ZBRODNIA W RADOŚCI

*

dark street

*

WYMIAR (NIE)SPRAWIEDLIWOŚCI

Kolejna projekcja „Długu” w Chicago. Na tle zalewu polskich filmów „amerykańskich” babrzących się z upodobaniem w półświatku zbrodni i bandytyzmu, film Krzysztofa Krauzego dorobił się opinii dość poważnego studium genezy przestępstwa i sprowokował dyskusje na temat koślawości polskiego prawa karnego, a także granicy, jakiej nie można przekroczyć w obronie własnej.
To wydarzyło się naprawdę: z Wisły wyciągnięto dwa trupy z odrąbanymi głowami. Wszystko wskazywało na mafijne porachunki. Po jakimś czasie na policję zgłosili się jednak prawdziwi sprawcy tego czynu. Byli nim dwaj młodzi ludzie, niedoszli biznesmeni, od których – jak się okazało – przemocą i szantażem wyłudzano pieniądze. Doprowadzeni do ostateczności, nie wierząc w ochronę i skuteczność policji, za jedyne wyjście uznali fizyczną likwidację szantażysty, czyli po prostu zabójstwo. Zostali za to skazani na 25 lat więzienia.
Nie pierwszy raz czujemy coś w rodzaju współczucia, a już na pewno zrozumienia dla kogoś, kto dokonał zabójstwa. Nie mówię o przypadkach oczywistych, kiedy ktoś zabija w obronie własnej, lecz o sytuacji, gdy osoba maltretowana fizycznie i psychicznie, z ofiary przemienia się w zabójcę, sama niejako wymierzając sprawiedliwość, tyle że nie usankcjonowaną prawnie. Nie musimy tutaj sięgać ani do literatury, ani tym bardziej do filmu, który już z samej swej natury „manipuluje” naszymi emocjami, co z kolei mąci nam niekiedy rozum i zaburza ostrość widzenia. Sporo przykładów znajdziemy w otaczającym nas życiu.

Nie każde zabójstwo uważane jest za zbrodnię, np. zabijanie podczas wojny, lub w akcjach służb specjalnych przeciw terrorystom czy groźnym przestępcom – o egzekucji w „majestacie prawa” nie wspominając. W normalnie funkcjonującym społeczeństwie, pozbawienie kogoś życia zastrzeżone jest więc do powołanych do tego jednostek. Kiedy czyni tak kto inny, zawsze uważa się to za ciężkie przestępstwo, z wyjątkiem absolutnie koniecznej obrony przy bezpośrednim zagrożeniu własnego życia. Niezły (bo nie epatujący złem i przemocą) film Krauzego, umożliwia nam poznanie motywów zabójstwa, może nawet utożsamienie się z nieszczęsnymi bohaterami. Jednakże zrozumieć – zwłaszcza w kontekście kolizji z prawem – niekoniecznie już musi oznaczać: wybaczyć. Emocje nie mogą chyba mieć przystępu do sędziowskiej deliberacji, wpływając na decyzję i wyrok sądu. Temida jest nie tylko ślepa. Ona, niestety, musi być także pozbawiona serca… Chociaż w starożytności była nie tylko boginią sprawiedliwości, ale i – mityczną wprawdzie, ale zawsze – opiekunką pokrzywdzonych i potrzebujących pomocy.
Ci z nas, którzy długo nie byli w kraju nad Wisłą, niekiedy ze zgrozą śledzą wybuch przestępczości w Polsce. Oto sytuacja się odwróciła: czujemy się w miarę bezpiecznie w amerykańskim kraju, który – kiedy byliśmy jeszcze w Ojczyźnie – postrzegaliśmy (czasami) jako siedlisko zbrodni, występków, gangów, mafii i ulicznych strzelanin (co, z drugiej strony, w jakiś przedziwny sposób nie psuło nam wyobrażenia Ameryki jako wytęsknionej Ziemi Obiecanej – krainy wręcz mlekiem i miodem płynącej). Teraz, będąc po drugiej stronie Oceanu, patrzymy na polskie społeczeństwo terroryzowane przez oprychów szumnie nazwanych mafiozami (prawdziwa mafia terroryzuje państwo), widzimy Polskę dziczejącą obyczajowo, gdzie mało kto odważy się przejść samemu nocą po ulicy.
Jednak ile w tym prawdy? Czyżby znowu nasze spojrzenie było zmącone, zniekształcone złą perspektywą? A może dostrzegamy jedynie mały i to marginalny wycinek polskiej mozaiki – krajowego puzzla? Przejmować nas to tutaj na emigracji może jeszcze z innego względu: po prostu nie chcemy, by nasz kraj rodzinny stawał się nam coraz bardziej obcy.

