„PATTON”, „LAWRENCE Z ARABII”, „ŻYĆ I UMRZEĆ W LOS ANGELES”, „ROBOCOP”, „NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC”, „MŁODY FRANKENSTEIN”, „PRETTY WOMAN”, „OTO SPINAL TAP”… (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się dwadzieścia parę lat temu od kilku publikacji w miesięczniku „KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów „Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną („Dziennik Chicagowski”, „Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum (czyt. pudła) skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

„PATTON” (reż. Franklin J. Schaffner)

George C. Scott (

George C. Scott („Patton”)

Gigantycznych rozmiarów Amerykański Sztandar wypełnia cały kadr. U dołu ekranu pojawia się mała sylwetka człowieka odzianego w generalski mundur. Bryczesy, szpicruta, hełm zakrywający czoło; marsowy wzrok, pewny krok, zdecydowany głos: „Chcę, byście pamiętali, że żaden sukinsyn nie wygrał jeszcze wojny, oddając życie za swój kraj. Wygrał ją dzięki temu, że zmusił innych cholernych sukinsynów, by oddali swoje życie za ich kraj…” Tutaj następuje długa tyrada osobistych poglądów generała na naturę wojny, armii i żołnierza, oraz bardzo obrazowe przedstawianie sposobów, w jaki wyruszający na front Amerykanie, mają się rozprawiać z niemieckim wrogiem. „Teraz wiecie, co czuję” – kończy generał, a my uświadamiamy sobie w tym momencie, czemu zawdzięcza on swą sławę jednego z najskuteczniejszych i najbardziej kontrowersyjnych generałów w historii amerykańskiej armii.
Film Franklina J. Schaffnera zdominowany jest przez postać Pattona, (w którego wręcz rewelacyjnie wcielił się George C. Scott) – wszystko co dzieje się na ekranie przechodzi przez pryzmat jego osobowości. Nie jest to oczywiście obraz anty-wojenny, choćby z tego względu, że nie zajmuje się wojną jako taką. Jest natomiast biografią człowieka, dla którego wojna była istotą i treścią życia, formą samorealizacji, najwyższym ludzkim doświadczeniem.
Film zdołał dokonać trudnej i rzadkiej sztuki. Ukazał megalomana, szowinistę, fanatyka militaryzmu, aroganckiego bufona i pozera w sposób, który nie wykluczał naszej sympatii dla tego człowieka (iście ekwilibrystyczna sztuczka). Obyło się bez (jawnego) brązownictwa, a i tak ujrzeliśmy postać monumentalną, o żelaznym charakterze i niezłomnej woli, z jasną wizją zwycięstwa, odważnego aż do szaleństwa. Tylko czy taki właśnie był George S. Patton Jr. rzeczywisty? Pozostaje to kwestią otwartą – na pewno jednak był postacią złożoną, której ocena zależy od przyjętej perspektywy. Czy Patton był tzw. „wielkim człowiekiem”? Niewykluczone. Ale na pewno wielki – a może nawet wybitny – jest film, który mu poświęcono.

„LAWRENCE Z ARABII” (reż. David Lean)

Peter O'Toole (

Przeszywające spojrzenia Petera O’Toole’a i Omara Sharifa  („Lawrence z Arabii”)

Dziś już takich filmów się nie robi. Niestety, odeszła – zapewne bezpowrotnie – w przeszłość epicko-romantyczna konwencja gigantycznego widowiska z tysiącem statystów i rozmachem, który przerastał w dwójnasób samo życie. Także nie ma już wśród nas Davida Leana, twórcy „Lawrence’a z Arabii” i paru inych obrazów, takich jak np. „Most na rzece Kwai”, „Doktor Żywago” czy „Droga do Indii”, utwierdzonych już mocno na pozycjach wybitnych osiągnięć w historii kina.
T. F. Lawrence to postać autentyczna. Brytyjski oficer mobilizujący w latach dwudziestych XX wieku plemiona arabskie do wojny z Turkami, którego życie było jak gotowy scenariusz filmowy. Jednak nie spodziewajmy się tego, że Lean pokaże nam rutynowego „wojennego bohatera” i kronikarską – wypełnioną „akcją” – relację z batalistycznych ekscesów. Bowiem „Lawrence z Arabii” jest nie tylko melodramatem, filmem przygodowym, czy też biografią. Jest również – a może przede wszystkim – poetycką kreacją postaci tak oryginalnej i wyjątkowej, że próżno by szukać na ekranach podobnej.
Niezapomniany Peter O’Toole przedstawił Lawrence’a jako człowieka wielce skomplikowanego, pełnego sprzeczności i niuansów, patosu i komizmu, bohaterstwa i głupoty, geniuszu i szaleństwa – a przez to nad wyraz barwną, wręcz egzotyczną. Monumentalizm pustynnej scenerii jeszcze bardziej wszystko tu kontrastuje i wyjaskrawia. Hollywoodzka maniera spektakularnego fresku akurat tutaj zupełnie fortunnie nie rozpuściła się w kiczowatości (tak, jak np. zdarzyło się to „Kleopatrze” Mankiewicza) ale wspomogła atrakcyjność obrazu i jego artystyczną treściwość.

„ŻYĆ I UMRZEĆ W LOS ANGELES” (reż. William Friedkin)

Willem Dafoe (

Willem Dafoe („Żyć i umrzeć w Los Angeles”)

Niezwykle precyzyjny kryminał policyjny – kino sensacyjne w swej najlepszej amerykańskiej formie. Gdyby nawet cała reszta filmu Williama Friedkina była letnia i poślednia, to i tak warto byłoby się z nim zapoznać – choćby po to, by podelektować się co najmniej dwiema prawdziwie wielkimi scenami. Pierwsza przedstawia druk fałszywych pieniędzy, druga bez wątpienia  plasuje sie w czołówce najlepszych samochodowych scen pościgowych w historii kina: szalona ucieczka dwójki bohaterów… pod prąd zapełnionej setkami samochodów autostrady.
Do ukazywania policjantów posługujących się mało ortodoksyjnymi środkami działania, kino amerykańskie zdążyło nas już przyzwyczaić (wspomnijmy choćby „Brudnego Harry’ego” Eastwooda). Jednakże dwójka bohaterów „Żyć i umrzeć w Los Angeles” wprowadza do tego zbioru nowe jakości. Charakteryzując się raczej moralnym przeciętniactwem, tajni agenci Chance i Vukovich, wznoszą się zarówno na wyżyny heroizmu, jak i spadają do poziomu ulicznego rynsztoka. Odwaga i determinacja przeplata się u nich ze strachem i niezdecydowaniem, profesjonalizm z amatorska nieudolnością. Angażując się w swoją pracę, realizowanie swoich zadań zamieniają oni z czasem w prywatną wojnę przeciw przestępcy. W filmie jest nim Eric Masters (Willem Dafoe), profesjonalny fałszerz pieniędzy, nie cofający się w egzekwowaniu swoich szemranych interesów przed największym bestialstwem. To zimna maszyna zbrodni. Chance i Vukovich przymierzają się do przyłapania chełpiącego się swoją bezkarnością Mastersa na gorącym uczynku. Finał jest krwawy.
Jeden z najlepszych obrazów lat 80-tych, zaniedbany nieco przez krytykę i nie do końca doceniony – mimo sporego powodzenia w kinach. A przecież, mimo powierzchownemu podobieństwu do przeciętnych sensacyjnych filmów akcji, których w tamtym czasie kino amerykańskie produkowało na pęczki, „Żyć i umrzeć w LA” zrywało z wieloma schematami swojego genre’u. Tyle, że wymagało to nieco wysiłku, by je spod rutynowych pozorów wyłuskać.

