POCIĄG DO GROZY („Egzorcysta”, „Drakula”)

DEMONY, OPĘTANIE I ZIELONY GROSZEK  

(„Egzorcysta”, czyli Szatan jako widowisko)

*

Żaden z filmów lat 70-tych nie miał takiej publicity jak „Egzorcysta” Williama Friedkina, prowokując media i społeczeństwo amerykańskie do dyskusji – nie tylko na temat jego treści, ale i granic filmowej ekspresji, epatowania grozą i horrendum  oraz szokowania widza. Doszukiwano się różnych przyczyn tak mocnego rezonansu. Fascynację szatańskim opętaniem i gotowość uczestnictwa w widowisku oferującym najwstrętniejsze sceny w historii kina, wiązano z ogólną deprawacją społeczeństwa, utajoną agresją czy nawet żądzą krwi. Głoszony upadek etosu chrześcijańskiego wiązał się z wybuchem niezliczonych sekt, z religijną histerią mającą swe źródło w nadal żywych wyobrażeniach satanistycznych, w ciągle okupującym podświadomość społeczną pandemonium strachów i archetypicznych lęków.

*

("Egzorcysta")

Zmagania z duszą – i grawitacją („Egzorcysta”)

*
Również „Egzorcysta”, jak każdy klasyczny moralitet, zajmuje się walką Dobra ze Złem. W filmie Williama Friedkina zmagania sił boskich z szatańskimi przebiegają wyjątkowo gwałtownie, a to, że ich charakter bardziej jest cielesny, niż duchowy, stwarza właśnie pretekst, by posłużyć się bezprecedensową w swej ohydzie i nader plastyczną obrazowością.
W filmie przygotowuje się nas do tego stopniowo, budując klimat swoistej dekadencji świata, w którym ma się rozegrać dramat. Poznajemy Regan (Linda Blair), 12-letnią dziewczynę z rozbitej rodziny, która brak kontaktu z rodzicami wetuje sobie grą wyobraźni. Jest również Chris MacNeil (Ellen Burstyn), matka Regan, popularna aktorka teatralna, obecnie bez entuzjazmu biorąca udział w produkcji jakiegoś drugorzędnego filmu dokumentalnego. Spotykamy też księdza Karrasa (Jason Miller), przeżywającego właśnie kryzys wiary spowodowany wyostrzoną świadomością i wzmożoną wrażliwością na zalewające świat zło, targanego ponadto poczuciem winy za własną bezsilność w pomocy dla swej zniedołężniałej ze starości i popadającej w obłęd, matki. Jest wreszcie znużony i melancholijny Jezuita Merrin (Max von Sydow), specjalista od egzorcyzmów. Spoza tej ponurej powierzchowności wyziera jednak determinacja walki z diabelskim pomiotem.

Chris jest zaszokowana tym co dzieje się z jej córką. Zaczyna się od dziwnych odgłosów dobiegających z pokoju Regan. Wkrótce przedmioty w jej domu zaczynają się przemieszczać samoistnie, a łóżko w sypialni córki wpada w szalone drgania. Sama dziewczynka jest nie mniej przerażona, niż jej otoczenie. Gdy zaczynają się u niej ataki konwulsji, twierdzi, że w jej wnętrzu jest jeszcze „ktoś inny”. Podejrzewając chorobę umysłową córki, Chris zawozi ją na badania specjalistyczne. Jednak najlepsi neurolodzy i psychiatrzy nie są w stanie dociec przyczyn choroby – badania nie wykazują żadnych zmian organicznych. W przekonaniu, że problem zagnieździł się w psychice dziecka, specjaliści polecają… egzorcyzmy! W pełni świadomi zresztą, że mają one charakter przesądu, acz przesądu pełnego terapeutycznej mocy. Chris zrazu odrzuca – z goryczą i oburzeniem – tę szarlatanerię, jaką proponują jej bezsilni scientyści, lecz kiedy ataki Regan stają się coraz bardziej przerażające, a ona sama zaczyna się przemieniać w diabelskie monstrum, zrozpaczona matka chwyta się tej ostatniej deski ratunku, szukając pomocy u księdza Karrasa i Ojca Merrina.

