„POWRÓT BATMANA”, „ZE ŚMIERCIĄ JEJ DO TWARZY”, „WYWIAD Z WAMPIREM”, „WYSPA DR. MOREAU”, „TWISTER”, „DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku „KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów „Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną („Dziennik Chicagowski”, „Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum, skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

*

„POWRÓT BATMANA” (reż. Tim Burton)

Michelle Pfeiffer i Danny De Vito w "Batman Returns"

Michelle Pfeiffer i Danny De Vito w „Batman Returns”

Agnieszka Osiecka użyła ostatnio zgrabnego porównania. Napisała mianowicie, że miejsce, jakie w naszej kulturze ma Norwid, w Ameryce zajmuje analogicznie kaczor Donald. Może z tego wnioskować, że kultura amerykańska ma się do europejskiej tak, jak bohater infantylnych kreskówek do narodowego wieszcza.
Efektowne powiedzonko Osieckiej jest oczywistym przejaskrawieniem i dość niefrasobliwą parabolą, jednak wyczuwamy w nim ziarno prawdy, może nawet pewną oczywistość. Nie zapominając o Hemingway’u, Steinbecku czy Faulknerze, trzeba przyznać, że Disney ze swoją myszką Mickey ma tutaj zdecydowanie wyższe notowania, a to ze względu na presję pop-kultury wywieraną na świadomość Amerykanów. Podobnie jest z komiksem. Zarówno jego estetyka, jak i zawartość – archetypiczni bohaterowie, schematy narracyjne – bliższe są Ameryce niźli literackie wzory wyhodowane bądź co bądź na europejskiej spuściźnie. Zjawisko wydaje się pogłębiać, szczególnie jeśli chodzi o amerykańskie kino. Swoją wymowę ma fakt, że niegdysiejszą popularność „Przeminęło z wiatrem” zastąpiło niesłychane wzięcie „Batmana”, opartego, nota bene na komiksowej historyjce sprzed 50 już lat.
„Batman” z 1989 roku został jednym z najbardziej kasowych obrazów w historii kina. Zarobił około 1 miliarda dolarów. Uznano, że główna w tym zasługa Tima Burtona, w związku z czym dano mu wolną rękę przy kręceniu drugiej części „Powrót Batmana” – rzecz w Hollywood niesłychana! Efekt jest taki, jakiego można sie było spodziewać po człowieku, który zrobił „Sok z żuka” i „Edwarda Nożycorękiego”, czyli wymyślne bajeczki, wypełnione przedziwnymi, odhumanizowanymi stworkami i zanurzone w fantastycznej scenerii.
Bardzo łatwo byłoby mi „Powrót Batmana” sponiewierać, jako produkt miałki i efekciarski – błyszczący z zewnątrz a w środku pusty. W końcu określić go dosadnie bzdurą. Jednak fenomen filmu zasługuje na coś więcej. Byłoby to lekceważenie zjawiska, mającego jednak szerszy wymiar.
„Batman Returns” to przede wszystkim mroczny klimat i ekspresjonistyczna sceneria Gotham City oraz trzy postaci – Batman (Michael Keaton), Catwoman (Michelle Pfeiffer) i Penguin (Danny DeVito). Mniej liczy się tu fabuła, która zresztą często wymyka się z rąk reżyserowi. Łatwo wyczuć, że ma ona w jego oczach drugorzędne znaczenie.
Postać Batmana to idealne skrzyżowanie Zorro z Supermanem. Oficjalnie spokojny, pustelniczy dziedzic wielkiej fortuny, zamienia się nocą w obdarzonego nadludzkimi atrybutami Rycerza, walczącego z siłami Zła. Archetyp nieobcy żadnej kulturze, lecz dominujący w amerykańskiej (western, film gangsterski, szpiegowski…).
Nomen omen Penguin, główny przeciwnik Batmana, także jest dziwolągiem, lecz rodzi już w nas inne zgoła uczucia. Wzrostu i aparycji – a jakże! – pingwina (ze względu na swoją szpetotę, porzucony w niemowlęctwie, wychował się w podziemnych kanałach). To maszkara o trupio bladej „twarzy”, z krogulczym nosem, obżera się surowymi rybami (bynajmniej nie sushi), przeżuwając je zepsutymi zębami – wzbudza w nas zarówno wstręt i odrazę, jak i (raczej sporadycznie) współczucie (a to ze względu na swoją sierocą przeszłość). Penguin więc to postać „znikąd”, przymierza się do burmistrzowskiego fotela, wchodząc w nikczemny układ z miejscową, prominentną kanalią (Christopher Walken).
I wreszcie Catwoman. Również postać z podwójną osobowością – z szarej myszki-sekretarki, przemienia się w tragicznych okolicznościach (wypchnięta przez okno przez Walkena) w kobietę-kota, przywdziewając słynny już, czarny i obcisły kostium. W obu postaciach oddaje się intymnej i niebezpiecznej zarazem grze z Batmanem.

Amerykanie, jak dzieci - chcą żeby im opowiadano ciągle tę samą historyjkę. Dostają więc swoje "Batmany"

Amerykanie, jak dzieci – chcą żeby im opowiadano ciągle tę samą historyjkę. Dostają więc swoje „Batmany”

*

Niestety, wrażenie dziwaczności tych postaci zdominowało u mnie wszystkie inne. Keaton, DeVito i Pfeiffer to aktorzy niepośledni, obdarzeni oryginalnością i charakterem, toteż wtłoczenie w maskujące ich zupełnie kostiumy, odczuwa się jako gwałt zadany ich wyrazistym, aktorskim osobowościom. Na przykład wdzianko Michelle Pfeiffer. Oczywiście efektowne jest ono i sexy, lecz zabija w niej to, co najbardziej ujmujące – kobiecą delikatność, eteryczność, lekką melancholię… Również DeVito zupełnie ugrzązł pod kilogramami groteskowej charakteryzacji.
Tak więc, „Powrót Batmana” jest klinicznym wprost przykładem hollywoodzkiego przerostu formy nad treścią, choroby, która na dobre rozpanoszyła się w kinie amerykańskim w latach 80-tych. Po części winne są temu, świetne skądinąd, filmy Spielberga, Lucasa, także kino „katastroficzne”, które wydało – też trzeba to przyznać – kilka dobrych obrazów. Jednak ślepa pogoń za coraz bardziej efektownym opakowaniem nabrała już moim zdaniem cech patologii. Dziesiątki milionów dolarów wydawane na efekty specjalne, dekoracje i kostiumy, mozolne budowanie filmowego świata, kreowanie oszałamiających scenerii… wszystko to zaczęło przytłaczać akcję i bohaterów. Zapominano o wyrazistości i kompleksowości psychologicznej postaci, o wyposażeniu ich w odpowiedni ładunek myślowy i emocjonalny, gubiono się w drugorzędnych wątkach. Świat „Batmana” jest gęsty i bogaty, a jednak jest to li tylko – przytłaczające całość – bogactwo wizualnego szpanerstwa. Nawet geniusz Spielberga – dotychczas ponad wszystko stawiający w kinie emocje i ciekawą anegdotę – wpadł w tę pułapkę, kręcąc ostatnio barokowego, a bezmyślnego w sumie i wypranego z duszy „Hooka”.
Takie filmy jak „Batman Returns” bardzo często ratują się przed krytycznym potępieniem autoironią i autoparodią. Jednak wygląda na to, że ten został przez Burtona potraktowany śmiertelnie poważnie. W efekcie parodia staje się niezamierzona, zamieniając się na dodatek w groteskę czy też w karykaturę. A to deprecjonuje obraz. Dlatego dziwić tylko mogą napuszone rozprawy niektórych amerykańskich krytyków, rozbierające „Batmana” na części pierwsze i umieszczające je w kontekście freudyzmu czy filozofii egzystencjalnej. Bowiem film ten jest przede wszystkim towarem, i jako taki wydaje się być perfekcyjny, trafiając w sedno popularnych gustów i oczekiwań. Mówią o tym choćby wpływy z pierwszego weekendu dystrybucji – 48 mln. dolarów! Rekord wszechczasów, dystansujący dotychczasowego championa… „Batmana” z 1989 roku. Rozważanie tego, czy „Powrót Batmana” jest dziełem sztuki, byłoby chyba nieporozumieniem. Powstał on bowiem w zupełnie innych obszarach. Widz amerykański, jak dziecko, chce żeby mu opowiadano ciągle tę samą historyjkę – w zmienionych tylko nieznacznie wersjach i innych – coraz bardziej wymyślnych a dziwacznych – dekoracjach. Dostaje więc swoje „batmany”, z których wyłania się niekiedy coś bardziej szczególnego, jak np. film Burtona – wystawione na sprzedaż arcydzieło plebejskich upodobań.