PRYWATYZACJA ZBRODNI

Jakby na potwierdzenie tych obaw, w ostatniej książce Stanisława Lema „Świat na krawędzi”, natrafiłem na taki oto passus: „Czy ktoś sobie dawniej wyobrażał, że w Polsce naśladować się będzie Ala Capone i organizować napaści na banki? System miniony leżał na wszystkim jak betonowa płyta, tym samym jednak także udaremniał ruchy osób zbyt skorych do złego. Zbrodnia była upaństwowiona, obecnie zaś uległa prywatyzacji i reprywatyzacji. Zbrodniarzem może być każdy, komu się zechce, jeśli jest dostatecznie zręczny…”
Takie to są historyczne paradoksy i ironia losu. Ceną wolności w Polsce okazuje się być wzrost przestępczości. Powołując się na Lema, możemy spekulować, że skoro zbrodniczość zbankrutowanego systemu nie ma już racji bytu, to niejako drogą osmozy przechodzi ona na indywidualnych ludzi, stając się inicjatywą bardziej prywatną. I znowu jest równowaga (?) – tak jakby ilość zła na świecie musiała być wielkością stałą.
Zło jest zdecydowanie bardziej spektakularne od dobra, a niektórzy twierdzą, że i bardziej pociągające. Stąd dowcipy o nudnym niebie i ekscytującym piekle.
Zło jest agresywne, dobro bardziej pasywne; zło jest krzykliwe, dobro zaś ciche, o czym łatwo się przekonać, zestawiając choćby obok siebie Hitlera i Jana Pawła II – dwóch przywódców z księstw ciemności i światła.
Zło ulega paranoi, dobro skłania się ku melancholii. Dobro (zgoda) – buduje, zło (nienawiść) rujnuje.
Co jest silniejsze?
Lem stwierdza bez ogródek: „Moc sprawcza, moc niszczycielska, a nawet moc przekonująca zła jest daleko większa aniżeli dobra.”
Sąd to głęboko pesymistyczny. Jeśli miałby być prawdziwy, nie wróżyłby naszej cywilizacji dobrej przyszłości. Któż z nas – oprócz etycznych popaprańców zafascynowanych złem – chciałby w to uwierzyć, może nawet pragnąć ostatecznego zwycięstwa zła?
Lem jest ateistą i to może tłumaczyć jego pesymizm. Żaden człowiek wierzący w (dobrego) Boga nie mógłby podzielić jego wiary w dominację zła.

