W POSZUKIWANIU STRACONYCH SERC („MÓJ ROWER”, reż. Piotr Trzaskalski)

Jak co roku w listopadzie rozpoczął się w Chicago Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce? Otworzyła go projekcja najnowszego filmu Piotra Trzaskalskiego „Mój rower”. Oto garść refleksji i wrażeń wyniesionych ze spotkania z filmem.

Prosta opowieść o nieprostych związkach (mimo rwących się trój-pokoleniowych relacji, bohaterowie filmu „Mój rower” płyną na tej samej łódce)

*
W jaki sposób to, co wydaje się naszą słabością, wadą czy skazą może przemienić się w coś, co nas wzmocni? Jak wydobyć miłość spod zwałów wzajemnych oskarżeń, uraz, przewin i nieporozumień? Jak zagoić zadane sobie w przeszłości rany? Jak przyznać się do popełnionych błędów? Jak na powrót związać porwane wcześniej rodzinne relacje? Jak wreszcie zmusić się do wypowiedzenia prostych słów: przepraszam, dziękuję, kocham?
W „męskim” świecie bohaterów filmu Piotra Trzaskalskiego „Mój rower”, (którym jest pokoleniowe trio: dziadek – ojciec – syn) nie jest to takie łatwe. Ale czy niemożliwe? Film wydaje się nam dawać na to pytanie odpowiedź twierdzącą, ale chyba jednak daleką od oczywistego happy-endu.

Jest śmiesznie i jest melancholijnie – dwie jakże odmienne wydawałoby się uczuciowe tonacje zlewają się w tym filmie w sposób bezkolizyjny, spójny i harmonijny, tworząc blend miły naszym zmysłom, wrażliwości i sercu, a ponadto dając pożywkę myślom… To prawda, że nie wywołują tym większej intelektualnej rewolty w naszej głowie, obznajomionej wcześniej z podobnymi wątkami.  A mimo to „Mój rower” tchnie pewną świeżością i autentyzmem. Wydaje mi się, że było to możliwe dzięki swoistej uczciwości artystycznej jego twórców: oni rzeczywiście mieli poczucie tego, że ukazują na ekranie jakąś prawdę – i to nie tylko prawdę pojawiających się w tym filmie postaci. Także – może nawet przede wszystkim – prawdę własną.

Spodobał mi się ton i stylistyka tego filmu. Ściszone, chłodne barwy, zamglony krajobraz, szaro-niebieskie wody jeziora, popękana kora drzew, ciemne wnętrza mieszkań, jakaś zapuszczona piwnica-garaż, polne i leśne drogi… Taka trochę alienująca, lecz mimo to dość swojska surowość wydobywająca ze świata pewien spleen współgrający z chmurno-sarkastycznym, nostalgicznym osadem na ludzkich duszach. Te ziemskie scenerie i tonacje w obrazie są ważne, ale jednak najważniejsi są ludzie – ich myśli i uczucia wyrażane słowami, uzewnętrzniane w gestach i mowie ciała, ale przede wszystkim odbijające się na ich obliczach – w grymasie ust czy w spojrzeniu oczu. Stąd sporo jest w filmie zbliżeń ludzkich twarzy, które nie tylko nam coś komunikują, ale i wprowadzają poczucie pewnej intymności.
Ważna jest w tym filmie także muzyka i to nie tylko dlatego, że główni bohaterowie są (lub byli) muzykami. Bowiem na równi z obrazem buduje ona klimat całości – także poszczególnych scen, jak choćby we wzruszającym momencie, kiedy ojciec i syn grają razem wielce nastrojową, przepiękną melodycznie „Arię” Ackera Bilka, a ich wykonanie ma być prezentem urodzinowym dla chorej dziewczynki.

No właśnie – jak to jest z tą ckliwością w filmie Trzaskalskiego? Czy naprawdę ciepło i afekt tego filmu roztapiają całą tę melodramatyczną historię w lukrze taniego sentymentalizmu?
Nie sądzę. Ale jeśli już tak rzeczywiście jest – to niech będzie, że wzruszając się na tym filmie, upodobniałem się do jakiegoś sentymentalnego głupca. Cóż, nie widzę w tym większego powodu do wstydu. A pisząc już bardziej serio: uważam, że reżyser, a tym samym wykonawcy głównych ról nie przekroczyli jednak w tym filmie granicy dobrego smaku, a już na pewno nie upchnęli w nim żadnej melodramatycznej szmiry… choć łza w oku bohaterów kręciła się często, nigdy (chyba) jednak z tego oka się nie wylała – co mogłoby stanowić ową kroplę przepełniającą puchar likierowej słodyczy.

