„AMADEUSZ”, „BLUE VELVET”, „WIELKI CHŁÓD”, „TAKSÓWKARZ”, „SPRAWA KRAMERÓW”, „SZCZĘKI”, „POŻEGNANIE Z AFRYKĄ”… (z filmowego archiwum)

Moja przygoda z pisaniem o filmie zaczęła się mniej więcej 20 lat temu od kilku publikacji w miesięczniku „KINO” oraz w kwartalniku polskich DKF-ów „Film na Świecie”. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych podjąłem współpracę z prasą polonijną („Dziennik Chicagowski”, „Gazeta Polska”, Relax”), w której zamieszczałem większe lub mniejsze teksty o filmie. Mimo to zawsze uważałem się bardziej za miłośnika kina niż jego krytyka – i mam nadzieję, że odzwierciedla się to na moim blogu.
Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum (czyt. pudła) skąd wyszperałem krótkie recenzje z filmów, które napisałem w tamtym czasie, publikując je we wspomnianych pismach. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych mini-recenzji ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je tutaj, na mojej stronie. Kto wie, może kogoś zaciekawią? Może komuś się przydadzą w poszukiwaniu starych dobrych filmów? Tym bardziej, że zdecydowana większość z nich dotyczy obrazów, do obejrzenia których na pewno warto wrócić. Jest wśród nich sporo pozycji klasycznych, które po prostu wypada znać każdemu, kto bliżej interesuje się kinem – i kino lubi.

„AMADEUSZ” (reż. Miloš Forman)

"Amadeusz"

„Amadeusz”

„Amadeusz” to historia obłędu zrodzonego między zachwytem nad boskością geniuszu, a nienawiścią do człowieka owym geniuszem obdarzonego. Nienawiści mającej swoje źródło w zawiści i w bólu świadomości własnej przeciętności. Salieri nienawidzi Mozarta, choć każdym nerwem rozkoszuje sie jego muzyką. Bóg rozniecił bowiem swą iskrą płomień geniuszu w duszy prostaka, gbura, fircyka i błazna, czyniąc z niego największego kompozytora wszechczasów. Salieri, dotknięty niesprawiedliwością niebios, buntuje się i bluźni przeciw ślepemu Bogu. Tak kiełkuje w nim obłęd, który przez 30 lat będzie toczyć jego umysł umęczony poczuciem winy za śmierć geniusza.Wszystko to jest w filmie Miloša Formana, patrzącym na życie Wolfganga Amadeusza Mozarta z post-hippisowskiej, pop-kulturowej perspektywy. Bo to jest wyraźna konsekwencja reżysera: zaszczepić figlarność i swawolę „Hair” duchowi „Amadeusza”. To jest również śmiałość – by nie napisać: zuchwałość – Formana, wprowadzającego anarchię na tereny powagi i celebry. Istny taniec na linie. Taniec uwieńczony sukcesem. W „Amadeuszu” dostrzeżemy zarówno rasową komedię, jak i przejmującą tragedię; wielkość myśli sąsiaduje tu z poczuciem lekkiego humoru, kabaret z dramatem – a wszystko bez dysharmonii. Stąd zapewne niezwykłe powodzenie komercyjne filmu, którego sukces kasowy stał się niemal synonimem tego, jak należy wyprodukować obraz przynoszący krociowe dochody, nie rezygnując przy tym z artystycznych ambicji.
Sporo w tym filmie „boskiej” mozartowskiej muzyki: „Wesele Figara”, „Czarodziejski flet”, „Don Giovanni”… Wystąpienia operowe ukazane w „Amadeuszu” są wartością estetyczną – i melomańską – samą w sobie. Cała mnogość scen na najwyższym poziomie rozrywki, ale i artyzmu: komponowanie „Requiem” (geniusz chwytany „na gorąco”), spotkanie Mozarta z monarchą, kontemplacje i monologi Salierego… etc.
Historia opowiadana jest przez obłąkanego Salierego, co można uznać za pewnego rodzaju alibi dla fikcyjnego (w wielu momentach) charakteru tego obrazu. Bowiem miejsca między biograficznymi faktami (daty, komponowane utwory, śmierć w wieku 30 lat i pochówek w zbiorowej, anonimowej mogile…) wypełnia wizja twórców wykorzystujących swoją licentia poetica. Otwarta pozostaje kwestia śmierci Mozarta. Czy został on otruty przez Salierego? Scenariusz skonstruowany jest w sposób niewykluczający takiej ewentualności. Wspomnieć jeszcze wypada, że Amerykańska Akademia Filmowa uznała „Amadeusza” za najlepszy film roku, przyznając również Oscara samemu Formanowi za reżyserię. Lecz chyba o wiele ważniejsze od tej informacji jest to, że o tym filmie pamięta się powszechnie (przynajmniej wśród miłośników kina) do dzisiaj.