„ROBOCOP” (reż. Paul Verhoeven)

„RoboCop”

Upadek i niedocenianie prawdziwego aktorstwa w Hollywood (piszę o wyrobnictwie hollywoodzkiej fabryki en gross), coraz większe schlebianie plebejskim gustom, pogoń za niezwykłością i udziwnieniem… wszystko to z czasem wykreowało typ bohatera, który zatracał stopniowo swe cechy człowiecze na rzecz zrobotyzowanej sprawności (najczęściej bojowej). Na bok schodziły wszelkie moralne konsternacje, wytarło się sumienie i etyczna wrażliwość. Robocop – mechaniczny policjant stworzony w celu unicestwienia złoczyńców – stoi po stronie prawa  nieświadomie. Nie ma możliwości wyboru, dlatego też jego aktywności nie można poddawać moralnej ocenie. Zresztą, mówienie o etyce w kontekście tego rodzaju filmów, wydaje się najczęściej nieporozumieniem. Wszystko bowiem zostaje podporządkowane akcji, efektom specjalnymi, uderzającej wizualności. Zazwyczaj nie spotkamy się w nich z poważniejszym komentarzem dotyczącym poza-filmowej rzeczywistości politycznej czy społecznej. Bowiem komiks – a taka jest geneza owych obrazów – doskonale sobie radzi w obrębie stworzonych przez siebie reguł, nie musi wykraczać poza ramy konwencji.
Sprawy się jednak nieco wikłają, gdy podchodzimy do „RoboCopa”. Ken Russell nazwał go „największym filmem science-fiction od czasu ‚Metropolis'”. Cóż, „RoboCop” jest na pewno obrazem wybitnym w swojej klasie. Dostrzec można pewną i kreatywna rękę holenderskiego reżysera Paula Verhoevena, jego dowcip i inteligencję – mistrzostwo, które miało się już wkrótce objawić ponownie, choćby w „Total Recall”. Z drugiej strony, określano go również (oczywiście, cokolwiek przesadnie) „najbardziej gwałtownym filmem w dziejach kina”. Uwzględniwszy przy tym jego komercyjne powodzenie, wypada nam popatrzeć na „RoboCopa” jako na ekranowy fenomen lat 80-tych.
Tym, co uderza i zaskakuje w tym filmie jest gorzki posmak autentycznego cierpienia, jakiego doznaje Robocop, gdy z wolna budzi się w nim tożsamość człowieka, którego mózg i części korpusu obudowano metalowym pancerzem. Nie ma w tym jednak krzty sentymentu. Jest natomiast jakaś tragiczna i cierpka prawda o doli człowieczej – opuszczeniu, samotności… a nawet rozpaczy.
Można się tu jednak również pokusić o próbę wskazania na etyczne powikłania filozofii filmu Verhoevena. Wyraża ona m.in. naiwne pragnienie człowieka, by za naciśnięciem guzika i przy zaprzęgnięciu najnowocześniejszej techniki, pozbyć się wszelkich cywilizacyjnych bolączek, dewiacji i brudów –  niczym za dotknięciem jakiejś czarodziejskiej różdżki. Wszechmocny „odkurzacz”, modernistyczne „hocus-pocus”. Jest też jakaś moralna przewrotność (krypto-masochizm?) w tym, że sekundujemy unicestwiającej ludzi maszynie.

„NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC” (reż. John Landis)

Eddie Murphy i Dan Aykroyd w

Eddie Murphy i Dan Aykroyd w „Nieoczekiwanej zmianie miejsc”

Radośnie bawiąca się swoim nieprawdopodobieństwem komedia Johna Landisa, który tej współczesnej wersji bajki o „Królewiczu i żebraku” spopularyzowanej przez Marka Twaina, przydał pewnego anarchizmu, przypominającego nam nieco jego wcześniejsze filmy: „Animal House”, czy też słynnych i szalonych „The Blues Brothers”.
Królewicz to Dan Aykroyd, yuppie z domieszką błękitnej krwi, zajmujący wielce lukratywne stanowisko dyrektora firmy maklerskiej, której właścicielami są bracia Duke – dwaj starsi panowie. Żebrakiem jest czarny Eddie Murphy. Spotykamy go oczywiście na ulicznym bruku. Siedzi na inwalidzkiej desce, udając beznogiego wietnamskiego weterana. „Królewicza” i „żebraka” styka ze sobą przypadek. Obecni są przy tym bracia Duke & Duke, którym w jednym momencie wpada nagle do głowy przewrotna myśl znudzonych swoją omnipotencja demiurgów, którzy z olimpijskich wyżyn obserwują porających się z życiem i walczących ze sobą śmiertelników. Zakładają się między sobą o jednego (!) dolara, by rozstrzygnąć stary spór o to, co decyduje o pozycji człowieka w świecie: urodzenie i geny, czy też praca i wykształcenie – dziedzictwo czy środowisko?
Postanawiają bez skrupułów pozbawić Aykroyda pieniędzy, pracy, domu, służącego, narzeczonej i limuzyny – wyrzucając go na bruk, a na jego miejsce sprowadzić Murphy’ego. Ich ofiary stają się zarówno świnkami doświadczalnymi, jak i marionetkami w rękach amoralnych, pozbawionych serca i sumienia staruchów. (Kontrast czynów braci Duke z ich miłą powierzchownością jest przewrotnością Landisa.)
Ta bajeczna fantazja zapożycza wiele z amerykańskich komedii lat 30-tych i 40-tych. Jest jednak przy tym na tyle swobodna i oryginalna, że oddala posądzenie o sztuczność i manieryzm. Spotykamy też w tym filmie nieśmiałe aluzje na temat amerykańskiej rzeczywistości. Nie przeceniajmy ich jednak. Całość jest bowiem jednym wielkim żartem. Udanym.

