„WYMYK”, „LISTY DO M.”, „80 MILIONÓW”, „SUPERMARKET”

o filmach 24. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

„WYMYK” (reż. Grzegorz Zgliński)

** * * * * *

Robert Więckiewicz w „Wymyku”

„Gdzie jest twój brat, Abel?” – spytał Bóg Kaina po tym, kiedy zamordował on swego brata. Ten przerażony popełnioną zbrodnią, nie chciał odpowiedzieć, usiłując zrzucić z siebie straszne brzemię winy. Lecz sumienie mu na to nie pozwalało. Kiedy więc usłyszał od Boga: „Krew twojego brata woła do mnie z ziemi”, zrozumiał jak potwornego czynu dokonał i wyznał: „Zgrzeszyłem. Zabiłem brata. Nie ma dla takiego grzechu przebaczenia”. Tym bardziej bolesne i tragiczne było to wyznanie, że oto uświadomił sobie, że brata jednak kochał, że nic już nie jest w stanie odwrócić biegu wypadków – że nigdy już nie zazna spokoju i nie będzie mógł zmyć z siebie piętna bratobójcy.

Nie sposób oglądając film Grzegorza Zglińskiego nie odwołać się do tej biblijnej opowieści, bowiem analogie między nią a historią jaką ukazuje film są oczywiste i na pewno nie przypadkowe.
Czy świadome nawiązanie autorów scenariusza do Biblii i przeniesienie tego archetypicznego wątku w zgrzebne realia dnia naszego powszedniego, uznać można za coś pretensjonalnego? Czy też świadczy o uniwersalności historii zawartych w Biblii – o tym, że właściwie można w tej Księdze rodzaju ludzkiego znaleźć wszystko, co zdarza się ludziom tu i teraz. I że wszystkie te opowieści to tylko wariacje tych samych wątków – losów zapisanych już dawno, przed tysiącami lat, jak również tych, które dzieją się teraz i bedą się działy przez następne wieki wieków.

Naturalnie, spotykając się z „Wymykiem”, wcale nie musimy snuć żadnych biblijnych analogii, choć uświadomienie ich sobie może pogłębić nasze zrozumienia tego, co spotyka bohaterów filmu. Może nawet obdarzyć nasze obcowanie z tym obrazem pewną dozą sacrum? Bo prostota, kameralność, pospolitość, szarość i dosłowność tego filmu jest jednak złudzeniem. To tylko powierzchowność kryjąca prawdziwe bogactwo aluzji, znaczeń i niuansów – możliwości interpretacyjne „Wymyku” wydają się być niewyczerpalne.
Na tym właśnie polega swoisty geniusz filmu Zglińskiego: sprawdza się on równie dobrze w sferze „zwyczajnej” – powierzchownej i dosłownej (realistycznej), jak i w wymiarze metaforycznym (idealnym) uniwersalnego moralitetu. Niemal każdą (pozornie) banalną, scenę można postrzegać w dwojaki sposób: jako ewidencję tego, co jest naoczne – i jako znak tego, co jest (lub może być) ukryte i mniej oczywiste, ale równie jednak prawdziwe.
I wielka w tym zasługa nie tylko reżysera filmu i autorów scenariusza, ale i – kto wie, czy nie większa? – kreacji Roberta Więckiewicza, (o której wszak napisano już tyle dobrego, że nie chcę tu powtarzać tego, co doskonale od dawna wiadomo).

Chyba już wszyscy ten film widzieli (?) i o nim napisali (??) więc nie obawiając się spoilerów wspomnę tylko o jednym wątku – kwestii, wydawałoby się że umieszczonej w tle, ale tak naprawdę znajdującej się w centralnym punkcie moralnej osnowy filmu, w którą uwikłany jest grany przez Więckiewicza Alfred, główny bohater „Wymyku”. A mianowicie: czy Alfred w najbardziej dramatycznym momencie filmu po prostu stchórzył, czy też popełnił grzech zaniechania, nie broniąc brata przed napadem oprychów, (którzy wypchnęli go z pociągu, co spowodowało ostatecznie jego śmierć)? Bo jeżeli stchórzył, to chyba jednak można mu wybaczyć. Ale jeśli nie pomógł bratu, by się niejako zemścić za ostatnie z nim nieporozumienia i pewne rodzinne animozje z przeszłości (a także własne kompleksy), to z tym wybaczeniem byłoby już trudniej.

