PREZYDENCI WIELCY JAK GÓRA – MT. RUSHMORE

Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

Wykute w skale popiersia amerykańskich prezydentów: Waszyngtona, Jeffersona, Roosevelta i Lincolna (Mt. Rushmore, Dakota Południowa – zdjęcie własne)

*

Wykute w górze Rushmore głowy prezydentów są bez wątpienia jedną z najsłynniejszych ikon funkcjonujących w obiegowej świadomości świata jako symbol typowo amerykański, podobnie jak guma do żucia, Statua Wolności czy Myszka Miki. Prawdą jest również, że obecnie jest to największa rzeźba na świecie. Tak będzie do czasu, kiedy za kilkadziesiąt lat rodzina Ziółkowskich ukończy powstający nieopodal – zaledwie 25 km. od Mt. Rushmore – pomnik wodza indiańskiego Szalonego Konia, w którego głowie już teraz można byłoby zmieścić wszystkie prezydenckie głowy razem wzięte. Dziś ten monument na Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej jest najliczniej odwiedzanym miejscem Środkowego Zachodu. Co roku przybywa tu ponad 3 mln. gości.

*

Jak wszystko, co wiąże się z kulturą amerykańską, również i Mount Rushmore National Memorial trudno jest określić jednoznacznie, zwłaszcza gdyby tak – odrzucając patos i uprzedzenia – zastanowić się nad jego istotą, wartością i znaczeniem. Jednak, czy po odarciu Mt. Rushmore z patosu, coś jeszcze zostaje? Czy potrzeba dużej dozy złośliwości, by zarzucić temu pomnikowi, że jest produktem nacjonalistycznej gigantomanii? Bo przecież wyzierała ona niewątpliwie z jego ideologicznej motywacji, artystycznego konceptu i całej późniejszej realizacji.
Twórca pomnika Gutzon Borglum pisał w swoim dzienniku wkrótce po rozpoczęciu prac na Mt. Rushmore: “Kolosalna sztuka ma swoją wartość – ludzką i ogarniającą ducha – która powinna być na stałe włączona we wszystkie formy narodowej ekspresji – z pełną świadomością i zamysłem, na skalę godną swojego znaczenia i wielkości ludzi, których życie przedstawia”. Zaraz potem z ironicznym przekąsem opisuje przypadek rzeźbiarza, który z dumą przedstawił mu głowę prezydenta wyrzeźbioną w… główce od szpilki. Następnie Borglum dodaje, iż poraził go bezsens i próżność tego “dzieła”.

Jaki jest zatem sens góry Rushmore?
Otóż napisać trzeba, że pełni ona z powodzeniem dwie zasadnicze role. Jedna jest praktyczna, druga ideowa. W sferze idealnej Mt. Rushmore sprawdza się jako patriotyczny symbol. Rzeźbę przedstawiającą, zdaniem Amerykanów, czterech najznamienitszych liderów w historii tego kraju, nazywa się nawet “Świątynią Demokracji”, uważając ją za manifestację amerykańskiego przywiązania do tradycji oraz do wartości o charakterze narodowym. W sferze praktycznej zaś, przedsięwzięcie Borgluma i władz stanowych, a później i federalnych, okazało się znakomitym interesem, przynosząc Dakocie Południowej oraz państwu setki milionów dolarów zysku. Stało się tak, jak przewidywali pomysłodawcy projektu – głowy zapoczątkowały turystyczny boom na Czarnych Wzgórzach, dzięki któremu turystyka jest obecnie drugą po rolnictwie, najbardziej dochodową gałęzią przemysłową stanu.