PS. Artykuł ten został także opublikowany w tygodniku „Wprost” („Plebejskie arcydzieło”, „Wprost” 7 lipca 1992 r.)

„ZE ŚMIERCIĄ JEJ DO TWARZY”  (reż. Robert Zemeckis)

Meryl Streep w "Ze śmiercią jej do twarzy"

Meryl Streep w „Ze śmiercią jej do twarzy”

Wygląda na to, że Meryl Streep, Goldie Hawn i Bruce Willis kontynuując tym filmem próby rozjaśnienia swojego image, kreują się na pierwszych komediantów Hollywoodu. Najbardziej smuci to w przypadku Meryl Streep, której – jako wybitnej aktorki dramatycznej – po prostu żal do tego rodzaju niepoważnych i błahych obrazków. Natomiast Bruce’a Willisa nie szkoda mi wcale, szczególnie po takich niewypałach, jak „Hudson Hawk” czy „The Last Boy Scout”. Przyznaję się jednak, że spodziewałem się zastać na ekranie większe dziwadło, które zapowiadały dość niewydarzone telewizyjne spoty reklamowe. Powyginana nienaturalnie (dosłownie jak paragraf) Streep – z przekręconą głową i twarzą zwróconą w stronę, w którą zwykle skierowany jest tyłek. Hawn z dziurą na przestrzał w swej zgrabnej talii; histeryzujący wielce Willis… Wszystko to mówiło mi wyraźnie, że oto czeka mnie obcowanie z kolejnym junkiem tego lata. Trzeba przyznać, że wysypało się ich w tym sezonie sporo.
Jednak film nie okazał się tą straszliwą katastrofą, jakiej się można było spodziewać. Nadal twierdzę, że jest błahy, bez smaku, bez jednej poważniejszej idei, tworząc jakiś przedziwny amalgamat hollywoodzkiej próżności, narcyzmu, groteski i blagi, lecz – o dziwo! – okazało się, że więcej w nim jednak momentów zabawnych, niż totalnie nieudanych, a wszelkie te jego udziwnienia, nie takie znów rażące są i degustujące.
Nawiązując do samej historyjki, można powiedzieć, że jest to rzecz o żądzy zemsty, pragnieniu wiecznej młodości, kobiecej rywalizacji o samca, faustowskim układzie… Goldie Hawn po latach spędzonych – w swoim zatęchłym, wypełnionym gratami, brudem i tuzinami kotów mieszkaniu – na przeżywaniu swej depresji, spowodowanej odbiciem jej przez Streep narzeczonego (Willis), postanawia się zemścić. Zrzuca więc około 200 funtów (ledwie) żywej wagi i dzięki cudownemu eliksirowi młodości zdobytemu u pewnej (uwspółcześnionej) wróżki (Isabella Rossellini), poczuwa się na siłach, by stanąć do walki ze znienawidzoną Streep. Tak się składa, że również ta ostatnia wychyliła czarę czarodziejskiego płynu zapewniającego nieśmiertelność i praktyczną niezniszczalność ciała, co niecne zamiary Hawn co-nieco komplikuje. Jak widzimy, zapowiada się tym samym na niezwykły pojedynek.
Wszystko wskazuje na to, że film opary na takowym scenariuszu, przed zupełnym upadkiem i ostateczną denuncjacją jako feastiwalu dziwolągów, uratował reżyser Robert Zemeckis, który takimi swoimi wcześniejszymi obrazami, jak np. „Romancing the Stone”, „Back to the Future”, czy „Who Framed Roger Rabbit” udowodnił swoją wielką komercyjną przydatność w kręceniu przyzwoitych i udanych rozrywkowych przebojów ekranu, mających swoje wzięcie wśród szerokich rzesz popularnej wodowni. Kto nie boi się tego wszystkiego, o czym tu wspomniałem, ten po film Zemeckisa sięgnąć może śmiało. Ale wiem, że znajdą się i tacy, którzy od tego obrazka będa się trzymać z daleka. Zarówno jedna, jak i druga postawa, nie będzie mnie dziwić wcale.

„WYSPA DR. MOREAU” (reż. John Frankenheimer)

Marlon Brando w "Wyspie dr. Moreau"

Marlon Brando w „Wyspie dr. Moreau”

Bardzo jestem ciekaw jak by odebrał dzisiaj ten film Herbert G. Wells, autor książki, na podstawie której, został on nakręcony. Zapewne oszołomiła by go techniczna perfekcja i efekty specjalne a  niewyobrażalne, nawet jak dla obdarzonego tak genialną wyobraźnią umysłu, jaki niewątpliwie posiadał słynny angielski klasyk science-fiction.
Wiek XXI. Na jednaj z wysp południowego Pacyfiku przeprowadza się szaleńczy eksperyment. Laureat nagrody Nobla w dziedzinie biologi (genetyka) dr. Moreau (Marlon Brando – czy nie ciekawi nas w jakiej formie jest ten legendarny aktor?) zbudował na wyspie rodzaj twierdzy-laboratorium, gdzie dokonał połączenia genów ludzkich i zwierzęcych. Dzięki temu powstały hybrydy, których potworności nie da się opisać, bestie posłuszne swemu Panu.
A gdyby Wells już ochłonął po zderzeniu się z tymi wybrykami współczesnej magicznej latarni, to niechybnie doszedłby do konkluzji, że nawet cień jego przesłania nie został w filmie Johna Frankenheimera uszanowany. Moim zdaniem „Wyspa dr. Moreau” popełnia takie same karygodne grzechy, jakimi jest niestety obdarzona lwia część współczesnej hollywoodzkiej produkcji: pozwala, by wizualność triumfowała nad refleksją, bezmyślność nad logiką, absurd nad sensem, eksplozje nad słowem, frajda nad przesłaniem, blichtr nad autentyzmem, forma nad treścią… etc.  Dzisiejsze kino kusi nas swoimi nieprawdopodobnymi technicznymi możliwościami, nęci magią cudownej zabawki, jednak wypada w końcu zdać sobie sprawę, że tym sposobem wkracza się na drogę donikąd.

„WYWIAD Z WAMPIREM” (reż. Neil Jordan)

Brad Pitt i Tom Cruise w "Wywiadzie z wampirem"     Brad Pitt i Tom Cruise w "Wywiadzie z wampirem"

Brad Pitt i Tom Cruise w „Wywiadzie z wampirem”

