ARTYSTA – niemy, bezbarwny i… piękny

*

Miłość w stylu retro (Bérénice Bejo zakochana w Artyście)

Film doprawdy niezwykły. I to bynajmniej nie dlatego, że jest to obraz czarno-biały, a na dodatek… niemy. Bowiem to, co wydawać by się mogło czysto technicznym chwytem, nowalijką (???), udziwnieniem, chęcią wyróżnienia się z tłumu, tak naprawdę jest – jeśli nie genialnie, to w każdym razie mistrzowsko wyegzekwowanym – pomysłem, który z wielką siłą, acz wcale nie nachalnie ewokuje czar dawno minionej epoki, łącząc to z miłością do samego kina, zwłaszcza kina „starego”. (Być może starsze pokolenia przypomną sobie tutaj niezapomniany telewizyjny cykl Stanisława Janickiego zatytułowany właśnie „W starym kinie”?)
Przyznam się, że twórca „Artysty”, Francuz Michel Hazanavicius wyskoczył dla mnie z filmowego ekranu jak – nie przymierzając – Filip z konopi, bowiem wcześniej nie wiedziałem o nim (wstyd się przyznać?) zgoła nic (znają go być może fani wyreżyserowanych przez niego parodii filmów szpiegowskich „Kair – gniazdo szpiegów”). A tu od razu taka klasa! Jednak, kiedy zaznajomiłem się bliżej z jego dotychczasową karierą i dokonaniami, wiele rzeczy przestało mnie dziwić. Choćby znakomita wiedza Hazanaviciusa (będę się jednak musiał nauczyć wymawiania tego nazwiska bez zająknięcia) z zakresu historii kina i to nie tylko epoki kina niemego (jeden z jego utworów opowiada pewną historię posługując się jedynie fragmentami innych filmów). Jest to o tyle istotne, że w „Artyście” aż roi się od – nie tyle zapożyczeń, co – nawiązań do słynnych obrazów, gwiazd i ludzi dawnego kina. Lecz, trzeba to sobie jasno powiedzieć, nie ma w tym ani krzty plagiatu, wtórności czy też konieczności posługiwania się cudzym materiałem z braku własnej inwencji. Wręcz przeciwnie: podane jest to w taki sposób, że budzi jedynie podziw dla pomysłowości, płynności i skuteczności  reżyserskiej narracji. Film niby to jest zlepkiem znanych motywów, scen a nawet gagów ujętych w formę, która – wydawać by się mogło – dawno odeszła już do lamusa, a mimo to sprawia wrażenie mocno integralnej, autonomicznej całości, utworu jedynego w swoim rodzaju. Dzięki temu „Artystę” trudno nawet nazwać pastiszem, (który zawsze ma w sobie jakąś dozę prześmiewczości, może nawet zjadliwości), ani tym bardziej parodią, (bo ta zawsze pociąga za sobą pewną karykaturalność). Nic z tego. „Artysta” to film jak najbardziej oryginalny i współczesny, który cały swój błyskotliwy sztafaż warsztatowy zaprzęga do tego, by przekazać widzowi coś w sumie prostego, niby to naiwnego i infantylnego, ale niezwykle skutecznego w oddziaływaniu na emocje i uczucia widza. Może właśnie dzięki temu film ten okazał się być takim fenomenem – bo zadowala zarówno odbiorcę wyrafinowanego, jak i tego… hm… wyrafinowanego nieco mniej albo zgoła przypadkowego (a to koalicja i zbieżność krytyczna w kinie raczej rzadko spotykana).

Może jednak zaniecham tych analitycznych dywagacji i napisać po prostu, że oglądanie filmu Hazanaviciusa jest jedną wielką przyjemnością, jaką dać może tylko obcowanie z czymś na wskroś doskonałym, trafionym, szczerym i bezpretensjonalnym? Przy czym użycie słowa „doskonały” nie implikuje tu wcale jakiegoś wiekopomnego arcydzieła, czy też dzieła filmowego na miarę wielkiego „Obywatela Kane’a”. Nie – „Artysta” nie ma wcale takiej ambicji. I może właśnie dzięki temu wzbudza taką sympatię?  I może właśnie dzięki temu nazwać go można (mimo wszystko) wielkim małym filmem (to chyba nieprzypadkowe, że takim samym określeniem obdarzyłem niedawno irańskie „Rozstanie”, choć są to filmy skrajnie się od siebie – formalnie i treściowo – różniące).