KOLOROWI BOHATEROWIE  I  EKONOMIA

Od zarania swego państwa Amerykanie przejawiali zamiłowanie do wielkości. Skłonność ta jest zresztą do dziś jedną z głównych charakterystycznych cech tego społeczeństwa. Co ciekawe, nie zawsze jest to li tylko przejaw megalomanii. Często przekonanie, że coś jest tu “naj”, ma realne podstawy w rzeczywistości.
Stany Zjednoczone w XIX w. były już wielkim państwem z ambicjami mocarstwa. I jak twierdzili niektórzy, wielki kraj powinien mieć wielką sztukę. Już w 1849 r. rzucono pomysł, by w Górach Skalistych wyrzeźbić olbrzymiego jak góra Krzysztofa Kolumba. Jednak, zważywszy na możliwości techniczne tamtych czasów, było to niewykonalne.

Musiało upłynąć ponad 70 lat, by podobna idea mogła przybrać realne kształty. Zrodziła się ona w głowie Doane’a Robinsona, historyka stanowego Dakoty Południowej i miała z początku ściśle komercyjny charakter. Robinson nie ukrywał, że chodzi o wykreowanie turystycznej atrakcji, która mogłaby przyciągnąć do Dakoty rzesze turystów, co przyczyniłoby się niewątpliwie do prosperity ekonomicznej stanu. To, że na temat rzeźby proponował tak odległe od siebie w wymowie historycznej postaci, jak kapitanowie Lewis i Clark oraz wódz indiański Czerwona Chmura, świadczy, że kontekst polityczny był mu właściwie obojętny. Chodziło o kolorowych bohaterów Dzikiego Zachodu, nieważne, po której stronie barykady się wsławili. Robinson wybrał też miejsce. Postaci miały być wyrzeźbione ze skalnych iglic zwanych “Needles”, które uważane są dziś za jeden z najciekawszych zakątków Czarnych Wzgórz. Dzięki Bogu i nieprzydatności do tego rodzaju projektu, zostały one zachowane tak, jak przez tysiące lat rzeźbiła jej natura.

Gutzon Borglum ze swoim modelem prezydenckich głów

ARTYSTA  I  BOGOWIE

Inicjatywę Robinsona poparło jednak kilku lokalnych polityków i na Czarne Wzgórza zaproszono Gutzona Borgluma, w którym widziano kompetentnego fachowca i artystę zdolnego podołać podobnemu zadaniu.
Borglum, urodzony w Idaho potomek duńskich Mormonów, był już wówczas znanym rzeźbiarzem, który sprawdził się w dawaniu sobie rady z górą. To on właśnie był twórcą słynnej płaskorzeźby (notabene też największej na świecie) konfederackich przywódców wykutej w ścianie gigantycznego skalnego jaja zwanego Stone Mountain, kamiennej góry leżącej pod samą Atlantą w Georgii. Oprócz tego, że Borglum mocował się  z górami, był on także odpowiednio ukształtowanym artystą, choćby dzięki edukacji w Paryżu, gdzie mógł nauczyć się pewnego romantyczno-secesyjnego wyrafinowania od samego Augusta Rodina.

Dobiegający 60-ki Borglum przybył na Czarne Wzgórza w 1924 r. i z miejsca wykluczył skalne “Igły”. Jego zdaniem miały one złe proporcje i były zbyt zerodowane, by udało się wyrzeźbić w nich jakichkolwiek bohaterów. Uznał też, że postacie Dzikiego Zachodu to temat raczej wąski i lokalny. Jego zdaniem lepiej byłoby nawiązać do bardziej ogólnonarodowej tradycji budowy państwowej potęgi, utrwalając w górach twórców amerykańskiego “Imperium”: “Wierzę, że pomnik narodowy powinien, jak Waszyngton, Jefferson, Lincoln i Roosevelt, posiadać spokój, godność i potęgę odzwierciedlającą bogów, którzy ich inspirowali, jak również sugerować bogów, jakimi sami się stali”.
Po kilkudniowych poszukiwaniach Borglum znalazł odpowiadającą jego wymaganiom górę. Ogromny granitowy blok, dostatecznie wyeksponowany i korzystnie ustawiony względem słońca. Górę tę nazywano Mt. Rushmore.

