W IMIENIU BOGA… CZY DIABŁA? („Za wzgórzami”, reż. Cristian Mungiu)

*

Kilka dni temu rozpoczął się w Chicago 48. Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Obraz „Za wzgórzami” znanego rumuńskiego reżysera Cristiana Mungiu jest pierwszym z obejrzanych przeze mnie filmów, o których chciałbym tutaj słów kilka napisać.

*

Życie w klasztorze – ucieczka od życia czy poszukiwanie zbawienia?

*

Co jest bardziej uczciwe (i skuteczne) artystycznie: wziąć za punkt wyjścia rzeczywiste fakty i przedstawić je w sposób symboliczny, a przez to uniwersalizujący nasze postrzeganie rzeczywistości i pogłębiający nasze doświadczenie życia? Czy też, wychodząc od (wykalkulowanych i wymyślonych w istocie) symboli czy metafor, przedstawić je jako faktyczną rzeczywistość i konkret? Innymi słowy: czy lepiej jest kiedy sztuka naśladuje życie, czy też kiedy życie naśladuje sztukę? I czy można podobne zabiegi rozpatrywać w kategoriach prawdy i fałszu, uczciwości i zwodniczości? (Bo przecież, jak głosi wyświechtany już nieco truizm: sztuka to kłamstwo, które ukazuje prawdę.) I wreszcie: czy skuteczność sztuki (czyli siła jej oddziaływania) musi mieć cokolwiek wspólnego z tzw. „przystawaniem” do rzeczywistości?

Podobne pytania przyszły mi do głowy, kiedy przeczytałem zdanie jakie wygłosił reżyser filmu „Za wzgórzami” Cristian Mungiu, podczas jednego z wywiadów: „Moim pierwszym scenariuszem byłem mocno rozczarowany – był zbyt blisko rzeczywistych wydarzeń i odsłaniał brak głębszego znaczenia realnego incydentu – był niczym innym jak tragiczną opowieścią o niekompetencji, fatalnym zbiegu okoliczności i braku odpowiedzialności.”  (Należy przy tym wyjaśnić, że „Za wzgórzami” odwołuje się do szeroko znanej, nie tylko w Rumunii, sprawie śmierci młodej kobiety, która zmarła podczas egzorcyzmów odprawianych nad nią w jednym z prawosławnych klasztorów.)

Film Mungiu wywołał w Rumunii wielką dyskusję i zażarty spór dotyczący roli religii, wiary, państwa, sytuacji politycznej i społecznej… A trzeba pamiętać o tym, że miało to miejsce w kraju, który wskutek historycznych obciążeń ma spore kłopoty ze znalezieniem swojego miejsca w tzw. „nowoczesnej” Europie – z określeniem własnej tożsamości w świecie, gdzie tradycyjny system wartości ulega szybkiej erozji, nie dając właściwie nic w zamian, oprócz frustracji wynikającej z niemożności (vide: bieda) wzięcia udziału w globalnym rytuale konsumpcji, jaki jest udziałem krajów rozwiniętych i zamożnych.  Tak więc to, czy film opisuje prawdziwe zdarzenia i fakty wydaje się w takim kontekście istotne. Chyba że zgodzimy się jednak uznać go jedynie za pretekst i punkt wyjścia do ogólniejszych, bardziej uniwersalnych rozważań dotyczących religii, wiary, wolności, społeczeństwa… sztuki wreszcie. Ale wówczas sam film (i jego faktograficzna wiarygodność), mimo znamion realnej prowokacji, usuwany jest niejako w cień – staje się sprawą drugorzędną, inicjacją, zarzewiem…
Ja jednak chciałbym zająć się obrazem Mungiu jako czymś pierwszorzędnym.

I niestety, w moim odczuciu film „Za wzgórzami” filmem pierwszorzędnym nie jest. Ale jest za to dobrym filmem drugorzędnym, a przez to wartym obejrzenia i uwagi – nawet gdy jego czas trwania (dwie i pół godziny) może być dla widza pewnym wyzwaniem, podobnie jak wyzwaniem dla niektórych była jego repetywność i monotonia, przerywana jednakowoż konwulsjami jednej z dwóch głównych bohaterek.