Artysta to film bardzo ciekawy jeszcze z innego względu: otóż zrobili go Europejczycy (a konkretnie Francuzi i Belgowie) w samej jaskini lwa (skojarzenie z ryczącymi bestiami wytwórni MGM jak najbardziej na miejscu), czyli w Los Angeles i to w czasie, kiedy Hollywood przestało być w świecie nie tylko modne, ale i wręcz niepożądane, a zachwyt nad hollywoodzkimi produkcjami jest już niczym innym jak tylko obciachem. Dlaczego? Może dlatego, by pokazać światu, co jednak ten świat stracił? Ale przecież nie można za to obwiniać świata, a samo Hollywood, które swoją cnotę straciło chyba właśnie wtedy, kiedy zaczęło mówić – a później psuło się już coraz bardziej, stając się często gadatliwe, szpanerskie, pretensjonalne, próżne i zarozumiałe. A może jednak winę w tym wszystkim ponosimy także my – widownia?

Epoka kina niemego była epoką niewinności – film był chyba wówczas medium najbardziej czystym, bo operował prawie wyłącznie obrazem (wspomaganym wszak muzyką), i to na poziomie najprostszych (a tym samym najmocniejszych) ludzkich uczuć, opierając się przy tym prostactwu, mimo swej jarmarcznej proweniencji (mówimy oczywiście o tym, co w latach 10-tych i 20-tych XX wieku było w kinie najlepsze). I wydaje się, że to właśnie dlatego Hazanavicius nawiązał swoim filmem do tamtej epoki. Zatęskniwszy do jej niewinności, wymusił niejako tę samą niewinność na współczesnym widzu, który nota bene poddał się temu dość ochoczo (bo któż nie chce być znowu – przynajmniej od czasu do czasu – czysty?)

Fabuła jest prosta i jako żywo przypomina hybrydę „Deszczowej piosenki” z „Narodzinami gwiazdy”:  George Valentin (znakomicie zagrany przez Jeana Dujardena, który dostał za to wystąpienie nominację do tegorocznego Oscara) to gwiazdor kina niemego (wyglądającego niczym skrzyżowanie Dauglasa Fairbanksa z Mauricem Chevalierem, z dodatkiem Rudolfa Valentino i odrobiną Chaplina), którego sława nagle gaśnie, kiedy wytwórnie filmowe decydują się na kręcenie już wyłącznie filmów dźwiękowych. W tym samym czasie gwiazdą pierwszej wielkości staje się Peppa Miller (w tej roli świetna i pełna wdzięku Bérénice Bejo – prywatnie żona Hazanaviciusa). Peppa w dość niezwykłych okolicznościach spotyka Valentina, kiedy on jest jeszcze bożyszczem, a ona właściwie nikim – ledwie girlsą, która zdołała się załapać na statystkę filmu, w którym grał też nasz gwiazdor. Między nimi iskrzy, ale rozbieżność kolei losów coraz bardziej ich od siebie oddala.  Valentin wybity z orbity celebryty pogrąża się w alkoholizmie i stacza na samo dno – traci cały majątek, a w końcu puszcza z dymem wszystkie swoje filmy… z wyjątkiem taśmy, na której utrwalono jego epizodyczny taniec z Peppą (cudem ratuje się go z pożaru – nieprzytomnego, ale przyciskającego do piersi rolkę wspomnianej taśmy). Jednak nie zapomina o nim także Peppa. Czy jednak jej niegasnąca (jak się okazuje) miłość potrafi przezwyciężyć dumę i opór Valentina, ratując go od totalnej katastrofy, a nawet przywrócić kinu?
Cóż, pozostawię to pytanie bez odpowiedzi, bo jakoś nie wypada mi zdradzać happy-endu ;)

Jakkolwiek by ten szkic fabuły nie wyglądał trywialnie, „Artysta”, mimo swojej naiwności i (pozornej jednak) prostoty, jest naprawdę cudownym dzieckiem kinematograficznej błyskotliwości – i to od reżysera (będącego jednocześnie scenarzystą) i aktorów począwszy, przez autora zdjęć, projektantów kostiumów, kompozytora muzyki, montażystów, inżynierów dźwięki, dekoratorów i choreografów… wszystkich tych, o których zazwyczaj w recenzjach się milczy, a bez których jednak nie byłoby czego oglądać.