Tym, którzy ciekawi są pochodzenia tej nazwy, mogę zdradzić, że jest ono dość humorystyczne i zupełnie przypadkowe. W 1885 r. właściciele działek górniczych na Czarnych Wzgórzach wynajęli w Nowym Jorku prawnika, aby zajął się sporną sprawą dotyczącą pewnych tytułów własności. Ten, jadąc na koniu przez wzgórza, zwrócił uwagę na wyniosłą, odróżniającą się od innych skałę i zapytał towarzyszącego mu tubylca o jej nazwę. Usłyszał odpowiedź, że góra ta jeszcze nie ma swojej nazwy, ale od tej chwili może się nazywać tak jak on. Nazwisko adwokata brzmiało Charles Rushmore. Tym oto sposobem zostało utrwalone na wieki wieków.
Sam Rushmore nie mógł pewnie się nadziwić, kiedy dowiedział się o wyborze Borgluma, który niewątpliwie rozsławić miał “jego” górę. Notabene był jednym z pierwszych sponsorów projektu, składając w początkach jego realizacji donację w wysokości aż 5 tys. dolarów, sumę na owe czasy znaczną.

Kamienne oblicza prezydentów (od góry: Jerzy Waszyngton, Tomasz Jefferson, Teodor Roosevelt, Abraham Lincoln)

KOGO NA ŚWIĄTYNNY OŁTARZ ?

Na początku w “Świątyni Demokracji” miał się znaleźć tylko Waszyngton, później Waszyngton i Lincoln, jeszcze później Waszyngton, Lincoln i Jefferson, wreszcie na koniec do grupy “Twórców Imperium” dołączono Teodora Roosevelta.
Całą tę czwórkę uznano za najważniejszych prezydentów w historii państwa – za tych, którzy najbardziej przyczynili się do budowy potęgi Stanów Zjednoczonych, przeprowadzając je z czasów kolonialnych do XX w. Każdemu z owych przywódców przypisuje się kluczowe zasługi; każdy też jest symbolicznym nośnikiem specyficznych wartości, które  Amerykanie deklarują, jako święte i niezbywalne w ich pojmowaniu patriotyzmu, racji stanu i obywatelskich praw. Wartości te mają także znaczenie uniwersalne, uwidaczniając się ich zdaniem w “… umiłowaniu wolności, szacunku dla humanizmu oraz gotowości do poświęcenia życia i własności dla chwalebnych celów. Kryją się one w sercu każdego wielkiego człowieka” – jak głoszą oficjalnie protektorzy monumentu.

Najważniejsze miejsce wśród tych narodowych asów zajmuje Jerzy Waszyngton, pierwszy prezydent niepodległych Stanów Zjednoczonych (dwie kadencje: 1789 – 1797); dowódca naczelny Armii Kontynentalnej w czasie amerykańskiej Rewolucji. Reprezentuje “wolność, niepodległość, inspirującą wizję przyszłości Narodu oraz prezydencką godność”.
Tomasz Jefferson, trzeci prezydent (1801 -1809); autor główny Deklaracji Niepodległości, promotor amerykańskiej ekspansji terytorialnej na Zachód, uosabia niezawisłość państwa, ideę rządu wybieranego przez cały naród, prawo każdego obywatela do “Życia, Wolności i Dążenia do Szczęścia”.
Abraham Lincoln (1861 – 1865) piastował urząd prezydenta w czasie Wojny Secesyjnej, był więc głównodowodzącym wojsk Unii. Uznaje się go za tego, który nie dopuszczając do secesji stanów południowych, ocalił jedność państwa, jak również – zdecydowanie na wyrost – za likwidatora niewolnictwa i wyzwoliciela Murzynów. Lincoln, wg apologetów jest  “przykładem umacniania naszego Narodu, zachowywania i utrwalania tego, co zaczęli Waszyngton i Jefferson. Jego ręka prowadziła do przeznaczenia naszego Kraju w najczarniejszej dla niego godzinie, wskazywała drogę  ku wolności i tolerancji dla wszystkich jego obywateli.”
Teodor Roosevelt (1901 – 1909) to krzewiciel wolności ekonomicznej, rzecznik ochrony środowiska i przyjaciel “zwykłego człowieka pracy”. “Jego przywództwo inspirowało nas do sięgania ku nowym granicom.” Za jego prezydentury wybudowano ważny strategicznie i ekonomicznie Kanał Panamski. Wcześniej zyskał uznanie, biorąc udział w wojnie hiszpańsko – amerykańskiej (szarża Rough Riders na Kubie).

