ZAKAZYWAĆ CZY FOLGOWAĆ? (co się plecie w kajecie – zapiski IV)

*

*

Liberalizm – tchnienie wolności czy podszept szatana?
Samo pojęcie „liberalizmu” ma wiele znaczeń. Ci, którzy kojarzą go z pobłażliwością wobec cudzych czynów, poglądów – z tolerancją dla ludzkiej różnorodności – mówią często o permisywiźmie (to odpowiednik naszego swojskiego „róbta co chceta”),  którym według nich skażona jest współczesna kultura i całe społeczeństwo Zachodu. Bardziej przejęci moraliści biją przy tej okazji na alarm i krzyczą o rozkładzie moralnym, obyczajowej degrengoladzie i ogólnym rozprzężeniu wszelkich hamulców etycznych. Przypomina to katastrofizm, dla którego braki w obyczajowym rygoryźmie, większa swoboda i przyzwolenie oznaczają niechybne osunięcie się do piekła libertynizmu.
Warto się tu jednak zastanowić nad tym, jakie były rzeczywiste przyczyny, które w przeszłości niejednokrotnie wtrącały nas do piekła już jak najbardziej prawdziwego – do piekła wojen i masowego ludobójstwa. Czy miały one cokolwiek wspólnego z obyczajowo-kulturowym liberalizmem?

greydot

Istnieje jeszcze liberalizm przynależny do rozległego systemu idei wolnościowych, które Amerykanie tak bardzo chcą widzieć u fundamentów własnej konstytucji i państwowości. Nie można przecież zapominać, że Stany Zjednoczone kształtował także żywioł Dzikiego Zachodu i bezwzględna obrona własnych interesów. Również działania owiane hipokryzją purytańskiej podwójnej moralności.

Bohaterowie narodowi? To także alternatywa dla Waszyngtona czy Lincolna: awanturnicy – rewolwerowcy, w rodzaju Billy’ego the Kida, Wild Billa Hicocka, Calamity Jane, Sundance Kida… i wielu innych wybitnych bandytów.  Nota bene te dwuznaczne legendy eksploatuje się dziś na Zachodzie (nie tylko w turystyce)  w sposób niewiarygodny, najczęściej komercyjno-tandetny.
Dalej: eksterminatorzy Indian w rodzaju generała Custera, Kita Carsona; czy też gangsterzy, wśród których prym wiedzie Al Capone (do dzisiaj w Chicago wystawia się show zauroczony epoką gangsteryzmu) lub ewidentnie już mitologiczny i uromantyczniony po dziurki w nosie Ojciec Chrzestny Don Vito Corleone.

greydot

W Stanach Zjednoczonych często deklarowano i przejawiano dążność do ograniczenia roli rządu i państwa do minimum. Propagowano więc nic innego, jak liberalizm ekonomiczno – polityczny mający swe źródło w XVIII-wiecznej doktrynie ekonomicznej głoszącej swobodę walki konkurencyjnej, wolnej od ingerencji państwa. A to przecież zasada wolnego rynku (z grubsza biorąc). Jednak w praktyce różnie się to sprawdzało, z czego konsekwencjami trzeba się było co jakiś czas liczyć (np. z ogromnym rozrostem machiny biurokratycznej).
Niejednokrotnie administracja amerykańska zapędzała się przez to w ślepy zaułek. Mianowicie zdarzały się w historii tego kraju momenty, kiedy wydawało się, iż bez silnego rządu i konsekwentnego egzekwowania ustaw nie ma szans na wyjście z kryzysu i uporanie się z najbardziej palącymi problemami socjalnymi i gospodarczymi. A to oznaczało przyjęcie państwowego interwencjonizmu, w samej swej istocie sprzecznego z liberalnym instynktem.
Tak było po wojnie secesyjnej, kiedy rekonstrukcja kraju potrzebowała zdecydowanej postawy silnego rządu.

