„BEZ PRZEBACZENIA”, „HANNAH I JEJ SIOSTRY”, „PIĘĆ ŁATWYCH UTWORÓW”, „KOLOR PIENIĘDZY”, „CZUŁE SŁÓWKA”, „NARODZINY GWIAZDY” (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku „KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów „Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną („Dziennik Chicagowski”, „Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

*

„BEZ PRZEBACZENIA” (reż. Clint Eastwood)

Clint Eastwood w "The Unforgiven"

Clint Eastwood w „The Unforgiven”

W wieku 65 lat Clint Eastwood kręci film godnie pieczętujący 40-lecie jego przemian aktorskich, a przede wszystkim – karierę filmowca-reżysera, który wypracował swój niepowtarzalny i wysoce oryginalny styl, uznany i z biegiem lat rozpoznany (nie bez krytycznych meandrów zresztą). „The Unforgiven” sumuje i konfirmuje to, co najlepsze i najbardziej charakterystyczne dla dorobku Eastwooda. Obcując z każdą ze scen z osobna, możemy znaleźć refleksy, odniesienia i skojarzenia z jego poprzednimi obrazami. Nie jest to jednak efekt epigoństwa – film w żadnym wypadku nie sprawia wrażenia wtórności czy eksploatowania (wyrastających z niedostatku inwencji) zapożyczeń. Jest dziełem integralnym, godnym tradycji tego, co w historii kina western stworzył najlepszego. Ponadto pojawia się w okresie, kiedy Hollywood wydaje się zatracać wszelkie ambicje, a kolejne jego wytwory sprawiają wrażenie próżnych patrzydeł, bez żadnej istotniejszej i wartościowszej idei. Kontrast jaki powstał – tym bardziej jest więc wyrazisty.
Will Munny (Eastwood), niegdyś łamacz prawa i rewolwerowiec, jest owdowiałym farmerem, żyje wraz z dwójką dzieci, hodując świnie. Farma podupada, taplający się w błocie i łajnie Munny w niczym nie przypomina westernowego herosa. Mimo tego, za namową młodego, nieopierzonego jeszcze  łowcy nagród, postanawia zdobyć pieniądze, jakie wyznaczyły pracownice  burdelu okolicznego miasteczka Big Whisky, za schwytanie kilku nicponi, z których jeden właśnie co oszpecił jedną z koleżanek, kiereszując jej nożem całą twarz i pozbawiając tym samym „handlowej” wartości. Prostytutki same chcą dopiąć sprawiedliwości, sfrustrowane pobłażliwością dla bandytów ze strony miejscowego szeryfa, również byłego przestępcy (Gene Hackman w mocnej roli).
Will jest człowiekiem starym, przygiętym dodatkowo frasunkami wynikającymi z popadania farmy w ruinę, pogłębionymi bólem po stracie żony. Ma się wrażenie, że życie rodzinne pozbawiło go instynktu zabijaki, wiek zaś – sprawności fizycznej. Jednym słowem: Will zniedołężniał. Gdy próbuje wsiąść na konia, czujemy się wręcz zażenowani jego niezdarnością. Z odległości kilku kroków nie może trafić do celu wielkości wiadra. Lecz nie to przesądza o zakwalifikowaniu tej postaci w poczet anty-bohaterów Dzikiego Zachodu, jacy wyparli z czasem tradycyjnego, wyidealizowanego bohatera westernów – czystego i prawego jak np. Gary Cooper w „W samo południe”. Ale już filmy Forda, Hawksa czy Langa oferowały postać samotnego, wyalienowanego rewolwerowca, skazanego na społeczny ostracyzm za swoje nałogowe „przylgnięcie” do agresji i przemocy – mimo, że zazwyczaj stosowanych przez niego do obrony prawa i sprawiedliwości. Nie mówiąc już o bohaterach z demitologizujących totalnie Dziki Zachód, alternatywnych wobec klasycznego westernu, obrazów Peckinpaha, Penna, Altmana…
Munny jest postacią tragiczną, przerastającą naszą rzeczywistość, lecz nie patetyczną ani groteskową. Jest w nim coś z bohaterów granych wcześniej przez Eastwooda w filmach Sergia Leone: cynizm, amoralność, zimne wyrachowanie, egotyzm, aspołeczność. Podobnie jak wielu westernowych protagonistów, również i Munny powodowany jest żądzą zemsty. Najwięcej w nim jednak cech postaci stworzonych przez Eastwooda w jego własnych filmach. Munny mógłby być Josey’em Wales, zrazu pracowitym farmerem, który staje się wyjętym spod prawa renegatem wojny secesyjnej, szukającym zemsty na tych, którzy wymordowali mu rodzinę. Zresztą nie tylko w „The Outlaw Josey Wales” bohater Eastwooda szukał zemsty. „High Plains Drifter” i „Pale Rider” to kolejne przykłady. Mściciel staje się w nich demoniczną, przynależną jakby do innego świata zjawą, obdarzoną nadnaturalnymi atrybutami, której nie imają się kule. Prawdziwy Anioł Śmierci. Munny, to być może Brudny Harry, policjant ze słynnego sensacyjnego cyklu Eastwooda. By wymierzyć sprawiedliwość, sam musi stanąć ponad prawem, a raczej – poza nim. Nie tylko dlatego jawi się on nam jako postać moralnie dwuznaczna. Stosowana przez niego chłodna bezwzględność i sadystyczne skłonności spokrewniają go w jakimś sensie ze ściganymi przezeń psychopatycznymi zabójcami. Podobne analogie można by jeszcze snuć długo.
Nie spodziewajmy się więc po „The Unforgiven” lekkiej rozrywki. Często bowiem ciąży nam ponury i depresyjny klimat tego obrazu. Odczuwamy też niepokój i konsternację powodowaną jego moralnym relatywizmem oraz nadużywaniem przemocy, która nie jest tu już tak abstrakcyjna, jak w filmach czysto komercyjnych, o mniejszym ciężarze gatunkowym (stąd odbieramy ją bardziej realnie, rzec można – cieleśnie). Film ponadto jest dowodem na to, że Hollywood ciągle stać jeszcze na stworzenie czegoś wartościowego dla – rozumianego ogólnie – dorobku kina światowego.

