„WYBÓR ZOFII”, „TRIUMF DUCHA”, „FILADELFIA”, „WERDYKT”, „HAMBURGER HILL”, „LADY SINGS THE BLUES” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku “KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów “Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną (“Dziennik Chicagowski”, “Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

„WYBÓR ZOFII” (reż. Alan J. Pakula)

Meryl Streep w "Wyborze Zofii"

Meryl Streep w „Wyborze Zofii”

Gorzka i na wskroś pesymistyczna opowieść o ludziach pokaleczonych i zdewastowanych przez szalony świat i cierpienie. Zofia Zawistowska (Meryl Streep) jest Polką pochodzącą z katolickiej rodziny, córką profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego (rozstrzelanego przez Niemców). Byłą więźniarką obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, w którym zginęła dwójka jej dzieci. Jest 1947 rok. Zofia znalazła się na nowojorskim Brooklynie. Mieszka w domu, do którego właśnie wprowadza się młody literat, pracujący nad swoją pierwszą powieścią. Stingo pochodzi z protestanckiego Południa, jest naiwnym, nieostruganym jeszcze idealistą z głową pełną wielkich słów, za którymi – ze względu na brak doświadczenia – niewiele stoi. Znajomość, a wkrótce i przyjaźń z Zofią i jej kochankiem – romantycznym, błyskotliwym, energicznym i szalonym Nathanem (Kevin Klein), jest dla niego rodzajem życiowej inicjacji, doświadczeniem, dzięki któremu dojrzeje… pozbywając się złudzeń, ale i wzmacniając swoje przekonanie o niezbywalności, istocie i mocy takich wartości, jak ludzka godność i szlachetność.
Związek Zofii z Nathanem jest pełen pasji – gwałtowny i… masochistyczny. Zofia, wskutek tragicznych przejść wojennych, jest załamana cieleśnie i duchowo, zadręcza się poczuciem winy za to, że to ona pozostała przy życiu, podczas gdy jej najbliżsi zginęli. Mocno okaleczony psychicznie jest również Nathan. Ongiś cudowne dziecko, w którym pokładano wielkie nadzieje. Teraz człowiek niezrównoważony i nieodpowiedzialny, gwałtowny, targany przez obsesje, Taki jest jednak tylko wtedy, gdy przeżywa swoje złe chwile. Kiedy czuje się dobrze, jest człowiekiem czarującym, romantycznym, inspirującym – o nieskrępowanej wyobraźni i niepospolitej inteligencji. To jest ten Nathan, którego kocha Zofia; Nathan, który porywa ją swoją fantazją, daje jej ukojenie, pozwala zapomnieć o przeżytym koszmarze. Ale również ta druga strona Nathana jest jej potrzebna. Gdy poniżą ją, jest dla niej okrutny, Zofia odbiera to masochistycznie, jako rodzaj kary, czy też pokuty za przeżycie Holocaustu, w którym zginęli jej rodzice, dzieci i miliony innych ludzi.
I jeszcze ten sekret Zofii, tajemnica, z której do tej pory nikomu się nie zwierzyła – wielkie brzemię przygniatające jej duszę. Zarówno Zofia, jak i Nathan są ludźmi, którzy chcą zakryć – jak i uleczyć – swe rany. Te jednak bez przerwy się otwierają i ropieją. A ból jest nie do zniesienia.
Meryl Streep dominuje na ekranie (otrzymała za swą rolę Oscara). Wcale nie dziwię się tym częstym zbliżeniom jej twarzy. Podejrzewam, że zachwycony byłby nią również sam Bergman: tą nadwrażliwą mimiką, ekspresją przebogatą a jednocześnie dyskretną i powściągliwą, tą intensywnością i nerwowym napięciem… Wybaczamy Meryl nawet ten jej sfingowany polski akcent (również sam język polski), jak również celowe kaleczenie angielskich słówek. Możemy się obruszyć nieco na histeryczny antysemityzm ojca Zofii, także lekko poskarżyć się na pewne dłużyzny i ostentacyjność narracji. Są to jednak ledwie usterki ginące w mnogości scen znakomitych, dzięki którym cały obraz Alana J. Pakuly ma dla nas moc rewelacji.

„TRIUMF DUCHA” (reż. Robert M. Young)

Willem Dafoe w "Triumfie ducha"

Willem Dafoe w „Triumfie ducha”

Holocaust nigdy nie leżał w obrębie szczególnego zainteresowania Hollywoodu. Oferował bowiem temat, który był antytezą tego, co produkowała „fabryka snów” gwoli dostarczenia rozrywki tzw. masowej widowni. Do czasów „Listy Schindlera”, jeżeli Holocaust pojawiał się na ekranach, to raczej w tle, będąc kanwą dla indywidualnych losów bohaterów. Tych obrazów zresztą powstała dość znikoma ilość: „The Diary of Anne Frank” (1959), „Judgment at Nuremberg” (1962), „The Pawnbroker” (1965), „Voyage of the Damned” (1976), „Sophie’s Choice” (1982)…
„Triumf ducha” Roberta M. Younga jest jednym z nich. O tyle jest to film bez precedensu, że jako produkcja amerykańska, prawie w całości rozgrywa się w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Przedstawia losy greckiego Żyda (Willem Dafoe) i jego rodziny – ich walkę o przetrwanie w piekle „fabryki śmierci”.
Trzeba przyznać, że film jest odpowiedzialną próbą rekonstrukcji tamtych okrutnych czasów, odbijając koszmar bez zbytniej histerii, acz zabarwiony chyba za bardzo sentymentalizmem i nokturnowym patosem (sceny martyrologii ilustrowane heroiczno-pompatyczną muzyką, przypominającą pasyjne misterium Drogi Krzyżowej). Sama historia bokserskich zmagań Dafoe, który walczy o życie, staczając pojedynki ku rozrywce SS-manów, nabiera znamion alegorii. Sceny obozowe są dobrane starannie, co pozbawia nieco scenariusz spontaniczności i autentyzmu. Niemniej jednak, realizm – w swym ogólnym zrębie – zostaje w „Triumfie ducha” zachowany. W początkowej fazie filmu przedstawia się nam migawki niemieckich kronik, ukazujące początki panoszenia się faszyzmu w Niemczech, co możemy uznać za (skromną wszak) próbę nakreślenia historyczno-politycznego tła filmowych wydarzeń. Jednak później, całkowita uwaga scenariusza skupia się na indywidualnym losie bohaterów, rezygnując tym samym z ogólniejszego opisu Holocaustu i kierujących nim mechanizmów zła.

„FILADELFIA” (reż. Jonathan Demme)

Tom Hanks w "Filadelfii"

Tom Hanks w „Filadelfii”

