„BEZ WSTYDU” i „YUMA” – polskie filmy na 48. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago

festival.banner.wl

Wśród 175 filmów zaprezentowanych w tym roku w ramach Międzynarodowego Festiwal Filmowego w Chicago, znalazły się dwa tytuły polskie: „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego i wyreżyserowana przez Piotra Mularuka „Yuma”. Oto kilka uwag spisanych na gorąco po spotkaniu z nimi.

*

POKOCHAĆ SIOSTRĘ  („BEZ WSTYDU”, reż. Filip Marczewski)

Zakazana miłość, łamanie tabu… czy rzeczywiście „bez wstydu”?

Żadna ludzka społeczność nie może się obejść bez norm, które sama sobie narzuca (nawet jeśli robi to odwołując się do metafizyki – wierząc, że są one dane nam „odgórnie” przez Boga, bóstwa, jakieś Siły Nadprzyrodzone…). Nasza kultura jest o tyle paradoksalna, że deklarując najczęściej swoją zgodność z tzw. prawem „naturalnym”, sama „porządkowi” naturalnemu (panującemu w przyrodzie) zwykle się przeciwstawia (kto wie, czy właśnie owe normatywne veto nie jest kwintesencją naszego „człowieczeństwa”?). Z tego zderzenia wynikają wszystkie nasze tabu, które chcą ten konflikt zakamuflować. Tabu można więc uznać za pewnego rodzaju kulturowy sprzeciw – swoisty wybieg, by nie przyznać się do tego, że drzemie w nas zwierzę, które czasem staje się nawet bestią. Przy czym, prawo, które tworzymy, nie chce jednak zbyt głęboko wchodzić w geny determinujące zachowanie się człowieka, bo wtedy konflikt między kulturą a naturą staje się ewidentny i istnieje niebezpieczeństwo tego, że ludzkie działanie (w danej chwili bezprawne) będzie usprawiedliwiane, a tym samym podważona zostanie bezwzględna sankcja obowiązującego nas prawa, relatywizując je, może nawet kwestionując jego racje. A jednak to właśnie głębsze poznanie genetycznej podstawy np. zachowań homoseksualnych spowodowało, że w większości społeczeństw kręgu kultury zachodniej homoseksualizm przestał być traktowany jako wykroczenie przeciw prawu, jak również – w sferze medycyny – przestał być uznawany za chorobę, za coś „nienormalnego” (przy czym nie mówię tu o mentalnym i obyczajowym „nadążaniu” poszczególnych grup społecznych za tymi zmianami, bo to już zupełnie inna kwestia). W tym kontekście (genetyka vs. prawo), już w przypadku homoseksualizmu wkraczamy na pole pełne min i kontrowersji, (które ludziom żyjącym zwłaszcza w krajach o silnych tradycjach katolickich są dobrze znane), a co dopiero, jeśli podejmiemy takie gorące tematy tabu jak pedofilia i kazirodztwo? Przecież zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku także można mówić o genetycznych uwarunkowaniach owych „dewiacji”, które przez wiele systemów jurysdykcyjnych uznawane są za ciężkie przestępstwa, a nawet zbrodnie (odnosi się to zwłaszcza do pedofilii). Czy może więc dziwić to, że w społecznościach konserwatywnych, ustępstwa jakie poczyniono wobec homoseksualizmu są przyjmowane jako pierwszy krok do swoistej „legalizacji” i przyzwolenia dla kazirodztwa i pedofilii, tudzież innych „zboczeń”? Człowiekowi o poglądach bardziej liberalnych takie rozumowanie może się wydać wręcz absurdalne (no bo jak tu zrównywać ze sobą „zdrowego” homoseksualistę z „chorym” i zwyrodniałym pedofilem?), ale już ktoś o mentalności bardziej „zachowawczej” może w tym widzieć niebezpieczeństwo precedensu, i konsekwencji – swego rodzaju następstwo „od rzemyczka do koniczka”.