PRĘŻĄC ATLETYCZNE MUSKUŁY

Dość przypadkowo trafiłem niedawno na wystawę pt. „The Nazi Olympics. Berlin 1936”, mającą miejsce w Muzeum Stanu Missouri w St. Louis. Oglądałem jak sport wyglądał dawniej, kiedy jeszcze nie był zepsuty pieniędzmi, technicznymi gadżetami i sztucznym dopingiem, ale kiedy już zaczęła nim manipulować polityka. Przypomniały mi się sylwetki Jessego Owensa i Janusza Kusocińskiego, lecz czułem, jak te moje wrażenia przytłaczane są przez panoszącego się już tam wtedy potwora faszyzmu: wszystkie te, widoczne na każdym kroku swastyki, mundury, bojowość, musztra i wojskowy dryl zaczadzonych już faszystowską ideologią Niemców.
Za każdym razem, kiedy stykam się z faszystowskim fenomenem – szaleństwem jakie ogarnęło Niemcy pod wodzą Hitlera i pod wpływem nazistowskiej ideologii –  dopada mnie nieme, pełne przerażenia, zdumienie. Te nieprzeliczone tłumy ludzi i żołnierzy, składające w ekstazie hołd „Führerowi”! Tym bardziej, że nie stało się to udziałem narodu prymitywów czy ignorantów, a „artystów, poetów i filozofów”!
Być może te kadry z filmowych kronik, czy propagandowych obrazów Leni Riefenstahl, straszą nas tak mocno dlatego, że zdradzają nie tylko opętanie ducha niemieckiego narodu, ale wprost wystawiają świadectwo ludzkiej naturze w ogólności. Najczęściej nie chcemy się do tego przyznać, lecz podświadomie to właśnie przeczuwamy: równie łatwo moglibyśmy się w takim tłumie znaleźć my sami.
Do dziś zdumiewają mnie przemówienia Hitlera czy Goebbelsa. Ta histeria, paranoja i wręcz psychopatia ziejąca wprost z ich gestów, twarzy, mimiki i słów. Trudno mi uwierzyć w tak raptowną przemianę ludzkiej natury – w nagłą mądrość społeczeństw i tłumów – ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne. Owszem, co jakiś czas wyskakuje tu i ówdzie podobne indywiduum, tyle że jest to wybryk raczej lokalny, kacyk będący co najwyżej utrapieniem tubylców, a nie zagrożeniem globalnym. Któż by go więc traktował poważnie na międzynarodowej arenie?
A może jednak jest to tylko złudzenie i nasza stadna straceńczość niepoprawnych lemingów czyha gdzieś w ukryciu, by ponownie przewrócić świat do góry nogami?

POZNAJ SAMEGO SIEBIE

Henry Miller napisał kiedyś, że studiowanie zbrodni należy zacząć od poznania samego siebie. Dostojewski wcale nie musiał tego pisać – takie to było dla niego oczywiste (i z tej oczywistości właściwie powstały jego arcydzielne studia zbrodniczej psychiki, takie jak „Biesy”, „Bracia Karamazow”, wreszcie sama „Zbrodnia i kara”).  W afekcie stać nas na czyny, o które w normalnej sytuacji nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. Nikt z nas nie zna bowiem siebie do końca. Jeśli by tak było, moglibyśmy przewidzieć swoje zachowanie w każdej sytuacji. A na to przecież nas nie stać – bo nie we wszystkich potencjalnie możliwych sytuacjach już byliśmy. Znamy się więc na tyle, na ile nas sprawdzono – lub na ile sprawdziliśmy się sami.
Jak np. zareagowalibyśmy na jawny bandytyzm? Czy w przypływie gniewu nie użylibyśmy drastycznych a dostępnych nam środków, nawet jeśli sami nie bylibyśmy zagrożeni? Czy gdybyśmy tylko mogli, nie zemścilibyśmy się na kimś, kto w bestialski sposób zamordował kochanego przez nas człowieka? Czy zważanie na prawo, miałoby dla nas w takim momencie jakiekolwiek znaczenie?
Usłyszałem niedawno rozmowę z Arturem Pazderskim, współautorem książki „Przestępczość – jak uniknąć jej wpływu?”, który na pytanie dlaczego powstała ta książka, odpowiedział: „Bodźcem do jej napisania było zakatowanie w sierpniu 1997 roku mojego serdecznego przyjaciela. Stało się to w biały dzień w pobliżu dworca w Radości. Obok przechodziło wielu ludzi i nikt nie zareagował. Winni zbrodni byli znani, ale z braku dowodów sprawę umorzono. Policja nie uczyniła nic. W godzinach rozpaczy spotkałem znajomych, którzy pracowali w Komendzie Stołecznej Policji i zwróciłem się z zapytaniem, co możemy zrobić? Okazało się, że nic.”
Również w Chicago znamy tę bezsilność, kiedy żadna moc – nawet policja i prawo – nie mogą zapewnić zadośćuczynienia sprawiedliwości. (Swoją drogą, to jednak ewenement, by reakcją na bandycki napad było napisanie książki.)

