TŁUM

*

Tłum na przejściu dla pieszych na Times Square w Nowym Jorku (kliknij aby zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze)

*

Tłum. To ciekawe, że nigdy nie identyfikujemy się z tłumem, mimo że bywamy jego częścią. Tłumy są coraz większe. A wtedy, kiedy rośnie tłum, my stajemy się coraz mniejsi.

Czasem dobrze jest być w tłumie – czuć jego energię, która udziela się nam samym – poddać się jego ruchowi, który nas porywa – poczuć euforię, która jest zaraźliwa, podobnie jak inne uczucia, które nas w tłumie przenikają, niczym jakieś tajemne fluidy. Nie chcemy wtedy być czymś osobnym, nasz indywidualizm się rozpływa, stajemy się częścią większej masy – silniejszej, mocniejszej, cięższej niż my sami z naszą dokuczliwą zazwyczaj lekkością bytu. Nie potrzebujemy wtedy poczucia sensu – bo sensem staje się sam tłum – on sam ten sens nam wyznacza.

Ale bywa też tak, że jesteśmy przez tłum zniewoleni – schwytani w jego sidła, bez żadnej możliwości manewru. Nasza osobność staje się wtedy jeszcze bardziej osobna. Czujemy się jak ofiara w potrzasku – bezbronni, zdani na łaskę i niełaskę żywiołu, który wydaje się nieskończenie nas przerastać, i który na naszych oczach staje się tratującym nas potworem – Lewiatanem o tysiącu twarzach.

Tłum może nas połknąć, ale może też nas wypluć. Czasem połknięcie jest dla nas korzystne, czasem nie – to zależy od okoliczności. Podobnie jest wtedy, kiedy tłum nas wypluwa.

greydot

Tak się złożyło, że cały ubiegły tydzień mieszkałem tuż obok Times Square na Manhattanie. Przy placu, przez który przewijają się i przelewają nieustannie nieprzebrane tłumy. Ponoć jest to pępek świata. Jeśli tak, to jest to pępek niezwykle ruchliwy, niczym mrowisko – centrum, w którym skupia się nie tylko amerykański, ale i globalny tygiel – tysiące i  miliony ludzi z wszystkich kontynentów, wszystkich ras i kolorów skóry, wszelkich możliwych ludzkich typów.

Times Square jest plebejski, jaskrawy, krzykliwy – jest jednym wielkim neonowym kiczem, tworem migotliwej, zmerkantylizowanej, zreklamizowanej do cna cywilizacji – oślepiającej, ogłuszającej… ogłupiającej. Wmawiającej wszystkim szczęście, a tak naprawdę, pod podszewką hedonistycznych uciech, skrywającą dekadencki koszmar chylącego się ku upadkowi imperium.

greydot

Gdy znalazłem się na amerykańskiej ziemi, ta obecna tutaj różnorodność ras, przebogata i kolorowa etniczna mozaika, mnogość ludzkich typów, które mimo swych różnic, potrafiły żyć obok siebie bez większych konfliktów i tolerancyjnie… to wszystko, dla mnie – przybysza z kraju ze zhomogenizowanym totalnie (jak mi się wtedy wydawało) społeczeństwem – było nieustannym źródłem fascynacji. Poczułem się w tej przebogatej mieszance dobrze jak u siebie w domu, Jednym słowem: bardzo mi się to spodobało. I podoba nadal. Kiedy więc wchodziłem (oczywiście z tłumem) do nowojorskiego metra i kiedy spotykałem tam tych wszystkich tłumnie zgromadzonych w przedziale ludzi, i kiedy patrzyłem na ową niesamowitą różnorodność ludzkich twarz, sylwetek, ubiorów… (w żadnym innym miejscu na świecie nie spotkałem tak oszałamiającej różnorodności ludzkich typów), to coś w moim wnętrzu się cieszyło i uśmiechało, choć przecież spotykałem tam też sennych, zmęczonych i milczących ludzi (pewnie groziłyby to i mnie, gdyby metro stało się częścią kieratu mojego powszedniego, w jaki niewątpliwie było schwytanych wielu z tych ludzi).