Co zrobić z pożądaniem tego, co zakazane? Kiedy erotyczne pragnienie zamienia się w miłość? (Agnieszka Grochowska w filmie Filipa Marczewskiego „Bez wstydu”)

*

Mam tego wszystkiego świadomość, ale kiedy tak czytałem opinie polskich internautów wypowiadających się na temat poruszony przez film Filipa Marczewskiego „Bez wstydu” (a jest nim kazirodztwo, czyli „zła” i zakazana miłość – również seksualne „współżycie” – między bratem a siostrą), to uderzyła mnie bezwzględność, gwałtowność, napastliwość – a często też wulgarność i prymitywizm tych wypowiedzi. Czy sprzeciw wobec naruszania obyczajowego tabu musi przybierać takie formy? A przecież film Marczewskiego, jak mi się wydaje, chce przede wszystkim pomóc w zrozumieniu pewnego seksualnego fenomenu – przybliżyć motywacje zachowania się człowieka, który podążając za czymś, co wydaje się silniejsze od niego (instynkt, zew, odruch serca, pożądanie…), łamie obyczajowe normy, narażając się na potępienie i społeczny ostracyzm. Bo nie podejrzewam twórców „Bez wstydu” o chęć epatowania widza tanim sensacjonizmem, kontrowersją, prowokacją czy bluźnierstwem – oglądając film, nigdy nie odniosłem takiego wrażenia.

Zaznaczając tę rezerwę, mogę to rozwinąć w pewien zarzut: moim zdaniem Marczewski jest zbyt ostrożny i nie posuwa się dostatecznie daleko w ukazaniu tej kazirodczej relacji, co może sprawiać wrażenie pewnej asekuracji. Ale zdaję sobie sprawę, że to co ja nazywam wadą, inni mogą uznać za zaletę. Bo rzeczywiście obraz ten jest pozbawiony seksualnej dosłowności, erotycznej ostentacyjności (ktoś nastawiony na ostre „momenty” może się poczuć zawiedziony), przez co zyskuje na pewnej delikatności, powściągliwości, sugestywności, domyśle… Dla mnie jednakże to, co widziałem na ekranie, było zbyt łagodne i ugrzecznione, by autentycznie poczuć siłę pożądania, które pchało parę głównych bohaterów do złamania mocnego seksualnego zakazu. Nie wiem – może to wina braku „chemii” między grającym brata Mateuszem Kościukiewiczem i wcielającą się w siostrę Agnieszką Grochowską? A może to wina moja, że ja tej „chemii” nie poczułem? Nie wiem.

Lubię kiedy kino porusza kontrowersyjne tematy, lubię nawet to, że burzy czasami mój spokój, zmuszając do rewizji dotychczasowych poglądów. Lubię kiedy poszerza horyzonty mojego oglądu świata, stawia niewygodne pytania, prowokuje do sięgnięcie myślą głębiej… Lubię nawet kiedy jątrzy moją wrażliwość, a nawet kiedy budzi konsternację albo dostarcza wrażeń niezbyt przyjemnych… Gdyż dzięki temu rodzi się szansa, że dowiem się czegoś nowego o świecie – także o tej jego ciemniejszej stronie – i że może mnie to w jakiś sposób wzmocnić. „Bez wstydu” jednak okazał się w moich oczach zbyt „wstydliwy”, powierzchowny, płaski, banalny…  nie wciągnął mnie w swój świat, nie potrząsnął, nie dał wiele do myślenia. Ot, oglądało mi się ten film „tylko” przyjemnie (ujęło mnie np. wystąpienie debiutującej tutaj Anny Próchniak), ale niestety zbyt letnio. Nie jest to film zły (choć przez wielu został odsądzony „od czci i wiary”), tyle że całkiem przeciętny  – i nie dorastający według mnie do poziomu, ważności i ciężkości (nieprzeciętnego przecież) tematu, którego się podjął.

greydot

ODRAŻAJĄCY, BRUDNI, ŹLI… ŚMIESZNI I ŻAŁOŚNI – przygraniczni bandoleros w sosie alla polacca („YUMA”, reż. Piotr Mularuk)

„Yuma” – polskie El Dorado czy małe piekiełko ustrojowej transformacji?