„BLUE VELVET” (reż. David Lynch)

Isabella Rossellini i Dennis Hopper w "Blue Velvet"

Isabella Rossellini i Dennis Hopper w „Blue Velvet”

„Szukanie miłości w piekle może być tematem wszystkich moich filmów” – powiedział swego czasu David Lynch, reżyser „Blue Velvet” (a również takich filmów, jak np. „Twin Peaks”, „Wild at Heart”) – obrazu niezwykłego, z rodzaju tych, obok których nie można przejść obojętnie, i jakie nie pozostawiają w nas wrażeń letnich. Filmowe światy Lyncha charakteryzuje stopień oryginalności, stawiający je na granicy rzeczywistości i fantazji, koszmaru i sielanki. Obok znaczeń głębszych, znajdziemy pustkę i próżność udziwnień, obok psychologicznej prawdy – igranie z wymyślną a jałową w istocie perwersją. Właśnie z owych, wyzwalających napięcie kontrastów, czerpie swą moc „Blue Velvet”.
Czy można się dziwić, że znalezienie w trawie ludzkiego ucha bulwersuje młodego Jeffrey’a Beaumonta (Kyle MacLachlan)? Postanawia on wszcząć własne, prywatne śledztwo i rozwikłać tę tajemnicę. Ślady prowadzą go do pięknej piosenkarki nocnego klubu (Isabella Rossellini). Jeffrey zakrada się do jej mieszkania i ukrywszy się w klozecie, podgląda scenę, która szokuje nie tylko jego, ale i nas, widzów. Bez skrupułów bowiem ukazuje się naszym oczom bestialstwo z jakim traktuje Dorothy Frank Booth (Dennis Hopper) – psychopata i zboczeniec, który, porwawszy jej męża i dziecko, zmusza ją szantażem do zaspokojenia swych seksualnych żądz i perwersji. Szkopuł w tym, że Dorothy poddaje się owym zabiegom z masochistyczną rozkoszą. Po opuszczeniu mieszkania przez Franka, kobieta wykrywa obecność Jeffrey’a i … sama uwodzi go, posługując się – jak na perwertkę SM przystało – nożem… oraz, naturalnie, swoim ciałem. Młodzieniec jednakże ucieka, kiedy Dorothy zaczyna nalegać, by ten ją uderzył. I tym oto właśnie sposobem – w piekle rodzi się miłość.
Obraz Lyncha doczekał się skrajnie różnych ocen: od obwołania go arcydziełem, po uznanie za bliski pornografii kicz. Cóż, sprawa to zapewne nie tylko moralności, ale i gustu. Warto jednak sprawdzić samemu – do czego zwolenników niezwykłego talentu i niebywałej oryginalności Davida Lyncha namawiać chyba nie trzeba.