Jednakże tłum z Time Square był zupełnie inny. Prawdopodobnie dlatego, że składał się w większości z przybyszów z zewnątrz, z turystów – z ludzi, którzy tu wpadli na krótszą lub dłuższą chwilę ze wszystkich zakątków świata. Jak już pisałem, mieszkałem przy Time Square przez dłuższy czas, więc mój stosunek do wypełniających ten plac tłumów z czasem się zmieniał: zrazu było to zaciekawienie i niewątpliwa fascynacja, następnie wynikające ze spowszednienia zobojętnienie, na koniec zaś lekkie zmęczenie, może nawet irytacja?  (Być może więc nie powinienem się wówczas wybierać do MoMy, zwłaszcza że był to koniec tygodnia i w Muzeum Sztuki Współczesnej zastałem niemożliwe do wyobrażenia tłumy, które zmuszone były udawać, że podziwiają w tych warunkach dzieła sztuki współczesnej, która wszak łatwa w odbiorze nie jest. Przyglądając się w MoMie tej snującej się po wystawowych salach ciżbie, w pewnym momencie uderzyło we mnie poczucie… absurdu: większość tych ludzi, tak naprawdę, zgromadzonymi tam obrazami, rzeźbami i instalacjami nie była zainteresowana: równie obojętnie przechodzili obok pięknego aktu namalowanego przez Modiglianiego, co obok zupełnie nieczytelnych kleksów Motherwella. Tłoczna ta procesja to przypominała mi jakiś rytuał – haracz spłacany nawykowi turystycznej konsumpcji – w miejscu, które ciszy się famą jednej z największej atrakcji Nowego Jorku. Ale to temat na inną rozprawę).

A sam Manhattan, mimo wszystko jest fascynujący i na szczęście ma również taką enklawę przestrzeni i zieleni jak Central Park, gdzie można nawet zagubić się na leśnej ścieżce, wśród szumu liści drzew i śpiewu ptaków – z dala od tłumnej cywilizacji. Każdy z nas potrzebuje takiego oddechu.

greydot

(Fot. własna. Zdjęcia powiększone tłumu przeniesione zostały TUTAJ – na stronę z komentarzami)

Reklamy

Komentarzy 30 to “TŁUM”

  1. Logos Amicus Says:

    Tłum – powiększony:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/10/crowd-1.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/10/crowd-2.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/10/crowd-3.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/10/crowd-4.jpg?w=780

    (Zdjęcia własne – przeniesione ze strony głównej)

  2. Jula :) Says:

    Tak, ale to tylko wdużych miastach. Ta różnorodność. W małych miasteczkach na prowincji , zupełnie inaczej .
    Poza tym są tkzw. ” getta” , choćby nasze „Jackowo” w Chicago. :D
    Ja też lubię być w takim tłumie. Też żywię się tą energią. Może to nasz atawizm, życie zwierząt w grupie?…

  3. ZygmuntMolikEWA Says:

    Podobne tłumy fotografowałam kilka lat temu na Polach Elizejskich w niedzielę. Od tego czasu unikam Pól, szczególnie w niedzielę. U nas podobnie tłoczno bywało ‚za komuny’, ludzie częściej bywali poza domem, pracą (?).
    Teraz jedynie w Rynku można spotkać tyle ludzi, gdy miasto oferuje igrce i swawole. Poza tym tłumów brak. Tłumów nie lubię, tracę oddech, unikam jak ognia.
    Największy tłum spotkałam, niczego nie przeczuwając, w Barcelonie. 2 miliony osób! wyszło na ulice w proteście (nie pamiętam powodu). Czułam się strasznie, nie polecam. Mimo że szły całe rodziny i to ze śpiewem na ustach mnie chciało się płakać. Czy jestem za wielką indywidualistką ?

  4. Onibe Says:

    są ludzie, którzy marzą o życiu w tłumie, są i tacy, dla których tłum jest źródłem dyskomfortu. Ja osobiście największe miasta lubię oglądać na zdjęciach i za cholerę nie ciągnie mnie do ich tłumnych przestrzeni…

    • Logos Amicus Says:

      Trudno mi sobie wyobrazić marzenie o życiu w tłumie ;)
      Wielu ludzi jednak tłum podnieca – nogą się w nim zatracić, poczuć jego energię… to, czego nie mogą doświadczyc w pojedynkę.

      • Onibe Says:

        mnie też to umyka, ale naprawdę znam ludzi, którzy płacą absolutnie wielkie pieniądze za np. możliwość mieszkania w samym centrum miasta, słuchania tysięcy przejeżdżających aut i tramwajów oraz wpadania w tłum ilekroć przyjdzie im ochota wyjść z domu… cóż, de gustibus…

    • Logos Amicus Says:

      Albo tzw. „plażowanie” – tłumne nad wyraz:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/10/rio.jpg?w=780

      Plaża w Rio (zdjęcie własne)

      • Onibe Says:

        znam takie widoczki z plaż włoskich… Czytałeś może kiedyś Asterixa? W „Wyprawie dookoła Galii” jest taka scena jak Asterix i Obelix natrafiają na dłuuuuugi korek wozów konnych – okazuje się, że Lutecjanie jadą właśnie nad morze, na wczasy. Na pytanie „po co?” uzyskują odpowiedź, że to odpoczynek. I wtedy pada kultowy komentarz Obelixa: „Ale głupi ci Lutecjanie”. No więc mnie dokładnie ten sam komentarz przychodzi ilekroć widzę to co na zdjęciu powyżej ;-)

  5. Ulotna_wiecznosc Says:

    Masz takie piękne smaczki językowe, dziś było to ‚,,haracz splacany nawykowi turystycznej konsumpcji,,’
    tłum lubie czasem poobserwowac….

