„FORTEPIAN”, „NA SKRÓTY”, „OJCIEC CHRZESTNY III”, „ROZMOWA”, „UCIEKAJĄCY POCIĄG”, „WSPANIALI BRACIA BAKEROWIE” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku „KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów „Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną („Dziennik Chicagowski”, „Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

*

„FORTEPIAN” (reż. Jane Campion)

Holly Hunter i Anna Paquin w "Fortepianie"

Holly Hunter i Anna Paquin w „Fortepianie”

Rewelacyjny film wyreżyserowany przez wielce utalentowaną Australijkę Jane Campion, która już wcześniej zwróciła na siebie uwagę, m.in. głośnym „An Angel at My Table”. „Fortepian” cieszy się już w Ameryce – szczególnie po przyznaniu Złotej Palmy w Cannes – opinią najlepszego filmu zagranicznego roku, co wyściela mu drogę do Oscara (ostatecznie obraz ten otrzymał 3 statuetki: dla Holly Hunter w roli głównej, dla Campion za scenariusz i dla 11-letniej Anny Paquin za rolę drugoplanową – przyp. LA). „Fortepian” wart jest jednak dużo więcej. Bez przesady można stwierdzić, że sięga szczytów filmowej sztuki, przywołując skojarzenia z całym wianuszkiem największych twórców kina i ich dziełami. Mimo to jest czymś spójnym i nad wyraz oryginalnym. W zdumiewający sposób łączy artystyczną subtelność i estetyczne wysmakowanie z surowością i dzikością naturalizmu.
Wiek XIX. Holly Hunter jako milcząca irlandzka wdowa, zagubiona ze swoim fortepianem – i pulsującymi w jej duszy emocjami – wśród nowozelandzkich puszcz i moczarów. Harvey Keitel jako skłaniający się ku maoryskiej „dzikości” Europejczyk, nie do końca wyzuty z kulturalnej subtelności i erotycznych impulsów, które prowadzą go w końcu do miłości. Opowieść o tłumionych namiętnościach i niedopasowaniu ludzi – zarówno do świata, jak i siebie samych.
Fortepian w błocie, muzyka w dżungli, Europejka i Maorysi, kultura i „dzikość”, sztuka i prymitywizm, subtelność i brutalizm, łagodność i gwałt, sacrum i profanum… Podobne kontrasty wynikające ze zderzenia odmiennych kultur – dwóch różnych światów – próbował ongiś w swoich filmach ziomek Campion Peter Weir („Piknik pod Wiszącą Skałą”). Przypomina się również Herzog ze swoim szalonym pomysłem zainstalowania opery w samym sercu amazońskiej dżungli. (Fitzcarraldo)
W czasach, kiedy film może (?) pełnić rolę literatury (kto ma dzisiaj czas na książkę?), „Fortepian” staje się substytutem „Kochanka Lady Chatterley” D. H. Lawrence’a, również „Wichrowych Wzgórz” Emily Bronte… Co więcej, podobne treści wzbogaca wizualnym splendorem.

„NA SKRÓTY” (reż. Robert Altman)

Julianne Moore w "Short Cuts"

Julianne Moore w „Short Cuts”

Film, który zdobył Złote Lwy na ostatnim Festiwalu w Wenecji, ex aequo z „Niebieskim” Krzysztofa Kieślowskiego. Otworzył również trwający właśnie w Chicago XXIX Międzynarodowy Festiwal Filmowy. „Na skróty” to obraz bez mała genialny, na pewno jeden z najlepszych w karierze Roberta Altmana, amerykańskiego reżysera, nad wyraz nieortodoksyjnego, trzymającego się już od dobrego ćwierćwiecza z dala od hollywoodzkiego mainstreamu. Może właśnie dzięki temu – dość paradoksalnie – takie jego obrazy, jak np. „M.A.S.H.”, „McCabe and Mrs Miller”, „Three Women”, „Nashville” czy też ostatnio „The Player”, zalicza się do największych osiągnięć amerykańskiego kina.
„Na skróty” („Short Cuts”) nawiązuje stylistycznie do „Nashville” a 1975 r., zestawiając na ekranie kolaż sytuacji, w których bierze udział ponad 40 postaci. Równocześnie snuje się kilka wątków. Zrazu powoduje to lekką konsternację, jednakże w stosunkowo krótkim czasie akceptujemy ten nietypowy sposób narracji (zwłaszcza, że pamiętamy go przecież z „Nashville” czy „The Player”), głównie dzieki inteligencji, humorowi, ostrości, przenikliwości, krwistości i obrazoburczości scenariusza, przekładanego przez kompetentnych artystów – za pomocą dźwięków i obrazów – na kinowy ekran. Dzięki temu widzimy niezwykle barwną mozaikę życia i i obyczajów współczesnych Amerykanów, ukazującą – na wzór czegoś w rodzaju skeczy – scenki rozgrywające się wśród zgiełku ludzkiego mrowiska Los Angeles.
Mimo blisko trzy-godzinnej projekcji, nasza fascynacja tym obrazem nie maleje. Jesteśmy niemal zahipnotyzowani sugestywnym stylem Altmana i jego wyrazem, dalekim od pruderii, pochlebstwa i fałszywej skromności. Odwaga tego reżysera imponuje. Jego bezkompromisowość zdobyła mu szacunek i uznanie nawet w tak rozmytym, próżnym i nadpsutym i amoralnym miejscu, jak Hollywood, z którego – mogłoby się wydawać – dawno już uleciały takie archaiczne i niepragmatyczne pojęcia, jak szacunek, szczery podziw i poważanie. Wystarczy jeden telefon Altmana, by zmobilizować i zgromadzić wokół siebie grymaśnych zazwyczaj artystów, z których wielu jest bardzo przejętych swoim celebryckim statusem gwiazdy. Wszyscy wystąpienie w filmie Altmana traktują jako coś nadzwyczajnego, zazwyczaj wspinając się w nich na szczyty swych aktorskich możliwości. W „Short Cuts” nie ma słabych wystąpień, wszystkie są wyśmienite: Jack Lemmon, Julianne Moore, Tim Robins, Matthew Modine, Robert Downey Jr., Andie MacDowell, Huey Lewis, Tom Waits, Lily Tomlin… by wymienić ledwie kilka. Warto ich wszystkich obejrzeć w altmanowskiej „akcji”.