Neil Jordan jest reżyserem, który ma dar nieskrępowanej fantazji, pociąg do romansu, grozy i podszytej niebezpieczeństwem poezji. Do tej pory jednak miał sposobność kręcić jedynie niskobudżetowe filmy, z których dwa to wszak prawdziwe unikaty, rzec można, perły: „Mona Lisa” i szokujące niektórych „The Crying Game”. Co zrobił Jordan mając do dyspozycji 60 mln. dolarów i największe nazwiska Hollywoodu?
Film zaczyna się obiecująco: dziennikarz z San Francisco przeprowadza wywiad z człowiekiem imieniem Louis (Brad Pitt w niezłym wydaniu), który oświadcza ni mniej ni więcej tylko to, że jest… wampirem. Taśma magnetofonowa się kręci, historia rozwija, przenosząc na dwa stulecia wstecz – do Luizjany, gdzie Louis, straciwszy żonę przy połogu, chce odszukać jej duszę, lecz zamiast tego nabawia się nieśmiertelności, ukąszony przez wampira Lestata (Tom Cruise). Obaj zaczynają swoją wędrówkę w czasie, w której najbardziej spektakularny jest ich pobyt w XVIII-wiecznym Paryżu.
Groza i ekstaza, przepych i nieczystość, śmierć i pożądanie – taki elegancko zdeprawowany świat chce nam ukazać „Wywiad z wampirem”. Obraz Jordana jest jednak niepozbawioną (secesyjnego) artyzmu adaptacją bestsellerowej powieści Anne Rice – dusznej, nokturnowej – libertyńskiej w duchu i barokowej w powierzchowności – pełnej erotycznych napięć i mrocznych namiętności. Kto uważa, iż może zagustować w tego rodzaju krwawej, lecz jednocześnie stylowej rozrywce, ten po film Jordana może sięgnąć śmiało.
Post scriptum i a propos.
Tak więc – może się ktoś jednak oburzyć – znów te hollywoodzkie dziwadła, chorobliwa wyobraźnia, amoralność i zepsucie! Ale przecież – kto inny odpowie – to tylko film, czyli fantazja, urlop od rzeczywistości, wbrew pozorom bardziej twardej i bezwzględnej, niż wszelkie ekranowe monstra. Mity, bajki i fantazje potrzebne są nam tak samo, jak chleb, powietrze i woda. Bojąc się i przeżywając grozę w sferze fantasy, odreagowujemy nasze strachy jak najbardziej realne. Niech każdy przypomni sobie swoje bajki z dzieciństwa. Czy nie roiło się w nich od smoków strasznych i potworów okrutnych, tudzież macoch wielce jędzowatych? Czy wilk nie pożarł, a później nie wypluł, babci i Czerwonego Kapturka? Czy Baba Jaga nie wsadzała do pieca Jasia i Małgosi? Czy cynowy żołnierzyk nie topił się w ogniu na naszych oczach? Czy książę piękny – a zdesperowany – nie całował żaby ohydnej (zoofil jeden!). Czy cudna księżniczka nie mizdrzyła się (w końcu) do bestii kudłatej z ogonem długim i twardym rogiem? A toż to przecież nasza klasyka bajeczna i nieśmiertelna. Tym raczono nas, berbeci kilkuletnich, przed zaśnięciem. I nikomu jakoś nie przyszło zżymać się na dekadencję i imaginację chorobliwą naszych bajarzy. Powiedzmy sobie szczerze, że nie każdy może być tak czysty w tym brutalnym świecie, jak – dajmy na to – Disney, który i tak łajdaczy się i tajniaczy incognito, ukrywając się za szyldem (wytwórni filmowej) Miramax – wcale już nie takiej świętej.

„TWISTER” (reż. Jan de Bont)

W roli głównej "Twister"

W roli głównej „Twister”

Jak widzimy filmy katastroficzne nie wyginęły jeszcze ze szczętem i co jakiś czas pojawiają się na ekranach kin. Po szczękach rekina, trzęsieniach ziemi, płonących wieżowcach, tragediach Posejdona, rojach pszczół i inwazjach pająków przyszła pora na tornado. Było to chyba nie do uniknięcia. Kto bowiem zaprzeczy, że odpowiednie tornado może być cholernie fotogeniczne… zwłaszcza dla tych, którzy oglądają go siedząc wygodnie w fotelu i jeśli chodzi o katastrofę, to narażeni są co najwyżej na dobywający się z głośników hałas oraz mlaskanie obżerających się popcornem i siorbiących coca-colę sąsiadów.
Dwójka rozwodzących się (ze sobą i nad sobą) meteorologów (Helen Hunt, Bill Paxton) tropi w Oklahomie tornada z ich olbrzymimi powietrznymi trąbami. Usiłują w ich centrum zainstalować czujniki, które pozwoliłyby na bliższe poznanie pogodowego potwora i przewidzenie jego następnych posunięć. W międzyczasie scenarzysta Michael Crichton, (który dał się poznać skądinąd jako niezły pisarz sensacyjno-rozrywkowy) musiał jednak uwzględnić jakieś ludzkie aspekty psychologiczne historyjki, więc w przerwach między zasysaniem i wpuszczaniem w trąbę przerażonych wieśniaków, każe bohaterom przeżywać niejakie duchowe rozterki natury matrymonialno-partnerskiej. Czasem pojawiają się na ekranie dyżurne bezbronne staruszki, ale tylko po to, by stać się kolejną ofiarą szalejącego twistera. Są też, naturalnie, adwersarze – przeciwnicy naszych bohaterów, czeli rywalizujące z nimi czarne charaktery. Szkoda tylko, że płaskie jak karton a ich demonizm opiera się głównie na tym, że jeżdżą czarnymi… wprawdzie nie Wołgami, a vanami.
Prawdziwe uznanie należy się jednak specom od efektów specjalnych ze słynnej stajni George’a Lucasa zwanej adekwatnie Industrial Light and Magic. Ci potrafili wyczarować na ekranie solidną demolkę w wykonaniu tornada, która na wszystkich robi odpowiednie wrażenie. Szkoda tylko, że między atakami szalejącej trąby, chce nam się ziewać, a niekiedy i wyć… z nudów.

„DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI” (reż. Roland Emmerich)

Jeff Goldblum i Will Smith pozują do inwazyjnej katastrofy w "Dniu Niepodległości"

Jeff Goldblum i Will Smith pozują do inwazyjnej katastrofy w „Dniu Niepodległości”

Producenci tego filmu wcale nie ukrywali, że robią wielkie widowisko „pod publikę”. Dlatego też przeraźliwy schematyzm „Dnia Niepodległości” wcale nie spędzał im snu z powiek. Wprost przeciwnie: przewidując reakcję i oczekiwania amerykańskiej widowni, zapadali w sen sprawiedliwego z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku… wobec wytwórni, siebie i kasy. W rezultacie powstał film, który pobił wszelkie dotychczasowe rekordy kasowe za pierwszy weekend wyświetlania w kinach (ponad $100 mln.!). Znaleźć w nim można wszystko: kino katastroficzne, science-fiction, thriller… Także elementy zapożyczone „jak leci” z klasyków popularnego kina fantastyczno-przygodowego, takich jak „Gwiezdne wojny”, „Obcy: 8 pasażer Nostromo”, „Płonący wieżowiec”, „Port lotniczy”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”… itd. „Dzień Niepodległości” stanowi właściwie zbiór cytatów z wyżej wymienionych filmów. Ale to publiczności wcale nie przeszkadza… wręcz przeciwnie! Znane motywy i obrazki nie zmuszają do zbytniego wysiłku, a dają wrażenie swojskiej frajdy.
W filmie Rolanda Emmericha odnajdziemy także pewne cechy kina „akcji” w rodzaju „Top Gun”, co ekstazę wyczynową zwiększa jeszcze bardziej. Trzeba przyznać, że efekty specjalne i wizualne zasasługują w pełni na uznanie. Dla nich samych warto chyba jednak wybrać się do kina i być może pod ich wrażeniem wybaczymy wszelkim stereotypom, od jakich roi się w tym filmie.
Fabuła i wątki. Rzecz to… niespodzianka! – o inwazji kosmitów na Ziemię. Kilkanaście wielkich jak góra statków kosmicznych zawisa nad największymi miastami naszej planety i już wkrótce rozpoczyna apokaliptyczną demolkę. Siły zbrojne wszystkich mocarstw łączą się w wysiłku, by dać odpór wrogim i agresywnym przybyszom, którzy Ziemię upatrzyli sobie jako kolejne miejsce osiedlenia.
Na ekranie sporo tzw. „kolorowych”, acz znów papierowo-schematycznych postaci. Jest Jeff Goldblum i jego ojciec chasyd ortodoksa z poczuciem humoru (na czyjąś uwagę, że ktoś nie jest Żydem i dlatego nie może brać udziału w modłach, odpowiada: „Nobody is perfect”); jest jeszcze prezydent amerykański przypominające nieco Clintona; jest Will Smith – krewki pilot myśliwca… etc.
Magazyn „Time” obwołał pojawienie się „Dnia Niepodległości” na ekranach kin „comebackiem” Sci-Fi. Tylko czy naprawdę świadczy to o ewolucji tego gatunku, czy może jednak o regresie? Przyszłość rozstrzygnie, choć ja osobiście nie spodziewałbym się po tego typu fajerwerkach zbyt wiele.