„MŁODY FRANKENSTEIN”   (reż. Mel Brooks)

Gene Wilder i jego pomocnicy w

Gene Wilder w „Młodym Frankensteinie”

Wnuk barona Frankensteina, Victor (Gene Wilder) wykłada studentom jednej z nowojorskich szkół medycznych różnicę między odruchami „wolicjonalnymi” a „bezwarunkowymi”, wpadając w irytację, gdy ktoś z audytorium wypomina mu pokrewieństwo ze słynnym ze swych eksperymentów z ożywianiem martwych tkanek, baronem. Victor bowiem uważa dziadka za szarlatana, a więzy krwi, które go z nim łączą – za coś wstydliwego. Kiedy jednak tajemniczy przybysz z dalekiej Transylwanii wręcza mu testament barona, dr. Victor Frankenstein rusza w drogę za głosem swojego antenata.
Zgodnym chórem, właśnie „Młodego Frankensteina” uważa się za najlepszą ze wszystkich parodii Mela Brooksa. Okazało się, że film grozy był gatunkiem, który potraktował on z wyczuciem, rzec można – z szacunkiem, a nawet z pietyzmem. Bowiem, w przeciwieństwie do innych parodii tego reżysera, „Młody Frankenstein” jest powściągliwy, integralny, zdyscyplinowany… A co ważniejsze – wątek fabularny nie sprawia wrażenia, iż jest ledwie pretekstem do uraczenia nas szeregiem dowcipów, skeczy i gagów, zazwyczaj luźno ze sobą związanych, tudzież nie wnoszących do fabuły niczego treściwego. Jednym słowem, „Młody Frankenstein” opowiada dość interesująca historię.
Kilka zabiegów artystycznych i formalnych zbliżyło film Brooksa do klasyki grozy kina z lat 30-tych. W sposób otwarty nawiązuje on do pierwszej (i najlepszej) adaptacji XIX-wiecznej, klasycznej już opowieści Mary Shelley, „Frankensteina” z 1931 roku. Podobieństwo widoczne jest nie tylko w motywach, konkretnych scenach, ale także w oprawie scenograficznej, wykorzystującej autentyczne gadżety i użyte w tamtym filmie rekwizyty. Oczywiście, aby zachować klimat niegdysiejszych horrorów, sfilmowano „Młodego Frankensteina” na taśmie czarno-białej, a ścieżkę dźwiękową wypełniono muzyką do złudzenia przypominającą motywy tamtej epoki.

„PRETTY WOMAN” (reż. Garry Marshall)

Julia Roberts i Richard gere w

Julia Roberts i Richard Gere w „Pretty Woman”

Oto dowód na to, jak opowieść o sprzedajnej dziewce może stać się jednym z najniewinniejszych filmów pod słońcem. Główna to zasługa Julii Roberts, która w roli współczesnego Kopciuszka- prostytutki-call girl („Cinde-fuckin’-rella” – jak mówi o niej koleżanka po fachu), emanuje z ekranu urokiem nie tyle anielskim, co jednak nieziemskim. Prawdę pisząc, ani przez chwilę nie wierzyłem w ten bajzelowy charakter Julii, mimo, że każe ona sobie słono płacić dosłownie za wszystko: od wskazania drogi ($5), przez osobiste towarzyszenie mu do celu ($10), po… hm… (bardzo dużo $$$).
Grający tu biznesmena-milionera Richard Gere, spotyka zupełnie przypadkowo Julię, która (równie przypadkowo) zamieszkuje w jego luksusowym hotelowym apartamencie. Od tego prosta już droga ku wzajemnemu zauroczeniu, bo, jak wiemy, zarówno Julia, jak i Richard urodą jednak grzeszą.
Film Garry’ego Marshalla z tzw. „prawdziwym życiem” niewiele ma wspólnego. To dobrze. Nie byłby bowiem wtedy tak ciepły i sympatyczny – nie byłby bajką. Dzięki temu związek między Richardem Gere – sex-symbolem amerykańskiego kina, a Julią Roberts – dziewczęco-świeżą gwiazdką Hollywoodu, jest tak przekonujący, absorbujący i satysfakcjonujący.

„OTO SPINAL TAP”  (reż. Rob Reiner)

Rockmani z

Rockmani z „Oto Spinal Tap”

Wyśmienita – inteligentna i dowcipna – satyra na pompę, zadęcie i napuszenie rocka. „Oto Spinal Tap” ma formę dokumentu zapisującego amerykańskie tournee brytyjskiej kapeli rockowej „Spinal Tap”. Cały dowcip polega na tym, że przedstawia nam on w swoim filmie kapelę fikcyjną, ale taką, która naprawdę mogłaby istnieć – jest ona bowiem parodystycznym zlepkiem zapożyczeń z istniejącego rzeczywiście w rockowego światka epizodów i postaci, z identyfikacją których żaden fan tej muzyki nie powinien mieć trudności. Powiedzmy sobie szczerze, że „Spinal Tap” to zespół raczej marny, lecz wcale nie gorszy od niejednego, który odniósł sukces na prawdziwym rynku muzycznym.
Całe zajście rozgrywa się w latach 80-tych, lecz w filmie sięga się do początków grupy, który miał miejsce w latach 60-tych. Mimo swej nazwy, „Spinal Tap” to band bez kręgosłupa, bezkrytycznie ulegający wszystkim modnym trendom, goniący za komercyjnym sukcesem. Oprawa scenograficzna ich koncertów to kicz doskonały – graciarnia gadżetów i elementów eksploatowanych niemiłosiernie przez całe rzesze rockowych showmanów.
Kamera chwyta także gorące momenty pozakulisowych starć, nieporozumień i animozji między członkami grupy, jak również między nimi a ich bombastycznym i pełnym pretensji menadżerem.
„Oto Spinal Tap” nie ma słabych momentów. Jest natomiast mnóstwo nader dowcipnych aluzji i spostrzeżeń świadczących o artystycznej kompetencji reżysera Roberta Reinera i trzech aktorów (grających członków grupy), na których skupiona jest uwaga tego wyjątkowego pseudo-dokumentu, będącego w rzeczywistości bardzo udaną komedią.