„HANNAH I JEJ SIOSTRY” (reż. Woody Allen)

Mia Farrow, Barbara Hershey i Dianne Wiest w "Hannah i jej siostry"

Mia Farrow, Barbara Hershey i Dianne Wiest w „Hannah i jej siostry”

„Pani Bovary to ja” – mawiał Flaubert. „Hannah i jej siostry” to Woody Allen – można się pokusić o trawestację. Zebrawszy po raz kolejny przyjaciół, kochanki, żony byłe i aktualne, Allen nakręcił kolejną wariację na temat Nowego Jorku, małżeństwa, miłości, artystów, egzystencjalnych poszukiwań – o tęsknocie za stałością moralnych wartości, autentycznych związków… A wszystko podane w zwyczajowym, typowo allenowskim sosie introspekcji, neurozy, hipochondrii, amoralności i tłumionej histerii. No i oczywiście zaprawione natarczywą analitycznością, bez której Allen nie byłby sobą. Bohaterowie filmu, pozbawieni moralnego kręgosłupa, gną się i miotają, uciekając przed własnymi demonami i dezorientacją, gonią za chimerą, doraźną korzyścią, hedonistycznym komfortem… Tym, czym mogą nas ewentualnie zjednać, jest pragnienie wyjścia z tego aksjologicznego chaosu i wejścia w życie grupy, czyli tęsknota za zdrowym, szczerym i bliskim kontaktem z innymi ludźmi.
Centralną postacią filmu jest Hannah (Mia Farrow), wokół której, niczym wokół ostoi normalności, życiowego i zawodowego sukcesu, obracają się bohaterowie – bardziej już skonsternowani i zagubieni. Postaci pierwszego męża Hannah (granej przez Allena) warto poświęcić więcej uwagi, gdyż jest on jakby przeciwwagą dla stabilności i solidności Hannah, a ponadto – trzeba to przyznać – zdecydowanie film ożywia. Oczywiście, nie możemy się powstrzymać, by nie widzieć w tym człowieku jednej ze stron osobowości samego Allena: przeintelektualizowanego neurotyka, owładniętego obsesją umierania i lękiem przed śmiercią – zadaje bez końca te same pytania o istnienie Boga i sens życia… Odpowiadając sobie negatywnie (Allen cytuje Tołstoja: „Jedynie prawdziwą wiedzą, jaką może posiąść człowiek, jest to, że życie nie ma sensu”), usiłuje popełnić samobójstwo. Lecz nawet przy tej próbie objawia się jego nieporadność. Poszukiwanie odpowiedniej dla siebie religii również kończy się niepowodzeniem. Tragikomiczny efekt wywierają momenty hipochondrycznych napadów Allena. Autentyczny strach przed śmiercią w wydaniu tej persony, prowokuje nas do śmiechu, cokolwiek wszak gorzkiego. A jednak, nawet ten rodzaj filmu stać na happy end. Egzystencjalne poszukiwania bohatera kończą się afirmacją życia, które „jest takie, jakie jest i należy się cieszyć z tego, z czego można się cieszyć”. Niezbyt to odkrywcze, może nawet banalne, ale jeśli doświadczone szczerze… to czy nie może mieć jednak wartości? Stając po stronie witalności, Allen leczy się nawet z niepłodności i ponownie wchodzi do rodzinnego klanu, żeniąc się z siostrą Hannah. (Wychodzi na to, że zdradzam zakończenie filmu, ale jednak ono samo nie jest tak ważne, jak to, co dzieje się po drodze.)
Strukturę filmu buduje kilka równoległych wątków, co może sprawić wrażenie pewnej niezborności. Jest to pozór – reżyseria Woody’ego Allena jest bardzo precyzyjna. Mnogość słów i sytuacji współgra z charakterem postaci, z szalonym życiem wielkiego miasta, gdzie wśród pośpiechu, rywalizacji i ambicji, gubi się spokój, niweczy związki, rujnuje psychikę i wytraca co szlachetniejsze wartości.

