CO SIĘ PLECIE W KAJECIE (zapiski II)

*

Wszystko co jest spełnione (a tym samym pełne) przestaje być twórcze. Tworzą tylko ludzie, w których jest jakieś pęknięcie – w ten sposób dążą oni do sklejenia siebie w jedną nierozsypującą się całość (stan jednak rzadko osiągany).

greydot

Skąd wynika to wrażenie, że istota myśli wywodzi się z czegoś, czy też związana jest z czymś, co jest nieuchwytne, ulotne, nieokreślone, niesubstancjalne? Z naszej ograniczonej wiedzy o morfologii mózgu, czy też z tęsknoty za „duchowością”?
A może z niezgody na to, by uznać się za nic więcej, jak tylko precyzyjną maszynę?
Czy myśl to jedynie elektryczne wyładowanie?

greydot

Jeśli uznamy, że mózg jest tylko fizjologicznym organem, to w konsekwencji musielibyśmy uznać, że myśl jest jedynie rodzajem fizjologicznej wydzieliny. Czy jednak człowieczeństwo da się zapisać w chemicznym równaniu? Materialiści za wszelką cenę chcą zdegradować „ducha” usuwając go ze swojego słownika. I odnoszą w tym sukces. To dlatego materializm staje się czymś bezdusznym.

greydot

Bunt jest jeszcze jednym rodzajem zniewolenia – jak wszystko, co podporządkowuje nasze działanie jakiemuś celowi. Czyżby więc prawdziwym wyzwoleniem byłoby dopiero wyzwolenie się od celu?  Czyli, innymi słowy: rezygnacja z dążenia do poznania sensu? Wtedy nawet absurd nie miałby żadnego znaczenia.

greydot

Nabokov napisał kiedyś, że “kosmiczny” od “komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki “proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o pewnej desperacji? Albo pewnej próbie weryfikacji nadziei?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary (lub niewiary), uprawiając jak gdyby nigdy nic nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby “dobrze”? Albo uciekając od myślenia, od tego co nie jest lekkie i „zwięzłe”, od wszystkiego, co trąci – o zgrozo! – „filozofią”?

greydot
Czytam wywiad z dwoma specjalistami od budowy Wszechświata i teorii strun, zdobywcami nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Na pytanie „Czy istnieją inne wszechświaty?” pierwszy z nich odpowiada: „Prawie na pewno istnieją”, zaś drugi: „Nie wiem. Mogę powiedzieć, że nie wierzę w nie.”
Oto prawdziwy zakres naszej – podobno coraz głębszej i szerszej – wiedzy o Kosmosie: pewność kontrowana niewiedzą, odwołująca się do wiary, czy też raczej niewiary.

greydot

Sięgamy w Kosmos, nie znając naszego własnego mózgu.

greydot

Fundamenty być może istnieją, ale pozostają (i pozostaną) nam nieznane – więc nie możemy (i nigdy nie będziemy mogli) się na nich oprzeć.
Czyżby więc trzymała nas tylko solidność iluzji? Ale czy to jest konkret?

greydot

Tylko cywilizacja dotknięta antropocentryczną megalomanią mogła stworzyć coś takiego, jak Renesans (a tym samym: wszystkie te jego wspaniałości).
Czy jednak umieszczenie człowieka w centrum systemu wartości jest megalomanią, czy też raczej koniecznością określenia własnej tożsamości w rzeczywistości, która jest na ludzkie wartości absolutnie obojętna?

greydot

W ludzkim stwarzaniu bogów jest tyleż pokory co pychy.
Pokora jest odbiciem lęku i bezradności, pycha wynika z przeświadczenia, że jesteśmy w świecie kimś wyjątkowym.

A czy nie jesteśmy? Czy samouświadomienie się materii jest we Wszechświecie aż tak powszechne? Może – podobnie jak to było z naszym jednostkowym zaistnieniem (zważywszy na setki milionów plemników rywalizujących o zapłodnienie jajeczka, zwycięstwo „naszego” plemnika, dzięki któremu ja to piszę, a Ty to czytasz, wydaje się być czymś niewiarygodnie przygodnym i nieprawdopodobnym) pojawienie się żywych istot w pewnym mikroskopijnym zakątku Drogi Mlecznej zwanej przez nich Ziemią, jest fenomenem równie niesłychanym i unikalnym?

greydot

Nie ma rady: uzyskaliśmy świadomość. Już nigdy nie wywiniemy się od pytania: po co?
Perfidia całej sytuacji polega na tym, że zadając je, sami jesteśmy zmuszeni na to pytanie odpowiadać… nigdy nie mogąc uzyskać odpowiedzi, którą można by zweryfikować przed wszystkimi ludźmi. Czy aby nie dlatego, że taka odpowiedź – jeśli jest, to jest poza człowiekiem (czyli nie mieści się w „ludzkim” świecie)?

greydot

Ktoś mógłby powiedzieć, że nasza wolność może być tylko mierzona długością łańcucha, którym jesteśmy skuci. Czy jednym z takich łańcuchów jest łańcuch DNA? Z pewnością geny są tym, co konstytuuje nas materialnie. Jednak dopiero duchowość może zapewnić nam pewne (choć ograniczone) pole wolności.

greydot

Teraźniejszość jest reliktem przeszłości.
Jednym z takich reliktów jesteśmy my sami.
Przyszłość jest reliktem, który się jeszcze nie ujawnił.

greydot

Czy jesteśmy warci tyle ile sami sobie przydamy wartości? Czy też wartości nabieramy dopiero wtedy, kiedy przydadzą jej nam inni? Altruizm zastawił na nas pułapkę przekonując, że jesteśmy warci tyle, ile jesteśmy zdolni dać drugiemu człowiekowi.