Sam mam z tym filmem pewien problem (choć chyba jeszcze większy miałem z banalnością „4 miesięcy, 3 tygodni, 2 dni” –  filmu mocno według mnie przecenionego, który przyniósł Mungiu’emu światowe uznanie i Złotą Palmę w Cannes przed kilkoma laty), gdyż do końca nie wiem, czy dość ostentacyjna postawa jego twórcy, by nie oceniać żadnej ze stron, nie sądzić żadnego z bohaterów, nie zajmować żadnego określonego stanowiska – jak również zdystansowanie się do kwestii metafizycznej, która jednak pełni istotną rolę w zachowaniu się mieszkańców klasztoru – jest tego filmu zaletą, czy też wadą. Mogę zrozumieć intencje reżysera: zbyt łatwo można byłoby postawę księdza i mniszek potępić (w rzeczywistości ekskomunikowani zostali oni za swój czyn przez swojego zwierzchnika – biskupa), wykazać ich głupotę, ciemnotę, bezmyślność, okrucieństwo, fanatyzm i zniewolenie zabobonem. Ale Mungiu chciał inaczej: ukazał ich ludzką twarz, dobre intencje, miłosierdzie, zwyczajność… przedstawił ich wysiłek dostosowania się do wymogów życia w miejscu, które narzuca im pewną ścisłą klauzulę, ograniczenia – nie tylko fizyczne, ale i (może nawet przede wszystkim?) psychiczne. Tylko czy taka postawa twórcy nie ma w sobie czegoś z wyrachowania, manipulowania i sztucznej kalkulacji, która nie objaśnia rzeczywistości, ale wprost przeciwnie:  zaciemnia ją, a co gorsza – pozbawia przy tym tajemniczości?

Lecz z drugiej strony podejście Mungiu do filmowej materii mi odpowiadało, ponieważ nie chciałem (tym razem) uczestniczyć w kolejnej opętańczej wersji pseudo-metafizycznych szatańskich harców z ludzką psychiką, jaką zaserwowali nam choćby Iwaszkiewicz i Kawalerowicz w „Matce Joannie od Aniołów”; nie miałem żadnej ochoty świadczenia negującym wszelkie prawa fizyki konwulsjom, którymi raczyło nas nawet kino mainstreamowe typu słynnego „Egzorcysty” (choć, po prawdzie, wicia się w spazmach, jęków i wrzasków w „Za wzgórzami” jednak nie brakuje). Miałem też dość skupiania się na seksualnych wynaturzeniach ludzi zakonnych – jak to nam zaprezentowała nie tak dawno mp. pani Barbara Sas w swoim dziele „W imieniu diabła”, czy wiele innych filmów pastwiących się nad zrepresjonowaną, często pokręconą i sfiksowaną seksualnością tych, którzy zmuszani są do życia w celibacie. A tu Mungiu taki wyważony, równo rozkładający wszelkie „za” i „przeciw”, nie sądzący, tolerancyjny i powściągliwy (ale czy przez to bardziej sprawiedliwy?)

Jednakże, czy ta ostrożność reżysera nie spowodowała tego, że w oczach wielu widzów film zaczął grzeszyć wspomnianą już monotonią i brakiem konkretnego przesłania (czyli – jakby nie było – brakiem celu i sensu)? Mimo więc realistycznej konwencji, sam obraz prezentował się mało wyraziście: na ekranie było tak, jak było, ale my odnosiliśmy wrażenie, że mogło być jednak zupełnie inaczej. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z plastyczną urodą Mungiu’owego obrazu, która jest dla mnie niewątpliwa i która sprawiła mi w kinie wiele przyjemności.

Boska władza w rękach mężczyzny?