„Filadelfia” jest nie tylko filmem o „gejach”. To również film o AIDS. Dwa tematy tabu, niemile widziane – szczególnie w rozrywce. O homoseksualistach robi się czasem filmy, które, niestety – mimo, że reprezentują najczęściej liberalny punkt widzenia – przyczyniają się (paradoksalnie) do utrwalania stereotypów. Nie było jednak do tej pory wysokobudżetowego filmu o pladze AIDS. „Filadelfia” łamie pierwsze lody. Jest to historia młodego zdolnego adwokata Becketta (Tom Hanks), zatrudnionego w prestiżowej firmie prawniczej, z której zwalnia się go po odkryciu, że jest chory na AIDS. Jest to niezgodne z prawem, dlatego czyni się to pod pretekstem jego braku kompetencji i zaniedbań. Oczywiście, adwokat okazuje się również „gejem”, co wydaje się już być jedynie prostą konsekwencją tej rewelacji. Beckett skarży firmę. Chce odnieść ostatnie zwycięstwo przed śmiercią, która jest nieunikniona.
Wszyscy adwokaci odmawiają jednak podjęcia się jego sprawy, mając na względzie potęgę przeciwnika. Dopiero dynamiczny Joe Miller (Denzel Washington) – czarny, wygadany i nie pozbawiony serca (acz nie dla „pedałów” – Miller jest bowiem homofobem, „pedalastwo” napawa go wstrętem) – zgadza się reprezentować Becketta w sądzie. Ewolucja postawy Millera jest dość przewidywalna: zaczyna on w końcu dostrzegać w swoim kliencie „człowieka”, błyskotliwego i kompetentnego prawnika. Łatwo przy tym spostrzec, że owa indywidualna ewolucja ma symbolizować i sugerować ewolucję postawy (pełnej uprzedzeń) widowni, przełamanie atawistycznej społecznej ksenofobii, lęku przed „trędowatym”. Takie są intencje twórców, ale wszystko to zalatuje dydaktyką, która według mnie omal nie pogrąża „Filadelfii” w odmętach propagandowej publicystyki.
Jest to również film o umieraniu. Sama śmierć jest częstym motywem wykorzystywanym przez kino – zwłaszcza przez melodramat. To najskuteczniejszy „wyciskacz łez”. Rzadko jednak ukazuje się w nim śmierć naturalistycznie. Jej obraz się łagodzi, poddaje estetyzacji, gwoli lepszego przyswojenia przez tzw. „masowego”, a więc nastawionego głównie na rozrywkę, widza. Reżyser Jonathan Demme („Silence of the Lamb”) myślał zapewne, że tego eufemizmu uniknie, gdy plastycznie i wręcz ostentacyjnie ukaże rozkładające się ciało Becketta: rakowate liszaje na skórze, sino-bladą przezroczystość twarzy, podkrążone i przekrwione oczy, upiorne wysuszenie… A jednak jest to „tylko” degradacja i ruina cielesna. Bardziej bolesne są chyba dla świadomego, myślącego i wrażliwego człowieka, zmagania duszy. Tego w filmie brakuje: duchowej walki Becketta o własną godność, wewnętrzne paranie się ze śmiertelnością. Jedna scena, w której słucha on arii w wykonaniu Marii Callas – przeżywając pełen bezbrzeżnego bólu i cierpienia własne pożegnanie z tak ukochanym przez niego życiem – nie może nam tego zastąpić, jest bowiem bardziej wyjątkiem potwierdzającym regułę. Może znów zadziałał tu ów mechanizm wyparcia, który łagodzi naszą konfrontację ze śmiercią? Otóż jest ona czymś co przydarza się innym – a nie nam samym. Podobnie koili nas stoicy: „Śmierć? Dlaczego mamy się jej bać? Gdy my jesteśmy – śmierci nie ma; gdy jest śmierć – nas już nie ma”.
Również homoseksualizm moim zdaniem jest w „Filadelfii” ugrzeczniony i wyidealizowany. Liberalizm twórców tego filmu wygląda trochę na premedytację, staje się jakby modelem, taką tolerancją „wzorcową”. Poparcie rodziny i przyjaciół dla Becketta jest budujące – zbyt jednak piękne, by było prawdziwe. Dlatego wydaje się cierpieć na tym obyczajowa wiarygodność  filmu.

„WERDYKT” (reż. Sidney Lumet)

Paul Newman w "Werdykcie"

Paul Newman w „Werdykcie”

Życie Franka Galvina, starzejącego się adwokata, dawno już utknęło w martwym punkcie. Swoją samotność, bezsilność i frustrację topi w alkoholu. Stopniowo zatraca własną godność i resztki szacunku – nawet w stosunku do samego siebie. Całe dnie spędza w okolicznym barze, pijąc z przygodnymi ludźmi i walcząc z „jednorękimi bandytami”. Liczba spraw, które prowadzi nie jest zbyt imponująca: jedna na kilka miesięcy. Jego biuro adwokackie przypomina mu już tylko o świetniejszej przeszłości.
W roli Franka występuje Paul Newman – aktor, którego niepospolitą aparycję i pewien arystokratyzm bycia eksponuje się skwapliwie w każdym filmie z jego udziałem. W obrazie Sidney’a Lumeta natomiast, trzeba było raczej ten gładko-elegancki image zamienić w jego przeciwieństwo – tak aby odpowiadało to postępującej degradacji psychicznej i fizycznej jakiej ulega grana przez niego postać. Zmęczona twarz, przygarbione plecy, siwe włosy w nieładzie, dreszcze spowodowane alkoholowym głodem i napadami lęku… Wszystko to dzięki Newmanowi nosi cechy niewątpliwego autentyzmu. Nie sposób zapomnieć tej kreacji. Pamięta się ją – biorąc pod uwagę poczet ekranowych alkoholików – na równi z wystąpieniem Alberta Finney’a w „Pod wulkanem”, czy Mickey’a Rourkego w „Bar Fly”.
Frank staje przed ostatnią szansą zachowania swej godności, wydźwignięcia się z upokarzającej stagnacji i marazmu. Przyjaciel podsuwa mu sprawę dotyczącą lekarskiego zaniedbania, które doprowadziło pewną młodą kobietę do stanu śpiączki. Z początku wydaje się, że będzie to sprawa raczej rutynowa i formalna – Galvin rezygnuje z oficjalnego przewodu w zamian za jednorazowe (blisko ćwierć miliona dolarów) odszkodowanie dla rodziny ofiary, sam zadowalając się jego trzecią częścią. Lecz oto ma miejsce coś, czego nie mógł przewidzieć nawet Frank. Widząc nieprzytomną, wegetującą dziewczynę, Galvin przeżywa szok. Być może sam, do pewnego stopnia, identyfikuje się z ofiarą pozbawioną  wszelkiej władzy nad swoim ledwie tlącym się życiem. Rzuca wyzwanie nie tylko szanowanym dotychczas lekarzom oraz kościelnej instytucji, będącej gospodarzem szpitala – ale także i własnym słabościom, lękom i nałogowi.
Jako reżyser pamiętnych „Dwunastu gniewnych ludzi”, Sidney Lumet bardzo dobrze radzi sobie z budowaniem napięcia i sądowej dramaturgii, zaś jako twórca „Sieci” – potrafi obdarzyć postaci filmu prawdziwym nerwem, czyniąc z nich ludzi z krwi i kości, których tragizm nie może pozostać nam obojętny. Oczywiście, zasługa w tym również Davida Mameta, jednego z najbardziej uzdolnionych (i najpopularniejszych) współczesnych dramaturgów amerykańskich, flirtujących z filmową muzą.

„HAMBURGER HILL”  (reż. John Irvin)

"Hamburger Hill"

„Hamburger Hill”

To jak bardzo różniły się od siebie filmy o Wietnamie, może świadczyć o tym, że każdy z nich obarczony był a priori jakimś metaforycznym konceptem. Chcąc powiedzieć „prawdę” o tamtej wojnie, uciekały się do form, które zamykały je w obrębie pewnej sztuczności. Tak było z wizyjno-halucynerskim „Czasem Apokalipsy” Coppoli, z moralitetowym „Plutonem” Stone’a, wydeliberowanym „Full Metal Jacket” Kubricka, rozśpiewanym „Hair” Formana, socjologiczno-obyczajowym „Łowcą jeleni” Cimino, czy na poły kryminalną przypowieścią „Ofiary wojny” De Palmy.
Film Johna Irvina także wchodzi na specyficzne tereny, zbliżając się nieco do kombatanckiej klasyki typu „Piaski Ivo Jimy”, niemniej jednak odkrywa prawdę o Wietnamie w bardziej bezpośredni sposób, nie siląc się nawet (lub wyrażając po prostu niemoc) na zajęcie własnego stanowiska co do zasadności i sensu tamtej wojny. „Hamburger Hill”, przedstawiając żołnierzy w morderczym boju, w sposób bezpośredni i realistyczny daje nam obraz bitewnego piekła, w którym ludzie usiłują dociec racjonalnych przesłanek i sensu przelewania krwi dosłownie za kupę błota.
Epizod do jakiego nawiązuje film, jest prawdziwy. 10 maja 1969 roku odział amerykańskich żołnierzy dostaje rozkaz zdobycia wzgórza Dong Ap Via, okupowanego przez Wietnamczyków. Przez następne 10 dni Amerykanie przypuszczają 10 ataków na wzgórze, odnosząc przy tym 70% strat w ludziach. W tym czasie lotnictwo dokonuje 272 nalotów na znajdujące się na wzgórzu pozycje Wietnamczyków, zrzucając przy tym 600 tys. ton bomb (w tym 80 ton napalmu). Przy jedenastej próbie ataku na bunkry, marines zdobywają szczyt. Po miesiącu opuszczają go jednak, a na ich miejsce ponownie wchodzą Wietnamczycy.
Film właściwie nie posiada wyraźnego wątku. Tworzą go odizolowane od siebie sceny, w których żołnierze – w przerwach między morderczymi szturmami – wikłają się w dyskusje, deklaracje, konflikty (również na tle rasowym)… Z tego też powodu „Hamburger Hill” wydaje się filmem nieco przegadanym – tak, jakby scenarzysta chciał ogarnąć w dialogach każdy aspekt tamtej wojny i dokonać polityczno-społecznej analizy całego konfliktu – za jednym zamachem i w jednym filmie. Jednakże po latach, patrząc z dystansu na „Hamburgerowe Wzgórze”, nabiera to wszystko innego wydźwięku. Mniej już mamy pretensji o to, że owa analityczność rozbija nieco dramaturgiczny porządek filmu, a zaczynamy doceniać to, że jednak rozszerza nam to optykę w spojrzeniu na tamtą wojnę, naświetlając ją bardziej wielostronnie i chyba prawdziwiej niż reszta obrazów zajmujących się tym samym tematem.

