POGRZEB CLOWNA (Cirque du Soleil w Chicago)

*

Dzieci, którym przed dokonaniem zabiegu lekarskiego pokazywano zabawne kreskówki, odczuwały później trzykrotnie mniejszy ból, niż te, które takich kreskówek nie oglądały. Może to właśnie tu kryje się tajemnica naszego pożądania rozrywki?
Cirque du Soleil pojawił się w Chicago. Na parkingu kompleksu United Center rozbito wielki kolorowy namiot, gdzie zobaczyć można widowisko „Corteo”, z którym ta olbrzymia trupa objeżdża wybrane miasta Ameryki Północnej.
Jeszcze przed przedstawieniem aktorzy chcą rozerwać gromadzącą się wokół areny publiczność: z wybranych widzów bierze się miarę, czy aby będą pasować do wciąganych właśnie na widownię trumien. Zakwefione płaczki sikają na wszystkich wokół strumieniami łez (literalnie), grabarz wysypuje komuś na głowę całe pudełko pop-cornu… Widownia się śmieje, a to oznacza, że już się nie nudzi.

Skąd ta funeralna eschatologia w cyrku? Otóż rzecz ma być o procesji – paradzie, którą w swoim śnie widzi (?)… martwy clown? Ten pomysł to oczywiście tylko pretekst, by oszołomić widzów rozbuchanym, kolorowym, frenetycznym spektaklem będącym połączeniem cyrku, burleski, komedii dell’arte, baletu, akrobacji, wodewilu i bóg wie czego jeszcze… Innymi słowy: jeden wielki kosmiczny jarmark. Show wyraźnie pod plebejskie gusta (raczej nie jakaś tam commedia erudita) ale dokonany z niewiarygodną wręcz precyzją, zręcznością, pomysłowością – z najwyższą techniką, sprawnością i mistrzostwem. W sumie – dość atrakcyjna i absorbująca uwagę mieszania kiczu i nieco wyższej sztuki prawdziwej: wyrazista, charakterystyczna, rzucająca się w ucho muzyka (na żywo), niewiarygodna zręczność akrobatów, bardzo pomysłowa plastyka. Zawartość treściowa banalna, prawie żadna, ale tego jednak nikt nie zauważa – więc nikt nikomu nie ma tego za złe. Sensu też nikt nie pojmuje, a raczej… nie szuka. Bo chyba to jednak nie jest potrzebne. Patrzy się na szaleńcze salta akrobatów, cyrkową zręczność żonglerów; cały ten zmieniający się niczym w kalejdoskopie układ barw i kształtów.
Co jakiś czas wyłania się z tego zgiełku postać, która wydaje się być główną figurą widowiska. Wprawdzie jest ona najbardziej ze wszystkich szara i statyczna, ale taki chyba ma być clown na marach.

W obsadzie nie zauważyłem wprawdzie kobiet z brodą (może jednak przyglądałem się niezbyt uważnie?), ale już wielkoludów i karłów nie sposób było przeoczyć.
W naszych czasach politycznej poprawności robi się wszystko, by nie zdradzić się z niezdrową ciekawości – tą mieszaniną odrazy i fascynacji, jaką od wieków ludzie przejawiają wobec wszelkich dziwolągów, anomalii i wybryków natury. Jednakże ona ciągle w nas drzemie, podobnie jak przeświadczenie, że człowiek, którego ciało odbiega od normy, jest przez to kimś gorszym i mniej ludzkim – nie do końca człowiekiem. Taki był zawsze stosunek tzw. normalnych ludzi, nie tylko do karzełków, ale i do gigantów – do wszystkich tych, którym wybrakowane DNA zdeformowało ciało.
W Cirque du Soleil ta ambiwalencja manifestuje się w pewnej sentymentalizacji takich postaci. To tak, jakby ktoś mówił: to prawda, że oni wyglądają trochę dziwnie, ale popatrzcie jacy są przy tym mili i sympatyczni; jakże pięknie grają, tańczą i fikają koziołki! Maleńki człowieczek jest och… so cute!, a wielkolud – to taki w sumie bezbronny gently giant.

* * *

Odwieczny motyw clowna, jako metafory ludzkiego życia – czyli połączenia farsy i tragedii. Nota bene ów clown z „Corteo” bardzo przypomina everymana, tyle że włoskiego. Nawet po śmierci wszyscy go chcą rozerwać.