SUMIENIE POLICJANTA

Parę tygodni temu popełnił samobójstwo jeden z dziewięciu policjantów z Jefferson Park, podejrzanych o wymuszanie haraczy od zatrzymanych na ulicy (i nie tylko) polskich imigrantów, których straszono aresztowaniem i deportacją. Proces dopiero się rozpoczął, więc nie można tu jednoznacznie stwierdzić winy, choć wiadomo, że FBI oraz wydział Internal Affairs zebrały sporo dowodów obciążających. I powiedzmy sobie szczerze, że te dowody muszą być oczywiste, skoro zdecydowano się na spektakularne wzięcie „kapów” za kołnierz.
Co uderzające, Charles Bowery, ojciec trojga dzieci, który strzelił sobie w głowę w swoim garażu, nie należał do czwórki głównych oskarżonych, przeciwko którym wytoczono najcięższe zarzuty. Nie wyrzucono go nawet z policji. Przeniesiono jedynie do pracy biurowej.
Co więc popchnęło go do takiej desperacji? Jakie to musiało być poczucie winy, które czyniło jego dalsze życie nie do zniesienia? Skądinąd wiadomo przecież, że zbrodnie daleko większe od tych, o jakie podejrzewało się Bowery’ego, niejednemu złoczyńcy zupełnie nie przeszkadzały w kontynuowaniu wygodnego i niczym niezmąconego żywota.

Bardzo nierównie są ludzkie sumienia. To co dla jednego człowieka jest boleśnie gryzącym molem, dla drugiego bywa zaledwie mało znaczącym wspomnieniem (lub w ogóle nie jest pamiętane). Jest w tym jakiś rodzaj (a)moralnej ironii, może nawet złośliwości losu: to właśnie ta cząstka dobra, która jeszcze pozostała w czyniącym zło człowieku, powoduje jego destrukcję. Czasem ma się więc wrażenie, iż najlepiej w świecie mają się ludzie zupełnie tego sumienia pozbawieni. Ale czy wtedy można ich uznać za ludzi?
To jest naprawdę tragiczne i na swój sposób okrutnie paradoksalne: ten policjant na pewno by się nie zabił, gdyby był zwyczajnym sukinsynem. Jak podała prasa, Charles Bowery uważany był za „…wspaniałego ojca, męża i sąsiada. Był praktykującym katolikiem, ochotniczym trenerem szkolnych i parkowych drużyn baseballowych i koszykarskich. Jeździł z dziećmi na wycieczki szkolne. Ścinał trawę sąsiadom…”