„PIĘĆ ŁATWYCH UTWORÓW” (reż. Bob Rafelson)

Karen Black i Jack Nicholson w "Pięciu łatwych utworach"

Karen Black i Jack Nicholson w „Pięciu łatwych utworach”

Właśnie takich filmów brakuje dzisiaj w zalanym fajerwerkami kinie amerykańskim. Wśród filmów opowiadających wymyślne historyjki lub epatujących nas szaloną „akcją”, jakże tęskno czasami do obcowania z prawdziwymi bohaterami, z ludźmi z krwi i kości, ukazanymi wraz z ich szczęściem i cierpieniem, heroizmem i słabościami, rozsądkiem i obłędem. A było takich obrazów w latach 70-tych sporo. Wystarczy wymienić „The Last Picture Show”, „Serpico”, „Scarecrow”, „Midnight Cowboy”, „An Unmarried Woman”… Jednym z nich jest też „Pięć łatwych utworów” Boba Rafelsona z genialną kreacją Jacka Nicholsona, którego talent „wybuchł” właśnie rolą bohatera „Pięciu łatwych utworów”, którym jest Robert „Eroica” Dupea.
Tak, właśnie – „Eroica”. Roberta w dzieciństwie obdarzono imieniem, które jest jednocześnie tytułem III Symfonii Beethovena. Jego rodzeństwo poszło w ślady ojca, wybitnego muzyka. On – młody, gniewny i zbuntowany przeciw wartościom reprezentowanym przez bogatą rodzinkę – porzuca wyższe sfery na rzecz cygańskiego, prowizorycznego i nieuporządkowanego trybu życia. Wreszcie osiada w jakiejś prowincjonalnej dziurze, pracując przy naftowych odwiertach. Oczywiście jego nieprzystosowanie do świata w tym obcym mu z natury środowisku, jeszcze bardziej się wyjaskrawia. Jego dziewczyną jest Rayette – lokalna piękność, kelnerka marząca o karierze śpiewaczki country; oddana mu, sympatyczna i prostoduszna, aczkolwiek niezbyt lotna intelektualnie (fantastyczna Karen Black). Robert ma do niej stosunek ambiwalentny – irytuje go jej „cielęcość”, to znów ogarnięty wyrzutami sumienia i współczuciem, przygarnia ją do siebie na powrót. Dokładnie taki sam jest jego stosunek do świata. Za każdym razem, kiedy chce sobie znaleźć w nim miejsce, coś go uwiera, zmuszając do kolejnego buntu i sprzeciwu.
Dowiadując się o chorobie ojca, Robert składa wizytę rodzinnym stronom. Tu spotyka niezwykłą kobietę i poddaje się urokowi jej wyrafinowanej natury. Próbuje nawiązać z nią kontakt uczuciowy i intelektualny. Mimo że dochodzi do seksualnego zbliżenia, zostaje przez nią odrzucony, gdyż nie widzi ona szansy powodzenia związku z człowiekiem o tak niespokojne, rogatej duszy. W jednej z najbardziej poruszających scen filmu, Robert usprawiedliwia się ze swych błędów i zmarnowanego życia przed sparaliżowanym ojcem. Gorzki smak ma ta scena. Uświadamia nam bowiem bezbrzeżną samotność tego mężczyzny i tragizm sytuacji w jakiej się on znalazł: ojciec nie może mu odpowiedzieć, zganić czy przebaczyć; nie jesteśmy nawet pewni, czy ze względu na swój stan, świadom jest sensu spowiedzi syna.
Trudno opisać tu w kilku zdaniach tę wielką złożoność relacji Roberta ze światem i otaczającymi go ludźmi. Ogromna w tym zasługa Nicholsona, że zdołał obdarzyć graną przez siebie postać tak wielką głębią, ukazać ją w tak wielu wymiarach. Stąd też ta nasza uczuciowa konsternacja w stosunku do Roberta. Więc kiedy słyszę, że jest on jedną z najbardziej pamiętnych postaci w historii amerykańskiego kina, a sam film – jednym z najznakomitszych jego obrazów – to nie wydaje mi się to przesadą.

„KOLOR PIENIĘDZY” (reż. Martin Scorsese)

Tom Cruise i Paul Newman w "Kolorze pieniędzy"

Tom Cruise i Paul Newman w „Kolorze pieniędzy”