Podobna sytuacja zaistniała też na początku XX wieku, gdy budowa amerykańskiego imperium wymagała kompromisu między poszanowaniem siły roboczej (czyli masy społeczeństwa) a budową kapitału i rozwojem wielkich korporacji. Republikanin Theodor Roosevelt wypowiedział wojnę trustom (niektórym), zagroził prywatyzacją kopalń, powołał do życia Ministerstwo Pracy i Handlu, mające za zadanie regulację i kontrolę przedsiębiorstw o zasięgu krajowym (co jednak bez poparcia finansjery z Wall Street nie byłoby możliwe). Za jego to prezydentury umocniły się też związki zawodowe, które „Teddy Bear” uznał za przeciwwagę dla hegemonistycznych skłonności wielkiego kapitału i niebezpieczeństw związanych z jego nadmierną koncentracją.

Jak wiemy, z największym kryzysem w dziejach kraju musiał się porać Franklin Dylano Roosevelt (demokrata), co wiązało się z koniecznością gruntownej reformy systemu bankowego oraz silnej ingerencji w gospodarkę rynkową. Skutkiem tego była regulacja poziomu produkcji i cen, tworzenie kodeksu pracy, systemu zabezpieczeń społecznych… etc. To właśnie w latach 30. Stany Zjednoczone nabyły najwięcej cech państwa socjalnego (było to oczywiście głównie konsekwencją Wielkiego Kryzysu), co do dzisiaj jest jednym z rysów w charakterze tego kraju (vide: social secrity i tzw. welfare – czyli system opieki społecznej).
Owe tendencje do ograniczania roli państwa z jednej strony i rozszerzania z drugiej, przejawiają się zresztą stale w rywalizacji dwóch amerykańskich partii: demokratycznej i republikańskiej. Tej pierwszej tradycyjnie przypisuje się skłonność do wzmacniania roli egzekutywy (co podbudowuje państwo socjalne); drugiej – redukcję rządu i umniejszanie roli państwa w sterowaniu życiem gospodarczym kraju (wiąże się to oczywiście z ograniczeniem kontroli nad Ameryką korporacyjną, co jest, moim zdaniem, jednym z głównych motywów takiej postawy politycznej).
Co ciekawe i paradoksalne (jednakże tylko z pozoru), demokraci uznawani są za bardziej liberalnych w swych postawach obyczajowych, republikanie zaś – za bardziej konserwatywnych. Choć kto tu jest bardziej moralny i uczciwy? – jeden Pan Bóg raczy wiedzieć.

greydot

Również i w Polsce toczy się od jakiegoś czasu debata na temat liberalizmu zarówno ekonomicznego, jak i kulturowego, która jednak przypomina niestety rozwieszanie gruszek na wierzbie. Naszym rodakom w kraju – jak na razie – liberalizm gospodarczy kojarzy się w większości z powiązaniami mafijnymi, grabieżą i ekonomicznym rozbojem, zaś kulturowy – po prostu z odrzuceniem jakichkolwiek zasad moralnych i lekceważeniem wszelkich kanonów estetycznych.
Batalia o kulturę Polaków idzie więc dość topornie. I to zarówno jeśli chodzi o obyczajowość, robienie interesów, jak i kulturę i sztukę. Doszło do polaryzacji społeczeństwa w stopniu, który niesamowicie utrudnia – jeśli wręcz nie uniemożliwia – wzajemne zrozumienie. Mam wrażenie, iż Polacy żyją w wielu różnych światach, a solidarność społeczna, która ongiś doprowadziła do upadku PRL-u,  jest już śpiewką z innej bajki. Nawet jeśli rodacy dyskutują, to tak, jakby siebie wzajem nie słyszeli, co sprawia, że z obu stron płynie monolog, a wszystko ginie w ogólnym swarze i zgiełku. Głosy mądre i rozsądne gdzieś w tej wrzawie giną, pozostając bez odzewu i konsekwencji. Jak w takich warunkach mówić o problemie liberalizacji czy konserwatyzmu? Wydaje się, że aby podobne dylematy rozstrzygać, społeczeństwo musi być dojrzałe, a co najmniej dorosłe.