*

Reklamy

Komentarzy 40 to “„POWRÓT BATMANA”, „ZE ŚMIERCIĄ JEJ DO TWARZY”, „WYWIAD Z WAMPIREM”, „WYSPA DR. MOREAU”, „TWISTER”, „DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI” (z filmowego archiwum)”

  1. Simply Says:

    ,,…jedynie niskobudżetowe filmy, z których dwa to wszak prawdziwe unikaty, rzec można, perły: “Mona Lisa” i szokujące niektórych “The Crying Game”…”
    Rzekłbym, nie dwa, a trzy; zrobił jeczcze przepiękne ,,Company of Wolves”, wg Angeli Carter; to Czerwony Kapturek, jako baśń grozy opowiedziana na kozetce u Freuda.

    ,,Wywiad z Wampirem”, dla mnie nie jest horrorem, a egzystencjalną przypowieścią z wykorzystaniem jego poetyki i archetypu, a la ,,Nosferatu” Herzoga. Film bardzo malarski – chocby zamieszczony kadr, o kompozycji i chiaroscuro , jak z Caravaggia. Ciekawym pomysłem ( pewnie z książki – nie czytałem ) jest ten cały wachlarz wampirzych kondycji ; mamy tu wampira-cierpiętnika ( Pitt ), hedonistę ( Cruise ), filozofa ( Banderas ), nienasycone dziecko ( Dunst ), a nawet błazna ( Rea ).
    Ann Rice była strasznie zawiedziona obsadzeniem Cruise’a w roli Lestata ( podobnie, jak ian Flemming w przypadku Connery’ego ). Pisząc książkę, wymyślala tę postac inspirowana fizis konkretnego człowieka, też aktora i nawet nie dopuszczała myśli, że w razie czego mógłby zagrac ktoś inny: Rutgera Hauera.
    Nie mniej Cruise wypadł przyzwoicie, jak na niego.

    • Logos Amicus Says:

      Cruise wypadł przyzwoicie… co wcale mnie nie dziwi, bo jednak uważam go za dobrego aktora (mimo jego dziecinnych – pozafilmowych – wyskoków).

      Pisarze są zwykle bardzo przywiązani do swoich „wizji” jakie mają w czasie pisania książki, więc zwykle trudno im zaakceptować to, co zrobili z nią reżyserzy, (którzy, oczywiście, kręcą jej ekranizację wg własnej „wizji” – rzadko pokrywającej się z tą pierwszą, autorską).

      Porównanie do Caravaggia jak najbardziej na miejscu. Lubię, kiedy kadry filmów są „malarskie” – niekiedy to właśnie kompensuje mi niedostatki samego filmu.

  2. przemciunio34 Says:

    Reblogged this on Mój blog and commented:

    super film

  3. Torlin Says:

    Wybacz Logosie, żadnego z tych filmów nie widziałem.

  4. Mariusz Says:

    A ja widziałem wszystkie, tak się jakoś dziwnie złożyło :)
    Za wampiryczną tematyką nie przepadam, lecz „Wywiad z wampirem” to i tak jeden z najlepszych według mnie filmów o krwiopijcach. To nie tylko horror o głodzie krwi, ale przepełniony melancholią dramat o cierpieniu, jakie wiąże się z nieśmiertelnością i odmiennością. Z obsady najbardziej mnie zaskoczyła młodziutka Kirsten Dunst, szczerze mówiąc za nią nie przepadam, ale w roli nienasyconego dziecka wypadła kapitalnie.

    „Powrót Batmana” lubię bardziej od części pierwszej, chyba ze względu na Michelle Pfeiffer, która pokazała tu swoje skłonności do szaleństwa. W tym samym roku zagrała przecież zupełnie odmienną kreację w „Polu miłości”, za który otrzymała trzecią nominację do Oscara. W obu filmach była rewelacyjna, a obcisły kostium Catwoman może i zabija w niej kobiecą delikatność, ale z pewnością nie odbiera jej charyzmy ani umiejętności ;)

    „Ze śmiercią jej do twarzy” – faktycznie film błahy i niepoważny, ale bawiłem się na nim całkiem nieźle, efekty specjalne mistrzowskie, humor w paru momentach również na plus, a ostatnia scena genialna. Dziwny, ale uroczy to film z zaskakującymi rolami Meryl i Bruce’a.

    Pozostałe trzy filmy, o których piszesz – oglądało się bezboleśnie, ale bez większych zachwytów. Skupiają się one na warstwie wizualnej, zapominając o treści i logice.

    • Logos Amicus Says:

      Widzę, że nasze odbiory tych filmów są jednak podobne, z wyjątkiem może pierwszej części Batmana, która jednak podobała mi się bardziej, niż druga. To, jakie miałem zastrzeżenia do „Batman Returns” wyjawiłem w mojej recenzji, więc nie będę się powtarzał.
      Nie wiem, być może na ten film spojrzałbym inaczej po latach, ale wątpię, czy by mnie teraz zachwycił – tym bardziej, że z czasem mój gust filmowy jeszcze bardziej oddalił mnie od „dramaturgii” typu pop i widowiska dla samego widowiska.
      A Michelle Pfeiffer zdecydowanie jest mi bliższa taka, jaką widziałem w „Fabulous Bakers Boys”, niż w bardzo udziwnionej wersji kobiecości jaką była Catwoman z „Batman Returns”.

  5. rozalka Says:

    Uwielbiam filmy katastroficzne, to jeden z mych ulubionych gatunków… obraz niszczącej wszystko potęgi Natury i furii żywiołów, totalnego Armageddonu ma w sobie coś… nihilistyczno-oczyszczającego?

    A „Twister” nie był taki zły ;)

  6. Kinga Says:

    Dzięki za pożółkłe kartki i stare filmy.
    A tak a propos, czy Brucie Willis ma na swoim artystycznym koncie jakiekolwiek wypały? Nie słyszałam wybuchów :)

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście, jeśli chodzi o kino, to Buce Willis nie ma jakichś olśniewających wypałów (nie mówimy tu oczywiście o pirotechnice, której w jego filmach nie brakuje).

      Ale można mu to chyba wybaczyć choćby z tego powodu:

      Tu jednak Bruce „wypala” :)

  7. zola Says:

    W „Powrocie Batmana” już zdecydowanie widać rękę Burtona. Ogromna ilość groteski, szaleństwa, ponurego makijażu i powykrzywianych, powykręcanych postaci, w pierwszej części tego brakowało. Za to był tam przecież nieziemski Nicholson, któremu nie tylko w kolejnych produkcjach o Batmanie ale chyba wśród wszystkich szwarccharakterów z komiksowych adaptacji dorównuje tylko inny Joker, wiadomo który… DeVito stara się jak może, ale tej poprzeczki nie tylko nie przeskakuje, ale nawet nie sięga. Efekt końcowy? Podobny, jak w ‚Batmanie’. Ponownie dobry film, jednak z niedosytem. Sama groteska Burtona pasuje do nietoperza chyba nawet bardziej niż mrok Nolana, jednak dopiero przy połączeniu obu tych elementów (i jakimś sensownym, porządnym scenariuszu) mógłby powstać film genialny.

    • maestro Says:

      Powrot Batmana to film zbyt groteskowy (jak dla mnie).
      Wszystko wyglada w tym filmie dobrze do momentu pojawienia sie groteski (scena zdalnego sterowania batmobila przez Pingwina jest po prostu zenujaca). Bujajacy sie De Vito na samochodziku nie jest ani smieszny ani przerazajacy. Odgryzanie nosa jednemu z dziennikarzy czy podazanie za ryba to sceny ktore na pewno nie dodaja mroku temu filmowi. Osobiscie nic nie mam do tego aktora zapewne takiej gry wymagal scenariusz. kolejnym minusem w Powrocie Batmana jest…. malo Batmana. Scen z Brucem Wayne’m czy Batmanem jest napraswde malo, film rownie dobrze moglby sie nazaywac Pingwin Wyjscie na powierzchnie :).
      Kobieta Kot to postac ktora momentami naprawde mnie denerwala.Najpierw uwodzi Batmana potem go atakuje chce go upokorzyc. Sczerze mowiac, to oprocz checi dokonania zemsty na Schrecku to nie wiem o co jej chodzilo.
      Sczerze mowiac to oba filmy Burtona prezentuja siesrednio w porownaniu z tym co zrobil Ch. Nolan w Batman Poczatek czy Mrocznym Rycerzu, szkoda bo lubie Tima Burtona za jego zupelnie inne podejscie do filmu (jezdziec bez glowy to wg mnie jego najlepszy film) jednak w jego filmach o Batmanie jest za duzo groteski. Postacie takie jak Joker czy Pingwin zamiast przerazac to zbyt czesto smiesza a momentami irytuja.

