PO CIEMNEJ STRONIE („Zabić bobra”, „Lęk wysokości”)

Podczas ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce można było również obejrzeć obrazy w tonacji ciemniejszej: najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Zabić bobra” oraz „Lęk wysokości” – fabularny debiut Bartosza Konopki. Oba warte uwagi i plasujące się moim zdaniem w czołówce polskiego kina ostatnich lat.

Mrocznie, gwałtownie, desperacko, tragicznie… Kolski w „Zabić bobra” pławi się w ciemnej tonacji

ZABIĆ…

Jan Jakub Kolski mnie zaskoczył. Z pobrzmiewającego sielsko realizmu magicznego (exemplum: „Pogrzeb Kartofla”, „Jancio Wodnik”, „Grający z talerza”, „Jasminum”), solidnej klasyki („Pornografia”) i nostalgicznej malowniczości („Wenecja”), przerzucił się w „Zabić bobra” na męski i brutalny thriller eksplorujący ciemne strony psychotycznej osobowości weterana kilku wojen i killera w jednej osobie. Tym anty-bohaterem jest Eryk (grany przez swojego imiennika, Lubosa), który przybywa do własnego, opuszczonego przed laty domu, by przygotować się do pewnej tajemniczej misji. Kolski ponownie wraca tu do popielawskich plenerów swej rodzinnej wioski – jakże jednak zmienionych, bo zamiast scenerii malowniczych i na poły magicznych widzimy miejsce opuszczone i odizolowane od świata, zgodnie jednak korespondujące ze stanem psychiki cierpiącego na PTSD agenta-zabijaki-żołnierza, który nawet w tak odosobnionym i bezludnym miejscu nie może się powstrzymać od kompulsywnego strzelania – choćby do ludzkich sylwetek z kartonu czy właśnie do Bogu ducha winnych (ale za to metaforycznych) bobrów. Z tej rutyny wybija go nagłe pojawienie się enigmatycznej sąsiadki (Agnieszka Pawełkiewicz) – młodej dziewczyny, która mimo szorstkości i gwałtowności Eryka, lgnie do niego niczym mucha do (śmiercionośnego dla niej) lepu. Tę dziwną parę wpierw ogarnia seksualna desperacja przejawiające się w kopulacyjnym szale, ale już wkrótce ich związek nabiera cieplejszych barw i zaczyna się kręcić bardziej wokół serca i uczuć, niż genitaliów i czystej chuci, mimo… a może nawet dzięki temu, że oboje wydają się skrywać jakieś osobiste tajemnice i są poranieni przez życiowe przejścia i traumy.

Jak to podobno określił sam Kolski, w filmie tym „eksploruje” on „zejście na dno samego siebie”. Wprawdzie trudno mi jest wyobrazić sobie dziecięco wrażliwego artystę (a takim w moim odczuciu jest JJK) w roli paranoicznego hit-mana zstępującego wgłąb własnych piekieł, jednak skuteczność z jaką reżyser oddaje na ekranie mroczną i gwałtowną stronę ludzkiej natury, rodzi jednak przypuszczenie, że jest mu ona znana nie tylko z filmów (choćby Scorsesego, Tarantino czy Bessona), ale i z jakichś zakamarków własnej psyche, co w połączeniu z jego warsztatową perfekcją (bo to nieprawda, że w „Zabić bobra” on od niej odszedł, kreśląc na ekranie obraz surowy i zgrzebny) daje zaskakująco mocny efekt. Wprawdzie czerń tego filmu bardziej jest jednak metaforyczna niż dosłowna i rzeczywista, to jest ona równie przekonująca i klimatyczna, jak kolorowe światy Kolskiego, które pamiętamy z jego wcześniejszych obrazów. Czyżby więc cień był czymś co uzupełnia światło – a jasność tak naprawdę nabierała sensu dopiero przy mroku?

Całość filmu spina nie tylko pewna ręka Kolskiego, ale także rewelacyjna kreacja Eryka Lubosa, którzy chyba dopiero w tym filmie pokazał na co tak naprawdę go stać, choć przecież do tej pory zwrócił już na siebie uwagę kilkoma dobrymi rolami. Moim zdaniem idealnie wpisuje się on w tę ciemną, paranoidalną, gwałtowną i zagadkową „poetykę” aplikowaną przez Kolskiego, który – jak widać – równie dobrze czuje się w świecie filmowej przemocy ukazanej naturalistycznie, jak i w fantazyjnej sielskości oddawanej na ekranie niemalże magicznie.

