałe… Niekiedy są to tylko (jak np. u Sartre’a) mdłości. Czasem wybieramy coś zupełnie innego (wydawałoby się: przeczącego ułudzie) – np. hedonizm lub sarkazm, łagodność lub cynizm, zaangażowanie lub obojętność, pasję lub stoicyzm, wolę poznania lub sceptycyzm. A jednak zawsze pogrążamy się we mgle i nieprzejrzystości, mimo okazjonalnych olśnień i złudzeń wszechwiedzy.

greydot

Ktoś, kto zarzuca ślepotę religii, przeciwstawiając jej racjonalną (ponoć) naukę, nie dostrzega ślepoty tej ostatniej. Nauka nie jest też w stanie zapewnić nam poczucia bezpieczeństwa (często zwiększając nawet poczucie naszego zagrożenia… za przykład weźmy choćby dostęp do energii atomowej lub manipulacje genami).
Przede wszystkim nie potrafi ona zaspokoić metafizycznych potrzeb człowieka – innym słowy: jest dość bezradna wobec ontologii. Ale również wobec teleologii: do tej pory np. nie może rozwikłać problemu celowości we Wszechświecie, przez co nie może dostarczyć człowiekowi poczucia (a tym bardziej wiedzy) sensu istnienia. A chodzi tu o sens zarówno człowieka, jak i świata, w którym on żyje.
Zresztą, epoka pozytywizmu i WIARY we wszechmoc ludzkiego rozumu odeszła już w przeszłość. Również nasz racjonalizm okazuje się być czymś niewystarczającym w określaniu nas samych – naszego miejsca, pozycji, istotności, charakteru – we Wszechświecie. („Ratio”, jak sama nazwa wskazuje, wszystko dzieli i analizuje – to mu dość dobrze wychodzi, ale już z syntezą, ujęciem wszystkiego w spójną całość, ma często wielkie problemy.)

Rzeczywiście wiemy już sporo, lecz w porównaniu z tym co nam jeszcze pozostało do zbadania we Wszechświecie, nasza wiedza jest doprawdy znikomo mała. Ale po co sięgać aż tak daleko w Kosmos? Przecież nie poznaliśmy do końca naszego mózgu i nie wiemy tak naprawdę jak działa, nadal nie wiemy dokładnie co jest we wnętrzu Ziemi; nie wiemy jak zaistniał Wszechświat, jak się rozwija, ani tego jak powstało życie (stać nas tu tylko na hipotezy); nie mamy pojęcia jak sobie skutecznie poradzić z rakiem; mimo rozszyfrowania genomu, nadal nie wiemy w jaki sposób z tego zapisu genetycznego powstaje żywy organizm… i tak dalej, i tak dalej…
Jak można przy tym wszystkim WIERZYĆ we wszechmoc nauki – w jej wszechwiedzę?
Dlaczego wielu wybitnych naukowców “nawraca się” religijnie? I to naukowców dziedzin tzw. “ścisłych”. Dlaczego zaczynają wierzyć w jakąś nadrzędną moc stwórczą, jakiś byt absolutny? I nie są to bynajmniej naukowcy podrzędni, ale wykładowcy renomowanych uczeni, o znacznym dorobku naukowym, laureaci nagród Nobla, cieszący się naukowym autorytetem… Czy aby nie dlatego, że uznali, iż nauka nie może dać im odpowiedzi na nurtujące ich fundamentalne pytania?
Nauka jest fascynująca, ale nie ma duszy (sama jej istnieniu zaprzeczyła), jest zimna i w pewnym sensie nieludzka… Tak właśnie: pod względem humanistycznym jest “ślepa” i bezduszna. I też zagląda tylko przez dziurkę od klucza., choć wydaje jej się czasem, że otwiera bramy.

greydot

Rola religii w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji jest nie do podważenia. Człowiek jest istotą religijną – to ten homo religiosus, który m.in. przez swoją religijność zaczął tworzyć kulturę i wyróżniać się ze świata zwierzęcego. Religia pełniła kluczową rolę w spajaniu i organizowaniu ludzkich społeczności, w kształtowaniu się własnej tożsamości kulturowej, czy wreszcie – w dążeniu do sfery sacrum i transcendentnym wyniesieniu człowieka poza czysty byt materialny – spełniała jego potrzeby metafizyczne, nadawała sens światu i własnej egzystencji. “Obsługiwała” wreszcie mit, bez którego nie mogłaby się rozwinąć żadna ludzka kultura.
Na temat znaczenia religii w historii ludzkiej cywilizacji spisano tysiące tomów – trudno, by można to było skwitować w kilku zdaniach.
Religia zawsze miała swoich wrogów (to byli najczęściej ci, którzy nie zgadzali się z porządkiem społecznym opartym na zasadach wywiedzionych z religii – przyczyny tej anty-religijności były więc bardziej natury politycznej, niż światopoglądowej). Najbardziej znaczące odejście od religii zaznaczyło się chyba w epoce Oświecenia – to od tamtego czasu datuje się znaczne rozpowszechnienie ateizmu, który znalazł adwokatów wśród wielu myślicieli i filozofów. Czy jednak gloryfikacja Rozumu, skompromitowanie religii i odrzucenie wszelkiej metafizyki wyszło nam na zdrowie? Nie jestem tego taki pewien – wystarczy spojrzeć na to, co się zaczęło dziać podczas Rewolucji Francuskiej, czy w okresie terroru ateistycznych totalitaryzmów komunistycznych (Rosja, Chiny). Czy światopoglądy ateistyczne, “wyzwalające” człowieka z religijnych “pęt”, uszczęśliwiły go? Moim zdaniem fakty temu przeczą.