„WIELKI CHŁÓD” (reż. Lawrence Kasdan)

"Wielki chłód"

„Wielki chłód”

Inteligentna, cierpko-słodka komedia Lawrence’a Kasdana, przywodząca na myśl słowną błyskotliwość i nerwową analityczość Neila Simona. Film wyróżniający się charakterem spośród amerykańskiej konfekcji, posługujący się głównie słowem i gestem – stawiający na aktorstwo w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Rzecz o tym, jak pokolenie tzw. „baby-boomers”, dorastające w latach 60-tych i odpowiedzialne za radykalizm przełomu dekad, urządziło się konformistycznie w Ameryce epoki Reaganowskiej, zmieniając ideały hippies na yuppies.
Pogrzeb przyjaciela jest okazją do spotkania po latach grupy absolwentów tej samej uczelni. Ongiś łączyła ich nie tylko przyjaźń, ale i radykalne poglądy polityczne, również pewne społeczne uwrażliwienie. Różne drogi życiowe i odmienność charakterów uczyniły z siódemki bohaterów zbiór indywiduów, z których każde posiada inny potencjał uczuć, inny zasób myśli i doświadczeń – inne już spojrzenie na życie i świat.
„Wielki chłód” jest czymś w rodzaju stypy we współczesnym wydaniu amerykańskich yuppies – prywatki, gdzie konsumpcyjna, egoistyczna i skoncentrowana na sobie inteligencka klasa średnia, próbuje odszukać – i podać rewizji – dawno zagubione (lub porzucone) wartości, łaknąc przy tym podświadomie poczucia solidarności i powrotu do sytuacji, w której przynależność do grupy i dzielenie tych samych poglądów, dawało poczucie bezpieczeństwa, integralności, ideowego zdecydowania i pewności.
„The Big Chill” – Wielki Chłód. Śmierć kolegi ma uświadomić naszym bohaterom konieczność przekroczenia przez nich „smugi cienia” – nieuchronność przemijania, uporania się z problemem własnej śmiertelności. Tytuł może także sugerować pustkę, jaka pozostała po marzeniach i snach ich młodości.

„TAKSÓWKARZ” (reż. Martin Scorsese)

Robert De Niro w "Taksówkarzu"

Robert De Niro w „Taksówkarzu”

Taksówkarz Travis Bickle to taki współczesny jeździec Apokalipsy, który wymierzając sprawiedliwość na ziemi zamienionej w piekło, sam wznieca piekło jeszcze bardziej diabelskie. To również błędny rycerz zbrukanych i zabłoconych moralnie ulic miejskiego molocha. Niespełniona miłość do „damy” swego serca podsyca jego gorliwe szaleństwo oraz nienawiść do otaczającego go brudu i ludzkiej szumowiny.
Film Martina Scorsesego jest jednym z najbardziej intensywnych emocjonalnie i wizualnie, a tym samym najbardziej pamiętnych i uznanych obrazów dekady lat 70-tych. Przyznają to nie tylko zwolennicy mroczno-moralizatorskiego stylu reżysera, czy też niezwykłego aktorstwa Roberta De Niro. Przyznają to nawet ci, którzy zostali przytłoczeni bezlitośnie depresyjnymi tonami tego obrazu.
Travis Bickle jest wietnamskim weteranem. Wprawdzie w „Taksówkarzu” tego się nie akcentuje, to jednak skłonni jesteśmy ten właśnie fakt uznać za genezę postępującej degradacji jego psychiki. Travis cierpi na fiksacje żołądkowe, bóle głowy, insomnię…  A są to osiowe objawy nerwicy. Swoją bezsenność chce wykorzystać praktycznie, obejmując posadę nocnego taksówkarza. Nowy Jork nocą. W oczach Travisa to wylęgarnia grzechu, prostytucji, królestwo ciemnych porachunków i wyuzdanego seksu – rezerwuar wszelkiej nieczystości i mętów.
Dużo by pisać o wspaniałej grze Roberta De Niro, o poszczególnych scenach, których każda sekunda bez mała fascynuje. Film oczywiście znalazł także swoich przeciwników. Główne zarzuty dotyczyły dwuznacznego i niezbyt jednak wiarygodnego psychologicznie zakończenia, którego wszak – ze zrozumiałych względów – nie mogę tutaj ujawniać. Dość wspomnieć, że to jeden z tych przewrotnych happy-endów Scorsesego, których nie szczędził nam ten wybitny reżyser w swoich licznych – za każdym razem jednak wyjątkowych – filmach