Na spotkaniu z festiwalową publicznością, reżyser Piotr Mularuk zaznaczył nie bez nuty pewnej chełpliwości, że jego „Yuma” to połączenie wielu filmowych gatunków, od komedii, przez film obyczajowy i gangsterski, po dramat. Moim zdaniem jednak to, co w jego mniemaniu było zaletą, obróciło się przeciw samemu filmowi: eklektyzm, który mógł być bogactwem, stał się czymś, co za bardzo zaczęło jednak przypominać niezbyt spójny miszmasz – taki kinowy jarmark. Na domiar złego, do tej pory nie wiem, czy „Yuma” – ze swoimi obfitymi cytatami z filmów amerykańskich – jest bardziej pastiszem, czy parodią? Hołdem złożonym westernowi czy też denuncjacją infantylizmu, jakim bywa bezkrytyczne wpatrzenie się w obce – a na dodatek wymyślone – wzory? I czy przy tym wszystkim może stanowić wiarygodny komentarz do polskiej rzeczywistości w czasie tzw. transformacji ustrojowej przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. A że tę rzeczywistość chcieli twórcy filmu ukazać, to nie ulega wątpliwości, bo ponoć research przed realizacją filmu przeprowadzili (w przygranicznych miejscowościach) solidny, poznając zjawisko „jumania” (czyli szabrowniczych wycieczek naszych rodaków za niemiecką granicę) z „pierwszej ręki”.

Skłamałbym, gdybym napisał, że widoczna w „Yumie” gra konwencjami mnie nie bawiła; skłamałbym, gdybym zaprzeczył, że film nie zdołał mnie w żadnym momencie rozśmieszyć; albo że nie zauważyłem urody jego zdjęć czy przyjemnie wpadających w ucho dźwięków ilustrującej go muzyki. Lecz kiedy tak próbuję te wszystkie klocki poskładać do kupy, to czuję, że mi się one jednak cały czas rozsypują. Co jest tego przyczyną? Kiepski montaż? (Chyba jednak nie, bo jest on w „Yumie” niemal szkolnie poprawny.) Niekonsekwencje, dziury i pewne „porwanie” scenariusza, w którym pojawiają się niekiedy – tak ni z gruszki, ni z pietruszki – pewne wątki (np. Rysio), które niestety nie są doprowadzone do końca? Stylistyczna niespójność? (Chyba jednak tak – stąd sceny sprawiające takie wrażenie, jakby pochodziły z kilku różnych filmów.) Tak więc, mimo, że niemal każda scena ma w sobie dramaturgiczne napięcie, to jednak owej dramaturgicznej ciągłości brakuje już filmowi jako całości, dzięki czemu wydaje się nam, że jego fabuła niejako się ‚”rozjeżdża”, zwodząc nas trochę na manowce. Może zawinił tu również słaby występ (dobrego przecież w „Sali samobójców”) Jakuba Gierszała, który nie zdołał wiarygodnie zbudować granej przez siebie postaci i tak naprawdę do końca filmu pozostał cherubinowym chłopaczkiem (czyli takim, jakim go zobaczyliśmy w pierwszych scenach filmu) a nie prowodyrem lokalnej mafii, jakim chciał go widzieć scenariusz? Niestety, wydaje mi się, że wykreowana przez niego postać Zygi nie zdołała unieść pokładanego w niej przez scenariusz ciężaru, podkreślając jedynie warsztatową słabość młodego aktora i jego dość nijakie (w tym przypadku) performance (wyobrażam sobie, co by z tej roli zrobił taki np. Leonardo diCaprio – ale to są już chyba zbyt daleko idące fantazje). Podobnie mogła razić mentalność cokolwiek sztubacka w podejściu do niektórych scen i postaci, jak również obecne w filmie stereotypy, których nie może nawet usprawiedliwić konwencja parodii i satyry.