Przykładem krajowych nieporozumień w walce o dobre obyczaje może być choćby wybuchający co jakiś czas w Polsce spór o goliznę.  Nawet takie szacowne wydawałoby się pismo jak „Tygodnik Powszechny”, nie ustrzega się przed dziecinną polemiką. Przypomina mi się tu pewien epizod sprzed wielu lat, kiedy jeszcze jednym z felietonistów „TP” był Stanisław Lem. Otóż w jednym z numerów Tygodnika znalazł się jego tekst, któremu chyba trudno byłoby nie przyznać słuszności. Lem wskazał na istniejące wtedy (a były to czasy większego wpływu chadecji i partii deklarujących przywiązanie do tzw. „wartości chrześciajańskich”) zagrożenie wspierania cnoty przymusem, twierdząc a propos odbywającej się wówczas walki z golizną, że on w Krakowie żadnej pornografii nie widział, ponieważ nigdy jej nie szukał. Możemy też przeczytać rozsądne słowa: „Siła cnoty jest to siła płynąca z sumienia, a nie siła strachu przed pikietami, policją albo sądem. W dziedzinie obyczajowości nie może demokracja tworzyć ani zakazów wymuszanych strachem przed karą lub jakimś podpaleniem, ani przed możliwością grzechu bronić siłą. Cnota wymuszona siłą nie jest żadną cnotą, jest jedynie efektem strachu”.

Następnie Lem wyraził przypuszczenie, że pewnie mu się przyjdzie z „Tygodnikiem Powszechnym” pożegnać. (Moim zdaniem ta obawa miała chyba jednak inne przesłanki, jak chociażby zadeklarowany ateizm autora współpracującego z pismem, jakby nie było, katolickim).
Tydzień później na tych samych łamach znalazłem tekst Józefy Hennelowej, która pisze, że owszem, cnota nie może być wymuszona ani zadekretowana, ale zaraz potem dodaje, że podoba się jej, „iż ludzie zaczynają mówić: ‘nie zgadzam się, by mnie i moim dzieciom narzucano okazję oglądania świństw, tak jak nie zgadzam się by pijak klął w tramwaju, cham pluł na posadzkę publicznego urzędu, barbarzyńska grupa wyrostków hałasowała nocą pod oknami osiedla’. Ba, w Singapurze np. płaci się mandat za zapalenie papierosa na ulicy albo publiczne całowanie ukochanej – ale jakoś nie jest to kraj terroru”.

Zupełnie mi to nie przystaje do wypowiedzi Lema, tak jakby pani Hennelowa w ogóle nie zrozumiała (lub nie chciała zrozumieć) tego, co miał Lem na myśli. O czym innym pisał Lem, o czym innym Hennelowa i trudno jej odpowiedź uznać za polemikę. (Nawiasem mówiąc, kraj w którym za publiczne całowanie ukochanej grozi mandat, jest dla mnie krajem terroru.)

W jednym wszak miejscu trudno mi się ze Stanisławem Lemem zgodzić. Kiedy pisze, że „szantażowanie lub siłowe powstrzymywanie od aktów rozwiązłych jest pierwszym krokiem na drodze do fundamentalizmu, do dyktatury, do cenzury, do kolejnego obcinania indywidualnych swobód”, to brzmi to tak złowieszczo, że trudno nam oponować; lecz kiedy zaraz potem dodaje: „… aż przychodzi czas czadorów, kamienowania i podkładania ognia, ponieważ, jak zostało powiedziane, tam gdzie pierwej palą książki, potem palą ludzi” – to mamy wrażenie, że jest to jednak pewna przesada. Czadory, stosy i kamienowanie w Polsce?
Rozumując w ten sposób, można dojść do wniosku, że zakaz publicznego obnażania się po pewnym czasie doprowadzi do rzezi niewiniątek w saunach i klubach zdrowia. Mimo wszystko, nikt z nas nie życzy sobie, by jakiś osobnik rozwierając poły płaszcza wymachiwał przed nami swym przyrodzeniem . Jest to „akt rozwiązły” i wszyscy raczej jednomyślnie zgadzamy się, żeby podobna obscena była zabroniona prawem.
Przykład to dość toporny, ale wykazuje, że jednak są jakieś granice tzw. przyzwoitości, które prawo winno regulować, więc i powstrzymywać kogoś przed ich przekraczaniem siłowo. Warto się tu jednak oprzeć na zdrowym rozsądku.