*

Głównym dylematem jaki podnosi „Za wzgórzami” jest kwestia wolności człowieka w konfrontacji z jego wiarą i okolicznościami, w jakie wepchnęło go życie. Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć? Czy miłość do Boga musi konkurować z miłością do człowieka – a nawet ją wykluczać? Czy dobro, jakie daje człowiekowi wiara (i religia), zbyt łatwo nie zamienia się w zło, które zniewala i niszczy – zarówno jego samego, jak i innych ludzi? Jakie są źródła władzy i czym jest władza w kontekście religii? Gdzie kończy się wiara a zaczyna przesąd – i czy istnieją między nimi jakieś wyraźne granice. Czy warunki egzystencji i sama ludzka kondycja nie wymuszają na człowieku irracjonalnych zachowań? Czym jest Zło, kim jest Diabeł? Czy nieświadomość czynienia zła może zwolnić kogoś od winy, a tym samym i kary?
To nie są błahe pytania.
Ale czy film Mungiu jest w stanie je unieść? Czy bez odwoływania się do pewnych fenomenów, wartości, aspektów i znaczeń pozafilmowych możemy z nim prowadzić pozbawiony redundancji, rzeczowy dyskurs? Albo inaczej: czy wnosi on coś istotnego (nowego) do naszego pojmowania świata i ludzkich zachowań?
Stawiając te pytania na gorąco, tuż po projekcji, trudno mi jest na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo film mnie jednak zaabsorbował i czuję jeszcze w sobie jego rezonans i wibrację, nadal rozsupłuję w głowie siatkę jego znaczeń, choć z drugiej strony, w pewnych momentach, odczuwałem wobec niego pewien dystans. Tak więc zastanawiam się, czy ukazał mi on coś, czego wcześniej nie widziałem i nie wiedziałem? Chyba jednak nie – i piszę to bynajmniej nie dlatego, że uważam swoją wiedzę i doświadczenia za szczególnie bogate i rozległe. Piszę to z racji pewnego niedosytu z jakim mnie film „Za wzgórzami” pozostawił. Lecz mimo to będę go wspominał dobrze.

greydot

Advertisements

komentarzy 28 to “W IMIENIU BOGA… CZY DIABŁA? („Za wzgórzami”, reż. Cristian Mungiu)”

  1. gold account Says:

    „Za wzgórzami” Cristian Mungiu – Mungiu to laureat Złotej Palmy sprzed kilku lat za film „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”. Tegoroczny film został nagrodzony w Cannes za najlepszy scenariusz oraz grę aktorską ( aktorki w głównych rolach). Te wyróżnienia podkreślają niezwykły talent tego rumuńskiego reżysera. Film jest inny od „4 miesięcy…”, mówi o współczesnej Rumunii, jest oparty na faktach. Opowiada o dwóch przyjaciółkach, wychowankach domu dziecka. Jedna z nich jest zakonnicą w klasztorze prawosławnym, druga wyjechała do Niemiec, ale wraca z nich po to, aby tę przyjaciółkę z klasztoru wydostać. Przeor jednak odmawia wyjazdu swojej podopiecznej. Zaczyna się walka o duszę dziewczyny. Kończy się to tragedią. To film, który stawia pytania dotyczące wiary. Wiara ma wyzwalać, a tutaj krępuje. Dość głośno było o sytuacji, która stanowi punkt wyjścia do filmu. Cała Rumunia spierała się o wiarę i odpowiedzialność za władzę. Myślę, że w Polsce film ten wywoła podobną debatę.

  2. Torlin Says:

    Nie znam, nie wiem, nie orientuję się.

  3. Ulotna_wiecznosc Says:

    Ostatnio zachwycił mnie film nakręcony 20 lat temu na podstawie biograficznej powieści Marguerite Duras :-) i rozczarowala zupełnie Bitwa pod Wiedniem :-(

    • Logos Amicus Says:

      Chodzi o „Kochanka” Annauda?
      Nota bene, pani Duras odpowiedzialna jest także w dużej mierze za niezapomniany film Resnaise’a „Hiroszima, moja miłość”, do którego napisała scenariusz.

      A „Bitwę pod Wiedniem” może obejrzę, ale trochę tak z obowiązku, bo jednak niewiele dobrego spodziewam się po tym filmie.

      • Ulotna_wiecznosc Says:

        Tak. LA o ten film chodzi. Tytuł nie pasuje do tego filmu i dlatego go nie napisalam, najlepiej jest gdy po obejrzeniu myśle o filmie i odkrywam drugie, trzecie i kolejne znaczenia i zacytuję Cię, , rozsupluje w glowie siatkę jego znaczeń, , świata uczuć, emocji ujmuje mnie szczerość tego przekazu.