greydot

Oczywiście, że istnieje również ta druga – ciemniejsza, negatywna, gorsza – strona religii, ale skupianie się tylko na niej jest pewnym fałszowaniem rzeczywistości i nie przyjmowaniem do wiadomości pewnych oczywistości i faktów. Naturalnie, że wojny religijne były złem (nikczemne były zwłaszcza wyprawy krzyżowe); zbrodnią były prześladowania religijne i zabijanie ludzi przez Inkwizycję (przy czym, miała ona nie tylko wymiar religijny); haniebnym wypaczeniem było to, co działo się na “dworze” watykańskim przez wiele wieków… etc. Lecz to wszystko były nadużycia, które miały bardziej podłoże polityczne (represje, bezwzględne dążenie do utrzymania władzy i przywilejów), niż religijne per se (to, co się działo np. w Watykanie, było zaprzeczeniem idei Chrześcijaństwa – więc, tak naprawdę, niewiele miało z nim wspólnego). Niestety, dzięki temu, dzisiejszym nieprzejednanym wrogom religii amunicji nie brakuje. Ale – jak to zazwyczaj dzieje się wtedy, kiedy zapalczywie i ślepo zwalczają się dwie strony – obraz wroga staje się stereotypowy, płaski i jednostronny: jest on samym Złem wcielonym, dokładnym przeciwieństwem nas – prawych, godnych, nieomylnych, posiadających niezbywalną rację. I niestety, skrzywienie to dotyczy obu tych stron (a w takim razie jedni warci są drugich).

greydot

Każda religia ma w sobie ziarno totalitaryzmu – w tym sensie, że stara się ująć człowieka i świat w swoje ramy, objaśnić WSZYSTKO, czyli totalnie. Zwykle też ma swój własny system etyczny, który – siłą rzeczy – uważa za najlepszy, czyli taki, który powinien obowiązywać wszystkich. Przy czym najczęściej sankcjonuje ów system jakąś wyższą – metafizyczną – racją moralną. A takiej przecież nie może podważać ten, który chce się uważać za danej religii wyznawcę.
Religia, w samej swej istocie nie jest więc demokratyczna – jest teokratyczna. Nie może też być do końca apolityczna, ponieważ usiłuje także porządkować życie (i zachowanie) swoich wyznawców – a ci zawsze znajdują się w jakimś kontekście społecznym, czyli są członkami społeczeństwa, które jest także porządkowane przez państwo. Stąd konflikty na granicy (zinstytucjonalizowanej) religii i państwa – ostre zwłaszcza w krajach, gdzie zasięg tej religii jest powszechny (jak np. w Polsce). Podobnie jest w krajach arabskich (niektóre z nich, jak np. Iran czy Pakistan, usiłują ten konflikt zlikwidować, uznając islam religią państwową – podporządkowując w dużej części prawo państwowe zasadom wywodzącym się z religii.)
Jeśli chodzi o mnie, to jestem zdecydowanie za rozdziałem kościoła (religii zinstytucjonalizowanej) od państwa. I tu nie mam problemu z uznaniem tego, że było to jedno z największych osiągnięć świata zachodniego, (do którego nota bene walnie przyczyniło się Oświecenie).

Napisawszy to wszystko, muszę podkreślić, że nie nie jest mi jednak po drodze z nieprzejednanymi wrogami religii, którzy widzą ją tylko w złym, negatywnym świetle. A to jest jednak pewien rodzaj zaślepienia: ignorowanie, niezauważanie tego, co jest w religii dobre, oraz tego, jak ważną – i pozytywną – rolę pełniła ona w rozwoju ludzkiej cywilizacji. Ponadto: wrogowie religii są także ślepi (bo napisać, że pozbawieni wyobraźni, empatii i serca – to mało) na to, jak ważna może być religia dla człowieka w jego wymiarze indywidualnym, egzystencjalnym – wzmacniając go, pomagając w życiu, dając mu poczucie sensu istnienia, także nadzieję.
Tak więc, mimo moich osobistych przejść z religią (skłaniając się ku agnostycyzmowi, nie mogę się uważać za członka jakiejkolwiek instytucji religijnej), nie zamierzam z nią walczyć – raczej chcę zrozumieć.

Jestem przekonany, że mimo wyznawania różnych religii (i wiary w różnie pojmowanego Boga), ludzie mogą żyć obok siebie w sposób pokojowy i bezkonfliktowy. Przykłady widzę wokół siebie: cokolwiek by nie powiedzieć o amerykańskim społeczeństwie, ta multi-religijność sprawdza się jednak w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze. Ludzie nie zieją tu do siebie nienawiścią tylko dlatego, że chodzą do innych świątyń: synagogi, meczetu, kościoła… Kluczem jest chyba tolerancja, szacunek dla „innego”, demokratyczne usposobienie… i właśnie: rozdział religii od państwa. Amen.

greydot

Reklamy

komentarzy 48 to “CHWIEJNA EPOPEJA”

  1. ulotna_wiecznosc Says:

    ,, Krótko mówiąc, nie możemy zgłębić tajemnicy i obrócić jej w wiedzę, lecz ważne wiedzieć, że mamy z nią do czynienia; choć nie sposób zedrzeć zasłonę, za którą ukrywa się rzeczywistość ostateczna, winniśmy wiedzieć, że jest taka zasłona.”
    ,,Horror metaphysicus” Leszek Kołakowski

    W zasadzie widzę to dość podobnie dodałabym tylko odnośnie końcowego fragmentu
    ,,Ludzie nie zieją tu do siebie nienawiścią tylko dlatego, że chodzą do innych świątyń: synagogi, meczetu, kościoła…”
    lub nie chodzą do kościoła bo są ateistami.

    • Logos Amicus Says:

      – no proszę, prof. Kołakowski wpadł na to samo, co ja ;)

      – tak właśnie powinienem dodać: nawet jeśli się jest zadeklarowanym ateistą, to nie oznacza, że musi się przy tym zwalczać religię (co robią tzw. ateiści „wojujący”) – zwłaszcza w kraju, w którym istnieje zarówno wolność religijna, jak i rozdział kościoła od państwa.