  6. miziol Says:

    Patrzac na to zdjecie pomyslalem, ze niewiele trzeba zeby ci sami ludzie wywolali w obserwatorze zupelnie inne odczucia. Teraz wszyscy patrza przed siebie i widzi sie jakas bezladnie poruszajaca sie mase, ale gdyby nagle wszyscy spojrzeli w jednym kierunku, to juz by znacznie zmienilo sie emocjonalne oddzialywanie tej fotografii. Ty, jako „parajacy” sie fotografia pewnie przyznasz mi racje, ze kompozycja jest niezwykle wazna.

    • Logos Amicus Says:

      Często rzutujemy na tłum nasze własne uczucia – widzimy w nim to, co chcemy zobaczyć. Albo oceniamy siłą naszego przyzwyczajenia.
      Ten tłum na Times Square jest tłumem przypadkowym – czyli zbiorem ludzi raczej nie wchodzących ze sobą w żadną reakcję, nie skoncentrowanym na czymś konkretnym. To by się zmieniło, gdyby np. wszyscy w tym tłumie zobaczyli np…. UFO ;)
      Tak kompozycja jest niezwykle ważna – często określa nawet samą treść zdjęcia, nie tylko jego formę.

  7. Jo Says:

    Lubimy swój indywidualizm ( chyba większość z nas tak postrzega wlasne ego) i dlatego nie chcemy być postrzegani przez pryzmat tłumu, a jeśli już damy się ponieść fali, to zazwyczaj z wytłumaczeniem jakiejś wzniosłej idei ;), ale znam i takich, którzy w tłumie czują się idealnie wysysając nadmiar energii ;)
    zdjęcia bardzo dynamiczne ;)

    • Logos Amicus Says:

      Zdjęcia są dynamiczne dzięki dynamice tłumu ;)

      Tak, nawet jeśli poddamy się działaniu (presji) tłumu i stajemy się jego aktywna częścią, to później staramy się nasze zachowanie zracjonalizować (i tu dochodzi do głosu nasz indywidualizm).
      Co ciekawe, nawet kiedy tłum staje się destrukcyjny, to uczestniczący w nim ludzie mają poczucie działania w imię jakiejś wzniosłej idei”.

  8. Roma Says:

    Podobają mi się Twoje zdjęcia, Logosie. Same w sobie, bez komentarza…:-)
    Ciekawy temat: tłum, wieloznaczeniowy, ambiwalentny, prosty, mocny..Wyobraziłam sobie wielkoformatowe zdjęcia 1:1, zaaranżowane w jakiejś przestrzeni. Gratuluję pomysłu.

    Pozdrowienia

    • Logos Amicus Says:

      Możę więc lepiej byłoby, gdybym darował sobie wszelkie komentarze? ;)

      • Roma Says:

        Skoro piszesz bloga – a nie książki, masz potrzebę dialogu i lubisz wchodzić w interakcje z otoczeniem :-) Nie żałuj więc sobie komentarzy, uwag, ocen. Ciekawią mnie Twoje artykuły, felietony czy jakby nie ograniczać pisania znaczeniowo, teksty po prostu :-) Tematyka jest dla mnie interesująca, masz szeroką i spójną wiedzę, czasami jednak (wybacz nagły wylew szczerości) przeszkadza Twój ostry punkt widzenia. Często nie dajesz szans na obronę…:-)
        Z drugiej strony to dosyć zabawna uwaga z mojej strony, bo nie możesz o tym wiedzieć, ale otoczenie często zarzuca mi właśnie takie postępowanie! Więc chyba to jednak klasyczna projekcja :-)
        Właśnie zakupiłam świeże książki i zaszywam się w zaciszu, żeby trochę poczytać.
        Zmierzę się z Michelem Foucault „Powiedziane, napisane. Szaleństwo i literatura”. Czytałeś może, Logosie? A może któryś z Twoich czytelników?

        • Logos Amicus Says:

          Piszesz, że przeszkadza Ci czasami mój ostry punkt widzenia? No proszę, a ja staram się być taki „wyważony” ;)
          Ale rzeczywiście: zdarza mi się czasem tracić cierpliwość, zbyt ponoszą mnie emocje, staję się cokolwiek impulsywny… A może to wcale nie jest takie złe? Bo dzięki temu unikam letniości, mdłości, sztucznej grzeczności?
          Ale, ale… niezbyt dobrze czuję się pisząc o sobie i swoim sposobie pisania, więc wybacz, że porzucę ten temat.

