„CHŁOPCY Z FERAJNY”, „BROADCAST NEWS”, „DRUGA PRAWDA”, „TANGO I CASH”, „LĘK WYSOKOŚCI”, „SWEET DREAMS” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku “KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów “Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną (“Dziennik Chicagowski”, “Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

*

„CHŁOPCY Z FERAJNY”   (reż. Martin Scorsese)

Joe Pesci i Robert De Niro jako "Chłopcy z ferajny"

Joe Pesci i Robert De Niro jako „Chłopcy z ferajny”

Przez ostatnie 20 lat, od czasów pamiętnego „Ojca chrzestnego” Coppoli, o żadnym filmie zajmującym się światem zorganizowanej zbrodni, nie mówiono i nie pisano tyle, co o filmie „GoodFellas” („Chłopcy z ferajny”) Martina Scorsesego. Może z wyjątkiem „Once Upon a Time in America”, znakomitego obrazu Sergia Leone, również – podobnie jak u Scorsesego – w szerokiej, epickiej perspektywie ukazującego kronikę paru gangsterskich żywiołów. Scenariusz do „GoodFellas” powstał na podstawie wspomnień średniej rangi kryminalisty nazwiskiem Henry Hill, spisanych w czasie jego pobytu za kratkami, przez nowojorskiego dziennikarza. Wydane drukiem i zatytułowane „WiseGuys” stały się bestsellerem i zwróciły uwagę Martina Scorsesego. A któż inny wywiązałby się z ich ekranizacji lepiej, niż on – uznany powszechnie za jednego z najwybitniejszych współczesnych reżyserów amerykańskich, w dodatku wychowanek rojącej się od gangsterów Małej Italii w Nowym Jorku, który już jako cherlawy i astmatyczny chłopiec, przypatrywał się uważnie wszystkim tym, nietykalnym przez policję i parwo, królom życia i zbrodni, używającym najlepszych samochodów i kobiet, hojnym po królewsku dla swych stronników, bezlitosnym i bezwzględnym dla wrogów. To wszystko obserwuje również przez okno młody Hwenry Hill (Ray Liotta) – centralna postać filmu, którego życie obserwujemy począwszy od lat 40-tych, przez cztery kolejne dekady. Ten świat – ci ludzie – mu imponują. Postanawia więc zostać jednym z nich. Zaczyna skromnie i niewinnie od posady chłopca na posyłki, drobnych kradzieży, dystrybucji łupów. Staje się pojętnym uczniem Jimmy’ego Conwey’a (Robert De Niro), lokalnego przestępczego prowodyra – rzezimieszka. Z czasem dołącza do nich Tommy De Vito, postać zupełnie niesamowita – głównie dzięki kreacji Joe’go Pesci’ego (Oscar ’91). Z zewnątrz wydaje się, że to „równi faceci”, starzy dobrzy kumple, lojalni wobec siebie. I po części jest to prawda – to rzeczywiście zwyczajni, szeregowi ludzie, tyle że ograniczeni pewnymi barierami i determinowani presją otaczającego ich, hermetycznego świata przestępczego – brutalnego świata mordów i korupcji. Film ukazuje nie tyle zaprzedanie przez nich duszy, co proces stopniowego rozmywania się jej w zbrodni, w niepohamowanym zaspokojeniu własnej pożądliwości.Na pierwszy dokonany przez nich mord patrzymy ze zdumieniem. Czegoś takiego doświadczamy w kinie niezmiernie rzadko. Przy czym nie szokuje nas tak bardzo fakt, że zakopują za śmierć człowieka – tego na ekranach nie brakuje – ale sposób w jaki jest to pokazane przez Scorsesego, jak również to, co dzieje się później: odwiedziny u matki Tommy’ego, wspólny posiłek w pogodnym, rodzinnym nastroju i… trup czekający w bagażniku na pogrzebanie. Pesci, moim zdaniem „kradnie” cały film, mimo niezłego Liotty i wyśmienitego, jak zwykle zresztą, De Niro. Jego Tommy jest postacią zarówno pospolitą, jak i demoniczną, gdyż rzeczywiście jest to facet zabawny… z wyjątkiem tych momentów, w których z zacięta furią i kipiąc wściekłością, potrafi zatłuc, zastrzelić lub zakłuć na śmierć człowieka. To właśnie on staje się specjalistą od egzekucji ich wspólnych wrogów.
Film trwa całe trzy godziny. Tym głębsze jego hipnotyczne działanie i podkreślenie epickiego charakteru sagi. Wypełniony jest wielką ilością szczegółów, drobnych zdarzeń, których mozaika układa się w barwny fresk. „GoodFellas”, jak zresztą każdy inny film Scorsesego, nie chce „na siłę” być moralitetem (chociaż w istocie moralitetem się staje). A jednak, podobnie jak one wszystkie, przedstawia upadek człowieka, który gubi kolejno po drodze wszystkie wartości i pozostaje wypalony – z przytłaczającym go poczuciem winy. Scorsese to reżyser, który nadaje hollywoodzkiemu targowisku próżności rysów prawdziwe dramatycznych – jest par excellence tragikiem pośród tych wszystkich komercyjnych komediantów. To również ten, przyglądający się z boku, osamotniony chłopiec, potrafiący wszystko dostrzec i bezlitośnie ujawnić nam całą prawdę o ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy.