Katarzyna Figura jako businesswoman polsko-niemieckiego pogranicza w „Yumie”

Mularuk przyznał się też do tego, że kiedy zbierał pieniądze potrzebne do kręcenia „Yumy”, pierwsi wyłożyli je… Czesi, następnie (nie bez oporów) Polacy, natomiast jakiegokolwiek wsparcia odmówili mu Niemcy. Dlaczego? Dlatego, że najprawdopodobniej (jak twierdzili) w ich kraju za to, że przykładają rękę do produkcji filmu, który jest wyraźnie antypolski, by ich zlinczowano. I chyba coś w tym jest na rzeczy: tego również mogliby nie wybaczyć Niemcom sami Polacy, którzy, mimo, że sami mieli uciechy z filmu co niemiara, to już świadomości, że coś takiego wyprodukowali Niemcy, mogliby tak łatwo nie przełknąć, uznając to wręcz za potwarz. A tak, naród – patrząc na swoich złodziei, zapyziałą prowincję, prymitywny katolicyzm, obyczajowe zakłamanie, wulgarność i ogólne kurewsko-pijackie badziewie kraju nad Odrą – uśmiał się ponoć z tego wszystkiego po pachy. Mularuk zdziwił się więc, że tak samo nie reagowała już widownia polonijna i amerykańska. Ale przecież, tak naprawdę, to co widzieliśmy na ekranie było w swojej istocie żałosne i tragiczne, i jeśli ktoś uświadamiał sobie czym ta mizeria jest w rzeczywistości, to wcale nie mogło mu już być do śmiechu.

Ale w końcu to tylko film, a na filmie można sobie robić jaja nawet z pogrzebu – mógłby ktoś powiedzieć. To prawda: w końcu konwencja – tudzież umowność samego kina – może usprawiedliwić wszystko. Schody zaczynają się wówczas, gdy na podstawie filmowej fikcji zaczynamy sobie wyrabiać pogląd o samej rzeczywistości – na nią rzutując iluzję tego, czego doświadczamy w kinie. A nie jest to obawa bezpodstawna, o czym świadczyć może chociażby głos pewnej Amerykanki, która – obejrzawszy film i dowiedziawszy się, że Mularuk mieszkał przez kilkanaście lat w Stanach – nie mogła się nadziwić temu, że wrócił on w końcu do tak okropnego kraju, jakim jest ewidentnie Polska.

No właśnie: czy nasz kraj jest (był) rzeczywiście taki, jakim go przedstawiono w „Yumie”? Reżyser powiedział, że tak, a nawet, że było jeszcze gorzej, ale on nie mógł tego przedstawić na ekranie, bo nikt by mu już nie uwierzył a ponadto nie można by już tych okropności w kinie strawić. (Może więc stąd ta ucieczka w pastisz i komediową konwencję?)

A jednak, (każdy z nas o tym wie) rzeczywistość polska nie była tylko taka, jak to widać w „Yumie”. Bo „Yuma” jest jednak wybiórcza a kamera – jeśli nawet jest tym zwierciadłem przechadzającym się po ulicy życia, to jest ona tutaj zwierciadłem krzywym – pokazuje jedynie fragment polskich realiów i to na dodatek fragment mocno zniekształcony. Choć przecież nie do końca kłamliwy.

greydot

Advertisements

komentarzy 16 to “„BEZ WSTYDU” i „YUMA” – polskie filmy na 48. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago”

  1. Paula Says:

    Oba filmy chcę zobaczyć, niestety nie miałam szansy w kinie i czekam na dvd. Mam wrażenie, że „Bez wstydu” będzie mi się podobać, bo tak jak napisałeś też lubię od czasu do czasu zobaczyć film kontrowersyjny, skłaniający do myślenia, niełatwy w odbiorze i nie mam w zwyczaju oceniać filmów po temacie jaki poruszają. Co do „Yumy” to jest to film, który bardzo polecała mi moja 21-letnia siostra zakochana w filmach Tarantino. Wróciła z kina i pierwsze co powiedziała, to to, że chce tan film zobaczyć ponownie. Nastawiłam się więc do niego bardzo pozytywnie i teraz trochę zbiłeś mnie z tropu:P