Wielkim zaskoczeniem dla niektórych widzów może być pojawienie się na ekranie znanego i znakomitego polskiego muzyka jazzowego Michała Urbaniaka, który po raz pierwszy stał się aktorem i z właściwą niektórym naturszczykom charyzmą wcielił się w postać starzejącego się, schorowanego i nadużywającego alkoholu mężczyzny, którego – po tym, jak opuszcza go żona – odwiedzają niewidziani od lat syn Paweł i wnuk Maciek. Urbaniak po części gra samego siebie. Mało tego – bez tak charakterystycznego dla wielu aktorów (i ogólnie: artystów) narcyzmu, obnaża swoje słabe, podatne na zranienia, ciemniejsze – ale i na swój sposób ujmujące – strony, co tylko wzmacnia wiarygodność odtwarzanej przez niego postaci, która wcale to a wcale kryształowa nie jest. Podobnie zresztą, jak kryształowy nie jest jego syn Paweł, grany z pewną podskórną determinacją skrywania co cieplejszych odruchów przez Artura Żmijewskiego, próbującego się uwolnić od swoich serialowych stereotypów. Nieźle wypada debiutujący w roli młodego Maćka Krzysztof Chodorowski, choć czasem sprawia on jednak wrażenie zbytnio przytłumionego zadaniem wypełnienia swoją postacią ekranu i nadania jej głębszej psychologicznej treści.
I chociaż ten tercet na pierwszy rzut oka wydaje się źle dobrany, to chyba jednak tak właśnie miało być: to są odmienne typy męskie i dopiero z czasem uzewnętrzniają się łączące ich podobieństwa, wynikające nie tylko z więzów krwi, ale przede wszystkim z przekazywanej z pokolenia na pokolenie pewnej charakterologicznej… rysy, usterki, skazy, która utrudnia (czasem wręcz uniemożliwia) ich wzajemne zbliżenie, porozumienie się i ujawnienie swoich prawdziwych uczuć. Zrazu więc wydaje się nam, że mężczyźni ci wzajem się nienawidzą, z czasem jednak okazuje się, że to co (mylnie) bierzemy za nienawiść, jest niczym innym, jak rewersem łączącej ich miłości.

greydot

Reklamy

komentarze 22 to “W POSZUKIWANIU STRACONYCH SERC („MÓJ ROWER”, reż. Piotr Trzaskalski)”

  1. sarna Says:

    Zadumałam się – ładnie napisane.

  2. ZygmuntMolikEWA Says:

    http://www.americanfilmfestival.pl/ a u nas we Wrocławiu – odwrotnie! :)
    PS. M. Urbaniak aktorem, spektakularne. Dobrze, że mu ‚wyszło’.

    • Logos Amicus Says:

      No i dobrze – tak powinno być! Polskie filmu u „nas” – amerykańskie u „Was”:)
      Rzuciłem okiem ma listę tytułów, które znalazły się w przeglądzie. Wiele interesujących pozycji – nawet trochę z klasyki przemycono.

      A Urbaniakowi rzeczywiście nieźle wyszło, choć jednak – szczerze mówiąc – wolę go jako muzyka ;)
      Przypomniało mi się zresztą przy tej okazji ciekawe z nim spotkanie parę ładnych lat temu :

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/11/michac582-urbaniak-and-me.jpg?w=780

      A nazwa kafejki?… coś dla Ciebie :)

      • ZygmuntMolikEWA Says:

        Łał, a jakie inne mogłoby być życie (naonczas) gdy ‚warunki’ posiadało się tak olśniewające, LA!
        A ‚biedny Urbaniak’ żali się teraz w prasie, że musiał otrząsać się z zaszłości na kozetce fachowca. Chyba aż tyle lat się to za nim nie ciągnęło (!?) :) Film, filmem, ale spotkanie z takim wypytywaczem jak Ty (może) zachwiać spokojem ducha na lata…

        • Logos Amicus Says:

          Nie sądzę, że zachwiałem wówczas spokojem jego ducha. Zresztą, to chyba widać na jego obliczu ;)
          Ponadto, o ile sobie dobrze przypominam, Urbaniak miał wtedy nową, młodą żonę :)

        • sarna Says:

          A moze wlasnie dlatego kozetka fachowca, bo miał wtedy nową, młodą żonę

        • Logos Amicus Says:

          Jak się ma nową młodą żonę, to kozetki zwykle używa się do innego celu, niż psychoanalityczny seans ;)

  3. Ulotna_wiecznosc Says:

    Zamglony. krajobraz , jezioro, polne i leśne drogi to lubie, to lubie:) rodzina powinna dać korzenie i skrzydła.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczyczywiście zapomniałem o zwiastunie. Dziękuję za podrzucenie nam go tutaj.