Swego czasu wybuchł w Polsce skandal po transmisji jednego z odcinków tzw. reality show, jakim jest „Wielki Brat”, w którym pokazano kopulację, choć bynajmniej nie był to program pornograficzny, a raczej oglądany przez wszystkie grupy wiekowe. Moim zdaniem skandalem był już sam pomysł „Big Brothera”, by z ludzi robić doświadczalne myszki, które głupieją od podniesionego do n-tej potęgi ekshibicjonizmu. Innym przejawem durnoty i chamstwa było rozwieszenie w owym czasie w Krakowie obscenicznych plakatów, przedstawiających w sodomicznej pozie dwóch kandydatów do władz miejskich. Za jeden i drugi wybryk przyszło ich sprawcom słono zapłacić i raczej wszyscy musimy przyznać, że nie miało to zgoła nic wspólnego z brakiem tolerancji i zamachem na wolność, a po prostu z obroną dobrych obyczajów i elementarnej przyzwoitości.

greydot

Radykałowie jednej epoki zamieniają się w konserwatystów następnej – co zauważył już Mark Twain. A liberałowie mają dość ich spraw i wrzasków: chcą mieć święty spokój i wychodzą z sali, w której rozgorzała bójka różnych stronnictw.
Czy jest to potwierdzenie słabości? Czy też gest mądry, wyniesienie się ponad zapiekły rozgardiasz?
Liberałowie to słabeusze – stwierdził kiedyś generał Jaruzelski. Choć oczywiście tolerancja niekoniecznie oznaczać może słabość, to prawdą jest również, że ludzie o mocno ugruntowanych i wyraźnych poglądach nie są skorzy do pobłażliwości. Niektórzy uważają, że nie po to wykuwali swe „cnoty”, by tolerować „miękkość i rozchwianie” (w ich mniemaniu) innych. A jeśli decydują się na pewną wyrozumiałość, to głównie po to, by utwierdzić się we własnej moralnej wyższości. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy za konserwatystę uzna się ktoś ograniczony, własny prymitywizm poglądowy biorąc za twardość przekonań. Często w ten właśnie sposób ukrywa się własne wewnętrzne rozmamłanie i rozchwianie, nadrabiając miną nieprzejednanego pewniaka. Nic bardziej irytującego.

Wydaje mi się, że wszystkie te dylematy powstające dzisiaj na styku „przyzwolenie i zakaz” doprowadziły do powstania pewnej specyficznej grupy kunktatorów – ludzi, którzy są „za a nawet przeciw”: kurioza typu „liberalny konserwatysta” (ewentualnie „konserwatywny liberał”).

greydot

To prawda, że pobłażając innym, często podświadomie spodziewamy się pobłażliwości dla nas samych. To rodzaj asekuracji. Pewien człowiek, nie cechujący się raczej wielkim rygoryzmem moralnym (wobec siebie), upodobał sobie cytat z Flauberta (przytaczany przez Camusa w jego notatnikach): „Zdechłbym ze śmiechu na widok człowieka, który sądzi innego człowieka, gdyby nie budził we mnie litości”.
A co na to sędziowie i prokuratorzy?

