AMERYKA (szkice)

*

*

Amerykański kontynent zawsze był dla wychodzącego mu na spotkanie człowieka kanwą, na jakiej tkał on w swojej wyobraźni mity pozwalające mu oswoić pustkę niezmierzonej i niedającej się ogarnąć okiem przestrzeni, nadawać sens tułaczce i krzesać nadzieję, dzięki której można było bez większej grozy patrzeć w przyszłość – na to, co czekało go na tej ziemi nieznanej, obiecanej mu przez bogów, czy też tylko owych bogów – bardziej lub mniej fałszywych – proroków. Czy głównym motorem była tu potrzeba wolności, czy też chciwość; złudna nadzieja powrotu do Edenu, czy choćby tylko poszukiwanie lepszego życia; awanturniczy zew przygody, a może po prostu konieczność? W każdym przypadku, człowiek, który się tu znalazł, musiał się zderzyć z oporem materii – z rzeczywistością najczęściej odstającą od jego wyobrażeń, jednak do pewnego stopnia dającą się kształtować pod wpływem jego woli. Otwierające się przed człowiekiem puste a ogromne przestrzenie stają się dzięki temu areną cywilizacyjnego eksperymentu, który z czasem przybrał formę nader konkretną – światowego imperium.
To, że imperium to w oczach wielu ludzi wydaje się teraz chylić już ku upadkowi – a przynajmniej tracić z wolna swoją moc i supremację nad światem – jest jednak dramatem, wobec którego trudno zachować obojętność. I dotyczy to zarówno jego wrogów, jak i (coraz mniej jednak licznych) przyjaciół.

greydot

Wolność, przestrzeń, ekspansja, bogactwo, siła… w czasie kiedy wyłaniał się i kształtował w mojej świadomości amerykański mit, te i podobne im słowa były jego osnową. To wokół takich właśnie pojęć (być może będących niczym innym, jak zakamuflowaną afirmacją witalności i nie do końca uświadomionym impulsem – echem nie tylko osobniczego, ale i społecznego darwinizmu?) budował się powszechny jednak zachwyt (nie wszyscy już chcą o tym pamiętać) nad american way of life, czyli amerykańską drogą i sposobem życia, metodą i stylem, które wydawały się być kulminacją zachodniej cywilizacji: tym, udanym wreszcie, polityczno-socjo-technicznym eksperymentem ludzkości. Zupełnie nie zauważałem przy tym, że leży to właściwie w sprzeczności z moją, przebiegającą niejako symultanicznie, fascynacją kontrkulturą lat 60-tych, która tenże amerykański sposób życia zaczęła kontestować (inna sprawa, że sama się przy tym kompromitując). Niekonsekwencja, zaślepienie, czy po prostu brak dostatecznej wiedzy i wyobraźni?

greydot

Największą klęską mitu nie jest to, że zostaje on złamany, ani nawet to, że między bajki się go wkłada. Największą jego klęską jest to, że staje się on nie tyle historią, co wspomnieniem, podszytym na dodatek rozczarowaniem.
A trzeba przyznać, że mit amerykański bronił się dzielnie. W świadomości wielu nie zdołały go zburzyć ani kłamstwo tzw. „odkrycia” Ameryki przez Kolumba (wiadomo przecież, że ludzie żyli na tym kontynencie już kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej); ani wojny zaborcze z Meksykiem, (którego Stany Zjednoczone pozbawiły ogromnych połaci ziemi Południowego Zachodu, wliczając w to dzisiejszą Kalifornię); ani podszyta chciwością agresywna ekspansja pionierów na Zachód, eksploatująca bez umiaru zasoby naturalne kontynentu; ani mająca znamiona holocaustu (także kulturowego) eksterminacja prawowitych a niewygodnych plemion Indiańskich; ani bratobójcza rzeź wojny secesyjnej, która wcale nie była wojną o zniesienie niewolnictwa (kolejny ciężki grzech Ameryki), tylko o zachowanie unii i ekonomicznych priorytetów; ani bezlitosny kryzys i depresja międzywojnia, z jej korupcją i gangsteryzmem; ani kunktatorska, izolacjonistyczna postawa amerykańskiego rządu w czasie pierwszych lat II wojny światowej; ani daleko posunięty kompromis z sowieckimi komunistami oddający im pod władanie całą Europę Wschodnią; ani zakłamana, okrutna i szalona wojna w Wietnamie i masowe ludobójstwo dokonane przez Amerykanów w latach 70-tych w Kambodży; ani jałowość amerykańskiej kultury masowej i bezmyślny, stadny konsumpcjonizm; ani cyniczna gra amerykańskich służb specjalnych popierających brutalne reżimy (zwłaszcza w Ameryce Południowej) i maczanie palców w brudnych wojnach; ani oparta na krętactwie i łgarstwach agresja na Irak; ani bezwzględne poparcie dla okupującego palestyńskie ziemie Izraela, za nic mające względy humanitarne, łamanie praw człowieka i zbrodnie wojenne popełniane przez izraelską armię; ani nawet bezsensowna wojna w Afganistanie… (sam jestem zaskoczony zarówno długością i ciężarem tej litanii).