      • Logos Amicus Says:

        @maestro – widzę, że Twoja opinia pokrywa się z moją.
        Jeśli miałbym wybierać – to jednak wolę „batmany” Nolana, mimo że (również) bardzo cenię Burtona za jego niezwykłą wyobraźnię, dziecięcy wręcz entuzjazm i filomwą kreatywność.

        @zola – zgadzam się: „Powrót Batmana” był filmem zbyt „udziwnionym”- i to udziwnienie albo – jak piszesz – groteskowość filmu nie wyszły mu moim zdaniem na dobre.

  8. pawlik Says:

    Gdyby dawać Oscara dla najbardziej propagandowego filmu to Dzień Niepodległości miałby
    Oscara wielkości Jezusa w Rio de Janeiro. Jak byłem na premierze w 1996 roku to szczęka
    opadła mi do ziemi. Efekty, walki, obcy – niesamowite. Ale później, jak człowiek trochę dorósł, to
    spojrzał innym wzrokiem na film…w sferze propagandy pełny komizm i łubudubu niech nam żyje…,
    w sferze s-f sprawnie zrobiony film…

    • Logos Amicus Says:

      Przyznam się, że kiedy oglądałem „Dzień Niepodległości”, to nie oceniałem filmu od strony propagandowej (choć rzeczywiście, było wystarczająco dużo przesłanek, by w taki sposób do niego podejść). Dla mnie to było przede wszystkim widowisko, do którego jednak – jak pamiętam – zachowałem sporą rezerwę. Od kina sc-fi (a nawet katastroficznego) oczekuję jednak czegoś więcej, niż tylko spektaklu.

  9. Onibe Says:

    ciekawa kolekcja topowych filmów sprzed paru niezłych lat ;-)

    • Logos Amicus Says:

      Lata były niezłe, to prawda ;)
      A i filmy rzeczywiście są ciekawe, mimo że ich jakość pod pewnymi względami jest problematyczna (stąd ta odrobina sarkazmu, która się przedostała do tych moich mini-recenzyjek).

      • Onibe Says:

        sarkazm na miejscu, ale też bym nie przesadzał z krytyką. To były dobre filmy w swoich czasach ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Swoją drogą to ciekawe, że to, czy film jest dobry, zależy od czasów, w których powstał i od tego, kiedy się go pokazuje ;)

        • Onibe Says:

          a co to znaczy, że film jest dobry? Wydaje mi się, że oceny dokonujemy subiektywnie, nawet jeśli opieramy się na czynnikach obiektywnych. A skoro subiektywnie oceniamy, to i pora dnia ma znaczenie. I czy pizza była dobra ;-)

        • Logos Amicus Says:

          A jednak winny istnieć kryteria oceny sztuki niezależne od naszego widzimisię.

          Myślę, że przydałoby się nam więcej samokrytycyzmu, może nawet więcej czegoś takiego jak pokory – oraz świadomości, że na naszym subiektywnym odczuciu świat się nie kończy – a nawet, że nie jest to odczucie (odbiór) najważniejsze, ani też lepsze od innych. A mimo to jednak wygłaszamy sądy tak kategoryczne, jakby tak było.

          Zbyt często naszą subiektywną ocenę głosimy tak, jakby była ona obiektywna (czyli miała obowiązywać innych) i oczywiście uważamy, że to my mamy rację, a tej racji nie mają inni – że to my wyrażamy prawdę, a inni się mylą.
          Niestety, sceptyzyzm nie jest cnotą zbyt rozpowszechnioną.

        • Onibe Says:

          no tak, ale po co komu obiektywnie oceniona sztuka? Czy sztuka to noże do kuchni i kafelki do łazienki? Wartość sztuki przejawia się emocjami, które generuje. A emocje z obiektywizmem nie mają nic wspólnego. Co prawda centralne planowanie i w tych dziedzinach zostawiło swój odcisk, ale należę do grupy osób, które traktują to jako pomyłkę ;-)

          Każda opinia którą głoszę jest subiektywna, nie odczuwam potrzeby podkreślania, że nie myślę za milijony ale za samego siebie. Cenię subiektywne opinie innych osób jeśli są wyważone i przemawiają do mojej wyobraźni – pozwalam sobie wtedy na skrót myślowy twierdząc, iż dana opinia jest obiektywna. Ale jako rzekłem: to tylko skrót myślowy, bo coś co przemawia do mnie może być zarówno obiektywne jak i subiektywne.

        • Logos Amicus Says:

          „…no tak, ale po co komu obiektywnie oceniona sztuka?”

          No właśnie – problem w tym, że w dobie modernizmu rozprzestrzeniło się takie właśnie podejście, w którym (tylko nie bierz tego do siebie) jest pewna arogancja: co mi tam sztuka uznana do tej pory za wielką i wartościową, skoro mnie ona w ogóle nie interesuje, a tym samym – nie dostarcza mi żadnych emocji? Co mi tam opinie ustalone w historii sztuki, skoro mnie to też nie interesuje?
          Czy aby takie podejście nie jest propagowaniem ignorancji, nieuctwa i swoistego prostactwa?: Co mnie tam obchodzi Bach czy Mozart, (których sztuka została właśnie obiektywnie oceniona jako wartościowa i wybitna), skoro mnie emocjonuje tylko disco polo. Co mi tam Rubens, Vermeer, Rembrandt, Velazquez, Goya… skoro mi się podobają tylko jelenie na rykowisku pana Mietka… itd.
          Oczywiście upraszczam – ale to tylko dlatego, by bardziej wyraziście zakreślić problem.

          O tym już pisałem nieraz: właśnie dlatego, że zniszczono pewne obiektywne (ustalone np. tradycją, biegłością warsztatową, mistrzostwem, intelektualnym wkładem… etc.) kryteria oceny sztuki, mamy w całej tej współczesnej sztuce takie zamieszanie, w którym już nikt nie może się połapać (m.in. właśnie dlatego, że przestały obowiązywać pewne obiektywne reguły). Bo skoro wszystko może być uznane za sztukę, to sztuka przestaje jednak istnieć (ponieważ zanika jej wyróżnik – pozwalający ją odróżnić od rzeczy trywialnych, banalnych, powszednich, i ogólnie – od wszelkiego badziewia).

          To właśnie stąd tyle wokół nas obecnie arogancji: co mi tam ktoś coś będzie pieprzył, ja przecież wiem swoje – i wiem wszystko lepiej. Liczy się tylko to, co ja czuję. (Wystarczy sobie tylko poczytać opnie pod jakimkolwiek dyskusyjnym forum. Na pewno widzisz takich przykładów wokół siebie mnóstwo.)

          Niestety, zbyt często subiektywizmem zasłaniamy tylko nasz egoizm (bo łatwiej jest nam przyznać się do tego pierwszego, niż drugiego).

        • Onibe Says:

          w mojej rodzinie jest kilka osób, które by się z Tobą zgodziły. Oficjalnie. Chętnie przyznają się do oddawania czci oficjalnie ustalonym standardom jakości w kulturze. A więc, niby słuchają Mozarta i Bacha, uwielbiają obrazy impresjonistów itd itp. Na co dzień słuchają Disco Polo i bardzo się z tym kamuflują,ale wychodzą z założenia, że istnieją dwa standardy życia: jeden na pokaz, drugi prawdziwy. Może tak powinno być. Skoro uczciwe mówienie o tym co się lubi jest przykładem egoizmu, to nawet fajnie, że jak Polska długa i szeroka mamy tabuny miłośników książek przy czytelnictwie 0,5 książki rocznie na główkę. Mamy miliony wielbicieli muzyki poważnej, przy czym tłok zdarza się głównie na plenerowych koncertach Ich Troje z kiełbaskami i keczupem w roli głównej.

