NIEŁATWE WYBORY – „IDY MARCOWE” i „BOB ROBERTS”, czyli problem z amerykańskimi kandydatami

Między lojalnością a zdradą (George Clooney i Ryan Gosling w "Idach marcowych")

Dlaczego „Idy marcowe”?
Powiedzmy sobie szczerze: George Clooney nie jest Szekspirem, Ryan Gosling – Brutusem, a żaden kandydat na amerykańskiego prezydenta – Juliuszem Cezarem.
Ale zostawmy na boku ten nie grzeszący skromnością i bezpretensjonalnością tytuł i zajmijmy się samym filmem Cóż, jest to dobra, dość solidna amerykańska produkcja, ale chyba błędem byłoby doszukiwać się w niej jakichś odkrywczych prawd o sposobie uprawiania polityki, czy też działania machin wyborczych. Bo przecież nawet dziecko o tym wie, że polityka to k… a, że każdy kto bierze się za politykę w końcu musi się „umaczać”, że nie ma w polityce niewinnych czarodziei, że prawdę o polityce można dopiero znaleźć za kulisami, bo wszystko w niej jest fasadą, rządzą hipokryci, a publika łyka tylko to co się jej podtyka, albo i nie… co zresztą i tak nie ma większego znaczenia bo liczą się przede wszystkim – i o wszystkim decydują – pieniądze.

Jednakże, wg mnie, to nie jest film o polityce a raczej o ludziach, którzy politykę „robią” (a to nie jest to samo). Jest to film o pewnej konkretnej sytuacji, która mogłaby się – na dobrą lub złą sprawę – zdarzyć w każdym środowisku. Wreszcie: jest to film przede wszystkim o lojalności (czy też raczej jej braku – a więc: o zdradzie) i o oportunizmie. Moim zdaniem, odnoszenie tego, co się w nim dzieje do obecnej sytuacji w (rozpolitykowanej dość umiarkowanie jdnak) Ameryce byłoby nie tylko pewną nadinterpretacją, ale i nieporozumieniem (jeśli już odnosi się on do polityki, to jednak motywy te w filmie Clooneya są zbyt uniwersalne, by ubierać je we współczesny konkret). A tego jednak nie można było powiedzieć o wcześniejszych amerykańskich filmach zajmujących się podobną problematyką (przede wszystkim „Kandydat”, ale też m.in. „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Bob Roberts”, „JFK”, „Nixon” czy telewizyjny serial „The West Wing”).
Tak więc Clooney bardziej bawi się w kino, niż krytykuje (czy też analizuje) pewną rzeczywistość polityczną i mechanizmy, dzięki którym politycy zdobywają władzę. Na szczęście bawią się w to razem z nim tacy znakomici aktorzy, jak Ryan Gosling, Philip Seymour Hoffman, Paul  Giamatti… więc raczej w kinie się nie nudzimy. A nawet – przy odrobinie przychylności, dobrej woli i bez większego krytycznego zacięcia – możemy całkiem fajnie i interesująco spędzić czas, przyglądając się perypetiom bohaterów, rozważając ich postępowanie (niekoniecznie aplikując do tego kategorie etyczne); czy też mówiąc o kreacjach występujących w filmie aktorów. (W tym miejscu mogę polecić wpis tamaryszka, który – nie mniej, nie więcej – tym właśnie się zajmuje.)

Napisałem przed chwilą, że pewną nadinterpretacją byłoby odnoszenie treści filmu do obecnej sytuacji społeczno-politycznej w Stanach Zjednoczonych, ale jednak jest pewien motyw „Id marcowych” (pełniący zresztą w filmie kluczową rolę), który wiąże się z pewną, dającą się dziś zauważyć, społeczną przypadłością.
Otóż film, mimo swego racjonalistycznego rdzenia (zachowanego nawet w idealistycznych odruchach swoich bohaterów), demonizuje seks. Nie ma dwóch zdań. (Niewykluczone, że ma w tym wszystkim znaczenie niewątpliwy – i dysponujący niemalże globalną siłą rażenia – sex-appeal Clooneya). To znak czasów – obsesja społeczeństw Zachodu. Plamy na sukience stażystki Białego Domu są ważniejsze od wypowiedzenia wojny krajowi, w którym zginie kilkaset tysięcy ludzi. Dla mnie jest to więc nie tylko demonizacja seksu – także bezmyślność i nieodpowiedzialność tych, którzy potępiają obyczajową, seksualną amoralność innych, a są ślepi na prawdziwe zagrożenia, nie widząc właściwych proporcji w tym, co naprawdę dzieje się na świecie i co naprawdę sprowadza nieszczęście na miliony ludzi. No, ale to wymaga wyobraźni i empatii – wartości raczej deficytowych w przypadku tzw. „opinii” publicznej.