„OJCIEC CHRZESTNY III”  (reż. Francis Ford Coppola)

Al Pacino w "Ojcu Chrzestnym III"

Al Pacino w „Ojcu Chrzestnym III”

„To film o przeznaczeniu – powiedział Al Pacinoi o kimś, kto się temu przeznaczeniu oparł.”
Kiedy Francis Ford Coppola zostawił w ostatniej części gangsterskiej sagi Michaela Corleone siedzącego w samotności nad brzegiem jeziora – jako wypalonego i pustego moralnie bankruta – był przekonany, iż żegna się z nim na zawsze. Również Al Pacino, po tych kilkunastu latach, które minęły od tamtego czasu, miał wątpliwości czy będzie w stanie jeszcze raz zagrać, jak sam się wyraził, tego „mało przyjemnego faceta”.
Jednak kiedy producenci wytwórni Paramount przyszli z odpowiednią propozycją do reżysera, dając mu zupełnie wolną rękę, zarówno w sprawach artystycznych, jak i finansowych, Coppola powiedział „tak”. Trudno im bowiem było zapomnieć o tych 800 milionach dolarów zarobionych przez pierwsze dwie części „Ojca Chrzestnego”, jednego z największych „hitów” w dziejach kina, uznanego na dodatek za wielkie osiągnięcie artystyczne.
No i stało się. Od kilku tygodni można zobaczyć w kinach dalszy ciąg tej wielkiej metafory współczesnych czasów, obwołanej tutaj „epicką wizją amerykańskiej korupcji”. Po obejrzeniu filmów pozostaje w nas wrażenie, iż cała ta trylogia była właściwie historią Michaela Corleone. Jakim więc człowiekiem jest on po tych wszystkich latach? W części pierwszej usprawiedliwiał swoje przestępcze czyny mówiąc: „To nie jestem ja, to moja rodzina”. Później wydawało mu się, że z rodziną zerwał, jednak tak naprawdę więzi te pozostały niezwykle mocne, trzymając go nieubłaganie przy rodzinnym fatum. Myślę, że właśnie w tym rozdźwięku z samym sobą należy szukać źródła tragizmu tej postaci. W głębi duszy czuje on pogardę dla siebie z powodu bycia gangsterem – nie jest mu wygodnie z tym budzącym się w nim co jakiś czas bandytą. Szuka więc drogi legalizującej zarówno jego samego, jak i prowadzone przez niego interesy. Gotów jest nawet uzyskać to za cenę 100 mln. dolarów, które przekazuje w formie dotacji Kościołowi. Co więcej, z Watykanem wchodzi w poważne finansowe układy – jak na ironię, tamtejsi bankierzy również okazują się skorumpowani.
Al Pacino przyznaje, że znów zafascynowała go ta rola, gdyż postać Michaela wydała mu się nabrać z wiekiem większej malowniczości: widzimy bowiem człowieka dojrzałego, pełnego skruchy, pogodzonego z tym, co go przerasta, ale nie pogrążonego jednak w stagnacji – jego świadomość i osobowość ciągle wydaje się rozwijać i ewoluować.
Film, mimo że bardziej prozaiczny niż części poprzednie, zawiera kilka fragmentów naprawdę błyskotliwych. Taka jest np. niemal półgodzinna sekwencja w gmachu opery, w którym przygotowuje się zamach na Michaela Corleone. Ma ona w sobie tajemniczy nastrój i suspense, jaki zdolny był stworzyć jedynie Hitchcock, a także okrutną dynamikę przywodzącą na myśl samego Eisensteina, którego Coppola jest gorącym wielbicielem, uważając go za swojego mistrza.  Zaryzykować tu można stwierdzenie, że być może uczeń nie przerósł swoich mistrzów, ale z pewnością jednak im dorównał.

„ROZMOWA”  (reż. Francis Ford Coppola)

Gene Hackman w "Rozmowie"

Gene Hackman w „Rozmowie”