Najciekawsze w tym filmie jest to, że właściwie to nie my osądzamy Alfreda, tylko robi to on sam – łamiąc się z kolejnymi falami poczucia winy, rozpamiętywaniem swojego zachowania, mierząc się z reakcją własnej rodziny oraz najbliższego otoczenia i… swoją własną.
To co ja osobiście o tym sądzę nie jest więc takie ważne, niemniej jednak zdradzę, że wpierw przychylałem się do tej drugiej ewentualności (Alfred nie pomógł bratu celowo, chciał mu dać swego rodzaju nauczkę – tak się złożyło, że cudzymi rękami chuliganów), ale po namyśle jednak (oraz po rozmowie z moją żoną ;) ) zmieniłem zdanie: Alfred tak naprawdę był człowiekiem słabym i tylko nadrabiał miną, tudzież pewnymi swoimi zachowaniami (kolekcjoner broni, miłośnik szybkich samochodów, pozorna brawura i bezsensowne ryzyko – vide: początkowa scena z pociągiem), którymi chciał zabić własne kompleksy i tym sposobem się dowartościować.
A może to była mieszanka obu? I może sam Alfred nie mógł tego w sobie rozstrzygnąć? (Więckiewicz gra na tyle niejednoznacznie, że żadnej z tych możliwości nie można wykluczyć.)

Jednym słowem: „Wymyk” to film intrygujący, zajmujący, wielowarstwowy i wieloznaczny. Jego twórcy udowodnili, że również za pomocą skromnych i powściągliwych środków można zbudować obraz o wielkiej sile wymowy, dający do myślenia i nie wychodzący tak szybko z głowy. Tym oto sposobem kino polskie wzbogaciło się o jeszcze jedną cenną pozycję w swojej kolekcji.

greydot

„80 MILIONÓW” (reż. Waldemar Krzystek)

** * * * * *

Mirosław Baka i Jan Frycz w „80 milionach”

„Mała Moskwa” Waldemara Krzystka była filmem, który mnie swego czasu ujął – i to zarówno swoją historią, jak i sposobem w jaki została nam ona ukazana na ekranie. Moim zdaniem reżyser ładnie się tam odnalazł w melodramatycznej konwencji – wszystko w „Małej Moskwie” zgrało się w jedną absorbującą i spójną stylistycznie całość, a ewentualne usterki ginęły wśród wielu zalet filmu – od niezłej gry aktorskiej i urody obrazu, po dobrze oddany klimat niezwykłego romansu, wpisanego dość zręcznie w kontekst niedawnej historii naszego kraju.
Niestety, o najnowszym filmie Krzystka „80 milionów” nie mogę się już tak przychylnie wyrazić. Napiszę wprost: ten film sprawił mi zawód, co wyznaję z prawdziwą przykrością, bo z reżyserem miałem swego czasu przyjemność przeprowadzenia dłuższej rozmowy, dzięki której kibicowałem później jego twórczej karierze z bardziej osobistym zaangażowaniem.
Film jako taki jest zrealizowany sprawnie – widać, że poświęcono mu wiele pracy i środków, a nieźle napisany scenariusz potrafi skupić uwagę popularnej widowni, do której – jak mi się wydaje – głównie ten film jest skierowany. Również odejście od defetystycznej tendencji panującej dość nagminnie w polskim kinie sprawiło, że na „80 milionów” można było patrzeć z jakby bardziej podniesionym i jaśniejszym czołem – choć niestety, od martyrologicznego sznytu tak całkiem Krzystek nie zdołał się w swoim filmie uwolnić.
Cóż więc mnie uwierało najbardziej?
Parę scen, w czasie których w kinie z lekkim zakłopotaniem opuszczałem głowę; karykaturalna i do bólu schwarzcharakterowa postać kapitana SB Sobczaka; nazbyt duża garść stereotypów i zrobionych niczym z tektury postaci. Ponadto kilka zupełnie niewiarygodnych scenariuszowych chwytów, które wyglądały jak trawestacja faktycznego przebiegu wydarzeń (jak wiadomo chodziło o wybranie z banku solidarnościowej „kasy”, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce), przez co (w moich oczach) odbierały filmowej historii legitymację autentyzmu.
Wyraźnym zamiarem Krzystka było nakręcenie kryminalnej komedii, z wartką akcją i wyrazistymi bohaterami, z pewnymi elementami dramatu – i oprawieniu tego wszystkiego w ramki sytuacji politycznej i społecznej panującej w kraju nad Wisłą na początku lat 80-tych XX wieku. Ale już chyba nie było jego intencją to, by film osuwał się w groteskę, co niestety w kilku jego momentach nastąpiło.
Czy aby na pewno jednak było to winą Krzystka? Może bardziej wpłynęła na to peerelowska zgrzebność, marazm, zaściankowość i ogólne badziewie, które przenikało wówczas nawet tak groźną i złowieszczą wydawałoby się instytucję, jak służba bezpieczeństwa? No bo powiedzcie mi szczerze: czy można bez niezamierzonego komizmu nakręcić pogoń jak z „Bullitta”, ścigając się maluchami, nyską czy nawet dużym fiatem?
Ale już reżysera można chyba winić za to, że zamienił kilka scen niemalże w karykaturę, pozwolił aktorom na grę czasami zbyt trywialną, a kapitana SB poprowadził (?) tak źle, że aż głowa boli (swoją drogą Piotr Głowacki, dobry skądinąd aktor, zupełnie nie pasował mi do tej roli: jego Sobczak miał być chyba w zamierzeniu niezłym twardogłowym sukinsynem, a w rzeczywistości wyszedł mu z tego jakiś chłystkowaty glizdek, który non stop rzuca mięsem na prawo i lewo, zachowując się przy tym jak rozwydrzony bachor – o jego żenująco głupiej końcowej wpadce nie wspominając).
A jednak „80 milionów” spodobały się polonijnej widowni, o czym świadczyły rzęsiste oklaski po zakończeniu projekcji filmu. Tym razem nie zachowałem się z nią solidarnie.