  4. sarna Says:

    „Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć?” – zwykło się przyjmować, że wiara jest dla malutkich i biednych, tzw. ciemnogrodu, a tymczasem ostatnio czytałam opinie wybitnych naukowców, w tym laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Artura Camtona, którzy wierzą w Boga ” ponieważ nie można podważyć faktu, iż wszędzie tam gdzie widzimy planowe działanie, mamy do czynienie z inteligencją … Nadrzędna Inteligencja powołała świat do jego istnienia i stworzyła człowieka”. Ludzki organizm jest „cudowną maszynerią”, gdzie istnieje szereg współzależności, napędzających tą machinę, które nie mogą być dziełem zwykłego, głupiego przypadku. Np. dr Artur Conklin (biolog, Uniwersytet Princetown) uważa, że „prawdopodobieństwo przypadkowego powstania życia jest porównywalne do prawdopodobieństwa powstania pełnego słownika w wyniku eksplozji w drukarni” :) I pomyśleć, że mówi to naukowiec tego formatu. No, no …, ale chyba wie, co mówi, bo wie, że nawet darwinowska teoria ewolucji liczy na czas, baaardzo długi upływ czasu konieczny dla zajścia zmian, przystosowania się, gdy tymczasem organ jakim jest oko powstał od razu w doskonałej formie. Oko nie mogło rozwijać się na przestrzeni długich okresów, musiało być kompletne (siatkówka rozpoznaje światło, soczewka ogniskuje, a włókna przekazują impuls do mózgu), inaczej byłoby bezużyteczne. Nawet wielcy naukowcy nie potrafią przyjąć, że to przypadek. A co powiesz o wszechświecie, gdzie miliardy galaktyk poruszają się z niesamowitą prędkością, w ściśle określonym czasie po swoich orbitach, wewnątrz innych orbit. Trudno uwierzyć, że to tak „z głupia frant”, zero inteligencji, dzieło przypadku.
    Wiara – trudny temat. Sama mam z tym kłopot, choć chcę wierzyć „na wiarę”.

    Czy warunki życia mogą determinować wiarę – pewnie mogą. Platon próbował zdefiniować pojęcie „człowieka” i uznał, że jest to dwunożne zwierzę. Inny filozof zaoponował i unosząc w górę koguta krzyknął – patrzcie, oto jest człowiek :) Spierali się, i spierali, aż doszli do konkluzji, że człowiek to zwierzę religijne. Coś w tym jest, każdy ma swojego Boga, jakkolwiek Go zwie.

    PS Wiedziałam, że znowu utkniesz w kinowej sali, jesteś jak galaktyka, która w ściśle określonym czasie
    zatoczy krąg i zaliczy Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Chicago. Minął kolejny rok …

    • Logos Amicus Says:

      Ja nie uważam, że wiara jest domeną ludzi “malutkich i biednych” – i że musi przybierać barwy ciemnogrodu. Wierzącymi są również ludzie wybitnie inteligentni, posiadający rozległą wiedzę, wiele wnoszący do kultury. (Wiary wg mnie nie można uważać za funkcję inteligencji – bardziej to sprawa charakteru i konstrukcji psychicznej człowieka.)

      Bliski mi jest pogląd Camtona, że we Wszechświecie można dostrzec planowe działanie – bo wydaje mi się, że jednak ewolucją życia kierują jakieś nie znane mi wprawdzie, ale ukierunkowane siły (a skoro coś jest ukierunkowane, to nie może być już przypadkowe). Trudno mi jest więc uwierzyć w przypadkowe powstanie życia na Ziemi, choć oczywiście podzielam zdanie o prawdziwości głównych zrębów teorii ewolucji.

      Nie sądzę, że oko powstało “od razu w doskonałej formie”, jak piszesz. Również i oko podlegało ewolucyjnemu rozwojowi: od form prostszych do (niemalże) doskonałych. W istocie: ciało ludzkie (a zwłaszcza mózg) sprawia wrażenie czegoś cudownego (jest to dla mnie źródło nieustannego zdziwienia i fascynacji) – i składa się nań także (obok oka) mnóstwo innych organów, które funkcjonują w zdumiewający sposób.
      Moim zdaniem, rozwój tak skomplikowanych struktur związanych z życiem możliwy był tylko dzięki działaniu pewnych ukierunkowanych sił – czegoś w rodzaju kosmicznego “komputerowego” programu (wg którego, moim zdaniem, rozwija się – i podlega ewolucji – cały Kosmos).

