TRAGEDIA W BOSTONIE – DEMONSTRACJA SIŁY CZY DOWÓD SŁABOŚCI?

*

Można stanąć obok tego wszystkiego obok, ale w końcu, w taki czy inny sposób, będzie to dotyczyć nas wszystkich. Chodzi o słabość państwa, w którym żyjemy. I nie chodzi mi teraz o kryzys finansowy i ekonomiczny, ani nawet o powódź, która nawiedziła w ostatnich godzinach nasze miasto (bo to wszystko jest do przezwyciężenia). Chodzi mi o to, co dzieje się teraz w Bostonie, a co oczywiście można zdiagnozować w szerszym kontekście – np. narodowego bezpieczeństwa.
Oto dwójka młodych chłopaków, zupełnie zwyczajnych, sympatycznych, przez wszystkich lubianych (jedni z najlepszych uczniów w swoich szkołach, uprawiający sport) paraliżuje na kilkadziesiąt godzin wielomilionowe miasto: niemal wszystkie ulice zamknięte, nie działa komunikacja miejska, zamknięto nawet lotniska (sic!) – zaangażowane w to wszystko dziesiątki tysięcy policjantów, agentów FBI a nawet wojsko.
Wbrew pozorom nie świadczy to o sile, ale wręcz przeciwnie – o słabości naszego systemu obrony, ale przede wszystkim o zupełnym nieprzygotowaniu do tego rodzaju sytuacji. Wydaje się to paradoksalne, ale tak właśnie jest: dowodzi tego wspomniany przeze mnie paraliż kilkumilionowej metropolii oraz zupełna dezorientacja społeczeństwa, nie mającego pojęcia, skąd takie akty terroru się biorą. A dopóki Amerykanie nie będę wiedzieli dlaczego niektórzy ludzie chcą ich zabić – a przynajmniej sterroryzować – skąd się bierze nienawiść do Ameryki w świecie – dopóty ten proces będzie postępował, stwarzając sytuacje znacznie groźniejsze, niż ta w Bostonie.

Czy Amerykanie zdają sobie np. sprawę z tego, że atak na WTC był właściwie zemstą ludzi, którzy odreagowywali fatalną politykę Stanów Zjednoczonych w świecie (zwłaszcza arabskim), forsującą bezwzględnie własne interesy, destabilizującą całe regiony, stosującą wszelkie możliwe środki – które ze sprawiedliwością i etyką zwykle nie miały niczego wspólnego? Czy wiedzą o tym, że oprócz 4,5 tysiąca zabitych żołnierzy amerykańskich zginęły także setki tysięcy Irakijczyków – głównie cywili; że wycofując się z Iraku zostawiliśmy ten kraj w znacznie gorszym stanie, niż przed jego inwazją (którą nota bene oparto na kłamstwie), a ponadto w stanie permanentnej wojny domowej? Czy rozlicza się administrację Obamy – i samego prezydenta – z nielegalnego, gwałcącego prawo międzynarodowe, używania dronów do ataku na terytoria obcych państw, w których zginęło już kilka tysięcy ludzi – w zdecydowanej większości cywilów (kobiet i dzieci – określanych eufemistycznie jako collateral damage?) Czy zdają sobie sprawę z tego, że każdy taki atak produkuje nowych zaprzysięgłych, dozgonnych i zdecydowanych na wszystko wrogów Ameryki? A może na tego rodzaju atak, w którym giną niewinne kobiety i dzieci w czasie wykonywania zupełnie prozaicznych, powszednich zajęć, nie związanych w żaden sposób z działaniami na szkodę Ameryki, spojrzeć z takiej perspektywy, jak na zamach w Bostonie, w którym także zginęły zupełnie przypadkowe i niewinne ofiary? Przecież pod względem etycznym i humanitarnym jest to właściwie to samo. Więc, kiedy dron zabija jednorazowo dziesiątki niewinnych ludzi w Jemenie, Pakistanie czy Afganistanie to cisza, morda w kubeł i wszystko jest OK, a kiedy u nas ginie kilka osób w Bostonie, to wielkie larum na całą Amerykę – i świat!
Nie chcę tu być źle zrozumiany: współczuję rodzinom ofiar zamachu w Bostonie, jak i ludziom, jacy zostali zranieni w zupełnie absurdalnych okolicznościach tego zbrodniczego czynu, którego w żaden sposób nie można usprawiedliwić. Leży mi także na sercu dobro kraju, w którym żyję i któremu wiele zawdzięczam. Ale to właśnie z tych względów wszystko to piszę. Chodzi o to, byśmy to, co się dzieje – a co jednak dotyczy bardziej lub mniej bezpośrednio nas samych – lepiej zrozumieli i poznali mechanizmy, które do takich sytuacji prowadzą – byśmy lepiej zdawali sobie sprawę z ich przyczyn i skutków.

Nie bez kozery wspomniałem z tej strasznej okazji tragicznych zajść w Bostonie o wojnach w Iraku i Afganistanie, o ludziach, którzy giną zabijani przez amerykańskie wojsko i służby specjalne w odległych krajach, bo – jak słyszę w podawanych wiadomościach – właśnie to motywowało braci Carnajew w przygotowaniu tej ohydnej zbrodni. Co najgorsze, jej źródłem nie była jakaś choroba psychiczna, czy kliniczne szaleństwo. Motywy, niestety, były racjonalne – choć, oczywiście, sam akt terroru był absurdalnym gwałtem na przypadkowych ludziach. Ale to gwałt zrodził gwałt: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
Mieszane uczucia mną targały, gdy patrzyłem na te tysiące policjantów, wszystkie te pojazdy opancerzone, uzbrojonych po zęby żołnierzy – na ulicach sparaliżowanego Bostonu (non stop transmitują to teraz wszystkie telewizyjne stacje). Ktoś mógłby odebrać to jako demonstrację siły. Niestety, ja – jak już pisałem – widziałem w tym dowód słabości. Po raz kolejny ktoś pokazał, jak łatwo jest Amerykę zranić – mimo jej domniemanej siły, całych gór pieniędzy wydawanych na tzw. „obronę”, najnowocześniejszych rodzajów broni, sprzętu i technologii… Na nic to się w takich sytuacjach zdaje. Nie tędy droga. Jeśli chcemy coś zmienić, to raczej nie pomogą nam w tym bagnety, rekiety, czołgi i lotniskowce. Te zmiany muszą się dokonać w ludzkich głowach – musi za tym iść zmiana mentalności i podejścia do innych ludzi, zwłaszcza tych, których uważamy za „innych”, „obcych” – gorszych dlatego, że żyją w biedniejszym kraju, i dlatego, że zostali wychowaniu w innej kulturze.
A dwójka chłopaków z Bostonu dopięła jednak swego: zburzyli spokój setek milionów Amerykanów, sparaliżowali całą olbrzymią metropolię, zwrócili na siebie uwagę wszystkich… (w czym, niestety, pomogło im zachowanie władz, służb bezpieczeństwa i amerykańskie media).
Tylko gdzie leżą tego prawdziwe przyczyny?

*

MAŁE POST SCRIPTUM

THAT’S WHAT ALSO WRONG WITH AMERICA

„The New Yorker”: „The decision to shut down Boston, though doubtless made in good faith and from honest anxiety, seemed like an undue surrender to the power of the terrorist act—as did, indeed, the readiness to turn over the entire attention of the nation to a violent, scary, tragic, lurid but, in the larger scheme of things, ultimately small threat to the public peace.
The toxic combination of round-the-clock cable television—does anyone now recall the killer of Gianni Versace, who claimed exactly the same kind of attention then as Dzhokhar Tsarnaev did today?—and an already exaggerated sense of the risk of terrorism turned a horrible story of maiming and death and cruelty into a national epic of fear. What terrorists want is to terrify people; Americans always oblige.”

And our President said: „They failed because the people of Boston refused to be intimidated. They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”

„They failed”?
(Przecież ten atak terrorystyczny udał się im jak najbardziej.)

„the people of Boston refused to be intimidated”
(Przez cały dzień miasto i żyjący w nim ludzie byli sterroryzowani, ubezwłasnowolnieni, musieli siedzieć zamknięci w domu, ulice były opustoszałe, zamknięto komunikację miejską, ustalono „no flying zone”… etc.)

„They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”
(Patrz powyżej)

A na dodatek, drugiego podejrzanego schwytano zupełnie przez przypadek – już po cofnięciu blokady miasta. Na co więc zdała się ta cała armia uzbrojonej policji, agentów i wojska?

W jakiej rzeczywistości (a raczej iluzji) żyje nasz prezydent, a wraz z nim większość naszego społeczeństwa? A może jednak ktoś chce nam wcisnąć iluzję jako rzeczywistość?