„BROADCAST NEWS” (reż. Jim Brooks)

Holly Hunter w "Broadcast News"

Holly Hunter w „Broadcast News”

Film, który z pozoru wygląda jak satyra na współczesne dziennikarstwo telewizyjne, w rzeczywistości jest czymś bardziej asekuracyjnym: analizą sposobu w jakim kompulsywni profesjonaliści – workaholicy parają się z własnymi uczuciami (lub ich brakiem). Reżyser Jim Brooks („Czułe słówka”) wprowadza nas do studia – w sam środek telewizyjnej żurnalistyki, otaczając zewsząd gadżetami, szumem, gorączką i krzątaniną dziennikarskiej kuchni; ukazuje patologiczny niemal rozdźwięk między autentyczną percepcją wiadomości, a dążnością – dzięki perfekcjonistycznej misji tychże – do jak najbardziej skutecznego sprzedania ich widowni. Lecz nigdy nie kwestionuje tych metod, zachowując krytyczny chłód konformisty.
Przy czym scenariusz filmu wydaje się być produktem wybitnej inteligencji: dialogi są żywe, dowcipne i elokwentne, realizm kompetentny a postaci wyraźne. Bardziej interesuje się ludźmi, niż ich zawodem, a jednak – zważywszy na zatracenie się bohaterów we własnej profesji – nie jest w stanie oddzielić od siebie tych dwóch aspektów. Bowiem ich życie prywatne i zawodowe utożsamiło się. Tego się w filmie zarówno nie podważa, jak i nie ocenia. Brooks przyjmuje postawę obserwatora, nie moralisty – i nie sposób go chyba za to winić. Tym bardziej, że „Broadcast News” jest filmem zajmującym, poruszającym, mądrym i zabawnym. Ponadto, świetnie zagranym przez Williama Hurta, Alberta Brooksa oraz – last but not the leastHolly Hunter, która nie zmarnowała żadnej z tych wszystkich możliwości, jakie zaoferowała jej świetnie zarysowana rola.

„DRUGA PRAWDA”   (reż. Barbet Schroeder)

Glenn Close i Jeremy Irons w "Reversal of Fortune"

Glenn Close i Jeremy Irons w „Reversal of Fortune”