Oczywiście kolor pieniędzy w filmie Martina Scorsesego jest zielony, ale cały obraz ma mocne niebieskie zabarwienie: BLUE. Nie tylko ze względu na intensywny kolor oczu Paula Newmana, którym tak urzeka on kobiety. To także smak melancholii i bluesa, który nie opuszcza ścieżki dźwiękowej filmu – i stale majaczy w jego atmosferze.
„Kolor pieniędzy” to historia walki z przemijaniem, wspomnienie o dawnej świetności, zauroczenie lekkomyślną i chełpliwą młodością… Fast Eddie Felson (Newman) przed 25 laty zerwał z nałogiem hazardowej gry w bilarda (co można było zobaczyć w filmie „The Hustler” Roberta Rossena z 1961 roku). Zajął się zamiast tego handlem alkoholem. Z powodzeniem… o czym świadczy imponujący biały Cadillac, pierwszorzędne garnitury i pewność siebie człowieka, który przejrzał świat na wylot, i już wie co decyduje o sukcesie. Ma to swoją cenę i konsekwencje: rozwianie złudzeń, nabawienie się cynizmu, sarkazm… Lecz mimo to ciągle mamy wrażenie, że pod cynizmem tym kryje się szczypta żywego jeszcze romantyzmu – jakiś zdławiony sentyment. O tym, że Felson nie stał się jeszcze wysuszonym do szpiku kości materialistą, świadczy choćby sposób w jaki flirtuje on przy barze z barmanką, swoją długoletnią przyjaciółką. Taka aura działająca na kobiety nie może otaczać człowieka, który zakochany jest już tylko w zielonym kolorze pieniędzy. Chłodny dandyzm i wyrachowanie podrywacza nie wyprały jeszcze jego duszy z resztek liryzmu – wspomnienia ciągle mają dla niego wartość mocnego sentymentu. To dlatego, kiedy po raz pierwszy słyszy mocne uderzenie kija bilardowego Vincenta (Tom Cruise), odżywa w nim – dawno wydawałoby się obumarły – nerw współzawodnictwa, pędu do wygranej. Eddie Felson przyjmuje na siebie rolę nauczyciela i mentora młodego Vincenta w jego krucjacie przeciwko najlepszym bilardzistom Ameryki. Finałowej bitwy należy się spodziewać podczas wielkiego turnieju w Atlantic City, amerykańskiej mekce hazardu.
Sugestywny styl Scorsesego chroni „Kolor pieniędzy” przed kliszą, którą mógłby sugerować dość schematyczny wątek rywalizacji między mistrzem a uczniem. Klasa filmu opiera się przede wszystkim na aktorstwie Newmana, Cruise’a i Mary Elizabeth Mastrantonio, występującej tu w roli Carmen, układnej, opanowanej i lekko cynicznej towarzyszki Vincenta, temperującej chłopięcą buńczuczność i nieodpowiedzialność nieopierzonego jeszcze młodzika.
Obraz tylko pozornie odbiega tematyką i charakterem od tego, czym do tej pory zajmował się Scorsese. Jeżeli przyjrzymy się mu bliżej, to dostrzeżemy motywy, które tętnią we wszystkich jego utworach: tłumiona i wyzwolona agresja, seksualizm, manipulacja namiętnością i emocjami, problem winy i kary, grzechu i odkupienia… Skarżono się na „bezkrwistość” „Koloru pieniędzy”. Sam Scorsese stwierdził, że podejmując się tego tematu, chciał się zmierzyć z produkcją „studyjną”, no i z wielkimi gwiazdami. Jeśli chodzi o mnie, to nie odniosłem wrażenia, że film cierpi na niedokrwistość. Pod pozornym chłodem i deliberacją ujęć, wyczuć można było tę – nie opuszczającą nigdy Scorsesego – pasję i zaangażowanie, które każdy jego obraz czynią dla widza doświadczeniem nietuzinkowym.

„CZUŁE SŁÓWKA” (reż. James L. Brooks)

Debra Winger w "Czułych słówkach"

Debra Winger w „Czułych słówkach”

„Czułe słówka” to prawdziwy triumf showbusinessu, gdzie połączone siły telewizji i amerykańskiego kina stworzyły arcydzieło na swoją miarę. Film jest wymierzony w popularne gusta, odwołuje się przymilnie do populistycznej wrażliwości i – opowiadając o tzw. „zwykłych” ludziach – w bardzo zręczny sposób wygrywa odwieczne elementy „ludzkiej komedii”, romantyczne sentymenty i tragedie „wyciskacza łez”. „Czułe słówka” są w istocie obrazem „familijnym”, a dokładniej – zajmującym się cierpko-słodką relacją matki i córki, oraz tym, jak radzą sobie one z mężczyznami swojego życia. Zadziwia sposób w jaki reżyser James L. Brooks, używając całego arsenału sprawdzonych, melodramatycznych schematów telewizyjnych „mydlanych oper”, zamienia w przejmujący autentyzm ludzkiego doświadczenia. Możliwe to było głównie dzięki rewelacyjnej obsadzie aktorskiej: z Shirley MacLaine, Debrą Winger i Jackiem Nicholsonem na czele. Zrobiono wszystko, by „Czułe słówka” stały się ukochanym pupilkiem widowni. Wysiłek został uwieńczony sukcesem.
Wątek obejmuje okres 30 lat i zajmuje się życiem Aurory Greenway (MacLaine), niezależnej, energicznej, sarkastycznej i (nadal) atrakcyjnej wdowy, oraz jej spontanicznej, pełnej witalności i naturalności, córki Emmy (Winger). Aurora, zgodnie ze swym charakterem, usiłuje kontrolować i zdominować życie córki, co oczywiście – zważywszy na temperament Emmy – jest dążeniem płonnym. Nie można mieć bowiem kontroli nad żywiołem. W związku z tym, obie kobiety są w stanie permanentnego konfliktu.
Przez długi czas film usiłuje nas tylko bawić – trzeba przyznać, że dość efektywnie i skutecznie. Tonacja z komediowej na tragiczną zmienia się w momencie, kiedy Emma dowiaduje się o swojej nieuleczalnej chorobie. Konwencja filmu ulega tu pewnemu zachwianiu. Lekkie i beztroskie, acz błyskotliwe i nieskazitelne widowisko uderza w dramatyczną nutę, stając się nerwowe, fatalistyczne… W pewnym momencie rodzi się niebezpieczeństwo, że cudowne uzdrowienie przypieczętuje ckliwość obyczajowej bajeczki. Jednak „Czułe słówka” zachowują swą spójność, mimo radykalnej zmiany kursu. Ocierając się o sentymentalizm, nigdy nie przekraczają granicy ckliwości, degradującej je do poziomu przeciętnej soap-opery.