greydot

„SUPERMARKET” (reż. Maciej Żak)

** * * * * *

Marian Dziędziel w „Supermarkecie”

Może nie tyle samo zło jest banalne, co banalne są źródła tego zła. Ono często pojawia się niepostrzeżenie – zaczyna się od poruszenia jednego zwykłego kamyczka, a kończy zabójczą lawiną. I wtedy często zwalamy wszystko na jakieś demoniczne siły. Może po to, by nie uświadomić sobie tego, że to my sami popychamy ten pierwszy kamyk? I że nie ma żadnych demonów, które nas prześladują, tylko ludzie?
Czasami wydaje się nam, że wszystko co robimy jest dobre – i że tylko sytuacja, splot wypadków, panujący „system” powoduje, że nasze czyny zamieniają się w zło (choć zwykle tego zła nawet nie chcemy dostrzec). A każdy sposób okazuje się dobry, by zrzucić z siebie poczucie winy, usprawiedliwić się nie tylko w cudzych, ale i we własnych oczach.
W „Supermarkecie” Macieja Żaka mamy właśnie taką sytuację: niepozorną, banalną i pospolitą; mamy zwyczajnych – takich jak my wszyscy – ludzi; mamy zwykły sklep, jakich w czasach obowiązkowej i rytualnej wręcz konsumpcji wiele… Tyle, że to, co się wydarzy na końcu, banalne już jednak nie jest (nie chcę pisać wyraźnie co, bo byłby to spoiler i zburzenie suspensu, na którym pewnie twórcom „Supermarketu” zależało).

Film przypomniał mi słynny stanfordzki eksperyment więzienny Zimbardo, który drogą losową podzielił grupę ludzi na strażników i więźniów i wykazał, że już samo ubranie ludzi w mundury i pasiaki (a konkretnie: wtłoczenie ich w określoną społeczną rolę) wpływa w decydujący sposób na ich zachowanie. Jak dobrze pamiętamy: strażnicy zaczęli się nad więźniami znęcać w sposób tak realny, że musiano cały eksperyment przerwać.
Podobnie jest w filmie Żaka: bohaterami są tu bowiem (ubrani oczywiście w mundury) pracownicy ochrony wielkiego supermarketu, którzy wypowiadają swoistą wojnę sklepowym rabusiom. A kiedy w ich ręce trafia Bogu ducha winny klient (w roztargnieniu zjadł czekoladowy batonik, zanim jeszcze za niego zapłacił), to… ale tego dowiedzą się ci, którzy na film zdecydują się wybrać do kina (o ile się nie mylę, będzie on miał polską premierę na początku przyszłego roku).