Co powoduje,że groza staje się dla nas atrakcją? (Linda Blair w "Egzorcyście")

Co powoduje, że groza staje się dla nas atrakcją? („Egzorcysta”)

W czasach ukazania się filmu Friedkina na ekranach, temat egzorcyzmów był już dość szeroko znany, choćby za przyczyną bestsellerowej powieści W. P. Blatty’ego, na podstawie której sam autor napisał scenariusz (za co otrzymał Oscara). Wcześniej zaś do wzbudzenia zainteresowania demonologią, przyczynił się też wydatnie głośny film Polańskiego „Dziecko Rosemary”. Okultyzm był w modzie. Kościół starał się być ostrożny w ferowaniu sądów i ujawnieniu własnego stanowiska, lecz nie mógł entuzjastycznie odnieść się do faktu, że aż trzech księży było zatrudnionych przy produkcji filmu w charakterze konsultantów. Katolikom nie trafiała do przekonania argumentacja, że w zasadzie „Egzorcysta” nie odwołuje się bezpośrednio do religii, a tym bardziej nie przeczy jej dogmatom, choć afirmuje istnienie Boga w dość przewrotny sposób: ojciec Karras odzyskuje zachwianą wiarę dopiero wtedy, gdy przekonuje się o istnieniu Diabła. Kontrowersje dotyczyły jednak czegoś bardziej oczywistego i ewidentnego, a mianowicie obecnej w filmie profanacji: onanizująca się krucyfiksem Blair, najordynarniejsze przekleństwa i bluźnierstwa padające z jej ust, a nawet religijna indyferencja Burstyn, zwątpienie Millera… obok tego wszystkiego człowiek wierzący nie mógł przejść obojętnie.

Abstrahując od ideologicznych powikłań filmu, od jego myślowej zawartości – bez rozstrzygania, czy jego merytoryczna problematyka może być w ogóle brana poważnie – „Egzorcystę” w ramach swojego gatunku można uznać za opus mistrzowskie. Charakteryzacja, efekty specjalne, ścieżka dźwiękowa, sam sposób filmowania… pod tymi względami film Friedkina był kamieniem milowym na drodze ewolucji filmu grozy, osiągając niezwykłą sugestywność i intensywność. Rangę „Egzorcysty” podniósł też produkcyjny rozmach, poziom aktorstwa, dbałość o szczegóły i realizacyjne namaszczenie. Miało to oczywiście wpływ na popularność wśród widowni (film okazał się najbardziej kasowym tytułem roku). Sporo zamieszania i kontrowersji powstało również wokół cezurki ograniczenia wiekowego dla widzów. Zamiast „X” – jak domagało się wielu, obrazowi przyznano bardziej liberalny znaczek „R”, dopuszczający przed ekran dzieci poniżej 17-go roku życia. „Nie ma seksu” – argumentowano. Bardziej, jak widać, obawiano się więc erotyki, niż szoku jaki mógł wywołać widok 12-letniej dziewczynki zamieniającej się w piekielnego stwora, jej głowy obracającej się o 18o stopni wokół zmaltretowanego korpusu, jej ust chlustających litrami wstrętnej zielonej mazi (zupa z zielonego groszku plus płatki owsiane)… Nie wspominając już o owym słynnym krucyfiksowym onanizmie, czy o steku bluźnierstw i wulgaryzmów.
Ekranowe wzięcie „Egzorcysty” można chyba przypisać jednie jakimś masochistycznym impulsom widowni, wojerystycznemu, pokrewnemu perwersji, upodobaniu do obcowania z koszmarami i produktami chorobliwej wyobraźni. Nawet po wielu latach od powstania filmu, zetknięcie się z nim stanowi nadzwyczaj przykre, niemal bolesne, doświadczenie.

„Egzorcysta” zapoczątkował swoistą modę na horrory zajmujące się szatańskim opętaniem lub Szatanem we własnej osobie, zstępującym w przeddzień Sądu Ostatecznego między ludzi. Najbardziej pamiętnym z tych filmów jest bez wątpienia „Omen” (1976) z Gregorym Peckiem. Może mniej obrazowy i dosłowny niż „Egzorcysta”, niemniej jednak równie przenikliwy i pełen suspensu. Nie wspominam tu już nawet o całej masie epigońskich filmików klasy B zalegających do dzisiaj półki wypożyczalni video. Naturalnie, zważywszy na wielkie komercyjne powodzenie filmu Friedkina, dokręcono jeszcze później dwie części: w 1977 r. „The Exorcist II: The Heretic” (w reżyserii Johna Boormana, z udziałem m.in. Richarda Burtona i Maxa von Sydowa) oraz w 1990 r. – „The Exorcist III” z Georgem C. Scottem. Żadna jednak nie zbliżyła się do popularności – a nawet klasy – oryginału.