Jak się okazuje, mit Ameryki rozwiewa skutecznie dopiero słabnięcie potęgi amerykańskiego Imperium – stopniowe schodzenie z pozycji światowego hegemona (spowodowane choćby fatalną polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych), coraz większa niewydolność finansowa, jaką pociągnęły za sobą skandaliczne machinacje bankowców; kryzys demokracji, (której domniemany tryumf skłonił swego czasu światową gwiazdę ekonomii, Fukuyamę, do obwieszczenia „końca historii”) czyli systemu, którym Ameryka tak się dotychczas chlubiła, a który obecnie przestaje działać, stając się zakładnikiem wielkich korporacyjnych pieniędzy i działających wbrew interesowi całego społeczeństwa lobby (choćby przemysłu zbrojeniowego).
Niestety, to odwrócenie się od Ameryki dopiero teraz, kiedy ona słabnie i kiedy już nie możemy czerpać z jej siły i bogactwa takich korzyści jak dotychczas (a przypomnijmy sobie całe fale emigracji Polaków do Stanów Zjednoczonych, w pogoni za wszechmocnym dolarem i „lepszym” życiem, tudzież podlizywanie się Amerykanom przez kolejne polskie rządy w nadziei na mocarstwowy protektorat, czy choćby tylko na… intratne kontrakty dla polskich firm w Iraku), nie wystawia nam dobrego świadectwa, bo świadczy nie o autentycznym podziwie dla amerykańskich osiągnięć i zalet tego kraju, a o zwykłej interesowności i oportunizmie.

greydot

Dopiero z perspektywy czasu widzę, że sama – jakże sławetna i niemalże immanentna! –  wolność amerykańska też była pewnym rodzajem mitu. I mam tu na myśli wolność w głębszym rozumieniu tego słowa, a nie w tym potocznym, prozaicznym i praktycznym, jak np. w sferze swobód obywatelskich, czy tę, odnoszącą się do wolności wypowiedzi, możliwości decydowania o swoim życiu, (która w Ameryce bez wątpienia była – i częściowo nadal jest – czymś godnym podziwu i wspaniałym).
Powoli zdawałem sobie sprawę, że Amerykanie, w zdecydowanej większości, nie czują się jednak ludźmi wolnymi, mimo owych powszechnych deklaracji przywiązania do wolności i jej (werbalnej) manifestacji. Ostatni kryzys tylko to pogłębił. (Jednakże, powtórzę to raz jeszcze, mam tu na myśli nie tylko uwarunkowania ekonomiczne, a przede wszystkim – nazwijmy je – egzystencjalne.)

Weźmy choćby pod uwagę literaturę, która nota bene zawsze jest czymś w rodzaju diagnozy wystawianej społeczeństwu (chociaż, paradoksalnie, bywa też symptomem jego chorób). Wszystkie ważne dzieła literatury amerykańskiej mówiły o szarpaniu się indywidualnego człowieka z siłami, które go pętały: począwszy od Steinbecka, Faulknera, Hemingway’a, przez Scotta Fitzgeralda, Salingera, Kazana, Millera… na McCarthy’m i Franzenie skończywszy. Podobnie było w kinie: nawet te filmy, które zajmowały się „wolnym”, „wyzwolonym” człowiekiem – tak naprawdę przedstawiały jego tragedię wynikającą ze sprzeciwu wobec okoliczności i warunków, które w rzeczywistości go zniewalały. Można tu przypomnieć takie obrazy, jak np. „Easy Rider” albo „Znikający punkt”, także „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Hair”… również „Ostatni seans filmowy”, „Czyż nie dobija się koni”, „Midnight Cowboy”, Serpico”, „On the Waterfront”, „Paris-Texas” Wendersa; filmy Stone’a, Scorsesego, Lumeta… a z tych nowszych: „Into the Wild” Penna, „No Country for Old Men” braci Coenów, czy „There Will Be Blood” Paula Andersona…  przykładów można podać mnóstwo, nie zapominając oczywiście o takiej klasyce jak „Obywatel Kane”, „Olbrzym”, „Buntownik bez powodu” czy „Wielki Gatsby”. Oczywiście, to wszystko była fikcja, lecz  uświadamiająca nam pewne prawdy funkcjonujące w amerykańskiej rzeczywistości.
Można tu jednak zadać sobie pytanie, czy to, co napisałem (o permanentnym poczuciu pewnego zniewolenia), bardziej nie dotyczy ludzkiej „kondycji” rozumianej ogólnie, a nie braku wolności wynikającego z osadzenia w jakimś konkretnym społeczno-politycznym kontekście (tutaj: w rzeczywistości amerykańskiej)? Bo to czy człowiek jest istotą wolną – w egzystencjalnym wymiarze – jest jednak problemem otwartym. Na wszystkich kontynentach, we wszystkich krajach i we wszystkich okolicznościach.

greydot

Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” pisał: „(…) moja humanistyczna gorliwość jest osłabiona przez góry i ocean, przez te liczne momenty, kiedy patrzyłem na bezmierność z uczuciem podobnym do mdłości, a wiatr pustoszył moje małe gospodarstwo nadziei i zamiarów.”

Zupełnie inaczej reagowałem na amerykańską „bezmierność”. Nigdy nie zapomnę swoich wrażeń, kiedy po raz pierwszy trafiłem na zachodnie pustynie i półpustynie kontynentu i kiedy pierwszy raz skierowałem mój wzrok ku horyzontowi, starając się objąć coś, co wydawało się bezkresne. Ani tego oszałamiającego, rozpierającego pierś uczucia podniecenia i radości na widok niekończącej się przestrzeni, która była dla mnie zapowiedzią przygody życia – poszukiwania i odnajdowania miejsc nieznanych, a przeczuwanych tylko za pragnieniem doświadczenia czegoś niezwykłego. Wiatr wcale nie pustoszył mojego małego gospodarstwa nadziei i zamiarów – choćby dlatego, że nadzieja i zamiary nie były jeszcze przeze mnie zagospodarowane, kotłując się gdzieś w bezkształtnym żywiole nie posiadającym żadnych punktów oparcia i barier.