*

Reklamy

komentarzy 41 to “„PATTON”, „LAWRENCE Z ARABII”, „ŻYĆ I UMRZEĆ W LOS ANGELES”, „ROBOCOP”, „NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC”, „MŁODY FRANKENSTEIN”, „PRETTY WOMAN”, „OTO SPINAL TAP”… (z filmowego archiwum)”

  1. Torlin Says:

    Tym razem trafiłeś na trzy filmy, które są u mnie w albumie plytowym pod nazwą: „Najlepsze 100 filmów świata według Torlina”. Do nich należy:
    1. „Patton”. To nie tylko znakomity film i świetna rola, ale znakomicie pokazany portret świetnego dowódcy. Sporo czytałem na jego temat, i jego własne pamiętniki, a także Bradleya, Churchilla, B.L. Montgomery’ego czy Eisenhauera, i z nich wynika jednoznacznie, że on taki po prostu był.
    2. „Nieoczekiwana zmiana miejsc” – jeden z nielicznych filmów, na których trawię Murphy’ego. Świetna komedia, znakomicie zagrana i wyreżyserowana. A może i w mojej podświadomości wyróżnila się cecha, że chciałbym, aby to spotkało wszystkich rządzących giełdami?
    3. „Pretty woman” – co tu napisać? Przecież każda komedia romantyczna jest bajeczką, ale wiesz pewnikiem o tym, że jestem gigantycznym zwolennikiem tef formuły i się w niej kocham. Do tego filmu możesz dodać jeszcze jeden film z mojej setki i też z Julią – „Notting Hill”. Czyż nie powinieneś wtedy napisać: „Film Rogera Michella z tzw. “prawdziwym życiem” niewiele ma wspólnego. To dobrze. Nie byłby bowiem wtedy tak ciepły i sympatyczny – nie byłby bajką. Dzięki temu związek między Hugh Grantem – sex-symbolem brytyjskiego kina, a Julią Roberts – dziewczęco-świeżą gwiazdką Hollywoodu, jest tak przekonujący, absorbujący i satysfakcjonujący”.

  2. ulotna_wiecznosc Says:

    Logosie widzę że wiosennie otworzyłes archiwa LA . To prawie jak z Archiwum X :-))
    Pretty Woman znaczy historia kopciuszka parę wieków pózniej :-) I jaka obsada. Julia Roberts i Richard Gere.
    Nieoczekiwana Zamiana Miejsc to też nawiązanie do bajki
    Jak to z tymi scenariuszami jest? (Pytam znawce tematu)
    Wiekszość polega na przerabianiu znanych motywów mitów, legend, baśni?

    • Logos Amicus Says:

      Dokładnie tak jest: większość z tych scenariuszy filmów, które zdobyły wielka popularność, to po prostu powielanie kilku – rzec można „archetypicznych” – motywów, które od zawsze towarzyszyły ludzkiej potrzebie opowiadania różnych historii, bajek i tworzenia mitów (gwoli edukacji, rozrywki, terapii… etc ) Chodzi tylko o to, by podać to w atrakcyjnej formie i nieco innym przybraniu: tak, aby widz miał wrażenie, że tę historię już skądś zna, ale że – zarazem – nigdy jej jednak jeszcze nie widział ;)

  3. Mariusz Says:

    „Patton”, „Lawrence z Arabii” i „RoboCop” to wybitne osiągnięcia w swoich gatunkach, zawsze chętnie się do nich wraca. To filmy, które angażują widza, są po mistrzowsku zrealizowane i zagrane, każdy z nich cechuje się także świetną muzyką. No i z każdego z nich można wydobyć jakąś prawdę – o historii lub o człowieku, nawet w fantastycznym i efekciarskim „RoboCopie” tak jak napisałeś „jest jakaś tragiczna i cierpka prawda o doli człowieczej – opuszczeniu, samotności… a nawet rozpaczy”.
    „Pretty Woman” to jednak według mnie film przeciętny – oglądało się nieźle, ale raczej nie znalazłem tu niczego szczególnego, by mi się chciało wracać do tego filmu :) I nie chodzi tu o to, że nie lubię komedii romantycznych, bo myślę, że potrafiłbym znaleźć dziesięć lepszych filmów tego gatunku.
    Parodie Mela Brooksa bawiły mnie w dzieciństwie, ale niestety po latach jego filmy już tak nie zachwycają, chociaż „Młody Frankenstein” to chyba faktycznie jego najlepszy film. A „Nieoczekiwana zmiana miejsc” to chyba najlepszy film Johna Landisa – zabawna i inteligentna komedia z doskonale poprowadzoną fabułą i wyśmienitym aktorstwem.
    Dodam jeszcze, że zgadzam się co do tej kiczowatości „Kleopatry” – każdy kadr tego filmu krzyczy do widza, że to Wielkie Kino, a kolorowe kostiumy i wystawne dekoracje bardziej zapadają w pamięć niż Elizabeth Taylor w tytułowej roli.

    • Logos Amicus Says:

      Zapewne są lepsze komedie romantyczne, niż „Pretty Woman”, ale mnie ten film bardzo się podobał – i być może powód tego był jakby… poza filmowy (oczarowanie wdziękiem Julii Roberts, która w tym filmie bardzo mi się spodobała? ;) ) Są bowiem takie filmy, wobec których nie mam żadnej ochoty być krytycznym, bo po prostu je polubiłem – choć muszę przyznać, że taka reakcja zdarzała mi się częściej dawniej (kiedy byłem zdecydowanie młodszym człowiekiem), niż dzisiaj ;)

      Podejrzewam, że i mnie komedie-parodie Brooksa teraz mniej by się podobały, bo – powiedzmy sobie szczerze – reprezentował on humor dość przaśny i (często) niezbyt wysokich lotów.
      Jednak z czasem nasze podejście do kina (pewnego rodzaju filmów) się zmienia.
      Oto np. niedawno przypomniałem sobie dłuższe fragmenty „This is a Spinal Tap”, które onegdaj bardzo mnie śmieszyły, a teraz niektóre gagi wydały mi się cokolwiek… hm… cienkie (ot, taki humor „gimnazjalny”).

      Mnie wielka pompa hollywoodzka, (której dobrym przykładem jest „Kleopatra”) jakoś nigdy nie brała. Nawet w widowiskach skądinąd (pod pewnymi względami) wybitnych, jak np „Spartakus” czy „Ben Hur”, zawsze wyczuwałem pewną sztuczność, która mi przeszkadzała. Tę skłonność do gigantomanii Hollywood zaczęło przejawiać dość wcześnie: prominentnymi przykładami są tutaj griffithowskie kolosy „Nietolerancja” i „Narodziny narodu”, nota bene przez wielu znawców kina uznane za arcydzieła.

  4. 4youu Says:

    Nieco zaskoczył mnie dobór filmów… Co do “LAWRENCE Z ARABII zgadza się takich filmów, w taki sposób się nie kręci. To po pierwsze. Po wtóre, ostatnimi laty Pretty Women jest u nas w Polsce powtarzana w okresie świąt bożonarodzeniowych. Bajka, (zanim nastała era gupawych polskich komedii, co z romantyzmem nie mają nic wspólnego, ale z ogupianiem widzki, lub widza, owszem) czasami przymknąć oko albo dwa…

    • Logos Amicus Says:

      Dobór filmów jest zupełnie przypadkowy (tym co je łączy jest chyba to, że jednak wyróżniają się one z całego zatrzęsienia produkcji kina popularnego – i są pamiętane do dzisiaj).