Tak – pięknie i budująco – motywuje się obecność tej czwórki na granitowym zboczu Mt. Rushmore. Najwięcej kontrowersji budziła swego czasu obecność wśród tych “gigantów prezydentury” Teddy’ego Roosevelta (nie mylić z Franklinem D. Rooseveltem, który m.in. wyprowadził Amerykę z Wielkiej Depresji za pomocą tzw. “New Deal”), człowieka współczesnego Borglumowi, zmarłego zaledwie parę lat przed rozpoczęciem prac nad monumentem. Jednak Borglum, który znał Teddy’ego osobiście, uparł się, by umieścić go wśród prezydenckich prominentów.

MŁOTY  I  DYNAMIT

Michał Anioł twierdził, że rzeźbienie jest proste: wystarczy tylko z kamienia, w którym ukryty jest posąg, odłupać zbędne kawałki.  Z Mt. Rushmore musiano się pozbyć ponad 400 tys. ton “zbędnej” skały.
Trudno, by harówka ta nie wzbudzała w nas pewnego uznania i podziwu, bez względu na nasz stosunek do patetycznego kontekstu całej rzeźby. Zważywszy na trudności piętrzące się przed wykonawcami tego zamierzenia – i to zarówno techniczne, jak i ekonomiczne – doprowadzenie go do finału jest doprawdy znacznym wyczynem.
Oficjalne rozpoczęcie prac nastąpiło w sierpniu 1927 r. Jednakże funduszy starczyło zaledwie na cztery miesiące. Następnego roku nie zrobiono z górą nic. Borglum i paru oficjeli z Dakoty zaczęli jeździć po kweście. Prywatne donacje były w sumie znikome, dopiero poparcie Waszyngtonu pozwoliło na kontynuowanie prac. Odkąd ciężar finansowy wziął na siebie Kongres, przerywano je tylko ze względu na złą pogodę. I tak, w ciągu tych 14 lat do ostatecznego odsłonięcia rzeźby w 1941 r., pracowano nad nią łącznie niecałe 7 lat. Na początku przewidywano, że koszta zamkną się w kwocie 400 tys. dolarów. Rzeźba kosztowała jednak blisko 1 mln. dolarów, z czego $840 tys. wyłożono z kasy państwowej, resztę z kies prywatnych. Sam Borglum, zamiast apanaży, narobił sobie długów, które po jego śmierci spłacać musiała rodzina.
Mimo wszystko docenić należy upór, wysiłek, pomysłowość, wytrzymałość, wprawę i kunszt ludzi, którzy mierzyli się z granitem góry Mt. Rushmore. Trzeba pamiętać, że rzeźbienie na taką skalę nie miało wówczas precedensu. Musiano opracowywać zupełnie nowe techniki. Borglum doglądał całości, przenosił wymiary ze swego modelu w studiu na górę (1 cal równał się 1 stopie).