greydot

Mówi się, że młodość jest permanentnym upojeniem. Nic dziwnego, że nałóg ten może się za nami ciągnąć aż do późnej starości.

greydot

Seks może istnieć bez erotyzmu, podobnie jak erotyzm bez seksu. Pierwszy przypadek jest atawizmem, drugi – romantyzmem. Jednak dopiero gdy występują ze sobą razem, stają się czymś ludzkim – natura w człowieku dopełnia się z kulturą.

greydot

Życie jako kara? Życie jako dar?
Jakie życie?
Buddyzm, jak każdy system antropocentryczny, hierarchizuje życie. I niestety, w swoim rdzeniu jest wymierzony przeciw życiu. Jeśli mówi, że życie robaka jest ważne, to tylko dlatego, że ów robal może być rodzajem tymczasowego cielesnego „pojazdu” dla jakiejś zbłąkanej (ukaranej?) ludzkiej duszy.

greydot

Racją istnienia każdej religii jest obwarowana dogmatami postawa: wszystko albo nic (zbawienie albo potępienie). Buddyzm, (jeśli uznać go za religię) jest jedyną religią, która mówi: wszystko i nic (czy też raczej: wszystko czyli nic).

greydot

Budda, Chrystus… Dla nas ludzi Bogiem staje się człowiek, który odrzuca życie. Czyżby to był rodzaj naszej zemsty za naszą bezradność wobec konieczności życia?

greydot

Czy  Budda mógłby być  kobietą?
W jaki sposób jego płeć wpłynęła na nauki, jakie zaczął głosić?
A może płeć Buddy nie ma (nie miała) żadnego znaczenia? Czy żadnego znaczenia nie ma także płeć Jezusa Chrystusa albo papieża?
Czy można sobie wyobrazić genitalia Boga? (a przecież niczym innym jak genderyzacją Boga jest obdarzanie Go brodą czy męskim głosem).

Jak widać, mamy wielkie trudności, by określić czyjąś istotę abstrahując od jej płci – tożsamość musi mieć płeć. Dlatego androgyne jest jakby kimś (czymś?) tak naprawdę pozbawionym osobowości, „nie wiadomo kim”. Stąd rodzaj nijaki – czyli bezpłciowy (a to ostatnie określenie zawsze ma w naszej świadomości wydźwięk pejoratywny).
Wydaje się, że konieczność personifikacji wpisana jest w nasze „kulturowe” geny. Siebie samego odkryliśmy dopiero wtedy, kiedy odkryliśmy drugiego człowieka (czyli wtedy, gdy stał się ona dla nas personą). Podobnie było z Bogiem.

greydot

Ludzki mózg. Co z nim począć? Może to rodzaj ewolucyjnego nowotworu, odpowiedzialnego za taką narośl, jak kultura i cywilizacja? Taki tumor Universum? (W pewnym sensie może się to potwierdzić, jeśli gatunek ludzki doprowadzi do własnej samozagłady.)

(Kontekst: Organizmy o prymitywnych mózgach bywają o wiele lepiej przystosowane do środowiska naturalnego, niż człowiek. Ostatnie badania wykazały wręcz, że bardzo rozwinięty i złożony ludzki mózg, nie był tym organem, dzięki któremu człowiek przetrwał na ziemi. Jego “inteligencja” była wobec pewnych zaistniałych w przeszłości zjawisk i warunków bezsilna – podobno, w krytycznym momencie na kontynencie afrykańskim ostało się zaledwie parę tysięcy przodków Homosapiens.)

Ludzka perspektywa odrzuca jednak insynuację, jakoby mózg człowieka był w świecie czymś kancerogennym. Kultura stała się bowiem źródłem naszych największych wartości, określa naszą tożsamość. To właśnie ona czyni z nas ludzi (i z tym m.in. wiąże się jeden z aspektów naszej „opozycyjności” wobec Natury, czy też niezgodności z nią). Człowiek, który zaczął się utożsamiać ze swoją kulturą, nie może więc uznać siebie za coś takiego jak „złośliwy guz” Wszechświata. Choć znaleźli się przecież i tacy, którzy, jak np. Beaudlaire, uważali ludzkość za pewnego rodzaju zanieczyszczenie środowiska. Podobnie było z jednym z najbardziej znanych poetów amerykańskich Robinsonem Jeffersem, który – wobec wojennego szaleństwa ludzkości XX wieku – uznał, że gatunek ludzki jest tylko skażeniem uniwersalnego porządku i – jako taki – zasługuje na zniszczenie. (Lecz wg mnie, wbrew pozorom, nie jest to nihilizm, a swego rodzaju ahumanizm.) Może niektórzy z nas pamiętają też obrzydzenie (nie tylko człowiekiem, ale i wszelkim bytem) jakiego doznawał stykając się z ludźmi i światem Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”? Również Gombrowicz sugerował, że jesteśmy w porządku Natury „niczym nie usprawiedliwionym ekscesem”. W sumie – perspektywy to mało sympatyczne.

Całkiem możliwe, że jesteśmy jednak na tyle wolni, by samemu dokonać wyboru: pogrążyć się z powrotem w tej bezgranicznej otchłani oceanu nicości (w niebycie) lub podjąć próbę spełnienia się (zbawienia?) w ramach praw rządzących Kosmosem, wypełniając jeden z możliwych wariantów – planów zakreślonych przez Wielkiego Architekta lub wyznaczonych przez siły Nadrzędnego Porządku. Do tego pierwszego celu dążą wszystkie religie (to było jedną z racji ich zaistnienia), do tego drugiego – wszystkie idee upojone perspektywą cywilizacyjnego postępu. A jeśli jesteśmy jednak wobec wszystkich tych mocy bezsilni? I nasze przeznaczenie zadecydowało się już na samym początku, zanim jeszcze powstała przestrzeń i zaczął płynąć czas – zanim słowo stało się ciałem? A samowolnie nie ma prawa drgnąć nawet najmniejsza drobina Wszechświata?