*

Reklamy

komentarzy 45 to “TRAGEDIA W BOSTONIE – DEMONSTRACJA SIŁY CZY DOWÓD SŁABOŚCI?”

  1. mona Says:

    „Tylko gdzie leżą tego prawdziwe przyczyny?”
    A muszą być jakieś przyczyny? Twoje pytanie sugeruje, że zło jest czynnikiem zewnętrznym i musi posiadać jakieś przyczyny. Ale co począć, jeśli zło jest w nas, drzemie i czeka na odpowiedni moment aby się obudzić. Zło, jak sądzę, nie ma przyczyn, jest immanentną częścią składową naszego jestestwa i przez to też częścią cywilizacyjnego procesu. Ono towarzyszy nam przecież od dziesiątków tysięcy lat. Czeka na moment, w którym wszysto się zamgli, w którym empatia bądąca nowym ewolucyjnie wynalazkiem przyśnie i kiedy ważne staną się znów wierzenia, przekonania o wyższości świętej racji w imię której cel uświęcać może środki. Jak już tysiące razy przedtem, a pewnie i w przyszłości.

    „Ale to gwałt zrodził gwałt: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.”
    Trudno nie dostrzec. Zwróćmy uwagę, w wyniku prowadzonej przez Stany wojny z wyimaginowanym terroryzmem codziennie w Iraku i Afganistanie ginie na ulicach od wybuchów bomb o wiele więcej osób niż w Bostonie. Dlaczego nikogo to nie obchodzi? Dlaczego nikt nie ściga sprawców? Dlaczego nie dostrzegamy już śmierci 60 przypadkowych przechodniów zabitych w Afganistanie w zamachu tego samego dnia jako tragedii, a trzy ofiary w Bostonie sprawiają, że piszesz o „tej strasznej okazji tragicznych zajść”. Jesteśmy wszyscy aktorami w tym spektaklu i cierpimy na to samo skrzywienie optyki.

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem wszystko ma swoją przyczynę. Także i zło.
      Zresztą, samo pojęcie zła jest umowne, i jeśli go używam, to po to, by się z kimś porozumieć – z kimś kto podobnie zło interpretuje. Wierzę, że można zmniejszyć ilość tego zła w świecie – dlatego opowiadam się po takiej, a nie innej stronie, głoszę takie a nie inne opinie. Nie mam złudzeń co do tego, że może to poprawić świat (a tym bardziej go zbawić ;) ) ale przynajmniej mogę wyrazić to co myślę i czuję – a co jest potrzebne chyba każdemu człowiekowi.
      Ale to nieprawda, że nic nie możemy zrobić – że nic od nas nie zależy. Wyborów dokonujemy każdego dnia – a zdarzają się takie sytuacje, gdzie nasze wybory decydują o szczęściu, czy nieszczęściu innych ludzi (czasem nawet o ich życiu).

      Piszę o „tragicznym zajściu” w Bostonie bo to była tragedia. Ale też zdaję sobie sprawę, że podobną tragedią dla ludzi jest np. atak drona, który zabija postronne osoby, zupełnie niezaangażowane w jakąkolwiek działalność „terrorystyczną” przeciw Stanom Zjednoczonym (czy może być terrorystą np. dwuletnie dziecko?) Dlatego napisałem ten tekst, w którym wyraźnie to zaznaczyłem. Staram się więc „prostować” moją optykę.

      • mona Says:

        Ale przecież ja Ci nic nie zarzucam. Widzimy zdarzenia podobnie, co się najprawdopodobniej bierze z tego, że patrzymy z tej samej perspektywy, zalewa nas ten sam strumień informacji i konfrontowani jesteśmy z tym samym brakiem głębszej refleksji w sporej części otoczenia. Torlin patrzy ze swej polskiej gałęzi, gdzie wszystko co jest za miedzą wydaje się proste.

  2. Torlin Says:

    Teraz już rozumiem, dlaczego ja się nie mogę nijak dogadać u Telemacha, jak i z Tobą u siebie w blogu, jeżeli chodzi o Piłsudskiego. Nie będę psuł Wam dobrego humoru, ale jestem całkowicie za polityką amerykańską, i więcej Wam powiem, jakby nie było Stanów, ich żołnierzy i dronów, to już nie pisalibyście z takim spokojem swoich antyamerykańskich i pokojonadobnych tekstów. To jest jedyne państwo w świecie, które walczy autentycznie o demokrację, Europa to jest zbiór państw bez jaj (chociaż ku mojemu zdziwieniu Francja pokazała się z dobrej strony i w Libii i w Mali).
    A wysadzają ich w powietrze, bo ich wpuścili do Stanów. jakby nie wpuścili, toby ich nie wysadzali.

    • Logos Amicus Says:

      „A wysadzają ich w powietrze, bo ich wpuścili do Stanów. Jakby nie wpuścili, toby ich nie wysadzali.”

      Wybacz Torlinie, ale to jedno zdanie (chociaż, wg mnie, reszta też jest rozbrajająca) odebrało mi ochotę na jakąkolwiek rozmowę z Tobą na tematy amerykańskie.

      • Torlin Says:

        Możesz mnie uważać za rozbrajającego i możesz ze mną nie dyskutować. Wybudowaliście sobie teorię, z którą jeżeli coś się nie zgadza, to nie zmieniacie teorii, ale zamykacie oczy na fakty.
        90 – 95 % muzułmanów i innych nacji chce żyć w pokoju i w demokracji. Wszystkie wybrane demokratycznie rządy chcą pobytu Amerykanów na swoim terenie, armie wspomagające lub wyzwalające są witane serdecznie w danych krajach. Widać to było przy obalaniu pomnika Husseina, w codziennym życiu Kabulu. Olbrzymi wiec profrancuski w Bengazi omijany był jak zaraza przez tak myślących jak Ty, bo nie pasował do obrazka.
        Podstawowym problemem są nie armie amerykańskie, a religia. To ona zabija, a nie Marines. Kiedyś chrześcijaństwo robiło to samo, teraz to robi Islam. Zabijanie chrześcijan w Egipcie, przywołane przez Monę wysadzanie w powietrze bazarów, oblewanie kwasem solnym twarz dziewcząt, straszne gwałty na kobietach w całym świecie. To robią Amerykanie?
        A jeszcze innym problemem to jest sprawa demokracji w świecie. Właściwie naprawdę ukształtowana jest ona tylko w krajach europejskich i z niej się wywodzących, jak USA, Kanada, Australia, Nowa Zelandia. Z innych tak właściwie tylko Japonia i Tajwan. Reszta, jakby mogła, przeszłaby natychmiast na inny rodzaj demokracji, ja bym go nazwał rosyjsko – chińskim. A to byłby koniec naszej wolności. I powinniśmy być wdzięczni Amerykanom za ich starania.
        To mój ostatni wpis na ten temat, przykro mi, że zburzyłem Wasze (bo Was jest naprawdę wielu) dobre samopoczucie, że wszyscy komentatorzy przyklasną, jacy to Amerykanie są wstrętni. Bo połączenie Czeczenii ze Stanami Zjednoczonymi jest jednak karkolomnym zadaniem. Ale daliście radę, wywód znakomity.

        • Logos Amicus Says:

          „Wybudowaliście sobie teorię, z którą jeżeli coś się nie zgadza, to nie zmieniacie teorii, ale zamykacie oczy na fakty.”
          Dokładnie to samo mogę powiedzieć o Twoim podejściu we wszystkich niemal dyskusjach, jakie prowadzisz: „wybudowałeś sobie teorię, z którą jeżeli coś się nie zgadza, to nie zmieniasz teorii, ale zamykasz oczy na fakty.”
          Niestety, Torlinie, nie spotkałem się jeszcze z tym, abyś choć na jotę zmienił kiedyś swoje (niezłomne, jedynie prawdziwe i nieomylne) poglądy. Zresztą sam kiedyś przyznałeś wprost, że dyskutujesz, ale i tak nie zmieniasz poglądów, bo Ty wiesz „swoje” i wszystko najlepiej. Ja też bronię swoich racji, ale jednak moje poglądy i opinie ulegają zmianie i pewnej ewolucji. Nie sądzę, abym był człowiekiem zamkniętym na argumenty, a tym bardziej fakty przytaczane przez innych).

          Zresztą, sam sobie przeczysz i to w tym samym komentarzu, pisząc:
          „90 – 95 % muzułmanów i innych nacji chce żyć w pokoju i w demokracji.”
          oraz:
          „Reszta, jakby mogła, przeszłaby natychmiast na inny rodzaj demokracji, ja bym go nazwał rosyjsko – chińskim.”