„LADY SINGS THE BLUES” (reż. Sidney J. Furie)

Diana Ross jako Billie Holiday w "Lady Sings the Blues"

Diana Ross jako Billie Holiday w „Lady Sings the Blues”

Jak większość filmowych biografii muzycznych, „Lady Sings the Blues” jest interpretacją życiorysu artysty, bardziej lub mniej dyskretnie wykorzystującą licentia poetica. Ktoś zauważył, iż życie Billie Holiday wyglądało tak, jakby napisał je Dostojewski. W wieku 10 lat została zgwałcona przez sąsiada. Wkrótce oddano ją do poprawczaka. Przez jakiś czas – po przeprowadzce z Baltimore do Nowego Jorku – mieszkała w domu znajomych matki, pracując jako sprzątaczka. Wkrótce trafiła do burdelu. Za uprawianie prostytucji zamknięto ją w więzieniu. W początkach lat 30-tych zaczęła śpiewać w jednym z nocnych klubów Harlemu. W połowie tej dekady była już sławna. Niestety, w latach 40-tych, wraz z artystycznym uznaniem i nagraniami, które ujawniły jedną z największych śpiewaczek jazzu swojej epoki, uzależniona od heroiny Billie, ulegała stopniowo autodestrukcji. Narkotyki zabiły ją gdy miała 44 lata.
Niewielu śpiewaków w historii muzyki zdołało osiągnąć jej głębię emocjonalnego zaangażowania i tak wielką złożoność interpretacji, często nawet banalnego materiału. Billie Holliday była zarówno krucha, jak i gorąca; subtelna, jak i wyzywająca. Ta dlatego, gdy śpiewała, raz przypominała buntowniczkę, innym zaś razem ofiarę. Jak ktoś sugestywnie to ujął: „śpiew Billie jest jak atłas, na który padają krople kwasu”. Ból i lęk wydobywają się z samego dna jej duszy, nasycając jej muzykę niepokojącą intensywnością i gorzkim liryzmem.
Wielu zdumiało się aktorskim debiutem Diany Ross, pupilki wytwórni Motown, gwiazdy muzyki popowej i rhythm and bluesowej. Nie dawano wiary, że może ona tak dogłębnie oddać tragizm i złożoność postaci Billie Holiday. Jednak, dosłownie już od pierwszych scen, podobne wątpliwości znikają. Interpretacja Diany jest przejmująca, odkrywcza, ale i naturalna. I choć nie usiłuje ona imitować Billie (a szczególnie jej śpiewu), to jej kreacja staje się na naszych oczach jakby hołdem złożonym jej osobowości, cierpieniu, wrażliwości, subtelności i pasji. Diana nie śpiewa jak Billie Holiday, ale też nie śpiewa jak Diana Ross z „The Supremes”, którą wszyscy znamy. Słyszymy natomiast jakiś trzeci rodzaj wokalnego artyzmu – to właśnie on jest hołdem dla legendarnej śpiewaczki. (Warto tu wspomnieć, że sama Billie Holiday powiedziała kiedyś: „If I’m going to sing like someone else, then I don’t need to sing at all.”)
Zwolennicy ściślejszego przystawania filmowej fabuły do faktów biografii Billie Holiday, mieli jednak za złe twórcom filmu, że zbyt lekko potraktowali pewne aspekty jej życiorysu. Zignorowano np. jej kontakty z wielkimi muzykami ówczesnego jazzu, takimi jak Count Bassie, Artie Shaw, Benny Goodman, John Hammond, Lester Young… A przecież były one niezmiernie ważne dla jej artystycznej ewolucji, a tym samym i dla niej samej. Dopełniały jej osobowość, nierozerwalnie związaną z muzyką jazzową. Nic nie wspomina się także o jej małżeństwie z Jimmy’m Monroe. Zamiast tego uromantycznia się jej związek z Louisem Mc Kay, nałogowym hazardzistą – czego zresztą w filmie zbytnio się nie podkreśla, idealizując jego miłość i oddanie dla naszej bohaterki.
Myślę, że „przeoczenia” te były popełnione jak najbardziej świadomie. Najprawdopodobniej po to, by uprościć melodramatyczny wątek. Wydaje się, że poddano obróbce życiorys Holiday, by uczynić go bardziej „przyswajalnym” dla tzw. „szerokiej” publiczności, innymi słowy: by zaspokoić popularne gusta. Dość istotną rolę odegrały tu zapewne wymogi komercyjne. A jednak wzbraniałbym, się dyskredytować z tego powodu film Sidney’a J. Furiego. Bowiem i tak zalety biorą w nim górę nad (nie tak znów znacznymi) przypadłościami, a zetknięcie się z tym obrazem – i z towarzyszącą mu muzyką – może stać się dla nas wyjątkowym doświadczeniem.
*

Advertisements

Odpowiedzi: 44 to “„WYBÓR ZOFII”, „TRIUMF DUCHA”, „FILADELFIA”, „WERDYKT”, „HAMBURGER HILL”, „LADY SINGS THE BLUES” (z filmowego archiwum)”

  1. Simply Says:

    w ,,Pod Wulkanem” grał Albert Finney, nie Peter Finch. A ja statystowałem w ,,Triumfie Ducha” :D

    ,,Lady Sings the Blues” nie widziałem, ale przy oryginalnym wykonaniu ,,Strange Fruit” wymiękam za każdym razem. Pamiętam, jak Sting się z tym mierzył i moim zdaniem poległ – jakoś tak płasko mu to wyszło – ale śmiałości mu odmówic nie sposób, to na prawdę trudny numer, takich emocji nie idzie chyba zagrac, nie wiem…

    Sidney.J.Furie to ciekawy , wszechstronny i nie pozbawiony oryginalnosci reżyser. Zrobił dośc niekonwencjonalny, obłędnie sfotografowany przez Russella Metty’ego western z Marlonem Brando ,,Appaloosa”, całkiem łebski horror ,,Entity”, gdzie Barbara Hershey jest regularnie gwałcona przez niewidzialną istotę niewiadomego pochodzenia i podobno rewelacyjny, bardzo realistyczny film o Wietnamie ,,Chłopcy z Kompanii C”, na który poluję – dokładnie w stylu póżniejszego ,,Hamburger Hill”.

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście w „Pod wulkanem” grał Albert Finney (już poprawiłem). Nie wiem dlaczego wcisnął mi się zamiast niego Peter Finch – może dlatego, że kiedy pisałem notę o „Werdykcie” Lumeta przypomniał mi się inny znany film tego reżysera, a mianowicie „Sieć”, w którym zagrał właśnie Finch (nota bene dostał za to wystąpienie Oscara).