A jak się ten eksperyment filmowy udał twórcom „Supermarketu”? Tego, że źle  – nie mógłbym napisać. Napiszę więc, że… średnio. Sporym atutem filmu jest wystąpienie Mariana Dziędziela, który dość wiarygodnie wcielił się w szefa firmy ochroniarskiej i bez zbędnych przerysowań i demonizacji ukazał nam człowieka, który z czasem popada w lekką paranoję prowadzącą do ciężkiego przestępstwa. Niestety, mniej już wiarygodne okazują się towarzyszące mu postacie (niewyraźni podopieczni, bezbarwna ekspedientka, karykaturalny boss supermarketu…) – zbyt jednak pospolite, by przykuć naszą uwagę do kinowego ekranu. Podobnie jest z wątkami pobocznymi, które wydały mi się zbędne, a na dodatek zaaplikowane fabule w sposób sztuczny.
Mimo tego nie uważam czasu poświęconemu filmowi za zmarnowany.

greydot

„LISTY DO M.” (reż.Mitja Okorn)

** * * * * *

Roma Gąsiorowska i Maciej Stuhr w „Listach do M.”

Trochę wstyd, że trzeba było aż ze Słowenii (która nota bene do potęg światowego kina się nie zalicza) sprowadzać do naszego kraju reżysera, by zrealizował film, który – jak się okazało – stał się jednym z najbardziej kasowych tytułów w historii polskiej kinematografii. Tak, tak… „Listy do M.” zrobiły niezłą kasę. I nie wspominałbym o tym (wszak dżentelmeni – a i wśród filmowych krytyków zdarzają się tacy – o pieniądzach nie mówią), gdyby nie sami twórcy filmu, którzy sukces finansowy ich produkcji podkreślają na każdym kroku. Bo przecież… money talks! Nic więc dziwnego, że reżysera „Listów” Mitję Okorna przyjmowano w Los Angeles z atencją i ponoć już wyłożono przed nim sporą górkę zielonych zadatku na ewentualną realizację następnego hitu. Bo przecież w Hollywood… money talks louder than anywhere else. (A dowiedzieć się można było tego od samego Mitji, który po projekcji filmu spotkał się z festiwalową widownią.)
Lecz dajmy sobie spokój z tą małostkowością i zajmijmy się meritum – czyli samymi „Listami”. Czy rzeczywiście jest on tak dobry, jak wskazywałoby na to publiczne głosowanie nogami widowni, która zaszczyciła go olbrzymią frekwencją, waląc ponoć do sal kinowych drzwiami i oknami? I choć wiemy, że masowość zwykle nie przekłada się na jakość, to jednak popularność „Listów do M.” mówi sama za siebie: trafiły one w oczekiwania „szerokiego” widza, dostarczając mu satysfakcjonującej rozrywki.
Ja się w zasadzie temu nie dziwię, bo film Okorna to produkcja – jak na polską, mocno niedomagającą ostatnimi czasy, komedię – wyjątkowo przyzwoita, nieźle zagrana, dobrze opakowana, zgrabnie podana… no i – last but not the least – nad wyraz efektywna, jeśli chodzi o skuteczność oddziaływania na emocje widza. A cóż mocniej potrafi na te emocje działać, jak granie na powszechnej i  nieprzemijającej – choć w sumie bardzo prostej i elementarnej – potrzebie miłości? I dodatkowo, w warunkach polskich – na narodowej nostalgii Świąt Bożego Narodzenia i wigilii?
W tym kontekście mówienie o zupełnej niewiarygodności serwowanych nam przez scenariusz perypetii byłoby równoznaczne z popełnieniem jakiegoś faux pas. Każdy przecież z rozanielonych ckliwie i łzawiących widzów wie, że pokazane mu na ekranie historie to baje nad bajami, (które w prawdziwym życiu – przynajmniej w takim stężeniu i wydaniu –  nie mają prawa się zdarzyć), ale poddaje się im tu i teraz dość chętnie i pokornie, gdyż (przynajmniej w kinie i w danej chwili), pragnie poczuć owo słodkie złudzenie szczęścia i doświadczyć cudu totalnego happy-endu. A logika, rozum, prawdopodobieństwo, realizm…? Eeee… to nie takie ważne! Bo akurat w tym filmie chodzi bardziej o to, by się wzruszać, niż myśleć – bardziej o to by zapomnieć, niż pamiętać.