  2. missfeather Says:

    Dobrze napisane. Ktoś na upartego mógłby też stwierdzić, że spora część treści biblijnych jest niebezpiecznie bliska treściom najdawniejszych mitologii – i po co w takim razie odsądzanie od czci wyznań pogańskich i każdego innego systemu religijnego? Skoro u podstaw każdego z nich leżą historie (mity) opowiadające o podobnych zdarzeniach, podobnych ludziach – tyle że nazwy i imiona są odpowiednio zmienione.

    • Logos Amicus Says:

      „i po co w takim razie odsądzanie od czci wyznań pogańskich i każdego innego systemu religijnego?”

      Dzieje się tak dlatego, że również mity wzajemnie się zwalczają (a ściślej: zwalczają się ludzie, którzy przyjmują taką, a nie inną mitologię).

  3. Cane Says:

    Mity staną się zbędne, gdy człowiek odzyska łączność ze swoim wnętrzem.
    A mój najkrótszy komentarz dla Twoich dobrze napisanych przemyśleń brzmi: amen. ;)

    • Logos Amicus Says:

      Ale co to jest „wnętrze”?

      • Cane Says:

        To jest bardzo dobre pytanie. A odpowiedź jest zbyt abstrakcyjna i przewrotna. Bo kluczem dla ludzkiego „wnętrza” jest otaczający świat, natury, przyrody.

        • Logos Amicus Says:

          Paradoksalnie, kiedy człowiek uzyskał świadomość samego siebie, został odseparowany od swojego wnętrza. I do tego wnętrza zaczął tęsknić. (Tego problemu, jak mi się wydaje, nie mają zwierzęta.)
          Z tego wszystkiego mozna wyciągnąć wniosek, że człowiek sworzył wprawdzie kulturę, ale utracił przez to kontakt ze swoim wnętrzem. To ciekawe (zapętlajace się nieco i przewrotne), bo kultura w duzej części polega właśnie na poszukiwaniu przez człowieka swojego wnętrza.

          Niestety, wydaje mi się, że odkąd przestalismy być zwierzętami, czujemy się cokolwiek nieswojo). ;)

        • Cane Says:

          :-D
          Co nie przeszkadza nam tłumaczyć niektóre nasze zachowania zwierzęcym pochodzeniem. ;)

        • Logos Amicus Says:

          Bo pod względem biologicznym nadal jesteśmy zwierzętami. Tyle że – ponoć? ;) – kulturalnymi :)

        • Cane Says:

          :)
          Mielibyśmy raj na Ziemi, gdybyśmy byli, ponoć, kulturalni. ;)

        • Logos Amicus Says:

          Tak. Tylko nie ponoć a naprawdę :)

        • Cane Says:

          I cały w tym ambaras, że naprawdę możemy. :)

  4. igorimorswin Says:

    Przypomina mi się użycie opowieści o Edypie w „Nieznośnej lekkości bytu”.

    Pozdrawiam
    -Igor

    • Logos Amicus Says:

      A co konkretnie przypomniało Ci o „Nieznośnej lekkości bytu”?

      • igorimorswin Says:

        Wstęp nt. mitu i jego dekonstrukcji.

        • Logos Amicus Says:

          Tym, którzy nie czytali Kundery, niewiele to powie.
          Co jest takiego w „Nieznośnej lekkości bytu”, że wiąże się z tym wstępem?

        • igorimorswin Says:

          Niech lepiej przeczytają :) To im powinno zrobić lepiej niż studiowanie blogosfer ;)

          Główny bohater, Tomasz, pisze tekst w którym podaje przykład Odypa – zbrodniarza, który czuje się odpowiedzialny za swoje zbrodnie, które w pewnej mierze nie są przez niego zawinione. Zestawia to z tłumaczeniami czeskich komunistów, którzy uciekają od odpowiedzialności.

          Mimo wszystko, z perspektywy lat, Tomasz rewiduje swoje poglądy – stwierdza, że postępowanie Edypa jest bezzasadne.

        • Logos Amicus Says:

          Ale w jakim sensie „bezzasadne”?
          Czy to, że Edyp wypełniał przeznaczenie (mit) można ujmować w kategorie zasadności (czy też bezzasadności)?

        • igorimorswin Says:

          Bezzasadność dotyczy tutaj kary na jaką skazuje się Edyp – chodzi o oślepienie się i udanie na wygnanie.

  5. echo Says:

    Masz racje czlowiek jest w pewnym sensie istota religijna. I ja wcale nie podwazam tej wlasnie istotnej cechy ludzkiej ktora pozwala nam w jakims sensie radzic sobie z tym co nie uniknione. Przyklad totalitaryzmow ”ateistycznych” jest dla mnie nie na miejscu gdyz tam zastapiono religie czyms innym – ale sedno pozostalo takie samo. Zreszta chrzescijanstwo w swoim rozkwicie tez nie bylo potulnym barankiem i krwawo krzewilo swoja religie i zwalczalo rozne sekty, rozlamy, byle by utrzymac swoja dominacje (nie musze tu chyba mnozyc historycznych przykladow)
    Sekta jest slowem ktore ma bardzo negatywny wydzwiek, a przeciez nie zawsze tak bylo i jest i ciezko jest wielokrotnie postawic jednoznaczna granice. Jak sie wczytac w rozne definicje sekty to katolicyzm pasuje tu jak ulal poza jednym wyjatkiem ze jest to glowny nurt religijny w danym regionie. Zreszta katolicyzm jest zwalczany jak sekta w niektorych regionach swiata.
    Wg mnie pojawianie sie roznych nurtow religijnych jest wyrazem demokratyzacji naszego zycia. Demokracja ma swoje slabe punkty ale wole ja niz dyktature. A czymzesz bylo chrzescijanstwo w czasach sredniowiecza jak nie intelektualna dyktatura. Taka dyktatura dla mnie moze umierac i RIP.
    Wlasnie dobrze to ujales – antyreligijnosc ma podloze polityczne i chyba wiecej nie musimy sie sprzeczac. Religia a wladza, to zawsze byla cienka czerwona linja ktora latwo bylo przekraczac. Oddzielenie kosciola od panstwa to najwazniejsza zdobycz europejskiej kultury ale jak wiesz z historii roznie z tym bywaloJesli kosciol trzymal by sie z daleka od polityki nie mial by wrogow jak sie domyslam. Jestesmy wiec w tym temacie w 100% jednomyslni.
    Dyskusje o pogladach sa sprawa ciezka poniewaz czesto myslimy podobnie ale inaczej wyrazamy swoje mysli a slowo jest wtedy zrozumiale jesli znajdzie lustrzane odbicie w innym mozgu. Zyjemy jednak w swiecie iluzji – popatrz przez okno widzisz zielona trawe – ale czy na pewno? – to twoj mozg tak widzi. Ja tez powiem ze to zielona trawa ale jesli zaczniemy sie spierac o szczegoly to okaze sie ze ta zielonosc dla mnie ma inny odcien niz twoja. Kolor jest wytworem naszego mozgu, w rzeczywistosci jest tylko odbita fala swiatla.
    Rozmowy o religi przypominaja spor slepych o kolorach.
    Na koniec przypomnialo mi sie jeden cytat po szwedzku na temat sekt: att vinna en tro och förlora sig själv (zdobyc wiare i stracic siebie).

  6. echo Says:

    Jestem przekonany, że mimo wyznawania różnych religii (i wiary w różnie pojmowanego Boga), ludzie mogą żyć obok siebie w sposób pokojowy i bezkonfliktowy. Przykłady widzę wokół siebie: cokolwiek by nie powiedzieć o amerykańskim społeczeństwie, ta multireligijność sprawdza się jednak w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze. Ludzie nie zieją tu do siebie nienawiścią tylko dlatego, że chodzą do innych świątyń: synagogi, meczetu, kościoła… Kluczem jest chyba tolerancja, szacunek dla „innego”, demokratyczne usposobienie… i właśnie rozdział religii od państwa.

    Taka bezkonfliktowe, tolerancyjne religie wogole mi nie przeszkadzaja, nawet moze bym sie na ktoras nawrocil (hehehe). Widze jednak drobne zacietrzewienie w Tobie bo dostalo sie tzw ”wrogom” religii.
    Ja czesto jak mam troche czasu rozwazam nature naszego bytu i rozwazam rozne koncepcje. Panteizm Spinozy mi najbardziej lezy. Choc tez mam zastrzezenia – co do wiecznosci i nieskonczonosci Boga. A moze nie jest to takie wazne. Panta rei – skoro wszechswiat powstal to musi i zginac albo zmienic sie w cos innego. Czy w przyrodzie tak naprawde cos ginie? Zmienia structure. Rozpad jest zaczatkiem czego nowego.

    Nie powinienes jednak traktowac ludzi ktorzy nie wierza jak wyrzutkow, ludzi bez empatii i serca. Serca maja i pewnie gdzies gleboko wiare w to co jest w nas samych. Wlasnie koncepcja Boga spersonalizowanego jest dla mnie kompletnie niezrozumiala. Duch jest w nas i gdy modlimy sie, to do Boga w nas samych. Ludzie modla sie patrzac w niebo – taki mamy obrazek chrzescijanina. Powinni bardziej wsluchiwac sie w siebie.

    • Logos Amicus Says:

      Bo to wcale nie religie są konfliktowe i nietolerancyjne, tylko ludzie. Podobnie jest z bogami – to nie oni „spijają krew”, tylko ludzie sobie ją wzajemnie upuszczają (to prawda: czasami „w imię Boga”, ale tak naprawdę, by zdobyć nad kimś władzę – a wtedy religia jest niczym innym, jak tylko politycznym instrumentem).
      Ja nie traktuję ludzi, którzy nie wierzą, jak „wyrzutków, ludzi bez empatii i serca”. (Skąd ci to przyszło do głowy?) Tylko mam pretensje do tych – zwłaszcza „wojujących” ateistów (jednym z prowodyrów jest tu np. Dawkins) – którzy nie mają na tyle wyobraźni i właśnie empatii, by zrozumieć, czym dla innych ludzi może być Bóg (i jak ważna była koncepcja Boga w rozwoju ludzkiej cywilizacji). On to widzi tylko jako urojenie (delusion). A mnie takie podejście wydaje się trącić niestety prostactwem.

  7. Jarek Says:

    Lacan powiadał, że Bóg to nieświadomość. Nie mylił się. Każdy, kto mówi, Boga określa – światem mówienia. Nie ma kultury bez Boga, bo nie ma kultury bez języka. I nad czym tu dywagować?

    • Logos Amicus Says:

      Bóg to nieświadomość?
      Mogę się z tym zgodzić, jeśli oznacza to, iż do Boga nie możemy mieć świadomego dostępu. I mam świadomość tego, że jest to stwierdzenie wbrew temu, co deklarują wszystkie niemal religie (które są m.in. sposobem na poszukiwanie Boga). Lecz oczywicie – mogę się mylić.

  8. Karen Says:

    Myślenie mityczne ma obecnie złą opinię; często je dyskwalifikujemy jako nieracjonalne i wygodnickie. Ale to również władza wyobraźni pozwoliła uczonym odkryć nową wiedzę i wynaleźć techniki, dzięki którym niepomiernie wzrosła nasza skuteczność. Wyobraźnia uczonych umożliwiła nam podróże w przestrzeni międzyplanetarnej i chodzenie po Księżycu, co niegdyś możliwe było tylko w świecie mitu. Zarówno mitologia, jak i nauka poszerzają pole możliwości człowieka.
    Celem mitologii, podobnie jak nauki i techniki, nie jest wyłączanie nas ze świata, lecz umożliwianie intensywniejszego w nim życia.