FRAGMENTY

Łatwiej jest nam opisywać – i zrozumieć – świat, posługując się uogólnieniami, ale stajemy się przez to bardziej niesprawiedliwi, ulegając na dodatek stereotypom. Równocześnie, popełniając błąd uogólnienia, sami zafałszowujemy sobie rzeczywistość – często pod pozorem jej uproszczenia. Czym, tak naprawdę, niewielu z nas się przejmuje, bo zwykle ułatwia nam to życie i poruszanie się w labiryncie świata. Jednakże, według mnie, sprawiedliwiej – i bliżej prawdy – jest z całości sądzić o cząstkach, niż z cząstki sądzić o całości. Gdyż postrzegamy  zaledwie jakiś niewiarygodnie maleńki wycinek rzeczywistości. To powinno wywołać w nas pokorę, ale – gdzież tam! – zachowujemy się tak, jakbyśmy naszym umysłem świat cały ogarniali
Niestety, bycie zupełnie obiektywnym, nikomu zbyt dobrze nie wychodzi. Potrafimy wygłaszać kategoryczne sądy i opinie o całych grupach ludzkich, narodach i rasach, często nie znając dobrze spośród ich przedstawicieli nikogo. I zwykle posługujemy się właśnie wtedy stereotypami, których nigdy nam raczej na podorędziu nie brakuje. Co znaczące, często taki radykalizm wydaje się źródłem siły i skutecznego wpływu, o czym świadczą chociażby polityczne sukcesy, jakie w pewnych momentach politycznych odnosili ekstremiści, fanatycy i dyktatorzy – o wszelkiej maści populistach nie wspominając.
Dla dobra rozumu jednak nie jest dobrze dać się zakleszczyć ograniczeniami naszego środowiska i redukować całego świata do klatki subiektywizmu, w której najczęściej siedzimy. Nie można chyba sądzić całej ludzkości po wybrykach niektórych osobników, czy nawet pokoleń. Nie oceniajmy człowieczej natury po zwierzęcym zachowaniu się ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Gdyż człowiek w warunkach nieludzkich, sam często staje się nieludzki.
Niestety, dobre mniemanie o Człowieku, nie przychodzi łatwo. Wymaga wysiłku – trzeba o nie zabiegać, nieustannie walcząc z mizantropią w sobie.

O podobnym dylemacie pisał nie tak dawno w jednym ze swoich felietonów Lech Falandysz: „Adwokat, podobnie jak policjant, prokurator czy sędzia, nie powinien oceniać ludzi i moralnego stanu społeczeństwa na podstawie przypadków, z którymi spotyka się w pracy. Musiałby bowiem dojść do wniosku, że ludzie są nieuczciwi, kłamliwi, interesowni i podstępni, a w życiu społecznym króluje oszustwo i przemoc.”
Podobnie, jeśli chodzi o całe społeczeństwo amerykańskie, nie powinno się na jego temat wyciągać ogólnych wniosków tylko na podstawie – dajmy na to – niewiarygodnie głupich telewizyjnych talk-shows. Czy też o amerykańskiej demokracji sądzić jedynie z wyborczego cyrku, jaki miał niedawno miejsce na Florydzie. Stany Zjednoczone są bowiem krajem tak różnorodnym i niejednoznacznym, że wszelkie kategoryczne uogólnienia na jego temat z gruntu muszą być błędne – jako że nie są one zdolne objąć całości (mimo, że noszą pozory słuszności). O Ameryce można wygłosić dwa sprzeczne ze sobą sądy i każdy będzie wyglądał na prawdziwy, gdyż można tu znaleźć dowolną ilość przykładów na poparcie dowolnej tezy. A nic tak nie potrafi zagmatwać sporu jak „nieodparte” argumenty obu stron.

greydot

PS. Rozszerzając nieco formułę bloga, postanowiłem co jakiś czas zamieszczać na stronie Wizji Lokalnej artykuły napisanych przeze mnie przed laty i opublikowane w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst „Zbrodnia w Radości” ukazał się na łamach „Dziennika Związkowego”, 5 – 7 stycznia 2001 r.)

*

Reklamy

komentarzy 10 to “ZBRODNIA W RADOŚCI”

  1. drex Says:

    Podobne tematy porusza nakręcony niedawno przez Ryszarda Bugajskiego film „Układ zamknięty”. Reżyser mówił w jednym z wywiadów: „Historia, o której opowiadamy, wydarzyła się w 2003 r., a wtedy premierem był Leszek Miller. Potem był Marcinkiewicz, później Kaczyński i wreszcie Tusk, a cała afera ciągnie się do dziś. Nieistotne, kto jest czy był u władzy. Zła jest struktura wymiaru sprawiedliwości, a zwłaszcza prokuratury. Zresztą potwierdzają to dziesiątki innych spraw: Olewnika, Papały itd., w których prokuratura udowadniała swoją niekompetencję i bezwzględność. Chodziło mi o to, by opowiedzieć o chorobie, która toczy polską demokrację, polską prokuraturę, sądownictwo i całą resztę. (Film) pokazuje anomalie naszej demokracji, którymi trzeba się pilnie zająć. Naszymi filmowymi przeciwnikami są ludzie, którzy działają w imieniu prawa, ale zachowują się gorzej niż zwykli bandyci. Przerażające jest to, że jest to układ typowo mafijny – zwykły, szary obywatel nie ma żadnych praw, żadnych możliwości, żeby się temu przeciwstawić. Wyłania się bardzo przerażający obraz”.