greydot

Advertisements

komentarzy 25 to “„WYMYK”, „LISTY DO M.”, „80 MILIONÓW”, „SUPERMARKET””

  1. Bibliomisiek Says:

    Przy „Listach do M.” warto pamiętać o świetnym brytyjskim „Love Actually”, z którego polski film sporo czerpie. Może nie na tyle, by mówić o plagiacie, ale o wtórności już tak. Co oczywiście nie zmienia faktu, że u nas po azjatyckiej stronie Odry komedia na takim poziomie jak „Listy…” trafia się jakoś raz na dekadę. A że – mimo ciężkiej alergii na „komromy” – jestem wielbicielem „Love Actually”, to „Listy…” mi się spodobały tym bardziej :-)

    • Logos Amicus Says:

      Tak, jest to wtórność, ale… czy aby całe kino nie „żeruje” na pewnej wtórności – często opowiadając tę samą historię, tyle że w coraz to innych opakowaniach? (w czym specjalizuje się zwłaszcza Hollywood.)

      Rzeczywiście, „Listy do M.” jako żywo przypominają „Love Actually”. Zresztą, o plagiat ociera się już sam plakat do filmu:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/11/plakaty-listy-do-m-love-actually.jpg?w=780

      Taj jakbyśmy nie mieli znakomitych polskich plakacistów.

  2. ING Says:

    Akurat wulgarny ubek w filmie Krzystka bardzo mi podpasował. W filmie widać, że jego słownictwo razi nawet jego otoczenie. A sam film nie jest arcydziełem ale ogląda się dobrze, kawał solidnej roboty. Przede wszystkim nie ma w nim martyrologii, pokazano, że dla młodych ludzi działalność w podziemiu to była przygoda oczywiście niebezpieczna i ważna, ale bez frazesów i pustych słów. Tak samo jak wojna dla pokolenia Kolumbów.

    • Logos Amicus Says:

      Odniosłem inne wrażenie: postać ubeka w wykonaniu Głowackiego była w moich oczach zbyt karykaturalna, jakby z innego filmu.
      Niestety, znalazłem w filmie Krzystka jeszcze kilka innych przerysowań i stereotypów.

      Lecz zgadzam się – ogólnie nie jest to film zły (u mnie 3 gwiazdki oznacza film przeciętny)

  3. czara Says:

    Dobry tekst o Wymyku, zgadzam się z Tobą, a także z Twoją żoną, bo uważam, że, jak to w życiu, oboje macie racje. Coś z obu tych motywacji na pewno w zachowaniu Alfreda jest…

  4. ulotna_wiecznosc Says:

    A ja znalazłam wypowiedż Roberta Wieckiewicza na temat tej roli :
    http://www.filmweb.pl/video/wideo_wywiad/z+Robertem+Wi%C4%99ckiewiczem-28029

    • Logos Amicus Says:

      Wszystko się zgadza :)

      Przy okazji można też posłuchać sobie tego:

      • ulotna_wiecznosc Says:

        Posłuchałam:-) mało tego, jeszcze przeczytałam sobie wywiad z Robertem Więckiewiczem i bardzo się cieszę że się w tak wielu kwestiach z nim zgadzam. Dla mnie Pan Robert jest piękny duchem również a blizna na czole niczym z Harrego Pottera :-) Też uważam, że nie przeczytam wszystkich książek, nie zobaczę wszystkich miejsc , nie obejrzę wszystkich filmów ale ważne ze zobaczę cześć z tego co chciałam zobaczyć:-)

        http://wyborcza.pl/1,75475,10471844,Wieckiewicz__Zaden_facet_nie_jest_monogamista.html

        Szukałam elementów wspólnych tych kilku omówionych tutaj filmów, których jeszcze nie widziałam. Pierwsze skojarzenie to konsumpcjonizm, który wdziera się drzwiami i oknami w codzienne życie. Mam nadzieję ze to tylko taki etap rozwoju homo sapiens i kultura dogoni kiedyś technikę. A człowiek jest daleko bardziej ciekawy, różnorodny i wielobarwny by swoj byt ograniczac do posiadanych gadżetów.
        Jest taki film na podstawie ,,Opowieści galicyjskich” Andrzeja Stasiuka o tytule ,, Wino truskawkowe” wystepują w nim aktorzy z wszystkich wyżej wymienionych przez L.A. filmów.