(Tekst „Demony, opętanie i zielony groszek” opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 26 sierpnia 1994 r.)

*

OD „CZASU APOKALIPSY” DO KSIĘCIA WAMPIRÓW 

(„Drakula” – nowe arcydzieło Coppoli?)

*

Na ekranach kin znów pojawił się złowieszczy cień słynnego wampira.* Sprawił to sam Francis Ford Coppola, który dzięki takim swoim filmom, jak „Ojciec chrzestny” oraz „Czas Apokalipsy” znalazł się w ekskluzywnym towarzystwie najwybitniejszych reżyserów w historii kina – nie tylko amerykańskiego.

Czy zajęcie się plebejską fantastyką, jaką de facto jest historia o księciu Drakuli, nie jest pewnym rodzajem degradacji twórcy największej w dziejach sagi gangsterskiej i monumentalnego fresku o wojnie w Wietnamie?

*

("Drakula")

Nieśmiertelność domaga się krwi  (Gary Oldman jako Książę Ciemności)

*

Jak ktoś słusznie zauważył, wampiry są jak samochody – co roku nowy model. Istnieje wykaz filmów zajmujących się wampiryzmem. Naliczono ich bez mała 6 tysięcy (1978 r.) Kariera Drakuli postępowała równolegle do ewolucji kina, które od samego początku wydawało się być zafascynowane księciem wampirów jako postacią przynależną do świata cieni – świata pokrewnego przecież onirycznemu charakterowi magicznej latarni. Tak się również złożyło, że w tym samym niemal czasie biorą swój początek zarówno mit o Drakuli (za sprawą powieści Brama Stokera z 1897 r.) – jak i dzieje kinematografii. Wiktoriańska historia wydawała się nieść symbolikę na tyle bogatą i istotną, że adaptowano ją dla następujących po sobie pokoleń, które odkrywały w niej podobne znaczenia, mimo zmieniających się form. Siła oddziaływania opowieści o wampirach na wyobraźnię odbiorcy wydaje się wynikać z tego, co jest ich fundamentem, a mianowicie z melange’u seksu (miłości) i śmierci: Eros i Tanatos, jako najpotężniejsze komponenty wielkich literackich i filmowych historii. Jednakże Francis Ford Coppola, biorąc się za ekranizację powieści Stokera w 100 lat od jej powstania, nie musiał już tak kodować jej seksualności, jak czyniono to aż do lat 60-tych, kiedy to przemieszczano wyraźnie siłę wyrazu i akcenty w stronę grozy i niesamowitości, zamieniając erotykę na żądzę krwi, a organy płciowe na kły. Erotyzm w filmie Coppoli jest już ostentacyjny.

XV wiek. Transylwania. Drakula (Gary Oldman), młody, mężny i waleczny książę, rozgromiwszy wrażych Turków, wraca do swego zamczyska, gdzie czeka na niego tragiczna wieść – oddana mu małżonka popełniła samobójstwo w przekonaniu, że zginął na polu bitwy. Zrozpaczony Drakula w bluźnierczym szale przeklina samego Boga, rzuca mu wyzwanie, co skutkuje… zyskaniem nieśmiertelności. Lecz tej, dokonującej się w świecie zła, demonów i wiecznego potępienia. 400 lat później spotykamy Drakulę w sercu Europy, gdzie żyje w koszmarnym zamczysku, otoczonym przepaściami i spowitym ciemnością, którą rozjaśniają jedynie błyskawice. XIX-wieczny Drakula to dziwaczny twór, przypominający krzyżówkę mumii Madame Pompadour ze zwłokami Nosferatu – żywy trup o krogulczych paznokciach, białej jak kreda facjacie i przekrwionych oczach.