      Billie Holiday jest nie do „podrobienia” (dlatego Diana Ross nawet tego nie próbowała – stworzyła własna wersję Bille). Nie wiem, czy Sting poległ śpiewając „Strange Fruit”? Ja Stinga w tym klimacie lubię – przypomina mi się tutaj np. „Sister Moon” z albumu Stinga „Nothing Like the Sun”, który uwielbiam.

      * * *

      Niestety, „Chłopców z Kompanii C” nigdy nie udało mi się obejrzeć – mimo, że Wietnam w kinie kiedyś bardzo leżał mi na sercu (swego czasu napisałem coś w rodzaju monografii dotyczącą tego tematu – opublikował ją miesięcznik „KINO” pod tytułem „Od zielenie beretów do wioski My Lai – losy wątku wietnamskiego w kinie amerykańskim”).
      Swoją drogą ciekaw jestem kiedy ktoś nakręci film o wojnie w Afganistanie – ale pewnie się nie doczekam, bo pewnie niewielu widzów taki obraz chciałaby obejrzeć.

      PS. Zaintgrygowałeś mnie tym statystowaniem w „Triumfie ducha”… ;)
      Jak to wyglądało?

  2. Simply Says:

    Tylko parę dni zdjęciowych na Kazimierzu w Krakowie… klasyczne ,,robienie tłoku” : kapota prosto z naftaliny, gwiazda Dawida na rękaw, sfilcowany kapelusz na głowę, walizka w dłoń i dawaj całą bandą przez trzy czy cztery duble. Potem gromadzenie się tłumu w synagodze. Nieco większy, zahaczający o epizod udział mam w scenie walki na ringu ( jeszcze przed wojną ). Jestem jednym z amerykańskich reporterow : dwurzędowa, trochę za duża marynara, kapelusz fedora i oldskulowy aparat z lampą, zaladowaną na kilkanaście fleszy. Gdy Dafoe nokautuje przeciwnika, a Robert Loggia podskakuje w pierwszym rzędzie – wpadamy na ring i trzaskamy foty.

    Dafoe mi strasznie zaimponował – scena tej walki trwała jakieś pól minuty – 40 sekund, a on od wczesnego przedpołudnia aż do zdjęc ( jakoś około czwartej) non stop sparringował na ringu z partnerem, choc widac było od razu, że choreografię pojedynku mają przepracowaną co do taktu : żadnych zmian nie wnosili, cały czas cwiczyli ten sam układ ( były jakieś problemy logistyczno-sprzętowo-WTFakerskie, to siedzieliśmy pół dnia obserwując profesjonalizm totalny ). Zdjęcia robił Curtis Clark – operator ,,Kontraktu Rysownika” Greenewaya.
    A najzabawniejsze jest to, że ja tego filmu nigdy nie oglądałem, i nawet nie wiem, czy mnie wycięli, czy jestem :D

    Zmieniając temat, szukam też takiego mało znanego filmu o Wietnamie ,,Go and tell Spartans” Teda Posta z Burtem Lancasterem z 1978 – ten sam rok, co ,,Łowca…” i ,,Powrót do domu”. Ciekawe, co to warte. Post to taki średniak, chociaż sequele do ,,Planety Małp” i ,,Brudnego Harry’ego” w miarę mu wyszły. A poza tym, w tych latach dziadostwa nie kręcono w tym temacie. ,,Gości” Kazana też by pasowało przypomniec.

    Film o Afganie? Tym obecnym? Były jakieś akcyjniaki, ale na takie demaskatorsko-interwencyjne kino, jak kiedyś o Wietnamie, to ciężko liczyc. Teraz wojna na ekranie ma wyglądac jak robota dla zawodowców, a nie dla refleksyjnych ciekawskich, chcących ogarnąc całosc, jak kpt. Willard.

    • Logos Amicus Says:

      Ciekawe (chodzi mi o plan zdjęciowy „Triumfu ducha”). Dafoe może imponować. To prawda – ten aktor gra niejako wbrew własnym warunkom fizycznym. Jest niski, bardzo szczupły – a jednak wyróżnia się z tłumu choćby… twarzą ;) choć nie wiem, czy zwróciłbym na niego uwagę na ulicy, gdybym go nie znał.
      Również zetknąłem się z nim parę razy osobiście. Ostatnio z okazji amerykańskiej premiery „Antychrysta” w Chicago, na której udało mi się być obecnym. Po projekcji odbyło się z nim spotkanie – bardzo bezpośredni facet, widać że mu gwiazdorstwo do łowy nie uderzyło.

      * * *

      Filmu Posta o Wietnamie nie widziałem. Z tego co wiem reżyser ten specjalizuje się w filmowych serialach – sprawia wrażenie niezłego rzemieślnika.

      Wojna w Wietnamie spowodowała w kinie niezły ferment. Nie wyobrażam sobie, aby to samo mogła zrobić ta w Afganistanie. Bo jest to wg mnie wojna nie tylko cyniczna, polityczna i biznesowa, ale i taka… techniczna, płaska i skorumpowana jak łapówki dla rządu Karzaja. Tam właściwie nie walczą żołnierze, tylko kokoszą się kontraktorzy.

      * * *

      Przy okazji, znalazłem w sieci coś ciekawego (może Cie zainteresować – może zobaczysz w tym dokumencie siebie? ;) ):

      • wired Says:

        Oto co dzisiaj wyszło na jaw (a propos łapówek dla Karzaja):

        Word that the CIA gave Afghan President Hamid Karzai’s office tens of millions of dollars in cash over a decade is a weird blend of shocking and entirely unsurprising. After all, when it comes to dollars, Karzai made his goals pretty clear as far back as December 2008.
        The New York Times reported Monday that the CIA dropped suitcases, backpacks and shopping bags full of money for Karzai in a bid to purchase influence. The cash instead helped fuel Afghanistan’s raging corruption epidemic and empowered warlords, the Times said.
        „The biggest source of corruption in Afghanistan,” one American official said, „was the United States.” (Karzai recently said that, too.)

        Całość tutaj:
        http://news.yahoo.com/blogs/ticket/karzai-ghost-money-warned-us-2008-161728884.html

  3. Pola Says:

    Film „Wybór Zofii” mi się podobał, wzruszył choć rzeczywiście, jednocześnie po jego obejrzeniu poczułam pewien niesmak. Bo z niego naprawdę wynika jakby pomysł eksterminacji Żydów zrodził się wśród Polaków – co gorsza wśród polskiej inteligencji – naszej elity. To ojciec Zofii – profesor UJ mówi o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej. W filmie jest to przedstawione tak jakby był to jego autorski program, co sugeruje, że Polacy popierali nazistów w tym temacie. Myślę, że to trochę niesprawiedliwe i wprowadzające w błąd. Oczywiście, żaden film nie ma obowiązku być całkowicie zgodny z faktami, może być fikcją lub zupełnie subiektywnym podejściem reżysera, aczkolwiek pewne prawdy historyczne muszą zostać zachowane. A wrzucenie pomysłu eksterminacji w usta polskiego profesora jest nadużyciem, bo założę się, że takie pomysły nie pojawiały się wtedy wśród polskich uczonych. Na taki pomysł wpadli przecież naziści. To przekręcanie historii, wiedząc zwłaszcza skąd Amerykanie czerpią swoją wiedzę historyczną. Dla nas jest to oczywiste, ale dla reszty świata niekoniecznie. Wkurza mnie, że takie filmy utrwalają fałszywe i krzywdzące opinie o nas jako antysemitów. Nie należę do przewrażliwionych pseudopatriotów i nacjonalistów, którzy oburzają się gdy tylko pojawi się jakaś negatywna opinia o Polakach, ale to było przegięcie, choć nie wydaje mi się, żeby reżyser zrobił to celowo. Ale tak wyszło.