          Nie wiem czy arogancją jest niezgadzanie się z autorytetami. Jeśli ktoś mówi mi, że Ave Maria Schuberta jest piękna, to ma mi się ona automatycznie podobać? Mam siedzieć cicho i udawać, że mój gust jest zbieżny? Po co komu taka sztuka? To takie komunistyczne myślenie, dzięki któremu zamiast aktywnych i świadomych partycypantów kultury mamy tabuny ludzi święcie przekonanych, że sztuka jest bzdurą, oficjalną wydmuszką, w której się uczestniczy tylko oficjalnie, jak w pochodach majowych, ale rozumieć jej nie trzeba. I ja ludzi tak rozumiejących rozumiem. Bo z kim mają dyskutować?

        • Logos Amicus Says:

          No tak, ale Ty piszesz o hipokryzji i snobizmie, a ja miałem na myśli autentyczne zainteresowanie sztuką z jednej strony i wynikającą często z ignorancji i lenistwa pogardą (czy też obojętnością) dla tej sztuki z drugiej. I nie mówimy tu o ślepej adoracji autorytetów i bezkrytycznego łykania wszystkiego, co od nich wychodzi.

          Ja jednak widzę pożytek jaki mamy z autorytetów, czyli z ludzi, którzy wiedzą, co mówią, mają rozległą wiedzę w jakiejś dziedzinie, nie obca jest im głębsza refleksja, zamiłowanie, pasja… Moim zdaniem można się od nich wiele nauczyć, korzystając z ich wiedzy i doświadczenia, Ale to takie dzisiaj niemodne: kto by się tam przejmował takimi nudziarzami, komu by się chciało ich słuchać? Przecież ja wiem wszystko lepiej – i wiem co mi się podoba.
          Co oczywiście nie znaczy, że do wszystkich autorytetów należy podchodzić bałwochwalczo i bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie: bardzo sobie cenię kontestację, polemikę, kontrę… ale trzeba wiedzieć, co się kontestuje, co krytykuje, czemu się sprzeciwiamy… Trzeba to umotywować, uzasadnić – i ewentualnie przedstawić swoją alternatywę.
          Bez kwestionowania autorytetów i sprzeciwu wobec obowiązujących kanonów, nie byłoby żadnego progresu, stalibyśmy w miejscu. Ale jeśli burzy się jedno, wypada zbudować coś, co byłoby nie mniej wartościowe od tego, co uznawano za wartościowe dotychczas. Poza tym: wcale nie musi się niczego burzyć – to co nowe, może koegzystować obok, równolegle, mimo…
          Picasso, jeden z największych artystów XX wieku, wręcz rewolucjonista (a przy tym jeden z ojców sztuki współczesnej), wcale nie pogardzał dawnymi mistrzami, czy kanonami, mimo, że tworzył sztukę (z pozoru, formalnie) zupełnie inną niż oni i odrzucającą ich kanony. Wręcz przeciwnie: cały czas się ich sztuką inspirował, uważając się przy tym za ich kontynuatorów.

          Piszesz: “…zamiast aktywnych i świadomych partycypantów kultury mamy tabuny ludzi święcie przekonanych, że sztuka jest bzdurą, oficjalną wydmuszką”.
          Otóż wyobraź sobie, że ja właśnie biorąc się za polemikę z Tobą, wychodziłem dokładnie z tego samego założenia: “zamiast aktywnych i świadomych partycypantów kultury mamy tabuny ludzi święcie przekonanych, że sztuka jest bzdurą”. Dokładnie! (Ale mnie zdziwiło to, że Ty z takimi ludźmi się na swój sposób identyfikujesz, uznając ich rację: “I ja ludzi tak rozumiejących rozumiem”.)
          Ale dlaczego mają takie przekonanie? Bo zwykle nie chciało im się dowiedzieć czym sztuka jest, nie chciało im się poznać historii sztuki, wgłębić się w temat.. posłuchać ludzi, którzy mają dużo mądrego na ten temat do powiedzenia (bo co tam jakiś autorytet będzie nam tu truł i zawracał głowę jakimiś ramotami!) – bo to wszystko wymaga jednak wysiłku… a i pewnych predyspozycji także. Więc komu by się chciało, jak można pójść po najmniejszej linii oporu.

          Ale nie zrozum mnie źle: to co piszę, nie oznacza, że ja przed Ave Maria padam plackiem, że wpadam w ekstazę słysząc Sibeliusa, że za szalone mądrości uważam wszystko to, co pisał taki np. Hegel…etc. Nie, pewne rzeczy mnie nie ruszają, nie podobają mi się, uważam je nawet za bzdurę… ale wcześniej przynajmniej starałem się im bliżej przyjrzeć, poznać… i dopiero z czasem znalazłem to, co rzeczywiście autentycznie do mnie trafia i mnie porusza – – co dla mnie subiektywnie ma wartość. Ale nie pogardzam tym, co jest mi obojętne, uznaję pewną obiektywną wartość tego – zdaję sobie sprawę, że ktoś inny może mieć zupełnie inne zapatrywanie… I tak powinno być.

        • Onibe Says:

          ok, rozumiem teraz o co Ci chodzi. Autorytety są potrzebne, to jasna sprawa, bo nawet jeśli należy ludziom pozostawić wolność wyboru, to wskazane jest pomaganie im w ocenie rzeczywistości ;-). Anglosasi nazywają autorytety gatekeeperami, czyli strażnikami bramy. Spotkałem się także z określeniem „superrecenzent” – i bynajmniej nie chodzi w tym pojęciu o to, że ktoś jest super, ale że me wpływ na kształt kultury. Gatekeeper czy superrecenzent przepuszcza przez siebie komunikaty kulturowe decydując które są dobre, a które nie. Decyduje, które powinny żyć, a które obumrzeć. Przy czym obecnie – dzięki internetowi – sytuacja się nieco zmieniła, bo mnogość „minirecenzentów” odebrała znaczenie „superrecenzentom”. Dzisiaj oceny jakości filmu nie dokonuje kulturoznawca czy nawet filmoznawca, ale nastolatek prowadzący pięć blogów i spędzający połowę czasu na pisanie słowa „fajno” na dwóch setkach zaprzyjaźnionych blogów. Typowy superrecenzent jest postacią niejako poza społeczeństwem, natomiast współczesne społeczeństwo recenzuje artefakty samo. Nie twierdzę, że mi to odpowiada, nawet jeśli w tym partycypuję.

          Zgadzam się, że sama kontestacja autorytetów bez podania konstruktywnej alternatywy nie ma sensu. To nic innego jak młodzieńczy bunt przed wszystkim i nie wiadomo po co.

          Pytasz czemu rozumiem ludzi nie rozumiejących kultury? Bo mimo trzydziestki na karku jeszcze pamiętam edukacyjne bagno przez które przebrnąłem. Lekcje muzyki w moim liceum (uchodzącym za jedno z lepszych w województwie, co oczywiście podlega polemice i wcale nie obstaję przy tej ocenie) wyglądały tak, że trzy czwarte ludu szczerze muzyki nie cierpiało. Moja koleżanka, wspaniale utalentowana muzycznie, jechała na dwójach i trójach, bo pani od muzyki traktowała jej talent jak zagrożenie. Nieco lepiej wyglądała u nas historia sztuki, bo historyk miał głowę na karku i potrafił dotrzeć do ludzi. I dlatego po obozie historycznym w Krakowie nawet klasowe głąby kumały różnicę pomiędzy barokiem a renesansem. Ale wyjątek tylko potwierdza regułę: u nas już w szkole zakuwa się ludziom do głowy niechęć do kultury. Ośmiesza się ją, upokarza. Sprowadza do roli czegoś nudnego, banalnego, odtwórczego. I to się nie zmieni, bo poziom edukacji ogólnie spada, więc nie należy oczekiwać, że wzrośnie w temacie edukacji kulturowej.