      Trochę mi jednak żal, że takich filmów jak „Lawrence z Arabii” się nie kręci. Choć ciągle w kinie światowym zdarzają się epickie superprodukcje z wielką liczbą statystów, to jednak bardziej kładzie się nacisk na efekty specjalne. A jednak żaden wygenerowany komputerowo tłum „cyfrzaków” nie będzie wyglądał tak, jak wygląda tłum prawdziwych ludzi z krwi i kości.
      To prawda: patos, muzyka, pewna teatralność tego rodzaju starych produkcji może się wydawać dziś pewnym anachronizmem, ale jeśli pogodzimy się z ich konwencją (albo po prostu ona nam nie przeszkadza), to film nawet po latach może dostarczyć sporo przyjemności w oglądaniu.

      Nie wiem jak często w telewizji polskiej jest eksploatowana ‚Pretty Woman”, ale myślę, że jeśli zbyt często, to na dobre to temu filmowi nie wychodzi. I wreszcie trzeba przymknąć nie jedno oko, tylko dwa.

    • Cliff Says:

      Absolutny, Monumentalny, Wybitny, Genialny, Niepowtarzalny – to tylko niektóre z przymiotników jakie nasuwaja się po jego obejrzeniu „Lawrence’a z Arabii”. Ale tak naprawdę wspaniałości arcydzieła Leana nie da się opisać słowami.
      Na doskonałość filmu złożyło się wiele elementów, ale na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się postać głównego bohatera – jednej z najbardziej zagadkowych, frapujących i fascynujących w historii kinematografii. I tak naprawdę, jedyne co na pewno możemy o nim stwierdzić, to to co sam mówi do swojego pustynnego przewodnika: „Jestem Inny”. Jednak postać Lawrenca nie byłaby tak niesamowita gdyby nie Peter O’Toole – grający tu rolę życia. Drugi Plan nie ustępuje jednak poziomem. Nazwiska takie jak Quinn, Guiness czy Schariff mówią zresztą same za siebie.

      Pisząc o tym filmie nie można jednak zapomnieć o jeszcze dwóch rzeczach. Pierwsze to absolutnie niesamowite, genialne zdjęcia Freddiego Young’a. Niezwykle sugestywny obraz pustyni, dziś po 46 latach od premiery nie traci na świeżości i wciąż wywiera ogromne wrażenie.
      Drugi to perfekcyjna reżyseria Lean’a. Wspaniale połączył on wątki Lawrence’a, brytyjskiej polityki, arabskich problemów i sprawił, że film mimo prawie 4 godzin długości, ani na chwilę nie nudzi.

      Nie chce pisać, ze „Lawrence z Arabii” to najlepszy film w historii, bo jeszcze wiele obrazów przede mną. Ale po jego obejrzeniu muszę stwierdzić, że trudno mi jest znaleźć taki, który by w moich oczach mu dorównał.

  5. Onibe Says:

    jak rzadko kiedy widziałem wszystkie pozycje z Twojego zestawienia ;-). I praktycznie wszystkie uważam za dobre w swoich strefach gatunkowych. Wszystkie też się nieźle starzeją… może z wyjątkiem Robocopa (ale sf tak już ma, że traci wartość na tle młodszych produkcji).

    • Logos Amicus Says:

      O ile dobrze sobie przypominam, pod którymś z podobnych zestawów filmowych napisałeś coś podobnego. Tak więc nie jest to taką rzadkością ;)
      To pewnie oznacza, że jednak nie unikasz szukania ciekawych w filmów wśród tych z poprzednich kilku dekad. I musisz chyba przyznać, że warto to robić, bo znaleźć można wśród nich tytuły, które przetrwały próbę czasu i nadal mogą nam dostarczyć satysfakcji podczas ich oglądania.

      To prawda, jeśli atrakcyjność jakiegoś obrazu sci-fi opierała się głównie na jego stronie technicznej, to dość szybko mógł się on zestarzeć. Nie starzeje się tylko to, co esencjonalnie ludzkie, więc jeśli ktoś włożył w film duszę, ukazał relacje między ludźmi, jakiś głębszy problem socjologiczny lub filozoficzny – to taki film nadal może żyć, wzbudzać nasze emocje i prowokować myśli.

      • Onibe Says:

        skleroza… eh… ;-)

        Robocop jest o tyle nieśmiertelny, że był w kilku tematach pierwszy i stał się symbolem. To też jest ważne. Należy pamiętać, że nie da się od razu stworzyć dzieła absolutnego – takie coś musi powstać na barkach poprzedników i tutaj każda cegiełka się liczy. Ja ciągle czekam na takie science fiction bo bardzo lubię ten gatunek i trochę cierpię z jego niedostatku… ;-)

        stare filmy są ok – ja i Iza lubimy akurat jeszcze starsze niż te z tego zestawienia. Te, w których są Dialogi bo lubimy słuchać jak aktorzy mówią coś ciekawego a nie tylko ruszają się i rzucają frazesy. Oczywiście nawet takie kino ma rację bytu na tle innych. Pewnie nie dalibyśmy rady oglądać wyłącznie podobnych obrazów. Podobno dobro nie może istnieć bez zła, więc i pewnie dobry film nie może zaistnieć bez złego ;-)

        • Logos Amicus Says:

          W mojej wczesnej młodości uwielbiałem fantastykę. Pamiętam, wychodziła wówczas w wersji książkowej taka antologia opowiadań fantastycznych (wyleciała mi zgłowy nazwa serii) – ogromnie to lubiłem. W niej to bodajże po raz pierwszy spotkałem się z takimi klasykami gatunku, jak np. Ray Bradbury, bracia Srugaccy, Isaak Asimow, Arthur C. Clark… Tam też przeczytałem np. „Kwiaty dla Algernona” Keyesa – opowiadanie, które najbardziej mnie chyba poruszyło ze wszystkich utworów sci-fi.
          Pamiętam, że w tamtych latach wychodził też niezły magazyn „Fantastyka”, który prenumerowałem.
          No i przez upodobanie do fantastyki trafiłem do Lema, a przez Lema – do zainteresowania filozofią i socjologią ;) Dużo zawdzięczam pisarzom spod szyldu science fiction. Nigdy ich nie uważałem za twórców literatury drugiej kategorii (resztą tych, co pisali „kryminały”, również). Działali na wyobraźnię ;)

          Przez to wszystko, nadal interesuję się filmami sci-fi, choć, wstyd się przyznać, literatura tego typu zeszła u mnie na dość daleki plan.

        • Onibe Says:

          sci-fi potrafi być szalenie inteligentne, ale zarazem coraz częściej bywa, że zgodnie z trendem o którym kiedyś pisaliśmy, staje się mniej czyste gatunkowo. Co oznacza, że w gruncie rzeczy jedynym wyznacznikiem sci-fi jest to, iż akcja się dzieje w kosmosie, ale równie dobrze okręty gwiezdne można zamienić na muszkiety lub miecze i nikt nie zauważy różnicy. A takiego sci-fi to nie cenię zbyt mocno.