Seks to pierwotna i dzika bestia (Sadie Frost  w "Drakuli")

Seks to pierwotna i dzika bestia (Sadie Frost w „Drakuli”)

To prawda, że narracja w filmie Coppoli nie toczy się prostą i wyraźną koleiną. Stąd też pewnie zarzut o rozmyciu wątku w mało istotnych pobocznych sytuacjach, zbędnych postaciach, zagubieniu się w sutych dekoracjach. A jednak poszczególne sceny charakteryzuje niezwykła siła wyrazu – bez wątpienia mogą one porazić swoją estetyczną niezwykłością i inwencją, jak również emocjonalną intensywnością. Gary Oldman, wcielając się w coraz to inne, tak różniące się od siebie postaci Drakuli, obdarzył każdą z nich bardzo charakterystycznym rysem, który na szczęście przenika nawet spod wielu kilogramów kostiumowej i makijażowej charakteryzacji. Zarzut natomiast poczynić można Winonie Ryder, która zbyt bojaźliwie – jak na moje wyczucie – przystępowała do miłośnych zbliżeń z Drakulą. Zmysłowość i erotyzm w jej wykonaniu pozbawione były iskry i głębi, dlatego ciągle przypominała mi ten wykreowany przez nią w innych filmach image szeregowej amerykańskiej nastolatki. To, co nie udało się jej, z powodzeniem osiągnęła natomiast Sadie Frost. W autentyczność ognistej i perwersyjnej namiętności granej przez nią Lucy nie można było wątpić.

Fama Coppoli, jako wielkiego stylisty, technicznego mistrza i twórcy zamaszystej epiki, pozwalała oczekiwać od jego najnowszego filmu czegoś szczególnego. Rezultat jest obrazem, obok którego nie można przejść obojętnie, i o którym będzie się chyba pamiętać tak, jak pamięta się o większości filmów tego reżysera. Nawet jeśli „Bram Stoker’s Drakula” jest tylko jednym wielkim ćwiczeniem stylistycznym (jak to denuncjowała krytyka), to jest to ćwiczenie mające znamiona wielkiej sztuki, może nawet arcydzieła. W tym przypadku estetyka obrazu – jego bujna plastyka – jest wartością afirmującą całość dzieła, w przeciwieństwie do innych hollywoodzkich wytworów tego czasu, gdzie oszałamiający wystrój scenograficzny przytłaczał akcję i bohaterów, sam zwykle nie przedstawiając sobą niczego, co by było godne większej uwagi – trącąc często kiczem, szmirą i dziwacznym komiksem (przykłady: „Hook”, „Batman Returns”).
Trzeba przyznać, że Coppola obrał sobie wzory wizualne niezwykle wdzięczne: XIX-wieczne symboliczne malarstwo Gustawa Klimta z jego ciemną paletą, chorobliwą erotyką i wszechogarniającym klimatem dekadencji. Także „Piękną i bestię” Cocteau. „Zróbcie mi coś, co mogłoby przypominać wasze senne koszmary i nocne zmory” – powiedział reżyser do scenografów, dekoratorów i charakteryzatorów, wręczając im swoje rysunki i szkice oraz album zawierający – jak można było przeczytać na stronie tytułowej – „Marzenia dekadencji”.
Czy schyłkowość późniejsza, czyli oddech naszego już fine-de-siecle’u, orzeźwiło dzieło Coppoli, czyniąc go definitywnym obrazem w ciągu ekranowych przemian Drakuli? Zapewne sam reżyser chciałby na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. W przeciwnym razie nie sięgnąłby po powieść Stokera, strzepując z niej kurz staroświeckiej ramoty.

(*Tekst „Dracula – nowe arcydzieło Coppoli?” opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 2o marca 1993 r.)

("Drakula")

Od rozkoszy i piękna do grozy i potworności dzieli nas tylko krok („Drakula”)

*

Advertisements

komentarze 24 to “POCIĄG DO GROZY („Egzorcysta”, „Drakula”)”

  1. Cane Says:

    Myślę, że żaden z tych, jak i kolejne z filmów „grozy”, nie jest w stanie oddać nastroju tak jak „Nosferatu-Eine Symphonie des Grauens” z ’22 (zresztą jak cła szkoła ekspresjonizmu niemieckiego). Zostało jedynie epatowanie przemocą i krwią. Ale czasy i ludzie, którym odczuwanie sprawia coraz większą trudność, zmienili się. „Nosferatu” wzbudza co najwyżej cień uśmiechu, czy nudę. Pamiętam, jak Burtonowi w „Sleepy Hollow” udało się stworzyć taką otoczkę tej dawnej szkoły (stonowane kolory, gra cieni, ujęcia), ale nie był w stanie zastąpić krwi, uczuciem napięcia.