    • Robert Says:

      A nie zauważyłaś, że główną bohaterką tego filmu jest Polka i jest przedstawiona w sposób jak najbardziej pozytywny? Jest kobietą, która stara cieszyć się życiem, mimo traumatycznych przeżyć i dodatkowo obdarzona jest takim urokiem, że rozkochuje w sobie kogo chce. Twoim zdaniem taki widz z USA zapamięta z całego filmu tylko tego profesora (postać epizodyczną), a głównej bohaterki nie?

      • Pola Says:

        Nie twierdzę, że to jedyne co amerykański widz zapamięta. Zofia jest zdecydowanie pozytywną bohaterką. Ale chodzi mi o scenę, kiedy jej ojciec prowadzi wykład na uniwersytecie i głosi, że jedynym rozwiązaniem kwestii żydowskiej jest – eksterminacja. Jego wypowiedź zaś nie spotyka się ze sprzeciwem. Scena ta budzi we mnie pewien niesmak. Sugeruje ona, że część polskiej inteligencji miała podobną wizję co do przyszłości Żydów, jak naziści. Nie tylko nie bronili ludności żydowskiej, nie tylko nie współczuli im, ale sami inicjowali i podsuwali takie pomysły, popierali hitlerowców. A to już przesada. Zresztą Nathan w chwilach furii też ma o to do niej pretensje, zwraca się do niej pogardliwie nazywając „polską ..(coś tam)” jakby przypisywał Polakom część winy za to co spotkało jego naród. Naprawdę, nie staram się na siłę znaleźć zaczepki, „jak to znowu niesprawiedliwie oceniają nas inne kraje”, ale takie po prostu takie odniosłam wrażenie – trochę przesadzili – nie ujmując oczywiście klasy filmowi.

        • Robert Says:

          Ale czy użycie słowa „antypolski” było zasadne? Czy sądzisz, że Alanem Pakulą kierowała nienawiść do Polaków i chęć pognębienia ich, gdy decydował o wyglądzie tej sceny? Według mnie chciał raczej pokazać, że 1) Żydzi mieli przerąbane jeszcze bardziej niż się niektórym wydaje, bo i w kraju ich zamieszkania byli tacy, którzy by ich jeno na rzeź posłać chcieli, oraz 2) Zofia, mimo bycia córką takiego człowieka, nie ma w sobie żadnych uprzedzeń. I dlatego, choć rozumiem, że ta scena wywołała w tobie niesmak, nie zgadzam się na nazywanie filmu antypolskim.

          PS Ty chyba nie uważasz, że wśród ówczesnej inteligencji polskiej nie było antysemitów?

      • Pola Says:

        Nie, nie nazwałabym go filmem antypolskim. Nie uważam żeby był on wymierzony w Polaków ani, że celem Alana Pakuli było pognębienie nas (zresztą scenariusz powstał na podstawie książki). Przede wszystkim relacje polsko-żydowskie nie są tematem tego filmu, bo w “Wyborze Zofii” chodzi głównie o pokazanie próby ułożenia sobie życia po traumatycznych przeżyciach, czy to w ogóle jest możliwe i to przez dwójkę takich wypalonych wykolejeńców, tkwiących w trochę masochistycznym związku. Ale gdzieś tam przewija się ten stosunek Polaków do Żydów, może dla innych nacji jest to niezauważalne, ale ja jestem Polką, więc to oczywiste, że zawsze zwracam na to uwagę, gdzieś tam staram się wyłuskać jak nas inni postrzegają. Choć Zofia jest pozytywną bohaterką i nie reprezentuje antysemickich poglądów, to ona właśnie jawi się jako taki wyjątek-wiesz jedna z niewielu wrażliwych osób w narodzie, która współczuje Żydom(ale nawet ona nie bierze ich w obronę, nawet przed swoim ojcem, brak jej odwagi, zawsze jest pod czyimś wpływem najpierw ojca, później Nathana).
        Zdaję sobie sprawę, że antysemityzm pojawiał się wśród polskiego społeczeństwa nawet wśród inteligencji, ale nie wydaje mi się żeby któryś polski prof. zwł. UJ wprost głosił unicestwienie Żydów. Myślę, że nawet jeśli nie przepadali za Żydami, zazdrościli im bogactwa to jednak wizja eksterminacji całego narodu również ich przerażała. Więc to mi się nie podobało + to, że ton Nathana zawsze gdy mówił coś o polskości był oskarżycielski. Podsumowując, choć nie uważam, że film był antypolski, to jakbym miała ocenić jaki obraz Polaków wyłania się w nim to raczej – niestety negatywny.

        • Adam Says:

          Na pewno ten film nie jest antypolski. Nie chodzi już o to, czy prawdą jest, że eksterminacja Żydów to pomysł Polaka, Niemca, czy osoby innego pochodzenia. Wydaję mi się, że w filmie jest bardzo mocno podkreślona złożoność relacji niemiecko-polsko-żydowskich w czasie wojny. Moim zdaniem w filmie jest bardzo wyraźnie podkreślony fakt, że żaden naród nie jest całkowicie czarny lub całkowicie biały. Złego Polaka reprezentuje ojciec Zofii, jednak główna bohaterka (Polka!) czuje wstyd za niego i nie zgadza się z jego poglądami, współczuje Żydom i nie chce ich śmierci. Pojawiają się także dobrzy i źli Niemcy (młoda Niemka, córka Hoessa i Niemiecki żołnierz stawiający Zofię przed wyborem). Myślę, że moje przykłady są odpowiednimi argumentami w tej dyskusji. Uważam, że ten film nie jest antypolski, a wręcz przeciwnie, pokazuje, że wszyscy są równi: Żydzi, Polacy, Niemcy.

          Dodam jeszcze na koniec, że na pewno jest to lepszy film pod tym względem niż „Lista Schindlera”. Jeśli chcecie oskarżać któryś film o antypolskość to jest to świetny kandydat. W filmie tym, w przeciwieństwie do „Wyboru Zofii” role są podzielone: źli, nienawidzący i cwaniakujący Polacy, okrutni Niemcy, z wyjątkiem Schindlera oraz nieskazitelni Żydzi.

        • Logos Amicus Says:

          Ciekawa dyskusja – jak widzimy zawsze rozmowy na ten temat wracają do tych samych wątków – problemu winy i kary w obliczu niewyobrażalnej zbrodni, jaką był Holocaust.
          „Wybór Zofii” widziałem dawno temu, ale nie pamiętam, bym zwrócił wtedy uwagę na jakieś akcenty antypolskie – jeśli takowe były. Natomiast miałem kilka zasadniczych zastrzeżeń wobec „Listy Schindlera”, ale nie chcę już teraz do nich wracać.

    • sarna Says:

      „bo założę się, że takie pomysły nie pojawiały się wtedy wśród polskich uczonych. Na taki pomysł wpadli przecież naziści” – jesteś pewna? Ja bym za to nie ręczyła. Znasz przypadek ks. Maksymiliana Kolbe? – on zanim trafił do obozu był zagorzałym antysemitą i nawoływał do antysemityzmu w swoich artykułach. Polska Inteligencja nie była niestety wolna od zawiści i nienawiści do narodu żydowskiego. Powstanie w getcie Warszawskim było probierzem człowieczeństwa i wspaniałym świadectwem dla wielu Polaków – niestety dla wielu nie (w szeregach AK by kwiat polskiej inteligencji, ale w historii antysemityzmu Polu, zapisał się on nie tylko chlubnymi zgłoskami).

      • Pola Says:

        A widziałaś dowody „zagorzałego” antysemityzmu Ojca Kolbego? Proszę o dowody. Często niestety powtarzamy czyjeś opinie bezkrytycznie, bez żadnego ich sprawdzenia. Dajemy się zmanipulować. A nagonkę można rozpętać nawet przeciw zacnemu człowiekowi – jeśli tylko komuś to potrzebne.