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak, to dlaczego obdarzono (?) nas tak wielką samoświadomością (bo mimo naszej niewiedzy i mocno jednak ograniczonej percepcji, jest ona w ożywionym świecie ewenementem) a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie skomplikowaną i zadziwiającą konstrukcją? Po co to wszystko? Czy możemy znać na to pytanie odpowiedź? Czy tylko w nią uwierzyć –  wymyślając?

greydot

Co jest lepsze: krótkie czy długie? Czy można wartość tego, co się pisze, mierzyć długością tekstu?
Skąd się bierze nasza preferencja i przekładanie długiego nad krótkie (czy też vice versa – krótkiego nad długie): z naturalnej skłonności czy też wyrobionego gustu – z głębokiej motywacji, czy też z naszych ograniczeń? Czy naprawdę to, co jest nam łatwiej przełknąć jest lepsze od tego, z czym trzeba się trochę pomęczyć – by to ugryźć, a potem jeszcze przetrawić? Czy wyznacznikiem wartości słów i treści ma być ich lekkostrawność? Czy rzeczywiście chcemy, by nasze menu złożone było z samych przystawek, snacków i grysików?
Czy wszystko da się powiedzieć w „dwie słowie”? Czy „Ulisses” Joyce’a stałby się jednym z najsłynniejszych dzieł współczesnej literatury, gdyby liczył 5 stron?
Zwięzłość jest cnotą? W takim razie Joyce jest niecnotą, takoż Cervantes, Szekspir, Nabokov, Houellebecq, Faulkner… całe tłumy pisarzy zgoła mało cnotliwych, a najczęściej niecnotliwych wcale. Nie wydaje mi się, by cnotliwość sprzyjała dobrej literaturze.
Moim zdaniem jest czas na elaborat i czas na haiku, chodzi tylko o to, by nam samym wystarczało tego czasu, a nie byśmy byli skazywani na muśnięcie sensu i impresję złożoną raptem z dwóch, trzech zdań? I mówili, że tylko coś takiego jest naprawdę fajne, bo zwięzłe i krótkie. Czy może ktoś z czystym sumieniem powiedzieć, że rozwiązłość wychodzi literaturze na złe? Chyba jednak jest na odwrót.

Dlaczego odmawiać wartości tekstowi, który liczy słów więcej niż dwadzieścia sześć? Tylko dlatego, że nie chce się nam tego czytać ani pomyśleć nad tym jaką to ma treść – a dwadzieścia sześć byłoby w sam raz na miarę naszego short attention span?
Może bardziej lubimy krótkie teksty, bo przeczytanie (napisanie?) dłuższego jest dla nas męką i przerasta po prostu nasze siły i możliwości – w ten sposób z konieczności i ograniczenia czynimy cnotę? Przeczytać coś w pięć minut – to dobre; a poświęcić czemuś innemu minut dwadzieścia – to już jest „be”? Dlaczego? Bo ten nieabsorbujący czasowo i w gruncie rzeczy powierzchowny engagement umożliwia nam lekkie i radosne skakanie z kwiatuszka na kwiatek? Bo nie musimy się borykać z czymś cięższym, czyli bardziej treściwym?
Ależ oczywiście, że geniusz często objawia się w krótkiej formie: w zwięzłości, kondensacji, syntezie – w samoograniczeniu, rezerwie, odrzuceniu zbędnego balastu. Ale objawia się także w czymś, co jest obszerne: gruba księga wcale nie musi być gorsza od tej cieniutkiej. I vice versa.
Każda treść poszukuje swojej formy, czyli także: poszukuje odpowiedniego dla siebie rozmiaru.

greydot

Reklamy

komentarzy 37 to “CO SIĘ PLECIE W KAJECIE (zapiski II)”

  1. Ewa Says:

    Ależ piękny kajet, to naprawdę twój ? I ładny charakter pisma. Ty naprawdę (!) prowadzisz takie zapiski…
    No to poskakałam sobie radośnie z kwiatuszka na kwiatek, ‚w moim wieku’ to dostatecznie treściwe zajęcie.
    Mnie satysfakcjonuje; czy dostatecznie – to już jest „be”? ;))

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję w imieniu kajeta ;)
      Naprawdę jest mój. A za „pismo” mnie trochę w szkole tępiono (bazgrałem) – może dlatego do tej pory nie uważam, że charakter mojego pisma jest „ładny”.
      Zresztą, on się zmienia wraz z tym, jak zmienia się moja osobowość ;)

      PS. Nieustannej radości ze skakania życzę. Najważniejsza w życiu (dla naszego dobrego samopoczucia) jest jednak satysfakcja ;)

  2. czara Says:

    Ileż tu jest materiału na liczne i treściwe wpisy! I zgadzam się z Ewą co do charakteru pisma.

  3. Onibe Says:

    ciekawe przemyślenia
    swoją drogą, dobrym pomysłem jest zapisywanie takich oderwanych myśli – jeśli nie uwiecznimy ich, to po chwili znikają. Zapisane, stanowią trwałą historię naszej świadomości. Powracając do nich po czasie, możemy budować na nich nowe, lepsze teorie, zderzać ze starymi.

  4. Torlin Says:

    Mnie mniej zajmuje temat seks a erotyka, bardziej seks a miłość.

    • Logos Amicus Says:

      To trochę przeczy temu, co napisałeś u siebie na blogu:

      „A miłość? Chyba to już jest za mną, bo im jestem starszy, tym bardziej podobają mi się młode dziewczyny.”