      No nie każdy ma swojego Boga (np. ateiści), choć rzeczywiście gatunek ludzki można określić jako homo religiosus, bo religia od zarania ludzkiej cywilizacji była jednym z głównych czynników rozwoju naszej kultury – a więc i samego człowieczeństwa. Nawet więc zagorzali i wojujący ateiści są ukształtowani przez czynniki mające ścisły związek z religią – ale oni nigdy nie będą się chcieli do tego przyznać (ani nawet sobie tego uświadomić ;) )

    • sarna Says:

      Mówiąc, że oko powstało od razu kompletne i doskonałe, cytuję tylko zdanie naukowca, bo to on twierdzi, że „na wizję składa się kompletny system narządów wzajemnie powiązanych w działaniu …oko ludzkie nie mogło rozwijać się na przestrzeni długich okresów czasu, ponieważ jeśli nie jest ono kompletne, to jest bezużyteczne. Inżynieria, chemia, procesy informatyczne – wszystko to jest uruchamiane podczas każdorazowego otwarcia naszych oczu” Ponoć Darwin przyznał się do tego, że „myśl o oku,o tym, jak mogło się ono ukształtować w procesach naturalnego doboru , przyprawiała Go o chorobę.

      Mnie również fascynuje „ład” funkcjonowania wszechświata. Jeśli na Ziemi, u zarania na niej życia rzeczywiście miało miejsce wielkie „bum” to raczej jego konsekwencją powinien być jeden wielki chaos, a nie wręcz matematyczny ład.

      Nawet ateista nie zaprzeczy temu, że człowiek potrafi co najwyżej konstruować i odkrywać, ale nie potrafi stworzyć czegoś z niczego. Skąd się wzięła pierwsza cząsteczka materii, kto ją wprawił w ruch, podporządkował prawom matematyki? Odwieczny dylemat, kto był pierwszy – jajko czy kura ? :)

      • Logos Amicus Says:

        Odwieczny dylemat i Wielka Tajemnica: dlaczego jest COŚ a nie NIC?

        Współczesna nauka przyjmuje, że Wielki Wybuch uważany za początek naszego Wszechświata miał miejsce około 14 miliardów lat temu. Pierwsze komórki, które można już uznać za formę życia, pojawiły się na Ziemi około 3,6 miliarda late temu, czyli miliard lat po tym, jak powstała planeta Ziemia.
        Ale to wszystko jest widziane tylko z naszej ludzkiej perspektywy. W skali absolutnej takie pojęcie jak np. czas (ale też i przestrzeń) nie ma sensu.

        Nie przekonuje mnie ten cytat o oku. Kto jest jego autorem? Oko wcale nie musiało być doskonałe, aby spełniać swoją funkcję – wystarczyło że było organem, które reaguje na jakieś pole elektromagnetyczne (np. światło). To wystarczało by żyjący organizm mógł się orientować w przestrzeni.
        Nietoperze są ślepe a zobacz jak doskonale orientują się w przestrzeni. Funkcję oka spełnia u nich coś w rodzaju radaru wyłapującego ultradźwięki. Też zdumiewajace ;)

        • sarna Says:

          No właśnie, dlaczego Coś, a nie Nic?

          Ludzka perspektywa jest niedoskonała. Sięgamy wiedzą (?) 3,6 miliarda lat wstecz, a nie potrafimy przypomnieć sobie, co wczoraj jedliśmy na śniadanie. Te żałosne dociekania, o naszej prawdziwej historii z okresu II wojny światowej ( i po), dlaczego to takie trudne skoro tak butnie twierdzimy, że potrafimy powiedzieć, co miało miejsce 3,6 miliarda lat temu?