Błyskotliwa, kameralna i intymna „Rozmowa” Coppoli zaskoczyła wszystkich tych, którzy byli jeszcze pod wrażeniem bogactwa, patosu i okazałości (pierwszej części) „Ojca Chrzestnego”. Afera Watergate, która zbiegła się dokładnie z czasem pojawienia się „Rozmowy” na ekranach kin, przydała jej nowych smaków i odcieni. Nie przyczyniła się jednak do jakiegoś oszałamiającego sukcesu komercyjnego filmu, ukazującego konsekwencje gwałcenia ludzkiej prywatności przez profesjonalną, a zarazem bezwzględna i amoralną inwigilację. Również wysoka klasa obrazu i peany krytyki nie miały na to większego wpływu. Trudno się dziwić. Bowiem „Rozmowa” jest bardziej studium psychologicznym i moralitetem, a nie demaskatorskim filmem politycznym, dokładnie odzwierciedlającym swój czas. Nie jest także czystym, konwencjonalnym thrillerem sensacyjnym, do jakich przyzwyczaiło kino popularne widownię.
Francis Ford Coppola (występujący tu w potrójnej roli: reżysera, scenarzysty i producenta), skupia naszą uwagę na postaci Harry’ego Caula (Gene Hackman), który jest „najlepszym na Zachodnim Wybrzeżu” specjalistą od podsłuchu, prywatnej inwigilacji i przemysłowego szpiegostwa. Caul jest profesjonalistą: nie ma dla niego zadania nie do przyjęcia, wszystko jest tylko kwestią odpowiednich pieniędzy. Caul nie zadaje pytań, a tym bardziej nie chce znać odpowiedzi. Stara się wyciszyć do minimum swoje sumienie, ograniczyć świadomość do perfekcyjnego wykonania zlecenia. Ostatnie pochodzi od anonimowego „dyrektora” (Robert Duvall) i ma polegać na nagraniu rozmowy kobiety i mężczyzny spacerujących po gwarnym placu. To, czego dokonuje Caul jest prawdziwym majstersztykiem. Rejestruje mianowicie rozmowę za pomocą kilku mikrofonów i miksując niedoskonałe nagrania, otrzymuje dość wyraźny zapis całego spotkania. Lecz oto przytrafia mu się to, czego do tej pory starał się konsekwentnie unikać: podsłuchana rozmowa przestaje mu być obojętna – tak samo, jak los tych dwojga młodych ludzi. Wychodzi na jaw, że kobieta jest żoną wszechmocnego „dyrektora”, a mężczyzna – jej kochankiem. Oboje wyrażają obawy, że wyjawienie romansu może skończyć się dla nich śmiercią. Caul wie, że jest to możliwe. Wszak niegdyś przyczynił się w podobny sposób do śmierci kilku ludzi. Waha się z przekazaniem taśm, które i tak wkrótce zostają wykradzione przez podstawioną przez Duvalla prostytutkę. Analizowanie rozmowy i jej ewentualnych konsekwencji, staje się jego obsesją.
Wystąpienie Hackmana w roli Caula jest doprawdy rewelacyjne. Po znakomitych kreacjach we „Francuskim łączniku”, czy choćby w „Tragedii Posejdona” – czyli w filmach „akcji” wymagających od niego niezwykłej ruchliwości i dynamiki – przyszła kolej na zademonstrowanie innej strony swoich aktorskich możliwości. Dzięki interpretacji Hackmana łatwiej nam określić Harry’ego Caula jako postać bez mała tragiczną a zarazem żałosną – to samotny człowiek, którego życie prywatne przedstawia się w stanie szczątkowym i ogranicza do dziwacznych libacji w towarzystwie dziwek i skorumpowanych kolegów po fachu. To niewątpliwie skutek ciągłego naruszania prywatności innych. Poczucie winy targa jego duszą. Nota bene Harry jest katolikiem, który chodzi do spowiedzi. Lecz przy konfesjonale nie wyznaje tego, że jest odpowiedzialny za czyjąś śmierć, a to, że nie zapłacił za prenumeratę gazet.
„Rozmowę” uznano za kluczowy film kina amerykańskiego lat 70-tych, czyniąc przy tym częste odniesienia do słynnego „Powiększenia” Michelangela Antonioniego. Wskazywano głównie na analogię wątku (fotografia-łamigłówka w filmie Antonioniego, taśma magnetofonowa-zagadka u Coppoli). Porównanie moim zdaniem wcale na miejscu. Także jeśli chodzi o klasę obu tych obrazów.

„UCIEKAJĄCY POCIĄG” (reż. Andriej Konczałowski)

Jon Voight w "Uciekającym pociągu"

Jon Voight w „Uciekającym pociągu”

Jak wszyscy wiemy, najgenialniejszymi pomysłami są pomysły najprostsze. Dzięki temu film Andrieja Konczałowskiego ma tyle energii, co cztery potężne lokomotywy mknące z zawrotną prędkością przez pustkowia Alaski. Szalony ów pomysł zrodził się w nie byle jakiej głowie, bo samego mistrza Akiry Kurosawy. To właśnie jego scenariusz został zaadoptowany przez trójkę hollywoodzkich autorów dla potrzeb filmu, którego reżyserię powierzono rosyjskiemu imigrantowi Konczałowskiego, (którego ojciec, nota bene, był autorem sowieckiego hymnu). W rezultacie tego wysiłku powstało sensacyjne „kino akcji” – niewątpliwie przedniej jakości.
Na czym polegała owa prostota? Otóż wątek – sam w sobie – może wyglądać na kalkę: z więzienia ucieka dwóch mężczyzn (Jon Voight i Eric Roberts). Urządza się na nich polowanie, któremu przewodzi sadystyczny komendant więzienia, mający z Voightem osobiste (śmiertelne) porachunki.
Na czym zaś ma polegać owa genialność? Otóż uciekinierzy trafiają na pociąg złożony z czterech lokomotyw, który pędzi niekontrolowany przez śnieżne ostępy alaskańskiej pustyni. Dramat nabiera przez to pędu, który nie słabnie aż do samego końca. Ta przelewająca się z łoskotem góra żelaza wraz z uwięzionymi w niej ludźmi, staje się metaforą, której oczywistość wszak nie jest nachalna, choć jednak dość przejrzysta. Wszystko to przyczynia się również do zapierającej dech w piersiach wizualności obrazu, wspomaganej skutecznie przez rozległe, przypominającej Syberię, śnieżne i tundrowe pejzaże. Biel śniegu, siarczystość mrozu, gorąca krew zdesperowanych bohaterów znacząca szlak ich straceńczej odysei ku ostatecznemu wyzwoleniu…
Jest w filmie Konczałowskiego jakaś brutalna moc, nieznośne napięcie, podtrzymywane prostymi ale przez to niezwykle skutecznymi środkami. Trzeba przyznać, że sam wątek jest naiwny, skrajnie niewiarygodny, dość schematyczny i miejscami nie grzeszący zbytnio logiką. Jednak, dzięki wspomnianym już zaletom widowiskowym i dramaturgicznym obrazu, zawieszamy nasz krytycyzm, przymykamy oko rozsądku, ulegamy iluzji i dajemy się ponieść akcji „Uciekającego pociągu”.