* * *

„Idy marcowe” George’a Clooneya przypomniały mi „Boba Robertsa” – filmową satyrę Tima Robbinsa sprzed – trudno mi w to uwierzyć! – 20 lat, która podejmowała podobny wątek amerykańskich wyborów prezydenckich. Myślę, że warto przypomnieć tamten obraz, a jeśli ktoś przy jakiejś okazji się z nim spotka, to polecam jego obejrzenie, bo zawiera on moim zdaniem momenty błyskotliwe. Wówczas wydawało mi się, że jest to początek wielkiej kariery Tima Robbinsa, lecz niestety, przyszłość nie była dla niego taka łaskawa jeśli chodzi o artystyczne sukcesy i podobnie udane filmy autorskie. (Artykuł został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim” we wrześniu 1992 roku.)

*

Prezydenckie wybory jako gra pozorów i własnego ego (Tim Robbins jako Bob Roberts)

*

Film „Bob Roberts” Tima Robbinsa, nakręcony na długo przed rozruszaniem machin wyborczych kampanii Busha, Clintona i Perota – uderzył większość widzów taką celnością w przewidywaniu nadchodzących wydarzeń, że sugerowano Robbinsowi objęcie pozycji nadwornego astrologa Białego Domu. O samym wątku zaś mówiono, że przypomina ściągawkę z prasowych nagłówków i wiadomości, które dopiero co miały nadejść.

*

1.

„Bob Roberts” to ostra satyra polityczna, której żądło kłuje w samą słabiznę amerykańskiego systemu. Film ma formę fikcyjnego dokumentu zajmującego się postacią senatorskiego kandydata stanu Pensylwania. Jak przystało na epokę polityki telewizyjnej i manipulacji tłumem, image Robertsa jest skrupulatnie dobrany i wymodelowany: gładki i elegancki yuppie (mimo 35 lat – już milioner), z przyklejonym do twarzy uśmiechem (dodajmy: na moment pojawienia się przed kamerą). Jednym słowem – plakat. Jego zbiór politycznych doktryn wypełniony jest przedziwnie ze sobą korespondującymi elementami: demagogią i populizmem, jak również faszyzującym radykalizmem oraz progresywizmem z jednej strony, z drugiej zaś… konserwatyzmem (!), Taki ideowy dziwoląg i łamaniec możliwy tylko w sferze politycznej ekwilibrystyki, zmyłki i manipulacji.