To prawda: będąc chroniony przez cywilizację (klimatyzowany samochód) nie doświadczałem tego zagrożenia dziką i niekiełznaną Naturą, jakie zapewne odczuwali pierwsi osadnicy – pionierzy, który skazywali się na wielomiesięczną poniewierkę, ciągnąc ledwo co przetartymi szlakami na Zachód – w tamtym czasie jak najbardziej dziki, lecz jednak nie pozbawiony nadziei, bo poddający się ludzkiej żądzy podboju, niczym gotujący się do uległości – i bycia poskromionym – zwierz. Miałem ten komfort, by w tym, co było wówczas przerażające, widzieć teraz naturalne piękno, które zachowało się do naszych czasów, mimo cywilizacyjnej ekspansji.
Zapewne sporo w tym zachwycie i zachłyśnięciu się wspaniałościami amerykańskiego pejzażu było z ignorancji i kompleksu prowincjusza, który nagle wyłamał się zgrzebnej prostocie i szarości podkarpackiego krajobrazu, przyzwyczajony do pospolitości otaczającej go przyrody, niemającej w jego oczach nic wspólnego z egzotycznym rozpasaniem i bogactwem, jakie spotkać można na innych – poza ziemią rzeszowską – kontynentach. I oto byłem tutaj: niebotyczne ściany z granitu i wieże z kolorowego piaskowca na wyciągnięcie ręki, zawracająca w głowie olbrzymia rozpadlina Wielkiego Kanionu, pokryte kwitnącymi kaktusami i drzewkami Jozuego gorące pustynie, grzmiące wodospady Yellowstone, niedźwiedzie grizzly w oddali, bizony w pobliżu, Indianie u boku… morze traw prerii nad Missisipi, ocean bezmiaru wód za skalnymi urwiskami wybrzeża… Oto mit ucieleśniał się przed moimi oczami, nic bynajmniej nie tracąc ze swojej kuszącej – podniecającej wyobraźnię i zmysły – niezwykłości.

greydot
Droga w mitologii amerykańskiej jest równie dobrze zaznaczona, jak rzeka w całej kulturze Zachodu. Kerouac i Heraklit nie mieli ze sobą nic wspólnego, ale ich odwołanie się do drogi i rzeki jako egzystencjalnej metafory życia i przemijania jest podobne. Droga jest życiem, życie jest rzeką – i na odwrót. Życie w kontekście rzeki i drogi – to wielka symboliczna triada naszej egzystencji.
Droga podnieca i ekscytuje, droga wydaje się nie mieć końca – daje możliwość podboju i ekspansji; bywa też nużąca, znojna i wyczerpująca – zwłaszcza wtedy, kiedy prowadzi do kresu.
A jednak bycie w drodze jest synonimem wolności, umożliwia zakosztowanie wszystkich smaków życia i poznanie jego bogactwa – począwszy od poczucia ekstazy i doświadczenia piękna mijanych stron, przez nudę i monotonię pokonywania tysięcy takich samych mil, po cel, który równie dobrze może być spełnieniem, co znikającym punktem – początkiem czegoś nowego albo kolizją i zagładą. Najlepiej jest jednak, jeśli droga, na które się znaleźliśmy, jest drogą poznania.
A w Ameryce dróg jest bez liku: począwszy od tzw. dirt roads (czyli często wyboistych „dzikich” dróg polnych, piaszczystych, żwirowych), przez obszerne freeway’e o niezłej twardej nawierzchni, po wygodne i supernowoczesne highway’e (czyli autostrady), których gęsta siatka oplata amerykański kontynent. Oprócz tego, że amerykańskie drogi są przejawem praktyczności i mają znaczenie czysto utylitarne, wiodąc do określonego celu, to biegną także niekiedy przez najbardziej zdumiewające tereny, do równie zadziwiających miejsc – właściwie bez celu – prowadząc nas na dobrą (lub złą) sprawę donikąd. Dlaczego więc wtedy wybiera się taką drogę? Z prostej przyczyny: bo jest. Ale również dlatego, że zwykle odsłania przed nami piękno amerykańskiej ziemi.

greydot

zdjęcie własne (Dolina Monumentów, rezerwat Indian Nawaho, Arizona)

*

Advertisements

komentarzy 45 to “AMERYKA (szkice)”

  1. ola_anka Says:

    Stany Zjednoczone wśród Polaków nie zawsze cieszą się dobrą opinią. Obraz tego ogromnego kraju jest pokazywany w mediach tak wycinkowo i wybiórczo, że łatwo jest sobie wyrobić nieprawdziwe przekonania. O mieszkańcach USA powtarzane są też liczne stereotypy, ale czy dotykają one w ogóle prawdy?

    • Logos Amicus Says:

      Nawet opinie tych, którzy mieszkają w Stanach mogą się różnić od siebie diametralnie. O Ameryce bowiem można powiedzieć wszystko – jako, że jest to kraj kontrastów – i w każdej opinii znajdzie się jakieś ziarno prawdy.
      To prawda, w Polsce najczęściej funkcjonują stereotypy, mające różne źródła – a jednym z nich jest pop-kultura, głównie filmy i seriale telewizyjne.
      Co mnie jednak uderza w tych opiniach, zwłaszcza wyrażanych ostatnimi laty, to nie tylko niechęć, ale pewna wrogość wobec Ameryki. Najgorsze w tym jest to, że ta wrogość – ot, wrażająca się choćby w obraźliwych dla Amerykanów określeniach – odnosi się do członków amerykańskiego społeczeństwa. A przecież nie można winić wszystkich Amerykanów za to, co złego robią np. politycy, finansiści czy szefowie korporacji.

      • Piotr Kruczek Says:

        Amerykanie jako ludzie nie do końca są bez winy – gdzieś w tym wszystkim przebija się czasem samozadowolenie z życia w ‚najlepszym’ kraju, przekonane o wyższości choćby ekonomicznej nad innymi, wręcz steretypowa ingnorancja, pustka dominującej kultury masowej i kultu pieniądza, bogactwa, mania wielkości. Nie żywię uprzedzeń, za to gdzieś nasuwają mi się na myśl o haśle AMERYKANIE takie pierwsze skojarzenia. Mimo wielu przyjacielskich kontaktów z osobami tam mieszkającymi i całej tej wielokulturowej mozaiki, która w swojej złożoności na pewno nie zasługuje tylko na takie jak moje podsumowanie…

        • Logos Amicus Says:

          Nie zasługuje.
          Wybacz Piotrze, ale to co wymieniłeś, zarzucając Amerykanom: ignorancja, pustka kulturowa, kult bogactwa i pieniądza, mania wielkości… to są właśnie stereotypy. Oczywiście, że nie wzięły się one znikąd, jest w nich sporo prawdy (również i ja sam łapię się niekiedy na tym, że nimi się posługuję), ale jest to zaledwie część prawdy, a co najgorsze: ten ciemny, negatywny – stereotypowy i w sumie płaski właśnie – obraz Ameryki i Amerykanów, przysłania i zsuwa na drugi plan to, co w Ameryce jest dobre, pozytywne a nawet wspaniałe. Jedno jest pewne: warto się bronić przed pokusą jednostronnego spojrzenia na tan kraj – dobrze jest starać się aby widzieć Amerykę w całej jej złożoności.
          I jeszcze jedno: to jakimi stereotypami się posługujemy oceniając dany kraj i zamieszkujących go ludzi, zdradza nasz stosunek do tego kraju i ludzi. Jeśli jest on negatywny – również i stereotypy są negatywne.
          Mnie w sumie razi często niechęć, a w wielu wypadkach nawet i wrogość moich rodaków wobec Amerykanów. Niestety, zbyt często przypomina mi to zwykłe prostactwo, bez śladowej choćby dozy refleksji.
          (Tylko, przypadkiem, nie bierz tego do siebie ;) )

  2. Miriam Says:

    Czy naprawdę tak źle jest z tą Ameryką?

    • Logos Amicus Says:

      Nie jest dobrze, ale jednak ostrożny byłbym w wieszczeniu tzw. „upadku” Ameryki, „końca imperium”… etc. (choć sam parę razy tych określeń użyłem). To jest jednak zbyt potężny kraj, aby mógł – ot tak sobie – upaść z roku na rok, jak jakiś gigant, któremu podcięto nogi, i który z wielkim hukiem pada na ziemię. To tak jednak nie zadziała (wbrew tęsknotom wrogów Ameryki i tych, którzy temu krajowi źle życzą).
      To prawda, że ekonomia amerykańska jest w złym stanie, że prestiż Ameryki na świecie podupadł, ale przecież nadal jest to kraj posiadający największą gospodarką w skali globalnej, jak również najsilniejszą armię. I tak będzie na pewno jeszcze przez jakiś czas. A potem, nawet jeśli Ameryka zejdzie na dalszą pozycję, to nadal będzie światowym mocarstwem, z którym trzeba się będzie liczyć.

  3. Marcus Says:

    Charles Krauthammer, konserwatywny amerykański publicysta, piszący na łamach „The Washington Post”, „Time Magazine”, redaktor „The National Interest” w wykładzie wygłoszonym w Manhattańskim Instytucie Badań Politycznych w Nowym Jorku, powiedział: „Pogłoski o rychłym upadku Ameryki znów krążą po świecie, napędzane przez złość i zawiść. Powstają nowe teorie, oparte na starych sloganach: „słabnące imperium”, „przebudzenie Azji”, „świat postamerykański”. Wśród tych krzyżujących się nurtów moja teza jest prosta: na pytanie, czy Ameryka chyli się ku upadkowi, nie można odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Obie odpowiedzi są złe. Zakładają, że istnieje z góry określona i nieunikniona wypadkowa sił niepodlegających kontroli. A przecież to nieprawda. Nic nie jest nieuniknione. Nic nie jest zapisane. Dla dzisiejszej Ameryki upadek nie jest stanem, jest kwestią wyboru. Po dwóch dekadach jednobiegunowego świata, który wyłonił się po rozpadzie Związku Sowieckiego, Ameryka może nadal decydować, czy abdykuje, czy też utrzyma dominującą pozycję. Upadek albo dalszy wzrost potęgi jest w naszych rękach. Nie zawsze jest to kwestia wyboru. Upadek Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej był do przewidzenia, tak jak schyłek Europy, która w minionych wiekach stanowiła dominującą siłę. Cywilizacyjne samobójstwo – dwie wojny światowe – a w konsekwencji fizyczne i psychiczne wyczerpanie spowodowały, że dalsza dominacja Europy stała się niemożliwa, a jej upadek nieunikniony. Następstwem niezamierzonego załamania się Europy był równie niezamierzony wzrost potęgi Ameryki. My, których Lincoln nazwał kiedyś „narodem prawie wybranym” przez Boga, nie ratowaliśmy dwukrotnie Europy po to, by wstać z wojennych popiołów jako współrządca świata. Ameryka jest najrzadszym zjawiskiem geopolitycznym: przypadkowym hegemonem. Biorąc pod uwagę naszą historię izolacjonizmu i brak instynktownej ambicji imperialnej, jesteśmy hegemonem ociągającym się. A teraz, po prawie dekadzie wyczerpującego wysiłku spowodowanego odpowiedzią na ataki z 11 września 2001 r., ociągamy się przed przyjęciem roli hegemona bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Ta konstatacja prowadzi do następnej konkluzji: mając przed sobą wybór: kontynuować dominację czy też stopniowo, rozmyślnie, chętnie i z uczuciem ulgi pozbyć się jej, znajdujemy się na drodze do tej drugiej decyzji. Wzrost wpływów liberałów w Stanach Zjednoczonych, kontrolujących władzę wykonawczą i obie izby Kongresu, dominujących w mediach i kulturze elit, wepchnął nas na kurs ku upadkowi. I to zarówno w sferze polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej. Obecna polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych jest ćwiczeniem w zwijaniu się potęgi. Zaczyna się od burzenia moralnych fundamentów amerykańskiej dominacji.”

    • Logos Amicus Says:

      Trudno nie zgodzić się z tym, że “pogłoski o rychłym upadku Ameryki znów krążą po świecie, napędzane przez złość i zawiść.” Myślę, że z upadku Ameryki cieszyliby się nie tylko jej wrogowie, ale i fałszywi przyjaciele, jak również ci, którzy zawsze cieszą się z czyjegokolwiek upadku. „Schadenfreude” jest jednak zjawiskiem dość powszechnym, mimo że nikt nie kwapi się, aby się do tego uczucia przyznać.