*  *  *

Dawnego kina czar.... Bérénice Bejo i Jean Dujarden w filmie Michela Hazanaviciusa "Artysta"

*

PS. Nieprzypadkowo wpis o „Artyście” ukazuje się na kilka dni przed rozdaniem Oscarów (nota bene film ten uzyskał aż 10 nominacji i jest całkiem prawdopodobne, że zdobędzie najważniejszego Oscara, czyli wygra w kategorii „Best Picture”). Jak co roku, większość z nas zwróci uwagę na filmy, które dostały nominację, a zwłaszcza na te, które złotą statuetkę zdobyły. W oskarowej puli znalazło się 10 filmów, którym poświęciłem miejsce na moim blogu. Oto one (tytuł filmu jest jednocześnie linkiem do recenzji): „Rozstanie”, „W ciemności”, „Spadkobiercy”, „Drzewo życia”, „Pina”, „Dziewczyna z tatuażem”, „Szpieg”, „Mój tydzień z Marilyn”, „Czas wojny”, „Hugo i jego wynalazek”. Zainteresowanych zapraszam do ich przeczytania.

Reklamy

Komentarzy 48 to “ARTYSTA – niemy, bezbarwny i… piękny”

  1. Peckinpah Says:

    Czekałem na Twoją recenzję tego filmu, byłem ciekaw, czy znajdziesz w nim jakieś słabe punkty. Ja nie znalazłem. Ty chyba też nie, chociaż odniosłem wrażenie, że trochę zarzucasz temu filmowi naiwność. Ten film jest rewelacyjny. A ci aktorzy mnie zachwycili (szczególnie Berenice Bejo – ta scena z wieszakiem na garnitur po prostu genialna). Na taki film czekałem od wielu lat i chociaż miałem duże oczekiwania to zostały one spełnione, a nawet film okazał się lepszy niż mogłem przypuszczać. Na pewno jeszcze do niego wrócę nie raz, bo w dzisiejszym kinie takich filmów po prostu nie ma i pewnie długo nie powstanie film, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. Również zgadzam się, że prostota filmu jest tylko pozorna, bo w rzeczywistości scenariusz zaskakuje oryginalnymi pomysłami.

    Cytat: „Ale przecież nie można za to obwiniać świata, a samo Hollywood, które swoją cnotę straciło chyba właśnie wtedy, kiedy zaczęło mówić – a później psuło się już coraz bardziej, stając się często gadatliwe, szpanerskie, pretensjonalne, próżne i zarozumiałe. A może jednak winę w tym wszystkim ponosimy także my – widownia?” Koniec cytatu.

    Podpisuję się pod tymi zdaniami – miałem podobne odczucia po obejrzeniu filmu :)

    PS. Czy ten facet od cyklu „W starym kinie” nie nazywał się Stanisław Janicki, a nie Jerzy. Chociaż nie uważam się za starsze pokolenie to trochę pamiętam ten cykl :)

    • Logos Amicus Says:

      Nie zarzucam „Artyście” naiwności. Myślę, że ten film miał właśnie taki być – a naiwność dodaje mu jeszcze swoistego uroku. Podobnie jak prostota i pewna trywialność głównego wątku – to wszystko jest zamierzone i wpisuje się w stylistykę oraz charakter filmu.
      Może właśnie ze względu na to wszystko – a więc brak zadęcia i pretensjonalności – film Hazanaviciusa plasuje się raczej w kategorii… „piórkowej” (a wiadomo, do historii i legendy łatwiej przejść tym, którzy walczą w kategorii „ciężkiej” – jeśli tylko możemy przyrównać kino do ringu ;) )

      PS. Rzeczywiście, Janicki prowadzący program „W starym kinie” miał na imię Stanisław, a nie Jerzy. Mój błąd już poprawiłem – i dziękuję za zwrócenie mi uwagi.