          Autora na „pewniaka” już Ci nie powiem, ale to chyba któryś z tych wyżej przeze mnie przytoczonych. Pomyśl, Twój aparat fotograficzny to zaledwie dziecinna zabawka wobec delikatnej rogówki ludzkiego oka, bo o nim mówimy, a nie o oku prymitywnych form życia. Ale jeśli nawet gdyby gdybać, bez rozróżniania form życia … To, że delfiny czy nietoperze „widzą” orientując się w przestrzeni dzięki ultradźwiękom to fenomen, ale to jeszcze nie oko w ścisłym tego słowa znaczeniu (jako organ). Niewidomi ludzie również potrafią doskonale orientować się w przestrzeni, wychwytując dźwięki niesłyszalne dla widzących, rozpoznając kształty czy zapachy, ale czy możemy postawić znak równości pomiędzy ich obrazem widzenia, a tym jaki mieliby gdyby ich oko było zdrowe?

  5. Miriam Says:

    A propos homo religiosus:

    http://ktk.uwb.edu.pl/wystapienia/6.htm

    Oto fragment:

    „Mając na uwadze powyżej wskazane wątpliwości i zastrzeżenia co do określenia homo religiosus w sensie, że człowiek z natury swej jest istotą religijną, wydaje się, iż lepiej i poprawniej jest używać sformułowania: człowiek jest ze swej natury otwarty i ukierunkowany ku transcendencji. Homo religiosus (człowiekiem religijnym), czyli istotą religijną w pełnym tego słowa znaczeniu staje się wówczas, gdy dojdzie do poznania Bytu Transcendentnego i nawiąże z Nim osobowy kontakt.”

    Pozdrawiam

  6. jula Says:

    No tak, ale skoro poruszamy się w obrębie kosmosu i jego czasu – kosmicznego. ;)
    To jaka religię miały Dinozaury?… Bo przecież były na tej planecie, nikt ich istnienia chyba nie podważa. ;0
    Religie nam znane, mam na myśli ludzi, były przez ludzi wymyslone na ich, nasze potrzeby. A pierwszym znanym bogiem było Słońce i całkiem słusznie nasi przodkowie byli bardzo pragmatyczni. Co do późniejszych religii, to powiedziałabym, że jak zwykle biedni sobie wymyslali dobrego boga, a potem był on przejmowany przez władców, to przeciez z reguły, najbardziej światli ludzie. Kapłani posiadali najlepszą wiedzę.

    • sarna Says:

      Jula, Słońce- ten pierwszy nasz ludzki Bóg, to tylko jedno z lśniących, gorejących ciał niebieskich we wszechświecie, to zaledwie mikrocząsteczka Drogi Mlecznej na która składają się miliardy potężnych słońc.
      Nigdy nie zastanawiałaś się skąd ich początek i jak to wszystko tak sprawnie działa?
      Nigdy nie poraziła Cię genialność cudu życia, gdy obserwowałaś jak z odrobiny płynu rodził się nowy człowiek i miał te same rysy, oczy, czasami nawet głos jak jego przodek nawet kilka pokoleń wcześniej?

    • Logos Amicus Says:

      Jula, ludzie częściej chyba wymyślali sobie boga groźnego, niż dobrego ;) Tym bardziej ochoczo atrybuty takiego boga były przywłaszczane przez władców, bo jednak strach jest bardziej skutecznym sposobem utrzymania władzy, niż dobrotliwość ;)

      Sarno, a może nigdy nie było żadnego początku i nigdy nie będzie żadnego końca?
      A w ostatnim zdaniu zachwycasz się po prostu genami ;)

      • sarna Says:

        Amicusie, a czym jest gen? Czy powstaje z niczego? Skąd DNA i jego genialność, tj.skąd białka, kwas rybonukleinowy ,kto zapisał w nich kody, które do dziś próbują rozwikłać najmędrsze głowy? Dlaczego jeśli to zwykła biologia i chemia nie potrafimy znaleźć odpowiedzi na choroby zapisane w genach i komórkach?
        W przyrodzie nic nie ginie, nieustannie zachodzą procesy łączenia i rozpadu, jedno zamienia się w drugie, ale zawsze jest tyle samo materii. Mnie zastanawia się skąd ona się wzięła i jak to możliwe, że zawsze jest jej tyle samo?

        • sarna Says:

          Sorry, ale czy to nie Jula słusznie zwróciła uwagę na coś, co nie uszło i mojej uwadze :) przy innym poście, jak bardzo jesteś podobny do swojego Taty? Powiadasz geny? Tzn, co? Jeśli wykluczyć Boga jako najwyższego Projektanta, to Kto lub Co? Uważasz, że tak do końca, w każdym calu jesteś dziełem przypadku? Że jesteś leszczynowym orzechem na którym Bóg połamał sobie zęby ;) ?