      Natomiast wątpliwa wydaje mi się teza, że „upadek” jest jedną z opcji, jaką Ameryka może sobie (w obecnej sytuacji) wybrać. Tak by było, gdyby Amerykanie panowali nad wszystkimi czynnikami, które ten upadek mogą spowodować. A tak nie jest – sytuacja jest nazbyt złożona i wielu rzeczy (zjawisk, wydarzeń) nie można przewidzieć.

      Nieprawdą jest też to, że Ameryka zawsze była pozbawiona ambicji imperialnej. Tak rzeczywiście było przez cały niemal XIX wiek (Stany były wówczas zbyt młodym państwem, a ponadto ze specyficzną niechęcią do kolonializacji z uwagi na to, że same były wyzwoloną kolonią), ale to się zmieniło w czasach zimnej wojny, w okresie rywalizacji ze Związkiem Radzieckim – także o wpływy na innych kontynentach (Azja, Afryka, Ameryka Środkowa i Południowa). Było sporo racji w oskarżeniach o imperializm, jakie wówczas wysuwano wobec USA ze strony państw bloku komunistycznego. Amerykanie prowadzili politykę otwarcie imperialną, starając się wpływać na sytuację w wielu krajach całego świata. Podobnie zresztą czynił Związek Radziecki – kolejne mocarstwo z wielkimi ambicjami imperialnymi.

  4. hermaszewski Says:

    Zachód umiera, jego narody mają ujemny przyrost naturalny,Liczba ludności nie wzrasta, ale się kurczy. Zachodnia cywilizacja nie stanęła w obliczu tak poważnego zagrożenia od czasów Czarnej Śmierci – dżumy, która w czternastym wieku zabiła jedną trzecią mieszkańców Europy. Obecnie, w siedemnastu europejskich krajach więcej jest pogrzebów niż narodzin, więcej trumien aniżeli kołysek. Państwa te to Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Dania, Estonia, Niemcy, Węgry, Włochy, Łotwa, Litwa, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Hiszpania, i Rosja.
    W powszechnym marszu Zachodu ku śmierci reprezentowane są wszystkie odłamy chrześcijaństwa: katolicyzm, protestantyzm, prawosławie. Nowy hedonizm najwyraźniej nie potrafi zaoferować ludziom żadnego poczucia celowości życia. Pierwsze owoce, jakie wydał, zdają się być trujące. Czy ta nowa, „dająca poczucie swobody” kultura, którą młodzi przyjmują z takim entuzjazmem okaże się najgroźniejszym, śmiertelnym wirusem?

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem: zbyt czarny jest ten scenariusz. To, że w jakimś narodzie występuje zmniejszenie przyrostu naturalnego nie oznacza jeszcze tego, że ten naród wymiera.
      Ale prawdą jest, że zmieniają się proporcje w populacji poszczególnych ras oraz kręgów religijnych czy cywilizacyjnych. A to niewątpliwie będzie miało wielki wpływ zarówno na kształt przyszłego świata, jak i na wydarzenia. Przyszłości jednak nie można przewidzieć – wszystko, co tylko wymyślamy na ten temat, jest zaledwie spekulacją.

  5. Onibe Says:

    każde Imperium musi przeminąć, choć akurat Ameryki nieco szkoda. Bynajmniej nie dlatego, że należy ją cenić za samą siebie, bo jest krajem / narodem / systemem zbyt mocno skompromitowanym, zbyt hipokrytycznym, ale raczej dlatego, że w cieniu USA wyrosło na świecie mnóstwo dobra. Gdyby nie USA nie byłoby dostatniej, zadowolonej z siebie (i totalnie inwalidzkiej) Europy Zachodniej, nie byłoby nowoczesnych gospodarek azjatyckich (Japonia, Korea S itd), nie byłoby przemian w Europie Środkowej, a więc i nie byłoby Polski w takim kształcie, w jakim obecnie ją mamy. Ok, zadowoleni być nie musimy, ale pamiętać należy, że lepszych alternatyw po prostu nie ma i nie było. Kto zastąpi USA? Na razie nie ma jednego pretendenta, ale pojawiło się wielu konkurentów średniego szczebla. Ciekawe jak będzie wyglądał świat pod dominacją Chin, Indii i Rosji…

    • Logos Amicus Says:

      Nic nie trwa wiecznie – truizm.
      Piszesz: „Ameryki nieco szkoda”. „Nieco” to mało jednak powiedziane. Ameryki – mimo wszystko – bardzo szkoda. Nie zapominajmy, że gdyby nie Ameryka, to najprawdopodobniej nas by nie było – zostalibyśmy bowiem wyniszczeni i wyeksploatowani przez naszych „panów” hitlerowców; a odnosząc się do późniejszych czasów – nadal bylibyśmy zniewoleni – zamknięci w rezerwacie sowieckich wasali.
      Mimo krytyki jaką wzbudzały we mnie pewne aspekty polityki Stanów Zjednoczonych (w czasach mojej wczesnej młodości – choćby Wietnam), czy amerykańskiej kultury (niepohamowany i bezmyślny konsumpcjonizm, miałkość kultury masowej), zawsze przecież identyfikowałem się z tą stroną, po której była Ameryka (w końcu jest to cywilizacja Zachodu). Bo mimo wszystko, dla mnie kraj ten zawsze był synonimem wolności – jakkolwiek paradoksalnie by to w obecnej sytuacji (gwałcenia obywatelskich swobód) nie zabrzmiało.
      To, że krytykowałem (krytykuję) Amerykę nie jest jednak przejawem jakiejś nielojalności wobec kraju, w którym żyję i któremu wiele przecież zawdzięczam. Tak można pomyśleć np. w Polsce – bo u nas krytyka rządu, władz… zawsze (zwłaszcza w czasach PRL-u) była odbierana jako pewna forma nielojalności wobec państwa, a często nawet jako wrogość. Tutaj, w Stanach, było – i jest – jednak zupełnie inaczej (krytyka, w pewnej perspektywie widzenia, staje się czasem nawet pewną powinnością – nie mówiąc o tym, że jest manifestacją wolności słowa, tak ważnej przecież dla istoty „amerykańskości”).