          Lema lubię, choć bardziej od niego cenię Zajdla. Ten facet oszałamia dystansem do świata i zdolnością obserwacji zjawisk społecznych. A do tego potrafi to ująć w kilku zdaniach. Pełen podziw! Strugaccy są ok, zresztą cała plejada klasyków gatunku po dziś dzień ma trwałe miejsce w kanonie literatury.

          jeśli chodzi o film sci-fi to przyznam, że dawno nie widziałem już nic dobrego. Avatar… hmm… podobał mi się, ale nie jako kino gatunkowe. Prometeusz rozczarował, okazał się szytą grubymi nićmi kalką i aż spuchł od zbędnych nawiązań do innych filmów. Poza tym nawet nie wiem o jakim filmie warto by wspomnieć…

        • Logos Amicus Says:

          Moim zdaniem Lem był pisarzem (bez mała?) genialnym. Intelekt zupełnie wybitny (pokusiłbym się o stwierdzenie, że najwybitniejszy spośród wszystkich polskich pisarzy – ale oczywiście to moje subiektywne zdanie). Siła literatury jaką tworzył Lem leżała przede wszystkim właśnie w inteligencji, poruszanej problematyce społeczno-filozoficznej i bogactwie stylistycznym – mniej w narracji, opowiadaniu historyjek, fabule… Pewnie dlatego trudno jest Lema ekranizować (w sumie na palcach jednej ręki można policzyć jego utwory przeniesione na ekran – wyjątkiem jest dwukrotnie zekranizowane „Solaris”).

          A co do Zajdla. Można tylko żałować, iż zmarł tak młodo i nie dokończył swojego dzieła, które też stawało się wybitne.

        • Onibe Says:

          owszem, Lem jest postacią niezwykłą, a jego literatura jest absolutnie ponadczasowa. Przy czym Lem nie jest lekki w lekturze. Stał się jednym z tych twórców, których niby każdy zna, każdy chwali (bo wypada), ale mało kto naprawdę przeczytał. A szkoda.

          Od Lema wolę Zajdla – wydaje mi się, że Zajdel nie miał gorszej głowy, a z pewnością dysponował lepszym piórem, miał lepszą świadomość fabularną, co ostatecznie przełożyło się na łatwiejsze w obcowaniu utwory.

        • Logos Amicus Says:

          Przyznaj się Onibe, że jednak do Lema nigdy nie podszedłeś z (należną mu wg mnie) uwagą; że nie znasz wielu jego książek i nie starałeś się przejrzeć jego koncepcji naukowych i filozoficznych.
          Bowiem, gdyby tak było, to chyba jednak nigdy nie napisałbyś takiego zdania: „(Zajdel) z pewnością dysponował lepszym piórem (niż Lem)”.
          Wybacz, ale dla mnie zabrzmiało to jak herezja ;) (niczego nie ujmując olbrzymiemu talentowi Zajdla).

          PS. Nie wiem, może bardziej miałeś na myśli „lekkość” pióra – jego większą przystępność dla „zwykłego” czytelnika?

        • Onibe Says:

          piszę o lekkości i przystępności, to jasne. Zresztą chyba nawet gdzieś to tak ubrałem w słowa, a przynajmniej chciałem. Nie twierdzę, że znam Lema na wskroś. Lepiej niż przeciętny człowiek poznający Lema jedynie w szkole, ale nie na wskroś. Gdybym znał go tylko od strony Pilota Pirxa to czy miałbym podstawy twierdzić, że jest twórcą wybitnym? ;-)

  6. Onibe Says:

    ;-)

    co by tu dodać? Aby zaskoczyć powiem tak: najmniej podobał mi się Patton, bowiem ten film jest w moich oczach przedstawicielem pewnej szkoły kinematograficznej, za którą nie przepadam. Są to opowieści niby o wojnie, niby o człowieku, ale w gruncie rzeczy zbyt spokojne, pozbawione nutki chaosu koniecznej – moim zdaniem – do uzyskania opowieści kompletnej. No i sama postać Pattona… powiedzmy… mam co do niego szereg zastrzeżeń jako do dowódcy i próby uświęcania go (choćby takie niby „na odwrót”) nie przekonują mnie ;-).

    wolę Pretty Woman – film w swoim gatunku praktycznie doskonały. Świetny muzycznie, zagrany ciekawie i z dobrze osadzonymi odtwórcami. Julia jest nietuzinkową kobietą, ale nie jest typem klasycznej „klaczy” w jakich lubuje się przemysł piękna. Nie jest zatem nijaka, nie ma urody uniwersalnej – lubię, kiedy aktorka nie ma urody uniwersalnej zwłaszcza w filmach, których treść w ten lub inny sposób sprowadza się do kwestii fizyczności.

    Uff… czyli jednak miałem coś dodania ;-)

    • Logos Amicus Says:

      Ja myślę, że jakbyś się nieco sprężył, to miałbyś jeszcze coś więcej do dodania.

      Mój problem z tymi filmami (teraz) polega na tym, że większość z nich oglądałem bardzo, bardzo dawno temu. Zapewne dzisiaj odebrałbym je inaczej – bo jednak jestem już innym człowiekiem, niż te 20 lat temu.
      Wszyscy więc, którzy obejrzeli te filmy niedawno, mają nade mną przewagę, (którą wykorzystują i mi „dowalają” jak np. mizioł TUTAJ, który zjechał mnie za to, że nie kompletnie nie zrozumiałem „Łowcy jeleni” i oglądając ten film byłem pewnie ślepy ;) )

      Ot, taki „Patton”. Sam jestem dzisiaj zdziwiony tym, że napisałem o tym filmie taką w sumie notę pochwalną, bo przecież militaryści raczej nie są bohaterami mojego romansu ;) A Patton był przecież militarystą par excellence i żołdakiem z krwi i kości.

      Zupełnie podobne jest moje zdanie o urodzie Julii Roberts: jest ona kobietą nietuzinkową, ale nie ma „uniwersalnej” urody (czyli nie jest „piękna” w tym potocznym, oczywistym znaczeniu). Mnie – zwłaszcza w filmie – bardziej podobają się właśnie takie kobiety, niż te, które są piękne „uderzająco” ;) )

      • Onibe Says:

        co do komentarza mizioła… może coś jest na rzeczy, też nie pamiętam tego filmu zbyt dobrze. W głowie utkwiło mi kilka co mocniejszych scen (bodaj jedna z weselem, druga z rosyjską ruletką), to za mało aby się kłócić. Do mnie ten film nie przemawia o tyle, że nie jest skierowany do mnie ;-). To wewnętrzna dyskusja Amerykanów o ich traumach. Dla mnie to zaledwie jeden z wielu motywów kultury popularnej.