  2. Onibe Says:

    ciekawe
    to bardzo miła okoliczność, że takie filmy powstają (lub raczej – że powstał jeden)
    uznanie ze strony Akademii to wisienka na torcie, ale przecież i Tytanik został przez nią doceniony, prawda? ;-)

    • Logos Amicus Says:

      Może nawet kilka wisienek i jeszcze na dodatek trochę lukru? ;)

      • Onibe Says:

        no dobra: całkiem sporo lukru ;-)

        bez wątpienia Oscar to sukces komercyjny i gwarancja, że dany film zarobi na siebie. To dobrze, bo przecież kino nie powstaje za darmo. Z drugiej strony, raczej podejrzane jest ilekroć Akademia docenia filmy nietuzinkowe i naprawdę wartościowe – na ogół świadczy to o jakimś politycznym paradygmacie (np. vide sprawa gejowska nie tak dawno temu).

        • Logos Amicus Says:

          No tak, kiedy Akademia obdarowuje Oscarami jakiś popularny hit – to komercja, zaś kiedy film „nietuzinkowy i naprawdę dobry” – to też źle (bo za tym kryje się drugie „polityczne” dno) ;)
          Ja się w sumie cieszę, kiedy ma miejsce ten drugi przypadek, bo osiągnięcia merkantylne kina pasjonują mnie średnio.
          Ale najbardziej jednak cieszę się w przypadku, kiedy film jest naprawdę bardzo dobry.
          Bo np. w tym roku nominację w kat. Best Pictures otrzymały także „Służące” – właśnie z klucza poprawności politycznej (chodzi o kwestię murzyńską) – co uważam za przesadę (film, co prawda jest niezły, sympatyczny, wzruszający i o szlachetnym przesłaniu) – ale nie jest to jednak kino wybitne, o większej artystycznej wartości (moim skromnym zdaniem, of course).

          Przy okazji: te 10 nominacji dla „Artysty” sprawiają wrażenie bezinteresownych (liczy się tu właściwie miłość do dobrego kina).
          O deszczu nominacji dla filmu Scorsese’go „Hugo” (jest ich w sumie 11) mam już jednak inne zdanie.

        • jula Says:

          Kino komercyjne, kino o charakterze politycznym? … „Służące”
          Przeczytałam i taką recenzje: „„Służące” (The Help) w reżyserii Tate Taylor, amerykański obraz o Ameryce czasu apartheidu, który w tym roku triumfował na rozdaniu Złotych Globów. Gdybym miał szukać filmów o podobnym klimacie, to powiedziałbym, że nie może nie spodobać się fanom „Smażonych zielonych pomidorów”, „Wożąc panią Daisy”, czy „Sekretnego życia pszczół”.
          I nie chodzi tu jedynie o ukazanie problemu rasowego, również o problem walki o siebie, swoją niezależność, poszanowanie odrębności, ukazanie amerykańskiej prowincji. Dla mnie dodatkowym atutem fabuły był fakt, że osnuta jest wokół pisania książki.”

          Hmm..Oglądałam te dwa pierwsze tytuły . Trzeci -„Sekretne życie pszczół” czytałam książkę i byłam zachwycona.
          Według mnie była pokazana mądrość ; człowieka , mądrość życia .Jeżeli „służące ” są takie, to ja jestem za. Bo i u nas i wszędzie na prowincjach, ileż jest niepotrzebnej zaściankowej fobii , agresji itd… :(

        • Logos Amicus Says:

          Mimo wszystko uważam, że „Smażone zielone pomidory” i „Wożąc panią Daisy” to filmy lepsze od „Służących”, (które moim zdaniem były po prostu nierówne). Co prawda film – zwłaszcza w drugiej swojej części – mnie wciągnął, to jednak wydał mi się taki jakiś… rozbiegany, mało spójny i zbyt jednak… prostoduszny.
          Mimo wszystko, uważam że warto go obejrzeć – i że zwłaszcza kobiety mogą mieć wielką przyjemność w jego oglądaniu ;)

  3. Katja Martita Says:

    Baaaardzo się cieszę z takiej recenzji! Na Artystę „czaję się” od kilku dni i myślę, że za niedługo skutecznie trafię na ten film. Wydarzenie będzie tym bardziej emocjonujące, że nigdy (!) nie widziałam w kinie niemego filmu. A serię pana Janickiego w tv jak najbardziej pamiętam (choć do „starszego” pokolenia jeszcze się nie zaliczam:)

    • Logos Amicus Says:

      Mam nadzieję, że „Artysta” Cię nie zawiedzie.