          Ponadto piszesz:
          „Zabijanie chrześcijan w Egipcie, przywołane przez Monę wysadzanie w powietrze bazarów, oblewanie kwasem solnym twarz dziewcząt, straszne gwałty na kobietach w całym świecie. To robią Amerykanie?”

          Amerykanie robią to samo (czyli kaleczą i zabijają ludzi) na znacznie szerszą skalę. Poczytaj sobie ile dzisiątków tysięcy ludzi zginęło spalonych napalmem (albo tzw. orange agent) w Kambodży czy Wietnamie. Ile osób cywilnych zabiły drony (ofiary idą w tysiące). To są fakty, których i tak nie przyjmiesz do wiadomości. Bo Amerykanie nie palą Ciebie, ani Twoich znajomych w Warszawie. Ale innych mogą i to jest wg Ciebie OK. I twierdzisz, że robi się to w obronie demokracji? Otóż Amerykanie (a raczej władze USA) demokrację tak naprawdę zawsze mieli (w innych krajach) gdzieś, biorąc udział w tzw. „brudnych wojnach” i popierając dyktatorów, bo związani byli oni z wielkim biznesem. (Nie wspominając o tym, że pozwolili, by Sowieci wzięli za twarz pół Europy po II wojnie światowej.)
          Wygląda na to, jakbyś był przesiąknięty jakąś propagandą Gazety Wyborczej, która ustaliła Twoje poglądy, i których już nie da się ruszyć.

          Zarzucanie mi anty-amerykanizmu jest mocno chybione. Komu bardziej może zależeć na tym, aby Stany były silnym i bogatym krajem, jak nie komuś, kto w nim żyje? Mnie to dotyczy bezpośrednio. Piszę to wszystko właśnie dlatego, że te sprawy nie są mi obojętne. A Ty sobie teoretyzujesz znad biurka w Warszawie.

    • mona Says:

      @Torlin
      „A wysadzają ich w powietrze, bo ich wpuścili do Stanów. jakby nie wpuścili, toby ich nie wysadzali.”
      Torlinie, sorry, ale to jest najzwyczajnie uboga diagnoza rzeczywistości. Oparta na urojonym łańcuchu przyczynowo-skutkowym. Mnie też wpuścili, a nie wysadzam. Logosa też wpuścili i też nie wysadza. Przy odrobinie szczęścia Ciebie też mogą wpuścić. Będziesz wysadzał? Tak na oko, to od 100 lat dziesiątki milionów ludzi zostało tu wpuszczonych. To im Stany zawdzięczają swoją dynamikę. Znasz jakiś prosty pomysł, jak rozróżniać tych co będą wysadzać?

  3. Logos Amicus Says:

    Z dyskusji, jaka ma miejsce pod postem o tej samej treści na Facebooku (nota bene wszystkie komentarze są wypowiedziami osób zamieszkujących w Stanach Zjednoczonych):

    Andrzej K.: Święta prawda, na tragedię bostońską należy patrzeć oczami świata.

    Lidka W.: Amen. Tylko, ze 90 procent społeczeństwa wiedzę swoja czerpie z Fox News, i nawet nie ma pojęcia, że istnieją jeszcze inne źródła informacji, jak Al Jazeera, Democracy Now, The Daily Show with Jon Stewart. Nie wiem co musi się wydarzyć w tym kraju, żeby Amerykanie otworzyli nie tylko oczy, ale klepki mózgowe…. Czasem patrzą na mnie jak na wroga systemu…. Skąd ja znam ten termin?

    St.B.: Andrzej – i to nie tylko świata Zachodu.

    St.B.: Lidka – Ale inne agencje informacyjne też nie są dużo lepsze, niestety. (Wyjątkiem są tu chyba audycje PBS – . Public Radio, ale też trafiają raczej do małej liczby odbiorców). Mieliśmy szczęście, że od czasu 9/11 nie było wielu zamachów terrorystycznych na terenie kraju, w którym żyjemy. Sami eksperci amerykańscy dziwią się temu (nota bene ich zdziwienie jest charakterystyczne, bo świadczy także o tym, że terroryści mają jednak coraz więcej powodów, by zaatakować Stany). Ale to niestety może się w każdej chwili zmienić. Co gorsze, to co się teraz dzieje w Bostonie, może być dla innych pewnego rodzaju instrukcją – i upewnić ich, że bardzo małymi środkami można sparaliżować i zdestabilizować życie milionów ludzi w Ameryce. Niestety, podobnych ataków terrorystycznych może być więcej, tym bardziej, że w chwili obecnej Ameryka ma jeszcze więcej wrogów, niż 12 lat temu, podczas zamachu na WTC.

    Krystyna D: Działa tu zasada Kalego. Kali może zabijać i jest ok, ale jak Kali ucierpi w jakikolwiek sposób to jest źle. Niestety ten kraj stoi na coraz słabszych fundamentach, a to co widzimy co dzieje się w Bostonie to tylko to potwierdza!!

    St.B.: Stany Zjednoczone zawsze miały jakieś grzechy na swoim sumieniu, ale teraz sytuacja jest inna. Np. wojna w Wietnamie spotkała się w końcu ze zdecydowanym sprzeciwem w szerokich kręgach społeczeństwa – ludzie wówczas w końcu przejrzeli na oczy i zrozumieli, że jest ona sprawką polityków oraz lobby przemysłu zbrojeniowego, które robiło na niej olbrzymie pieniądze – kosztem życia ok 6o tysięcy żołnierzy amerykańskich i setek tysięcy Wietnamczyków (głównie cywilów palonych napalmem i zatruwanych przez Orange Agent i inną „bronią” chemiczną). Teraz wszyscy łykają to, co im wciska oficjalna rządowa propaganda i stronnicze media. Sprzeciw wojnie w Afganistanie jest prawie żaden (a przecież ta wojna jest absurdalna w kontekście bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych – ale się ją ciągnie od wielu lat, bo nie jest ona jednak absurdalna dla tych, którzy zarabiają na niej miliardy dolarów). Ale skoro – jak usłyszałem niedawno w jednej z towarzyskiej dyskusji – wojnę można usprawiedliwić, bo napędza ona ekonomię… to o czym mu tutaj mówimy? W ten sposób Ameryka traci mandat sprawiedliwości, pozbawia się jakiejkolwiek podstawy etycznej (np. akceptacja tortur przez czynniki rządowe, jaka miała miejsce jakiś czas temu), która jednak w historii tego kraju miała znaczenie i była ważna dla wielu ludzi budujących ten kraj. To są właśnie te „coraz słabsze fundamenty”, o których wspominasz, Krysiu.

    Lidka W.: Ja też jestem zdziwiona, że do tej pory tak niewiele ataków i na małą skale… Aż się boję własnych słów, niemniej chyba zdaje sobie sprawę z tego, co może się jeszcze wydarzyć….
    Jedna rzecz to wiara Amerykanów, że walczą o własne bezpieczne granice, a druga to, że pomagają wprowadzać demokracje w krajach, które atakują.

    St.B.: A nie wychodzi Ameryce ani jedno ani drugie: nasze granice są jednak coraz bardziej niebezpieczne (bo Stany Zjednoczone mają coraz więcej wrogów, a ponadto są coraz słabsze ekonomicznie, tracąc z wolna monopol na bycie największym mocarstwem świata), a zamiast coraz większej demokracji w różnych rejonach globu dochodzą do głosu coraz bardziej ruchy separatystyczne, nacjonalistyczne, islamistyczne – niedemokratyczne właśnie. Nie da się demokracji wprowadzić na bagnetach – zwłaszcza w krajach arabskich, zamieszkałych przez ludzi o mentalności zupełnie innej, niż zachodnia. Jedynym lekarstwem byłoby rozwiązanie problemu biedy w tych krajach (a tego też nie da się rozwiązać za pomocą wojska – ani nawet pompując w te kraje miliardy dolarów, które i tak w większości idą na łapówki dla lokalnych, sprzyjających Ameryce bonzów, oraz na kontrakty dla amerykańskich firm, obsługujących tamten interes.) Innymi słowy: obecna polityka amerykańska kreuje w świecie coraz większe podziały, polaryzując różne, potencjalnie destrukcyjne, siły.

    Lidka W.: ….pod hasłami wprowadzania demokracji, brania w opiekę pokrzywdzonych i obrony swoich granic…. a ci wszyscy, którzy troszeczkę na niższym szczebelku siedzą płaczą, że całym światem muszą się opiekować…. O Ironio!