Skąd taka fenomenalna popularność clowna w repertuarze naszych teatrów, bajek, mitów i opowieści?
Otóż właśnie jest to postać genialna poprzez zdolność łączenia w sobie przeciwieństw, które niczym awers i rewers są przeciwstawnymi obrazami tej samej monety i nie mogą istnieć w oderwaniu od siebie. Jak ktoś to już wcześniej zauważył: „sztuka clowna jest o wiele głębsza, niż nam się wydaje – nie jest bowiem ani tragiczna, ani komiczna, lecz stanowi komiczne zwierciadło tragedii i tragiczne zwierciadło komedii.”
Clown to jedyna postać wśród błaznów i aktorów życia, której fizis ukazująca jednocześnie roześmiane usta i zapłakane oczy, nie wydaje się czymś tylko śmiesznym albo tylko smutnym, ani nawet dziwacznym – ale pełnym.

* * *

Advertisements

Odpowiedzi: 18 to “POGRZEB CLOWNA (Cirque du Soleil w Chicago)”

  1. Ewa Says:

    Cieszę się LA, że się po prostu dobrze bawiłeś.
    Mimo że jakoby nie starałeś się w cyrkowym spektaklu raczej spotkać sensu, swoim zwyczajem zrobiłeś co mogłeś – by ludyczne zjawisko racjonalizować. A w cyrku przecie, starczy śmiać się serdecznie, otwierać szeroko oczy i buzie ze zdumienia, popiskiwać ze strachu. Cyrk jest po to, by nawet bardzo dorosły i wyważony obywatel mógł zachowywać się jak dziecko – bez wstydu.
    Bardzo dawno nie byłam w cyrku, czas pewnie wybrać się z wizytą. Tym bardziej, że jak piszesz, dziś to wyżyny maestrii technicznej i wykonawczej. Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      Można jednak powiedzieć, że bawiłem się nieźle (może nie uśmiałem się po pachy jak dziecko bez wstydu, tudzież ustrzegłem się tego, by popiskiwać ze strachu, ale jednak oczy miałem otwarte szeroko, a i gębę pewnie czasem też ;)

  2. czara Says:

    Ale czy LA na pewno się dobrze bawił? Szukam takiej deklaracji wśród powyższych linijek i nie znajduję! Mocno chłodny opis.

    • Logos Amicus Says:

      Suuurrre! Cały czas siedziałem z ponurą… wręcz grobową! – miną. (W końcu to był pogrzeb jakbym więc śmiał rtobić sobie jaja z pogrzebu? ;) )
      A chłodny opis? – adekwatny do temperatury trupa ;)

  3. Onibe Says:

    kopę lat nie widziałem cyrku… może miejsce dla niego ciągle jeszcze jest. Może cyrk zapełni rozpadlinę, na której zęby połamała sobie telewizja… trudno powiedzieć. Dla mnie temat obcy, mimo wszystko…

    • Logos Amicus Says:

      Dla mnie też to temat obcy. Nie przepadam za tradycyjnym cyrkiem. Ale Cirque du Soleil nie jest tradycyjnym cyrkiem – ja nazwałbym go takim… art-cyrkiem. W Chicago wybrałem się nań tylko dlatego, że przed (wieloma) laty trafiłem w Las Vegas na przedstawienie Cirque du Soleil pt. „O” (bodajże w kasynie-hotelu Bellagio, gdzie zresztą prezentowane było ono przez wiele lat). I było to przedstawienie zdumiewające – pod względem choreograficznym, muzycznym, zręcznościowym… Właściwie w niczym (oprócz akrobatyki) nie przypominało tradycyjnego cyrku. Rok później widziałem zaś spektakl „Mystery” (chyba w „Treasure Islnd”?) – ale już nie było tak świetne jak „O”.
      A „Corteo” niestety to nieco niższy jeszcze poziom (choć ciągle wysoki, bardzo profesjonalny) – może dlatego, że wykonywane przez inną, objazdową trupę, choć prezentowane pod szyldem Cirque du Soleil.