      Prawdę mówiąc, perspektywa świata pod dominacją Chin, Indii czy Rosji trochę mnie przeraża. Coś mi się wydaje, że nie chciałbym żyć w takim świecie.

  6. miziol Says:

    Ameryka, jak kazde mocarstwo od zarania dziejow, rozwala sie od srodka. To jest naturalny proces i w jakims sensie nieunikniony. Nastepuje powolna faszyzacja zycia, bo nie sposob utrzymac takiej masy ludzi w ryzach prawa, a wlasciwie zmusic do realizowania celow wyznaczonych w osrodku wladzy. Ludzie nie chca byc miesem armatnim albo krolikami doswiadczalnymi wielkich korporacji. Tego sie nie da zmienic. Zawsze znajda sie tacy, ktorzy beda chcieli pojsc inna droga i beda umieli pociagnac za soba innych. Dlatego w Stanach jest taka ilosc roznych tajnych i jawnych sluzb. Ale na dluzsza mete nawet to nie pomoze i obywatele kazdego imperium, ktore nie zostalo zniszczone z zewnatrz, ktoregos dnia beda woleli przylaczyc sie do najezdzcy niz trzymac sie wladzy, ktorej nienawidza. Najezdzcy jawnie atakujacego albo dzialajacego pod przykrywka wewnetrznych organizacji. Od czasow Cesarstwa Rzymskiego tak to dziala i chociaz dzisiaj technologia daje wladzy wieksze mozliwosci, to jak zwykle kazdy kij ma dwa konce i ta sama technologia dziala tez w druga strone.

    • Logos Amicus Says:

      To prawda, ryba psuje się od głowy.
      Trudno jest jednak snuć analogie z upadkami innych imperiów, bo Ameryka jest jednak w historii ludzkości ewenementem – także ze względu na globalny kontekst naszych czasów, w jaki pchnęła nas niewiarygodnie rozwinięta technologia i rewolucja informatyczna. Dodatkowym problemem jest to, że – jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów Edward O. Wilson – mimo że dysponujemy techniką „o boskich możliwościach”, to nadal mamy emocje na poziomie epoki kamienia łupanego, żyjemy z naszą paleolityczną agresją i wojowniczymi popędami, a struktura naszych instytucji przypomina te ze Średniowiecza. To dlatego wszystko się może zdarzyć – i trudno jest cokolwiek przewidzieć.
      Stany Zjednoczone ekonomicznie mogą podupadać przez całe dziesięciolecia – i w jakimś sensie ten proces, paradoksalnie, może być swoistą stabilizacją – tzn. przebiegać w miarę stabilnie. A jeśli nie będzie tej stabilności? Mnie czasami nurtuje pytanie, czy Amerykanie zdolni są do społecznego protestu na szeroką skalę. Pewnie tak – jak każe społeczeństwo. Zresztą, np. sprzeciw wobec wojny w Wietnamie w latach 60-tych, był zakrojony na szeroką skalę – podobnie jak ruch emancypacyjny murzynów na początku tamtej dekady.
      Ciekawe jest również to, jak zareagowałyby na to tzw. służby specjalne i policja – nie wyobrażam sobie, żeby mogło to przebiegać podobnie, jak np. w Egipcie (bardziej brutalne wydają mi się już policje europejskie: choćby brytyjska, czy nawet francuska – ale oczywiście, może to być złudzenie).
      Fizycznie – żadnego najeźdźcy nie będzie (Chiny i Rosja za daleko, Indie za słabo zorganizowane, Ameryka Południowa za leniwa, Kanada za mała, Meksyk za słaby…) Wchodzą w grę tylko siły wewnętrzne, które mogą rozsadzić (czy też przeobrazić) Stany Zjednoczone od środka.

      • miziol Says:

        W sprawie tej ewentualnej fizycznej obecnosci musze troche zaprotestowac Amicusie. To jest oczywiscie mocno teoretyczne rozwazanie, ale gdyby w Stanach zdazyla sie jakas wewnetrzna rewolucja na wieksza skale, to byloby to bardzo niebezpieczne dla calego swiata, biorac pod uwage arsenal tam zgromadzony. Wystarczy przywolac dyskusje wywolane upadkiem ZSRR, na temat arsenalu atomowego komunistow i tego, ze moze wpasc w niepowolane rece itd. Abstrahujac od realnosci samego zagrozenia, ten powod zawsze mozna wykorzystac jako pretekst do przejecia kontroli nad panstwem ogarnietym wojna domowa, czy tak jak w Iraku, czy panstwach afrykanskich, zeby sie dobrac do zasobow naturalnych. Sprawa druga – Rosja graniczy z Alaska i w zimie mozna przejechac „sucha noga” przez Morze Czukockie, nawet najciezszym sprzetem. We Wladywostoku bazuje duza flota rosyjska i na pewno bylaby gotowa przetransportowac odpowiednie ilosci sprzetu i ludzi wkrotkim czasie. Wydaje sie, ze flota chinska tez nie mialaby z tym wiekszego problemu. Dzisiaj juz nigdzie nie jest „za daleko”. Gdyby oczywiscie to mialo jakis sens. Raczej nie ma. Natomiast podsycanie wewnetrznej zawieruchy i spokojne patrzenie jak sie rozsypuje gospodarka USA byloby pewnie marzeniem paru dygnitarzy.