„SPRAWA KRAMERÓW” (reż. Robert Benton)

Dustin Hoffman w "Sprawie Kramerów"

Dustin Hoffman w „Sprawie Kramerów”

Jeden z najbardziej celebrowanych filmów lat 70-tych, uderza prostotą i skromnością, przy jednoczesnej niesłychanej skuteczności w emocjonalnym oddziaływaniu na widza. Nie dziwi więc chyba to, że „Sprawa Kramerów” okazała się jednocześnie najbardziej kasowym filmem 1979 roku, udowadniając, że kameralność nie musi wcale oznaczać komercyjnej niewydolności czy też a priori skazywać obrazu na poszarzałą, ziejącą nudą elitarność i snobizm.
Swój sukces film zawdzięcza nie tylko sprawnej reżyserii Roberta Bentona, ale przede wszystkim rewelacyjnym, niezapomnianym kreacjom Meryl Streep i Dustina Hoffmana w rolach rozwodzących się małżonków, walczących o prawo do opieki nad swoim 6-cio letnim synem. Oboje mieli zresztą wielki wpływ na scenariusz – Dustin Hoffman ponoć przerabiał ciągle pewne ustępy, również Meryl Streep pisała dla siebie dialogi, często nawet improwizując już na planie. Stąd autentyzm i prawda bijąca od granych przez tę znakomitą aktorską parę postaci.
Film doskonale utrafił w swój czas, zgodnie uznawany przez socjologów za kulminację kryzysu wartości rodzinnych w społeczeństwach Zachodu. Był też pięknym akcentem zamykającym w kinie amerykańskim dekadę lat 70-tych, opowieścią o tzw. „zwykłych” ludziach, która – jak się okazało – z powodzeniem konkurowała z „oszołomstwem” kina katastroficznego czy też rozbuchaną wizualnie fantazją obrazów science-fiction, które całymi falami zaczęły w tamtym czasie zalewać ekrany kin całego świata.

„SZCZĘKI” (reż. Steven Spielberg)

"Szczęki"

„Szczęki”

Tym filmem po raz pierwszy dał o sobie znać fenomen Stevena Spielberga. Liczący wówczas 27 lat reżyser miał za sobą tylko jeden pełnometrażowy film kinowy („The Sugerland Express”, 1974), a przed sobą największe hity ekranowe w historii kina. „Szczęki” były też pierwszym filmem, który przekroczył magiczną sumę 100 mln. dolarów wpływów z rozpowszechniania (1975 r.!) Jego premierę poprzedziła rozpętana na szeroką skalę kampania reklamowa, która promowała „Szczęki” nie tyle jako film, co „wydarzenie”. Chociaż, jeszcze w trakcje kręcenia, nie wszyscy biorący udział w tym projekcie, byli przekonani co do wartości filmu. Robert Shaw grający jedną z trzech głównych ról, po zapoznaniu się ze scenariuszem, nazwał „Szczęki” „gównem” („a piece of shit”). Lecz stało się inaczej. Można wymienić kilka przyczyn, dzięki którym film Spielberga okazał się tak efektownym – i efektywnym – przygodowym thrillerem. Przede wszystkim: autentyzm horrendum jakie stanowią wyczyny rekina ludojada, ziejącą wprost z ekranu grozę. Reżyser nie zgodził się kręcić filmu w studyjnym basenie, wybrał otwarte morze.
Innym atutem filmu są kreacje Roya Scheidera, Roberta Shawa i Richarda Dreyfussa. Zarysowane ostro, wyraziście, z charakterem. Mimo heroizmu wymuszonego na nich przez sytuację (atak potwora na kuter), nie ma w nich nic z herosów. (Może właśnie dlatego tak bardzo spodobało się to widzom-everymanom?) Scheider to facet, którego zagrożenie wprowadza w stan paniki. Shaw skrawa na twardziela, ale wyczuć w tym można pewne przerysowanie. Zaś nieporadność naukowca Dreyfussa znakomicie kontrastuje z zaistniałym nagle niebezpieczeństwem. Od „Szczęk” rozpoczęły się kariery tych aktorów. Ale również pociąg kina do ukazywania związanych z żywiołami natury horrorów i widowiskowych – ale jakże przy tym intratnych –  katastrof.