    • Logos Amicus Says:

      Nie przeczę, że film ten Bugajskiemu się udał – i oczywiście jest poruszający dla większości widzów – ale mimo to nie może mnie opuścić wrażenie, iż jest to film ze zbyt wyraźną „tezą”, a tym samym ma jednak charakter cokolwiek propagandowy (dobrzy biznesmeni vs. źli prokuratorzy, gnębiące ich urzędy i służby specjalne państwa). Mimo więc ambicji zwrócenia naszej uwagi na coś bardzo istotnego dla Polski – kompromituje w pewnym sensie tę ambicję jednostronnością i uproszczonym widzeniem naszej krajowej rzeczywistości. Nie jest więc czymś uniwersalnym.

      Warto przypomnieć w tym kontekście słowa, które napisał w jednym ze swoich felietonów, prawnik i profesor Lech Falandysz (i które przytaczam w moim tekście): „Adwokat, podobnie jak policjant, prokurator czy sędzia, nie powinien oceniać ludzi i moralnego stanu społeczeństwa na podstawie przypadków, z którymi spotyka się w pracy. Musiałby bowiem dojść do wniosku, że ludzie są nieuczciwi, kłamliwi, interesowni i podstępni, a w życiu społecznym króluje oszustwo i przemoc.”

  2. orchie Says:

    A propos Hitlera. Przeczytałam, podumałam i mogę jedynie powiedzieć, że to już przeszłość.
    Dzis jedynie reklamy przysłaniają ludziom jasne i trzeźwe myslenie. Wojna o przetrwanie toczy się dzis jakże często niczym wyrywanie nózek stonodze powoli zamiast ją usmiercić jednym zdepnięciem.
    Coraz częsciej stwierdzam, ze nie ma innej drogi niż ta, ktorą ludzkość wciąż podąża. Jedyna szansą unikania wojen jest otwieranie wszelkich granic i zdrowy system prawny panstw. Myslę, że pomimo wszystko idzie ku lepszemu – oczywiscie globalnie. Niestety jednostkowo bywa tragicznie-cóż selekcja- naturalny proces biologiczny. Chyba nie ma rady na naturę?
    Zastanawiam sie , na ile nasze tu pisanie ma sens? Podnosi naszą świadomość, czy służyc ma, no włansie posredniemu wpływaniu naszych idei na innych, w celu manipulacji, by….? Podświadome działanie, aby co? No wlaśnie, czy mamy na to w pełni świadomy wpływ, aby wszystko planowo realizowac, co pomysli nasza głowa, czy jestesmy tylko pasazerami wiezionymi/wiedzionymi przez machine jaką jest Internet-wymysł genialnego człowieka? A może raczej, czy cokolwiek planujemy tu w sieci, czy automatycznie jestesmy wciągani w system wzajemnego oddziaływania?