    • Logos Amicus Says:

      Zgoda: ekspresjonizm zamieniono na gore – ze stratą dla sztuki kina. Bo jakąż wartość może mieć estetyka jatki? Wspomaga tylko efekt szoku, który po jakimś czasie zamienia się w – zamierzony lub niezamierzony – humor i parodię, a w końcu i w nudę, (która jest dla kina zabójcza i nie do wybaczenia).
      A Tim Burton wszystkie swoje filmy robi jak z innej epoki – on sam jest taki trochę nie z tej ziemi ;)

  2. ina3b Says:

    „Drakula” mi się nie podobał, ale „Egzorcysta” i owszem. Może dlatego, że czytałam wcześniej książkę i film był jej wiernym odwzorowaniem, a może dlatego, że po prostu film był dobry. :) Bo ja nic nie mówię o „Egzorcyzmach Emily Rose”, który to film wywołał u mnie spazmy śmiechu (jeśli można to tak nazwać) naprzemiennie z pytaniem „To jak nie jecie to mogę waszą pizzę?”…

    • Logos Amicus Says:

      Pierwszy „Egzorcysta” pozostał niedoścignionym wzorem – a przy tym spotkał się z najsilniejszym odzewem publiczności, stając się w pewnym sensie zjawiskiem pozafilmowym. Nie bez znaczenia było to, że film ten nie miał prexcedensu – wykorzystano więc moment zaskoczenia – do tej pory niczego takiego na ekranach jeszcze nie widziano. Później było już właściwie tylko epigoństwo i podróbki.

  3. Torlin Says:

    Rzadko oglądam tego rodzaju filmy, z podobnej tematyki najbardziej podobały mi się:
    1.”Omen” z 1976 roku i “Dziecko Rosemary”
    2. “Nieustraszeni pogromcy wampirów”

    • Logos Amicus Says:

      Ja też nie jestem miłośnikiem takich nastrojów w kinie, ale „Egzorcystę” warto było obejrzeć (również z tego powodu, że film okazał się w pewnym sensie zjawiskiem socjologicznym). Podobnie jak „Draculę”. W końcu wyreżyserował ten film sam F. F. Coppola – a to obliguje.

  4. Marcus Says:

    Że też nie szkoda im było wyrzucić z filmu takie sceny?:

  5. Mariusz Says:

    Widzę, że i u Ciebie był podwójny seans ;)
    „Egzorcysta” to według mnie jeden z najstraszniejszych horrorów w historii kina, gdy go obejrzałem jakieś 15 lat temu byłem autentycznie przerażony. Podobał mi się również „Omen” mimo iż nie był taki dosłowny i szokujący, ale też robił wrażenie. Jeden i drugi film mocno zapadają w pamięć, nie mogę tego niestety powiedzieć o „Dziecku Rosemary”, z którego niewiele pamiętam, mimo iż widziałem kilkakrotnie.
    Za to „Dracula” Coppoli to moim zdaniem najlepszy w ogóle film o wampirach – niesamowicie stylowy, dekadencki, zmysłowy, klimatyczny.
    Jakiś czas temu widziałem „Nosferatu” Herzoga, ale nie zrobił na mnie wrażenia. Wygląda jak nędzna kopia jakiegoś przedwojennego klasyka, do tego jest okropnie nudny i słabo zagrany (chociaż Isabelle Adjani akurat lubię).

    • Logos Amicus Says:

      „Widzę, że i u Ciebie był podwójny seans ;)”

      No, może nie podwójny seans, ale podwójna recenzja ;)
      Filmy te widziałem w dość sporym odstępie czasowym, ale dostrzegłem w nich coś, co je łączyło – a mianowicie to, że oba wykorzystywały nasz (widzów) specyficzny pociąg do grozy (co zresztą wyraziłem w tytule wpisu).
      Poza tym, są to już bez wątpienia pozycje klasyczne (nie tylko w kategorii horrorów, ale i w historii kina ogólnie), więc warto jednak o nich pamiętać – i polecić to tym, którzy tych filmów nie widzieli, a zainteresowani są kinem bliżej, niż tylko widz okazjonalny.