greydot

Rzadko się spotyka tak podniosłą pochwałę liberalizmu, jaką wygłosił kiedyś Jose Ortega y Gasset: „Liberalizm jest najwyższą formą hojności i wspaniałomyślności. To prawo jakie większość przyznaje mniejszości. Dlatego uznać go należy najbardziej szlachetnym hasłem, jakie kiedykolwiek zabrzmiało na tej planecie”.
Brzmi owo zawołanie pięknie, ale tak naprawdę jest tylko dowodem na to, że trzeba studzić gorączkę przy natchnieniu.

greydot

Zaskakujące jest, że łatwiej nam chyba wyobrazić sobie państwo skrajnie totalitarne, niż absolutnie liberalne. Nie bez wpływu na to jest dziejowe doświadczenie i nasza znajomość XX-wiecznej historii. Terror faszystowskiego czy komunistycznego totalizmu był przez wiele lat jak najbardziej twardą i okrutną rzeczywistością – czyli funkcjonował! – zaś na totalnym przyzwoleniu nigdy żadnego państwa nie zbudowano, mimo rojeń anarchistów i dość groteskowych pseudo-filozoficznych libertyńskich szaleństw.
Nie zbudowano – gdyż jest to niemożliwe.

greydot

Reklamy

komentarzy 12 to “ZAKAZYWAĆ CZY FOLGOWAĆ? (co się plecie w kajecie – zapiski IV)”

  1. ZygmuntMolikEWA Says:

    No więc jak żyć? czego wymagać od siebie i innych skoro wszystkie za i przeciw zdaje się rozważyłeś?
    Złotego środka nie widać, wciąż jedni ‚biorą za łeb’ innych. Moje jest najmojsze – kwitnie bez większych przeszkód.
    Turcja ‚wzięła się’ na Syrię, Kaczyński za Tuska’ – by przytoczyć news’y.

    A bilety komunikacyjne trudno we Wro kupić (automaty popsute), czego ‚kanary’ nie biorą pod uwagę.
    Nawet tu, chcącego wykazać właściwą postawę, pozbawia się możliwości wyboru.
    Liberalni czy konserwatywni, obyśmy tylko zdrowi byli. W tym na umyśle…

  2. Torlin Says:

    Nie Logosie, nie mam czasu na napisanie pracy doktorskiej na ten temat. Pisałem o tym i o swoich poglądach niejednokrotnie, to tak w olbrzymim, niewyobrażalnym skrócie:
    Moim zdaniem:
    1. każdy ma prawo do prowadzenia swoich spraw tak jak sobie życzy i nikt niczego nie może mu zabronić, może ożenić się mężczyzna z mężczyzną lub brzozą, jak ma taką ochotę, współżyć z prostytutką czy popełnić samobójstwo. I wprowadzanie takich zakazów do kodeksu karnego jest skandalem. Każdy czyn niemający wplywu na innych jest dozwolony. Ale pod dwoma warunkami:
    1 a. Nie narusza to godności i interesów innych osób (wolność każdego czlowieka kończy się na granicy wolności drugiego osobnika)
    1 b. nie są to czyny sprzeczne z umową społeczną (czy ugodą), której jestem wielkim zwolennikiem i propagatorem. Jeżeli całe społeczeństwo jest przeciwko chodzeniu nago po Marszałkowskiej, to organa państwa mają prawo mu tego zabronić. Ale zwolenników tego rodzaju musi być ponad 90 %, a nie zwykła większość.