„NARODZINY GWIAZDY”  (reż. Frank Pierson)

Barbra Streisand i Kris Kristofferson w "Narodzinach gwiazdy"

Barbra Streisand i Kris Kristofferson w „Narodzinach gwiazdy”

Jeden z największych musicalowych hitów w historii kina popularnego, będący już czwartą z kolei ekranizacją powieści Williama Wellmana i Roberta Carsona, z których najsłynniejszą bodajże był film George’a Cukora z 1954 r. z Judy Garland i Jamesem Masonem w rolach głównych. „A Star is Born” uwspółcześniono, przenosząc akcję na gigantyczne rockowe areny i czyniąc z bohatera gwiazdę rock & rolla.
Trudno jednakże oprzeć się wrażeniu, że głównym powodem, dla którego powstał film, była merkantylizacja i ostentacyjna prezentacja gwiazdorskiego splendoru wykonawców głównych ról: Krisa Kristoffersona, a zwłaszcza Barbry Streisand. Nawet sam reżyser Frank Pierson oskarżył tę ostatnią wprost o megalomanię. To prawda, że w żadnym ze swoich filmów Streisand nie świeci takim blaskiem, jak w „Narodzinach gwiazdy”. Ale jakże mogło być inaczej, skoro nawet scenariusz zawierał instrukcje typu: „Zbliżenie na wyjętą z klozetu toaletę Miss Streisand”.
Kris Kristofferson jest herosem rocka, którego kariera schodzi na manowce, o czym świadczą notoryczne ekscesy, pijaństwo, przerywane koncerty… Po kolejnej rozróbie, w jednym z nocnych lokali spotyka on występująca tam w charakterze piosenkarki Barbrę. Odtąd są już razem. Między nimi rodzi się wielka miłość, obrazowana na ekranie za pomocą niezliczonej ilości powłóczystych spojrzeń Barbry oraz niekończących się konnych przejażdżek po skąpanej w promieniach zachodzącego słońca pustyni (to taki dyżurny kicz ckliwości). Jak łatwo można przewidzieć Streisand szybko pnie się na szczyty sukcesu i sławy, podczas gdy Kristofferson stacza się sukcesywnie (?) na dno. Oczywiście, nawet gorące uczucie Barbry, tudzież jej zupełne oddanie duszą (i ciałem), nie są w stanie wypędzić z niego przyzwyczajeń zepsutego bachora i awanturnika. Tak to niestety można określić, bowiem film nie dostarcza nam zgoła żadnej przesłanki – najmniejszego nawet powodu – by głębiej spojrzeć na postać graną przez Kristoffersona. Jego zachowanie może tylko irytować, a psychologiczna płycizna wyklucza umieszczenie jej w jakimś tragicznym wymiarze.
Totalnym nieporozumieniem są według mnie rockowe występy Kristoffersona. Przy czym nie mam tu na myśli jego motocyklowych wyczynów i demolek, a rozminięcie się z jego wykonawczymi predyspozycjami. Bowiem zupełnie brak mu owego rockowego drive’u i wokalnej agresywności, jakiej wymaga ten rodzaj muzyki. Ciągle więc odnosiłem wrażenie, że jego obecność na otoczonej wielotysięcznym tłumem estradzie, jest przypadkowa. Ponoć muzyce country nie tak daleko do rock & rolla, ale akurat Kris, (który do dziś występuje na poletku country music) tego nie potwierdza. Nuży okrutnie śpiewany (a ściślej: mruczany) przez niego w nieskończoność „utwór” „Watch Closely Now”. Już to wykonanie byłoby moim zdaniem dostatecznym powodem wygwizdania „gwiazdy” ze sceny.
Jest jednak w „A Star is Born” naprawdę piękny akcent w postaci nastrojowej kompozycji Barbry Streisand pt. „Evergreen”. Również jej występy, aczkolwiek miejscami przydługie i zawieszające nieco akcję, mogą cieszyć ucho wielbicieli jej niewątpliwego wokalnego talentu i wrażliwej muzykalności (bo co by nie powiedzieć, Streisand wielką i prawdziwą gwiazdą jest) oraz oko tych, których ujmuje oryginalność jej urody.

*

Advertisements

Odpowiedzi: 32 to “„BEZ PRZEBACZENIA”, „HANNAH I JEJ SIOSTRY”, „PIĘĆ ŁATWYCH UTWORÓW”, „KOLOR PIENIĘDZY”, „CZUŁE SŁÓWKA”, „NARODZINY GWIAZDY” (z filmowego archiwum)”

  1. Torlin Says:

    Tym razem pudło, nie dałem rady obejrzeć żadnego z tych filmów w całości.

    • Logos Amicus Says:

      A z jakich to powodów?
      Ja uważam, że każdy z tych filmów wart był objerzenia… Nawet ten ostatni ;)

      • Torlin Says:

        Mnie jest głupio odpowiedzieć, ale – może nie powinienem tego pisać – Barbra Streisand jest dla mnie tak strasznie brzydką kobietą, że uniemożliwia mi to słuchanie jej głosu czy gry aktorskiej. Sorry, to jest silniejsze ode mnie.

        • toja Says:

          Barbra jest świetna. Wspaniały głos, talent muzyczny i aktorski i nie tylko… Trzeba podkreślić, że renomy nie zrobiła sobie „na piękne oczy” ;) Streisand ma charyzmę, swój własny styl, poczucie humoru i zdecydowanie jest charakterystyczna :)

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, obejrzyj jednak sobie (i posłuchaj) ten teledysk. Jest piękny, a Barbra śpiewa znakomicie. Trudno tego nie zauważyć. Nie mogę zrozumieć, dlaczego chlapnąłęś coś takiego.