„WSPANIALI BRACIA BAKEROWIE”  (reż. Steve Cloves)

Michelle Pfeiffer w "The Fabulous Baker Boys"

Michelle Pfeiffer w „The Fabulous Baker Boys”

Ekranowy blues. Film niezwykły dla swojego czasu i miejsca, owiany melancholijną atmosferą dawnego kina. „Wspaniali chłopcy Baker” to przede wszystkim nastrój i styl, łagodny jazzowy spleen i intymność swingującej melodii. To również elegancki duet braci Bridges, wokół którego zagęszcza zmysłową atmosferę Michelle Pfeiffer – istne wcielenie Rity Hayworth dla ósmej dekady. Jej wykonanie „Makin’ Whoopie”, kiedy opięta w czerwoną suknię przeciąga się z prężnością kocicy po lśniącej tafli fortepianu, jest cichym diamentem filmu. To jednocześnie sposób w jaki Michelle – na oczach oniemiałego tłumu – kocha się z mężczyzną, który pieści klawiaturę. To także moment, w którym rodzi się w niej uczucie do tego człowieka.
Cóż, zepsuła się pogoda dla braci Bakerów. Grają razem już od 15 lat, zarabiając na życie występami w nocnych lokalach, hotelowych restauracjach… lecz coraz trudniej im o następny kontrakt. Jack (Jeff Bridges), młodszy z braci, niegdysiejsze „cudowne dziecko”, niespełniony geniusz, dawno już przestał dbać o jakość swojej muzyki. Ze zblazowaną miną chronicznego malkontenta wykonuje bezbarwnie mdłe, popowe standarciki lub cieniutki jazzik. Jeśli nie zgasł jeszcze w nim ogień artysty, to ledwie tli się gdzieś na dnie jego zmatowiałej duszy. Sam duet się „wypalił”, a obojętność biesiadujących gości na ich muzykę stała się niemal doskonała. By odwrócić złą passę i ożywić przygasły zespół, ogłaszają konkurs na wokalistkę. Zgłasza się 37 koszmarnych amatorek, lecz 38-ą jest właśnie Michelle Pfeiffer, ratując strudzonych braci przez ostatecznym zwątpieniem. Jest ona dokładnie takim stworzeniem, jakiego chce słuchać – i oglądać – wieczorowe towarzystwo.
„The Fabulous Baker Boys” jest melodramatem, pobrzmiewa romantyczną nutą i wyraźnie tęskni za „dawnych lat czarem”, lecz duszą jest „tu i teraz”. Odsunięcie się Jacka od życia – jego zagubienie się w smętku – jest nieomal patologiczne. Lęk ogarnia go nawet wtedy, gdy dosięga go ciepło miłości Michelle. Zagubił gdzieś ludzkie odruchy, boi się zaangażowania, które mogłoby pociągnąć za sobą jakiekolwiek zobowiązanie. Mimo, że rodząca się w nim miłość do przyzwalającej kobiety budzi go z duchowego odrętwienia, ucieka przed nią.
Ostrzejszy, bardziej dramatyczny nerw obnaża film wtedy, gdy zajmuje się konfliktem jaki nabrzmiewa między braćmi Baker. Ich wzajemna rywalizacja stymulująca kiedyś ich muzyczny rozwój, utknęła w martwym punkcie już przed wieloma laty. Frank (Beau Bridges) założył rodzinę – musi więc podchodzić do życia zupełnie inną ścieżką, kierować się innymi priorytetami. Myśli inaczej, stał się pragmatykiem, człowiekiem praktycznym: to on zajmuje się organizacją koncertów, strofuje młodszego brata za nieumiarkowane palenie, długie włosy i ogólną biznesową nonszalancję. Pojawienie się kobiety, której już nie można traktować jak przelotnej „jednonocnej” kelnerki, odbiera jako zagrożenie własnych żywotnych interesów. Ma to swoje konsekwencje.
Schematy jakimi bawi się młody, 27-letni reżyser Steve Kloves, nie rażą. Utrzymując jedną tonację, wyczuwa on filmową materię „przez skórę”, ujmując ją w piękną formę subtelnej przypowieści.

*

Advertisements

Odpowiedzi: 31 to “„FORTEPIAN”, „NA SKRÓTY”, „OJCIEC CHRZESTNY III”, „ROZMOWA”, „UCIEKAJĄCY POCIĄG”, „WSPANIALI BRACIA BAKEROWIE” (z filmowego archiwum)”

  1. Karol Says:

    Urzekające w „Fortepianie” jest to, że właściwie nie ma tu podziału na biel i czerń, dobro i zło. Wszystko jest szare i bardzo „pomiędzy”. Nikt tu nie postępuje tylko dobrze albo tylko źle. Czyste i szczere jest tylko jedno – miłość. Niema, bez wymyślnych słów, niedotrzymywanych obietnic czy wymuszonych przysiąg. Cały film skupia się zresztą nie na dialogach, a poezji wypływającej z obrazów. Słów nie ma tu prawie wcale, za to uczucia są namiętne, gwałtowne i piękne, jak muzyka Ady. A wszystko to jest w dodatku świetnie wyważone. I nawet, gdy pod koniec filmu Campion wstępuje na nieco fałszywe tony, konfrontując ze sobą postaci Stuarta i Bainesa, niemal od razu powraca na dobrą drogę, nie zbaczając z niej już do samego finału. Co ważne, nie jest to też film stricte o miłości. Mowa w nim właściwie głównie o odnajdywaniu siebie, dokonywaniu poświęceń i robieniu rzeczy, o które wcześniej byśmy siebie nie podejrzewali. Pokazuje, że tak naprawdę nigdy nie przestajemy uczyć się samych siebie i dla ważnego celu potrafimy się wyrzec niemal wszystkiego. Jeden z bardziej poruszających filmów jakie widziałem.

  2. Roma Says:

    Recenzja z „Rozmowy” Coppoli przypomniała mi głośne kiedyś niemieckie „Życie na podsłuchu”. Nawet kadr bardzo podobny. Ale to chyba tylko skojarzenie, by filmy te oba filmy niewiele chyba łączy, jeśli chodzi o treść?