    • Onibe Says:

      Torlinie, zauważ jednak, że – propos punktu 1a – całe naręcza leciwych fanatyczek twierdzą, iż fakt że ktoś – gdzieś, może w innym mieście, w innym województwie, nawet na innym kontynencie – robi coś, czego one nie lubią (one i oni, wszak fanatyzm jest bezpłciowy) jest wystarczającym powodem aby odczuwać zagrożenie dla własnej godności. Należałoby doprecyzować nie tylko limes cudzej wolności ale i własnej, bo jeśli na przykład ja stwierdzę, że moją godność szarpią kobiety o rudych włosach to co? Będziemy dyskutowali nad ich ścięciem? Włosów lub kobiet…

      • Torlin Says:

        Wracamy do odpowiedzi 1 b, jeżeli 90 % ludzi tak uważa, to będzie słuszne. Te granice określa olbrzymia większość. Zauważ, że rozsądne propozycje drugiej strony zostały przyjęte przez społeczeństwo, jak np., że w kioskach nie powinny być na wierzchu rozebrane czasopisma. Mnie raczej bardziej chodziło o bajkę o Pawle i Gawle. :D

  3. Onibe Says:

    ciekawy temat

    co do pytania o skłonność do „szukania” wojen, to pewnym argumentem – nieco okrężnym – mogą być badania S. Wearta, który w swojej książce „Bez wojny” wykazał (lub prawie wykazał), że w ludzkiej historii nie zdarzało się by walczyły ze sobą państwa demokratyczne (pomijając państwa o demokracji fasadowej). W tym ujęciu, jeśli uznamy, że demokracja niefasadowa jest jakąś formą liberalizmu (jako zaprzeczenie autokracji) to wyjdzie nam, że jednak liberalizacja sprzyja utrzymaniu pokoju. Ludzie prawdziwie wolni nie będą wszak chcieli zabijać i ginąć – taki los „wybierają” sobie ci, którzy wyboru de facto nie mają, lub mają, ale jedynie symboliczny (vide: silna propaganda).

    a Polska… cóż, komentarz Hennelowej starczy tutaj za całą dyskusję. Betonu się inteligencją nie rozbije, do tego potrzebna jest siła fizyczna. Hennelowa nie zrozumiała Lema bo pewnie zrozumieć go nie chciała. Nie przestaje mnie zdumiewać, że są na świecie państwa i narody – takie jak Polska – w których w ogóle możliwa jest tego typu dyskusja nad liberalizmem i wolnością. Tak jakby to nie było oczywiste. I, niestety, chyba u nas nie jest. Pokutuje sowiecki model myślenia: nie daj mi Panie Boże decydować o tych wszystkich trudnych, odpowiedzialnych rzeczach, niechaj czyni to za mnie sekretarz partii i towarzysz milicjant (teraz możemy to zmienić na prezesa partii i biskupa). Ale i tak nie jest źle. Ponoć dalej na wschód jest jeszcze gorzej…

    i jeszcze notka: konserwatyzm w naszym rozumieniu nie jest tożsamy z konserwatyzmem amerykańskim, bo de facto, amerykański konserwatyzm – czyli zachowawczość w kwestii idei politycznych – jest właśnie liberalizmem.

    • Torlin Says:

      A tak można powiedzieć również o rozdziale państwa. Państwo autentycznie demokratyczne siada i rozmawia o podziale, tak jak było w Czechosłowacji. W państwach innych dochodzi do rzezi, jak w Jugosławii, Sudanie, Etiopii, Indonezji czy Indiach.

      • Jula :) Says:

        Państwo byłe- Czechosłowackie , religijnie było pod wpływem reformatorów i obecnie tam ta religia nie ma siły dominanta, czy nie ma kilku zwalczajacych się o „duszyczki. :D
        I „kacykowie” w walce o stołki nie posiadali tego tak mocnego argumentu wswoich rękach.
        W czsie II wojny światowej też ten region mocno nie ucierpiał ;)

  4. jula Says:

    Moim zdaniem wolność moja jest dopóki nie pzrekracza wolności twojej a te sa odmienne. słynny wierszyk „wolnośc tomku wswoim domku, dosyć dobrze to obrazuje. :D
    Dlatego w krajach demokratycznych typu USA , tę wolność w szczegołach okreslaja jednak religie , choć i tam państwo mocno reguluje.
    Sparzył się na tej Wolności bardzo nasz Polański.
    Niby wszystko wolno ale „purytanizm” mocno się ma.
    Poza tym a pro po np. Mormonów , odłam religii promującej wielożeństwo , też państwo wkroczyło i ofijalnie można miec tylko jedną żonę, czyli jak wszędzie poza krajami arabskimi .
    To co powyprawiały ostatnimi latami banki w imie chciwości , która jest w naszej naturze ,też daje do zastanowienia i jednak do silniejszej ingerencji państwa !…
    A czy faktycznie państwa demokratyczne nie uczestniczą w wojnie ?…
    Może bardziej realistycznie podchodzą i inaczej to nazywaja ( misjami wojskowymi na wschodzie czy w Afryce, dziwnie, że tam gdzie da się zziemi coś cnnego wyrwać . ;)
    Poważnie – Wolność zawsze jest pod kontrolą, jeżeli nie państwa , to działających wjego imieniu , czy wspólnie z nim wielkich koncernów – np. produkujących zbrojenie itd… No tam gdzie duży ZYSK !!!
    i duże pieniądze nawiązując do poprzedniego wpisu .
    Pozdrawiam!

    • Onibe Says:

      państwa demokratyczne nie uczestniczą w wojnach ze sobą, a więc – mówiąc precyzyjnie – państwa demokratyczne nie walczą z innymi państwami demokratycznymi ;-). Na tym polega idea Wearta.

      a co do kontroli banków… moim zdaniem bardzo błędny sposób myślenia, który zakłada, że skoro paru naiwniaków oszukał jakiś większy od nich cwaniak (Amber) lub paru nieszczęśników załatwił kapitalista doskonały (klasyczny bank) to należy powołać kolejną, pięćdziesiątą instytucję państwową, która w przyszłości ochroni pięciu Kowalskich przed podobnym problemem. Jednocześnie pięciuset innych Kowalskich doprowadzi do bankructwa odbierając im narzędzia pracy, a pięciu tysiącom innych Kowalskich wydrze z portfela pieniądze na godne życie tylko po to, by utrzymać sztab dodatkowych urzędników. Mało tego, choćby instytucji państwowych było tysiąc, a przepisy jeszcze gęstsze i bardziej paraliżujące niż dzisiaj, to i tak będzie dochodziło do przykrych sytuacji. I co wtedy? Po staremu będziemy jęczeć aby państwo miało jeszcze więcej kontroli? Błagać będziemy o jeszcze więcej przepisów? O kolejne instytucje kontrolne?

      czy jak się spadnie z roweru to pierwszą myślą jest zakazanie używania roweru?

      • Torlin Says:

        To nie to, mam wynotowane w swoim archiwum zdanie będące podsumowaniem tego, o czym pisze Jula: „Grzechem pierworodnym tego kryzysu była decyzja ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, który w 1999 roku – pod naporem świata finansjery – uchylił ustawę Glass-Steagall. To prawo uchwalone zaraz po wielkim kryzysie lat ’30 zakazywało łączenia tradycyjnych banków, w których ludzie trzymają swoje pieniądze, z bardzo agresywnymi bankami inwestycyjnymi”.
        http://www.rmf24.pl/ekonomia/news-to-moze-byc-poczatek-konca-kryzysu,nId,635134
        Und hier ist der Hund begraben.

  5. Jula :) Says:

    Państwa dawnych „demoludów”, też nie walczyły ze soba ;)
    Ja mam na mysli , co zreszta wyżej opisał Logos, że jednak wczasie , czasch kryzysu, potrzebna jest wieksza ingerencja panstwa i to jest nawet i w USA.
    Było po słynnym „czarnym czwartku” i teraz też jest większa kontrola banków.
    Dobrze ,że niedemokratyczne Chiny trochę wstrzymują to „domino”. :D
    No i wojny w krajach Bliskiego Wschodu itd… Nie mówiąc już o „zyskach” z Ameryki Południowej itd..
    Pozdrawiam!


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s