        • Logos Amicus Says:

          No nie wiem czy wojnę w Wietnamie i jej społeczne reperkusje można uznać za „jeden z wielu motywów kultury popularnej” ;)

        • Onibe Says:

          a nie jest takimż motywem? ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Jest.
          Ale chodziło mi o to, że nie jest to „pierwszy lepszy” motyw kultury popularnej, jak również, że jest to NIE TYLKO motyw kultury popularnej, ale ważne zagadnienie społeczne, polityczne i historyczne.
          Dla mnie to zabrzmiało tak, jakbyś napisał: „To wewnętrzna dyskusja Żydów/Polaków/Rosjan/Indian o ich traumach. Dla mnie to zaledwie jeden z wielu motywów kultury popularnej.”

          Moim zdaniem nie na wszystko można patrzeć tylko przez pryzmat kultury popularnej – wliczając w to same produkty pop-kultury ;)

        • Onibe Says:

          ujmę to tak: każdy odpowiednio istotny motyw społeczny, polityczny itd staje się zarazem motywem kultury popularnej, bo popkult wchłania to co istotne i nośne. Ale oczywiście masz rację, Wietnam to nie tylko kilka filmów, ale cała potężna strefa zjawisk i problemów.

          „Moim zdaniem nie na wszystko można patrzeć tylko przez pryzmat kultury popularnej – wliczając w to same produkty pop-kultury”

          ah, jasna sprawa. Kultura popularna to coś jak tapeta – dekoruje ściany, ale summa summarum tylko niektórzy ludzie twierdzą, że tapeta jest dziełem sztuki samym w sobie. Niektórzy woleliby na tej tapecie powiesić jednak jakiś obraz ;-)

      • Logos Amicus Says:

        Czy w obrębie pop-kultury mogą powstawać dzieła sztuki?
        Moim zdaniem tak.

        Czy pop-kultura może być czymś pomocnym w diagnozowaniu pewnych głębszych zjawisk społecznych i politycznych?
        Jak najbardziej.

        Ale tak jak masowość, powierzchowność, miałkość, bezrefleksyjność, stadność, tandeciarstwo, płycizna, niewyrafinowanie, plebejskość… pop-kultury tworzy aurę/środowisko/topos, które nie sprzyjają raczej (nie inspirują, nie dopingują) do tworzenia prawdziwych (wybitnych) dzieł sztuki, tak te same cechy i właściwości pop-kultury nie tworzą zbyt solidnej podstawy dla badań nad rzeczywistym status quo politycznym czy społecznym danego kraju, regionu czy świata.

        Co chcę przez to powiedzieć?
        Otóż to, że pop-kultura jest w sumie czymś mało „poważnym” (a już na pewno niewystarczającym) do ogarnięcia, zrozumienia i opisania prawdziwych problemów współczesnego świata. (Dlatego też lekko się obruszyłem, gdy napisałeś, że wojna w Wietnamie i jej reperkusje w społeczeństwie amerykańskim, to dla Ciebie „jeden z wielu motywów kultury popularnej” ;) )

  7. maria Says:

    Zapomniałeś o ‚Tootsie’, to tez taka bajka :) świetny przegląd filmowy
    pozdrawiam,

    • Logos Amicus Says:

      Nie zapomniałem ;)
      Lecz nie sposób wymienić tu wszystkie dobre filmy z tamtych czasów (chodzi mi głównie o lata 70-te i 80-te).

      PS. Trochę się obawiałem, że wyciągając te notki z lamusa, nie wywołam zbytniej ciekawości wśród Czytelników mojej strony. Miałem jednak nadzieję, że ten przegląd może się komuś przydać – np. w poszukiwaniu dobrych i ciekawych filmów z przeszłości.
      Nie byłem więc pewny, czy ma to jakiś sens. Tym bardziej cieszy mnie taka opinia, jak Twoja :)
      Dziękuję.

      • maria Says:

        Oczywiście , że ma sens, nawet dlatego, że wracają wspomnienia związane z okolicznościami, w których oglądałam niektóre filmy. ‚Pozegnanie z Afryką’ – pamiętam majowy, deszczowy wieczór w Gdańsku, wracałam zachwycona Meryl Streep, kostiumami, zdjęciami itp.
        Film był pokazywany w ramach DKF, końcowka lat 80 tych, kino Leningrad :)
        „Amadeusz’ – upalne lato w Warszawie podczas praktyk studenckich , rok 1986 …
        Ech, to były czasy..

        • Logos Amicus Says:

          Tak. Pamiętam, że w kręgu moich przyjaciół (szkoła średnia, studia) kino było czymś żywym, istotnym i ważnym; czymś co wpływało na sposób naszego myślenia, patrzenia na świat, zachowanie… (podobnie oddziaływała na nas muzyka i literatura). Bo w tym wszystkim nie chodziło tylko o rozrywkę – ale także o kształtowanie (rozwój) samego siebie. Wcale nie przesadzam ;)
          Zwłaszcza filmy amerykańskie, będąc dla nas wielka atrakcją, otwierały nam oczy na inne światy – i nawet jeśli były produktem pop-kultury, to w sposób istotny wzbogacały i ubarwiały nasz świat, który w peerelowskich dekoracjach do zbyt kolorowych nie należał. I dostarczały nam powiewu wolności, za którą w tamtej zgrzebności PRL-u wielu z nas tęskniło.
          No i wreszcie – last but not the least – były to czasy naszego dzieciństwa i młodości – wszystko co inne i nowe bardziej nam smakowało, dostarczało nam bardziej intensywnych przeżyć :)

  8. Simon Says:

    Pretty Woman nigdy jakoś nie obejrzałem w całości, mimo że to przecież na swój sposób film kultowy. Owszem, wiele scen kojarzę, różne fragmenty miałem okazję widzieć, ale sam nie wiem czemu – nigdy nie dokończyłem. Warto byłoby sobie jednak nadrobić.

    W przypadku Mela Brooksa mam spore zaległości. Młodego Frankensteina kojarzę w zasadzie jak przez mgłę, także jakieś urywki, ale niewiele poza tym. Natomiast odchodząc od Brooksa moim zdaniem mimo wszystko lepszym filmem od Frankensteina z 1931 jest jego kontynuacja – Narzeczona Frankensteina z 35. Mimo, że może nie ma już tego samego klimatu, w sumie to taka typowa universalowska kontynuacja, w której wszystkiego jest więcej, to jednak o wiele bardziej nawiązuje do powieści Shelley. O ile film z 31 tylko luźno korzystał z pomysłu autorki, o tyle Narzeczona znacznie bardziej opiera się na powieści, znajdziemy tam mnóstwo elementów zaczerpniętych z książki.

    Jeśli chodzi o Twój tekst dotyczący Robocopa, to w zasadzie zgodzę się ze wszystkim, co napisałeś. Brutalne, miejscami nawet obrzydliwe (choć najciekawsze „smaczki” są nam bardziej sugerowane, aniżeli pokazywane), a przy tym strasznie pociągające kino. Nie wiem, czy da się podejść do tego filmu na poważnie, dystans jest jakby wpisany w seans, ale pomimo karykaturalnej i przerysowanej formy, treści o których Verhoeven opowiada, są jak najbardziej poważne.