Pobrzemiewają w tym filmie jakieś (wilcze?) echa dziejących się na świecie wojen, szczucia psami i obław na ludzi, których odczłowiecza się mówiąc o nich „wróg”; „esencjonalnych” zabójców (zarówno w mundurach, jak i bez), którzy dostali się w nieludzką machinę walki na śmierć i życie – w szpony terroru rozsiewanego w imię walki o wolność.
Ale czy to są echa obce i egzotyczne? Dobiegające nas tylko z jakichś odległych krain i zupełnie nas nie dotyczące?
Odpowiedź filmowców, którzy z uporem wracają do ciemnej strony człowieka, zajmując się jego gwałtowną naturą, wydaje się brzmieć: Nie, to nie są tylko fantazje i rojenia. Nie jesteśmy tylko takimi znudzonymi konsumpcją dużymi chłopcami, bawiącymi się w kino. Te lęki, strachy i obsesje są w nas – może skryte gdzieś w głębi, na dnie naszych piekieł, lecz ciągle jednak obecne i dające o sobie znać, nieraz w bolesny i przerażający sposób – w naszych przeczuciach, obawach, intuicjach i premonicjach – w  koszmarach ukazujących się nam na jawie i we śnie. A to wszystko może być również Twoim udziałem, kochany widzu, rozparty wygodnie w fotelu.

LĘK…

Syn poszukuje miłości w cieniu choroby psychicznej ojca… („Lęk wysokości”)

Choroba psychiczna nas przeraża, ale i fascynuje. Jednak kiedy dotyka bliską nam osobę – np. kogoś z naszej rodziny – wtedy staje się dla nas czymś osobistym, może nawet intymnym – jednym z najważniejszych doświadczeń egzystencjalnych w naszym życiu. Przeżyciem najczęściej bardzo traumatycznym, ale też i w pewnym sensie katarktycznym, mogącym określić nasze miejsce w świecie i uświadomić nam sposób, w jaki jesteśmy uwikłani w relacje z innymi ludźmi. Antoni Kępiński, jeden z najsłynniejszych polskich psychiatrów, który jak nikt inny potrafił chorobę psychiczną wpisać w kontekst naszej kultury i wypełnić ją głębokim humanizmem, napisał kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. W „Lęku wysokości” objawia się to w sposobie, w jaki syn próbuje sobie radzić z pogrążającym się w psychozie ojcu: Marcin Dorociński gra robiącego karierę dziennikarską Tomka, dowiadującego się nagle o tym, że ojciec (Krzysztof Stroiński), z którym zresztą nie utrzymywał ostatnio bliższych kontaktów, trafił na oddział szpitala psychiatrycznego. Syn spotyka się z ojcem, ale trudno między nimi o jakiekolwiek porozumienie – i to nie tylko z powodu zaburzeń psychicznych tego ostatniego. Na przeszkodzie stają tu głównie pewne – choć nie dość jasno określone – epizody z ich rodzinnej przeszłości (zdrada matki? brak porozumienia, zerwane więzi?) Nieoczekiwanie, wbrew pogarszającemu się stanowi ojca, syn zaczyna się do niego zbliżać, odnajdując w nim coś, co porusza jego wrażliwość i być może pozwala dotrzeć także i do własnych lęków, z którymi prędzej czy później trzeba będzie sobie poradzić. W ten sposób buduje się jego dojrzałość, może nawet określa tożsamość umożliwiająca mu zmierzenie się ze zmianami we własnym życiu – z perspektywą zostania mężem i ojcem.

Fabularny debiut Bartosza Konopki wpisuje się w nurt kina – gotów jestem nazwać je melancholijno-intymnym – który w naszej rodzimej kinematografii objawił się ostatnio w takich obrazach, jak choćby „Erratum”, „Kret” (nota bene oba te filmy ukazują także relację ojciec-syn), „Matka Teresa od kotów”, „Rysa”, „33 sceny z życia”, „Wymyk”, „Mój rower”… Filmy te zajmują się trudnymi relacjami członków najbliższej rodziny (wynikającymi zazwyczaj z traumy spowodowanej jakimś nieszczęściem – tragicznym wydarzeniem, chorobą, wypadkiem…) i robią w to sposób kameralny – zazwyczaj powściągliwy i zniuansowany, prosty ale wieloznaczny, moralitetowy ale unikający wydawania jakichkolwiek sądów. I za każdym razem podbudowany znakomitym aktorstwem (w tym przypadku: przejmujący duet Dorociński – Stroiński), bez którego żaden z tych filmów nie mógłby unieść wielkiego emocjonalnego ciężaru, pokładanego w nich przez ich twórców – zwłaszcza przez scenarzystów i reżyserów, dla których każdy z tych filmów jest wypowiedzią nad wyraz osobistą i ważną.