      Nie wiedziałem, że swój program Stanisław Janicki prowadził aż do 1999 roku (był to, jak się okazuje, najdłużej emitowany program telewizji polskiej – 32 lata!)
      Bardzo go lubiłem.

  4. liritio Says:

    O „Artyście” potem, na razie nie widziałam, a Twój tekst chyba muszę jeszcze raz na spokojnie przeczytać, a nie tak szybciutko tuż przed pracą.
    Ale co do Stanisława Janickiego, obecnie prowadzi on audycje w rmf classic, Odeon Stanisława Janickiego i nadal o starym kinie opowiada. Tak opowiada, że słucham. Takie ot, wtrącenie małe :)

    • Logos Amicus Says:

      Cieszy mnie to, że Stanisław Janicki nadal jest człowiekiem aktywnym i popularyzuje kino.
      Ciekawe jak odbierzesz „Artystę” – jeśli zdecydujesz się wybrać na niego do kina (moim zdaniem warto, i to bynajmniej nie tylko ze względu na te wszystkie oskarowe nominacje… które już za parę dni mogą się zrealizować w postaci statuetki, np. dla najlepszego filmu).

  5. jula Says:

    Na blogu R. Grzeli przeczytałam taki cytat z książki Chwina: „Kino jest bliżej Nieba. To rodzaj Pól Elizejskich, które możemy zwiedzać za życia. Kino nadaje człowiekowi świetlistość rzeczy niematerialnej(…) W kinie twarze wielkich gwiazd filmowych, inaczej niż twarze teatralnych aktorek, płoną miękkim sfumatto, jakby ich ciała, wyzwolone z ciężaru materii, wypełniła fosforyczna substancja, z której przed wiekami zostały zrobione ludzkie dusze.”

    W tej tegorocznej rywalizacji o Oskary mamy w nominacjach podwójny akcent polski. Za reżyserię i za zdjęcia.
    W ubiegłorocznej gali wręczania Oskarów , prowadząca powiedziała , że stojąc tam na scenie czuje się jak w niebie. ;)..
    Myślę, że i my zwykli oglądacze tak się czujemy wybierając się do kina , czy to na ulubionego aktora, reżysera itd… Bo to oni spełniają nasze marzenia , wprowadzają nas w świat wyśniony odrealniony. ;)..
    Ta uroczystość , to nie tylko święto kina , to święto spełniania naszych marzeń na jawie. Taki szczęśliwy sen. :D
    Ja nie wyobrażam sobie kina bez Oskarów , bez tego największego jego święta. To już przecież tradycja. Czy ta tegoroczna będzie już ostatnią?.. Bo tak mi się o uszy obiło?…

    • Logos Amicus Says:

      Cytat z Chwina doskonale odnosi się zwłaszcza do „starego” kina, które do dzisiaj właśnie „płonie miękkim sfumatto” – a tym samym świetnie określa czar „Artysty”.

      Cóż, Oscary już od dawna nie mają dla mnie takiej romantycznej aury (o jakiej wspomniałaś), niemniej jednak każdego roku – jeśli tylko mam taką możliwość – oglądam uroczystość ich rozdania.
      I zawsze jakieś emocje odczuwam ;)
      Myślę, że w tym roku będzie tak samo.

      PS. Nic mi nie wiadomo, że ma się zrezygnować z rozdawania Oscarów. Osobiście bardzo w to wątpię – bo w instytucji oskarowej chodzi przed wszystkim o promocję kina amerykańskiego, a tym samym i o interes… choć o sztukę kina i miłość do niego też ;)

  6. Torlin Says:

    Byłem na „Idach marcowych”. Zupełnie nie rozumiem, jak można nagrodzić Clooney’a „kreację” Oskarem. Jakieś moim zdaniem niepradopodobne nieporozumienie. Jest to oczywiście moja opinia. Pisałeś o tym filmie?

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, po pierwsze nikt jeszcze nikogo nie nagrodził w tym roku Oscarem (na razie są tylko nominacje).
      Po drugie: Clooney ma nominacje w kat. „Best Actor in a Leading Role”, ale nie za rolę w „Idach marcowych”, ale w „Spadkobiercach”, (gdzie zagrał wg mnie bardzo dobrze).
      Po trzecie: nie uważam, że jego wystąpienie w „Idach marcowych” było złe, choć za wiele tam sobie nie pograł – jako reżyser tego filmu ustąpił raczej pola innym aktorom, zwłaszcza Ryanowi Goslingowi.
      „Idy” widziałem, jakąś notkę już o nich spłodziłem, ale jeszcze jej nie opublikowałem.