          Tu jest jeszcze inna wersja tej piosenki:

          To jest jednak wyjątkowa kobieta, bardzo uzdolniona i świetna piosenkarka (moim skromnym zdaniem).

        • Torlin Says:

          Dobra Logosie, usuń wszystkie moje komentarze dotyczące Barbry. Mimo wszystko chciałbym, abyś zauważył, że ja nie piszę o jej głosie i talencie aktorskim, tylko piszę o urodzie, a Wy na odwrót. To był powód, dla którego wyszedłem z kina będąc – i tu się złapałem na własnej pamięci, bo chciałem napisać „New York, New York” – a to nie ona. Ale usuń, Logosie, w sieci nie wolno pisać prawdy.

        • Logos Amicus Says:

          Jeśli usunę Torlinie, to znikną też wszystkie inne komentarze, które są powiązane z Twoim (a nie chcę tego robić @toji). Poza tym – jak sam twierdzisz – napisałeś prawdę (ściślej: Twoją „prawdę”, bo ja nie uważam, że Barbra Streisand jest kobietą brzydką).

          Wybacz, ale nie mogę się zgodzić z Twoim poglądem, iż „w sieci nie wolno pisać prawdy”. (Czy do zasady tej stosujesz się także na swoim blogu? ;) )

        • Torlin Says:

          Nie wolno, bo króluje polityczna poprawność. Nie wolno napisać, że jakiś Arab jest nierobem, nie wolno napisać, aby Żydówka była brzydka, a film „Filadelfia” nie można obejrzeć ze względu na tematykę. Powiedz szczerze, możesz napisać prawdę? Przecież zaraz Cię obstąpią „poprawnościowcy” i powiedzą: „Jak możesz tak pisać? Jesteś rasistą, ksenofobem, nacjonalistą i się nie myjesz”.

        • Logos Amicus Says:

          Ja inaczej to widzę.
          Wolno Ci to wszystko napisać, tylko wtedy należy się liczyć z konsekwencjami – np. z tym, że Cię zaraz ktoś – jak piszesz – „obstąpi”. (Ale czy warto się tym przejmować? Zawsze Cię ktoś „obstąpi” – żebyś nie wiem co napisał.)

          Nasza sprawa ze Barbra jest jednak inna. Bo tu chyba jednak chodzi o zwykły nietakt jaki popełniłeś. I nieważne w tym wszystkim jest to, czy Streisand jest Żydówką, czy też nie (jeśli chodzi np o mnie, to ja nigdy nie patrzyłem na nią od tej strony… etnicznej ;) ). Co by nie sądzić o jej urodzie, jest ona bardzo utalentowaną kobietą, niezłą aktorką i świetną jednak piosenkarką. O tym powinniśmy tutaj pisać, a nie o tym, że ma krzywy nos (a zwłaszcza nie wychodzić z tą rewelacją w pierwszym zdaniu).

  2. igorimorswin Says:

    Dzięki za przypomnienie, że „Kolor pieniędzy” to film Scorsesego.

  3. Mariusz Says:

    Z westernów Eastwooda najbardziej podobał mi się „Wyjęty spod prawa Josey Wales”, który wraz z „Rewolwerowcem” Siegela można określić jako „ostatnie prawdziwe westerny”. Późniejsze filmy tego gatunku to już udane – lub nie – próby wskrzeszenia gatunku, „Bez przebaczenia” z pewnością należy do tych udanych – mocne kino, którym Eastwood wspiął się na wyżyny swojego talentu aktorskiego i reżyserskiego. Clint już potem do westernów nie wrócił, ale za to Gene Hackman świetną rolą brutalnego szeryfa zapoczątkował szereg interesujących ról w westernach (zagrał w „Geronimo”, „Wyacie Earpie” oraz „Szybkich i martwych”).
    Jakiś czas temu mówiło się o tym, że Eastwood planuje nakręcić kolejną wersję „Narodzin gwiazdy” z Beyonce w roli głównej, ale chyba się opamiętał i zrezygnował z tego głupiego pomysłu. Ja widziałem tylko wersję z Judy Garland, średnio mnie zachwyciła ta historia, ale chyba i tak jest to najlepsza wersja (a tak na marginesie reżyser nazywa się Cukor, nie Cokor, poza tym to chyba nie jest ekranizacja powieści, lecz adaptacja scenariusza wersji z 1937 roku).

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem „Bez przebaczenia” to jeden z najlepszych filmów Clinta Eastwooda, który zresztą bardzo dobrych i dobrych filmów wyreżyserował sporo. Swoją drogą, jak wiesz, jego reżyserska kariera zaczęła się już ponad 40 lat temu świetnym i zaskakującym „Play Misty for Me”, gdzie Clint po raz pierwszy pokazał ten swój surowy, mroczno-egzystencjalny, lekko depresyjny styl, któremu właściwie był wierny w następnych swoich – całkiem licznych – filmach.