      Mogę tylko powtórzyć: Torlinie, seks przecież nie jest taki zły ;)

      PS. A swoją drogą: czy nie uważasz, że erotyka jest jednak elementem miłości – zwłaszcza kiedy wiąże się ją z seksem?

      • Torlin Says:

        Zacznijmy od początku, bo sobie ułatwiasz zadanie. Piszesz: „Seks może istnieć bez erotyzmu, podobnie jak erotyzm bez seksu. Pierwszy przypadek jest atawizmem, drugi – romantyzmem”. Ja na to napisałem, że „Mnie mniej zajmuje temat seks a erotyka, bardziej seks a miłość”. Co ma w takim razie do tej wymiany zdań stwierdzenie, „że erotyka jest jednak elementem miłości – zwłaszcza kiedy wiąże się ją z seksem”? Bo w ten sposób wydawałoby się, że najwłaściwisze byłoby sklasyfikowanie powyższych określeń seks – erotyzm – miłość jako antonimów z pośrednim członem. A to jest nieprawda.

        • Logos Amicus Says:

          “Mnie mniej zajmuje temat seks a erotyka, bardziej seks a miłość”

          Wydawało mi się, że napisałeś to po to, by zaznaczyć, że bardziej zainteresowany jesteś (w kontekście seksualnym) miłością niż erotyką.
          Stąd moje stwierdzenie-zapytanie: „czy nie uważasz, że erotyka jest jednak elementem miłości – zwłaszcza kiedy wiąże się ją z seksem?”
          Seks i miłość nie są oczywiście antonimami. Dopełniają się nawzajem – m. inn. za pomocą erotyzmu. Choć seks może istnieć bez miłości, a miłość bez seksu. Jednak wydaje mi się, że miłość miedzy kobietą a mężczyzną (jeśli nie ma charakteru aseksualnego) zawsze wiąże się z erotyzmem. Innymi słowy: miłość w takim związku jest właściwie tym, co powoduje, że seks „nasiąka” w nim erotyzmem.

          PS. Żeby ta nasza dyskusja była bardziej jasna, muszę zaznaczyć, że wg mnie erotyzmu pozbawione są wszelkie zachowania seksualne zwierząt (bo erotyzm łączy się ściśle z kulturą, której – z grubsza rzecz biorąc – pozbawione są zwierzęta).
          Z tego wynika, że stosunek seksualny też może być sprawą kultury ;)
          A inaczej: nawet uprawiając seks można zachowywać się kulturalnie :)

  5. Miriam Says:

    Virginia Woolf: „Wydaje się bowiem, że piszemy nie palcami, lecz całą swą osobą. Nerw, który zawiaduje piórem, okręca się wokół każdego włókna naszej istoty, przewleka przez serce, przenika wątrobę.”
    Czy oznacza to, że trzeba pisać ostrożnie? ;)

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiązałbym pisania z ostrożnością, bo chyba nic dobrego (literacko) by z tego nie wyszło.

      PS. A skojarzenia pani Woolf wydają mi się cokolwiek… hm… zbyt fizjologiczne ;)

  6. Maille Says:

    Szybkie impresje na temat Twojego ‚elaboratu’ tuż po jego przeczytaniu (chociaż wcale nie wiem dlaczego tak naprawdę chcę to napisać):

    * przyjemnie, naprawdę bardzo przyjemnie wzmagać swój bez-sensowny i bez-istotny płacz, wraz z każdą kolejną literą

    * zdecydowanie muszę zastanowić się nad faktem, jak bym patrzyła chociażby na Jezusa, gdyby był kobietą. Ale skoro zaczynam się nad tym zastanawiać, znaczy to już, ze faktycznie gdyby był kobietą, mogłabym całkiem zmienić swój punkt widzenia. Pytanie tylko czy na gorsze, czy też na lepsze. Płeć ma ogromne znaczenie. Smutne i prawdziwe. Prawdziwe i inspirujące. Kiedyś chciałam być mężczyzną, ale to już chyba nie ten wątek…

    * koSmiczny VS komiczny —> kolejne potwierdzenie mojej imaginacji na temat świata, jakoby był po prostu zlepkiem latających liter. To dlatego mój ulubiony szekspirowski cytat to po prostu: „words, words, words”

    * prostota czy przepych? Przepych czy prostota? Z tą długością i krótkością to jak z barokiem i renesansem. Chociaż nie… gotyk też był bogaty, na swój sposób, a niby dlaczego tak bardzo go wywyższam nad barok, tłumacząc, że tam za dużo, za smacznie i za kolorowo. „gówno prawda” a wszystko to prawda i tylko prawda. Długie nie zawsze musi być dobre. Krótkie też nie wystarcza. Zawsze istnieje ryzyko prze-powiedzenia lub niedo-powiedzenia. Skusiłeś mnie jednak do pisania co oznacza że dziś długość otrzymuje punkt. Zawsze można zrobić tabelkę z punktami, ale po co?

    * i jeszcze przewinę wyżej i jeszcze popatrzę w słowa. I chcąc nie chcąc, zatrzymałam się na zdaniu o seksie bo bardzo mi się podoba i zgadzam się z nim w zupełności. Mimowolnie jednak łączę je ze zdaniem na temat „młodości”. A to kolejne tak zwane „gówno-prawda”, do którego mam nadzieję się przekonać, kiedy będę już strasznie stara, siwa i pomarszczona. Wtedy to dopiero powinno być przyjemnie!

    A teraz, cóż ja wiem o świecie? Przepraszam, jeśli kogokolwiek zmusiłam do przeczytania tego. Kiedyś za to odpokutuję. Dawno mnie tu jednak nie było, chcąc nie chcąc, zmienię to.

    Pozdrawiam szczerze!
    Joanna Szalona

    • Logos Amicus Says:

      „Świat jako zlepek latających liter” – podoba mi się to określenie ;)
      Równie dobrze „litery” można by zamienić „słowami” – w końcu to jest to samo.