„POŻEGNANIE Z AFRYKĄ”  (reż. Sydney Pollack)

Meryl Streep i Robert Redford w "Pożegnaniu z Afryką"

Meryl Streep i Robert Redford w „Pożegnaniu z Afryką”

Są takie filmy, które nazwać można arystokracją kina. Eleganckie w swojej estetyce, unikalne w temacie – o szlachetnej zawartości myśli i uczuć. Charakteryzują się one często powściągliwością i melancholijną mądrością ludzi, którzy mierząc się z bezwzględnym losem, zdolni są zachować spokojną godność i własne człowieczeństwa, pozostając jednocześnie wiernymi wyznawanym wartościom. Takim jest obraz Sydney’a Pollacka „Pożegnanie z Afryką”.
Film jest adaptacją wspomnień Dunki Karen Blixen, która ogłosiła je drukiem pod męskim pseudonimem Issaka Dinesena. Grana przez Meryl Streep kobieta poślubia duńskiego barona (Klaus Maria Brandauer), właściciela plantacji w Kenii, położonej na stokach Kilimandżaro. Przenosi się więc do Afryki, gdzie sama zaczyna zajmować się włościami męża, jako że ten bardziej zajęty jest polowaniami i hulanką, niż swoją żoną i majątkiem. Jej drogi krzyżują się Denysem (Robert Redford w apogeum swojej przystojności), angielskim pilotem i myśliwym, samotnikiem z wyboru, filozofem z usposobienia. Rozpoczyna się subtelny, ale i tragiczny – jak się okazuje – związek.
Opisanie wszystkich barw i odcieni uczuć jakie między tymi ludźmi się rodzą, byłoby w tym miejscu niemożliwe – a chyba i zbyteczne. Karen Blixen zajęło to setki stron opasłego tomiska, Pollackowi – bite trzy godziny filmowej projekcji. Poza tym, nie wszystko poddaje się przecież słownemu opisowi. To tak, jakbym chciał zastąpić nim te – jawiące się na ekranie – zdumiewające, dzikie i surowe afrykańskie pejzaże.

*

Reklamy

komentarzy 20 to “„AMADEUSZ”, „BLUE VELVET”, „WIELKI CHŁÓD”, „TAKSÓWKARZ”, „SPRAWA KRAMERÓW”, „SZCZĘKI”, „POŻEGNANIE Z AFRYKĄ”… (z filmowego archiwum)”

  1. Mariusz Says:

    Za filmami Lyncha nie przepadam, jedynie „Prosta historia” (1999) mi się podobała. „Wielkiego chłodu” nie oglądałem, a do „Taksówkarza” i „Pożegnania z Afryką” muszę podejść raz jeszcze.
    „Amadeusz” to arcydzieło – jeden z najwybitniejszych filmów biograficznych jakie widziałem. „Sprawa Kramerów” to zaskakujące kino jak na lata 70. – tak jak napisałeś zupełnie nie pasowała do rozbuchanych wizualnie filmów z tej dekady. Skromne kino, ale pełne emocji. Świetne aktorsko – lata 70 należały do Dustina Hoffmana, stworzył wtedy sporo świetnych ról. „Szczęki” to faktycznie nie film, a wydarzenie. Rewelacyjny, mistrzowsko zrealizowany thriller, ale miał jeden efekt uboczny – do dzisiaj powstają filmy o rekinach, coraz bardziej tandetne i bzdurne, jak pokazywane ostatnio w polskiej telewizji „Dwugłowy rekin atakuje”, „Atak rekinów III: Megalodon”, „Megarekin kontra krokozaurus” :D Skoro Robert Shaw nazwał “Szczęki” “gównem” to co by powiedział o tych filmach, gdyby żył :)

    • Logos Amicus Says:

      Shaw na pewno zmienił zdanie, kiedy zobaczył gotowy film. A tytuły tych popłuczyn po „Szczękach” Spielberga są rozbrajające. Pewnie jednak zdziwilibyśmy się tym, jak wielu ludzi to ogląda ;)

      Piszesz, że lata 70-te należały do Dustina Hoffmana. Swoją drogą ciekawe jest to, że jakaś dekada należy do pewnego aktora a po niej – często nagle – już o tym aktorze nie słychać, nie pojawia się już w żadnej znaczącej roli. Czyżby to tylko moda? Albo wypalenie? Spadek formy? Może odsunięcie się od aktorstwa z innych przyczyn? Mnie w tej chwili przypominają się np. Kathleen Turner, William Hurt, Dan Aykroyd, Eddie Murphie, Jim Carrey…
      A inni z kolei są bardzo czynni całe swe aktorskie życie. Ot choćby Meryl Streep, Robert De Niro czy Clint Eastwood.

      • Mariusz Says:

        No właśnie, można by na ten temat elaborat napisać, bo takie przykłady można by mnożyć. Ja bym dodał jeszcze F. Murraya Abrahama, który po filmach „Amadeusz” i „Imię róży” zaczął grać stopniowo w coraz gorszych filmach i skończył w potępianym przez wszystkich filmie „Bitwa pod Wiedniem”.

        • Logos Amicus Says:

          Ale nikt nie pobije tu chyba fenomenu Emmanuelle Rivy, która zabłysła w „Hiroszima, moja miłość”, by następnie zniknąć niemal zupełnie z filmu na 30 lat (można ją było zobaczyć w niezbyt dużych rolach pod koniec lat 80-tych i później – m.in. w „Niebieskim” Kieślowskiego), i pojawić się z wielką rolą w „Amour” Hanekego w wieku lat niemal 90-u (i jak bardzo lubię Jennifer Lawrence, to jednak podzielam żal Hanekego, że Riva nie dostała Oscara, bo byłoby to doskonałym zwieńczeniem jej życiowej przygody z kinem).

  2. Onibe Says:

    nie oglądałem tylko Wielkiego chłodu, reszta to klasyka… ;-)

    fajne takie wspominki. Fajnie jest mieć co wspominać ;-D

  3. ulotna_wiecznosc Says:

    O Amadeuszu juz pisaliśmy, jest jeszcze jeden film o podobnym klimacie wart polecenia, film o przemijaniu
    ,, Wszystkie poranki świata” reż. Alain Korneau (1991) według mnie równie jak ,,Amadeusz” uczta dla zmysłów.
    David Lynch i jego z pozoru sielskie miasteczko Twin Peaks ale jakież pamiętne.:-)
    ,,Przystanek Alaska” z tych czasów też był fajny.
    Na Meryl Streep można iść w ciemno, duże wrażenie też swojego czasu zrobił na mnie ,, Dom Dusz” czy ,, Diabeł ubiera się u Prady” ale jednak ,,Pożegnanie z Afryką” z tych czasów niezapomniane.
    Ostatnio Pani Beata Pawilkowska w rozmowie z Michałem Żebrowskim poruszyli temat filmów młodości ( nadal jestesmy młodzi tylko jakby bardziej w średnim wieku:-) i oboje przyznali że największe wrażenie zrobił na nich film ,,Wejscie smoka”. Kto wtedy nie znał Bruce’a Lee ?
    Wspomnienia są miłe ale i teraźniejszość zawsze oferuje co nieco.:-)
    Ja się wybieram na ,, Baczyńskiego” bardzo jestem ciekawa tego filmu i to jeden z moich ulubionych poetów.

    • Logos Amicus Says:

      O filmach naszej młodości można by długo. „Wejście smoka” miało robić wrażenie – i robiło ;) Jak się okazuje, nie tylko na chłopakach.
      Ale to było zupełnie inne doświadczenie, niż np. zetknięcie się z filmem Bergmana.

      Również jestem ciekaw tego nowego filmu o Baczyńskim.