        • sarna Says:

          Pola, jestem daleka od piętnowania kogokolwiek, a już szczególnie od dyskredytowania pozytywnych bohaterów, których w dzisiejszych czasach tak brak – wszytko jest jakieś takie miałkie i skalkulowane na opłacalność.
          Nie widziałam naocznie dowodów na antysemityzm Kolbego, tak jak i zapewne Ty nie widziałaś dowodów na jego niewinność. Możemy polegać na dostępnych źródłach historycznych, opiniach ludzi, którzy je badają. Jednymi z nich są zachowane wydania „Rycerza Niepokalanej”, gdzie (ponoć, a i za pewne skoro się na nie powołują różne źródła) są świadectwa niezbyt pochlebnie świadczące o stosunku Kolbe do narodu Żydowskiego. Błądzenie jest właściwe ludzkiej naturze, ważne by umieć się do nich przyznać i podjąć trud naprawienia win. M. Kolbe zachował się w pamięci większości ludzi, którzy o nim słyszeli bardzo pozytywnie i dobrze, wszak późno, ale dostrzegł czym się kończy nawoływanie do antysemityzmu. Należy to uszanować, ale nie powinniśmy bać się rozmawiać o niewygodnej prawdzie historycznej.Nic nie jest do końca takie jednoznaczne – białe lub czarne. Do niczego mi nie jest potrzebna nagonka na M. Kolbe, nie jest moją intencją podkopywanie Twojej wiary w Niego …. kiedyś, na stronach tego bloga bywała piękna Osobowość – Defendo. Swoją uwagą o M. Kolbe zmusiła mnie do spojrzenia na Niego pod innym kątem. To w niczym Go nie dyskredytowało, mimo, że obnażało ludzką słabość i niedoskonałość-wszak był tylko i aż Człowiekiem.

        • Pola Says:

          Jeśli ktoś mnie oskarża o antysemityzm to musi to udowodnić. Ja wcale nie muszę udowadniać tego, że nie jestem antysemitką. To samo dotyczy Ojca Kolbego.
          Czekam na dowody tego, że Kolbe był „zagorzałym” antysemitą (i nie mówimy to o zrozumiałej chyba w tamtym czasie niechęci do „innowierców” – i nie mieszajmy tej niechęci z antysemityzmem, zwłaszcza tym, który doprowadził do zagłady europejskich Żydów dokonanej przez faszystowskie Niemcy, bo to byłoby grube nadużycie).
          Podaj choć jeden przykład słów Maksymiliana Kolbego, świadczących o jego „zagorzałym” antysemityzmie. (I nie interesują mnie tutaj, w tej chwili, „interpretacje” czy „opinie” innych, zinterpretować „po swojemu” można dosłownie wszystko.

        • sarna Says:

          Wolne żarty – chyba jesteś przewrażliwiona na swoim punkcie albo nie potrafisz czytać ze zrozumieniem. W którym niby miejscu oskarżam Cię o antysemityzm?

        • Pola Says:

          Sarna: „Nie widziałam naocznie dowodów na antysemityzm Kolbego, tak jak i zapewne Ty nie widziałaś dowodów na jego niewinność.”

          Tu nie chodzi o mnie (więc nie siebie miałam na myśli), tylko o Maksymiliana Kolbego.
          Jeśli się oskarża kogoś o antysemityzm (tak jak Ty oskarżyłaś O. Kolbego), to trzeba ten jego antysemityzm (zwłaszcza „zagorzały”) udowodnić (np. zacytować jego antysemickie wypowiedzi, antysemickie teksty jego autorstwa, a nie opierać się na czyichś „opiniach”).

          Nie musi się udowadniać tego, że się nie jest antysemitą.

        • sarna Says:

          „jeśli ktoś mnie oskarża o antysemityzm to musi to udowodnić” – z podkreśleniem na „mnie”
          „Tu nie chodzi o mnie” – z podkreśleniem na „nie o mnie”
          :)) Ty sama wiesz o co Ci chodzi?
          Nie leń się, o materiał do lektury w tym temacie nawet w internecie nie tak trudno, wygooglaj sobie coś, a najlepiej skocz do biblioteki po lekturę o powstaniu w getcie, ja podtrzymuję swoje „ja bym nie ręczyła”.
          Jeśli hasła o miejscach tylko dla Polaków, wykluczających możliwość bywania tam Żydów jako pełnoprawnych obywateli nazywasz niechęcią do innowierców to winszuję poczucia humoru, zwłaszcza w kontekście tego, co nastąpiło później – smutne.

        • sarna Says:

          Pola, jeszcze mała prośba, rozwiń proszę swoją myśl ” i nie mówimy to o zrozumiałej chyba w tamtym czasie niechęci do “innowierców” – co rozumiesz przez zrozumiałą …?

        • Pola Says:

          Niestety, wygląda na to, że to Ty się lenisz, bo do tej pory nie przedstawiłaś żadnego tekstu Kolbego, który by dowodził tego, że był on „zagorzałym” antysemitą. (Ja na takie się nie natknęłam.)
          Przez „zrozumiałą w tamtym czasie” niechęć do innowierców miałam na myśli istniejący wówczas (i nie tylko wówczas) klimat niechęci ludzi jednej „wiary” wobec innej, obcej „wiary” – np. niechęć katolików do Żydów, której jeszcze nie można utożsamiać z antysemityzmem (tak, jak niechęć członków jednej partii do drugiej nie jest czymś co z konieczności musi prowadzić do pogromów).

        • sarna Says:

          Ot choćby pierwszy z brzegu artykuł w temacie : http://www.harmeze.franciszkanie.pl/index1.php?zm=144
          Pola,zamiast się zaperzać -poczytaj troszkę. Dowiesz się czym kierowali się naziści np.przy wyborze lokalizacji obozów koncentracyjnych wybierając na ten cel głównie tereny naszego kraju. Zapewne się zdziwisz, ale bardziej niż logistyką kierowali się przyzwoleniem polskiego społeczeństwa na antysemityzm.
          Sorry, ale nie odpowiada mi sposób Twojej rozmowy, zatem dobranoc

      • Rozmysł Says:

        W swoim liście z 15 lipca 1935 r. Maksymilian Kolbe napisał: „Mówiąc o Żydach bardzo bym uważał na to, żeby czasem nie wzbudzić, albo nie pogłębić nienawiści do nich w czytelnikach i tak już nastrojonych do nich czasem nawet wrogo. Na ogół więcej bym się starał o rozwój polskiego handlu i przemysłu niż piętnował Żydów”

        • sarna Says:

          Rozmysł, a w jakim okresie Kolbe to napisał?
          Wydawany przed wybuchem II wojny św. przez M. Kolbe „Mały Dziennik” miał w tamtym okresie charakter najbardziej nacjonalistycznego i antysemickiego pisma. Nie mnie się kłócić z faktami, ale będzie mi miło jak udowodnisz, że to fałszywe twierdzenie.

        • Rozmysł Says:

          W jakim okresie Kolbe to napisał?
          Przecież podałem dokładną datę: 15 lipca 1935 roku. A więc w czasie kiedy startował „Mały Dziennik”. Kolbe nie był redaktorem naczelnym tego pisma. Zresztą, wyjechał w tym czasie do Japonii.
          Jakiego rodzaju antysemityzm panował w „MD”?
          Dowiesz się tego, kiedy przeczytasz artykuł, do którego sama podałaś link:

          http://www.harmeze.franciszkanie.pl/index1.php?zm=144

          Zrównywanie tej niechęci do Żydów (to prawda, dążącej do ukrócenia/zmniejszenia/wyeliminowania ich wpływów na życie kraju) z polityką niemiecką, która sfinalizowała się Holocasutem, jest nie tylko nadużyciem, ale i pewną niegodziwością.

          Na ówczesny antysemityzm Polaków (niewątpliwie obecny w Polsce) trzeba jednak popatrzeć w kontekście XX-lecia międzywojennego a nie zbrodni dokonanej przez Niemców na Żydach w czasach II wojny światowej.

        • sarna Says:

          Rozmysł, okres to termin szerszy niż data,nie był redaktorem naczelnym, ale co to zmienia skoro był jednym z redaktorów i czynnie uczestniczył korespondencyjnie w tworzeniu dziennika?