        • Logos Amicus Says:

          To jest takie nasze teoretyzowanie. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie inwazji jakichkolwiek obcych wojsk na teren Stanów Zjednoczonych. Abstrahując od możliwości wykonania, to taka okupacja w starym stylu byłaby zresztą bez sensu. Wojny konwencjonalne zastępują dziś wojny informatyczne i finansowo-ekonomiczne.
          Oczywiście masz rację, że przy obecnych możliwościach technicznych, nigdzie już w świecie nie jest „za daleko”. Zresztą, współczesna wojna rozgrywałaby się przede wszystkim w powietrzu – głównie za pomocą samolotów i rakiet dalekiego zasięgu. W przyszłości zaś coraz większą rolę będą pełnić drony, którymi można będzie „załatwić” każdy rząd.
          Miejmy nadzieję, że nie doczekamy takich gwałtownych czasów.

    • Logos Amicus Says:

      kontestacja? barwna utopia, romantyzm II połowy XX wieku… pragnienie wolności i dzikości, które zawsze spalało gorące głowy w jednym, efektownym fajerwerku… desperackim i destrukcyjnym.
      Rozum podsuwa sceptycyzm, ale serce… moje serce zawsze było – i nadal chyba jest – po ich stronie :)

  7. Piotr Kruczek Says:

    Reblogged this on PilociWycieczek.pl and commented:
    Polecając z ciekawych blogów: Stany Zjednoczone w kontekstach, skojarzeniach i przemyśleniach

  8. przelewy do polski Says:

    Kiedys to było moje marzenie wyjechać do USA i pożyć jak prawdziwy gość. Mieć swój american dream. Teraz inaczej patrzę na to wszystko, z biegiem lat USA juz nie nastrajała tak optymistycznie. Znalazłem swój kąt w Anglii i to póki co moja mała Ameryka. Jednak przejechałbym się do Vegas na wycieczkę…

  9. suzanne Says:

    Ameryka jest olbrzymia, miliony ludzi, rozne srodowiska – jak tu uogolniac? bez sensu.
    Moge napisac o studentach (dobry uniwersytet):
    Bezposredni, usmiechnieci, zadbani (wlosy, zeby), uprawiaja sport, co dzien zmieniaja ciuchy, jedza duzo i slodko a potem na jogging – bez sensu. Ci, ktorym nie wolno pic (poonizej 21) upijaja sie do nieprzytomnosci. Dziewczyny raczej nie umalowane, zadbane wlosy, cera. Nie dziwia sie niczemu i nie gapia na innych od siebie na ulicy. Bardzo uprzejmi, pomocni i kontaktowi (moze to i nie jest szczere, ale mile). Bardzo duzo pracuja. Na ogól bardzo dokladnie planuja przyszlosc blizsza i dalszą. No i na uczelniach nie ma czegos takiego jak sciaganie czy niesamodzielna praca – natychmiast wylatujesz, tracisz twarz – jest to traktowane jak kazde oszustwo. Prawie kazdy (a moze kazdy?) uprawia jakis sport.

    • Logos Amicus Says:

      Kilka cech amerykańskich trafnie uchwyconych. Młodzież też jest bardzo różna – to zależy przede wszystkim od środowiska. No i nie można zapominać, że Amerykanów jest ponad 300 milionów – a na dodatek, w żadnym innym kraju nie ma takiej różnorodności jeśli chodzi o rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne, wyznawane religie… dziwne byłoby wrzucanie całej tej barwnej, kolorowej, różnorodnej populacji do jednego worka jakichś stereotypów.
      Najczęściej, najbardziej skrajne opinie o Amerykanach wyrażają ci, którzy ich zupełnie nie znają.

  10. Cane Says:

    Zdjęcie wypisz-wymaluj z moich snów. W tym śnie zawsze jadę przez tę pustynię kabrioletem, czasem sam, czasem z jakąś panią. Najwyraźniej moją wyobraźnię zdominowały obrazy drogi. ;)

  11. pangrabek Says:

    A jak rozważania o Ameryce to ja mówię: „Widzenia nad Zatoką San Francisco” Cz. Miłosza. Wprawdzie napisane „chwilę temu” ale analiza społeczeństwa Ameryki moim zdaniem nadal jest aktualna. Uważam Logosie, że eseje są świetne, napisane zresztą trochę z Twojej perspektywy – Polaka mieszkającego w USA. Czytałeś? Polecam zwłaszcza esej pt. „Czarni”. Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      „Widzenia nad Zatoką San Francisco” Miłosza czytałem (w moim tekście cytuję nawet fragment pochodzący z tej książki). Eseje rzeczywiście są świetne, ten o „Czarnych” pamiętam, choć akurat on się nieco postarzał. Miłosz pisał to chyba jeszcze w latach 60-tych, a wówczas rasistowskie resentymenty były w Ameryce o wiele mocniejsze, niż dzisiaj – i niestety w tekście Miłosza jest to bardzo wyczuwalne. Ot, choćby takie zdanie: „Naprawdę prawie nikt nie lubi Czarnych” – jest jakby z zupełnie innej epoki. Ale ja się temu za bardzo nie dziwię, bo tacy ludzie, jak Bill Cosby, Michael Jackson, Oprah Winfrey, Arsenio Hall, Eddie Murphie, Morgan Freeman, Denzel Washington, Michael Jordan, Spike Lee, Whoopi Goldberg, Colin Powell… przyszli później, a gdyby ktoś wspomniał o czarnym prezydencie, to uznany by został za szaleńca.