    St.B.: Zwykle szuka się wyższych uzasadnień dla niskich pobudek. Wyrusza się na wojnę, by zdominować jakiś region i czerpać z tego korzyści (również polityczne), a głosi się, że to po to by wyzwolić ludzi od tyrana i zaprowadzić demokrację.
    Jak na ironię, te wszystkie wojny prowadzone przez Stany Zjednoczone, które niby miały przynieść temu państwu profity, sprowadziły się tylko do finansowej katastrofy, kosztując dziesiątki razy więcej, niż to szacowali „eksperci”. Może i wojny rozkręcają ekonomiczną koniunkturę, ale nie te, które miały miejsce w Iraku i Afganistanie (zarobili na nich tylko nieliczni). Zamiast wydawać np. na edukację, napychamy kabzę militarystom i tym wszystkim, którzy obsługują ten cały wojenny biznes, topiąc w błocie miliardy dolarów.

    Lidka W.: Przez tysiace lat nic sie nie zmienilo i nie zmieni….

    St.B.: A ja wierzę, że może się to zmienić. Nie wiem, być może jest to wiara naiwna, ale gdybym w to nie wierzył, to pewnie bym tego wszystkiego nie pisał. Ale czasami przecież wiemy, że nic (niewiele) jesteśmy w stanie zrobić – wtedy przynajmniej możemy wyrazić, po której stronie stoimy, za czym się opowiadamy. Nie wiem, czy ma to znaczenie tylko symboliczne, czy też bardziej wymierne realnie, ale daje człowiekowi poczucie jakiegoś… wewnętrznego ładu – zgody z własnymi poglądami, sumieniem…

  4. babkafilmowa Says:

    Z niecierpliwością czekam na relacje na żywo z bojowych akcji Amerykanów, w których giną afgańscy i pakistańscy cywile, w tym także dzieci. No i z Iraku, gdzie Amerykanie wnieśli przecież pokój. W tym samy dniu w Bostonie zginęły 3 osoby a w zamachu w Iraku 55.

    • Logos Amicus Says:

      Ale przecież to nie są „nasi” – to ludzie drugiej albo trzeciej kategorii, a może nawet i… nie-ludzie? To po co mamy się nimi przejmować?

      No a Irak po naszym zwycięstwie przecież kwitnie – ludzie żyją w spokoju i coraz większym dobrobycie, jest pełna demokracja (tyrania została wreszcie przez nas zlikwidowana), nie ma już żadnych etnicznych podziałów na śmierć i życie. I wszyscy są nam wdzięczni, stali się naszymi przyjaciółmi, kochając nas za to nasze altruistyczne poświęcenie – za wszystkie te dobrodziejstwa, które żeśmy z tak wielkim wysiłkiem i poświęceniem im uczynili.

  5. mona Says:

    To, co Torlin zaprezentował to bardzo rozpowszechnione mniemanie. Opiera się jednak na przeświadczeniu, że odpowiedzialność zbiorowa w połączeniu z prostym, nieskomplikowanym podziałem na „my” i „oni” dostarcza prostych odpowiedzie na skomplikowane pytania w skomplikowanym świecie. Tak jednak nie jest. Islam nie jest wystarczającym argumentem decydującym o zakwalifikowaniu jednostki do „nas” albo „onych”. W koranie naprawdę nie ma większej ilości krwiożerczych bzdur niż w biblii, a przecież nikt nie wpadnie na pomysł, aby nie wpuszczać chrześcijan lub żydów bo zaraz zaczną składać ofiarę z syna pierworodnego w stylu abrahamowo-izakowym. Albo że wytracą wszystkich niewiernych razem z dziećmi i zwierzętami domowymi w w myśl tego co jest nakazane w piątej księdze mojżeszowej.

    Tak więc Islam nie jest prostą odpowiedzią, lecz najwyżej jego interpretacja przez jednostki. Ale czy te jednostki różnią się aż tak bardzo od davidians , którzy byli byłymi adwentystami dnia siódmego? Biorąc pod uwagę skutki w Waco, raczej nie. Albo od chrześcijańskiego patrioty Timothyego McVeigh, który był katolikiem irlandzkiego pochodzenia, a zrobił w Oklahomie takie kuku, że Boston przy nim to pikuś. Przestać wpuszczać Irlandczyków? Katolików?

    Torlinie, nie idź drogą prymitywnego rasizmu zakorzenionego w prostackich zabobonach i strachu przed odmiennością. Bo to co robisz nie różni się w niczym od dziewiętnastowiecznego antysemityzmu, który proponując proste rozwiązania utorował drogę późniejszej zagładzie.

    • Torlin Says:

      Ja Ci Mono usiłuję odpowiadać poważnie, to Ty ze mnie robisz nacjonalistę, nienawistnika i rasistę, że o ideologii skrajnej prawicy nie wspomnę.
      Ale raka jest prawda, chociażbyś zaklinała rzeczywistość po wielokroć:
      1. musisz przyznać, że napisałem, że 90 – 95 % Muzułmanów pragnie pokoju i spokojnego życia. To jest prawda. Ale pozostałe 5 – 10 % nie chce im na to pozwolić. Z jakiego powodu? Z powodu religii, taka sama jest chrześcijańska, taka sama żydowska, taka sama muzułmańska. Tylko tym się różnią od siebie, że religia ch. jest najbardziej cywilizowana (dziewczyna jest potępiona), żydowska średnio na jeża (dziewczyna jest opluta), a muzułmańska – sama wiesz (dziewczyna jest oblana kwasem solnym).
      2. Nie ma możliwości adapatacji muzułmanów w środowisku innym niż oni, cały czas daję przykład „Białych zębów”, wspaniałej książki, która udowadnia, że porozumienie kultur jest niemożliwe. Albo dana jednostka się całkowicie zasymiluje, albo będą konflikty i niedopasowania. I nic zaklęcia o środowiskach wielokulturowych nie dadzą. Europa pod tym względem przeżywa olbrzymi kryzys, ja to wręcz nazwałbym odwrotem.
      3. Można mnie nazwać oczywiście prymitywnym rasistą, tylko co to daje? Ludzie przestaną się odsuwać na drugą stronę metra, jak wsiada Arab z teczką? To jest takie naklejanie łatek na interlokutora zamiast argumentów. Byłem w Tunezji, jeździłem sam po kraju, chciałbym, aby im się udało.
      4. Piszę oczywiście z punktu widzenia europejskiego, w Stanach nie byłem. Ale – powtórzę – łączenie Czeczenii ze Stanami Zjednoczonymi to jest szczytowe sięganie prawą ręką do lewego ucha. Oczywiście, jak się chce, to można wszystko udowodnić.
      Pozdrawiam

      • mona Says:

        Torlinie, ja z Ciebie nikogo nie robię. To Ty z takimi propozycjami jak „nie wpuszczać wszystkich” – mimo, że niebezpieczne jest 5% – stawiasz się po tej samej stronie co ci, którzy byli antysemitami bo zagrażało im jakieś niezidentyfikowane „żydowstwo”, a Icek za rogiem i 90% były w zasadzie OK.

  6. Krzysiek Says:

    A mnie niesamowicie mierzi sprowadzanie dyskusji do liczby ofiar. Branie tych liczb za miarę „swoich wartości”. Życie to życie – jest jedno.

    W państwach arabskich potrzebna jest edukacja i zapewnienie minimum egzystencji. Wojska nic nie dadzą poza „relatywnym” spokojem. To się łatwo mówi, ale jakby Amerykanie opuścili te kraje, to istnieje duża szansa, że znowu na ich czele stanie autorytarny przywódca.

    No właśnie, gdzie jest ta Ameryka, której wzorem było społeczeństwo obywatelskie? Każdy kryzys ekonomiczny zaczyna się od kryzysu mentalnego.

    Logosie, masz to szczęście, że będąc otoczony Ameryką, masz „europejską perspektywę”. A u nas w Polsce telewizja wcale nie lepsza. Te same kreowanie nieistniejących punktów ciężkości.

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem liczba ofiar jest istotna. Bo to jednak jest różnica, czy w zamachu zginie jedna, czy pięćdziesiąt osób. Ale chyba wiem, co masz na uwadze. Bo życie ludzkiej jest niepowtarzalne i nie można go sprowadzać do statystyki.

      Problem w tym, że tam gdzie jest wojsko, może być tylko „relatywny” spokój. A tak naprawdę tam tego spokoju nie ma (czy był spokój w Iraku, kiedy kraj ten okupowali Amerykanie? Czy ten spokój jest teraz w Afganistanie – mimo że obecne są tam setki tysięcy amerykańskich żołnierzy?)
      Moim zdaniem, obecność wojska (i amerykańskich pieniędzy) kraje te korumpuje.

      To jest właśnie jedna z największych klęsk (może nawet tragedii) amerykańskich: kraj ten przestał być wzorem swobód obywatelskich i indywidualnej wolności człowieka. Mit Ameryki upadł i dogorywa.