        I tak to skojarzenia różnymi chadzają sciezkami, w sumie nie ma znaczenia to przesunięcie w czasie.

        • Logos Amicus Says:

          Podoba mi się to, co mówi w tym wywiadzie Więckiewicz. Równy gość. Zetknąłem się z nim parę razy osobiście, ale nigdy nie było warunków do tego, żeby przeprowadzić z nim jakąś dłuższą i głębsza rozmowę, Może następnym razem?

          Trudno byłoby mi znaleźć jakieś wspólne wątki, czy też elementy tych filmów, które można obejrzeć na tegorocznym Festiwalu Filmu Polskiego Ameryce. To są jednak bardzo różniące się od siebie obrazy. Ale to prawda – pieniądze i konsumpcja przewijają się gdzieś tam w nich wszystkich. No i oczywiście miłość :)

  5. Torlin Says:

    Żadnego z nich nie widziałem.
    Zastanowiło mnie Twoje zdanie: „A logika, rozum, prawdopodobieństwo, realizm…?” dotyczące filmów. A gdzie jest napisane, że filmy mają być logiczne, mądre, uprawdopodobnione i odwzorujące rzeczywistość? A Tobie Krasnoludki nie szczają do mleka? :D

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, znowu żeśmy się nie zrozumieli.
      Bo napisałem wyraźnie: „A logika, rozum, prawdopodobieństwo, realizm…? Eeee… to nie takie ważne!
      Oczywiście nie uważam, że filmy zawsze mają być „logiczne, mądre, uprawdopodobnione i odwzorujące rzeczywistość” – nigdzie to nie jest przecież zapisane.

      PS. A co do Krasnoludków? Może i szczają, ale chyba robią to dyskretnie, bo do tej pory niczego nie zauważyłem ;)
      Poza tym: no jak duży pęcherz może mieć taki Krasnoludek? ;)

  6. Dominika Says:

    „Listy do M.” – To, co rzuca się w oczy, to fakt, jak pięknie ta nieambitna komedia romantyczna została zrealizowana. Widać, że scenografia jest dopracowana w każdym szczególe, operatorzy kamer musieli się nieźle wysilić, aby Warszawa wyglądała tak urokliwie jak w tym filmie. To po prostu dobrze się ogląda, bo wizualność jest zdecydowanie mocną stroną tego obrazu.

    • Logos Amicus Says:

      „Pięknie zrealizowana, scenografia dopracowana w każdym szczególe, operatorzy kamer się wysilili, (by Warszawa wyglądała urokliwie), dobrze się to wszystko ogląda, wizualność jest mocna stroną tego filmu”… i jak tu w taki razie można mówić, że ta komedia romantyczna jest „nieambitna”? ;)

  7. babka filmowa Says:

    Logosie, napisałam piękny długi komentarz, ale niestety mi wcięło. W każdym razie, jestem, pamietam i czytam oraz oglądma

  8. babka filmowa Says:

    No dobra, jeszcze raz: :((
    „Wymyk” – moje zdanie, być może znasz, pisałam o tym filmie u siebie na blogu. Obok tego filmu nie można było przejść mimo.
    „Listy do M” – miły dla oka i serca film. Nie przepadam za takimi landrynkowatymi produkcjami, ale czasem, dlaczego nie, oglądam i cieszę sie nimi jak dziecko.
    Najbardziej jesteśmy niezgodni jeśli chodzi o „80 milionów”. Agent Sobczak – dla mnie rewelacja, świetna kreacja pana Głowackiego, zapamiętam jego nazwisko i twarz na pewno. I jak najbardziej wiarygodna. Bo dlaczegóż by nie? Że za wyrazisty, zbyt cyniczny, zły etc? A jacy ludzie najmowali się do tego rodzaju służb? Wrażliwi i czuli? Weżmy przykład obecny, niejaki agent Tomek, jeśli wiesz o kim mowa. Agent Sobczak, jeśli by tylko nie był za chciwy i za cwany też być może trafiłby kiedyś do Sejmu.
    Zresztą pozostałe role drugoplanowe też cud miód – Ferency, Stroiński, Baka, Frycz, Benoit, toż to cacuszka.

    Piszesz z niesmakiem o pościgu Fiatów 125 p. Ale to była genialna sekwencja! Dobrze, że Fiatów 125 a nie 126! Helou. Takie były realia, takimi samochodami się jeździło. To nie Ameryka była tylko PRL. Do dziś ze śmiechem ale i z rozrzewnieniem wspominamy nasze rodzinne eskapady maluchami, i to nawet zagranicę kraju. Polak potrafi.