          Posłużyłem sie Ave Maria Schuberta jako przykładem, ale przyznam, że akurat uwielbiam ten utwór. Zresztą muzykę klasyczną odkryłem dość późno, już jako w miarę świadomy odbiorca i tak mi pozostało: słucham jej praktycznie codziennie, nie traktując tego jako przymusu, ale prawdziwą przyjemność. Wszyscy którzy o tym wiedzą pukają się w czoło, bo przecież muzyka klasyczna jest nudna… Mogliby sobie przesłuchać Mozarta, którego da się słuchać w nieskończoność ciągle odkrywając nowe smaczki… Mozarta, który nie nudzi się po miesiącach słuchania… ale przecież tego nie zrobią. Bo kultura to Ich Troje i Disco Polo. Reszta to bzdura…

          Tym niemniej, nawet teraz boję się użyć określenia że Mozart jest obiektywnie doskonały. Dla bezpieczeństwa preferuję sformułowanie, że się podoba mnie ;-). A komuś podoba się Disco Polo i trudno…

        • Logos Amicus Says:

          Wydaje mi się, że ciągle się mijamy, bo patrzymy na problem jakby z innych perspektywy. Co nie znaczy, że się nie zgadzamy ;)
          Dla mnie np. autorytet nie jest tym samym, co gatekeeper, który bardziej kojarzy mi się z pewnego rodzaju cenzorem – z kimś kto interesownie – mając głównie na uwadze własną korzyść (czy też korzyść „klubu”, dla którego pracuje) – wygłasza autorytatywnie sądy i opinie, przesiewając wybiórczo pewne rzeczy – w pewnym sensie manipulując ludźmi.
          Dla mnie autorytetem jest człowiek, który posiada rozległą wiedzę w danej dziedzinie, (malarstwo, muzyka, literatura, historia sztuki, architektura… etc.), który poświęcił jej sporo czasu i przemyśleń, który daną dziedzinę „czuje”… i zajmuje się nią niejako „bezinteresownie (czyli nie ma żadnej korzyści z tego, że omawia takie, a nie inne dzieła sztuki, preferuje to, a nie co innego, chwali to, a nie tamto…)
          Gatekeeperzy, o których piszesz, są w czymś w rodzaju współczesnych „naganiaczy”, którzy świadomie i bardzo wybiórczo eksponują to, co przynosi im korzyść. Wielu takich typów (krytyków, marszandów, organizatorów wystaw, dyrektorów muzeów i galerii… etc.) w sztuce współczesnej np., gdzie w sposób sztuczny i wyrachowany, kreują nowe trendy i mody, lansują swoich znajomych, albo po prostu to, co zupełnie subiektywnie i stronniczo, uznają za dobre i wartościowe (spodziewając się dzięki temu pewnych zysków i korzyści), ignorując przy tym całą resztę.
          Autorytet natomiast jest typem badacza, gromadzi wiedzę i własne doświadczenia, dzieląc się (zazwyczaj bezinteresownie) tym wszystkim z innymi. Tacy ludzie piszą np. historię sztuki – jak np. u nas prof. Jan Białostocki ze swoją monumentalną monografią „Sztuka cenniejsza niż złoto”, czy prof. Maria Rzepińska ze swoimi „Siedmioma wiekami malarstwa europejskiego”. (Podaję te przykłady, aby wyjaśnić o co mi mniej więcej chodzi.)

          Powiedzmy sobie szczerze, że sztuką – nazwijmy ją „wyższą” – interesuje się (zajmuje) w sumie mały margines społeczeństwa, którego domeną jest kultura masowa, zazwyczaj mało wybredna, odwołująca się do popularnych (by nie napisać „plebejskich” gustów). Nie chcę tu być jednak źle zrozumiany: ja nie dystansuję się wrogo do tego rodzaju kultury (sam dość często jestem jej konsumentem, czego się zresztą nigdy nie wypierałem), lecz staram się nie tracić z pola widzenia tego co wyrasta ponad nią – co jest bardziej złożone, wyrafinowane, wymagające wielkiego artyzmu, kunsztowne… tego, co idzie dalej, sięga głębiej i prowokuje do głębszej refleksji. O tym, po co akurat sięgnę, decyduje chwila, nastrój, sytuacja, potrzeba chwili…

          Mimo wszystko uważam, że wyczucie (ustalenie) pewnej hierarchii w sztuce (a ogólnie: w kulturze) jest jednak pożądane (a to wymaga jednak wartościowania wytworów kultury – dzieł sztuki, artefaktów…). Swoją wartość – i pozytywny wpływ na kulturę – ma jednak ekskluzywność, a może nawet pewien elitaryzm. Nie dlatego, że klasyfikuje i segreguje ludzi, ale dlatego, że stanowi pewien punkt odniesienia, wzór – swego rodzaju doping by sięgać wyżej, nie zadowalać się byle czym, nie łykać wciskanego nam zewsząd badziewia.

        • Onibe Says:

          uznajmy zatem, że każdy autorytet jest gatekeeperem, natomiast nie każdy gatekeeper jest autorytetem ;-). W pewnym sensie instytucja gatekeeperów istniała zawsze, acz dość późno ją wyodrębniono formalnie. Bo na dobrą sprawę, nawet taka swatka łącząca pary w dawnej wsi była w pewnym sensie gatekeeperem – decydując o powodzeniu lub klęsce poszczególnych osób, zarazem decydowała o powodzeniu lub klęsce ich taktyk kulturowych. Czyli: zachowania, ubioru, zainteresowań. Oczywiście taki przykład to nie jest gatekeeping sensu stricto, ale chodzi mi o to, że kształtowanie kultury nie zawsze ma charakter świadomy i celowy, co nie zmienia faktu, że mapa kultury ma swoje węzły i bramki…

          Elitaryzm w sztuce nie przeszkadza, aczkolwiek dzisiejszy elitaryzm nie równa sie temu sprzed dwóch dekad. Bo skoro egzemplarz komiksu lub plakatu może być sprzedany na aukcji w liczącym się domu aukcyjnym w cenie płótna dobrego impresjonisty, to mamy pewne zrównanie artefaktów.

          Stare jak świat pytanie: czy kultura masowa jest jeszcze kulturą w wąskim rozumieniu? Bo oczywiście rozumienie szerokie odwołuje się do wszelkich artefaktów materialnych i niematerialnych. Kultura to po prostu to co człowiek robi. Ale kultura rozumiana wąsko powinna się zasadniczo opierać na wyczuciu, elitaryzmie i powinna być wybredna…

        • Logos Amicus Says:

          Mimo wszystko nie utożsamiałbym gatekeepera z autorytetem – i to zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. A dlaczego? – to starałem się już wyjaśnić w poprzednim komentarzu.
          Mimo wszystko, zwłaszcza w poprzednich wiekach, nie trzeba było żadnych gatekeeperów (ani nawet autorytetów), by poznać się na dobrej sztuce. Nikt nie przeczył, że Mozart jest genialnym kompozytorem, że Pieta Michała Anioła to mistrzostwo świata, że Rubens jest malarzem wybitnym, że katedra Sainte Chapelle jest bezdyskusyjnie piękna, że dzieła Goethego są wybitne… etc. Bowiem kanony i kryteria oceny sztuki były czytelne i jasne. Nie to co dzisiaj, kiedy wszystko pod tym względem się pokiełbasiło i każdy opowiada o sztuce co tylko chce – a to dlatego właśnie, że nie istnieją żadne obiektywne (w znaczeniu: obowiązujące powszechnie) kryteria.

          Elitaryzm w sztuce nie przeszkadza. Problemem mogą być natomiast “elity” samozwańcze, które tak naprawdę większych podstaw do elitaryzmu nie mają – oprócz własnych pretensji i zawyżonego mniemania o sobie. (I znów zahaczamy o brak czytelnych kryteriów, czym powinien być elitaryzm i jakie warunki spełniać.)

          Pytasz się czy “kultura masowa jest jeszcze kulturą w wąskim rozumieniu?”. Cóż, ona jest oczywiście kulturą… w szerokim rozumieniu ;) Ja nie gardzę kulturą masową (jak już pisałem sam jestem jej konsumentem), i twierdzę, że i na jej polu może wyrosnąć coś, co ma artystyczną wartość – o funkcji utylitarnej, czysto rozrywkowej (co też jest przecież niezbywalną wartością), nie wspominając.
          Ale mimo wszystko (np. mimo naszych współczesnych skłonności do egalitaryzmu), podział na kulturę wysoką i niską ma sens – choćby z tych powodów, o których piszesz w ostatnim zdaniu swojego komentarza.