      Poza tym (chyba jednak powinienem napisać o tym w tekście) – na tym przedstawieniu, które opisuję, byłem z osiem lat temu ;)

      • Onibe Says:

        osiem lat? eh… kawałek czasu ;-)
        cóż, teraz pewnie wyglądałoby to wszystko jeszcze inaczej… wszystko się zmienia. Stety lub niestety. Tak czy siak, ciekawy przyczynek do rozmyślań nad niezwykłymi ścieżkami szeroko rozumianej kultury rozrywki.

        • Logos Amicus Says:

          Nie wiem jak teraz sobie radzi Cirque du Soleil. Pewnie dobrze. Z tego co wiem, w samym las Vegas mają ze sześć różnych przedstawień (co może o nich świadczyć dwojako: dobrze albo źle – z tym, że trzeba pamiętać, że nie wszystko, co się pokazuje w LV jest rozbuchaną tandetą obliczoną na poślednie gusta).
          Nie wiem czy sława kanadyjskiego CdS dotarła do Europy, ale w Polsce trupa po raz pierwszy miała swój występ na początku tego roku w Gdańsku.

  4. Jula :D Says:

    Kiedyś oglądałam film amerykański , gdzie akcja rozgrywała się w cyrku. Był zrobiony z rozmachem. Był tam wątek kryminalny, jakieś spięcie między akrobatami , czyjaś śmierć, zazdrość i miłość.
    Ja byłam na polskim cyrku, choć obsada była międzynarodowa. Pamiętam ,że najbardziej bałam się lwów. Siedziałam dosyć blisko i nie dowierzałam temu w pospiechu zainstalowanemu ogrodzeniu z prętów. Zresztą potem w w gazecie przeczytałam, że treserka została zaatakowana przez jedną z lwic. Klowni mnie irytowali . Przy pokazach akrobatycznych nie wiem dlaczego bez zabezpieczenia (siatki) też raczej się nie ubawiłam,.
    Najsympatyczniejsze były kucyki i psiaki (duże pudle).
    Ten sentyment do cyrku mi pozostał. Na wycieczce w dawnym ZSRR byłam w ich państwowym wówczas cyrku na dużej arenie w budynku!..Niesamowite wrażenie. No a teraz to czasami w tv.
    Głównie jak jest transmisja z Monako z pokazów , bo tam corocznie jest święto cyrku i jakieś zawody, pokazy cyrkowe!…
    A tak w ogóle świat cyrku cudownie pokazał Federico Fellini – baczny obserwator, mag-wizjoner, zafascynowany plebejsko-jarmarczną stroną sztuki, czerpiący natchnienie z filozofii Junga oraz malarstw Boscha i Bruegla…
    Pozdrawiam ! … ;)

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo trafne skojarzenie z Fellinim :)
      Ale w prawdziwym cyrku ta ja nie byłem chyba już ze 20 lat (ostatnim razem było to w 1992 roku na Florydzie, nawiasem mówiąc był to słynny w Ameryce Cyrk Bayleya i Barnuma). Pamiętam, że najbardziej wkurzały mnie jednak sztuczki ze zwierzętami – ja bym im wszystkim dał jednak spokój albo powypuszczał na wolność (jeśli w ogóle zdolne by one były jeszcze żyć poza klatką).

      Zresztą… to co się dzieje na świecie przypomina czasami cyrk, więc po co jeszcze chodzić do cyrku?
      Ale… kto się może w tym cyrku rozerwać, to dlaczego nie?

  5. Torlin Says:

    Powtarza się konfliktowy fragment poprzedniego wpisu: „Odwieczny motyw clowna, jako metafory ludzkiego życia – czyli połączenia farsy i tragedii”. A dla mnie jest to po prostu cyrkowiec mający dwa zadania na tapecie, rozbawić publiczność i zająć takową w czasie technicznych zmian urządzeń.

    • Logos Amicus Says:

      Ty piszesz o clownie z tradycyjnego cyrku. W Cirque du Soleil clown Corteo był główną postacią przedstawienia, wokół której wszystko właściwie się kręciło.

      Znam już Twoje zastrzeżenia co do metaforycznego postrzegania pewnych zjawisk – wiem, że wolisz być bardziej taki… jak to mówią anglojęzyczni – „down to earth” ;)
      No i dobrze – jeżeli Ci z tym lepiej? :)

  6. Miriam Says:

    To nie jest taki sobie zwyczajny cyrk:

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję za clipy – kto nie widział Cyrku Słońca, może się dzięki nim zorientować, jaki charakter mają przedstawienia tego zespołu (pochodzącego bodajże z Kanady).