    • Logos Amicus Says:

      Łączy je fakt ingerencji w czyjeś życie za pomocą inwigilacji, która ujawnia zazwyczaj ciemną stronę człowieka (zarówno tego podsłuchiwanego, jak i podsłuchującego). A widz jest wciągnięty w tę grę, ponieważ każdy z nas przejawia skłonności wojerystyczne – większość z nas lubi podsłuchiwać i podglądać czyjeś życie. Z różnych względów.

      Poza tym: wszyscy jesteśmy podsłuchiwani (sprawdzani, nagrywani, monitorowani…) na coraz szerszą skalę – sami zresztą do tego się przyczyniając i to ułatwiając (Facebook, internet, fora, blogi… etc.)

  3. Jula :D Says:

    Zaglądam do Ciebie zaglądam i czytam te ciekawe Twoje recenzje filmowe, niektore z tych filmow ogladałam, bo to juz pzrecież klasyka. :)
    Właściwie moje wrażenia podobne do Twoich, może jakies tam drobne róznice ale pzreciez każdy jest oddzielnym bytem i może interpretować po swojemu, nawet niekoniecznie tak, jak i sam rezyser chciał nam opowiedzieć ;)

    Pod filmem „Wybór Zofii” czytałam ciekawa dyskusje.
    Ta pani, która zarzucała reżyserowii zbytni „antysemityzm” przypisany Polakom a w tym filmie tym „smalcownikiem” był ojciec glównej bohaterki pan profesor, czy dlaego, że uczony?..
    No cóz, toć, ona reprezentuje i obecny podział Polaków w tej kwestii.
    Religii, wychowania i sterotypów dla danych nacji, a przecież wiadomo, że każdy człowiek jest inny pomimo, a jednak w krancowych przypadkach, konfliktach przypisuje mu sie sterotypy dla danej nacji, bo tak łatwiej.!..
    To chyba powszechnie wiadomo, że przed wojna większa częśc społeczeństwa polskiego, zwłaszcza ta u władzy była profaszystowska w polskim wydaniu. Studenci żydowskiego pochodzenia musieli w uczelnii siedzieć w odzielnych ławkach, zwolennikami tego o dziwo byli nawet i wybitni uczeni, Polacy – katolicy.
    Tak to religia robi wodę w mózgu, nawet i u tych wbitnych !?..
    To tak, jak nasz symbol wolności p. Walęsa, który zaproponował poslom innej orientacji seksualnej, by siedzieli w odosobnieniu poza ogólem w parlamencie polskim (sic)!…;)
    Odbiło mu się to juz czkawka w świecie. Choć znanego śpiewaka popowego Anglika znanego z orientacji też, wóczas tj. w latach 80-tych, a jakże, przyjmował u siebie z honorami w domu. Tak.. ..
    Te filmy, życie ciągle nam pokazują uczą i nic.. . czlowiek ciągle pełem zabobonu, fobii itd…
    Pozdrawiam!..

    Dzieki, że nam udostępniasz swoje archiwa. Bo te mysli Twoje tam zawarte ciągle aktualne. :D

  4. Simon Says:

    Uwielbiam trzecią część Ojca Chrzestnego, pomimo tego, że znacznie różni się od poprzedniczek. Jednak kawałek czasu między ich realizacją zrobił swoje, miejscami to się ogląda jednak troszkę jakby inny film gangsterski, ale równie dobry. A moze nawet i lepszy, bo osobiście bardziej cenię sobie trójkę niż dwójkę. Co by nie mówić, druga część to absolutna klasyka i nie sposób z tym polemizować, mam jednak wrażenie, że te fragmenty filmu rozgrywające się w teraźniejszości, są jakby powtórzeniem fabularnym pierwszej części, nie oglądało mi się tego z jakimś szczególnym zainteresowanie, o wiele bardziej cieszyły mnie fragmenty z Roberted De Niro opowiadające o losach młodego Corleone. Tymczasem trójka to już coś zupełnie innego i może to i dobrze, że twórcy zamiast powielać to, co świadczyło o sukcesie poprzedniczek, poszli w nieco innym kierunku. Mnie to przekonało.

    • Logos Amicus Says:

      Cała trylogia Coppoli jest bez mała genialna. „Ojciec chrzestny” z 1972 roku jest arcydziełem kina popularnego bez dwóch zdań. Następnych części Coppola też nie ma się co wstydzić. Nic by z tego pewnie nie wyszło, gdyby to było tylko takie odcinanie kuponów po wielkim sukcesie (zarówno komercyjnym, jak i artystycznym) części pierwszej. Ale nie było – w obu częściach, a zwłaszcza w trzeciej, twórcy filmu mieli jeszcze sporo do powiedzenia. W tym chyba leży sukces kolejnych sequeli (mam tu na myśli nie tylko „Ojca chrzestnego”): one muszą być kręcone tak, jakby stanowiły zupełnie autonomiczny obraz – bez podpierania się glorią poprzedników.

  5. enen Says:

    Ciekawą recenzję „Rozmowy” Coppoli znaleźć można na stronie Racjonalisty:

    „Rozmowa Francisa Forda Coppoli podejmuje temat obsesyjnego lęku przed obcą ingerencją w prywatność. Reżyser stara się nam pokazać, że żyjemy w czasach wszechobecnej inwigilacji. Świadczą o tym targi sprzętu do podsłuchu, który może kupić każdy. Daje on możliwość nieograniczonego partycypowania w życiu innych. Tworzy się w ten sposób nastrój psychozy. (…)”

    Całość tutaj:
    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4830

    • Logos Amicus Says:

      Jeżeli w roku powstania „Rozmowy” Coppola chciał pokazać, że żyjemy w „czasach wszechobecnej inwigilacji”, to co na ten temat możemy powiedzieć dzisiaj, kiedy na każdym skrzyżowaniu, w każdym niemal sklepie, w metrze, w tramwaju… obserwują nas miliony kamer? Nasze komórki wskazują dokładnie drogi jakimi się poruszamy, karty kredytowe – co i gdzie kupujemy, ile wydajemy, internet – kim jesteśmy… etc.
      Nie ma ucieczki przed Wielkim Bratem, a zakres kontroli nad nami przerósł wszelkie fantazje Orwella.
      Oto jeden z postów na Facebooku:

      Zadziwia mnie beztroska z jaką ujawniamy w internecie – zwłaszcza na Facebooku – przeróżne informacje o nas, często dotyczące naszego życia prywatnego, naszych znajomych i przyjaciół, które pozwalają nas prześwietlić od stóp do głów: co robimy, co myślimy, gdzie bywamy, co kupujemy, jak się bawimy, jak wypoczywamy, gdzie wyjeżdżamy, z kim się spotykamy, co się nam podoba, a co nie… etc. Listę ciągnąć można dłużej – ilość tych informacji, którą głosimy urbi et orbi jest olbrzymia. I naiwnie się łudzimy (a może nawet w ogóle o tym nie myślimy), że nikogo to – poza naszymi znajomymi i przyjaciółmi – nie interesuje. A to jest błąd. Bo te dane są sprawdzane, monitorowane i analizowane non stop przez tysiące ludzi, zatrudnionych tylko po to, by śledzić to, co się dzieje w internecie, na forach społecznościowych (takich np. jak FB). I mam tu na myśli nie tylko marketing sprawdzający nasze gusta i preferencje, by dotrzeć skuteczniej do naszej kieszeni, ale także agencje federalne, które robią to w ramach zapewnienia bezpieczeństwa naszemu krajowi. I ja się temu wcale nie dziwię: głupotą byłoby nie korzystać z tej góry informacji i danych, dostępnych w tak łatwy sposób, nie wymagających praktycznie żadnego większego wysiłku, czy też środków. I Wszystko jest OK (?), kiedy żyje się w demokratycznym kraju, gdzie gwarantowana jest wolność słowa, gdzie nikt nie wtarga siłą do twojego domu i nie represjonuje za twoje poglądy, czy krytykę niektórych posunięć naszego rządu… Niech sobie sprawdzają.
      Ale czy nie może ten stan rzeczy w każdej chwili – i pod jakimś pretekstem – być jednak pogwałcony? I nagle obrócić się przeciwko nam? A co, jeśli do władzy dojdzie ktoś o bardziej autorytarnych zapędach, kto pogwałci nasze obywatelskie swobody i obowiązujące dzisiaj konstytucyjne prawa? I będzie miał nas wtedy jak na dłoni – przerastając najśmielsze marzenia Wielkiego Brata. Czy jest to tylko możliwość hipotetyczna? Czy nie jest to w rzeczywistości możliwe? Niestety, historia aż nadto daje nam dowody na to, że władza korumpuje, że ten kto ma władzę chce jej mieć coraz więcej, że ciągoty totalitarne wcale nie wyparowały z wielu głów, że dla pieniędzy można zrobić wszystko…

  6. griffman Says:

    Gdy dziś widzowie zachwycają się „Magnolią”, „Miastem gniewu”, czy kinem Alejandro González Iñárritu warto przypomnieć kto zapoczątkował w kinie szczątkową narrację, którą dziś nazywa się „altamanowską”.
    Nie można się jednak dziwić – Ameryka nie lubiła Altmana. Może dlatego, że ten lubował się w piętnowaniu jej niedoskonałości i słabości. To oczywiste – nie każdy potrafi przełknąć łyżkę dziegciu skierowaną w jego gardło…
    Mozaikowa konstrukcja analizująca amerykańską społeczność lat 90 to kino gorzkie, bez krzty pocieszenia – american dream nie istnieje. Wyboista droga nie wchodzi w grę. Lepiej kłamać, mówić to co nasi bliscy chcą usłyszeć, a najlepiej się schować we własnej skorupie. Istnieje tylko życie na skróty…

    • griffman Says:

      Ooo… i warto zobaczyć jeszcze to:

    • Logos Amicus Says:

      Altman chce być prawdomówny i jest przenikliwy. I taki… anty-hollywoodzki. A mimo to Hollywoodczanie lgnęli do niego jak do miodu. Być może dlatego, że mieli uczucie, iż odkupują tym własne grzechy komercji, blichtru, pozorów, ulegania popularnym gustom i dyktatury happy-endu?

  7. miziol Says:

    @ Amicus
    Sadze, ale uwazam, ze ciekawsze jest pytanie – dlaczego dla tak niejasnej sprawy, w ktorej wiadomo niewiele, a informacje sa sprzeczne, ludzie sa gotowi podrzynac sobie gardla i robia to z nienawistna zaciekloscia? Odpowiedz jest jak zwykle oczywista, ale dopiero kiedy mozna na wszystko spojrzec chlodnym okiem :-)

    • Logos Amicus Says:

      Bo tak naprawdę, to oni nie walczą o Boga, tylko o własny porządek na świecie. Czyli o władzę – czasem to środki do życia, czasem bogactwo, a zawsze: albo zniewolenie (podbój) innych, albo zdobycie własnej wolności. Czyli jednak konkrety.

  8. Mariusz Says:

    „Uciekający pociąg” to świetne kino akcji – film bardzo dynamiczny i pełen drapieżności, w którym pędzący pociąg może symbolizować drogę, z której nie można zawrócić. Dawno widziałem ten film, ale trudno mi go zapomnieć. W latach 80. powstało sporo dobrych filmów akcji, ale ten wyreżyserowany przez Konczałowskiego wyróżnia się spośród nich, chociażby rewelacyjnym, emocjonalnym, bardzo wymownym aktorstwem – Eric Roberts chyba w żadnym innym filmie nie zagrał lepiej, tak samo Rebecca De Mornay, a Jon Voight tylko potwierdził że jest rewelacyjnym aktorem.

    „Rozmowę” z Hackmanem mam na płytce (jako dodatek do gazety), więc czasem wracam do niego, chociaż w przeciwieństwie do powyższego filmu nie jest aż tak dynamiczny i emocjonujący. Ale Coppola był w tamtych latach w bardzo dobrej formie, więc nawet taki kameralny i powściągliwy film potrafił nakręcić w taki sposób, że nie odczuwa się nudy.