  9. Onibe Says:

    mit to ekstremalna forma instytucji autorytetu. Tworząc mity tworzymy zarazem autorytety ostateczne: w mitach umieszczamy ludzi i istoty, które żyć nie mogą, ale które żyć powinny (wedle naszej kultury). Mit to oczywiście także sposób oswajania rzeczywistości, podobnie jak przesąd czy… religia ;-). Co prawda jedyna słuszna religia (jokin’) wyklucza istnienie mitu jako takiego w swojej strukturze, automatycznie scalając go z wierzeniami pogańskimi, ale to już inna inszość.

    Faktem jest, że wszystko można opisać językiem nauki – czyli, de facto: matematyką. Ale nie wszystko my jesteśmy w stanie opisać, bo tak jak napisałeś, nie wiemy wszystkiego. W czasach Newtona słońce produkowało energię dzięki zjawiskom termojądrowym, podobnie jak dzisiaj, choć wtedy nikt nie wiedział o takim czymś. I my, w pewnym sensie, również nie wiemy o milionie rzeczy, ale dla potrzeb bieżącego istnienia staramy się je opisywać po swojemu. Człowiek nie potrafi żyć i tworzyć kultury po prostu czekając aż coś zostanie wyjaśnione kiedyś. Musi tworzyć wyjaśnienia ad hoc, choćby błędne (vide: przesądy), bo błędne wyjaśnienie jest lepsze niż wyjaśnienia brak.

    • Logos Amicus Says:

      Wiele trafnych spostrzeżeń poczyniłeś.
      Ciekawy jest ludzki stosunek do mitu, bowiem może on funkcjonować w ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów: jako wiara, umowność, udawanie, wiedza… – w formie dogmatu, metafory… na niwie poezji, sztuki, literatury, marzenia, religii… W pewnym sensie całą naszą kulturę uznać można ze pewną formę mitu. Mało tego… może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?

      Nie wiem czy matematyką można opisać wszystko. Na pewno można opisać nią rzeczywistość, która jest dostępna naszemu poznaniu. Ale mogą być przecież “rzeczywistości”, do których nie mamy – i najprawdopodobniej nigdy nie będziemy mieli – dostępu (przynajmniej w świecie nam doczesnym ;))

      • Onibe Says:

        „może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?”

        bardzo słuszne ;-). I nie byłaby to jedyna metoda wykorzystywana w tym procesie…

        „mogą być przecież ‚rzeczywistości’, do których nie mamy – i najprawdopodobniej nigdy nie będziemy mieli – dostępu”

        przerażające, ale może prawdziwe ;-).
        Wolę wierzyć, że świat jest weryfikowalny choćby w nieskończenie odległej przyszłości…

        • Logos Amicus Says:

          „Wolę wierzyć…”

          To właśnie dzięki temu istnieją mity.

          „Wolę wierzyć, że świat jest weryfikowalny choćby w nieskończenie odległej przyszłości…”

          Wydaje mi się, że jest to wyrazem nieuświadomionej (?) tęsknoty za życiem wiecznym – nieśmiertelnością. ;)

        • Onibe Says:

          pewnie masz rację. I wygląda na to, że nie jestem odporny na siłę mitologii ;-). Jak by na to nie spojrzeć, mitologizujemy sami siebie, przede wszystkim na poziomie gatunkowym, choć przecież wiele mitów istnieje i na poziomach narodowych. Jeśli np. mówimy, że Polacy są dzielni i waleczni to jest to także mit – choć mit w pewnym sensie prawdziwy. Pewnie wszystkie lub prawie wszystkie mity mają ziarnko prawdy w sobie… i sporą otulinę nadziei. I owej tęsknoty za nieśmiertelnością czy też doskonałością (także w rozumieniu romantycznym).

        • Logos Amicus Says:

          Nikt nie jest odporny na siłę mitologii. Nawet ten, kto będzie temu solennie zaprzeczał.
          Tu nawet nie tyle chodzi o odporność, co konieczność.

        • Onibe Says:

          to już chyba jest genetycznie wpisane ;-)

  10. kowalskiwojciech Says:

    „Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie są w stanie tego sensu nadać.”

    Mit pozwala zneutralizować lęk? Czy nie jest to nadużycie słowne? I komu na to pozwala? Czy osoba wykształcona może się zadowolić np. eschatologią chrześcijańską?! Czy nie jest postawą bardziej uczciwą, przyzwoitą, godną człowieka rozumnego, odpowiadać na najtrudniejsze, odwieczne pytania – nie wiem? Mit pozwala nadać sens egzystencji ludzkiej, jednak czy nie jest to najkrótsza droga do wyjaśniania tak złożonych kwestii? I czy nie lepiej szukać własnej, niewydeptanej ścieżki w celu wytłumaczenia tak indywidualnego zagadnienia, a nie korzystać z gotowych, mylnych i szablonowych rozwiązań?

    „…czy dekonstruując mit nie pozbawiamy ludzi jakiegoś oparcia – nie dając im niczego w zamian?”

    Dostrzegam w tym zdaniu pewną absurdalność.. Powtórzę, czy wykształcony, dorosły człowiek potrzebuje tego oparcia? Czy w oszukiwaniu samego siebie można doszukiwać się dodatnich stron? Nasza kultura opiera się na mitach, nie można ich wyeliminować, są naszą częścią, ale można je ograniczyć – piszę wyłącznie o tych, które cechuje destruktywny wpływ na człowieka, prymitywna moralność, szerzenie nienawiści, ksenofobii, mizoginii – ośmieszając, piętnując i obnażając je na forum publicznym.