Żmudną obróbką góry zajmowali się głównie byli robotnicy kopalni, które zbankrutowały w dobie ogólnokrajowego kryzysu, jak również drwale czy ranczerzy, którym nie za dobrze się wiodło. Brygada liczyła przeciętnie ok. 30 ludzi, czasem pracowało nawet 70 osób. Choć praca była niezwykle ciężka i niepewna, wisieli oni na górze w słońce czy słotę, radzi zarobić tego dolara na godzinę (najgorzej opłacani dostawali 50 centów za godzinę pracy). I co ciekawe, po jakimś czasie, zapalali się do projektu, mieli poczucie, iż biorą udział w czymś ważnym. Wielu z nich opanowało swe zadanie po mistrzowsku.
Praca przebiegała w trzech etapach. Najpierw odstrzeliwano dynamitem olbrzymie ilości skały, by otrzymać jajowaty kształt przyszłych głów i odsłonić solidny, niezwietrzały granit. Ogólne zarysy twarzy również uzyskiwano za pomocą odstrzałów, tyle że bardziej precyzyjnych, z dokładnością do paru cali. Pomyłka mogła być nieobliczalna w skutkach. Skały przecież nie można sztukować. W sumie, posługując się dynamitem, usunięto ponad 90% zbędnego materiału. Następnie, spuszczani na specjalnych, zawieszonych na linach siodłach “rzeźbiarze” wiercili dziury – jedna obok drugiej i na żądaną głębokość – by później odłupać łączącą je skałę. Wreszcie na koniec, specjalnym młotem pneumatycznym obtłukiwano granit, wygładzając jego powierzchnię i uzyskując teksturę podobną nieco do betonu.
Aż dziw bierze, że w ciągu tych 14 lat nie było ani jednego śmiertelnego wypadku a nawet poważniejszego skaleczenia, czy kontuzji.

Niestety, Gutzon Borglum zmarł w marcu 1941 r., mając 74 lata. Jeszcze parę miesięcy tego roku trwały prace wykończeniowe pod kierunkiem jego syna Lincolna. Ostateczny szlif dano rzeźbie 31 października. W obliczu braku pieniędzy uznano, że samo wykończenie twarzy już wystarczy, choć pierwotnie planowano wyrzeźbić całe popiersia prezydentów, łącznie z rękami.
Gwoli dopełnienia obrazu, podajmy jeszcze wymiary monumentu. Odległość od czubka głowy do podbródka – 20 m., nosy mają ponad 6 metrów (oczywiście Lincoln ma nos nieco dłuższy, bynajmniej nie dlatego, że kłamał), takież szerokie są usta, a pieprzyk Abby’ego ma ponad 40 cm. średnicy. Gdyby tak prezydenci ci wstali, mieliby po około 140 m. wysokości. Mogliby się więc zmierzyć nawet z King Kongiem, a nie wykluczone, że i z japońską Godzillą.

Oflagowana patriotycznie droga w „Świątyni Demokracji”

PROPAGANDOWY  MOLOCH

Ktoś nazwał pomnik Mt. Rushmore “czterema twarzami paradoksu”. To jedno z bardziej eleganckich określeń. Amerykanie zazwyczaj odbierają skalne głowy monumentu tak, jak im się sugeruje, czyli na modłę patriotyczną. Bardziej krytycznie patrzy na nie Europejczyk.
To, że dzieło o takich rozmiarach jest bez wątpienia sztuczną ingerencją w naturalność pejzażu Czarnych Wzgórz, można jeszcze przeboleć. Tym bardziej, że nadanie mu statusu “National Memorial” przyczyniło się podobno do ochrony środowiska wokół monumentu. Samą rzeźbę można uznać za stosunkowo udaną artystycznie, choć poszczególne twarze różnią się od siebie pod tym względem. Podobizny Lincolna, a zwłaszcza Roosevelta, mają zdecydowanie więcej wyrazu, są bardziej szczegółowo dopracowane, widać tam bardziej zdecydowaną i śmiałą rękę rzeźbiarza. Natomiast Waszyngton i Jefferson to typowo pomnikowy sztywny patos. Jednak od biedy można uznać, że całość w miarę zgrabnie wkomponowana jest w krajobraz.