      „gówno prawda” może być zastosowana do wszystkiego, co tylko dowodzi tego, że absolutna prawda jest przed nami zakryta – że możemy mieć tylko „swoje” prawdy. I jak tu nie być sceptykiem? ;)

      Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym bardziej skłonny jest twierdzić, że seks jest przereklamowany.
      Ale upojenie młodością niekoniecznie musi być tym samym co upojenie seksem ;)
      Umysł może dłużej pozostać młody, niż ciało.

      Zawsze jesteś tu mile widziana.
      A szaleństwo zawsze ma w sobie coś, co przyciąga ;)

  7. Echo Says:

    Skąd to stwierdzenie, że organizmy z prymitywnymi mózgami BYWAJĄ lepiej przystosowane? Chyba z akcentem na bywają. Po czym też rozpoznajesz to lepsze przystosowanie? Jeśli chodzi o liczbę osobników, to zapewne bakterie byłyby najlepiej przystosowanymi osobnikami (jeśli można je tak nazwać) na ziemi. Człowiek jest najsilniejszym predatorem na tej planecie właśnie dzięki mózgowi. Czy rzeczywiście się utrzyma – trudno powiedzieć. Mechanizmy przystosowawcze płatają różne figle – popatrz wielkość ciała była na pewno początkowo wspaniałą właściwością dinozaurów, potem spowodowała ich klęską. Ale skrzypy, które były kiedyś olbrzymie, zredukowały swoją wielkość – powiedziałbym, że wahadło poszło nawet za bardzo w drugim kierunku.
    Zatem to, co wydaje się dawać przewagę na początku, może stać się przyczynkiem do zagłady.
    Wg Wilsona („The diversity of life”) mamy już teraz do czynienia z 6 zagładą gatunków, powodowaną przez działalność człowieka. 5 zagłada – właśnie dinozaurów – miała miejsce 65 mln lat temu.

    Jak się mają do tego argumenty kreacjonistów?
    Jeśli uważa się, że teoria Darwina jest tylko teorią – choć dowody na nią spotykamy niemal wszędzie – to biblię i kreacjonizm należy od razu włożyć na półkę z bajkami lub legendami o stworzeniu świata. Co niektórzy z kolei krytykują kościół, ale dalej uważają, że palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma. Ale zaprzeczanie ewolucji nie przystoi teraz człowiekowi inteligentnemu.
    Do jakich nauk zaliczyć więc genetykę?
    Teoria Darwina to w zasadzie czysta statystyka. Polecam artykuł z pisma NEJM na temat reperkusji odkryć Darwina w nowej genetyce i szukaniu genetycznych przyczyn różnych chorób. Okazuje się, że różnorodność genetyczna jest tak duża, że dopiero badania na dużych grupach – co jest normą w statystyce – pokazują jakie zależności można uzyskać.
    Znów usłyszę: logiczny, boski splot wydarzeń! Hehehe… No jasne, jak coś jest spowodowane wieloczynnikowo i prawdopodobieństwo wystąpienia jest małe, to MUSI być BÓG. Równie dobrze można by powiedzieć, że wygrana na loterii to też PALEC BOŻY. A to tylko rachunek prawdopodobieństwa. BÓG, jeśli jest, to działa po prostu na dużą skalę i wtedy to, co nieprawdopodobne, się zdarza. Nawet słynne prawo Murfiego – wszystko co się może zdarzyć, zdarzy się – jest oparte na statystyce, prawdopodobieństwie i wielkich liczbach.
    * * *
    „Choć znaleźli się przecież i tacy, którzy, jak np. Beaudelaire, uważali ludzkość za pewnego rodzaju zanieczyszczenie środowiska. Podobnie było z jednym z najbardziej znanych poetów amerykańskich Robinsonem Jeffersem, który, wobec wojennego szaleństwa ludzkości XX wieku, uznał, że gatunek ludzki jest tylko skażeniem uniwersalnego porządku i – jako taki – zasługuje na zniszczenie.”
    Owszem, jeśli się nie opamiętamy, to możemy być potraktowani jak bakterie. Bakterie żyją w nas, ale gdy stracimy odporność (czytaj: stwórzmy warunki dla rozwoju większej liczby bakterii – następuje inwazja wg wszelkich zasad praw natury). „Podporządkuj sobie świat” – gdzieś to już słyszałem.
    Bakteria jednak nie ma na tyle rozumu, by przewidzieć, że w dłuższej perspektywie jej działalność powoduje zniszczenie żywiciela i w sumie zagładę całej swojej populacji. My zachowujemy się podobnie i mimo MÓZGU, nie bardzo nam się chce patrzyć na przyszłe pokolenia, co zrobią z matka ziemią, gdy już ona przestanie znosić naszą działalność na niej.
    Jednak prawo rozwoju (patrz ekonomia i ciągłe żądanie rozwoju gospodarczego) chyba prowadzi nas nieuchronnie do zagłady. Właściwie, jak twierdzi Wilson, zagłada już się zaczęła i dotyczy na razie zwierząt, choć np. Afryka też umiera i cały świat spokojnie się temu przygląda.
    Można by znów popatrzeć na to, jak na przypadek jednego człowieka (złe warunki środowiskowe, osłabiona odporność, słaba higiena) no i masz – wirusy i bakterie mają używanie. Jak widzimy, największy ziemski predator ma z kolei za predatora najmniejsze ziemskie stworzenia, całkowicie pozbawione mózgu. Czyż nie jest to ciekawe!?
    * * *
    Poza tym, czy rzeczywiście wielki architekt ma plan??? Bardzo wątpię. Raczej kolejne próby (można by tak nazwać). Bo nawet mając największy mózg i przyjmując obliczenia różnych możliwych scenariuszy (kilka filmów na ten temat zrobiono) to nie sposób przewidzieć wszystkiego.
    NO ale „BÓG to na pewno potrafi” – no nie!!! Skoro potrafi, to po co zgładził dinozaury? POMYLIŁ SIĘ! NADA. Chyba, że jest omylny i taki z niego architekt, że buduje na piasku, a potem dziwi się, że mu się wali.
    Jeśli ludzkość ma takie wątpliwości DOKĄD zmierza – to czemu tak łatwo ulega pokusie, że musi być ten WSZYSTKO WIEDZĄCY ARCHITEKT, który wie dokąd zmierzamy?
    Skoro tak, to po co się martwić – od nas nic nie zależy. Możemy spać spokojnie lub czekać na następna pomyłkę architekta. Co tym razem zawali?
    * * *
    Skoro już jesteśmy przy Bogu i tej powszechnej harmonii – jak kiedyś raczyłeś się wyrazić o świecie. To gdzie jest miejsce diabła? Jest diabeł czy go nie ma? Skoro jest, to na czym polega jego działalność? Skoro Bóg jest architektem, to diabeł jest podpalaczem.
    Jakie to proste: wiadomo dlaczego wyginęły dinozaury – świnia DIABEŁ to zrobił. No tak, jak my wyginiemy – to zapewne też będzie sprawą diabła.