Bogactwo i zepsucie, miłość, zdrada i morderstwo, zagadka winy i niewinności, sądowy dramat i kryminał… Tematy, które zawsze mogą liczyć na zainteresowanie szerokich rzesz widzów. Owo zaintrygowanie światem „wysokich” sfer – światem zgoła mitycznym, niedostępnym… Elita bogaczy – śmietanka to czy szumowina? High Life – jako Low Life? Moralne bagno, kłębowisko żmij, siedlisko zepsucia i występku: obraz mogący stanowić zadośćuczynienie krzywdzie, zawiści i podejrzeniom Everymana.
Sprawa Clausa von Bülowa oskarżonego o zabójstwo swojej żony była w Ameryce najgłośniejszą sprawą sądową lat 80-tych. Von Bülow (Jeremy Irons), duński zmanierowany galant, ożeniony z amerykańską milionerką Marthą „Sunny” von Bülow (Glenn Close), zostaje w 1982 r. skazany na 30 laty więzienia. Sąd uznaje go winnym podwójnej próby morderstwa żony, która zapadła w śpiączkę, wskutek wstrzyknięcia jej niemalże śmiertelnej dawki insuliny. Wyrok nie był zaskoczeniem dla nikogo. Opinia publiczna nienawidziła von Bülowa jako cynika, amoralistę i łowcę majątków, nie wątpiąc o jego winie. O tym, jak mocna była ta nienawiść, może świadczyć fakt, że zaczęto go podejrzewać nawet o… nekrofilię, matkobójstwo i szpiegostwo… Prawdą było to, że von Bülow miał styl i maniery, Sunny zaś pieniądze, za które Claus żył w luksusie i za które… brał sobie do łóżka kochanki.
Film wyreżyserowany przez Barbeta Schroedera zawdzięczamy książce słynnego adwokata Alana Dershowitza, profesora prawa z Uniwersytetu Harvarda, który był obrońcą von Bülowa w procesie apelacyjnym, jaki miał miejsce w 1984 r. (Jak wiemy, był on również obrońcą Tysona, a obecnie – O. J. Simpsona.) Dershowitz jest adwokatem i Żydem – a ma to swoje konsekwencje. Jest błyskotliwym, wybitnie inteligentnym prawnikiem, dla którego sprawa von Bülowa – człowieka, który nota bene reprezentuje to, czego on nie znosi: a więc antysemityzm, pasożytnictwo, pretensjonalny snobizm i elitaryzm – jest wyzwaniem. Jeżeli nawet von Bülow jest diabłem, to i diabeł – zdaniem Dershowitza – ma prawo do obrony: „Jeżeli zadzwoniłby do mnie Hitler, żebym go bronił, to co miałbym zrobić?” – pyta syna. „Zgodzić się”, odpowiada syn, dobrze znający ojca. Dershowitz przystępuje do batalii (z gażą $385 za godzinę), otoczony przez wspomagających jego wysiłki studentów. Sam – z początku przynajmniej – jest przekonany o winie von Bülowa, co jednak nie ma dla niego większego znaczenia: „apelacji nie wygrywa się na bazie winy czy niewinności oskarżonego” – mówi Dershowitz – „ale w oparciu o aspekty konstytucjonalne i błędy przewodu sądowego (tutaj: poprzedniego procesu)”. Czy Dershowitz zdaje sobie sprawę, że wygłaszając podobne opinie, obnaża paradoks, słabość, hipokryzję i w ostateczności – absurd systemu sądowniczego (nie tylko amerykańskiego, zresztą). Wychodzi na to, że mniej istotna jest prawda – a tym samym sprawiedliwość – a ważniejsza prawnicza (prze)biegłość, sztuka lawirowania wśród kruczków prawa, a co za tym idzie: cynizm.
„Reversal of Fortune” jest festiwalem znakomitego aktorstwa. Obok świetnego wystąpienia Jeremy’ego Ironsa (Oscar), zwraca uwagę kreacja Glenn Close. Kreśli ona portret kobiety, która jeszcze przed zapadnięciem w śpiączkę wydawała się żywym, chodzącym (a raczej snującym się) trupem: bez sensu i celu, przekonana o daremności własnej egzystencji, ze zdrowiem zrujnowanym przez nerwicę – jej opływająca w bogactwo rezydencja staje się dla niej przepastnym grobowcem, podkreślającym jedynie jej duchowe, uczuciowe, jak również cielesne bankructwo. Materialistyczna megalomania skonfrontowana ze znikomością ludzkiego „prochu”, fatalizmem egzystencji i nieodwracalności biologicznego procesu starzenia.

„TANGO & CASH”  (reż. Andriej Konczałowski)

Sylvester Stallone i Kurt Russell w "Tango & Cash"

Sylvester Stallone i Kurt Russell w „Tango & Cash”