      Nie wiem, czy moja perspektywa jest „europejska”. Staram się patrzeć „oczami” świata – czyli stosując różne perspektywy (zdając sobie jednak sprawę z własnych ograniczeń).

      • Krzysztof Says:

        Liczby, liczenie, porównywanie ofiar są częścią stanu wojny. To jest przykre, że używa się takiej retoryki, a terroryści dostają tylko „pozytywny sygnał”, że im więcej ofiar, tym lepiej, co zresztą nie jest trudne – nie oszukujmy się. Życie jest jedno, a porównując ofiary w Iraku, Afganistanie, Ameryce tracimy pewien dystans, zaczynamy nakęcać pewną spiralę nienawiści. Może to idealistyczne, ale czy mit Ameryki taki nie jest? Czy do pewnego czasu ten mit nie oddziaływał pozytywnie na społeczeństwo?

        Sytuację w Bostonie opisałeś i zdiagnozowałeś Logosie rzetelnie (w komentarzu poniżej).

        Logosie, z tym mitem amerykańskim to temat na osobny tekst. U nas w Europie (szczególnie w Polsce) o Ameryce mówi się tylko w konekście „wojenno-gospodarczym”, a ja widzę – przez pryzmat litertury, że coś złego dzieje się z Ameryką. Nie mam też wątpliwości, że to cześć jakiegoś większego procesu przemian i jednocześnie dodam do tego interesujący i zbliżony kontekst – kontekst europejski.

        W Europie też czuć zmęczenie, pewnego rodzaju „apatię” unią europejską (celową małą literą). Pewien marazm i niechęć cały czas wisi nad głowami. Trzeźwi i często krytykowani Szwedzi, przyznając nagrodę Nobla UE, chcieli ożywić (a właściwie rozpocząć) dyskusję na temat zmian i przyszłości UE, póki co, cały czas jest tylko wywoływanie strachu poprzez nadużywanie słów skrajnych: kryzys, recesja etc.; a poważnej dyskusji jak nie było tak nie ma. W całym tym ogniu dyskusji około-ekonomicznej tracimy inne perspektywy – moim zdaniem o wiele ważniejsze.

        Innymi słowy, te nastroje po obu stronach oceanu są bardzo zbliżone mimo różnych przyzczyn. W Ameryce polaryzuje się dyskusję (i społeczeństwo), w Europie tworzy się wspólny tor dla wszytskich dyskusji, tor prowadzący do impasu.

        • Logos Amicus Says:

          Nie wiem, czy zwrócenie uwagi na to, że w jednym kraju w wyniki zamachu terrorystycznego zginęło 3 osoby i wie o tym cały świat (bo Amerykanie wzniecają z tego powodu burzę medialną), a w drugim, tego samego dnia 55 i tylko się o tym wzmiankuje, (bo to nie „nasza” część świata, nie Europejczycy ani Amerykanie, więc wiadomość jest niejako „rutynowa”) – jest retoryką.
          Poza tym: co tak naprawdę jest rozkręcaniem nienawiści: zabijanie ludzi, czy też mówienie o tym?
          Czyli zachowanie dystansu musi polegać na tym, że ofiary w Ameryce powinniśmy traktować inaczej, niż ofiary w Iraku i Afganistanie? Ale czy nie jest to czymś atawistycznym, amoralnym i czy nie wyrasta z myślenia plemiennego: my jesteśmy ludźmi (lepszymi, ważniejszymi) a oni ludźmi, (a raczej osobnikami) drugiej czy trzeciej kategorii, których życie jest mniej ważne (więc możemy je lekceważyć i ignorować?) Tak głęboko siedzimy w tej mentalności – i wydaje się nam to spojrzenie „normalne” – że nawet nie zauważamy w tym żadnego problemu etycznego.

          Oczywiście, że mit amerykański oddziaływał pozytywnie na cały świat (na mnie też – dlatego m.in. przyjechałem do tego kraju). Ale to nie ja demontuję teraz ten mit. On się niestety sam rozkłada. Mit – aby funkcjonował i wywierał pozytywny wpływ – musi mieć swoje przesłanki, pewne konkretne podstawy. A w tej chwili, moim zdaniem, mit amerykański traci swoje podstawy: zarówno pod względem moralnym, wolnościowym, jak i ekonomicznym (i kto wie czy ten ostatni aspekt nie jest tu czynnikiem najważniejszym).

          Niestety, przy tym wszystkim Amerykę – a zwłaszcza społeczeństwo amerykańskie – postrzega się w Europie bardzo stereotypowo. Mnie to właściwie nie dziwi, bo wyobraźnia – nazwijmy ją „powszechną”, „zbiorową” – posługuje się niemal wyłącznie stereotypami. Ale nie można jednak np. niechęci do zagranicznej polityki USA, czy agresywnych poczynań rządu (chodzi tu np. o wojny), przenosić na całe społeczeństwo amerykańskie – na tzw. „zwykłych” ludzi. Od pewnych uogólnień nie da się uciec, ale należy sobie zdawać sprawę z tego, że są to uogólnienia, które absolutnie nie opisują – i nie mogą opisać – całej rzeczywistości, a zwłaszcza jej ważnych detali.

          Wspominasz o tym, że coś złego się dzieje również w Europie. Nie chcę tu patetycznie dąć w wielkie surmy, ale chyba jednak można mówić o kryzysie całej cywilizacji zachodniej. Przez ostatnie 500 lat z okładem napędzała ją własna ekspansywność, dynamika konkwistadora i zdobywcy, kolonizacja praktycznie całego świata – a wsparte to wszystko było niebywałym rozwojem technologii, nauki i fermentem intelektualnym. Teraz, wygląda na to, że doszło do pewnego stanu nasycenia (a może nawet przesycenia) tej cywilizacji, i że wyłoniły się inne siły, które przejmując pewne zdobycze cywilizacyjne Zachodu, zaczną dominować świat. I niestety, motywem przewodnim ani mocą napędzającą ten proces nie będzie liberalizm ani demokracja.

        • Bogdan Says:

          Celnie, bardzo celnie! Tragedia to jedno, a szum medialny to inna rzecz… Jak powiedział mi kiedyś pewien młody Palestynczyk „Kamien rzucony w Jerozolimie odbija sie echem we wszystkich gazetach swiata”…

  7. Simply Says:

    Póki co, nie znamy ich motywu. Inaczej się cała sytuacja objawi, jeśli wykonywaali zlecenie dla jakiejś organizacji, a co innego, jeżeli była to całkowicie indywidualna inicjatywa, nie powiązana z żadnym zorganizowanym terroryzmem. W tym drugim przypadku ( a jak dotąd na to wygląda ) , polityka USA ma mniej do rzeczy, niż sie na pozór wydaje. Nie , żebym ją usprawiedliwial, ale chodzi o to, że jak swiat światem, w każdym systemie znajdą się niezadowoleni, frustraci, ideowcy, popierdoleńcy, czy nawey zwykli lansiarze-megalomani, zdolni poprzec swoje stanowisko czynem; od Teda Kaczyńskiego, przez Barucha Goldsteina, do Andreasa Breivika.

    • Logos Amicus Says:

      Nawet jeśli się okaże, że zamachowcy w Bostonie mieli zupełnie inne motywy jak zemsta za politykę USA wobec krajów arabskich, to w niczym jednak nie zmieni wymowy mojego tekstu, w którym po prostu wskazuję na pewne potencjalne zagrożenia, które istnieją wskutek agresywnej polityki amerykańskiej (biorąc choćby pod uwagę dwie – moim zdaniem nieuprawnione i nieusprawiedliwione – wojny w Iraku i Afganistanie). Jeśli nawet terroryści w Bostonie nie kierowali się tymi motywami, to te motywy niestety istnieją i tylko czekają, by ktoś je podjął i zastosował.
      Zabójcy, których wymieniłeś byli oczywiście niezrównoważonymi psychicznie desperatami, ale wbrew pozorom ich motywy miały w sobie racjonalne ziarno – w tym sensie, że w każdym z tych przypadku odzwierciedlały istniejący realnie, poważny problem.
      I niestety, polityka amerykańska ma jednak wiele w tym wszystkim do rzeczy (tak, jak to było choćby z atakiem na WTC 9/11).