    • Logos Amicus Says:

      Nie odradzam Ci „Yumy”. W ogóle nie chciałbym tego, aby moje recenzje zniechęcały kogokolwiek do obejrzenia jakiegoś filmu – nawet jeśli mi się on nie podoba. Natomiast jeśli chodzi o zachętę – to cieszę się, jeśli przyczynię się do tego, że ktoś obejrzy film, który mu się spodoba :)

      Z tego co napisałem o obu filmach można wywnioskować, że „Yuma” jest dużo gorszym filmem od „Bez wstydu” – ale to nie jest tak do końca prawą. Myślę nawet, że nad „Yumą” napracowano się więcej niż nad „Bez wstydu”. Film ma swoje naprawdę dobre momenty, niezłe zdjęcia, muzykę… Prawdę mówiąc, nie oglądało mi się tego filmu źle, tylko że później zacząłem dostrzegać jego wady (czy też coś, co mi się wadami wydało).

      Twoja siostra lubi Tarantino – ja nie przepadam za jego filmami, choć uważam, że to dobry reżyser, czujący kino. Ale ten jego (cyniczno-szpanerski, bawiący się przemocą) genre mi jakoś nie przypada do gustu.

  2. Onibe Says:

    kazirodztwo zostało zakazane właściwie na bazie dwóch powodów: rodzące się z takich związków dzieci bywały często – ale nie zawsze, wbrew obiegowej opinii – chore i ułomne. Dzisiaj już wiemy, że wynika to ze zmniejszenia puli genowej i powiększenia prawdopodobieństwa „kopiowania” genów tzw. złych (przy normalnym doborze jest większa szansa, że złe geny ustąpią miejsca silniejszym). Oczywiście ciemny lud o genach nic nie wiedział. Obserwując rodzące się od czasu do czasu kalekie dzieci przypisywał ten efekt woli bogów. Wyszło zatem na to, że bogowie zakazują krzyżować się w obrębie grup pokrewieństwa. Drugi powód zakazu: kazirodztwo było „ekskluzywnym” sportem wysoko urodzonych. Bardzo często możne, arystokratyczne – zwłaszcza książęce czy królewskie rodziny, aby nie „rozcieńczać” krwi i by nie „rozdawać” władzy, promowały związki wewnątrz rodu. Dla ludu zwykłego kazirodztwo było zakazane tak jak noszenie purpurowych ubrań czy korony. Ot, metoda odróżnienia się wielkich tego świata.

    ciekawi mnie czy kiedyś to tabu padnie – skoro padło tabu homoseksualizmu, czy istnieje powód aby dalej tak mocno upierać się przy tym? Przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zresztą, kazirodztwo jest stosunkowo rzadką przypadłością, podczas kiedy homoseksualizm dotyka – wedle różnych szacunków – 10 do 20% populacji. W sumie dobrze, że pojawia się jakiś głos w temacie. Od „Edypa” sporo już wody w rzekach upłynęło… Z ciekawości zatem zobaczyłbym ten film, acz wątpię aby wniósł coś nowego do dyskursu społecznego…

    • Logos Amicus Says:

      O genach nie wiedziano nic jeszcze nie tak dawno – i dotyczy to nie tylko „ciemnego ludu”, ale i całej nauki, w tym wszystkich mędrców i filozofów ;) (Swoją drogą, może warto w tym kontekście uświadomić sobie to, że – biorąc pod uwagę to, że również i obecnie nasza wiedza jest raczej ograniczona – nadal jesteśmy pod wieloma względami „ciemnym ludem”? ;) )