To właśnie gdzieś w czasie powstania tego filmu, amerykańskie kino „akcji” weszło zdecydowanie na tory wehikułów o znikomej zawartości myślowej, ale przelewającej się z piekielnym łoskotem przez ekran, walących po oczach fajerwerkami, ogłuszających potężnymi detonacjami, zalewających nas krwią i zawalających setkami trupów. Po części odpowiedzialny jest za to sukces „Terminatora” (filmu skądinąd w swojej klasie perfekcyjnego), zapoczątkowującego trend, który zaowocował później takimi przebojami kasowymi, jak np. „Die Hard” czy „Leathal Weapon”, a ostatnio dał wyraz swojej degeneracji (bo tak tom chyba można nazwać) obrazkami typu „Demolition Man” czy „The Last Action Hero”. To właśnie w tego typu filmach „wyżywali” się Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger, Chuck Norris, Steven Segal i im podobni naśladowcy w morzu filmów klasy B i C. Niestety, rzadko sprawność techniczna szła w parze z rozgarnięciem umysłowym, i to zarówno pod względem wątków, jak i pojawiających się w nich bohaterów.
Rzeczą charakterystyczną jest, że aby wyrobić sobie pojęcie o całym tym gatunku, wystarczy obejrzeć jeden, dwa tytuły. Taki to schemat i matryca – a zarazem rozkręcona karuzela. Zresztą, taki jest właśnie cel producentów: trafić do określonego typu widza, który od filmu nie oczekuje niczego innego, jak absorbującego widowiska, wizualno-akustycznej frajdy, pędzącego roller-coastera oraz podziwu dla swoich umięśnionych i zazwyczaj uzbrojonych po zęby herosów. Jest to wszak ten rodzaj kina, gdzie mówienie o refleksji, głębszej pojemności znaczeń i wyższej jakości myślowej, nie ma chyba większego sensu. To tak, jakbyśmy oczekiwali tego od wyczynowego osiłka czy też „jednorękiego bandyty”. Zgadza się – ci którzy uznają realność i wymierność wpływu tego rodzaju produktów pop-kultury na młodzież… będą grzmieć. Jestem jednak skłonny sądzić, że wpływ moralizowania na kulturę masową jest raczej znikomy. Bowiem kieruje się ona – zwłaszcza w Ameryce – zupełnie innymi prawami, czy nam się to podoba, czy nie.
Wróćmy jednak do filmu: „Tango & Cash” przypomina bardziej szpanerską wersję „Zabójczej broni” („Leathal Weapon”) Donnera – która stanowi klasyczny przykład tzw. buddy movie, czyli filmu, w którym para kumpli – gliniarzy, występuje zbrojnie przeciw armii zorganizowanej przestępczości, dowodzonej zwykle przez psychopatycznego osobnika, handlującego najczęściej bronią lub prochami. W filmie Konczałowskiego jest nim (rozbrajający tu poniekąd) Jack Palance, grający króla narkotyków w sposób niezamierzenie groteskowy. To właśnie jemu działają ostro na nerwy dwaj oficerowie z wydziału narkotyków: Tango – Sylvester Stallone pod krawatem i w garniturze, zimny, sprawny, metodyczny w bezwzględnej eliminacji przestępczych „chwastów” (sam Rambo to dla niego pussy man); oraz Cash – Kurt Russell „proletariacki”, daleki od szarmancji, ubraniowej dystynkcji i pruderyjnej taktowności, zarazem lekki abnegat i ciężki straceniec, naturalnie nieustraszony, odporny na kule, ogień i przewodzenie prądu… Zderzenie wszystkich tych indywiduów musi wywierać odpowiednie wrażenie.
Reżyserię całego tego cyrku powierzono Andrejowi Konczałowskiemu, który jeszcze przed wyemigrowaniem ze Związku Sowieckiego udowodnił, że wie czym może być prawdziwa sztuka kina i jakie istotne może nieść ze sobą treści. Później – już w Ameryce – reżyser ten sprawdził się znakomicie kręcąc „Uciekający pociąg”, również film „akcji”, tyle że nie pozbawiony myśli, bardziej złożonych osobowości bohaterów, także samego sensu, a przy tym suspensu. Był to skonstruowany z niezwykłą precyzją, znakomity mariaż maniery hollywoodzkiej i kina na wyższym, niż tylko rozrywkowym, poziomie. Być może dlatego powierzono mu kierownictwo na planie „Tango & Cash”. Lecz z pustego w próżne i Salomon nie naleje, a krawiec kraje jak mu staje… materii, bodajże. Konczałowski zrobił co mógł by roller-coaster się nie rozleciał a lokomotywa trzymała kupy. Nie brak więc temu wszystkiemu energii i dynamiki, ale również i totalnego oderwania od tzw. realiów, tudzież samej logiki. Jednakże, sprawcom filmu na jego przystawaniu do rzeczywistości niewątpliwie najmniej zależało – co wcale jednak nie musi jeszcze pociągać za sobą zarzutów. Nikt przecież nie wymaga od rozrywkowego kina dokumentalnej pieczołowitości, ani też realistycznej wierności. W końcu istnieje ono po to, żeby się od tego naszego – raczej mało bajecznego – świata rzeczywistego, oderwać. Kwestią jednak pozostaje to, w jakie rejony dajemy się ekranowej iluzji ponieść. A poza tym, małe „piekiełko” akcji nie musi odpowiadać każdemu.

„LĘK WYSOKOŚCI”  (reż. Mel Brooks)

Mel Brooks w "Lęku wysokości"

Mel Brooks w „Lęku wysokości”

Mel Brooks – reżyser i aktor, prześmiewca i satyryk – w poszukiwaniu tematów do swoich zwariowanych parodii rzuca się na różne gatunki filmowe, zapuszcza na najrozmaitsze tereny. Efekty są udane mniej – „Balzing Saddles” (western) lub bardziej – „Young Frankenstein” (horror) czy „Silent Movie” (nieme Hollywood slapstickowe).
W „Lęku wysokości” na tapetę poszedł sam Hitchcock. Sparodiowane tematy z mistrza suspensu są wyraziste i czytelne dla wszystkich, którzy pamiętają takie arcydzieła, jak np. „Ptaki”,
„Psycho” czy „Vertigo”… A trudno je zapomnieć komuś, kto choć raz się z nimi zetknął.
Brooks wypełnia swoje obrazy wymyślonymi przez siebie postaciami i nie ogranicza się jedynie do formuły parodystycznej, stosując często własne oryginalne pomysły komediowe. Bohaterowie „Lęku wysokości” tworzą zbiór niezwykle pokrętnych indywiduów – istne kalejdoskopowe panoptikum. Jest więc pielęgniarka o odrażającej fizjonomii klasycznej wiedźmy, która w wolnych chwilach zrzuca swój biały kitelek kryjący czarny pancerny gorset i wymachując pejczem oddaje się perwersyjnym aktom z udziałem swego nie mniej oryginalnego partnera. Mamy też cały plik psychopatów, a tych oczywiście nie sposób odróżnić od ich pacjentów. Jest również szofer o inteligencji konia i poczciwości osła; także wielce psychopatyczny morderca ze świecącym srebrzyście uzębieniem, który na wieść o tym, że ma kogoś zamordować, wpada w ekstazę przypominającą objawami orgazm… etc.
Fabuła w filmie jest mało istotna. I niekoniecznie musi się to traktować jako zarzut. Dowcipy, gagi, skecze są wyrafinowane bardziej lub mniej, humor miejscami inteligentny, ale zazwyczaj prosty, niewyrafinowany, ba… trącący prostactwem. Na myśl, że bawiłem się na tym filmie świetnie, oblewają mnie ogniste rumieńce wstydu.