Najwięcej zastrzeżeń budzić może nadęta oprawa i bezpardonowa nadbudowa turystyczna obiektu zwanego Mount Rushmore National Memorial. Podejrzewam, że Borglum miałby wielkie obiekcje, by zgodzić się na te wszystkie potężne marmurowe bloki, kolumny i cokoły, na te pretensjonalne kolorowe “Aleje Flag”… Razem z monstrualnym betonowym parkingiem, który wyrósł tam pod koniec lat 90-tych, zaburza to wszystko równowagę kompozycji, na jakiej zależało artyście. Chociaż kto wie? Wszak uznać to można za pochodną i logiczne rozwinięcie jego wielkościowych zapędów. Bez wątpienia przytłacza to jednak samą rzeźbę. Na domiar złego przywołuje kłopotliwe skojarzenia z jakimś komunistycznym mauzoleum; z sowiecką, a nawet i (za przeproszeniem) faszystowską architektoniczną megalomanią.
Odwiedziłem Mt. Rushmore przed tymi wszystkimi “monumentalnymi” przystawkami, mam więc porównanie. Dawniej głowy prezydentów – z pewną dyskrecją, choć i zaskakująco – współgrały ze swym otoczeniem, z naturalnym pięknem Czarnych Wzgórz. Dziś sprawiają wrażenie dodatku do propagandowego molocha.
Biorąc pod uwagę odporność granitu na erozję, skalne głowy mają szansę przetrwać kilkaset tysięcy lat. Pewna pociecha w tym, że żywotność parkingu jest znacznie krótsza.

Prezydenckie głowy na Mt. Rushmore zagubione wśród monumentalnej gigantomanii powiązanej z masową turystyką

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*
Reklamy

Komentarzy 19 to “PREZYDENCI WIELCY JAK GÓRA – MT. RUSHMORE”

  1. Torlin Says:

    A mnie osobiście nie przeszkadza nadbudowa, umiem się skupić na konkrecie. Dlatego też nie przeszkadzają mi tłumy, umiem się wyłączyć. Ale też dzieki Tobie Logosie wpadłem na pomysł fajnej notki. Będzie za trzy dni u mnie.

    • Logos Amicus Says:

      Pamiętam kiedy pod Mt. Rushmore podchodziło się leśną ścieżyną i nagle przed oczami ukazywały się dość zgrabnie wkomponowane w granitowe zbocze wyrzeźbione głowy asów prezydentury. Później, podczas kolejnych wizyt (bawiłem się wówczas w pilotowanie wycieczek) każdego roku widziałem dość dramatyczne zmiany – jak to miejsce coraz bardziej się rozbudowuje, obrasta w betony i tzw. turystyczną „infrastrukturę”. J
      Ja rozumiem, że chyba przed tym nie można było uciec, ale dawniej to miejsce podobało mi się bardziej, bo nie zakłócało tak bardzo naturalnego splendoru okolicznych Czarnych Wzgórz.

  2. Gall Anonim Says:

    Proponuje wykuc w Tatrach glowy: Jaruzelskiego, Walesy, Kwasniewskiego i Kaczynskiego. Niech puchna z dumy. „Ciemny lud to kupi” jak rzekl klasyk. Nie podaje nick’u bo smutni panowie przyjda po mnie o czwartej rano a nie mam giwery pod barlogiem. P.s. gurole beda mogli zdzierac od sycka jeszcze wiecej dutkow, aloha amigos!

  3. Dakotka Says:

    Prawda jest taka, że bezczelnością ze strony Amerykanów było wyrzeźbić głowy prezydentów na świętej górze Indian. Warto powiedzieć, że do Czarnych Wzgórz pasuje tylko pracowicie wykuwany w skale od dwóch pokoleń pomnik Szalonego Konia (Crazy Horse’a).

    • Torlin Says:

      Rozumiem, że nick Dakotka jest od plemienia Dakotów, a z tego wyciągam sherlockowski wniosek, że jesteś zwolenniczką Indian. Ale mam niestety smutną dla Ciebie wiadomość – to jest ziemia amerykańska, przestała być Indian. Tak jak Suwałki nie są ziemią Jadźwingów, a Grenada Arabów.

      • Logos Amicus Says:

        Twój sarkazm Torlinie nie jest potrzebny. Istnieje jednak pojęcie czegoś takiego jak „sprawiedliwość” i „niegodziwość” – sprzeciw wobec zagarnięcia czyjejś ziemi siłą. To nic, że działo się to w innych czasach, w tzw. innych „realiach”. Niegodziwość nie przestaje być niegodziwością bez względu na czas i okoliczności.