  8. Simply Says:

    ,,..Zabójcy, których wymieniłeś byli oczywiście niezrównoważonymi psychicznie desperatami, ale wbrew pozorom ich motywy miały w sobie racjonalne ziarno…” – dokładnie. Świadomie wymieniłem tu dwóch terrorystów ultraprawicowych: ewentualna liberalizacja polityki i zejście z militarnego, twardego kursu zawsze może zrodzić jakiegoś ,,patriotę”, wannabe męczennika Sprawy, który uzna, że Ameryka się spedaliła i postradała jaja, a on, jako inkarnacja Pattona, McArthura, czy Johna Wayne’a, otworzy ludziom oczy i przywróci tężyznę moralną narodu.
    Jako trzeciego, wymieniłem antycywilizacyjnego anarcho-prymitywistę własnego chowu – takiego sobie nie wymyślisz.Tu nie ma żadnych reguł. Walka z nimi, to jest własnie tzw. wojna asymetryczna, gdzie najczęsciej pierwszy ruch należy do terrorysty, a możliwość jakiejkolwiek prewencji, czy zapobiegania, jest minimalna, albo zerowa.
    Ale wracając do meritum, to ja się z Tobą w zasadzie zgadzam : Amerykanie narobili mnóstwo nieodpowiedzialnego gnoju, chocby podczas pierwszej wojny w Zatoce. Zindoktrynowali irackich Kurdów I Szyitów, którzy podjęli walkę z Saddamem na terenie Iraku, a po wyzwoleniu Kuwejtu, Amerykanie olali ich w trąbę, nie tylko nie udzielając żadnego wsparcia, ale po prostu zakończyli działania, zostawiając ich na pastwę losu. Saddam i Chemiczny Ali wystawili słony rachunek – 60 tys. ofiar, które uwierzyły Amerykanom.
    Druga wojna w Zatoce, to był najazd w stylu Adolfa – cassus belli był nawet nie pretekstowy, ale wręcz zmyślony, Saddam wpuścił wcześniej obserwatorów i nie utrudniał im pracy, raport Colina Powella był oczywisty ; żadnej broni masowego rażenia tam nie ma. Że już nie wspomnę, że Irak z fundamentalizmem islamskim nie miał nic wspólnego, to był świecki reżym w stylu stalinowskim. Trwająca nadal ,,misja stabilizacyjna” w Iraku, to jest dojenie taniej ropy – przynajmniej wiadomo , o co chodzi. Natomiast Afganistan, to dla mnie jedno wielkie WTF? ( jako odpowiedż na WTC :D )
    Arabskie organizacje terrorystyczne, jak Hamas, czy Hezbollach, cały czas prowadzą na szeroką skalę zakrojoną działalnośc charytatywną dla biedoty, której umożliwia sie też darmową edukację w szkołach koranicznych , ich mury opuszczają potem socjotechnicznie urobieni fanatycy. Ameryka ani Izrael nie stworzyły nigdy realnej alternatywy dla tej działalności, czegoś w rodzaju Planu Marshalla.

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli tak bliżej przyjrzymy się biografii tych wszystkich terrorystów, to jednak zawsze odnajdziemy w niej jakieś osobiste (indywidualne) powody (niepowodzenie w pracy, w życiu osobistym, rodzinnym… etc.) – jakąś psychiczną skazę, która w końcu doprowadziła ich do zbrodniczego czynu. Chcąc zracjonalizować swoją frustrację i nienawiść, wszystkie te gotujące się w nich destrukcyjne popędy – budują swój własny system „światopoglądowy”, swoje własne teorie, często nie pozbawione elementów paranoi. Ale są one w miarę spójne, mocno umotywowane i – jak już wspomniałem wcześniej – zakorzenione w jakimś realnym i poważnym problemie społecznym, obyczajowym lub politycznym. Kiedy więc dojdzie z ich powodów do jakiejś tragedii, to staje się to dla nas pretekstem (powodem), by się tym zupełnie realnym problemom przyjrzeć i je przeanalizować (bo jednak one same dość często są patogenne, tworząc realne zagrożenia). A jest chyba sens w tym dyskursie, bo przecież w ten sposób kształtuje się nasza świadomość, krystalizują nasze postawy – buduje się jakaś wartość społeczna czy kulturowa – ustalają się konkretne punkty odniesienia i kryteria, urabiają etyczne wartości.

      To prawda, że bardzo trudno przeciwdziałać aktom terrorystycznym (w wielu przypadkach jest to wręcz niemożliwe), ale jednak mamy wpływ na to, w jaki sposób je odbieramy – i ważne jest to, co się dzieje wskutek tych zamachów. Większość ludzi reaguje (w samym momencie ataku) paniką (jest to poniekąd zrozumiałe), ale wielu także dokonuje niebywałych aktów poświęcenia dla innych, ryzykuje własnym życiem, by uratować drugiego człowieka. (Widzieliśmy przecież takie zachowania zarówno po zamachu na WTC, jak i podczas bostońskiego maratonu). To jest budujące.
      Ale są też inne konsekwencje. Inne przesłanki czy wnioski z działań podejmowanych np. przez służby specjalne, ze sposobu w jaki reagują na to media, polityczny establishment, czy w końcu całe społeczeństwo.
      Nie będę ukrywał, że to co się działo wczoraj w Bostonie, wydało mi się jakimś (bez mała) absurdem. Uświadomiłem sobie (po raz kolejny zresztą) jak łatwo jest Amerykę zranić, jaka ona w sumie jest – mimo tych wszystkich oddziałów służb specjalnych, policji i wojska – bezbronna; jak łatwo byłoby tu wywołać chaos i sparaliżować takie ogromne metropolie, jak np. Nowy Jork, czy Chicago. W końcu: że jednak nie jesteśmy na to wszystko przygotowani, ani organizacyjnie, ani mentalnie. Że zbyt łatwo dajemy się wmanewrować w sytuacje i przyzwolenie na środki, które niby podejmowane są w imię naszego bezpieczeństwa, a w rzeczywistości ograniczają w dużym stopniu naszą wolność i obywatelskie swobody. W tym kontekście można wspomnieć o słynnym powiedzeniu Franklina, który stwierdził, że „ten kto poświęca wolność w imię bezpieczeństwa nie zasługuje ani na wolność, ani na bezpieczeństwo”.
      Moim zdaniem, to że poszukuje się i ściga dwójkę młodych chłopaków z pistoletami, nie może usprawiedliwiać blokady całego ogromnego miasta, unieruchomienia milionów ludzi w ich domach, zamknięcia lotnisk, zawieszenia ruchu komunikacji miejskiej… etc. To była bowiem, moim zdaniem, zbyt wysoka cena za to, że tych dwóch zamachowców wyeliminowano (w końcu przecież i tak najprawdopodobniej by ich schwytano). Na dodatek, w całym kraju stworzono – przy pomocy medialnej burzy – poczucie terroru i zagrożenia, niewspółmierne do zaistniałego w rzeczywistości niebezpieczeństwa.
      Przykro to stwierdzić, ale zdumiały mnie (może nawet śmieszyły) te wszystkie pojazdy opancerzone, kordony złożone z dziesiątków tysięcy policjantów, uzbrojone po zęby oddziały specjalne SWAT, które całymi plutonami, z wymierzonymi nie wiadomo gdzie karabinami, skradały się w czarnych kombinezonach po ulicach Watertown – nie wiadomo dokąd. To tak, jakby wytoczyć najcięższe armaty po to, by zabić muchę.
      I żeby jeszcze na coś się to zdało. Ale oni nikogo nie schwytali, odwołali blokadę, powiedzieli ludziom, że „area is safe”, a zaraz potem, pewien człowiek wyszedł z domu i spostrzegł na swojej, zaparkowanej obok domu łódce, ślady krwi i zawiadomił o tym policję. Jak te tysiące, patrolujących miasto agentów i żołnierzy, dysponujących najnowocześniejszym sprzętem i nieograniczonymi wręcz środkami, mogło to przeoczyć? Tym bardziej, że chłopak ukrył się bardzo blisko miejsca, gdzie zabito jego brata, a skąd on zbiegł.
      Ta demonstracja siły wydała mi się bardziej dowodem słabości i nieskuteczności stosowanych środków.
      I jeszcze nasz Pan Prezydent, który mówi: „They failed because the people of Boston refused to be intimidated. They failed because as Americans we refuse to be terrorized.” , co wg mnie zupełnie nie przystaje do rzeczywistości – do tego co naprawdę działo się w Bostonie: bo zarówno zamach terrorystyczny braciom Carnajew się udał, jak i miliony Amerykanów poczuło się sterroryzowanych i zastraszonych – nie tylko przez zamachowców, ale i – niestety – przez samą akcję służb specjalnych i wojska. Po co tworzyć – zwłaszcza w takich poważnych okolicznościach – nowe iluzje, zamiast starać się spostrzec rzeczy takimi, jakimi one są naprawdę?