  4. Simon Says:

    O „Amadeuszu” już tak wiele zostało powiedziane, że tylko tym większy wstyd, że do tej pory nie miałem okazji oglądać. Ale to samo mógłbym powiedzieć o wielu innych wielkich filmach. I pewnie nawet, gdy to wszystko nadrobię, zawsze znajdzie się jakiś tytuł, którego nie obejrzałem.
    Ja w przeciwieństwie do Mariusza, Lyncha bardzo sobie cenię. Szczególnie tego starego Lyncha, twórcę Głowy do wycierania, czy Człowieka słonia. Późniejszy Lynch już mniej przypadał mi do gustu. A samo Blue Velvet jakoś tak wpłynęło na mnie wbrew pozorom właśnie obojętnie. Film ma swoje momenty, miejscami zachacza o arcydzieło zdecydowanie. Ale też gdzieniegdzie potrafi zirytować jakąś taką infantylnością. Tak jakby Lynch przegapiał najprostrze sprawy. (SPOILER ALERT! Zawsze powtarzam jeden przykład, który w tym filmie bardzo mnie drażni. Końcowe sceny: MacLachlan i Hopper są w domu Rosselni. Prawdopodobnie skończy się to tragicznie. W tym samym czasie do mieszkania próbuje się dostać uzbrojony policjant, który wie, jak to się może skończyć. Z nim biegnie córka, nieuzbrojona; on puszcza ją przodem bez słowa. Jak gdyby nigdy nic wbiega sobie pierwsza do mieszkania. Kto mądry puściłby córkę przodem w takie miejsce?).

    • Logos Amicus Says:

      Nie sposób obejrzeć wszystkiego (a i nie ma takiego obowiązku), lecz są takie filmy, których grzechem (i jednak stratą) jest nie znać. Do nich wg mnie należy „Amadeusz”. Oglądanie tego filmu to sama przyjemność. Przynajmniej ja tak miałem :)

      Jeśli chodzi o mnie, to Lyncha traktuję – jak by to rzec? – na specjalnych warunkach. On zmusza nas do tego, żeby jego filmy oglądać jakby w innych rejestrach. Innymi słowy, Lynch ma bardzo specyficzny, oryginalny – a przez to dość łatwo rozpoznawalny – styl.

      Pisząc o „Blue Velvet” wspomniałeś o tym, że arcydzielność w filmie może sąsiadować z infantylizmem. To prawda. Jest też takie określenie, jak „idiot plot”. Odnosi się z grubsza do sytuacji, kiedy skądinąd inteligentne postacie zachowują się w filmie jak idioci, ale tylko po to, by wątek filmu mógł się ciągnąć dalej. Wszystko jest OK, gdy nam ten „idiot plot” nie przeszkadza (bo i tak się zdarza, zwłaszcza w filmach, które oglądamy z przyjemnością i w konsekwencji je polubiamy), gorzej jak w naszej głowie zaczynają się z tego powodu rodzić jakieś wątpliwości, zaczynamy kwestionować jego logikę, zaczynamy dostrzegać grubsze szwy… etc. Wtedy często zaczynamy się odnosić do takiego filmu krytycznie.

  5. roxy Says:

    Taxi Driver to wielki popis gry aktorskiej Roberta De Niro. To prawdopodobnie jedna z najlepszych
    jeśli nie najlepsza pierwszoplanowa rola w historii kina. Przygotowując się do niej, aktor przez
    miesiąc pracował w Nowym Jorku jako nocny taksówkarz, spotykał się z weteranami wojny
    wietnamskiej, studiował przypadki zaburzeń psychicznych Fascynujące w jego roli jest to, że
    oglądając „Taksówkarza” czujemy jakbyśmy widzieli świat oczami Travisa. Podczas oglądania nie
    mamy momentu wątpliwości co dzieje się w umyśle głównego bohatera. Możemy doświadczyć,
    ten specyficzny rodzaj uczuć jakie rządzą Travisem – samotność i pewnego rodzaju zamknięcie w
    getcie oddzielającym jednego człowieka od reszty środowiska.