    • Logos Amicus Says:

      „Prette Woman”. W sposób lekko oględny dałeś do zrozumienia, że filmu tego nie mogłeś za bardzo strawić. Doceniam Twoją powściągliwość ;)
      Może po prostu nie przepadasz na lekkimi, naiwnymi komediami romantycznymi? ;) Cóż, nie masz takiego obowiązku ;)

      Brooks mi się podobał gdzieś tak do 30-ki. Później z tym rozbawieniem było różnie. Ale przecież z czasem nawet niektóre skecze Monty Pythona zaczęły mi się wydawać… takie sobie.
      Ja „Frankensteina” z 1931 roku przeżyłem bardzo. Pewnie dlatego, że kiedy go oglądałem, to nie miałem jeszcze 10-ciu lat. (Podobnie było z „Ptakami” Hitchcocka).

      Brakuje mi trochę takich filmów jak „RoboCop”, albo… „Łowca androidów” (który mi się w tej chwili z obrazem Verhoevena skojarzył, być może całkiem niesłusznie). To takie trochę „egzystencjalne” science fiction, które bardzo mi odpowiada – chyba od czasów, kiedy przeczytałem „Solaris” Lema.
      Tak a propos, to obejrzałem niedawno ekranizację powieści Lema dokonaną przez Tarkowskiego, a przy okazji – również jego „Stalkera”. Lekko, lekko te filmy się podstarzały, ale ta ich egzystencjalna esencja została („Solaris” w wydaniu Tarkowskiego jest bardziej „tradycyjny”, natomiast „Stalker” to trochę taka antycypacja „slow cinema” – film bez wątpienia nowatorski, jeśli komuś nie zacznie ciążyć jego manieryzm, to niewykluczone, że może się tym obrazem przejąć. Tak czy siak warto go obejrzeć.)

      • Simon Says:

        Wręcz przeciwnie, lekkie komedie cenię sobie na równi z innymi gataunkami (no, może są jakieś wyjątki), ale oczywiście wtedy, gdy są one dobrze wykonane. I wcale nie chcę przez to napisać, że PW jest wykonana źle. Czy ja wiem, czy nie mogłem strawić? Może po prostu mnie nie zachwycił ten film. Gdybym sam z siebie go włączył, to zapewne obejrzałbym do końca, a że tak trafiałem często w telewizji w różnych momentach, to jakoś nigdy nie dokończyłem tego porozrywanego seansu:)

        Lem nie do końca miał szczęście do ekranizacji Solarisa. Czytałem, że na Tarkowskiego się wściekał. Tymczasem wersję Soderbergha ponoć nawet pochwalił, choć wydaje mi się, że nie do końca było to prawdziwie, może bardziej cieszył się, że doczekał się amerykańskiej ekranizacji swojego tekstu. Bo mimo wszystko wersja Tarkowskiego jest lepsza. On w zasadzie chyba najbardziej wyciągnął z tekstu Lema takie metafizyczne i właśnie egzystencjalne elementy, które bardzo pasują do jego twórczości. A Soderbergh tymczasem skupił się na wątku miłosnym. W obu tych filmach, wydaje mi się, najmniej jest z kolei samego, czystego sci-fi. Kwestia oceanu i tego, czym naprawdę on jest, w obu przypadkach została odłożona na bok, ledwie wspomniana, zarysowana.

        Ogólnie twórczość Tarkowskiego jest dla mnie bardzo trudna, może też jeszcze ze względu na mój młody wiek i ciągły brak wystarczającej wiedzy, bym mógł pojąć wszystko, o czym tworzy. Przy Stalkerze musiałem posiłkować się różnymi tekstami i próbami interpretacji. Choć akurat w tym przypadku sposób interpretacji w dużej mierze zależy od samego odbiorcy, podobnie jak w Odysei Kosmicznej. Swoją drogą nie wiem nawet do końca czemu, ale oba te filmy są dla mnie jakoś na swój sposób podobne. Ze wszystkich do tej pory obejrzanych dzieł Tarkowskiego, właśnie jednak Stalkera cenię sobie najbardziej. Bez wątpienia jest to wielkie dzieło, które można rozpatrywać w wielu kontekstach, czy to czysto religijnym, czy też politycznym. Świetna też realizacja: zdjęcia (długa sekwencja, w czasie której kamera przemieszcza się nad „rzeczką”), bardzo sugestywne pojawienie się kolorów po wejściu do Strefy itd. I podobnie jak to było z Solarisem, Strugaccy napisali też dzieło bardziej fantastyczne, choć zdecydowanie nie pozbawione elementów filozoficznych. Pomagając Tarkowskiemu przy pisaniu scenariusza wyeksponowali to, co najbardziej pasowało reżyserowi. Dlatego i film, i książka, choć bardzo zbliżone do siebie, mogą mieć odrobinę inny wydźwięk. Choć to i tak już zależy w dużej mierze od odbiorcy.

        • Logos Amicus Says:

          Każdy film – aby go właściwie przyjąć – wymaga jednak pewnej uwagi, może nawet trochę dobrej woli. ;)
          Warunki (klimat, nastrój, samopoczucie) – tego wszystko jest jednak ważne przy oglądaniu filmu i wpływa na jego odbiór. Truizm, ale warto sobie zdawać z tego sprawę :)

          Też gdzieś czytałem (może nawet u samego Lema), że nie podobała mu się wersja Tarkowskiego (ale nie pamiętam już dlaczego). To dziwne trochę, że chwalił Soderbergha, bo jednak (zgadzam się z Tobą) ekranizacja Tarkowskiego jest lepsza i chyba bliższa Lemowego oryginału (a poza tym, Lem zawsze bliżej był Rosjan, niż Amerykanów ;) )
          Prawdą jest też to, że przenosić literaturę Lema na ekran jest trudno – co bardziej jest ona intelektualna niż fabularna.

          Tarkowski. Być może „Stalker” przypomina Ci „Odyseję kosmiczną” przez swą metaforyczność i niedookreślenie (co zdecydowanie zwiększa możliwości interpretacyjne tych obrazów).
          Do Tarkowskiego mam stosunek nieco ambiwalentny: z jednej strony cenię jego unikalność i oryginalność, bardzo specyficzną aurę pewnego mistycyzmu, metafizycznej poetyki, ale z drugiej – czuję lekką rezerwę wobec jego stylu, który czasami przypomina mi manieryzm i to, co rodzi moje obiekcje wobec kina „eksperymentalnego”, „artystycznego”, „slow”… (np. niekończące się ujęcia, w których właściwie nic się nie dzieje, wątpliwa metaforyka i zabiegi stylistyczne, którym zbyt blisko jakiejś dziwaczności).
          Zawiedziony byłem trochę „Zwierciadłem” Tarkowskiego – jego niezbornością, małą wyrazistością… niewiele we mnie zostało po obejrzeniu tego filmu (ale to może moja wina).


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s