      • Bogdan Says:

        Muszę Ci Staszku przyznać, ze masz bardzo celny ogląd rzeczywistości… I tej medialnej, i tej politycznej, i tej historyczno-histerycznej. Cytat z Franklina niestety pasuje do Ameryki po Sept 11…
        Ciekaw jestem Twojego zdania nt Waco, TX… Czy to „rodzina” Davida Coresha (?) przypomniała o sobie w 20 rocznice? Bo zbiornik amoniaku tak sam z siebie raczej nie wybucha…

        • Logos Amicus Says:

          Bogdanie, cóż można powiedzieć – Waco to tragedia. Ja twierdzę, że można to było rozegrać inaczej, unikając śmierci tylu ludzi. Przede wszystkim – o ile dobrze pamiętam – cała sprawa zaczęła się od nigdy nie udowodnionych oskarżeń o molestowanie seksualne dzieci w sekcie Branch Davidians i produkcję narkotyków przez Koresha.

          Dla mnie takie skrajne sekciarstwo jest czymś okropnym (jak zresztą wszystko co wiąże się z fanatyzmem, piorącą mózgi indoktrynacją i totalnym poddaniem się jakiemuś guru), ale jeszcze bardziej okropne było spalenie (i zabicie) tylu ludzi, w tym wielu dzieci. Moim zdaniem, rząd amerykański (bo to jednak była decyzja poczyniona na szczeblu rządowym) powinien odstąpić od tego oblężenia. Ale wiadomo – jak działają „rozkazy” i raz rozkręcona machina przemocy (nawet tej „zalegalizowanej”).

          Nie wiem czy ostatnia eksplozja w Teksasie (rzeczywiście w pobliżu Waco) miała cokolwiek wspólnego z tymi tragicznymi wydarzeniami z 19 kwietna 1993 roku, ale warto tu wspomnieć o tym, że największy (po 9/11) atak terrorystyczny w Ameryce, czyli wysadzenie w powietrze siedziby FBI w Oklahomie miał miejsce dokładnie w drugą rocznicę Waco – i data ta nieprzypadkowo została wybrana przez Timothy’ego McVeigh’a, który przyznał, że zamachu dokonał głównie dlatego, żeby pomścić Waco.

        • Bogdan Says:

          Pamietam tamto zdarzenie z tv w Australii… bylem wtedy tuz przed wylotem do US, wiec sledzilem sytuacje w US… I pamietam twarz Koresha z wiadomosci (dokladnie zdjecie policyjne z en.wiki)… Podzielam Twoja opinie nt sekciarstwa zwl. skrajnego… ale boje sie tez, ze w tego typu sprawach bardzo latwo manipulowac opinia publiczna… przedstawiac druga strone jako drug dealers, child abusers itd, zwl. ze nie moga sie bronic… Dlatego byc moze (bo nie jestem tego pewien) moga sie pojawiac takie zdarzenia w rocznice jak OK City w 1995 czy Waco teraz… Jakos szybko znaleziono sprawcow nomen omen masakry w Bostonie… a cos cisza o Teksasie…

        • Logos Amicus Says:

          Niestety Bogdanie, gross opinii publicznej „idzie” na pasku mediów i tych, którzy chcą aby inni widzieli rzeczy w taki, a nie inny sposób.

        • Bogdan Says:

          Dzisiaj media – zamiast patrzec wladzy na rece – same staly sie 4 wladza i walcza z nia o konkurencje, wplywy i pieniadze… Odcialem w domu tv (choc byl moment, ze mialem CNNy, DW, Russia24 AlJazeere i 300+ kanalow), radio wlaczam sporadycznie… jedynie jeszcze net pozostal… Telewizor sluzy do ogladania wyselekcjonowanych filmow i przegladania/porzadkowania wlasnych zdjec.

        • Torlin Says:

          „Niestety Bogdanie, gross opinii publicznej “idzie” na pasku mediów” – proponuję to głupie społeczeństwo wymienić na nowe, mądrzejsze. Jaki to jest cudowny sposób ustawiania sobie ludzi o innych poglądach. Miałem już nic nie pisać, ale nie wytrzymałem.

        • Logos Amicus Says:

          Nie społeczeństwo trzeba wymienić, tylko media.

          Jednak, gdyby społeczeństwo było mądrzejsze, to też by nie zaszkodziło.

  9. Simply Says:

    Ale to normalka, ze każdy z nich miał jakies traumatyczne doswiadczenia ; ten czuł sie niekochany przez ojca, tego bili w szkole, tamtego stróż molestował w schowku na szczotki, ten sie w podstawowce kochal w Mary Lou, a ona powiedziała mu, ze jest głupi i brzydki…. a potem doszło niezadowolenie z polityki zagranicznej socjalnej czy innej.
    Tylko co z tego?
    Takich mniejszych, czy większych frustratów i neurotyków jest połowa społeczeństwa, albo lepiej – nie ma ludzi całkowicie szczęśliwych, ani całkowicie normalnych. Tylko że nikt z nich jakos nie morduje i nie wybiera drogi terroru, to są na szczęście wyjątki. Na świecie są tysiace ludzi bez porównania bardziej stłamszonych, nieszczęśliwych, fatalnie doświadczonych i pozbawionych przyszłosci, niz taki Breivik.
    Dla mnie na przykład ciekawe jest ich pozytywne, paradoksalnie, podejście. Rzadko kiedy terrorysta kieruje się żądzą destrukcji i siania chaosu dla nich samych, a jeśli już, to jako niezbędny krok na drodze ku czemuś. Ku lepszemu, oni często wierzą, że naprawiają świat – mówię tu o ideowych indywidualistach ( idealny materiał w rękach wprawnych manipulatorów ), a nie o zawodowych terrorystach pokroju Carlosa. Oni wierzą, ze są dobrzy i altruistyczni, nie działają z myślą o własnych korzyściach, często czują się awangardą – liczą się z doraźnym potepieniem i wierzą w póniejsze błogosławienstwo. Każdy przypadek jest inny, zdobyta wiedza z przeszłości może okazac sie bezużyteczna, tego nie da się w żaden sposób monitorowac.

    A ten Boston, to faktycznie hucpa. Takie zamachy planuje się latami, zawodowiec siedzi sobie potem na bezpiecznym kwadracie, pali dobrego stuffa i dostaje mega głupawki z tych transporterów, SWAT’u i ,,rutynowych czynności”, a ludzie, jak piszesz, chodzą wkurwieni, nie wiadomo na kogo bardziej.
    Bo przecież, jeśli zaplanowano kolejne wybuchy w bliskich interwałach, to ładunki są juz dawno podlożone, a gdzie, to się wszyscy dowiedzą w momencie wybuchu.
    A na amatorów, to się wysyła nierzucającą się w oczy ,,cichociemną” brygadę specjalną, dla której miejska partyzantka nie ma tajemnic.

    • Logos Amicus Says:

      To prawda – terrorysta terroryście nierówny. Tym co ich łączy to determinacja. I każdy z nich stara się motywować swój akt jakimiś wyższymi celami, tworząc całe teorie usprawiedliwiające ich czyny (abstrahując od tego, czy te racje są urojone, czy też nie) i umieszczając je w jakiś wyższych rejonach (powinności, obowiązku, poświęcenia, walki o wolność czy idee).

      Ja nie napisałem, że ludzie w Bostonie chodzili „wkurwieni”. Nie, wydaje mi się, że większość z nich pokornie zamknęła się w domach i zastanawiała się nad tym, co się tak naprawdę dzieje. (Nie wiem, czy to dobrze czy to źle – ale faktem jest, że w ten sposób bez szemrania daje się władzom ograniczać własną wolność. A w tym przypadku, moim zdaniem, ta blokada całego miasta nie była usprawiedliwiona.) No a kiedy schwytano drugiego terrorystę, który z przestrzelonym gardłem krwawił ukryty w łódce, wielu ludzi dziękowało służbom specjalnym i policji za bohaterską postawę i poświęcenie w walce o bezpieczeństwo obywateli. Zwycięstwo świętowano na ulicach, w radości, że wszystko co złe się już skończyło.

  10. Simply Says:

    Dla mnie najbardziej fascynującym przykładem reakcji ludzi w obliczu terroru jest akcja 11 września w trzecim samolocie, który miał uderzyc w Pentagon – błyskawiczna konsolidacja grupy obcych sobie osób i podjęcie walki ze świadomością, że i tak są straceni, wyłącznie dla dobra innych. Zakonczona sukcesem, maszynę udało się wymanewrowac na bezpieczny teren.i Nie wiem, czy terroryści ( także potencjalni ) mają swiadomośc, że ponieśli wtedy chyba najpoważniejszą klęskę moralną ( taktyczną również, a co! ) w historii.