    „Jak można przy tym wszystkim WIERZYĆ we wszechmoc nauki – w jej wszechwiedzę?”

    A kto wierzy we wszechmoc nauki? Czy nie jest to podstępna manipulacja wymierzona na obronę metafizyki? Sam jako ateista (posłużę się moim ateizmem jako przykładem), absolutnie nie uważam nauki za pewnik. Poznanie empiryczne, scjentyzm etc. cechuje często ortodoksja i bezwzględność wśród ich zwolenników, lecz nigdy nie potrafiłem zrozumieć fenomenu osób wyznających jednego, konkretnego, jedynie prawdziwego Boga, a nie istotę wyższą, absolut niezależny od Bogów ”świętych” ksiąg. Dlaczego akurat Jahwe, przy całej jego małostkowości i mnogości konkurentów – Mitra, Baal, Amon, Allah, Latający Potwór Spaghetti etc. Sceptycyzm i krytycyzm jest nieodłącznym weryfikatorem informacji dostarczanych mi przez życie, nie darzę absolutnym zaufaniem własnych poglądów, jestem w stanie je zmienić przy konfrontacji z nowymi danymi, czego nie mogą o sobie powiedzieć osoby religijne, pewna ich część – dostosowując nowe dane dostarczone przez nauką do danej religii.. Nauka oferuje nam jednak też prawdy niezmienne (2+2 to 4, Ziemia krąży wokół Słońca), być może w przyszłości dzięki niej będzie można zupełnie inaczej spojrzeń na nasze obecne rozterki – jako problemy wieku dziecięcego.

    Dlaczego wielu wybitnych naukowców “nawraca się” religijnie? I to naukowców dziedzin tzw. “ścisłych”. Dlaczego zaczynają wierzyć w jakąś nadrzędną moc stwórczą, jakiś byt absolutny?

    Najważniejsze jest to, że wybitni naukowcy zupełnie inaczej postrzegają absolut od laika. Kowalskiego nie cechuje ten rodzaj wyrafinowania i wiedzy, Kowalski może wierzyć w Boga znamionującego czysto ludzkie cechy, może (niestety) być w przekonaniu, że istotne przy jego zbawieniu (co już samo w sobie jest dyskusyjne, żeby nie powiedzieć wyraźnie wątpliwe) będzie to, jaki rodzaj pożywienia wybierał, czy w jakiej pozycji uprawiał seks.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      – Paradoksalnie, w naszej kulturze – wliczając w to mity – jest wiele elementów, które neutralizują ludzki lęk (przed tym, czego on nie rozumie, przed tym, co go przerasta – przed poczuciem bezsensu, przed nieuniknionością kresu życia, zatracenia i unicestwienia… ) Z drugiej strony kultura jest też dla człowieka źródłem cierpienia – sama jak gdyby zwiększa wachlarz ludzkich cierpień. Funkcja mitów jest wieloznaczna. One same stanowią czasem przeciwieństwa (np. kreowanie – destrukcja, jednoczenie – dzielenie, skłanianie do miłości i solidarności – podżeganie do nienawiści i walki…)

      – Każdy człowiek ma prawo do własnych wierzeń religijnych, pod warunkiem, że nie rozbijają one tkanki społeczeństwa, nie nawołują do walki z „innowiercami”, są zgodne z „cywilizowanymi” normami i sprawiedliwym prawem… etc.

      – Wykształcenie (podobnie jak inteligencja) niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z wiarą. Czy uważa Pan, że Jan Paweł II, czy papież Franciszek (jak również całe zastępy profesorów, pisarzy, polityków, artystów) nie są (nie byli) ludźmi wykształconymi. Oni by nas całych czapka swojej wiedzy zakryli. Nie na tym to polega.

      – Niestety, większość ludzi szuka – i zadowala się szablonowymi rozwiązaniami. Niestety, jest to już chyba w ludzkiej naturze. Rzadko kto myśli niezależnie, nie podlega wpływom…

      – Wielu ludzi wierzy we wszechmoc nauki, przez co, w pewnym momencie przyjęła ona w pewnym sensie funkcje religii. Gdybyśmy się cechowali absolutną wiedzą i mądrością, to rzeczywiście wiedza i religia mogłyby być tożsame. Ale się nie cechujemy (jesteśmy ograniczeni naszymi zdolnościami poznawczymi, oraz – jakże często! – zachowujemy się głupio) więc zawsze będzie istniał podział na wiarę i wiedzę, racjonalizm i irracjonalizm…

      – Sceptycyzm nie jest mi obcy. Ja cenię taką postawę wobec świata (jeśli chodzi o naukę, wiedzę, poznanie, przekonania…)

      – Każdy pojmuje Boga na swój sposób. Jest oczywiste, że fizyk jądrowy będzie inaczej go sobie wyobrażał, niż pan Kowalski, który jest, dajmy na to, taksówkarzem czy cinkciarzem. Chociaż, ludzie wykształceni, cechujący się nawet wybitną inteligencją, także nie są wolni od przesądów, dziwactw i naturalnie – również od głupoty

      • kowalskiwojciech Says:

        Owszem, istnieją mity neutralizujące ludzki lęk. Zastanawia mnie i martwi jaką warstwę społeczną są w stanie najskuteczniej zadowolić, czy wciąż potrzebujemy (ludzkość) odpowiedzi opartych wyłącznie na spekulacjach i przesądach i jak długo kontentować nas (ludzi) będzie taki stan rzeczy.

        Pełna zgoda. Każdy ma prawo do własnego światopoglądu, nikt jescze nie miał i mieć nie będzie monopolu na prawdę. Mimo to, wiele systemów wierzeń wymaga reformy, po prostu stanowią zagrożenie dla porządku społecznego, a to jest niedopuszczalne.