Roberts jeździ na spotkania wyborcze oplakatowanym autobusem, na prawo i lewo udziela wywiadów podnieconym dziennikarzom, nie omija żadnej okazji, by pokazać się w telewizji i wygłosić – a raczej wyśpiewać – kilka swoich demagogicznych sloganów. Tak właśnie: wyśpiewać! Główną bronią Robertsa jest bowiem gitara, przy akompaniamencie której przekazuje (wzorem folkowców – oczywiste wskazanie na Boba Dylana) własne przesłania. Szumne, górne i lotne – w rzeczywistości puste i wytarte. W wydaniu Robertsa są naprawdę czymś szczególnym: protest-songami konserwatysty!. Tytuły: „Czasy zmieniają się na powrót” (!) („The Times They Are A-Changin’ Back”), „Nasz jest ten kraj”, „Zwróćcie nam Amerykę”, „Precz z narkotykami”… etc. Oprócz tego używa sobie na zwyczajowych „chłopcach do bicia”: liberałach, Kongresie, polityce zagranicznej rządu – rzucając pod ich adresem niewybredne reakcyjne wiązanki. Wszystko oczywiście w granicach wyznaczonych oficjalnymi regułami politycznej poprawności. I tylko wtedy gdy przegrywa walkę szermierczą (jego sport pokazowy), będąc poza zasięgiem mikrofonów i obiektywów kamer, wychodzi z niego prawdziwa natura (bubka i bufona, może nawet suk…na).
Naturalnie, znajduje się człowiek, który wie kim Bob Roberts jest naprawdę i chce mu publicznie zadać pytania dotyczące jego skorumpowanej przeszłości brudnego aferzysty. I tu możemy sobie zadać pytanie: dlaczego jednak jest w nim filmie Robbinsa taka postać jak znerwicowany Murzyn – dziennikarz, którego monologi (podobnie jak konkurującego z Robertsem senatora) stają się niestety przyciężkimi wycieczkami o lewackim charakterze, obnażającym „najprawdziwszą prawdę” pod załganą oficjalną warstwą pozorów i obłudnej polityki? (Ktoś może powiedzieć: odchylenie godne samego Olivera Stone’a.)

2.

O filmie Robbinsa pisano np. że jest to „miażdżąca krytyka amerykańskiego systemu politycznego i wyborczego” (Daniel Passent, „Polityka”). Ale przecież nie można zapominać o dokonanej w nim deformacji rzeczywistości będącej konsekwencją zastosowania konwencji satyrycznej, także komediowej. Rzeczywiście, postać Robertsa i jego zachowanie to zlepek autentycznych postaci amerykańskiej sceny politycznej i ich zachowań: występy z gitarą w telewizyjnym show (vide: Clinton z saksofonem w programie Arsenio Halla), self-mad man, milioner, a jednocześnie „jeden z nas” (Perot), konserwatysta, performer, telewizyjna ikona (Reagan), propagandowy autobus wędrujący po kraju (to staje się w kampaniach wyborczych regułą), muzyk i piosenkarz z ambicjami trybuna i politycznego aktywisty (Bono i wiele innych gwiazd rocka)… etc.
Mimo to film pozostaje fikcją. Dość charakterystycznie i znacząco wyraził się na jego temat Ed Rollins, koordynator kampanii wyborczej Rossa Perota: „Najważniejsze to widzieć w tym filmie rozrywkę, a nie odbicie ani nawet komentarz amerykańskiego życia politycznego. W przeciwnym razie wydałby mi się on bardzo nieprzyjemny i niepokojący. Przedstawienie bohatera jako mistrza manipulacji, który zrobi dosłownie wszystko by wygrać wybory, mogłoby być w obecnym klimacie politycznym bardzo niebezpieczne, niż Roberts i jego paskudna spółka działająca rzeczywiście. Nigdy w ciągu ostatnich 30 lat nie widziałem takiego rozczarowania wśród ludzi, jak teraz. Taki film jak ten, odwołując się do najgorszych stereotypów amerykańskiego systemu politycznego, w rzeczywistości wyolbrzymia i umacnia je. Zamiast system ten ulepszać, czyni jeszcze większe szkody.”
Mając to na uwadze, nie zdziwiła mnie więc reakcja pewnej starszej pani, która po zakończonej projekcji pobiegła oburzona do stanowiska (Bogu ducha winnych) bileterów z pretensjami, że pokazuje się coś takiego w kinach. Mnie to nie dziwi. W końcu niezbyt przyjemne to doświadczenie, kiedy mówi się nam, że przez całe życie byliśmy zwodzeni i oszukiwani przez sprytne kanalie.

* * *

Advertisements

komentarzy 12 to “NIEŁATWE WYBORY – „IDY MARCOWE” i „BOB ROBERTS”, czyli problem z amerykańskimi kandydatami”

  1. Logos Amicus Says:

    „Idy marcowe”:

    „Bob Roberts”:

  2. Onibe Says:

    nawet dojrzałe systemy polityczne nie są idealne, dobrze jednak, że Amerykanie – przynajmniej sporadycznie – nie pozostają ślepi na pewne niuanse swojego układu

    • Logos Amicus Says:

      Nie jestem pewien co jest gorsze jeśli chodzi o stosunek społeczeństwa do polityki (działalności polityków): być ślepym czy bezsilnym. Ne pewno jednak: być zarówno ślepym jak i bezsilnym – to już chyba tragedia.