      Masz rację – zauważono zapewne, że dzieci rodzące się ze związków ludzi blisko spokrewnionych, częściej bywają w jakiś sposób upośledzone, więc tych związków zakazano. Choć, jak tak sobie poczytać Biblię, czy też w ogóle wziąć pod uwagę nasz kanon literacki i kulturowy, to pełno w nim jest kazirodztwa na różnych szczeblach (logicznie rzecz biorąc, kazirodztwo było czymś nieuniknionym u zarania rodzaju ludzkiego ;) )
      Istnieje teoria, że potęga cywilizacji Starożytnego Egiptu załamała się właśnie dzięki zwyrodnieniu faraonowych rodów, gdzie powszechne stały się małżeństwa między bliskimi krewnymi (ojciec – córka, rodzeństwo… etc.)
      Zresztą, podobnie było z rodami królewskim w naszej Europie: wystarczy bliżej się przyjrzeć takim Burbonom czy Tudorom ;)

      Małżeństwa (już nie mówię o tzw. związkach partnerskich) między bratem a siostrą są prawnie dozwolone w kilku krajach europejskich.
      Kazirodztwo (różnego rodzaju) nie jest wcale zjawiskiem tak rzadkim, jak się nam wydaje a jego występowanie jest porównywalne (procentowo) z występowaniem homoseksualizmu.

      • Onibe Says:

        przypomniałeś mi o Bogach – oni przecież jakże często używali sobie w różnych układach kazirodczych, co zapewne było kolejnym powodem nałożenia na ten typ zachowań seksualnych tabu. Że niby rzecz bogom przynależna.

        naprawdę uważasz, że kazirodztwo dotyka nawet 20% ludzi? Przyznam, że takie info to dla mnie szok.

        ciemnym ludem nie jesteśmy o tyle, że szukamy wiedzy. Nie dotyczy to oczywiście nas jako całego pokolenia. Moim zdaniem trudno za ciemny lud uznać tych, którzy szukają odpowiedzi. To wysoce elitarne określenie rezerwuję dla tych, którzy mało wiedzą i jest im z tym dobrze ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Co wolno bogom, to nie nam ;)

          Spotkałem się z takimi statystykami, wg których kilkanaście procent ludzi miało przynajmniej raz w życiu kontakt seksualny, który podpadał” pod kazirodztwo. Myślę, że statystyki podnoszą tu wydatnie ojcowie molestujący seksualnie swoje córki. Niestety – również i to zjawisko występuje znacznie częściej, niż nam się wydaje – a owo złudzenie też jest zapewne efektem istniejącego tabu.

          Zgadzam się z Twoją definicją „ciemnego ludu” ;)
          Ciemny lud to ci, którzy za nic w świecie nie chcą powalczyć ze swoją ignorancją.

        • Onibe Says:

          no właśnie – oczywiście definicja ignorancji jest szeroka i jestem więcej niż pewien, że też pod nią podpadam, ale zaręczam, że naprawdę staram się nie stać w miejscu ;-). A że są inteligentniejsi ode mnie… cóż, mnie to cieszy. Ja bym nie wymyślił samolotu, a dzięki komuś, komu się to udało mogę lecieć na wakacje na drugą stronę globu ;-)

          molestowanie to spory problem, ale mam szczerą nadzieję, że nie aż tak duży. Jestem facetem o bardzo otwartych horyzontach myślowych. Gotów jestem przytaknąć naprawdę wielu tzw. aberracjom seksualnym, niektórych nawet nie uznaję za aberracje mimo osobistego braku przekonania do nich (vide homoseksualizm). Ale kazirodztwo jakoś mi umyka. Może gdybym miał ładną siostrę – lub jakąkolwiek siostrę – myślałbym o tym inaczej, hehe ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Nie mówiąc już o ładnych kuzynkach ;)

        • Onibe Says:

          no proszę… w ten sposób przypomniałeś mi, że jednak faktycznie, miałem myśli kazirodcze ;-). Ale okoliczności mnie kojarzą, bo za moją kuzynką oglądali się zawsze wszyscy ;-). Tym niemniej fakt, uświadomiłem sobie, że czysty nie jestem. Przynajmniej w sferze myśli ;-)