    Z trzech solidarnościowych filmów, jakie wspominasz, „80 milionów” uważam za najlepszy. „Czarnego czwartku” nie mogłam zdzierżyć. „Popiełuszko” – moje zdanie znasz, dzieki za Twoje słowo u mnie. „80 milionów’ – wreszcie coś bez zadęcia, z dystansem, ale i nie bez należnego szacunku i glorii. Podobało mi sie. No i sceny zbiorowe, jak należy, czego brakowało mi w „Popiełuszce”, masa autentycznie rozentuzjazmowanego narodu i „Perfect” w tle, a wcześniej bardziej liryczna Prońko. W ogole trzeba przyznac, że cała oprawa muzyczna filmu była super, a kompozytor nazywa się Z. Karnecki.
    Tylko początek został kompletnie położony – zbyt długa i nudna, niezbyt czytelna nawijka, tzw. zawiązanie tematu. Trzeba było huknąć od razu, a dopiero potem objaśniać.

    • Logos Amicus Says:

      Wiesz co, babko? Cieszy mnie Twoja dobra opinia o filmie Krzystka. Naprawdę. Bo być może to było jakieś chwilowe skrzywienie z mojej strony, że te jego „80 milionów” mnie trochę zawiodło. To dobrze, że innym ten film się spodobał – piszę to z tym większą satysfakcją, że znam Krzystka osobiście (zjedliśmy kiedyś razem kolację ;) ), kibicowałem przychylnie jego reżyserskiej karierze, podobał mi się zwłaszcza jego przedostatni film, którym była „Mała Moskwa”.

      Piszesz, że świetna jest kreacja pana Głowackiego, a mnie ona irytowała. A właściwie irytował mnie agent Sobczak – i bynajmniej nie dlatego że to był wulgarny cham i palant (to też, ale takim pewnie miał być), ale dlatego, że postać ta wydała mi się zbyt karykaturalna, przerysowana i popadająca w groteskę (a groteska raczej nie pasowała do tego filmu – była w nim jakoś nie na miejscu). To by może było fajne, ale w innym filmie (wg mnie).

      Ja nie piszę z niesmakiem o pościgu polskich Fiatów (kręciły się też tam maluchy, a jakże! ;) ), tylko z rozbawieniem – bo nie sposób zrobić z tego „bullita” i mrożący krew w żyłach pościg ;) A wpieprzanie się esbeków w życie Polaków bynajmniej zabawne nie było.
      Zgadzam się: sceny masowe dobre, sporo niezłych wystąpień znanych aktorów, poprawne przesłanie… Ale też parę momentów zbytnio naciąganych (samo wybieranie z banku pieniędzy, infantylna wpadka Sobczaka – zupełnie dla mnie niewiarygodna, ta francuska agentka ni z gruszki ni z pietruszki – zbyt płaskie to wszystko było czasami…)

      „Czarny czwartek” mi się podobał – tutaj też się różnimy.
      Tym bardzie się cieszę, że jednak mamy zupełnie podobne zdanie o „Wymyku” i „Listach do M.” :)

      • babka filmowa Says:

        Logosie, żeby było jasne, opinię o „80 milionach” pisałam tuż po seansie. Może zbyt duży nacisk połozyłam na jego jaśniejsze strony, zaniedbując te ciemniejsze. Film oceniłam w swojej prywatnej punktacji jako „niezły” (6/10), czyli nawet nie dobry. A to dlatego, że jak to zazwyczaj z polskimi filmami bywa jest niedorobiony. Nie wiem, czy to wynika z pośpiechu twórców, którzy chcą nadążyć za czasem czy z braku wielkich talentów. Wspomniałam już o początku filmu, ktory jest wręcz makabryczny. Poza tym, film ma tytuł „80 milionów” i oczekiwałam, że dokładnie wokól tego tematu będzie się kręciła jego fabuła. Tymczasem tak nie było. Znowu starano się jak najwięcej rzeczy upchnąć do jednego worka. Taka to już specyfika naszego kina zaangażowanego – nie potrafią odpuścić. Poza tym było sporo scen, wątków, nie wiadomo po co, ktore nie miały żadnej kontynuacji w fabule, wiadomo, że były wepchnięte dla etosu.
        Agent Sobczak – zgadzam się z Tobą, że chwilami ociera się o groteskę, jest zbyt dosłowny, żadnych niuansów, wyłożony jak kawa na ławę. Podczas oglądania filmu, jakoś mi to nie przeszkadzało (wiadomo, że esbecy to świnie), ale faktycznie zbyt to płaskie i oczywiste. Nie mam pretensji do aktora, tylko do rezysera i scenarzysty w jednym. Czy groteska tu była na miejscu? A dlaczego nie? Przecież takie postaci jak agent Tomek czy Sobczak istnieją i bywają groteskowe, straszą, ale wyjęte z realiów, oglądane poza – są śmieszne, a więc jeszcze bardziej przerażające. I straszno i smieszno – może nie bez powodu autorami tego powiedzenia są Rosjanie? :)