      • Onibe Says:

        określenie „bezsilność” zakłada istnienie przeciwieństwa tejże, tzn „silność” lub – bardziej gramatycznie „zdolność wpływania”. W praktyce, im dłuzej obserwuję ludzi, tym częściej dostrzegam, że zdolność wywierania wpływu jest domeną nielicznych jednostek, natomiast większość ma z tym problem. Bezsilność dotyczy nawet relacji rodzinnych: mąż, żona, dziecko, teściowa, kuzyn – w jak niewielu przypadkach możemy reżyserować losy naszych bliskich lub – bardziej minimalistycznie – nasze własne losy na ich tle? Udaje się to sporadycznie, czemu zatem tak uparcie śnimy sen o tym, jakoby każdy z nas mógł dowolnie kreować rzeczywistość? Jesteśmy wieśniakami w feudalnym świecie, ot, smutna, bura prawda…

        • Logos Amicus Says:

          To prawda, zdolność wywierania wpływu (w polityce) jest domeną jednostek. Jeśli chodzi o zdominowany ekonomicznie Zachód, są to konkretnie ludzie, którzy dysponują ogromnymi środkami materialnymi (pieniędzmi). Ich decyzje wpływają na życie milionów – na politykę globalną. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale trudno zaprzeczyć, że to co najważniejsze, decyduje się poza kulisami oficjalnej polityki.
          Niemniej jednak liczą się także ruchy społeczne (np. ostatnia „wiosna arabska”), które są już bardziej spontaniczne, mniej przewidywalne i trudniejsze do kanalizowania. I w tym przypadku wydawać by się mogło, że na wydarzenia mają jednak wpływ „wieśniacy w feudalnym świecie”. Ale w końcu i te zrywy są niejako „przejmowane” przez nieliczne w sumie grupy i jednostki, które muszą utworzyć… wejść w pewien układ z siłami, które mają już konkretną władzę i rzeczywisty wpływ na politykę światową.

          A co do możliwości kierowania własnym życiem? Jednak poczucie tego, że mamy wpływ na to życie (a tym samym na nasze otoczenie) jest nam bardzo potrzebne, bo bez tego czulibyśmy się sparaliżowani (tutaj zahaczamy o kwestię wolnej woli, o której zresztą była mowa niedawno TUTAJ).
          W pewnym sensie kreujemy jednak naszą rzeczywistość (chodzi mi tu nie tyle o ludzkie jednostki, co o ludzki gatunek) tworząc taką a nie inną kulturę (choć też musimy się przy tym liczyć z pewnymi ograniczeniami).
          To, że każdy z nas może dowolnie kreować rzeczywistość jest złudzeniem. Ale czy złudzeniem jest też to, że tę rzeczywistość możemy kreować do pewnego stopnia? Że możemy jednak decydować i wpływać na nasze życie?

        • Onibe Says:

          zgodzę się z Tobą – właściwie z Twoimi pytaniami retorycznymi – do pewnego stopnia rzeczywistość możemy i musimy kreować. Łatwo to zrozumieć porównując ludzi, którzy dają się całkowicie nieść prądowi i tych, którzy stawiają opór, podejmują przemyślane decyzje. Oczywiście świadomość nikłego wpływu na politykę globalną nie powinien nikogo powstrzymywać od podejmowania indywidualnych działań. Moim jednak zdaniem, spendy podobne do tych, jaki niedawno wydarzył się na Wall Street czy pielgrzymki pod pałac prezydencki stanowią zastępczą formę wywierania wpływu: coś jak kupowanie w markecie produktu, który na pudełku ma logo informujące, że 0,0005% z zysku idzie na biedne dzieci. Nie chodzi o efekt, ale o czyn. O myśl, że coś się robi. Na przykład nic, ale za to głośno ;-).