  7. jula Says:

    Sarno a kto według Ciebie zaprojektował Tego boga – głównego projektanta ? ;)
    Ludzka wiedza mimo ogrmnego postępu nadal jest w powijakach , chocby dlatego,że już wiemy iż człowiek „zaprojektowany” jest na ok. 150 lat życia a nadal nieliczni dozywaja 100 , a są tacy , mam sąsiadkę która liczy sobie 105 wiosenek. :D

  8. tamaryszek Says:

    Twój dylemat – czy to dobrze czy źle, że Mungiu zachowuje dystans i nie przydziela żadnej ze stron prawa do racji – gdybym mogła, rozstrzygnęłabym na korzyść „dobrze”. ;)
    Wyjaśniam mój punkt widzenia. Otóż, nie rozstrzygając niczego, nie „zaciemnia”. On nie od tego jest, by mi zbyt nachalnie imputować swoje racje. Poza tym – tu małe zaplątanie – chyba jednak przewagę zyskuje głos osobisty, nie klasztorny (zakonny, kościelny etc.).
    Bo jeśli nawet zbrodnia była przypadkiem, motywowana dobrą wiarą i chęciami, to i tak jest czymś nieodwracalnym, niepotrzebnym. Otwiera oczy drugiej bohaterce i dodaje sił, by zeznawać i by wycofać się z izolacji.

    Dla mnie najciekawsze było postawienie pytania o to, jak (i czy w ogóle) można odgrodzić się od zła? Rezygnacja z światowego życia, posty, modlitwy, zamykanie oczu na podszepty szatana (lub ludzi, w których widzi się jego emanację) prowadzi donikąd. Bardzo dobre zakończenie. Scena dzieje się już w mieście, policyjny wóz stoi na skrzyżowaniu, w środku zakonnice, które zdecydowały się zeznawać. Policja mówi coś o innym złu, o jakimś brutalnym morderstwie (już nie pomnę). I jest tak, że nie da się złu zaprzeczyć, nie da się zamknąć oczu i jak w dziecinnej zabawie – powiedzieć, nie istnieje, bo nie widzę. Przejeżdżający mimo samochód obryzguje szybę wozu błotem. No tak, bez ubrudzenia nie da się niczego prawdziwego dostrzec.

    • Logos Amicus Says:

      Masz rację, to jest mój dylemat ;)
      Moim zdaniem każda strona powinna mieć prawa do swojej racji (chyba nie muszę Cię do tego przekonywać, bo sama kilka razy o tym pisałaś ;) ) A czy zachowanie dystansu przez twórcę wobec tematu (czy też postaci) które kreuje. to naprawdę zawsze jest dobre?
      I nie chodzi tu o „nachalne imputowanie” nam swoich racji.

      Dla mnie jednak każde wybitne dzieło sztuki jest w pewnym sensie moralitetem – tzn. czymś konstytuującym wartości naszej kultury. A to wymaga od twórcy zajęcia konkretnej pozycji – niekoniecznie sędziego expressis verbis, ale właśnie sugerującego swoją pozycję, zdanie, postawę… A to zawsze zawiera w sobie pewien osąd. Może właśnie sztuką jest to, aby ów sąd niejako ukryć, albo go zniuansować, nie wypowiadać wprost?

      Piszesz: „Rezygnacja z światowego życia, posty, modlitwy, zamykanie oczu na podszepty szatana (lub ludzi, w których widzi się jego emanację) prowadzi donikąd.”
      Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że takie rozstrzygnięcie przez Ciebie tek kwestii jest właśnie osądem? ;)
      Hm… „zamykanie oczu na podszepty szatana prowadzi donikąd”… nad tym również będę się musiał zastanowić ;)

      Ja także uważam, że ostatnia scena filmu jest świetna (przypomniała mi nieco „Pewnego razu w Anatolii”). Takie zderzenie świata zmurszałej nieco (ale mocno jednak uporządkowanej i zhierarchizowanej) staroświeckości z ubłoconą, rozgrzebaną i chaotyczną współczesnością, robi wielkie wrażenie. Bardzo efektywny zabieg reżysera – który nota bene można uznać za coś w rodzaju jego własnego komentarza do filmu, może nawet pointę?