    „Wspaniałych braci Baker” widziałem w poprzednim stuleciu. Co z niego pamiętam? Tylko jedno – Michelle Pfeiffer. To był jeden z filmów, po których Michelle stała się jedną z moich ulubionych aktorek.

    Lubię także Jennifer Jason Leigh, której nie wymieniłeś w swoim tekście dotyczącym „Na skróty” – chyba dobrze się jej pracowało z Altmanem, bo później raz jeszcze pracowali razem – przy filmie „Kansas City”. Prawdę mówiąc, to wolę filmy Altmana z lat 90. (obok dwóch wspomnianych, także „Fałszywa ofiara”) niż jego bardziej doceniane filmy z lat 70.

    • Logos Amicus Says:

      Konczałowskiemu w Stanach dobrze wyszedł właściwie tylko jeden film – „Runaway Train” właśnie. „Tango & Cash” ze Stallonem i Russellem to była jednak totalna klapa (zdaje się, że ktoś nawet musiał dokończyć za niego reżyserię tego filmu). Zresztą, on mi jakoś nigdy do Hollywood nie pasował.

      Eric Roberts (nota bene brat Julii Roberts) został niestety – po niezłym debiucie w „Królu cyganów” i znakomitym w „Runaway Train” – takim aktorem drugiego planu. Dla Rebecci De Morney bardzo dobra było końcówka ósmej dekady i początek lat 90-tych (dobrze ją pamiętam z thrillera „The Hand That Rocks the Cradle”), ale później o niej ucichło. Jon Voight też nie miał szczęścia do dobrych filmów w drugiej połowie swojego życia (w mojej świadomości zaistniał po obejrzeniu niezapomnianego „Midnight Cowboy”, gdzie stworzył niezwykły duet z Dustinem Hoffmanem).

      Nie znam ostatnich filmów Coppoli („Tetro” i „Twixt”), podobno nie są takie złe, ale jakoś większego szumu wokół nich nie było i nie ma. On już pozostanie głównie reżyserem „Czasu Apokalipsy” i „Ojca chrzestnego” – filmów będących jednymi z największych osiągnięć nie tylko kina amerykańskiego, ale i światowego, przecież.

      Michelle Pfeiffer miała zadatki na wielką gwiazdę, ale ostatnia dekada raczej ją nie rozpieszczała, jeśli chodzi o dobre filmy i role jakie w nich grała. Natomiast zawsze bardzo mi się podobała jako kobieta :)

      Dla mnie każdy film Altmana był filmem niezwykłym – ten reżyser niewiele sobie robił z wszelkich hollywoodzkich konwencji, dla niego właściwie zawsze najważniejsi na planie filmowych byli aktorzy i ich gra, pozwalał im na wiele – a oni mu się odwdzięczali… niemalże uwielbieniem ;)

      • Simply Says:

        Z amerykańskich filmów Konczałowskiego, ,,Runaway Train” jest faktycznie najlepszy ( to film par excellence do kina, nie na mały ekran ), ale aż tak tragicznie wcale nie było, jak piszesz. Lubię na przykład jego amerykański debiut, ,,Kochankowie Marii” z Nastasią Kinski, Johnem Savage i Keithem Carradine – kameralna, prowincjonalna story , fajnie roztopiona w takiej ruskiej melancholii. Dużo dobrego słyszalem też o dramacie rodzinnym ,,Shy People” z wielką ponoc rolą Barbary Hershey, którego akcja dzieje się na bagnach Luizjany – co dla mnie jest już wartością samą w sobie :)
        Konczałowski zrobił też znakomity, wysmakowany serial ,,Odyseja” z Armandem Assante w roli Odyseusza, zasłużenie nagrodzony Emmy.
        ,,Tango & Cash” też dośc mile wspominam, jako całkiem przyzwoity akcyjniak.
        A w ogóle, to nie nalezy zapominac o jego radzieckich dokonaniach, jak ,,Syberiada” chocby. Poza tym jest cenionym reżyserem teatralnym – ,,Wujaszka Wanię” Czechowa nawet zekranizował – i operowym.
        Był współscenarzystą ,,Andrjeia Rublowa” Tarkowskiego.
        To jest mega wszechstronny gośc.

        Eric Roberts miał parę zakrętow w życiu – cpał, chlał, wychodzil, znowu zaczynał – ostro się rozmienił na drobne,ale miał parę fajnych dużych ról, jak ( z niewymienionych ) ,,Ambulans” Larry Cohena, ,,Star 80” Boba Fosse, czy ,,Więżniowie Nieba” Philipa Joanou. No i w odróznieniu od podobnie doświadczonego Mickey’a Rourke, świetnie dalej wygląda.
        Jon Voigt miał szczęscie zagrac w jednym z najlepszych filmów w historii kina – ,,Deliverance”. Z jego póżnych ról wyrożniłbym postac farmera abolicjonisty w demaskatorskim dramacie historycznym ,,Rosewood” Johna Singletona z 1997.
        ,,Rozmowę” to z chęcią sobie odświeżę, bardzo lubię takie kino, a widziałem dosyc dawno. Bardzo inteligentnie i równie udanie ten temat podjął póżniej De Palma w ,,Blow Out”.