    • Logos Amicus Says:

      Chciałbym podzielać Twój optymizm, kiedy twierdzisz, że to (czyli faszyzm, wojny światowe, ludobójstwo na globalną skalę…) jest przeszłością. Niestety, pewności nie mamy.
      Dlaczego?
      O tym pisze (poniżej) Telemach: ciągle zbyt krucha jest nasza cywilizacyjna otoczka kulturowa – dość nietrwałe te warstwy ochronne.
      Jesteśmy uwarunkowani czymś, co jest ponad nami: naturą, instynktami, biologią… Jesteśmy tylko częścią jakiejś większej całości – życia biologicznego na ziemi (to raczej w skali mikro) oraz Wszechświata (to już zdecydowanie skala makro:)

      A jednak lepiej jest wierzyć (może to nawet jest nasz obowiązek), że wybór kierunku rozwoju naszej cywilizacji zależy od nas. Gdyż, wg mnie, poczucie tego obowiązku jest tym, co czyni nas ludźmi – jest to swego rodzaju emancypacja (albo przynajmniej próba emancypacji) człowieka ze świata, zarówno materialnego, jak i zwierzęcego.
      Być może przypomina to budowanie zamków na piasku, stąpanie po cienkim lodzie… ale innej drogi, niestety – jak się wydaje – nie ma.

  3. tel. Says:

    „ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne.”

    Logosie, wszystko co się stało było przedtem „nie do pomyślenia”. Auschwitz, zagłada Ormian, Ruanda. Wielka Rewolucja Kulturalna. Kambodża Pol Pota.
    Wszystko rzeczy niewyobrażalne zanim się nie zdarzyły.

    Myślę, że w tym celu trzeba pomieszkać w Niemczech i wśród Niemców. Najnormalniejszych i najspokojniejszych ludzi na świecie.Najzwyklejszych. Takich jak my wszyscy. Dopiero wówczas zaczynamy przeczuwać jak krucha jest ta cienka warstewka lodu, po której stąpamy tupiąc beztrosko i którą nazywamy cywilizacją, moralnością, etyką. I jak złudne przeświadczenie, że nas chroni jakiś cudowny rodzaj szczepionki, rozsądku, uczciwości. Nic nie chroni przed zbiorowym szaleństwem bo w momencie jego wybuchu przestają obowiązywać dotychczasowe normy a wszystko na co chcemy się powołać gdy usiłujemy się przeciwstawić nagle przestaje w świadomości naszego otoczenia istnieć. A to dla większości oznacza jakby nie istniało wcale.

    • Logos Amicus Says:

      A jednak twierdzę, że wówczas (okres rządów Hitlera) było to nie tylko do pomyślenia, ale i do zobaczenia – każdy mógł zobaczyć jak zachowujący się w ten sposób człowiek zdobywa władzę nad olbrzymim narodem. I byli tacy, którzy myśleli i którzy chcieli przestrzec świat przed tym do czego zdolny jest Hitler. Lecz, niestety, nie miało to żadnych konsekwencji i ci (nie tak liczni jednak) ludzie (mam na myśli Niemców) musieli z kraju uciekać lub trafiali do więzień i obozów.

      Rozumiem jednak Twoją myśl:
      rzeczywiście nikt wówczas nie mógł sobie wyobrazić tak monstrualnej zbrodni, jaka wkrótce miała się wydarzyć (choć przecież takie np. Verdun mogło ówczesnym Europejczykom w tych wyobrażeniach pomóc). Swoją drogą, nie dałbym głowy, czy już wówczas nie wykluwała się w niektórych głowach idea obozów masowej zagłady.

      Pozwól, że jeszcze dorzucę coś, co niedawno napisałem, a co odnosi się dom tego wątku:
      „Zdaję sobie sprawę z tego, że mimo innego rodzaju ekspresji politycznej (szał i histeria Hitlera, która dzisiaj dyskredytowała by każdego poważniejszego polityka), niebezpieczeństwo pozostaje. Pod eleganckim i „kulturalnym” płaszczykiem, posługując się gładką mową, też można realizować zabójcze cele.”

      PS. Prawdę mówiąc, ja dalej sobie nie mogę jakoś wyobrazić Auschwitz, mimo że tam byłem, mimo że wiem, iż to się wydarzyło naprawdę i znam fakty…
      PS2. A do Twojego „cienkiego lodu” odniosłem się w odpowiedzi Orchi.