„SWEET DREAMS”   (reż. Karel Reisz)

Jessica Lange w 'Sweet Dreams"

Jessica Lange w „Sweet Dreams”

Kilka lat z życia Patsy Cline – uważanej przez wielu za najlepszą piosenkarkę w historii muzyki country- posłużyło tu za kanwę scenariusza filmu, który łatwo mógł się pogrążyć w banale i wtórności. Bowiem droga do sukcesu Patsy Cline była podobna do innych karier gwiazd, których losy próbowano już opisać w wielu filmach, bardziej lub mniej udanych: „Coal Miners’s Daughter” (biografia Loretty Lynn), „La Bamba” (Richie Vallens), „The Buddy Holly Story”, „Rose” (Janis Joplin)… Nie wspominając o tuzinach tytułów zajmujących się Presleyem.
We wszystkich wymienionych żywotach można się doszukać typowo amerykańskiego motywu from rags to richces lub – wyrażając się inaczej – odzwierciedlenia mitu „od pucybuta do milionera”. A więc dzieciństwo i młodość spędzone w warunkach, którym daleko od cieplarnianych; problemy i tragedie osobiste, niedopasowanie do świata, konflikty z otoczeniem, wiara we własny talent i łamiący wszelkie przeciwności upór; dalej: pokonywanie kolejnych stopni w show-businessowej machinie; artystyczny rozkwit i apogeum popularności; wreszcie: nieuchronność, ale i przypadkowość tragedii.
A jednak, wszystkie wymienione wyżej filmy biograficzne, zdołały się obronić przed schematyzmem, posiadając zalety, które przesądziły o ich powodzeniu. Podobnie sprawy maja się ze „Sweet Dreams”. Reżyser Karel Reisz pozwolił Jessice Lange na swobodną interpretację „ludowej” heroiny – równie żywej, co bezpretensjonalnej. Wymagało to od aktorki odwagi, by swojemu gładkiemu image jasnowłosej gwiazdki (laleczka w „King Kongu”), przeciwstawić surowość, brak pruderii i pretensjonalności dość ordynarnej (czyli zwyczajnej) dziewki z Południa. Tym, co wyróżniało Patsy Cline z małomiasteczkowego środowiska, był przede wszystkim mocny głos wsparty absolutnym słuchem oraz determinacja, by zostać gwiazdą country music.
Film posiada swoisty nerwowy rytm, wyznaczony głównie temperamentem i spontanicznością bohaterki, na której koncentruje się cała filmowa rzeczywistość. Nie tylko z tego względu można uznać „Sweet Dreams” za obraz feministyczny. Bo Patsy Cline była pierwszą piosenkarką country, która odważyła się w swoich piosenkach wyrazić kobiece widzenie świata – śpiewać o kobiecie niezależnej i śmiałej w czerpaniu z przyjemności życia.
Równolegle z karierą Patsy Cline przedstawia się jej wyboiste małżeństwo z Charliem Dickem (Ed Harris), którego koleje, niestety, są do przewidzenia już od momentu pierwszego zauroczenia. A Charliego – na równi z urodą Patsy – zauroczył także jej głos i ogólne estradowe emploi. (Aparycyjne zalety Jessici Lange okazały się dla filmu niezbywalne, a jednak ze ścieżki dźwiękowej dobiega nas autentyczny głos Patsy.) Małżeńskiej sielance nie mogła też raczej sprzyjać niezależność piosenkarki, wymogi producentów z Nashville, ani też charakter i przeszłość Charliego. Mimo rozpaczliwych wysiłków z obu stron, prawdziwej miłości i seksualnej atrakcji, ich partnerstwo wystawione było na liczne próby, z których często oboje wychodzi mocno okaleczeni – dosłownie i w przenośni.
„Sweet Dreams” zdolne są wywołać u widzów emocjonalny rezonans. Łatwo bowiem jest utożsamiać się z bohaterami na poziomie prozy życia, wiedząc że borykają się oni z takimi samymi problemami, co zwykli śmiertelnicy, nie dopieszczani już wszak popularnością i celebrą. „Słodkie sny” są miejscami całkiem gorzkie, nie tracąc jednak wigoru i autentyzmu sprawiającego, że dość żywo i zaangażowaniem można świadczyć tej – jeszcze jednej – ludzkiej komedii, która niestety, jak to często bywa, przemienia się w tragedię.