          Słowo wyjaśnienia, bo widzę że sytuacja się zapętliła i przypisuje mi się coś czego nie twierdzę, a nie twierdzę, że Kolbe i niechęć do Żydów w tamtym okresie = polityka niemiecka w kwestii eksterminacji Żydów. Powiedziałam, że nie można wszystkiego gładko tłumaczyć „niewinną” niechęcią, zwłaszcza gdy patrzy się z naszej perspektywy historycznej, bo z pozoru „niewinna” niechęć jest przyczynkiem do przymykania oka na niegodziwość innych. Swoją drogą Niemcy rozwiązywali wówczas problem żydowski w Polsce, co znajdowało w naszym narodzie ciche poparcie i o tym też się mówi w literaturze. Uważam, że należy reagować na nietolerancję, a tym wg mnie jest np. „niewinny” zapis w artykule (z linku) „Wzorem innych środowisk Mały Dziennik popierał rozwiązanie kwestii żydowskiej przez masową emigrację Żydów, uznając ją za jedynie godny sposób rozwiązania tej sprawy bez wstrząsów”. Ludzie musieli opuszczać domy i wyjeżdżać bo ich do tego zmuszał ostracyzm ze strony polskiego społeczeństwa, a TY nie widzisz w tym nic niegodziwego. Polak brzydził się niegodnego go handlu, ale winien był Żyd, który się nie brzydził i czerpał z niego zyski. Polska magnateria przehulała majątki zastawiając je u Żyda, ale winien był Żyd, bo nie szastał kasą tylko ją ciułał. Oj Rozmysł, chciałabym by nasz naród był bardziej kryształowy, by nie miał w swojej historii takich brzydkich ogonów, ale niestety nie jest. Zapewne podoba Ci się rozwiązanie wynikłe z układu w Schengen? Polacy ruszyli w świat za chlebem tak jak kiedyś naród Żydowski, zakładają w innych krajach swoje domy i rodziny, ale ostatnio nie są tam mile widziani, bo zabierają miejsca pracy swoim, zaczynają doświadczać tego, co spotkało kiedyś Żydów w naszym kraju. Tamtejszym mediom co jakiś czas wymsknie się „niewinna” głupota o Polakach, ale to szczegół, bo jak twierdzisz nie ma w tym nic złego i nie ma co się bać, ani oglądać w przeszłość, bo liczy się tylko tu i teraz i współczesna perspektywa, a historia jest tylko do czytania, a nie nauki i wyciągania wniosków.
          Otóż nie – moim zdaniem nie i nie zmienię go cokolwiek napiszesz ;)

        • sarna Says:

          Rozmysł, miałam nadzieję, że zdążysz mi odpowiedzieć, ale ponieważ przed nami kilka pięknych dni wolnego, a potem mam kilka wspaniałych tygodni urlopu, a więc i wolnego od kompa, mój come beck będzie miał miejsce za jakiś miesiąc, więc nie obraź się jeśli będę milczała gdy odpowiesz. W sumie, to mnie wsio rawno ( all the same) róbta co chceta-jakby rzekł guru co poniektórych, na szczęście nie mój

        • Logos Amicus Says:

          Chyba niepotrzebny jest ten spór. Przecież wszyscy się zgadzają, że w okresie międzywojenny (i nie tylko) antysemityzm w Polsce istniał – i był dość szeroko rozpowszechniony. Chodzi o to, by jednak tego antysemityzmu nie zrównywać z tym, co zrobili Niemcy z Żydami w czasie II wojny światowej. Bo stąd prosta droga do tego, by obwiniać Polaków o Holocaust – a niestety, to co się dzieje w ostatnich latach wskazuje na to, że ten absurdalny pomysł znalazł swoich popleczników, którzy właśnie do tego dążą. Co ciekawe, jest w tej grupie wielu Polaków. Czyżby i tutaj odezwała się w nas nasza skłonność do zalatującej masochizmem martyrologii?

          Z tego co widzę, ta rozmowa zaczęła się od oskarżenia Maksymiliana Kolbego o „zagorzały” antysemityzm. Mnie też się tak kiedyś wydawało, że był on „żarliwym” antysemitą, ale jednak z czasem, kiedy bliżej przyjrzałem się jego działalności, mój pogląd zrewidowałem.

          Charakterystyczne jest to, że słowa Kolbego przytoczone w tej rozmowie świadczą o jego rozsądnym podejściu do kwestii żydowskiej w międzywojennej Polsce, natomiast nie widzę żadnej jego wypowiedzi, która by świadczyła o jego „zagorzałym” antysemityzmie – a o taki dowód prosiła Sarnę Pola. (To chyba nie byłoby trudne, gdyby takie wypowiedzi Kolbego rzeczywiście istniały.)

  4. Darek Says:

    „Filadelfia” – film ten gdzieś zawsze przewijał się w moim życiu, gdzieś dawno temu, gdy jeszcze dziecięciem byłem.
    Wtedy nie oglądałem go z różnych powodów: a to rodzice nie pozwalali, a to późna pora, a to jeszcze nie było czasu. Jednak z perspektywy czasu cieszę się, że obejrzałem go tak późno. Gdybym obejrzał go dawno temu, pewnie wielu problemów nie potrafiłbym zrozumieć (dzisiaj też wielu nie rozumiem, ale film na swój sposób interpretuję), obrazu jako całości bym nie docenił. Na pewno jeszcze do niego wrócę. Zasłużony Oskar dla Toma Hanksa, dał popis aktorskich umiejętności.

    Nie sposób nie wspomnieć o kultowej piosence, która pojawiła się w soundtracku do tego filmu :)

    • Logos Amicus Says:

      Trzeba pamiętać, że film ten – z mocno zaznaczoną tezą – powstał jeszcze w latach, kiedy zarówno homoseksualizm, jak i naznaczenie chorobą (AIDS) stanowiło pewne społeczne tabu. Tym samym przecierał on niejako szlak ku bardziej liberalnemu, tolerancyjnemu postrzeganiu tychże kwestii przez tzw. „ogół” społeczeństwa. Co ciekawe, przychylnie przyjęli go nawet ci, którzy skądinąd zdecydowanie byli przeciwko tego rodzaju „zboczeniom”. Wielka w tym zasługa Toma Hanksa, dla którego rola w „Filadelfii” była pierwszą rolą naprawdę wielkiego formatu.

  5. Onibe Says:

    obejrzałbym Hamburger Hill – nie miałem tej przyjemności. Aczkolwiek tak jak już kiedyś wspomniałem, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że filmy o Wietnamie są raczej monotematyczne. Zapewne z punktu widzenia widza amerykańskiego jest to wartościowa monotematyczność…

    • Logos Amicus Says:

      Siłą rzeczy filmy o wojnie w Wietnamie są monotematyczne: bo dotyczą jednego tematu (wojny w Wietnamie ;) )
      Lecz mimo to, obrazy te bardzo się między sobą różnią – i choćby przez to nie grzeszą jednak monotonią. A przy tym są na tyle uniwersalne, że można je rozpatrywać nie tylko w kontekście konkretnej sytuacji polityczno-historycznej, ale i ogólnie – np. jako studium charakterologiczne, metaforę condition humaine, refleksję na temat wojny, agresji i zabijania. Tak więc – trudno mi się zgodzić z tym, że mogą być one postrzegane jako utwory wartościowe jedynie z amerykańskiej perspektywy (czy też wartościowe/ciekawe tylko dla amerykańskiego widza). Ja nie czuję się Amerykaninem, a zawsze był to temat, który mnie interesował, i który był dla mnie ważny (wydaje mi się, że od czasu, kiedy jako dziecko przeczytałem reportaż o masakrze w wiosce My Lai).