      • pangrabek Says:

        Ależ gapa ze mnie! jasne że cytowałeś, chyba miałem jakieś zaćmienie… (jeszcze raz przeczytałem porządnie Twój tekst). Natomiast co do „Czarnych” Miłosza to oczywiście czasy były inne (rasistowskie resentymenty były silniejsze, choć przekonałem się, że nadal istnieją, tak jak wciąż istnieją murzyńskie getta) mnie natomiast zdziwiło i zainteresowało jego podejście, które, mam wrażenie, było i jest nowoczesne, podejście niestereotypowe i nierasistowskie właśnie. M. w tym tekście analizuje zachowanie czarnych, co wg niego wynika nie z różnic rasowych ale z upośledzenia społecznego, zwraca uwagę na niejednolitość tej rasy, co współcześnie potwierdza nauka wykazując duże różnice genetyczne pomiędzy poszczególnymi plemionami afrykańskimi (bywają plemiona bardziej podobne genetycznie do Norwegów niż do siebie nawzajem). Ale to już inny temat. Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          „…jeszcze raz przeczytałem porządnie Twój tekst”
          Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło ;)

          Oczywiście nie podejrzewam Miłosza o rasizm, ale język jakim pisze on o Czarnych (myślę, że używa go świadomie i celowo) wydaje mi się jednak językiem jakby z innej epoki:

          – „tym przeklętym spadkiem kolonialnej Ameryki”
          – „to niewolniczo przymilne, to znów aroganckie i bezczelne, niepokojące, bo krzywdzone, zbyt poufałe jeśli nie krzywdzone, przybierało w Europie kształt dwunożnych istot ubranych w wypłowiałe szmaty…”
          – ich człowieczość zresztą nadal jest dla wielu wątpliwa”
          – „mój pradziadek mógł być właścicielem całego ich stada”
          – „nie nauczyli się żadnego języka, zmieniając angielski w śmieszny dialekt”
          – te istoty celujące tylko na sportowym boisku, poza tym niezdolne skorzystać z równych szans i dostać minimum dobrych stopni”
          – „Nienawistni. Nie można wkupić się we względy Czarnych, jeżeli ma się białą skórę, i nie mam zamiaru tego próbować”
          – „Jak więc przyjąć ten wzorzec, murzyński, zwierzęcego ciepła, ciągłego wzajemnego dotyku, natręctwa, niedbalstwa, lenistwa, lekkomyślności?”

          etc.

          W pewnym momencie Miłosz pisze nawet: „… poza tym niech sobie robią co chcą, byle dalej ode mnie.”
          Przy czym on to pisze w taki sposób trochę asekuracyjny: niby od siebie, niby w imieniu stereotypów i tendencji myślenia o Czarnych, panujących wówczas wśród Białych – tak, że w końcu nie wiadomo, czy to są jego myśli i odczucia, czy nie.

          A jednak ta litania, którą powyżej wymieniłem, wydaje się być dzisiaj już anachronizmem. Oprócz jakichś strasznych, zacofanych zaścianków, nikt już dzisiaj – w społecznej skali – tak o murzynach nie myśli, a tym bardziej – nie wypowiada.
          Tak sobie myślę, że Miłosz to wszystko pisał pod presją ówczesnych niepokojów społecznych, związanych konkretnie z rebelią Czarnych Panter, (która odbywała się właściwie tuż obok, w jego sąsiedztwie: siedziba Czarnych Panter, Oakland, graniczy z Berkeley, gdzie na Uniwersytecie wykładał Miłosz). To chyba dużo tłumaczy i wyjaśnia.

        • pangrabek Says:

          Miłosz asekuracyjny? myślę, że nie miał zbytniej potrzeby bycia asekuracyjnym (w przeciwieństwie do naszych czasów), a ten esej odebrałem właśnie jako obserwację nastrojów społecznych, ówczesnych tendecji itp. stąd ta mieszanka poglądów swoich i ówczesnego społeczeństwa, mam wrażenie że od razu widać ten dualizm. To my jesteśmy asekuracyjni – takie czasy kiedy poprawność polityczna zawłaszcza trzeźwą ocenę i ewentualną krytykę. (Zważ Logosie na współczesne obawy ludzi przed łatką „rasisty” ew. „antysemity”). To może tłumaczy język miłoszowy (z innej epoki), którego próbkę przytoczyłeś.

        • Logos Amicus Says:

          Może nie asekuracyjny a właśnie dwuznaczny? (Tak po prawdzie nigdy nie podejrzewałem Miłosza o asekurację.)

          Myślę, że współczesne obawy ludzi przed łatką “rasisty” ew. “antysemity” są czkawką po czasach kiedy rasizm i antysemityzm był na porządku dziennym i jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmował (z wyjątkiem garstki sprawiedliwych).
          Warto odróżniać prawdziwy rasizm i antysemityzm od krytyki pewnych zachowań społecznych, politycznych i obyczajowych, ale to trudne – choćby dlatego, że nie wiemy jakie są intencje i co się za tą krytyką kryje (a niestety, dość często, rzeczywiście kryje się coś brzydkiego).
          Wydaje mi się jednak, że zawsze, w końcu, rasista czy rasowy antysemita zdradzi swoją prawdziwą twarz.

        • pangrabek Says:

          masz rację, to czkawka, dlatego coraz częściej nabierają wody w usta :)

        • Logos Amicus Says:

          Ale przy czkawce najlepiej jednak nabrać jest powietrza ;)

        • pangrabek Says:

          No metody na czkawkę są różne. Jest i taka, że należy powiedzieć jednym tchem wierszyk-zaklęcie np. coś takiego:

          „czkawka mnie męczy, pójdę do tęczy,
          pójdę do MORZA, złapię węgorza,
          węgorz się zwinie, czkawka mi minie”.

          Morze metodą na czkawkę :)

  12. miziol Says:

    Thelma i Louise. Moj ulubiony film. Pokazuje kawalek prawdziwej Ameryki, ktora normalnie przywyklismy widziec przez pryzmat Nowego Jorku, a wlasciwie Manhattanu, czy Chicago.

  13. Z ciekawych blogów: AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM / Wizja lokalna | PilociWycieczek.pl Says:

    […] z Chin (zobacz u nas) – Wąwóz Skaczącego Tygrysa DOOKOŁA ŚWIATA z Chin (zobacz u nas) – Ameryka (szkice) WIZJA LOKALNA ze Stanów Zjednoczonych (zobacz u nas) – Spacer po Lalibeli  EWA CHOJNOWSKA z […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s