    • Logos Amicus Says:

      Ten samolot miał uderzyć w Kapitol (w Pentagon uderzył trzeci z porwanych samolotów).
      Tak, w czwartym samolocie terroryści przegrali, ale niestety, zburzenie wież WTC jak najbardziej im się udało – i to jest chyba jeden z największych sukcesów terrorystycznych w historii.
      Czy można mówić tu w ogóle o klęsce moralnej?
      Każdy zamach terrorystyczny jest w pewnym sensie klęską moralną ludzkości. Wliczając oczywiście w to te „udane”.

  11. Simply Says:

    Kapitol, jasne…
    Może złego słowa użylem, nie tyle moralnej, co ideowej. Ludzie w ekstremalnej sytuacji nie dali się sterroryzowac i choc wiedzieli, że juz po nich i nie ma czasu do namysłu – zaatakowali skurwysynów i pokrzyżowali im plany.
    O tym trzeba mówic i przypominac.
    Atak na WTC był pionierski, musiasł się udac. Jeśli pasażerowie dwóch pierwszych samolotow wiedzieli, że są porwani,to nikt nie miał podstaw przypuszczac, jak to sie skonczy. Do tej pory porwanie samolotu, to było wzięcie zakładników, negocjacje itp. Ci z czwartego posiadali już pewne strzępy informacji o tym co sie dzieje ( komórki) i zareagowali wystarczająco szybko – tu zakończyła sie moc czynnika zaskoczenia najzuchwalszego ataku terrorystycznego wszechczasow ; jeszcze w trakcie jego trwania.

    • Logos Amicus Says:

      Właśnie dlatego, że był pionierski, to (moim zdaniem) nie było gwarancji, że się uda. Ja do dzisiaj nie mogę uwierzyć w to, co się stało – taki to był ewenement i szatański plan, który zrealizowano z piekielną precyzją.
      Co może to prześcignąć? Terrorystyczny zamach atomowy. Ponoć możliwy do przeprowadzenia nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie. Aż skóra cierpnie na myśl, co by się wtedy działo, tym bardziej, że najprawdopodobniej wymierzony byłby w Stany Zjednoczone.

  12. BOMBY, WIATRAKI I KONTRABAS, czyli o samotności farsowo i tragicznie | WIZJA LOKALNA Says:

    […] mówiąc to aktualny on jest zawsze). Chodzi o terroryzm. Ostatni zamach bombowy w Bostonie i dyskusja, jaka wywiązała się pod moim wpisem o dramatycznych wydarzeniach, jakie on za sobą […]

  13. Onibe Says:

    pomijając przyczyny najważniejszym wnioskiem z wydarzeń jest wrażliwość infrastruktury państwowej, ale i społeczeństw jako takich, na bardzo tanie, bardzo niewyrafinowane a zarazem przerażająco skuteczne ataki. W czasie drugiej światowej Amerykanie i Brytyjczycy wysyłali na Niemcy tysiące bombowców ciężkich aby zburzyć spokój mieszkańców Rzeszy. Dzisiaj wystarczy dwóch – trzech ludzi, inwestycja na poziomie pięćdziesięciu dolarów i… bum… Nie trzeba armii. Nie trzeba wrogów państwowych, złych korporacji. Wystarczy cokolwiek, kiedykolwiek. Wiadomo: łatwiej atakować gdziekolwiek, niż bronić się wszędzie.

    • Logos Amicus Says:

      Niestety, wygląda na to, że na terrorystów nie ma mocnych, a jakiś motyw zawsze się znajdzie.
      Jednak ważne jest, aby wpływ, jaki ma zamach terrorystyczny na społeczeństwo, jak najbardziej zminimalizować. A raczej nie sprzyjają temu ani wrzawa medialna, ani też przesadna (niewspółmierna do istniejącego zagrożenia) reakcja służb bezpieczeństwa, które napędzają tylko psychozę strachu.
      Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest również napięcie, jakie wywołuje w świecie agresywna, nastawiona konfrontacyjnie, polityka i polaryzacja społeczeństwa wynikająca z różnic ekonomicznych czy światopoglądowych.

      • Onibe Says:

        współczesne społeczeństwa żyją w stanie odrealnionego snu. Przeskakują z poczucia pełnego bezpieczeństwa do panicznego zagrożenia. Nawet jeśli nie dzieje się nic, co nie działoby się przez ostatnie setki lat, nagle jest to wielkim problemem. Kwestie ekonomiczne i związane bezpośrednio z polityką międzynarodową odstawiłbym na bok. Zauważ, że brutalne wydarzenia nie są domeną USA. Zdarzają się we Francji, która polityki imperialnej nie prowadzi (chyba, że na papierze) czy w państwach skandynawskich, które o niczym innym nie marzą jak o życiu w spokoju i pokoju.

        • Logos Amicus Says:

          To wszystko jakoś się jeszcze trzyma kupy, bo większość ludzi ma pracę, istnieją i funkcjonują struktury państwowe (czy też unijne) – niepokoje społeczne pewnych grup daje się jak na razie w jakiś sposób spacyfikować, (choć czasem jednak wymyka się to spod kontroli wywołując panikę, czy też rozruchy, jak to było np. w Hiszpanii i Grecji).
          Nie wiem dokładnie jak to jest teraz w Europie, ale w Stanach w ostatnich latach ma miejsce galopujący proces rozwarstwienia społeczeństwa: na tych niewielu (stanowiących znikomy procent całego społeczeństwa), którzy mają coraz więcej (władzy, bogactwa, środków), i na tych wielu (zdecydowana większość), którzy mają tego coraz mniej. To jest wg mnie bardzo złe i niepokojące zjawisko, które w przyszłości może fatalnie wpłynąć na stan nie tylko Ameryki, ale i całego świata (już chyba wpływa).

        • Onibe Says:

          wedle statystyk w Europie nie ma takiego rozwarstwienia. Na studiach sporo takich rzeczy czytywałem ,nie pamiętam już dokładnych danych (ale zarazem dobrze kojarzę, że proces się pogłębiał), tym niemniej różnice były drastyczne. Prezes amerykańskiej korporacji zarabia na przykład tysiąc razy więcej niż szeregowy pracownik korporacji. W Europie jest to różnica rzędu stukrotności, pomijając już państwa takie jak np. Dania, gdzie państwo bardzo pilnuje, aby nikt się nie wychylił z dochodami poza pewne widełki. Co ma oczywiście swoje wady, jak choćby spadek konkurencyjności gospodarki.

          co do USA – owszem, państwo i struktury działają, ale ile to kosztuje? Stymulowanie zagrożenia jest metodą pobudzenia gospodarki, ale tylko do pewnego poziomu. Wzrost kosztów bezpieczeństwa z jednej strony stymuluje gwałtowny rozwój branży bezpieczeństwa (zarówno produkcja broni, alarmów, komunikatorów itd, jak i hossa dla firm ochroniarskich i paramilitarnych), ale zarazem powoduje spadek opłacalności innych przedsięwzięć. Długo tak pociągnąć się nie da. ZSRR próbował i poległ ;-)

  14. manlo Says:

    HuffPost:

    The two suspects in the Boston bombing that killed three and injured more than 260 were motivated by the U.S. wars in Iraq and Afghanistan, officials told the Washington Post.
    Dzhokhar Tsarnaev, „the 19-year-old suspect in the Boston Marathon bombings, has told interrogators that the American wars in Iraq and Afghanistan motivated him and his brother to carry out the attack,” the Post writes, citing „U.S. officials familiar with the interviews.”
    The report comes one day after U.S. officials told the Associated Press that it was the religious beliefs of Tsarnaev and his older brother Tamerlan that fueled their alleged plot.
    But if the officials who spoke to the Post are correct, the Boston bombing suspects would be the latest accused terrorists who have listed American interventions as their motive.

    http://www.huffingtonpost.com/2013/04/23/boston-bombing-suspects-motive-afghanistan-iraq_n_3140547.html?utm_hp_ref=mostpopular

  15. viral Says:

    Dżokahar Carbajew napisał na burcie łódki, w której się ukrywał:

    „Bombings were retriibution for what U.S. did to Muslim in Afghanistan & Iraq”

    „Boston victims were collateral danage, like Muslim are in U.S. wars.”

    MOTYWY:

    http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2013/apr/24/boston-terrorism-motives-us-violence

    http://www.huffingtonpost.com/2013/05/16/dzhokhar-tsarnaev-note-confession-in-boat-boston-bombing_n_3285203.html?utm_hp_ref=mostpopular

  16. UKRAINA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Wprawdzie zdarzało się, że zajmowałem się aktualiami społecznymi czy politycznymi (zamach w Bostonie, globalna inwigilacja, katastrofa smoleńska, interwencja w Syrii…), ale to były raczej […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s