  3. eMeM Says:

    Trudno dać się przekonać twórcom „Yumy”, że uwielbienie dla westernów i westernowych gadżetów może zupełnie zdominować życie człowieka, nawet na nudnej, dogorywającej dolnośląskiej prowincji, która jakoś nie umiała wygrać szansy postkomunistycznej transformacji. Z tandetnych, wymarzonych butów Zygi śmiejemy się razem z młodymi Niemkami, spotkanymi przez chłopaka na ruchomych schodach w sklepie.
    Piotr Mularuk nawarstwił zbyt wiele wątków, mieszając dwie miłości czekające na spełnienie, z efektownymi napadami na niemiecki sklep jubilerski, obrzydliwą rozrywką „ruskich” w pierwszej scenie filmu, prymitywną odmianąpolskiego katolicyzmu, reprezentowaną przez matkę Zygi. Trochę zbyt wiele stereotypów nie pozwala zbudować porządnego portretu tamtej epoki. Ale „Yuma” to nie dokument, lecz bajka.

    • Logos Amicus Says:

      Niby bajka, ale reżyser twierdzi, że jego film ukazuje taką Polskę, jaka wtedy była.

      Mnie również te filmowe nawiązania do westernów wydały się cokolwiek naciągane (choć same w sobie jako pastisz – czyli od strony czysto filmowej, stylistycznej – nawet mi się podobały). Być może dla pokolenia żyjącego „Bonanzą” czy „Dyliżansem” (czyli w złotej epoce westernu) podobne zachowania, jakie obserwujemy w filmie Mularuka, byłyby czymś zrozumiałym i wiarygodnym, ale dla wschodzącego pokolenia hip-hipowców, miłośników adidasów i aspirujących konsumentów Nowej Europy….? Już chyba nie za bardzo.

      To prawda, ta wielowątkowość rozbijała film. Ponadto, znalazło się w „Yumie” wiele scen jakby z innej parafii, kręconych na domiar złego w odmiennych stylistykach. Można to było odczuć jako dysonans.

  4. wittman Says:

    Każdy normalny człowiek wie, że stosunki kazirodcze są złe i nie ma znaczenia czy takie zachowania są penalizowane przez prawo karne czy nie, czy rzeczywiście poprzez takie kontakty rodzi się ułomne potomstwo czy też nie… jakie to ma znaczenie? Otóż żadne… powtarzam KAZIRODZTWO JEST ZŁE tak jak zła jest PEDOFILIA i próba pochylenia się w kinie nad tematyką jest zupełnie zbyteczna. Głębsza analiza problemu ludzi zafascynowanych swoimi najbliższymi krewnymi to nie temat na film ale raczej na pracę doktorską z odpowiedniej dyscypliny naukowej…
    Ale cóż… nie od dzisiaj wiadomo, że nasze rodzime kino stoi jedynie „kontrowersyjnymi” tematami…

    • Logos Amicus Says:

      Szkopuł w tym, że „norma” też jest czymś umownym.

      To, że ze związków kazirodczych często rodzi się „ułomne potomstwo”, ma jednak dla mnie wielkie znaczenie. Według mnie jest to chyba najmocniejszy argument w sprzeciwie wobec legalizacji takich związków.

      Nie sądzę, że „pochylenie się” w kinie nad taką tematyką jest zupełnie zbyteczne. Nie można obwiniać filmu za rodzaj tematu, jaki on podejmuje. Ważne natomiast jest to, w jaki sposób film sobie z tym tematem radzi – czyli co chce on przekazać, uświadomić widzowi – i czy robi to skutecznie, zachowując przy tym odpowiedni artystyczny poziom

  5. Ulotna_wiecznosc Says:

    ,,Zwierciadło przechadzajace się po ulicach życia ” ładnie powiedziane.
    Jest coś takiego jak genetyczna skłonność seksualna ale mało wiem na ten temat wiec pierwszy film do obejrzenia. Pozdrawiam jesienne


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s