  9. tamaryszek Says:

    Nie oponuję. Reżyser bezstronny to nie jest „naprawdę zawsze dobre” rozwiązanie. Ja raczej wolę, gdy unika stronniczości. Ale – po pierwsze – całkowita bezstronność jest złudzeniem. nawet dokumenty są subiektywnym widzeniem świata, a co dopiero fabuła. Po drugie – ciekawie to ująłeś – reżyser może dążyć do moralitetu, do refleksji odzwierciedlonej w świecie wartości, które wyznaje (on, czy my, jako kultura). Przytakuję.
    Na pytanie, czy zdaję sobie sprawę, że cytowane zdanie jest osądem, a przynajmniej interpretacją wartościującą? – odpowiadam, że tak, zdaję sobie sprawę.

    I to trochę przeczy temu, co powiedziałam: że Mungiu nie ocenia. Ocenia (na szczęście chyba nie nachalnie). I to jest trochę wbrew Twojemu odczuciu, że on się za mało określa, czy za mało akcentuje, co wg niego jest ok. Nie chcę sobie uzurpować prawa do nazywania tego przesłania, ale nie wydaje mi się, by ono było nachylone ku życiu w monasterze.

    Skojarzenie z Anatolią – bezcenne. :))

    • Logos Amicus Says:

      Wydaje mi się, że Mungiu zrobił ten film właśnie dlatego, aby uświadomić nam jednak, że ludzkie intencje czynienia dobra prowadzą czasami (często?) do tego, że człowiek wyrządza zło. Że tak naprawdę, klasztorna klauzula, mimo ujmowania ludzi w ścisłe ramy i narzucająca im określony sposób zachowania (a nawet myślenia), może wprowadzić do ludzkich głów zamęt. Że ludzie, tak naprawdę, chroniąc się w murach klasztoru przed prawdziwym życiem (uciekając przed światem?) nie zaznają tam spokoju i nie doznają wolności, a wręcz przeciwnie: stają się (mogą się stać?) zniewoleni nie tylko przez monastyczny reżim, ale też i przez własne lęki i obsesje… etc. Że religia ma ścisły związek z władzą, i że w dzisiejszych czasach bardziej jest przesądem, niż depozytariuszem tradycyjnych wartości… etc.

      A takie podejście jak najbardziej wynika z własnego osądu. Tyle, że Mungiu, jako twórca świadomy pułapki wykładania wszystkiego wprost (nachalnie, stronniczo, ostentacyjnie…) swoją pozycję (sąd, wyznawane wartości) niejako kamufluje – wprowadzając argumenty (fakty, motywy, zachowania, słowa…) wspierające „drugą stronę” (stąd ludzka, „niewinna”, a nawet dobrotliwa twarz tych, którzy de facto dziewczynę uśmiercili). Ja, uświadomiwszy sobie to, pomyślałem więc nawet o pewnej manipulacji widzem – a przecież można na to spojrzeć zupełnie inaczej: czyli jak na artystyczny zabieg, do którego przecież reżyser ma prawo, a nawet obowiązek ;)

      Pewnie z tego wszystkiego bierze się również nasze wahanie: jest w tym filmie osąd reżysera, czy też go nie ma?
      Otóż można się tu pokusić na odpowiedź: tak, ten osąd jest, a zarazem go nie ma ;)
      (Co wygląda pokrętnie, ale chyba wynika to z natury samej sztuki, która cała jest przenikaniem się prawdy i kłamstwa, pozy i autentyczności, dosłowności i niedomówień, oczywistości i kamuflażu…)

  10. 4youu Says:

    No to ja znow coś polecę, książki: „Seks a religia” oraz „Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet”

  11. „UN PLUS UNE”, „KOMUNA”, „KLIENT”, „EGZAMIN”, „EKSCENTRYCY” – o filmach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Palma dla „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” w 2007 r. za najlepszy film; Złota Palma dla „Za wzgórzami” dwa lata temu za najlepszy scenariusz i Złota Palma dla „Egzaminu” za najlepszą reżyserię w […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s