          Może jednak wspomnę tylko o jednym: tak, masz rację – lubię wchodzić w interreakcję z tymi, którzy czytają moje teksty. Ale bez tej interreakcji też bym chyba sobie poradził – i pisał dla własnej przyjemności, choćby tylko po to, by porządkować własne myśli, ćwiczyć umysł, utrwalać widzę i w jakiś sposób dokumentować to, co mnie zajmuje, co przeżywam, czym się cieszę – albo to, co mnie boli i czym się przejmuję. To taki pamiętnik z życia, myślenia i przeżywania.

          PS. Mam kilka książek Faucaulta w swojej bibliotece: „Historią szaleństwa”, „Historię seksualności”, jak również „Szaleństwo i literatura”. Wybitny umysł, ale jednak trudny do przyswojenia. Do jego książek zaglądam i podczytuję to, co mnie w danej chwili zajmuje, ale jakoś nigdy nie zdołałem – ani nawet nie próbowałem – przebrnąć przez nie tzw. „jednym ciągiem” – przeczytać je w jednym czasie „od deski do deski”.

  9. Patrycja Says:

    Ja tam się czuję jak w tłumie zawsze kiedy jestem sama ze sobą, to przerażenie własnym „ja” i jego odcieniami jest koszmarne. Znasz to uczucie? Inni ludzie dookoła mnie nie przerażają, nikt mnie nie wypluwa i nie zgniata, nikt się mną nie przejmuje.

    • Logos Amicus Says:

      Cześć Patrycjo,
      piszesz, że czujesz się jak w tłumie będąc sama ze sobą? Może dlatego, że masz bogatą osobowość? ;)
      Ale dlaczego jesteś przerażona własnym „ja”? Czy dlatego, że je dobrze znasz, czy też wręcz przeciwnie: dlatego, że jeszcze dobrze go nie znasz, a podejrzewasz o jakieś niecności? ;)

      Pisałem o „połykaniu” czy „wypluwaniu” przez tłum w sensie metaforycznym ;)
      W pierwszym przypadku tłum nas pociąga, wchłania… w drugim: odpycha, chcemy jak najszybciej od niego uciec.
      I życzmy sobie wszyscy tego, abyśmy nigdy nie znaleźli się w sytuacji, kiedy tłum – a tym samym tworzący go ludzie – by nas przerazili.

  10. Roma Says:

    Odpowiadając na Twoje pytania, zapewne retoryczne :-), ale przykuło moją uwagę pojęcie „letniości, mdłości, sztucznej grzeczności”..czy lepsza grzeczność sztuczna, bycie miłym „sztucznie” niż naturalne okazywanie myśli, przeżyć, emocji?…czy istnieje bycie miłym naturalne..to chyba już miłość albo w kierunku uczuć wyższych..często jesteśmy sztucznie mili, sztucznie grzeczni, prowadzimy taką grę jako członkowie cywilizowanych społeczeństw.. czy ceni się bardziej prawdę od poprawności? w to wątpię trochę. wystraczy spojrzeć jakim masowym popytem cieszy się np. popkultura.

    Ciekawy jest proces pisania, też mam taki odruch ale w chwilach zawirowań, kiedy muszę się zastanowić, pomyśleć – też mi ułatwia porządkowanie myśli, emocji. Może wrócę do tematu, kiedy wczytam się bardziej w „Szaleństwo i literaturę”, pewnie Faucault ma kilka błyskotliwych pomysłów ;-)

  11. Roma Says:

    Logosie,

    nie lubisz sztucznej grzeczności? lepsza bolesna prawda niż polityczna poprawność?

    • Logos Amicus Says:

      Nie lubię sztucznej grzeczności ani też politycznej poprawności na moim blogu. Wolę szczerość. Ale też nie za wszelką cenę.
      A jeśli chodzi o rzeczywistość poza blogową? Z tym może być różnie – w zależności od sytuacji. Ale lepiej mieć do czynienia z grzecznością nieudawaną. A polityczna poprawność – mimo że niekiedy mnie drażni, bo właśnie jest pewnym wybiegiem i kalkulacją – to może być także po prostu zwykłym taktem.

  12. Bodziukaszol Says:

    Odnośnie tłumu to mam do tego adekwatny komentarz obrazkowy:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/11/sheeple.png?w=780

    W Muzeum Narodowym w Warszawie przy obrazie Matejki też są takie przeganiane tłumy turystów, którzy muszą spojrzeć na obraz bo przecież powinni. I beznamiętnie przechadzają się dalej, najlepiej, żeby wyjść i coś zjeść. To, jak dla mnie nie jest niczym niezwykłym.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s