        Czy gdyby Hitler wygrał wojnę i Polska zniknęła z mapy świata, to również uważałbyś, że nie ma się co rozczulać nad losem Polaków, bo takie było prawo Historii a ziemie naszego kraju nie są już naszą własnością, tylko należą do Niemców?

        • Torlin Says:

          Po pierwsze – to nie jest sarkazm, a stwierdzenie prawdy. Po drugie – rozczulanie się nad przegranymi sprzed wieków doprowadzi do sytuacji, że żal mi będzie Kartagińczyków. Zrównanie ich z ziemią było niesprawiedliwe i niegodziwe.

      • Dakotka Says:

        @Torlin – a co to znaczy amerykańska?
        To znaczy – czyja?

        • Torlin Says:

          Bardzo słuszna uwaga. A więc i żyjących Indian. Tylko że istnieje pewnie i w Stanach jak prywatna własność, ziemia federalna itp, i do tego należaloby odnieść umieszczenie pomnika, a nie zarzucanie twórcy złych zamiarów. Rozzłościło mnie zdanie: „bezczelnością ze strony Amerykanów było wyrzeźbić głowy prezydentów na świętej górze Indian”.

  4. ulotna_wiecznosc Says:

    I tak te glowy lepsze niż mauzoleum i zmumifikowane zwłoki.
    Torlinie jestem pod wrażeniem Twojej logiki……..i do tego tak często masz rację;-)

  5. Onibe Says:

    cóż, dobrze zostało to ujęte na początku: nacjonalistyczna gigantomania, przede wszystkim gigantomania, która nam właściwie nie powinna być obca, bo przecież nasi niedawni sojusznicy ze wschodu też lubili mieć wszystko wielkie a nawet największe. W przedsięwzięciu tym docenić należy rozmach, ale dla mnie jest to, mimo wszystko, gigantyczny wandalizm.

    • Logos Amicus Says:

      Każdy naród chce być wielki. Chodzi o to, by jednak nie popadać w gigantomanię, bo zamiast dumnie może być śmiesznie.
      Na rzeźbę Gutzona nie patrzę mimo wszystko jak na wandalizm (choć nie podoba mi się ta jej oprawa monumentalno-betonowo-turystyczna). Bo gdybym tak uznał, to konsekwentnie za wandalizm musiał bym uznać także powstający nieopodal pomnik Szalonego Konia, który zaczął rzeźbić przed laty Korczak Ziółkowski, a którego dzieło kontynuuje do dzisiaj jego rodzina. A nie chcę tego robić, bo idea jaka przyświecała Korczakowi jest mi dość bliska.
      Wszystko wskazuje na to, że jednak w tym wszystkim liczy się właśnie także ta ideologiczna nadbudowa rzeźb.

      • Onibe Says:

        cóż, może słowo „wandalizm” jest zbyt mocne, wszak pozyskiwanie z granitowych kamieniołomów kostki brukowej też mogłoby być formą wandalizmu…

  6. AK Says:

    Purple in rock, zupelnie niezla plyta. Patrzac na to granitowe nibydzielo sercem, siegam tuz obok, do Crazy Horse, superdzielo Korczaka Ziolkowskiego, albo dalej, do arcydziela Natury; wspanialej skaly Devils Tower. Sorry, Amerkykanie, pokazcie cos wspanialszego niz rzezba nad nielegalnie wladaniem objetymi Czarnymi Wzgorzami Siuksow.

  7. MOJA PRZYGODA Z KONTYNENTEM | WIZJA LOKALNA Says:

    […] amerykańskich prezydentów, jak również, położonego nieopodal, konkurencyjnego niejako dla Mt. Rushmore miejsca zwanego Crazy Horse Memorial, gdzie nasz rodak Korczak Ziółkowski zapoczątkował […]

  8. WYPRAWA NA ZACHÓD (Dzień 12 i 13 – YELLOWSTONE) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s