          nie zgodzę się z twierdzeniem, jakoby była w nas psychiczna potrzeba kreacji otoczenia. Obawiam się, że znam zbyt wiele tzw. przypadków ludzi, którzy wręcz panicznie boją się przejęcia choćby śladowej władzy nad własnym życiem. Mało tego: to jest nowa choroba cywilizacyjna – niechęć do kreacji własnego życia. Zobacz sam: we Włoszech problemem jest nagminne pozostawanie dorosłych Włochów ze swoimi mamami. Dorośli faceci nie chcą otwierać własnych rodzin i przejmować odpowiedzialności, wystarcza im niewielki pokój na poddaszu i codziennie podany przez mamę obiad. Społeczeństwa Europy Wschodniej cierpią na podobny problem, choć nieco inaczej wyrażony: przeciętnego Polaka przeraża fakt, że istnieje strefa odpowiedzialności, której nie przejęło z jego barków państwo i jego instytucje opiekuńcze…

        • Logos Amicus Says:

          Pisząc o potrzebie wpływania na nasze otoczenie, kreowania świata – rzeczywistości, w której żyjemy, miałem na myśli ludzi twórczych, którym nie wystarcza to, co zastali, którzy chcą mieć wpływa na swoje życie – a nawet nim kierować. Ale to chyba prawda: większość ludzi poddaje się temu co zastaje – porządkowi społecznemu, religii, powszechnie deklarowanej moralności, potocznej obyczajowości… innymi słowy: płynie jak te ryby z prądem. Bierze się to zresztą z tego, że człowiek jest istotą społeczną, żyje w grupie, której integracja opiera się właśnie na zachowaniach konformistycznych, zachowawczych, także oportunistycznych.

          Żeby cokolwiek zmienić, trzeba jednak pokonać pewien opór. To wymaga siły i jednak odwagi. A nie wszystkich na to stać.

        • Onibe Says:

          oprócz siły i odwagi trzeba także pewnego masochizmu… ;)

        • Logos Amicus Says:

          Niekoniecznie. Nie wszyscy, którzy zmieniają świat, kończą jak męczennicy – choć rzeczywiście, tych ostatnich jest sporo ;)
          Często stają się też jednak bohaterami bez martyrologicznego sznytu.

  3. Ewa Says:

    Chyba zacznę się uczyć grać na trąbce. Hałas będzie dostateczny, by zagłuszyć irytację tym co (od jakiegoś czasu) widzę w informacjach ‚naszej’ TV.
    Diagnozy amerykańskie – trafne czy nie – dotyczą spraw odległych o tysiące kilometrów. A to zawsze mniej boli.
    U nas już właśnie wysypują się ‚kandydaci’, niech ich dunder świśnie; niechby choć grać na czymkolwiek umieli :)

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem czy Ewo zauważyłaś, że wielu polityków potrafi też zagrać (ludziom) na… nosie ;)
      Wątpię, czy to może być dla Ciebie jakieś pocieszenie, ale nasi (amerykańcy) kandydaci na prezydenta, to też… „niech ich gunder świśnie” (łącznie, niestety, z Obamą – moim wielkim rozczarowaniem). A prawybory przypominają niekiedy jakąś szopkę – oczywiście w złym znaczeniu tego słowa.

  4. canto Says:

    „Bob Roberts” to bardzo przykry film, mocno uderzający we wszelkie ruchy masowe i współczesny kult jednostki. Pokazujący jak niebezpieczne może być uwielbienie do idei i ich przedstawicieli. Film sugestywnie potępiający polityczne intrygi, radykalizm poglądowy i skrajną prawicę. Nie wiem kto nazwał to komedią, ale mnie wcale nie było do śmiechu. Pięści same mi się zaciskały, a nóż w kieszeni otwierał, kiedy widziałem tą bezkresną głupotę i ślepy fanatyzm gminu, hipokryzję, zakłamanie i faszystowską mordę senatora Robertsa.
    Scena gdy grał na gitarze, będąc rzekomo sparaliżowanym i…przytupując stopą do rytmu. Taki szczególik, a miałem ochotę strzelić w telewizor. Genialne political fiction, polecam wszystkim.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s