    Z drugiej strony, patrząc na wszystko z punktu widzenia ewolucji, sprawa też wydaje się prosta. Wszystko co się rodzi, umiera. Dotyczy to także gatunków, idei, kultury, imperiów, porządku świata. Każda cywilizacja ma swoje apogeum – okres dojrzałości a potem chyli się ku upadkowi. Można by powiedzieć: naturalne procesy… albo boskie plany – jak wolą inni. Co będzie po nas? A no… inna cywilizacja, może inne gatunki?
    Ile mamy czasu?
    Z punktu widzenia koła historii – w cholerę. Cóż, od ostatniej zagłady minęło 65 mln lat. Ludzkość w swej obecnej formie… no nie wiem, ale to zaledwie tyknięcie sekundnika na skali historycznego czasu. Więc może mamy trochę czasu przed sobą, o ile wcześniej nie zabijemy organizmu, na którym wegetujemy (Ziemi).
    * * *
    Poza tym, czemu ten przypadek? Jaki znów przypadek? Teoria chaosu się kłania! Przypadków nie ma – jest tylko splot wydarzeń, które same w sobie nie stanowią nic dziwnego a wywołują skutki, które jest ciężko przewidzieć. Choć pewnie za jakiś czas, być może, będziemy mogli to zrobić.
    Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia. To tak jak KUBUŚ fatalista mówił: taka jest wola Boga i z nią się zawsze zgadzać trzeba – czy coś w tym stylu.
    Po co się więc wysilać i próbować uzyskać odpowiedź? A ona jest prosta i jakżeż cudowna!: Ludzkość pępkiem Wszechświata, BÓG ojciec, co zajął się wszystkim. Ma plan i nas wychowuje. A te wszystkie – przy okazji występujące, plagi egipskie czy wojny światowe, to klapsy od Boga.
    * * *
    Neodarwinizm, czy darwinizm – to określenia ostatnio bardzo pejoratywne. Niektórzy też przypisują Darwinowi wszystkie plagi ostatniego stulecia – od Marksa po Hitlera. Pewnie chodzi o interpretacje, która jak wiadomo może zmienić całe znaczenie teorii. Bo skoro silniejszy wygrywa, to musi wygrać rasa panów. Tylko kto jest silniejszy??? O tym decyduje środowisko. Tyle, że samo pojęcie środowiska nam się ostatnio komplikuje. Dochodzi znacznie więcej czynników. Jak to mówią: im dalej w las, tym więcej drzew.

    Pozdrowienia

    • Logos Amicus Says:

      „Co niektórzy (…) uważają, że palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma.”

      Otóż właśnie wszystko rozbija się o to „być może” (to jest znaczące i wymowne, bo określenia tego używasz, uważając się za ateistę). Gdyż ciągle nie mamy wystarczającej wiedzy, by wykluczyć Nadrzędną Przyczynę Sprawczą (czyli „palec boży”), ani by twierdzić, że wszystko zaistniało dzięki aktowi wolicjonalnemu jakiegoś Wyższego Bytu (Boga). Tego na razie nie możemy rozstrzygnąć. Wszystko, co chce ten problem rozstrzygnąć, jest albo hipotezą, albo wiarą – bo wystarczających dowodów nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą.

      Nie przeczę teorii ewolucji (a wiem, że są ludzie, którzy – zwykle ze względu na swoją wiarę – nie chcą nawet o niej słyszeć) ale nie uważam, że wszystko (a zwłaszcza pojawienie się życia na ziemi) było dziełem przypadku (długo dochodziłem do tego przekonania – nie pojawiło się ono u mnie tak ad hoc), i nie sądzę też, że tylko tzw. „przypadek” kieruje ewolucją – co zresztą wydają się potwierdzać pewne ostatnie badania, w których zaobserwowano, że materia/energia zachowuje się czasami tak, jakby „wybierała” najbardziej optymalny kierunek działania, „omijając” niejako te, które by ją prowadziły „na manowce” (sorry, że nie używam terminów „naukowych” ale po prostu chcę przekazać tu pewna ideę tak, aby była ona zrozumiała także przez nas, laików).
      Czyli jest jakiś kierunek. A jeśli coś jest ukierunkowane (do pewnego stopnia zdeterminowane?) to nie wszystko można wyjaśnić za pomocą statystyki, która opiera się na teorii chaosu i traktuje zderzenia losowe, jak zupełnie przypadkowe.