W NAS

Człowiek w niebezpieczeństwie ma do wyboru dwie drogi działania: uciec albo atakować. Dotyczy to oczywiście również artysty, a szerzej – twórcy, który czując się zagrożony i nękany, postanawia zmierzyć się z własnymi lękami, cierpieniem i traumą, zanurzając się w ciemnościach i piekle własnego wnętrza; albo też ucieka od tego w krainę ułudy i zmyślenia, gdzie może się poczuć lepiej – w jasnej swej fantazji, ogrzewając się światłem kolorowych krain, robiąc sobie jakiś mały raj czy niebo.
No… być może przesadzam z kwiecistością tej alternatywy, ale chyba każdy z czytających te słowa dokładnie wie, co mam myśli: chodzi z grubsza o to, czy mamy uciekać od świadomości istnienia zła i wrażych sił w świecie (i w nas samych), czy też wręcz przeciwnie? Czy lepiej jest zło pamiętać, czy może raczej zapomnieć – dostrzegać tylko jasne strony świata, czy też spojrzeć czasami także wgłąb jego mrocznej studni…? Zakładając, że taki wybór mamy. A przecież są sytuacje, kiedy jednak żadnego wyboru nie ma i czujemy się jak byśmy byli miażdżeni przez bezwzględne fatum – wydani na łaskę i niełaskę żelaznego determinizmu.

Zapewne ani Kolski, ani tym bardziej Konopka nie czują się pod obstrzałem „pocisków zawistnego losu” (o taki hamletyzm ich nie podejrzewam – nie tylko dlatego, że szekspirowszczyzna już od dawna wydaje się być anachronizmem), ale jednak: pierwszy mówi, że schodzi w swym filmie na dno własnego piekła, które chce zbadać (i być może zabić tam prześladującego go bobra?); drugi zaś, że inspiracją i powodem zaistnienia filmu była jego własna sytuacja życiowa, a mianowicie chory psychicznie ojciec, któremu nota bene swój „Lęk wysokości” zadedykował.

Co ryzykujemy schodząc do podziemia własnej duszy? Czy tylko wtedy możemy zabić grasujące w nim demony? A może wręcz przeciwnie: to, że się w ciemność zapuścimy sprawi, że z łańcucha zerwą się czające się tam biesy?
Być może jednak tylko w ten sposób jesteśmy w stanie oswoić nękające nas lęki – eksternalizując je, nazywając, stawiając im czoła?  Artysta o tyle znajduje się w lepszej sytuacji, że może to wszystko robić za pomocą sztuki – i niejako w jej obrębie zlokalizować pole bitwy. Zmobilizować własną wyobraźnię – za pomocą fikcji i zmyślenia zmierzyć się z tym, co niepokoi go całkiem realnie. Bo przecież do końca nie wiemy czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?

Podróże wgłąb własnego jądra ciemności – „Zabić bobra” i „Lęk wysokości”

*

Advertisements

komentarzy 27 to “PO CIEMNEJ STRONIE („Zabić bobra”, „Lęk wysokości”)”

  1. Logos Amicus Says:

    „Zabić bobra”:

    „Lęk wysokości”:

  2. ZygmuntMolikEWA Says:

    Podoba mi się pomysł: życie jako film ‚dla’ znudzonych bogów; wydaje się zdumiewająco realny.

  3. Paula Says:

    Najpierw oglądałam „Erratum”. Później wybrałam się do kina na „Lęk wysokości” (jak można nie iść na film, w którym grają tacy aktorzy?!:P). Oczekiwałam uczty i niezapomnianego obrazu. Podczas oglądania tak się czułam, ale o filmie zapomniałam już tydzień później, co mnie zdziwiło, bo w moich oczach znaczy to, że nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia jakiego oczekiwałam. „Erratum” pamiętam dokładnie do tej pory, a ostatnia scena z ojcem, synem i drzwiami do tej pory jest jedną z bardziej mnie poruszających. Lubię takie kino:)

    • Logos Amicus Says:

      „Erratum” był filmem mimo wszystko mniej oczywistym i dosłownym… Może dlatego zrobił na Tobie większe wrażenie, niż „Lęk wysokości”?
      A może o tym ostatnim filmie sama nie chciałaś pamiętać?

      • Torlin Says:

        Dla mnie „Erratum” był filmem zbyt oczywistym, przewidywalnym, a dla mnie osobiście psychologia tego filmu byla porażająca. W ogóle nie czułem tego filmu, może dlatego, że jestem zupełnie innym człowiekiem niż bohater. Za to „Jasminum” byłem zachwycony. I „Pornografią” też, chociaż przyznaję, że ten film ma się tak do oryginalu, jak powieść „Imię róży” do filmu. Obydwa dzieła wielkie łamane przez genialne, ale to nie jest to samo.