*

Reklamy

komentarze 24 to “„CHŁOPCY Z FERAJNY”, „BROADCAST NEWS”, „DRUGA PRAWDA”, „TANGO I CASH”, „LĘK WYSOKOŚCI”, „SWEET DREAMS” (z filmowego archiwum)”

  1. Simply Says:

    ,,Once Upon a Time in America” De Palmy ?! Dobre !

  2. Simply Says:

    ,, Za Garśc Skarfejsów” :D

  3. Mariusz Says:

    „Chłopcy z ferajny” to mój ulubiony film w reżyserii Martina Scorsese i jeden z najlepszych filmów gangsterskich w historii kina (chociaż „Kasyno” również znakomite). Zaskoczyło mnie w „Goodfellas” to, że Robert De Niro tak łatwo oddał pole swoim ekranowym partnerom – Ray Liotta i Joe Pesci zagrali tu być może najlepsze kreacje w swoich karierach. Zaskoczyła mnie Lorraine Bracco, bo np. w „Medicine Man” u boku Connery’ego była koszmarnie irytująca, ale Scorsese tak ją poprowadził, że stworzyła wiarygodną kreację.

    Co do Mela Brooksa to zgadzam się, że „Blazing Saddles” należy do mniej udanych, a „Young Frankenstein” i „Silent Movie” – do tych lepszych. Niestety jednak, „Lęk wysokości” zaliczam do tych mniej udanych. Wprawdzie żarty z filmów Hitchcocka dają radę, a scena parodiująca „Ptaki” to strzał z grubej rury, który powoduje głośny śmiech (a o to zapewne chodziło), jednak jako całość to raczej przeciętny i zbyt prostacki jest ten film.

    Jeśli zaś chodzi o „Tango i Casha” to jak już kiedyś pisałem lubię ten film, bo jest to typowe kino akcji lat 80., w którym sprawnie połączono oklepane motywy, zabawne teksty, solidną dawkę przemocy i dobrą akcję. Jest duet charyzmatycznych bohaterów, jest wredny czarny charakter, jest nawet jedna piękna kobieta (Teri Hatcher). W tym filmie jest po prostu wszystko co trzeba i wydaje mi się że jeśli komuś się film nie podoba to pewnie nie lubi kina akcji albo już wyrósł z takich filmów. Ja np. dawniej lubiłem science fiction, ale po latach już mi się znudził ten gatunek. Ale filmy sensacyjne nadal lubię oglądać, a „Tango i Cash” tak samo jak i „Zabójcza broń” to klasyk w tym gatunku. Aha, i jeszcze mi się przypomniało, że film Konczałowskiego ma zajebistą dynamiczną muzykę, której autorem jest Harold Faltermeyer.

    • Logos Amicus Says:

      Trudno się nie zgodzić, że „GoodFellas” to bardzo dobry film. Ale czy najlepszy Scorsesego? Chyba jednak tak, choć przecież każdy z nas patrzy inaczej. Bardzo blisko wg mnie są jednak „Wściekły Byk”,”Taksówkarz”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa” (wszystkie te filmy zrobiły na mnie swego czasu wielkie wrażenie).

      Jeśli chodzi o Mela Brooksa, to już przy innej okazji się zgodziliśmy: jest on jednak nierówny, niektóre jego gagi nie przetrwały próby czasu i można się znudzić tym rodzajem humoru.

      „Tango i Cash” – nie widziałem tego filmu od ponad 20 lat, ale (oprócz tej krótkiej recenzyjki) wrażenie zostało: lekka irytacja tym filmem, kiedy go oglądałem (najprawdopodobniej spodziewałem się czegoś więcej, zwłaszcza od Konczałowskiego). Natomiast „Zabójcza broń” jest moim zdaniem znakomita (w swoim gatunku) i nie wytrzymuje jednak porównania z „Tango i Cash” (przynajmniej w moich oczach).