        • Logos Amicus Says:

          Dzięki za tę rehabilitację Konczałowskiego.
          Niestety, „Kochanków Marii” ani „Shy People” nie widziałem. Zostało mi niestety w pamięci „Tango & Cash” – raczej spore rozczarowanie tym filmem (nawiasem mówiąc, wyszperałem niedawno moją starą recenzyjkę tego filmu – ukaże się ona w archiwum filmowym wkrótce ;) )

          Rzeczywiście, Voight zagrał główną rolę w „Deliverance” Boormana z 1972 r. – bardzo mocnym filmie (tak go pamiętam), w którym świetne kreacje stworzyli także Burt Reynolds i Ned Beatty. Ale ja ten film obejrzałem jakieś 20 lat po jego nakręceniu – a wtedy, już od dawna, Voight to był dla mnie przede wszystkim „Midnight Cowboy” ;)

          Tak sobie już po raz któryś ostatnio uświadamiam, że kino amerykańskie w latach 70-tych to było bardzo dobre kino (mówię o jego najlepszych i najgłośniejszych produkcjach). Paradoksalnie, zniszczył (zepsuł) go jego własny sukces – czyli światowe szalone powodzenie filmów Lucasa i Spielberga (jak na ironię – znakomitych przecież w swojej klasie).

      • Mariusz Says:

        Ja niestety z filmów Konczałowskiego widziałem niewiele, oprócz „Runaway Train” także „Tango i Cash” oraz „Odyseję” i podobnie jak Simply uważam te filmy za całkiem niezłe w swoich gatunkach. „Tango i Cash” to przecież film, który ma wszystko to, co dobry akcyjniak mieć powinien – luzackie teksty, charyzmatyczni bohaterowie, wredny czarny charakter, brawurowe sceny akcji, uzasadniona przemoc, a nawet hitchcockowski motyw wrabiania w morderstwo niewinnych obywateli. Reżyser podobno popadł w konflikt ze Stallone’em i gwiazdor filmu ponoć dokończył ten film. Miał już doświadczenie w reżyserowaniu filmów, więc efekt końcowy nie jest tragiczny.

        Co do Michelle Pfeiffer lubię ją nie tylko jako kobietę, ale i jako aktorkę, nie przypominam sobie filmu, w którym zagrałaby kiepsko. Nawet w ostatniej dekadzie stworzyła świetne role („Hairspray”, „Stardust”), choć przyznaję że wszystkich jej filmów nie widziałem.

        Inwigilacja to ciekawy i od wielu lat bardzo aktualny temat, a „Rozmowa” jest reprezentatywnym filmem podejmującym ten temat. Znakomitym filmem o inwigilacji jest także „Wróg publiczny” Tony’ego Scotta, w którym rolę głównego czarnego charakteru zagrał Jon Voight. Słynnego „Midnight Cowboya” jeszcze nie widziałem, ale Voight to dla mnie aktor, który obojętnie czy gra w dramacie czy filmie akcji zawsze się angażuje, daje z siebie wszystko.

        Jeszcze a propos Coppoli to ostatnio przeczytałem, że „Czas apokalipsy” to film z największą ilością błędów. Widzowie znaleźli aż 390 niedoróbek :) Ten fakt jeszcze bardziej mnie zachęca do obejrzenia filmu, bo jeszcze nie miałem okazji zobaczyć tego dzieła w całości.

        • Logos Amicus Says:

          Niestety, pamiętam że „Tango i Cash” to był film, który mnie rozczarował i trochę nawet irytował. Nie wiem, może zmieniłbym zdanie, gdybym go obejrzał teraz?

          Ależ oczywiście = Michelle Pfeiffer to nie tylko piękna kobieta, ale i bardzo dobra aktorka ;)

          390 niedoróbek w „Czasie Apokalipsy”? A jakiego rodzaju to są „niedoróbki”?
          Jak widać – nothing is perfect… nawet arcydzieło ;)

        • Simply Says:

          No właśnie, o co chodzi z tymi błędami w ,,Czasie Apokalipsy” ? Jakieś przykłady?

        • Mariusz Says:

          http://www.moviemistakes.com/film74

          http://natemat.pl/30663,czas-apokalipsy-arcydzielo-pelne-pomylek-filmowe-wpadki-i-oszustwa-emocjonuja-fanow-kina

          Na pewno nie są to błędy, które wpływają znacząco na jakość filmu i jeśli nie ogląda się po to, by je wyłapywać to pewnie się ich nie zauważy. Wynikają one często z niedopatrzenia, np. gdy kamera lub operator znalazły się nieoczekiwanie w kadrze. Albo np. błędy w ciągłości, gdy kolejne ujęcie nie zgadza się z poprzednim, bo jakiś rekwizyt zniknął albo uszkodzenie samo się naprawiło. Błędy najczęściej można wyłapać przy wysokobudżetowych produkcjach, bo często kręcone są szybko, pod presją, aby zmieścić się w harmonogramie, by nie przekroczyć budżetu.

  9. ulotna_wiecznosc Says:

    Fortepian zdecydowanie jeden z moich ulubionych filmów.
    Zawsze go odbieralam jako film o wolności, potędze muzyki i ciszy.
    Fantastyczna muzyka Michaela Nymana, świetne zdjęcia i rewelacyjna Holly Hunter w roli niczym z czasów niemego kina.
    Świetne role drugoplanowe( chociażby stare panny) i cudowna dzika sceneria.
    Głos reżyserki, kobiety w sprawie wolności kobiety, wolności mężczyzny, wolności człowieka.

    ,,Moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie być, albo nie być? – i swobodnie na nie odpowiedzieć. ”
    W. Gombrowicz

  10. kinga Says:

    „Fortepian” to jeden z moich ulubionych filmów. Obejrzałam go kilka razy. Ostatni raz w zadziwiających okolicznościach, o czym napisałam tu:
    http://zapiskisnowe.blogspot.com/2010/12/dwa-razy-fortepian.html
    Pozdrawiam ciepło

    • Logos Amicus Says:

      @kinga – zaciekawiła mnie Twoja recenzja. Tym bardziej, że nadałaś jej bardzo osobisty ton.
      Dawno widziałem ten film. Wypada do niego wrócić, by nie tylko go sobie przypomnieć, ale także, by dostrzec jeszcze inne barwy, dźwięki i obrazy – jak to zwykle bywa z filmami, które widzimy po latach.

      @maja – świetny kolaż dźwięków i obrazów. Dzięki za udostępnienie.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s