      Gene Hackman to bardzo dobry aktor. Zagrał wiele znakomitych ról (zwłaszcza w latach 70-tych) – na przekór swoim warunkom fizycznym i aparycyjnym (a może właśnie dzięki nim? ;) )

      Nie wiem, może z „Narodzin gwiazdy” z Beyonce w reżyserii Eastwooda wyszło by coś ciekawego? ;)

      PS. Oczywiście masz rację: Cukor a nie Cokor (zwykła literówka – już poprawiłem), a „A Star is Born” nie jest ekranizacją powieści tylko oryginalnego scenariusza z 1937 roku.
      Wersja z Judy Garland z 1954 roku uważana jest jednak za jeden z najlepszych filmów lat 50-tych. Np. na portalu „Rotten Tomatoes” (sumującym opinie najbardziej znanych krytyków amerykańskich), pozytywnych recenzje jest aż 96%:
      http://www.rottentomatoes.com/m/1019829-star_is_born/
      Niestety, osobiście nie mogę się na temat tej wersji wypowiedzieć, bo filmu nie oglądałem.

      • Mariusz Says:

        Ja do „Narodzin gwiazdy” z 1954 podchodziłem nawet trzykrotnie, za pierwszym razem dotrwałem do połowy, za drugim obejrzałem drugą połowę, a za trzecim już tylko sam początek, po czym doszedłem do wniosku, że to jednak nie moje klimaty i nie będę się nimi katował. Ale przyznaję, że Judy Garland zagrała w nim świetną rolę, chyba najlepszą w swojej karierze, a James Mason świetnie jej partneruje. Może faktycznie Eastwood nakręciłby lepiej ten film, ale jest już w takim wieku, że nie powinien marnować czasu na remaki, ale zrobić np. jakiś porządny, nowoczesny western :)
        Ja też uważam, że „Bez przebaczenia” to jeden z najlepszych filmów Eastwooda, ale to jednak „Josey Wales” jest filmem, który oglądam za każdym razem gdy widzę go w telewizji.
        A Gene Hackman to wielki aktor, który w dodatku wiedział kiedy zejść ze sceny – podobnie jak Connery jest na emeryturze, konsekwentnie odmawiając kontynuowania zabawy w aktorstwo.

        • Logos Amicus Says:

          Widzę, że „narodziny gwiazdy” z Judy Garland nie mają jakoś do Ciebie szczęścia ;)
          Eastwood nakręcił by ten film na pewno inaczej, i – masz rację – chyba jednak lepiej.

          Ciekawą kwestię poruszyłeś: czy aktor powinien w pewnym okresie swoje życia schodzić ze sceny? Co ma o tym decydować? Wiek, wypalenie, zmiana aparycji? Zauważ, że wielu aktorów, nawet w bardzo podeszłym wieku, stworzyło bardzo dobre, czy nawet wybitne, kreacje (choćby Danuta Szflarska w „Pora umierać”, Riva i Trintignant w „Amour”, Jessica Tendy w „Driving Miss Daisy”, Victor Sjöström w „Tam, gdzie rosną poziomki”… tę listę można ciągnąć długo).

  4. Simply Says:

    @ Mariusz
    ,,… Gene Hackman świetną rolą brutalnego szeryfa zapoczątkował szereg interesujących ról w westernach..”
    Nie zapoczątkował, duże i mocne role w westernach grywał o wiele wcześniej: ,,Hunting Party” (72), ,,Bite a Bullet” ( 75), ,,Zandy’s Bride”’ (74).

    UWAGA SPOILERY!
    „Bez przebaczenia” to film znakomity, imo najlepszy, najbardziej intrygujący i bogaty w treść western Eastwooda. Bardzo mnie ujął wątek Mr. Beauchampa ( Saul Rubinek ), szukającego tematów autora westernowych dime novels i jego kolejne stopnie wtajemniczenia w skomplikowaną prawdę o Brudnym Zachodzie, proteusowo zmieniającą oblicze wraz z kolejnym ,,cicerone”: to co pozer i konfabulator ( Harris ) przedstawił, jako prawdę nad prawdami, szeryf ( Hackman ) dokumentnie zdemistyfikował i wyszydził – Corcoran Dwa Colty rządzi! Aż tu nagle, Beauchamp pewny, że podłączył się do największego twardziela i najpewniejszego żródła informacji, doświadcza czegoś kompletnie nieoczekiwanego ( oczym zresztą chyba najbardziej marzył ) I to nie ,,na gębę” a na własne oczy: jeden gość bez problemu rozwala pięciu innych w saloonie, w tym ,,niezatapialnego” Małego Billa, do tego upiorną deszczową nocą.

    To wszystko przypomina sam western, który na przestrzeni lat podobnie się zmieniał. Polukrowana i tendencyjna wizja Johna Forda zaczęła w pewnym momencie zamulać i drażnić, padając ofiarą pozbawionych złudzeń dekonstruktorów pokroju Penna, czy Altmana, lecz ci, na gruzach zniszczonych przez siebie mitów, nie ukonstytuowali nowych ; dlatego ich propozycja ( skądinąd bardzo interesująca) westernu na nogi nie postawiła. Eastwood – bo to on przecież jawi się w tej trzeciej odsłonie – najskuteczniej podtrzymał żywot gatunku, nie odrzucając jego mitologii, lecz przyprawiając ją brutalnym realizmem ( nie wykluczającym jednak heroizmu ), tak historycznym, jak psychologicznym, podobnie, jak Peckinpah, czy Leone – wizjonerzy nadal żywo oglądani.
    Scenariusz Davida Webba Peoplesa, pod roboczym tytułem ,,The Cut-Whore Killings” ( dla mnie super ), Eastwood nabył jeszcze w 1976 r. Czuł, jaki drzemie w nim potencjał i cierpliwie opłacał opcje i czekał, aż będzie dostatecznie dojrzały – też wiekiem – by zmierzyc się z tą rolą i tą historią. Musiał też nastąpić moment koniunktury na westerny, co zaczęło się z końcem lat 80-tych. Dlatego pewnie chcąc zrobic western w czasie posuchy, zdecydował się na rzecz bardziej klasyczną, sprawdzoną i mniej ryzykowną ( ,,Pale Rider” 85).