      • Mariusz Says:

        Ja lubię Scorsese’ego przede wszystkim jako twórcę kina gangsterskiego i dlatego faworyzuję „GoodFellas” i „Casino”. Mimo to jednak uważam, że Oscara powinien dostać za „Wściekłego Byka”, gdyż nagrodzony wówczas debiut Redforda jest znacznie mniej ciekawy. Natomiast filmy „Rocky” oraz „Tańczący z wilkami” znacznie bardziej mi się podobały, więc nie przeszkadza mi, że w oscarowej rywalizacji pokonały kolejno „Taksówkarza” i „Chłopców z ferajny”.

        • Logos Amicus Says:

          Ja się tak bardzo nie przejmuję Oscarami ;) ale oczywiście cieszę się, kiedy zostaje wyróżniony film, który mi się podobał i który cenię.
          Trudno mi porównywać ze sobą takie filmy, jak np. „Rocky” i „Raging Bull” – tak są one bowiem różne w charakterze, dostarczając przy tym zupełnie innych emocji. A oba są na swój sposób arcydziełami kina popularnego (z tym, że „Rocky” jest bardziej „popularny” niż „Wściekły byk” ;) )
          Podobnie, trudno jest porównywać „Tańczącego z wilkami” z takim np. „Małym Wielkim Człowiekiem” – z podobnych względów.

        • Simply Says:

          ,,GoodFellas” to gangsta – arcydzieło, ilekroć ten film oglądam, zawsze odkrywam tam coś nowego. Bardzo mi się spodobało, że Scorsese przyjął tu podobną strukturę narracji, jak w ,,Nędznych Ulicach”, które szczególnie lubię.
          No i ten przebogaty soundtrack – jak czasy się zmieniają – od Tony Bennetta do Sex Pistols. Najbardziej urzekł mnie pomysł, żeby do sceny, jak nasi bohaterowie masakrują kolesia przy barze, podłożyć Donovana – walą go tak, że zęby fruwają w powietrzu, a Książę Krainy Łagodności zapodaje finalną część „Atlantis”… zresztą, tekst tego kawałka do najweselszych nie należy. Po latach Fincher też wstawi Donovana do sceny mordu w ,,Zodiaku” ( ,,Hurdy Gurdy Man” ).
          ,,GoodFellas” nie należy oglądać na pusty żołądek. Popełniłem ten błąd idąc nań po raz pierwszy do kina, i myślałem, że mnie krew zaleje, na widok tych włoskich frykasów, które pichcą w co trzeciej scenie ( a Paul Sorvino pedantycznie kroi żyletką ząbek czosnku ) :D
          Czy to najlepszy film Marty’ego ? Nie wiem, on ma kilka najlepszych. Najbardziej poruszyły mnie ,,Taksówkarz”, ,,Nędzne Ulice” i ,,Chłopaki z Ferajny”, a z nowszych – ,,Wyspa Tajemnic”.

          A co do Mela Brooksa, to jestem fanem filmu ,,Producenci”, z Zero Mostelem i Gene Wilderem. A w ,,Lęku Wysokości” fajnie sparodiował scenę prysznicową z ,,Psychozy” – atak gazetą i ta farba drukarska spływająca do kratki ściekowej.

        • Logos Amicus Says:

          Podkłady muzyczne do pamiętnych scen – ten temat wart jest „obrobienia”. Niektórzy reżyserzy nie lubią, jak im się muzyka wkrzania do tego, co widać na ekranie (Haneke, Farhadi…), inni namiętnie wzmacniają obraz muzyką. Oba podejścia, moim zdaniem, mają swoje racje i uzasadnienie, ale faktem jest, że melanż muzyki i obrazu może robić piorunujące wrażenie (że tylko przykład z wagnerowskimi Walkiriami w „Czasie Apokalipsy” przypomnę – zresztą, wspominaliśmy już coś kiedyś o tym przy okazji omawiania filmów o Wietnamie).
          „Wyspa Tajemnic”? Dobry film, ale wg mnie, taki trochę „niescorsesowski”. Jednak nie musi się tego stwierdzenia odbierać jako zarzut. Scorsese spróbował czegoś nowego i całkiem dobrze nu to wyszło.

          Mel Brooks to trochę taki humor dla gimnazjalistów (nie obrażając małolatów) – bardzo wprost, bez większych niuansów. Ale taki humor też jest potrzebny – i to dla ludzi w każdym wieku.
          „Producenci” wystawili Brooksa na widok publiczny – od tego filmu zaczęła się jego kariera. Ten kawałek zresztą miał bardzo długi żywot poza kinem – w formie musicalu (sam miałem okazję obejrzeć go parę lat temu na Broadway’u).