      • Onibe Says:

        chodzi Ci o ten reportaż, który został ilustrowany „pomylonym” zdjęciem? ;-)

        monotematyczność – chodziło mi o to, że wszystkie zdjęcia robione są na jedno kopyto. No, może z wyjątkiem „Dnia Apokalipsy” – oto z filmów o Namie wyłania się obraz ofiar, ofiar i jeszcze raz ofiar. To dziwne, ale opierając się na tych filmach możemy dojść do wniosku, że Nam to jakiś przypadek, że nie wiadomo czemu tam Amerykanie się wepchnęli, że Wietnamczycy to wioki w dużych kapelusza i parę innych rzeczy może i prawdziwych, ale stronniczo ulokowanych w obrazku. A przecież Wietnam to tylko jedna z bardzo, bardzo wielu wojen. Czemu próbuje się ją analizować w oderwaniu od głeboko zakorzenionej w człowieku skłonności do wojowania? Tylko dlatego, że hipisi chcieli uprawiać sex zamiast strzelania do wrogów? To może spróbujmy redefiniować drugą wojnę światową – a przecież nawet Naziści są lepiej rozpracowani kulturowo niż Ho. Zresztą, druga wojna światowa obrosła licznymi, bardzo różnymi interpretacjami – Wietnam interpretuje się tylko i wyłącznie w jeden sposób. O to mi chodzi z monotematycznością. I jeszcze jedno: w Wietnamie Amerykanie odkryli co to wojna i zachowują się, jakby Wietnam był pierwszą i ostatnią wojną w dziejach (nie licząc tych kilku „sprawiedliwych”). Z tym się zgodzić nie mogę.

        • Logos Amicus Says:

          Nie, nie chodzi mi o reportaż z „pomylonym” zdjęciem. Tam żadne zdjęcie nie było „pomylone”, tylko przedstawiało cywilów zmasakrowanych przez amerykańskich żołnierzy. Chodziło mi o reportaż, który ujawnił to, co zaszło w wiosce My Lai:
          http://pierretristam.com/Bobst/library/wf-200.htm
          Nie jestem pewien, czy wiesz o czym piszę, więc jeśli nie słyszałeś o masakrze w My Lai, to w ciągu kilku minut można się o niej dowiedzieć – w internecie dokumentów o niej nie brakuje.

          Nie uważam, że Wietnam to jedna z bardzo, bardzo wielu wojen. Była to najważniejsza gorąca wojna ery zimnowojennej (a tym samym czasów nam współczesnych – po II wojnie światowej). Zginęło w niej ok. 60 tys. Amerykanów i kilkaset tysięcy Wietnamczyków.

          Amerykanie odkryli to, czym jest wojna już w czasie rewolucji o niepodległość, a później – jeszcze bardziej krwawo i dramatycznie – podczas wojny secesyjnej. No i oczywiście II wojna światowa, w której Amerykanie byli zaangażowani globalnie i pokonali (razem z aliantami i Sowietami) hitlerowskie Niemcy – ponosząc także wielkie straty w ludziach (mimo, że teatrem wojny nie była ziemia amerykańska).

          Piszesz: „Czemu próbuje się ją (wojnę w Wietnamie) analizować w oderwaniu od głęboko zakorzenionej w człowieku skłonności do wojowania?”
          Moim zdaniem, dosłownie wszystkie filmy w Wietnamie nawiązują do „głęboko zakorzenionej w człowieku skłonności do wojowania” i analizują zachowanie się człowieka wobec tego „zakorzenienia”.
          Ale, oczywiście „wojowniczość” nie była jedynym bodźcem tamtej wojny. Bała nim także „głęboko zakorzeniona w człowieku skłonność” do dominacji nad innymi oraz zbijania forsy na wojnach oraz kolonialnym podboju.

  6. Simply Says:

    Ta, ,,Paint it Black” leciało na końcowych napisach w ,,Full Matal Jacket” ( Pocisk Pełnopłaszczowy, a nie Pełny Magazynek, jak się wszyscy uparli) , chociaż nie jest to piosenka o wojnie. W soundtracku do tego filmu znalazł sie kawałek, ktory mnie wtedy kompletnie rozłozył na łopatki – The Thrashmen ,,Surfin’ Bird”, pierwszy raz to cudo wtedy usłyszałem. A jak Stonesi i wojna, to przede wszystkim ,,Gimme Shelter”.

    • Logos Amicus Says:

      Soundtracki do filmów o Wietnamie – to historia sama w sobie. Niezły – nomen omen wystrzałowy – koncert można z tego zrobić.

      Poczynając od „Adagio for Springs” Barbera w „Plutonie” Stone’a:

      Przez wspomnianego „Surfin’ Birda” Trashmana z „Full Metal Jacket”:

      Po wagnerowskie „Walkirie” w „Czasie Apokalipsy” (ależ to jest genialnie sfilmowane!):

      No i – jakże by tego mogło zabraknąć! – klasyczny „The End” Doorsów tamże:

      * * *

      PS. Tu jest też niezła kompilacja obrazków z „Full Metal Jackett” do „Paint it Black” Stonesów:

  7. Simply Says:

    … i jeszcze ,,Those Boots are Made for Walking” Nancy Sinatry z FMJ.
    ,,The End” przeorał mózgi wszystkim do imentu, jak ,,Czas Apokalipsy” wszedł w Polsce do kin w 81′. Nagle zaczęla się totalna hossa na Doorsów, którzy wcześniej nie byli jakoś specjalnie popularni.
    Piosenki celnie wykorzystał Oliver Stone, jako narzędzie charakterystyki przeciwstawnych ,,obozów” w tytułowym plutonie : chłopaki od Berengera walą wódę i słuchają redneckiego numeru Merle Haggarda o tym, że ,,u nas marihuany się nie pali, to jest pożądne miasto, a jak tu trafisz, to se uważaj, bo my tu obcych nie lubimy…”
    A ekipa od Dafoe w tym czasie kurzy ganję przez lufy od M-!6 przy dżwiękach cpuńskiego hymnu ,,White Rabbit”,
    o tym że trzeba ,, nakarmic swój umysł”.
    Jeszcze w ,,Łowcy Jeleni” był taki pocieszny, buracki kawałek, nie wiem czyj, którym bohaterowie strasznie się podniecają, przy piwie i bilardzie u George’a Dzundzy – z genialnym, epickim refrenem ,, AJ LOV JU BEJBE ”

    • Torlin Says:

      Simply!
      „Doorsów, którzy wcześniej nie byli jakoś specjalnie popularni”.
      Simply! Z którego roku jesteś? Bo jeżeli jesteś młodszy niż 1955, to nie wiesz, co mówisz.
      Logosie!
      Mieszkałem w Antwerpii w dzielnicy ortodoksyjnych Żydów, Palistańczyków, Turków i innych nacji, mimo że było niedaleko do centrum. Usiłowałem kogokolwiek namówić na zrobienie portretu, nikt się nie zgodził. Jak Ty to robisz?

      • Logos Amicus Says:

        „Doorsów” znaliśmy wcześniej, ale to prawda, że dopiero w latach 80-tych w Polsce nastąpił boom ich popularności. Wielu polskich studentów pierwszą „trawkę” paliło właśnie przy „Doorsach”, zwłaszcza przy psychodelicznym „The End”.

        Chodzi Ci o portrety ludzi? Nie wiem, w Europie ludzie jednak są mniej ufni pod tym względem, niż na innych kontynentach. Lubię fotografować ludzi, ale wolę to robić poza Europą (zwłaszcza jeśli są to ludzie spotkani na ulicy). Szczególnie cenię sobie te portrety: http://swiatowid.bloog.pl/id,3288659,title,TWARZE-INDII,index.html

        PS. Jak tam podróż? Myślę, że coś napiszesz? I chyba jakieś zdjęcia zrobiłeś? :)

      • Simply Says:

        W Polsce na przełomie 70 i 80 , to mam na myśli. Przed ,,Czasem Apokalipsy” jakiegoś wielkiego szalu na Doorsów nie było

        • Torlin Says:

          Prawdziwy szał na Doorsów był pod koniec lat 60., kiedy to Luxemberg nadawał na okrągło „Light My Fire” i „Hello, I Love You”, i muzyka Doorsów była wtedy wszechobecna.

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, czy na pewno, jeśli u nas w kraju Doorsów można było wtedy posłuchać tylko z radia Luksemburg, to ich muzyka była wszechobecna?
          Chyba jednak Simply ma rację – w Polsce szał na Doorsów rozpoczął się tak na dobre dopiero na przełomie lat 70-tych i 80-tych.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s