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem De Niro swoje najlepsze role zagrał w latach 70-tych. Oprócz „Taksówkarza”, jego wystąpienia były równie znakomite w „Ojcu chrzestnym”, „Łowcy jeleni” czy we „Wściekłym byku” (do tej ostatniej roli słynnego pięściarza La Motty, też przygotował się tak, że drastycznie zmienił się fizycznie… Zresztą, w latach 80-tych też zagrał parę świetnych ról („Przebudzenie”, „Chłopcy z ferajny”), ale niestety, coraz częściej przyjmował role nijakie, a czasem wręcz żenujące. Mimo to, pozostanie już chyba na zawsze, jednym z najwybitniejszych aktorów w historii amerykańskiego kina.

  6. dorota Says:

    Po raz pierwszy oglądałam „Pożegnanie z Afryką”, gdy miałam naście lat i… nie podobało mi się. Obejrzałam ten film ponownie, gdy miałam dwadzieścia parę lat i tym razem uważałam się już za osobę dorosłą, ale mimo to nadal mi się nie podobał. Zobaczyłam go teraz, kiedy jestem po trzydziestce i… tym razem bardzo mi się podobał, ryczałam na nim jak bóbr. W tym filmie było wszystko, zderzenie ciepła afrykańskiego klimatu z chłodem bijącym od okropnego męża głównej bohaterki, jeżeli jakaś kobieta miałaby mieć takiego męża, to już lepiej żeby była sama do końca życia. To był też bardzo smutny film, Karen była bardzo mądrą i dobrą kobietą, dlaczego nie mogła być w życiu szczęśliwa, a jeżeli była to tylko na chwilę. Bóg dał jej posmakować szczęścia i wszystko zabrał, zostawiając tylko piękne wspomnienia, ale one zostawiały po sobie jeszcze większy ból.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, same filmy przecież się nie zmieniają, a my zupełnie inaczej odbieramy je w różnych okresach naszego życia – bo oczywiście sami się zmieniamy.
      Wygląda na to, że do pewnych filmów musimy „dojrzeć”.
      Ale z drugiej strony, dobrze jest też niektóre filmy oglądać w młodości, bo tylko wtedy mogą zrobić na nas nieodparte wrażenie – tak, jakby nasza „niedojrzałość” temu sprzyjała ;)

  7. la-di-da Says:

    Sporo filmów, które w tym wpisie wybrałeś, jest mi bliskich i je lubię. Boska Meryl pojawia się tu aż dwa razy! :)
    Podoba mi się to, co piszesz o post-hippisowskiej i popkulturowej perspektywie Formana w „Amadeuszu”. Coś w tym jest i udało Ci się to trafnie nazwać. Obie role – Salieri, Mozart – bardzo dobre.

    „Sprawa Kramerów” – lubię i powieść, i film. Świetne aktorstwo, które dodaje jeszcze wyrazistości i tak już dobrze przemyślanym w tekście postaciom. Problem jest stale aktualny, a bohaterowie autentyczni.

    Z „Pożegnaniem z Afryką” też miałam tak, że za pierwszym razem (oj, młoda byłam) mi się nie podobało. Potem się to zmieniło. Tu są znowu bardzo mocne kreacje aktorskie i klimat, który urzeka.

    Pozdrawiam! :)

    • Logos Amicus Says:

      Wielu z tych filmów, które przypominam w tym cyklu „archiwalnym” nie widziałem od dawna i prawdę mówiąc, nie wiem jak bym je odebrał dzisiaj. Pewnie o większości z nich nie zmieniłbym zdania (jeśli chodzi o ich ocenę), ale myślę, że jednak widziałbym je już w innej perspektywie. Bo jednak z czasem się zmieniamy – i zmienia się nasze spojrzenie na świat. (Dlatego np. Ty polubiłaś z czasem „Pożegnanie z Afryką” :))

  8. TAXI DRIVER REVISITED | WIZJA LOKALNA Says:

    […] wtedy moja notatka o „Taksówkarzu” (trafiłem na nią niedawno, a opublikowałem TUTAJ […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s