  4. ZygmuntMolikEWA Says:

    „Druga prawda.” Nie widziałam. Ponieważ bardzo cenię G. Close, znalazłam film na „Chomiku”.
    Pooglądam, ciekawa jestem rozwoju sytuacji :)

  5. Cane Says:

    „Dawno temu w Ameryce”, czy „Chłopcy z ferajny”, zawsze mam problem z wybraniem najlepszego kina gangsterskiego. Scorsese uderza w widza przedstawieniem prostolinijności bohaterów, ośmieliłbym się powiedzieć, że obnaża mit „więzi” „rodziny mafijnej”. Jego film czasami, za sprawą fenomenalnej muzyki, wydaje mi się być przerysowany. Zaskakujące zakończenie z utworem „I did it my way” w wykonaniu Sidiousa chyba jest najlepszym przykładem.
    „Lęk wysokości”… krew z uszu. ;)
    “Broadcast news”, kojarzy mi się z innym filmem, „Network” i świetnym monologiem:

    • Logos Amicus Says:

      To, co u Scorsesego wygląda na przerysowanie (rozumiem, że tak to można odbierać – sam niejednokrotnie tego doświadczyłem, oglądając jego obrazy), można też nazwać wyrazistością ;) ) Ale zyskuje na tym choćby dramaturgia filmu, także wyrazistość samych bohaterów, które dzięki temu bardziej na nas oddziaływają i na długo zostają w pamięci. Nie mam tego za złe reżyserowi – dla mnie jest to po prostu konsekwencją stylu, jaki on przyjął kręcąc swoje filmy.

      Mnie również „Broadcast News” kojarzy się bardzo z „Network” Lumeta, a monolog, który przypomniałeś, także i na mnie zrobił wrażenie. „Sieć” to film, do którego warto wrócić, bo nadal niestety pozostaje bardzo aktulany… Być może jest bardziej aktualny teraz, niż w czasie, kiedy powstał.
      Podobnie zresztą jak „Broadcast News”:

  6. Simply Says:

    ,,Wyspa Tajemnic” to hołd Scorsesego dla swych młodzieńczych fascynacji – niskobudżetowych horrorów z lat 40 i 50 – ze wskazaniem na produkcje ze ,,stajni” Vala Lewtona, które cytuje tu garściami: tytułowa wyspa w swym kształcie przywołuje na myśl ,,Wyspę Umarłych” Marka Robsona z 45, inspirowaną słynnym obrazem Arnolda Boecklina.

    Potężnym atutem ,,Producentów” jest inteligentny, pomysłowy i ostro powalony scenariusz samego Brooksa, słusznie nagrodzony Oscarem. Przaśny humor i kicz funkcjonują tu w swego rodzaju metaprzestrzeni: to rzecz o próbie stworzenia z rozmysłem badziewia wszech czasów, które odnosi niespodziewany sukces.
    Zero Mostel uchodzi ponoc, za najlepszego Tewje mleczarza, wśrod broadwayowskich wykonań ,,Skrzypka…”
    Kiedyś słyszalem ,,If I Were a Rich Man” w jego wydaniu, bardzo dziarskie to było.

    • Logos Amicus Says:

      No może nie hołd, ale Scorsese rzeczywiście przyznał, że zainspirowany był pewnymi elementami tych cheap-horrorów, kiedy kręcił „Wyspę Tajemnic”. Ale film, będąc rasowym thrlilerem psychologicznym, tak naprawdę nawiązuje wprost do Hitchcocka, wykorzystując też „poetykę” kina noir.
      NIe mam nic przeciwko temu, że film ten zrobił Scorsese, ani oczywiście tego, że zagrał w nim DiCaprio, który zrobił to – jak zwykle zresztą – świetnie. Scorsese też pewnie nie żałował, że dał się namówić na ten projekt, tym bardziej że film ten okazał się najbardziej kasowym z wszystkich jego dzieł (zarabiając „na czystko” jakieś $200 mln.) i zapewne był dla niego realizacyjną frajdą (jako, że eksplorował tereny, wcześniej przez Marty’ego nie wykorzystywane).

      Tak, zarówno w „Producentach”, jak i w „Skrzypku na dachu” jest ten rodzaj żydowskiego humoru, jaki zawsze mi się podobał. Można by się zastanowić, czy aby nie przyczyniła się także do tego polska (czy też środkowo-europejska) specyfika, z jaką Żydzi chcąc nie chcąc musieli się borykać ;)

  7. Onibe Says:

    ciekawie napisałeś o tango i cash – dotyczy to również analizy zjawiska „degrengolady” kina akcji. Ze swojej strony dodam, że kiedy T&C się u nas pojawiało byłem bodaj w podstawówce i film mi się niezmiernie spodobał. Uznałem, że daje czadu. Obejrzałem go ponownie chyba ze dwa lata temu i nie mogłem za cholerę zrozumieć co mi się w nim podobało. Ani scenariusza, ani dialogów, ani konsekwencji… ot, garść ostrych noży wrzuconych do worka.

  8. Louise Says:

    Chłopcy z ferajny – genialne kino!


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s