      Zresztą, nawet Ty, (najprawdopodobniej bezwiednie) zaprzeczasz w swoim komentarzu istnieniu czegoś takiego jak „przypadek”, choć wcześniej (przy innych okazjach) twierdziłeś, że życie na Ziemi powstało „przypadkowo”, i że ten „przypadek” nadal ma wpływ np. na ewolucję.

      Wg mnie teoria ewolucji nie musi być sprzeczna z tzw. „kreacjonizmem”. Innymi słowy: kreacjonizm wcale musi wykluczać prawidłowości teorii ewolucji – w tym sensie, że same prawidła ewolucji zostały zawarte już w planie Stworzenia. (Ja rozumiem go jako coś w rodzaju kosmicznego programu „komputerowego”, jaki działa i realizuje się we Wszechświecie – a sam Wszechświat można wg mnie porównać w tym kontekście do pewnego rodzaju komputera).

      Piszesz: „Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia.”
      Trudno mi się z tym zgodzić. Nawet jeśli bylibyśmy przekonani, że takie źródło istnieje (w postaci „boga”), to i tak nie wiedzielibyśmy dokładnie jakie to źródło jest, a więc moglibyśmy dążyć do jego poznania – nota bene wykorzystując metody naukowe, które (jak pewnie mielibyśmy nadzieję) prowadziły by nas coraz bliżej „kłębka” – czyli początku Wszystkiego.

  8. Flame Says:

    Nie jestem katoliczką od dawna. Katolicyzm niewiele ma wspólnego z wiarą w Boga (a więc głównie – wiarą BOGU!), więc i jego przedstawiciele nie powinni czuć się urażeni darwinowską teorią (na marginesie – to nadal teoria, im głębiej badana, tym bardziej nieprawdopodobna z naukowego punktu widzenia.. sam dziadek Darwin zwątpił, kończąc swoje ‚dzieło’).
    Hipotezę ową osobiście widzę jako bujdę, uważając siebie za człowieka w miarę inteligentnego. Jeśli mam do wyboru teorię, z której wynika, że wszystko, czym jestem i w czym się obracam, jest skutkiem tego, że kiedyś konkretny kamyczek uderzył w inny konkretny kamyczek, bo tak „wiatr (dziejów) zawiał” i tę, z której wynika, że wszystko zostało precyzyjnie zaplanowane i stworzone przez dalece rozumniejszą i mającą ku temu środki (wiedzę, moc) Istotę.. stanowczo skłaniam się ku drugiej możliwości :)
    Bóg jest logiczny, tak jak prawa rządzące Wszechświatem są logiczne i matematycznie/fizycznie doskonałe. (Od precyzji, z jaką zamknięto w atomie ogrom energii po ruchy w gwiezdnych konstelacjach – nawet nasz swojski US i nasze w nim położenie świadczy o NIEprzypadkowości i planowym stwarzaniu.. gdybyśmy byli bardziej w centrum, groziłoby nam ogromne promieniowanie.. jeśli na obrzeżach – brak pierwiastków warunkujących życie człowieka.. gdyby nie ochrona niedalekiego Jowisza, dawno zmiotłaby nas jakaś restauracja pozaziemska, zwiedziona powabem naszego przyciągania kosmicznego.. etc.;) )
    Warto zauważyć, że naprawdę wielcy odkrywcy i naukowcy, nie zwykła, szeregowa ‚kadra paranaukowa’ (vide – A. Einstein) są/byli przekonani, że życie i Ziemia są wynikiem stwórczej i celowej działalności jakiejś inteligentnej Istoty. Im bardziej nauka wgłębia się w prawidła rządzące Wszechświatem, tym bliżej jej do doliny, gdzie pod starym drzewem widać jeszcze cienie prarodziców – Adama i Ewy, niejakich, z domu: doskonałych ;)

    • def. Says:

      Flame – litości! Logos nie ma nic wspólnego z logiką. I skąd pomysł, że prawa rządzące kosmosem są „logiczne”? A „naprawdę wielcy” bywali również ateiści (Hawking).
      Ad rem – teoria Dawkinsa podoba mi się, jest „elegancka” i spójna. Poza tym jego oponenci nie umieją jakoś znaleźć kontrargumentów. mogę pełnić rolę pasa transmisyjnego dla samolubnego genu, ale chciałabym, żeby ten pas przenosił również memy, zapewniając im nieśmiertelność. Nie wiem, czy życie musiało powstać – chociaż pewnie musiało, skoro materia(ł) na nie istnieje od początku. jeśli był jakiś początek.

      Cele religii? To osobny temat – i ogromny. Myślę, że popularność (powszechność raczej) religii opiera się głównie na lęku ludzi przed śmiercią. I przed życiem. Wiara w boga ten lęk niweluje. Daje prostą receptę na życie. Nie trzeba się wysilać, nie trzeba myśleć. Większość ludzi odczuwa silną potrzebę „wierzenia w coś”(inna sprawa, że mylą oni wiarę z wiedzą). Religia jest odpowiedzią na to zapotrzebowanie.

      • Flame Says:

        Mogę dyskutować z argumentami, nie z… zresztą, o czym się tu rozpisywać, gdy ktoś myli wyciąganie wniosków z tego, co dookoła z systemami religijnymi i tychże patentami na manipulowanie człowiekiem. Tu trzeba by było od podstaw na poziomi przedszkolnym chyba zaczynać, takim Ciemnogrodem zapachniało…

    • def. Says:

      Uznałam Logosie, że Twoja nota zasługuje na poważne potraktowanie.
      Samoświadomość jest niewątpliwie wytworem ludzkiego mózgu – i daje przewagę nad innymi gatunkami. Dlaczego jednak nie miałaby powstać w toku ewolucji? Szanuję naukę – zwłaszcza tę jej część, która wymaga odwagi zarówno od twórcy jak i od odbiorcy. Przykro mi, kiedy ktoś beztrosko i bezpodstawnie rzuca sobie ex cathedra, ot tak, dla… nie wiem, właściwie, po co, że darwinizm podważono u jego podstaw, że wielcy naukowcy są w zasadzie wierzący itd. Nie problem w niewiedzy – problem w tym, że ktoś, kto to czyta – gotów temu zawierzyć. Zaliczenie do „szeregowej kadry” naukowców-ateistów (ktokolwiek by to powiedział, naprawdę nie chodzi mi o podmiot mówiący) wywołałoby moje oburzenie.