      Muszę przyznać, że na mnie „Dziecko Rosemary” zrobiło jednak wrażenie (bardziej jednak – że się tak wyrażę – grozą „psychologiczną”, niż tą dosłowną, wizualną, ostentacyjną…), ale – podobnie jak Ty – dość chłodno odebrałem „Nosferatu” Herzoga (zbyt dużo wg mnie było tam jakiejś… deliberacji, kalkulacji…) Widocznie nie jest to genre (temat), w którym Herzog czuł się pewnie i dobrze.

      • Mariusz Says:

        Ja nie znam zbyt dobrze twórczości Herzoga, widziałem chyba tylko „Operację Świt” (nawet ciekawe, ze świetną rolą Christiana Bale’a), a nadrabianie jego filmografii od „Nosferatu” to nie był zbyt dobry pomysł. Chociaż tematyka wampiryczna nie należy do moich ulubionych to jednak przykład „Draculi” Coppoli (albo „Wywiadu z wampirem” Jordana) wskazują że nawet nielubiana tematyka może na ekranie wyglądać stylowo i atrakcyjnie. A wracając do filmu Herzoga to mi tu zabrakło odpowiedniego określenia, ale myślę że z tą deliberacją trafiłeś w sedno – film jest wydumany, a oprócz tego wygląda jakby reżyser chciał zahipnotyzować widza, ale zabrakło mu do tego odpowiednich środków i umiejętności. Poza tym, na FilmWebie ktoś napisał, że aktorzy wyglądają jak strachy na wróble i ja odniosłem dokładnie takie samo wrażenie ;)
        Co do „Dziecka Rosemary” to pamiętam że mi się podobał, ale kilka miesięcy po obejrzeniu już nie pamiętałem dlaczego mi się podobał ;) Może właśnie z powodu tej grozy psychologicznej, która odróżniała ten film od horrorów z następnej dekady (takich jak „Egzorcysta”).

        • Logos Amicus Says:

          Herzog jest reżyserem bardzo intrygującym. Wyłamuje się jednak wszelkim schematom kina komercyjnego, jest dość trudny w odbiorze, porusza bardzo specyficzną tematykę – przez co jego filmy nie cieszą się powodzeniem tzw. „szerokiej publiczności”. To właśnie takie filmy, jakie robi Herzog, widz „popularny” nazywa „ciężkimi”. Ale nie taki diabeł straszny – moim zdaniem obrazy Herzoga są dość czytelne i w sumie proste, tyle, że jego sposób widzenia nie pokrywa się zwykle z punktem widzenia (nawet tego „wyrobionego”) widza. (Na czym, naturalnie, zyskuje ich oryginalność.) Jednym słowem: kino Herzoga – choć niezbyt skomplikowane jeśli chodzi o środki wyrazu – jest ekscentryczne.
          Jeśli nie znasz jego filmów, a chciałbyś poznać tę Herzogową klasykę, to polecam przede wszystkim „Aquirre, Gniew Boży” (film, dzięki któremu Herzog zyskał szerszą sławę), może jeszcze „Fitzcarralda”; ale ciekawe moim zdanie są także inne jego filmy, np. „Stroszek”, „Zagadka Kacpra Hausera”, „Woyzeck”… (choć przyznaję, że są to jednak filmy, które wielu widzom wydać się mogą „dziwnymi”, więc istnieje ryzyko, że w ogóle nie przypadną Ci do gustu).