      • tel. Says:

        Logosie drogi,
        obawiam się, że mimo podobnych poglądów i wzajemnego szacunku – to tak do końca jednak się nie rozumiemy. Otóż, gdy piszesz że coś w „dzisiejszym czasie” byłoby nie do pomyślenia to wyrażasz pogląd który ja całkowicie podzielam. Moje wątpliwości wynikają z obserwacji dotyczących niepojętej dynamiki z jaką percepcja rzeczywistości może się zmieniać. Po prostu w momencie wybuchu masowego szaleństwa „nasza rzeczywistość” przestaje istnieć, istnieje ona przecież tylko tak długo, jak długo obowiązują ogólnie akceptowane konwencje. To co niewyobrażalne staje się z dnia na dzień nie tylko wyobrażalne lecz pożądane, akceptowane i powszechnie uznawane – wpierw za mniejsze zło a potem za dobro. Gdy jeden paradygmat zostaje w masowej świadomości zastąpiony przez inny oznacza to również koniec kryteriów, również moralnych i estetycznych. A to co było kanonem wierzeń i przekonań w ciągu nocy zostaje przez ogół uznane za błędne, obarczone niepotrzebnymi sentymentami i złudne. Nie przeczę – istnieją jednostki które są oporne i się nie poddają. One kończą jednak na stosach wzniesionych przez rozentuzjazmowane tłumy nie mające świadomości czynienia zła.

        I jeszcze na marginesie: wspaniałą ilustracją uniwersalności tematu znalazłem ostatnio w „Havoc, in Its Third Year” Ronana Bennetta. Wspaniała a zarazem przerażający lektura. Obawiam się jednak że nie przetłumaczona na polski. Polecam.
        Moja wiara w konieczność postępu cywilizacyjnego to jedno. Mój sceptycyzm, czy droga ku światłu jest taka prosta, równa i szeroka jak nam się czasem wydaje – to zupełnie inny temat.

        • Logos Amicus Says:

          Myślę, że się już jednak rozumiemy „do końca” w tej sprawie :)
          (M. in. dzięki sugestywności i jasności Twojego komentarza)

          Oczywiście, że budujemy zamki na piasku, stąpamy po cienkim lodzie, że żyjemy w czymś w rodzaju szklanej cieplarni, ogrzewanej przez nasze złudzenia, marzenia – w której oddychamy wiarą i karmimy się nadziejami…
          Lecz jeśli już tak jest, to przynajmniej w tych zadanych nam warunkach starajmy się zbudować najlepszy zamek i najlepszą cieplarnię, na jaką nas stać :)
          No i nie podskakujmy za bardzo po tym lodzie :)

          PS. Dzięki za zwrócenie uwagi na książkę Bennetta. Spróbuję zajrzeć do niej w jakiejś księgarni.

  4. verax Says:

    Czy jest w ogole cos takiego jak obiektywizm? Przeciez wszystko co mowimy, to nasze subiektywne opinie. Jesli wiecej ludzi z kolei uwaza dane zjawisko za takie jak powinno byc (np. model pieknosci) to czy obiektywnym stwierdzeniem jest ze Marylin Monroe byla symbolem pieknosci XX wieku? Czy moze to jednak subiektywna opinia, przyjeta przez ogół? Jak 80% ludzi uzna Monroe za symbol kobiecosci XX wieku, to opinia pozostalych 20% bedzie subiektywna? Albo recenzje filmow, gier, czy innych rzeczy.
    Czy recenzja moze byc w ogole obiektywna? Wydaje mi sie ze nie. Moze obiektywizm to zjawisko „dzialające” na podobnej zasadzie co altruizm? Moze po prostu nie wystepuje? Nie jestem pewien czy przyklad z tym modelem pieknosci trafny, ale chcialem wyjasnic mniej wiecej o co mi chodzi.

    • Logos Amicus Says:

      Każda recenzja jest subiektywna – to wynika z samej jej natury. Choć, oczywiście, może także zawierać obiektywne stwierdzenia: np. to, że Marylin Monroe była pożądana przez wielu mężczyzn ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s