      Pozwolę sobie dorzucić jeszcze krótki filmik z „Corteo” – czyli z przedstawienia, o którym pisałem powyżej:

      Warto obejrzeć.

  7. Magda Says:

    Byłam kilkanaście lat temu na „Alegrii” Cirque du Soleil (w Berlinie). Szłam niechętnie, bo od dziecka zdecydowanie nie lubię cyrku. Jednak Cirque du Soleil nie ma nic wspólnego z tandetą i nudą, która zawsze kojarzyła mi się z cyrkiem. I – co dla mnie bardzo ważne – w tym cyrku nie ma żadnych zwierząt tresowanych ku uciesze gawiedzi.
    Spektakle Cirque du Soleil to doskonałe widowiska – prawdziwa sztuka cyrkowa. Dopracowane z niezwykłą precyzją – każdy element misternie spleciony w zadziwiająco-zachwycającą całość. Nie mam skłonności do popadania w egzaltację, ale oglądając show „Alegria” po prostu „wsiąkłam bez reszty”. Dałam się bez najmniejszych oporów wciągnąć w świat tego cyrku. W tym cyrku nawet zmiana dekoracji, czy zejście artystów z przyrządów wplecione jest w spektakl – czyli tam, gdzie w innych cyrkach widać „szwy” tutaj przedstawienie toczy się płynnie idealnie współgrając z rytmem muzyki. Muzyki, która jest bardzo mocnym punktem Cirque du Soleil. Podobnie, jak świetni wokaliści, aktorzy, perfekcyjna choreografia, scenografia, kostiumy, że o artystach sztuk cyrkowych nie wspomnę, bo to oczywiście podstawa.

  8. tamaryszek Says:

    W sprawie czasu, który upłynął. To chyba dzięki swoim kajetom pamiętasz tak intensywnie przeżycia sprzed kilku lat. Rzecz jasna również za sprawą magii Cirque du Soleil.
    Nie mam wiele do powiedzenia „w temacie cyrku”. Ale przeczytałam z zainteresowaniem ze względu na figurę clowna. Tak jak to ująłeś – to chodzący paradoks. Poza tym bliska jest mi myśl o artystach sztuki niszowej. Tych, którzy nie mają nazwisk z pierwszych stron tabloidów czy z czołówki nobliwych rankingów, a mimo to są/bywają mistrzami absolutnymi. Ciekawi mnie ta nadwyżka, która z rzemiosła pierwszej klasy (cyrkowcy – tak mi się zdaje – muszą stawiać umiejętności i sprawności na pierwszym planie) wydobywa sztukę. Nie jest to błysk intelektu, ani kosmiczny wymiar wizji, chyba nie chodzi o oryginalność, więc co? Dusza? – nie brzmi zbyt pretensjonalnie? Cyrkowcy z Cirque du Soleil, za sprawą zbiegu okoliczności, skojarzyli mi się z nostalgicznym iluzjonistą z animacji Chometa pod tym samym tytułem. Tyle, że oni wciąż gromadzą komplet widowni, mimo niechętnym cyrkowi czasom.

    • Logos Amicus Says:

      Czas jest niechętny (?) cyrkowi tradycyjnemu… wiesz, takiemu z tresowanymi zwierzętami, połykaczami ognia i rzucającymi nożami – takiemu zamkniętemu w (o)błędnym nieco kole. Cirque du Soleil jest jednak inny. Jak już wcześniej napisałem, można go nazwać art-cyrkiem. Zgoda, nie brak tam kiczu i umizgów wobec gustów gawiedzi, ale są też jednak elementy niezwykłej sztuki (i to nie tylko zręcznościowej) – oprócz choreografii zwraca uwagę np. muzyka, (która zresztą cieszy się sporym powodzeniem poza cyrkową areną). Czasem bliższe jest to teatrowi, burlesce czy komedii dell’arte, niż (pojmowanemu ogólnie) cyrkowi.
      Może nie jest to błysk intelektu (chociaż czasem… kto wie?), ani kosmiczny wymiar wizji (choć ta w wydaniu Cirrque du Soleil jest jednak niczego sobie), ale na pewno chodzi w tym wszystkim o oryginalność (i to moim zdaniem sporą).
      I tak, tak… ten cyrk ma jednak duszę.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s