          Być może „Dziecka Rosemary” nie pamiętasz, bo jego znakomitość nie wynikała z fabuły, a opierała się głównie na nastroju (a tego ostatniego nie sposób pamiętać w szczegółach ;) )

          A wracając do Herzoga. Oto mała próbka jego tragiczno-komicznego podejścia do świata – i jego przedstawiania (pingwin-outsider jako metafora człowieka-straceńca):

  6. Sigil of Scream Says:

    Temat mi bliski – albowiem dla mnie horror zawsze był i jest źródłem inspiracji…
    Odnosząc się na chwilę do Draculi chciałbym zauważyć, iż całość filmu przenika pewien rodzaj podskórnego napięcia i grozy, kojarzący mi się z „Maską Czerwonej Śmierci”… Także sam motyw maskarady, którą jest manifestacja wampira przyjmującego różne maski. Film miejscami o wiele odważniej ukazuje erotyzm i mrok, niż powieść, stanowiąca jego pierwowzór. Zapewne dzięki temu obraz zyskuje na wyrazistości. Choć wciąż uważam, że końcówka (śmierć Draculi – zbawienie przez miłość i dewokacja zła, która pozwala widzowi wierzyć, że wszystko „skończyło się dobrze”) jest najsłabszą stroną tej opowieści.

    • Logos Amicus Says:

      Chętnie zapytałbym o to, co Ciebie tak w horrorze pociąga i w jaki sposób koszmar i groza Cię inspiruje. (Uważam, że jesteś osobą jak najbardziej kompetentną, aby na te pytania odpowiedzieć ;) )

      Zapewne zdajesz sobie sprawę, że sporo ludzi fascynację tego typu uznaje za „chorobliwą” i źle oddziaływującą na psychikę. ;)

      • Sigil of Scream Says:

        Cóż, sporo ludzi uznaje różne rzeczy za szkodliwe czy atrakcyjne zupełnie niezależnie od ich faktycznego działania. Wszakże większość nigdy nie decyduje o prawdzie. ;)

        A odpowiadając na Twoje pytania: tematyka grozy pozwala przełamywać tabu, zbliża nas najbardziej do tych rzeczy, które sami negujemy, spychamy w cień i odrzucamy we własnej duszy. Nie zawsze jest to słuszne. Tak więc przełamanie strachu i zajrzenie w mrok jest najprostszym sposobem transgresji – zajrzeniem w te miejsca i w ten mrok który nosimy w sobie ukrywając go na co dzień. Pozwala to na głębsze samopoznanie. Co dalej za tym idzie – to, co poznane, przestaje być obce, staje się częścią nas. Nasze koszmary przestają wtedy żyć same – zyskujemy nad nimi kontrolę i oczywiście stajemy się za nie odpowiedzialni.
        Sztuka jest znakomitym polem do tego typu odkryć i działań. Polem bezpiecznym, które jednak w sposób bardzo realny pozwala nam przeżyć wyzwalane emocje, fascynację nimi, czy katharsis jakim jest przekroczenie lęku – jednocześnie nie wymaga od nas działania w świecie zewnętrznym (co w związku z podjętą tematyką mogłoby być niebezpieczne dla nas i innych). Sztuka pozostawić może za sobą wstrząs, zachwyt, trzęsienie ziemi w duszy odbiorcy – ale nikogo nie krzywdzi, nie przelewa krwi. Misterium duszy rozgrywa się w całym pięknie i grozie, pozwalając się podziwiać, jednak nie upada w świat materii – nie tworzy w wyniku tego form kalekich ani brzydkich.
        Osobiście uważam więc, że fascynacja grozą może być jak najbardziej wyzwalająca. Oczywiście dla osób świadomych tego co robią. Zawsze gdzieś można znaleźć jednostki chore. Jednak tak naprawdę każdy z nas sam wybiera. Niektórzy więc piszą wiersze – a inni biorą nóż i mordują ludzi…
        Zawsze uważałem, że lepiej jednak napisać wiersz. ;)

        • Logos Amicus Says:

          Wiedziałem, że od Ciebie mogę się spodziewać ciekawej odpowiedzi na ten temat, dlatego też zdecydowałem się na taką małą prowokację w moim komentarzu ;)
          Oczywiście uważam, że każdy ma prawo do swoich fascynacji i wcale nie musi się z tych fascynacji tłumaczyć.. tak długo, dopóki nie stanowi zagrożenia dla innych ludzi ;)