        • Onibe Says:

          nie zgodzę się z Twoim twierdzeniem, że kiedyś nie byli potrzebni gatekeeperzy. W pewnym sensie to dzisiaj są mniej potrzebni – czemu? Dlatego, że aby obcować ze sztuką (jak zresztą sam przyznałeś) należy mieć pewną wiedzę. Dodajmy, że oprócz wiedzy potrzebny jest dystans i zwyczajne poczucie estetyki (dotyczy także muzyki). Czy kiedyś, przy znacznie niższym poziomie ogólnego wykształcenia przeciętny człowiek mógł się poznać na sztuce? Myślisz, że jakiś galicyjski chłop doceniłby Mozarta? Wtedy elity były jeszcze węższe, bo edukacja i czas potrzebny na konsumpcję kultury były po stronie procenta-dwóch społeczeństw. Dzisiaj z kulturą – nawet wyższą – może swobodnie koegzystować ponad 50% ludności (inna sprawa, że znacznie mniejszy procent ma taką potrzebę). A zatem, instytucja gatekeepera była jak najbardziej potrzebna. Zresztą, skoro już o tym mowa, Mozart czy Beethoven tworzyli także kawałki, które nie podobały się współczesnym – zostały autorytarnie określone jako złe. Przez autorytety. I to wystarczyło, by zostały zapomniane na wiele dekad. Nie przypomnę sobie o co dokładnie chodziło, mam niestety braki w pamięci i muzycznej edukacji, więc mogę rzucać tylko bardzo ogólne przykłady.

          Co do podziału kultury: zasadniczo istnieją dwa konkurencyjne systemy. Pierwszy jest bardzo oczywisty: kultura wysoka i niska. Drugi już mniej: kultura żywa i martwa ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Kiedyś nie byli tak potrzebni gatekeeperzy (bramkarze, wikidaiły?), ponieważ “na bramce” stała ignorancja “pospólstwa” i klasowe podziały. Jeśli ktoś osiągnął wymagany wówczas kunszt w sztuce, to mógł być raczej pewien, że zostanie dostrzeżony i doceniony (było to ze sobą niejako jednoznaczne). Inna sprawa, że wielu (potencjalnych) geniuszy przepadło w “gminie”, ale to dlatego, że niczego nie zdążyli stworzyć (bo nie dano im takiej możliwości).

          Właśnie dlatego, że aby obcować ze sztuką, należy mieć pewną wiedzę i poczucie estetyki. Lecz wg mnie to nie ma nic wspólnego z gatekeeperstwem, a po prostu z edukacją (do tego zaś niezbędni są ludzie, którzy posiadają wiedzę i rozeznanie – właśnie autorytety – a nie ci, którzy arbitralnie decydują o tym, co przez swoją “bramę” przepuścić).

          Określenie gatekeepera pasuje właśnie idealnie do dzisiejszych czasów. Bowiem zalew artefaktów jest obecnie tak wielki – tak wielu wszelkiej maści “artystów i “twórców” chce się przepchać przez bramkę – że taki wikidajło może mieć sporo do roboty. (Doskonałym przykładem współczesnego gatekeepera jest moim zdanie Saatchi, który stał się kimś w rodzaju dyktatora – z tym, że jest to dyktat bardziej handlowy niż artystyczny, bo bardziej ma na uwadze zysk, niż samą sztukę.)

          Padziałów w obrębie kultury można znaleźć znacznie więcej.
          Poza tym: kultura (a raczej sztuka) – sama w sobie – nie może być martwa czy żywa. Taką, czy inną staje się dopiero w relacji z odbiorcą. Bowiem to, co kiedyś budziło wśród ludzi żywe emocje, tę potencjalną żywotność ma w sobie nawet wtedy, kiedy już nikt nie zwraca na to uwagi. I wystarczy ponowne zainteresowanie (zaangażowanie uczuć, myśli i emocji), by ta sztuka na powrót “ożyła”.

        • Onibe Says:

          kultura w znaczeniu sfery ludzkiego działania może być jak najbardziej martwa. Tak jak języki, które wszak są ważnym narzędziem kulturowym. Same artefakty z założenia są martwe, więc oczywiście ich status zależny jest od bieżącego zainteresowania.

          Na temat gatekeeperstwa można różnie patrzeć. Wydaje mi się, że mamy mniej więcej zbieżne poglądy, a rozbieżność na poziomie szczegółów jest naturalna skoro obaj na bieżąco dopiero definiujemy zakres pojęciowy.

          dyktat kulturowy jest poniekąd pożądany, aczkolwiek ma swoje złe strony. Samo istnienie superrecenzenta / wykidajły / bramkarza sprawia, iż tworzą się relacje typu my kontra oni, oni kontra my. W ten sposób mapa kultury pocięta jest systemem barykad i transzei, a mnóstwo ludzi celowo odcina się od kultury tzw. wyższej tylko dlatego, że nie podoba się im sztywny dyktat.

        • Logos Amicus Says:

          Pewnie, są kultury, których nic już nie wskrzesi. Co najwyżej emocje mogą wzbudzić (i wzbudzają) dzieła sztuki, które przetrwały z przeszłych epok do naszych czasów. Podobnie umarły języki. Wyginęły całe cywilizacje.
          Zresztą, skoro już o tym piszemy, warto rozróżniać między sobą takie określenia jak cywilizacja, kultura, sztuka…

          „…mnóstwo ludzi celowo odcina się od kultury tzw. wyższej tylko dlatego, że nie podoba się im sztywny dyktat.”
          Nie wydaje mi się, że tak się dzieje ze względu na „sztywny dyktat”. Właściwie, to tzw. „szerokim masom”, sama sztuka wyższa wydaje się „sztywna” (także „trudna”) i to ich do niej zniechęca. Poza tym, sztuka wyższa wymaga intelektualnego i poznawczego wysiłku, predyspozycji, wyrafinowania… a to wszystko raczej nie jest domeną – wyrażając się nieelegancko – „pospólstwa”

          A z dyktatem można się także spotkać w kulturze masowej (sam wspomniałeś o gatekeeperstwie).
          Nie jestem zwolennikiem sztywnych granic między poszczególnymi rodzajami sztuk, ale nie uważam też, że dobrze jest, kiedy te granice zbytnio się rozmywają – bo wskutek tego często powstaje jakaś breja.

        • Onibe Says:

          podejrzewam, że trochę się już zapętliłem w odpowiedziach ;-). Generalnie to bardzo ciekawy temat, ale z uwagi na to, że ciągle go poszerzamy, praktycznie nie mamy możliwości dogadać się w detalach. Bo ogólnie się zgadzamy, co do tego nie ma dwóch zdań. Pewnie aby się zrozumieć musielibyśmy napisać po książce ;-). Ustalmy zatem, że zbliżyliśmy swoje stanowiska. I to jest budujące…

        • Logos Amicus Says:

          Też czuję się podbudowany :)

          Problem takich dyskusji też jest taki, że siłą rzeczy musimy się posługiwać w niej pewnymi skrótami.
          Poza tym, na pewno by ułatwioło ją nam ustalenie pewnej zbieżnej perspektywy, jak również definicji pojęć o których mowa. Przez ten brak uściśleń, zdarza się nam ze sobą mijać.

          PS. Ale dobrze się z Tobą dyskutuje (także dzięki teme, że się nie zaperzasz ;) )

        • Onibe Says:

          zdarza się, że się zaperzam… ;-). Muszę przyznać, że mam problem z dyskusjami w necie – w tym sensie, że ciężko o naprawdę trudne rozważania wobec wzajemnej anonimowości rozmówców. Ale jak widać: się da ;-). Z Tobą również dobrze się gada, choć czasami bywa ostro ;-D. Ostro = ciekawie ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Wolę jak jest ciekawie i ostro nawet, niż kurtuazyjnie, pochlebczo i nudnie :)

        • Onibe Says:

          o, no właśnie! Szkoda życia na banały! ;-)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s