        • Logos Amicus Says:

          Tak się teraz zastanawiam, czy jeśli „psychologia” jakiegoś filmu jest „porażająca” to czy to jest źle?

          Cieszę się jednak, że są filmy Kolskiego, które Ci się podobają.

          Myślę, że to dobrze dla krajowej kinematografii (i dla nas, widzów, również), że ma takiego reżysera. Który na dodatek zaczyna próbować (wg mnie udanie) nowych konwencji.

      • Paula Says:

        Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że „Erratum” stał się mi bliższy chyba z tak prozaicznego powodu jak ten, że podobne stosunki między ojcem a dziećmi panowały w pewnym momencie w rodzinie mojej mamy… To chyba po prostu kwestia utożsamienia się w jakiś sposób z przedstawioną sytuacją. Co nie znaczy, że „Lęku wysokości” nie doceniam :)

    • ikroopka Says:

      O, ja też i też mnie to dziwi niepomiernie!

  4. ulotna_wiecznosc Says:

    Zabić lęk w nas………
    Umysł to narzędzie zbyt opiekuńcze i nie idealne. Biologia ewolujcyjna dowodzi że nasze ciała są napędzane przez mechanizmy psychiczne rodem z paleolitu. Niedopasowanie jest widoczne np w agorafobii, lęk przed pajakami zapewne kiedyś był uzasadniony. Dziś może przeszkadzać w codziennym funkcjonowaniu podobie jak inne tego typu lęki. Akrofobia to lęk wysokosci. Ta przystosowawcza emocja potafi być tak silna, że ciężko ją zignorowac bo w rzeczywistości jest systemem obronnym organizmu. W wyniku fałszywych alarmów organizm jest niepotrzebnie pobudzony i zestresowany. Selekcja ewolucyjna pokazuje że lęk miał dużą wartość dla przetrwania naszego gatunku i ma w egzystencji w ,,miejskiej dżungli”. Mówi się ,,oswoić lęk” bo walcząc z nimi lub uciekając wpada się w pułapkę.

    • Logos Amicus Says:

      Przyczyny fobii – a jest tych fobii bez liku – mogą być różne.
      To prawda, że nasza psychika (funkcjonowanie mózgu) nie nadąża ewolucyjnie za zmianami cywilizacyjnymi człowieka (choćby za tym, że żyje on w coraz bardziej sztucznym środowisku). Stąd wysyp wszelkiego rodzaju fobii, które są niczym innym jak próbą samoobrony organizmu przed tymi gwałtownymi zmianami – także skutkiem naszej dezorientacji w otaczającym nas, coraz bardziej skomplikowanym świecie.
      Ale lęk bohatera filmu Konopki wydaje się mieć inne podłoże – jest być może lękiem przed samym życiem, a także i śmiercią. A jego choroba psychiczna – może sposobem na ucieczkę od tego wszystkiego?

      • ulotna_wiecznosc Says:

        Jeśli chodzi o Pana Jana Jakuba Kolskiego lubiłam „Jasminum” (czyli nasze Pachnidło), co tak pięknie pachnie jak jaśmin wiosennym ciepłym popołudniem. Ale (do tej pory) najbardziej podobała mi się ,,Wenecja”. Ten film sprawił, że przeszłam na drugą stronę ekranu. Wątki z fortepianem i ze skrzypcami urzekające. Poczułam się jakby mi Janka Muzykanta zabito na drodze bo nie chciał oddać skrzypiec.
        I wydawało by się, że ten film powinien się dłużyć ale zupełnie nie, piękne zdjęcia, muzyka, plenery i ujęcia.
        I tak sobie myślę że ,,Zabić bobra” temu chyba nie dorówna, bo nie zabija się bezkarnie bobrów.

        • Logos Amicus Says:

          Mnie również podobała się „Wenecja”. Ten film miał swój urok i klimat, które mnie ujęły, mimo, że nie było już to wszystko do końca takie sielskie, anielskie – Kolski tam zaczął pogłębiać się już trochę w mrocznej stronie życia i świata – magiczne widzenie rzeczywistości przestawało już działać.

          „Zabić bobra” jest filmem zupełnie innym od „Wenecji”. (Nie będę jednak zdradzał jak to z tym zabijaniem bobrów w nim było ;) ).