    • Mariusz Says:

      Napisałem tak dlatego, bo tych westernów z Hackmanem z lat 70. nie oglądałem. No i nawet dla fanów westernów są to raczej tytuły nieznane.

      • Simply Says:

        Zależy, dla kogo. ,,Hunting Party” Medforda to jeden z najokrutniejszych westernów ever made, Hackman gra tu takiego skurwysyna, że Mały Bill , to przy nim ministrant. Partnerują mu Oliver Reed ( jedyna jego westernowa rola) i Candice Bergen. Muzyka Ortolaniego. Jakby co, jest na kinomaniaku z polskim lektorem.

    • Logos Amicus Says:

      @Simply, wydaje mi się, że twórcy tzw. anty-westernów nie chcieli westernów stawiać na nogi, ale wręcz przeciwnie: postanowili rozłożyć go na łopatki (często – dosłownie i w przenośni – taplając go w błocie).
      I czy nie ukonstytuowali nowego mitu?
      Moim zdaniem zrobili to – tworząc mit innego rodzaju (anty-mit?)
      I właśnie – posiłkując się tą nową mitologią, Eastwood kręcił swoje późne westerny, które wyglądały już zupełnie inaczej, niż ta westernowa klasyka (choćby spod znaku Forda).
      Ale masz rację: Eastwood nie odrzucił zupełnie starej mitologii, tylko na swój sposób ją przetransponował, wzbogacając o mitologię nową, (o której przed chwilą wspomniałem).
      Tak mi się przynajmniej wydaje.

      • Simply Says:

        Z tymi twórcami antywesternów, czy spag-westów, to różnie bywało. Peckinpah też mitów gatunkowych nigdy nie odrzucił, podobnie Sergio Leone, który w dodatku ich stronę przedstawieniową zaskakująco wyolbrzymił i estetycznie przerafinował. Co zaś zostało z rozmysłem uśmiercone, to westernowy imperatyw : walka Dobra ze Złem.
        Co do Penna i Altmana, to widzę tę kwestię bardziej w kategoriach semantycznych, niż rzeczowych :oni odkłamali etos gatunku i obalili stare mity nie po to, by je zastąpic nowymi, ale właśnie , by przydac westernowi nową jakośc, wolną od wiecznych, zdawac by się mogło, mitów założycielskich. Inna sprawa, jak to wpłynęło na dalsze losy westernu, choc , jak widac na przykładzie ,, Unforgiven”, niektóre obrazoburcze patenty mają sie po latach całkiem nieżle : scena zastrzelenia delikwenta na sraczu, to cytat z ,, Przełomów Missouri” Penna.

        • Logos Amicus Says:

          Ja jednak widzę kino (jak również całą kulturę) jako jedną wielką fabrykę mitów. Nawet ci, którzy mity łamią i obalają, tworzą – chcąc nie chcąc – mity nowe.
          Rozumiem Twoją myśl: twórcy anty-westernów nie chcieli kreować nowych mitów (nie po to świadomie niszczyli stare). Ale moim zdaniem – uśmiercając, jak piszesz, imperatyw (klasycznego westernu) walki Dobra ze Złem – stworzyli nowy: Dobro musi być czasami Złe, co też jest swojego rodzaju mitem – tym razem mitem niejako postmodernistycznym.
          Poza tym: anty-estetyka też jest estetyką. Nie ma ucieczki przed mitologizacją w kulturze i sztuce.

  5. Onibe Says:

    tym razem nie zaliczyłem 100% trafień, ale kilka filmów z listy widziałem, znam i lubię ;-)

  6. ulotna_wiecznosc Says:

    Z tego zestawu Logosie “Czułe słówka” z Jackiem Nicholsonem czułe słówka:-))

  7. Simon Says:

    Unforgiven to jeden z najsłynniejszych filmów Eastwooda. Ja sam oglądałem go tylko raz, dość dawno, ale wtedy nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia, choć niewątpliwie dobrze byłoby sobie ten tytuł powtórzyć. O wiele bardziej jednak do gustu przypadły mi inne filmy Eastwooda, z najlepszą moim zdaniem Rzeką Tajemnic na czele.

    • Logos Amicus Says:

      Najsłynniejszych i jednak wg mnie najlepszych. Ale „Rzeka Tajemnic” też była świetna. Film głęboki, stanowiacy znakomite studium psychologiczne – ukazujący złożoność ludzkich postaw i dokonywania wyborów. Podobała mi się nawet bardziej, niż – też przecież dobry – jeden z ostatnich filmów wyreżyserowanych przez Eastwooda: „Gran Torino”.

  8. RAK JAKO WIDOWISKO – o filmach „ŻYĆ NIE UMIERAĆ” i „CHEMIA” | WIZJA LOKALNA Says:

    […] od legendarnej „Love Story” Hillera; przez „Szepty i krzyki” Bergmana, „Czułe słówka” Brooksa, „Za wcześnie umierać” Schumachera; po „Żródło” […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s