        „Wykształcenie (podobnie jak inteligencja) niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z wiarą.”

        Wydaje mi się, że jednak ma, pozwala inaczej postrzegać dany system wierzeń. Przykład: to właśnie dzięki szeroko rozumianej wiedzy, zdecydowana większość dygnitarzy kościelnych odczytuje Biblię alegorycznie, co pozwala uniknąć wielu nieporozumień, podczas gdy przeciętny Kowalski potrafi w roku 2016 Księgę Rodzaju interpretować dosłownie!

        Jan Paweł II i papież Franciszek są (mam nadzieję) ludźmi godnymi swoich tytułów, nie mogę również kwestionować ich wiedzy, jest ona z pewnością niezwykle obszerna. Jednak już sam wybór jedynie prawdziwego Boga, nie pozwala mi oceniać przywódców duchowych przez różowe okulary. Papież Franciszek nie jest mi dobrze znany, zaś Jan Paweł II wzbudza w pewnych kwestiach moje obrzydzenie, wymienię dwa najważniejsze powody mojego oburzenia. Pierwszym jest krytyka antykoncepcji, a jak doskonale wiemy – pozwala ona skutecznie zapobiegać AIDS i regulować dzietność w ubogich państwach (nie bez przyczyny Jan Paweł II był obwiniany o eskalację tego problemu). Drugim jest negatywny stosunek Jana Pawła II do homoseksualizmu. Homofobia i ocenianie/regulowanie życia seksualnego innych jest wyłącznie wynikiem niedouczenia (biologia już dawno rozwiązała problematykę homoseksualizmu), uprzedzeń i nietolerancji.

        „Wielu ludzi wierzy we wszechmoc nauki, przez co, w pewnym momencie przyjęła ona w pewnym sensie funkcje religii.”

        Niestety taki ambaras często ma miejsce, nie pozostaje nam nic innego, jak negowanie wiary w nieomylność nauki.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jak widzę, zgadzamy się tutaj niemal ze wszystkim (z tym, że niepotrzebne jest moim zdaniem to „obrzydzenie: jakie wywołuje stanowisko JPII w pewnych kwestiach, z którymi notabene i ja się nie zgadzam).
          Wg mnie postaci takie, jak Jan Paweł II czy papież Franciszek warte są jednak szacunku a ich przesłanie miłości jest w sumie szlachetne.
          Wolę takich ludzi liderów/nauczycieli, niż politycznych bulldogów.

  11. kowalskiwojciech Says:

    Słowo „obrzydzenie” jest prawdopodobnie zbyt dosadne, szczególnie w obliczu wielu zasług Jana Pawła II. Zostało użyte przeze mnie, gdyż wszelka próba (o czym wcześniej pisałem) oceniania/regulowania życia seksualnego innych jest karygodna i szkodliwa (wyżej wspomniana antykoncepcja), dlatego zawsze będzie się spotykać z moim negatywnym stosunkiem do niej. Z drugą częścią Pańskiego wpisu zdecydowanie się zgadzam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trudno mi się zgodzić z tym, że „wszelka próba (o czym wcześniej pisałem) oceniania/regulowania życia seksualnego innych jest karygodna i szkodliwa”.
      Już nie wspominam o tym, że nie ma takiej etyki (kodeksu moralnego), który by nie „regulował” życia seksualnego innych *
      (czyli mówił o tym, co test dozwolone, a co nie; co jest naganne, a co nie…), ale przecież regulacje społecznych zachowań seksualnych człowieka zawiera każde prawo, które obowiązuje w danym państwie.

      • kowalskiwojciech Says:

        Doskonale znamy zachowania seksualne, które są wyraźnie szkodliwe, nie wymieniałem ich ze względu na oczywistość – np. gwałt, kazirodztwo, pedofilia czy nekrofilia. Nie uwzględniając parafilii prowadzących do patologii, widniejących od dawna na czarnej liście, której (prawie) nikt nie kwestionuje, pozostała sfera życia seksualnego zależy od preferencji danej osoby. Ocena lub próba ingerencji zachowań seksualnych znajdujących się poza czarną listą jest bezprawiem. Czy możemy zaakceptować w XXI wieku przemoc wobec drugiego człowieka jaką jest gwałt? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. A czy możemy w XXI wieku potępiać antykoncepcję, jedną z najskuteczniejszych metod planowania rodziny i zapobiegania AIDS? Czy mamy prawo ganić homoseksualizm? Czy homoseksualista (przepraszam wszystkie feministki za rodzaj męski, ale to właśnie homoseksualizm wśród mężczyzn styka się z największą krytyką) cieszący się swoim życiem seksualnym sprawia osobie heteroseksualnej dyskomfort? Czy wpływa negatywnie na jej życie? W tym miejscu pojawia się pytanie – czy człowiek potępiający homoseksualizm i stosowanie antykoncepcji (odnośnie ostatnich dziesięcioleci) jest głupcem czy mędrcem? Już sam fakt, że decydujący wpływ na te poglądy może mieć Pismo ”Święte” jest niedorzeczny i smutny.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No ale kto ustala tę „czarną listę”?
          Ona przecież też się zmienia – w zależności od czasu, miejsca, ewoluującej kultury…
          Homoseksualizm jeszcze niedawno w niektórych krajach karany był śmiercią (w niektórych nadal jest) – czyli dla tych ludzi, którzy ustalili takie prawo, nadal jest na „czarnej liście”, bo dla nich takie zachowanie seksualne jest nadal „wyraźnie szkodliwe”.
          W niektórych krajach poślubia się dzieci (i jest to legalne) – u nas, na Zachodzie, pedofilia (współżycie z nieletnimi) jest na „czarnej liście”.
          To np. że nekrofilia jest „wyraźnie szkodliwa” jest też „przekonaniem kulturowym. (No bo dlaczego np. nie można odbyć stosunku seksualnego z własną martwą żoną? – mógłby się zapytać ktoś, kto w tym nic szkodliwego dla siebie (anie tym bardziej – własnej żony)nie widzi.
          Czyli to są wszystko sprawy względne.
          I niekoniecznie mają bezpośredni związek z inteligencją ludzi (już chyba jednak większy z mądrością – ewentualnie głupotą.)
          Jeśli ktoś jest przeciwny związkom homoseksualnym, to niekoniecznie musi to świadczyć o tym, że jest idiotą, a ten, który je aprobuje – mędrcem.
          To tylko nasze poglądy (przekonania, światopogląd, religia) rzutują na takie oceny i klasyfikacje (i o tym de facto decydują).