          To co napisałeś o katarktycznej, kompensacyjnej i transgresywnej funkcji horroru, grozy i koszmaru w sztuce (można to także rozciągnąć na kulturę masową) jest bardzo elokwentne i przekonywujące. Ja osobiście nie lubuję się w horrorach, choć lubię od czasu do czasu obejrzeć film, który mnie mocno przestraszy – jednakże oczekuję od takiego filmu pewnych wartości, jeśli chodzi o sztukę kina. Czyli musi to być po prostu film dobrze zrealizowany – dobrze wyreżyserowany, zagrany, opowiedziany…
          Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, reagowałem na takie filmy bardzo żywo i mimo, że bałem się cholernie, to jednak nie mogłem oderwać oczu od ekranu telewizora („Frankenstein”, „Mumia”, „Ptaki”, „Upiór Luwru”…) ;)
          Teraz też potrafię docenić dobry horror, choć rzadko, niestety, z takim się spotykam (niedawno rozbawił mnie nawet „This is the End” – całkiem dobrze i inteligentnie zrobiona komedia horrorzasta).

          Z tego co wiem, gatunek ten cieszy się dużym wzięciem wśród widzów, zwłaszcza młodych (świadczy o tym choćby to, że horrory stanowią jednak sporą część repertuaru wypożyczalni DVD oraz kablowych i internetowych ofert „view on demand”).

          A wracając do Twojej wypowiedzi.
          Zdarza się jednak czasem, że sztuka krzywdzi ludzi, a nawet powoduje rozlew krwi, czasami ich wręcz zabijając. Dzieje się tak właśnie wtedy, kiedy zbytnio „wchodzi w materię” – zamiast rozgrywać się w świecie imaginacji, czy też fantazji, zawłaszcza człowieka w twardej, konkretnej rzeczywistości. Traci się wtedy dystans do tego, co sztucznie wymyślone – rojenia traktuje się, jak coś rzeczywistego – a konsekwencje tego też stają się jak najbardziej rzeczywiste.
          Wydaje mi się, że trzeba mieć silną psychikę, by z takich zderzeń z horrorem – czy też z częstego z nim obcowaniem – wyjść zupełnie bez szwanku.
          Bardzo dobrym remedium może być właśnie tworzenie czegoś, co ma wartość artystyczną – czyli sztuka (literatura, plastyka, kino… czy też nawet – jak w Twoim przypadku – poezja).

  7. Onibe Says:

    średnio mnie kręcą takie filmy, jakoś tematyka nigdy nie przypadła mi do gustu. Wampirów nie lubię zwłaszcza ;-). Co prawda film o którym piszesz ma swoje znaczenie, tym niemniej wampiry jako takie dawno już stały się popkulturową, masowo produkowaną ikoną.

    Piszesz o romansie Tanatosa i Erosa, śmierci i erotyki – to fakt, opowieści o wampirach eksplorują ten wątek wyjątkowo silnie i jest to pewnie główny powód ich popularności. Pewnym ciekawym zrządzeniem losu, najlepszy film tej kategorii (nie chodzi o wampiry, ale właśnie o połączenie T+E) jaki kiedykolwiek widziałem to Stoker ;-). Ciekawa jest w tym przypadku gra słów, bo przecież Stoker to właśnie ów Bram Stoker, o którym piszesz i od którego się zaczęło. Moim zdaniem film Stoker przebija jednak 99% opowieści wampirzych… Oglądałeś?

    • Logos Amicus Says:

      Mnie również średnio kręcą takie filmy, ale tym z mojego wpisu warto poświęcić uwagę, bo jednak wyrastają one ponad swój genre („Egzorcysta” okazał się fenomenem nie tylko kinowym, ale i społecznym; „Drakulę” zaś zrealizował sam Coppola, uznany za jednego z ważniejszych reżyserów w historii kina.)

      Wiem, że wampiryzm nadal jest mocno w kinie eksploatowany, ale dotyczy to w zasadzie kina popularnego (skierowanego zwłaszcza do bardzo młodego widza). Ot, choćby fenomen ostatnich lat: seria „Twighlight”.

      Stokera niestety nie widziałem, (choć przymierzałem się, żeby go obejrzeć w kinie). Z tego co wiem miał ciekawą obsadę i nie był zwykłym patrzydłem.
      I to chyba nie przypadek, że dano temu filmowi tytuł „Stoker”.

      • Onibe Says:

        chyba nie przypadek, ale dla mnie było to ciekawe odkrycie, bo był to jeden z bardzo nielicznych filmów, które obejrzałem bez przygotowania i właściwie nawet nie wiedziałem na co idę ;-)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s