  5. Marcus Says:

    Prasa światowa o filmie Kolskiego:

    http://www.zabicbobra.pl/prasa-o-zabic-bobra

    FRagment z pisma Hollywood Reporter:

    „Testing Jean-Luc Godard’s celebrated maxim that all you need to make a movie is a girl and a gun, Poland’s Jan Jakub Kolski adds an agreeably psychotic twist to the pulpy ingredients of the hit-man thriller in To Kill A Beaver. Crafted with the crisp assurance of an artisan, Kolski’s upmarket genre piece earned a shared Best Actor prize at last week’s Karlovy Vary film festival. With the right marketing, it has a sufficiently taut style and strong plot to find an audience beyond the usual limited markets of subtitled Euro cinema. It also feels ripe for a Hollywood remake, though perhaps Mel Gibson would be wise to steer clear of beaver-themed projects from now on.”

    Pozdrawiam,
    M

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję za link. Rzeczywiście – na świecie pisze się dobrze o filmie Kolskiego, choć pokazano go zaledwie kilka razy. Wyjątkowo dobry artykuł w Hollywood Reporter, z którego – jak słyszałem – cieszył się także sam Kolski ;)

  6. Sara Cichorowska Says:

    Szukać i wreszcie znaleźć, jakie to przyjemne uczucie.

  7. Klaudia Says:

    lęk wysokości – gdy byłam na tym filmie w kinie, po zakonczeniu projekcji, na napisach koncowych, odwróciłam się i zobaczyłam, ze wszyscy siedzą na swoich miejscach, wpatrzeni w ekran i pogrążeni we własnych myślach, nikt nie wstawał, nie wychodził, jeszcze długi czas. pierwszy raz w zyciu widziałam takie zachowanie widzów. taki właśnie jest ten film, gdy w niego wejdziesz i zrozumiesz, gdy coś zaboli (nic wiecej nie napisze, nie chce Wam spoilować) trudno Ci wyjść z tego świata i się otrząsnąć. ale obejrzeć warto, żeby coś w sobie odkryć i nie popełniać błędów, albo chociaż – popełniać ich mniej. polecam

  8. Cane Says:

    Nie przepadam za filmami Kolskiego, podobają mi się w jego filmach zdjęcia, ale zawsze jego filmy przesiąknięte są ciężkimi relacjami międzyludzkimi, które nawet nie rekompensuje przyzwoita gra aktorska. Jest to reżyser, który ma bardzo ciężką wątrobę. :)

    • Logos Amicus Says:

      Nie odniosłem wrażenia, że wszystkie filmy Kolskiego – zwłaszcza te z okresu „realizmu magicznego” – są „przesiąknięte ciężkimi relacjami międzyludzkimi”. W filmach taki, jak np. „Jańcio wodnik” czy zwłaszcza „Jasminum” jest przecież wiele lekkości i jasności. Ale „Zabić bobra”? – jak najbardziej, jest to film dramatyczny, mroczny, mocny… a przez to „ciężkawy”.

      A co to znaczy mieć „ciężką wątrobę”?
      Może lepiej jest jednak mieć ciężką wątrobę, niż marską? ;)

      • Cane Says:

        Ale zarówno i w „Jańciu wodniku” i w „Jasminum” tematyka nie była całkiem lekka. ‚Ciężka wątroba’ albo ‚flaki w oleju’ zawsze pojawiają się w filmach Kolskiego. I bynajmniej nie chodzi tu o przejście do kręcenia głupich komedii, a sposób w jaki są przedstawiane te ‚ciężkie relacje’. W takim „Pociągu” Kawalerowicza też są przedstawiane ‚ciężkie relacje’, ale bohaterowie są bardziej przystępni. Oczywiście to moje subiektywne odczucia i nie wymagam od nikogo, że będzie je ze mną podzielał.

        • Logos Amicus Says:

          Jeśli o dawnych filmach Kolskiego trudno mi jest powiedzieć, że relacje między ludźmi były w nich „ciężkie”, to już z „Wenecją” – mimo niewątpliwej urody plastycznej tego obrazu – było inaczej. Tam zaczynały się pojawiać jakieś głębsze rysy, wszystko zaczęło bardziej wchodzić w mrok. No a „Zabić bobra” to już nurzanie się w ciemnościach na całego, tak samo jak obciążanie ludzi relacjami nie do udźwignięcia.
          Ale żeby to były „flaki z olejem” to bym nie powiedział.

  9. „POWIDOKI”, „PROSTY FILM O MORDERSTWIE”, „LAS, 4 RANO”, „PLANETA SINGLI” – o filmach 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Wygląda na to, że wykrakałem, bo dwa lata później ukazał się na ekranie mroczny dramat Zabić bobra (moim zdaniem film bardzo niedoceniony), no a teraz dotarł do nas mocno depresyjna jednak metafora […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s