    • Logos Amicus Says:

      Komentarz Flame wydaje mi się czymś w rodzaju jej wyznania wiary. Dlatego trudno jest z nim dyskutować. Osoby zaprzeczające prawdziwości teorii ewolucji odrzucą każdy potwierdzający ją dowód – po prostu nie przyjmą go do wiadomości. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla ich pojęcia Boga i człowieka – równające się zaprzeczeniu ich wiary. Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować „prawdy” ich wiary… która zburzyłaby ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.
      Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć – zwłaszcza o tym, co kwestionowałoby ich przekonania, co mogłoby „wysadzić” ich z utartych schematów myślenia, zburzyć stereotypy jakim się oddają…

  9. Cane Says:

    Ale zapachniało agnostycyzmem, intensywnie, jak chlebem z piekarni o świcie. :)

  10. sarna Says:

    Teoria „Dar wina” – wielka niewiadoma ;)

  11. maria Says:

    Co i rusz stawiasz taką tezę cyt: ‚Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować “prawdy” ich wiary… która zburzyłaby ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.
    Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć …’

    To chyba nie tak. Ewolucja człowieka ( w sensie rozwój) jest dynamiczna (mam nadzieję, że idzie do przodu), a więc są ludzie, którzy weszli już w wyższą fazę rozwoju niż inni. To nie jest kwestia chęci, tylko ogólnie mówiąc możliwości. Każdy musi przejść swoją fazę rozwoju. I tyle.

    • Logos Amicus Says:

      Ja nie pisałem tego w formie zarzutu, tylko stwierdzałem coś, co według mnie jest faktem: ludzie, generalnie rzecz biorąc, unikają (myślowej) konfrontacji z czymś, co mogłoby zburzyć ich poukładany (?) świat wierzeń, przekonań… a jeśli o tym już myślą, to w formie odrzucenia i negacji, a nie porównania i analizy, albo chęci zrozumienia. Ludzie, w zdecydowanej większości nie są – użyję tu trochę prowokacyjnego określenia – „wolnomyślecilami”. Wręcz przeciwnie: są w swoim myśleniu zwykle konformistyczni, zachowawczy, poddający się stereotypom, wpływom środowiska… I wiedziano o tym na długo przed tym, jak Fromm opisał to w swojej słynnej książce „Ucieczka od wolności”.

      Oczywiście, że jest to uogólnienie i że są ludzie, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni i nie cofają się przed niczym, burzą stereotypy, ale wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało.
      I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka.

      Czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
      Wydaje mi się że jednak chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.

  12. maria Says:

    Jest taki aforyzm Kisiela : ‚Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.’ To tak dla rozluźnienia atmosfery :))

    Co do rozwoju człowieka. Czy napiszesz kiedyś jakąś notkę o społeczeństwie amerykańskim? Wydaje mi się, że nic takiego w Twoich wpisach nie ma. Mnie generalnie ten temat bardzo interesuje, wszak Stany Zjednoczone są jednym z najbardziej rozwiniętych krajów na świecie. Jak to się ma z rozwojem społeczeństwa? Wiem, że trudno jest te sprawy uogólniać, ale może masz jakieś własne refleksje na ten temat ?

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście, że refleksje własne (na temat społeczeństwa amerykańskiego) mam. (To, co napisałem powyżej – o uciecze samodzielnego myślenia większości ludzi – odnosi się także do Amerykanów, może nawet bardziej do Amerykanów, niż Europejczyków). Być może kiedyś o tym napiszę, ale pewnie wcześniej zajmę się tym, co wyprawiają ostatnio przywódcy tego społeczeństwa – a co wg mnie aż nadto zbliżyło się do cynizmu i niegodziwości).
      Jednak czuję pewne opory, by podejmować takie tematy, bo mój blog nie jest jednak jakąś doraźną publicystyką – ma charakter bardziej osobisty, może nawet – jak to mówią – „niszowy” ;)

      Lecz w Twojej sugestii wyczułem jakby pewien… przytyk (nie wiem, może się mylę? – jeśli tak, to przepraszam). Coś w rodzaju: pijesz do Polaków, ale zobacz jacy są sami Amerykanie ;)
      Nie chciałbym tu jednak rozjątrzać kompleksów – i to zarówno jednej, jak i drugiej strony.

      Co do aforyzmu Kisiela.
      Nie do końca bym się z nim zgodził. Bowiem, wg mnie dureń, który wie, że jest durniem, tym durniem być nie przestaje – jeśli nie zmieni swego postępowania ;)
      Lecz to prawda: głupiec, który nie widzi własnej głupoty, to najgorszy rodzaj głupca.
      Ale czy nie jest tak, że większość z nas nie dostrzega jednak (czasami?) własnej głupoty? (A przecież nie ma takiego człowieka, który byłby zupełnie od tej głupoty wolny).

  13. Alchemik Says:

    To pierwsze, na samej górze, jest dla mnie jak wróżba z afirmacji – sklejam się :)
    Pozdrawiam i dzięki wielkie, bardzo, ale to bardzo trafne przemyślenia, choć muszę je na spokojnie wszystkie rozważyć w głowie i doczytać raz jeszcze.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s