  12. kowalskiwojciech Says:

    Jako heteroseksualista, mam niepisany obowiązek bronić pozostałych orientacji seksualnych i podkreślać RÓŻNICĘ między orientacją seksualną a parafilią. Dlatego napisałem – odnośnie ostatnich dziesięcioleci – oceniamy antykoncepcję i homoseksualizm z perspektywy czasów, w których przyszło nam żyć, powiem więcej – czy może podać Pan przykład – kiedy (okres historyczny, warunki etc.) homoseksualizm miał negatywne implikacje? Istotnie, homoseksualizm jeszcze niedawno był (i bywa) karany śmiercią, lecz tutaj należy zaznaczyć (drobny ;) ) fakt, są to kraje o niskim rozwoju społecznym, podczas gdy pobudki tych czynów mają w dużej mierze korzenie religijne. Nie mogę określić jednoznacznie pedofilii, kazirodztwa czy nekrofilii za czyste zło (takie nie istnieje), zaś mogę i powinienem odróżnić zachowania seksualne naruszające wolność drugiego człowieka od tych, które jej nie naruszają. Naganne jest wrzucanie do jednego worka homoseksualizmu i pedofilii – homoseksualizm nie ma negatywnych konsekwencji społecznych, podczas gdy czynny pedofil narusza psychikę (nie tylko) jeszcze nieukształtowanego człowieka, co ma daleko idące konsekwencje. Ocena nekrofilii jest bardziej skomplikowana. Liczę na to, że dożyję czasów, w których dygnitarze kościelni będą rozsądnie wypowiadać się i podejmować odpowiedzialne decyzje. Krytykę antykoncepcji nieodwołalnie uważam za głupotę, wypowiedzi głoszące, że zamiast niej należy wybierać abstynencję seksualną (ponieważ antykoncepcja jest życiem w ”grzechu”, za to abstynencja to ten złoty środek zaradczy na AIDS) – za pogardy godne.

    Słowem zakończenia – kończę dywagować na powyższe tematy i dziękuję za szybkie i konstruktywne odpowiedzi.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Są różne odmiany parafilli. Nie wszystkie zostały uznane za patologię (chorobę), są też takie, które nie wchodzą w konflikt z prawem (mówię o Polsce i krajach zachodnich), chociaż najczęściej naruszają w jakiś sposób obowiązujące w danym społeczeństwie (kulturze) normy obyczajowe (seksualne).

      Właściwie to ze wszystkim, co napisałeś w ostatnim komentarzu się zgadzam. Moje podejście do antykoncepcji – w kontekście nieaprobującego stanowiska Kościoła – jest podobne (uważam, że niestosowanie antykoncepcji przynosi o wiele więcej zła, niż jej stosowanie). Kościół powinien dać sobie z tym spokój – bo robi (sobie i innym) więcej szkody, niż pożytku. Poza tym, właściwie nikt (nawet wśród osób „wierzących” i praktykujących) tych zakazów kościelnych (antykoncepcyjnych) nie przestrzega.

      Zgadzam się: wolność seksualna powinna kończyć się tam, gdzie narusza wolność drugiej osoby.
      Pedofilia powinna być absolutnie zakazana i zwalczana (ale to jest trudne, bo – podobnie jak homoseksualizm – ma podłoże genetyczne, więc nie można jej „wytępić” – choć oczywiście możliwe jest wyeliminowanie takich zachowań).

      Homoseksualizmu nie uważam za „zboczenie” płciowe, a tym bardziej za chorobę. Homoseksualiści powinni mieć takie sama prawa, jak osoby heteroseksualne (mam wątpliwości, co do adoptowania dzieci) – nie powinni być w żaden sposób dyskryminowani.

      • kowalskiwojciech Says:

        Wspomina Pan o podłożu genetycznym, jest to niezwykle ważne w przypadku homoseksualizmu. Zapoznanie się z jego biologiczną stroną pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na ten ”problem”, mam na myśli szczególnie osoby o nienawistnym podejściu do tej kwestii.

        Rodzicielstwo osób LGBT nie budzi moich zastrzeżeń, badania naukowe nie wykazują anomalii w rozwoju dzieci wychowywanych przez osoby homoseksualne, biseksualne czy transseksualne.

        Staram się być tolerancyjny i zapoznawać dokładnie z każdym zagadnieniem, szczególnie z tymi, które cieszą się największą skalą uprzedzeń.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To, że coś jest uwarunkowane genetycznie (mam tu głównie na myśli pedofilię) nie oznacza, że może być tolerowane, czy nawet usprawiedliwione. Nic – nawet genetyka – nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności przed prawem – jeśli człowiek jest zdolny panować nad swoim zachowaniem i jest poczytalny. (A tak jest zwykle w przypadku aktów pedofilnych – wyjąwszy jakąś ewidentną chorobę psychiczną.)

  13. kowalskiwojciech Says:

    Pedofilia to zupełnie inna sprawa, należy ją piętnować i zwalczać, nic nie może usprawiedliwić czynnego pedofila. Same inklinacje dane przez naturę (te negatywne) nie mogą zracjonalizować takich czynów – barierą obronną jest ludzka inteligencja.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s