        Ten film zauroczył mnie chyba swoim dystansem do etosu Solidarności – wspomniana scena pościgu świetnie to obrazuje, zamiast drżeć o losy ludzi Solidarności, i ich pieniądze, ściganych przez esbeków, my się zaśmiewaliśmy, gdy duże Fiaty wpadały w poślizg. Ale przecież, to sie działo 30 lat temu, wszytsko jest znane, wiemy, że nikomu się nic nie stało, nawet pieniądzom. Mozna było wrzucić na luz, ktorego Polakom, jesli chodzi o ich bohaterstwo, tak bardzo brakuje. Polacy w tej materii są tak straszliwie nudni i przewidywalni.

        Wpadka Sobczaka dla ciebie niewiarygodna, a dla mnie jak najbardziej – przecież sam stwierdził, że jest głupi i takim dokładnie był, w dodatku był prostakiem, któremu chciwość, wizja zgarniecia 20 milionów, zalała mózg i przestał myśleć. A poza tym, jest takie przysłowie – kto czym wojuje od tego ginie (podsłuchy) :)

        Waldemar Krzystek ma potencjał, wykazal sie nim już „Małej Moskwie”, „Ostatnim promie”, sam sobie pisze scenariusze, sam reżyseruje, wychodzi mu to raz lepiej raz gorzej, z naciskiem na lepiej, zdecydowanie.
        Zawsze robi filmy zaangażowane w nasze polskie sprawy, może dlatego, gdy odbierał nagrodY ufudnowane
        przez TVP prezesi zwracali się do niego per Waldku :) Bardzo mnie to raziło. :) Taka komitywa na oficjalnej uroczystości (festiwal w Gdyni). Ale faktycznie – robi te filmy całkiem przywoicie, da się je oglądać. :)

        • Logos Amicus Says:

          Widzę jednak, że wcale nasze opinie o „80 milionach” tak bardzo się od siebie nie różnią (ja dałem filmowi Krzystka 3 gwiazdki – a to oznacza film średni).
          Również spodobało mi się to, że reżyser nie robił tego filmu na kolanach – próbował zachować jakiś balans między powagą tematu a stylizacją sensacyjno-komediową (dlatego, moim zdaniem, nie było w nim już miejsca dla groteski – do tego potrzeba byłoby już innego filmu). Różnie mu to wyszło – ale ogólnie chyba nieźle.
          Wiem, że pracuje już nad nowym filmem (też w jakiś sposób związany podbobno z Rosją – jakoś go tak ciągnie w tamtą stronę… swoją drogą ciekaw jestem, dlaczego? ;) )
          Chętnie go obejrzę.

  9. babka filmowa Says:

    Jeszcze raz uparcie powtórzę, że nie jestem do końca pewna, czy Agent Sobczak jest groteskowy. Naprawdę świat jest pełen głupców i prostaków, i chamów, wyzbytych do cna z poczucia empatii.

    A niech sobie pan Krzystek ciągnie w stronę Rosji. Mnie też tam ciągnie, oj jak ciągnie. :) I nie wiem dlaczego. Może kwestia literatury jaką zaczytywałalm się za młodu (dobrowolnie), może kina radzieckiego i rosyjskiego, może muzyki, malarstwa, licho wie, jakieś poprzednie życie? Ale ciągnie. :)

  10. KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] film Waldemara Krzystka, twórcy w zasadzie solidnego kina, który obok filmów średnich („80 milionów”), potrafi nakręcić coś bardzo dobrego („Mała Moskwa”). Również i w […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s