      A jednak muszę napisać, że niezbyt mi się on podoba, bo jednak nie oddaje atmosfery jaka panuje w filmie. Wg mnie znacznie więcej jest w nim humoru i melancholii, niżby to wynikało z trailera.

  4. Marcus Says:

    – Emocjonalnie ten film rozbił mnie do tego stopnia, że przez wiele miesięcy nie mogłem przestać być filmowym Włodkiem. Musiałem skorzystać z porady psychologa, by wrócić do siebie… – wyznał Michał Urbaniak, światowej klasy skrzypek i odtwórca jednej z głównych ról w komediodramacie „Mój rower” Piotra Trzaskalskiego. Te słowa padły podczas spotkania z publicznością na festiwalu filmowym Tofifest, na którym „Mój rower” został okrzyknięty najlepszym polskim filmem roku. Pokonał 14 innych tytułów – w tym głośną „Różę”, „Bez wstydu” czy „Yumę”.

    Wyznanie Urbaniaka pochodzi stąd:

    http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,12799975,To_ten_film_pokonal__Yume__i__Roze___Urbaniak___Po.html

    Pozdrawiam

  5. Remigiusz Says:

    A niejaka pani Kasperska napisała o tym filmie tak:

    „Mój rower” miał być głośnym powrotem Piotra Trzaskalskiego na duży ekran. Po siedmiu latach nieobecności, reżyser pamiętnego „Ediego”, postanowił opowiedzieć poruszającą (z założenia) historię o trudnych relacjach ojców z ich synami. Wszystko wskazywało na kolejny wielki sukces w karierze Trzaskalskiego, tym bardziej, że do udziału w produkcji został zaproszony legendarny polski artysta o światowej sławie i nieprzeciętnej aparycji. Niestety „Mój rower” zamiast chwytać za serce, irytuje schematycznym sentymentalizmem. Trzy pokolenia mężczyzn, trzy konflikty i jedna podróż – taka charakterystyka nasuwa zbyt przewidywalną, żeby nie powiedzieć oczywistą, konstrukcję wydarzeń. Z biegiem akcji nasze obawy znajdują potwierdzenie w obrazach prezentowanych na dużym ekranie. Fabularne rozwiązania „Mojego roweru” nie zaskakują, a sama historia, choć urzekająca, nie wnosi do kanonu polskiego kina nic więcej, ponad to, co już wcześniej zostało wielokrotnie opowiedziane za pośrednictwem obiektywu kamery.

    Tutaj można przeczytać całość:

    http://film.wp.pl/id,127875,title,37-Gdynia-Film-Festival-Moj-rower-recenzja-filmu,wiadomosc.html?ticaid=1f7aa

    Ciekawe…

    • Logos Amicus Says:

      Nie rozumiem tej recenzji. Zaczyna się od „objechania filmu” (pełnego zresztą frazesów), a kończy się czymś takim:

      Czołowe gwiazdy produkcji – Michał Urbaniak, Artur Żmiejewski i Krzysztof Chodorowski – wiarygodnie odegrali swoje filmowe kreacje, dając tym samym zaskakujący popis aktorskich umiejętności. Na brawa przede wszystkim zasługuje znakomity kompozytor, który przecież aktorstwa nigdy nie studiował, a także debiutant, który w roli najmłodszego gniewnego wypadł szczególnie interesująco.
      „Mój rower” z pewnością znajdzie swoich zwolenników wśród polskiej publiczności. Choć historia jest nie pierwszej świeżości, to najnowszy film Piotra Trzaskalskiego wciąż należy uznać za udany. Wszystkie aspekty dobrego kina zostały przez twórców spełnione.

      Gdzie tu konsekwencja? Gdzie logika?
      Często odnoszę wrażenie, że większość z tych portalowych recenzentów nie za bardzo wie, co pisze – nadużywając przy tym mocno wyświechtanych zwrotów.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s