  7. Ewa Says:

    Logosie, po rozdaniu Oskarów, wypada pogratulować ci wielkiego wyczucia. Znawca filmu z ciebie przedni, co tu kryć.
    Prawie (?) wszystkie pozycje repertuarowe, które ostatnio nam serwowałeś, zwróciły uwagę prześwietnej Akademii.
    Życzę dalszych przenikliwych prognoz – w każdej dowolnej dziedzinie – którą zechcesz uprawiać :)

    • Logos Amicus Says:

      Ewo, nie uważam się za „znawcę filmu”, bardziej za amatora ;)
      Nie robiłem w zasadzie żadnych prognoz, zasugerowałem jedynie, że Oscara dla najlepszego filmu zdobędzie „Artysta”, a w kategorii filmów nieanglojęzycznych „Rozstanie” – ale o tym przecież ćwierkały od dawna wszystkie ptaszki ;)
      Nawet jeślibym zaczął uprawiać jakąś dziedzinę, to nie chciałbym jednak występować w charakterze prognostyka, chociażby dlatego, że prognozy rzadko komu/kiedy się sprawdzają i później trzeba świecić oczami ;)
      A od poletka kina mimo wszystko nie chciałbym się oddalać zbyt daleko, czy też opuszczać go na dłużej. Po co sobie odmawiać takiej przyjemności jak obcowanie z kinem? ;)

  8. jula Says:

    I jak Twoje wrażenia po decyzji Akademii ?…

    Już Akademia zadecydowała .Powiem, że bez sensacji i jakiś niespodzianek.

    W najważniejszych kategoriach wygrał „ARTYSTA”.
    Moja ulubiona aktorka , za kreację „Żelaznej damy” też wygrała a „służące” – najlepsza aktorka drugoplanowa.
    Chyba jestem usatysfakcjonowana.
    Polacy przegrani, myślę , że jest masę współczesnych problemów na świecie a II wojna – wiadomo temat rzeka , ale już tak wielokrotnie była wałkowana w różnych tematach a teraźniejszość tez nie za wesoła.

    Problem współczesny arabski , jak najbardziej słuszny , zwłaszcza teraz. :(

    Pozdrawiam ! ;)

    • Logos Amicus Says:

      Wrażenia”? Takie sobie… Ja zresztą nie spodziewałem się jakichś wybitnych szaleństw w tym roku. Wystarczyło tylko spojrzeć na filmy nominowane w kat. „Best Pictures” (oprócz „Artysty” i „Drzewa życia”), a i w innych kategoriach było całkiem średnio.
      Tak więc, nie odczuwam zarówno entuzjazmu, ale też i jestem specjalnie zawiedziony. Chociaż cieszyłbym się bardziej np. z Oscara dla Michelle Williams („Mój tydzień z Marylin”), Gary’ego Oldmana („Szpieg”) czy Bérénice Bejo („Artysta”).
      „Hugo” jest wg mnie filmem przecenionym (choć doceniono jego niewątpliwą klasę techniczną – wg mnie wart był tych swoich „technicznych” Oscarów).
      Dziwił mnie również brak zainteresowania Akademii takimi filmami jak „Szpieg”, „Moneyball”, „Melancholia”, „J. Edgar”, „Wstyd”, „Drive”… To dziwne, bo ubiegły rok był w moim odczuciu całkiem dobrym rokiem dla kina.

  9. Ela Wolny Says:

    Nie oglądam tv i właściwie nie wiedziałam nic o wygranym filmie, wiedziałam tylko, że Agnieszka jeszcze nie teraz…
    Dzięki Twojemu opisowi jestem mądrzejsza i rozumiem dlaczego „Artysta” – pięknie napisana recenzja. Polecam ją na FB.
    Pozdrawiam.

  10. babka filmowa Says:

    „Artysty” jeszcze nie widziałam, A słyszałeś co powiedziała Agnieszka Holland, po Gali, o tym filmie? Że to „idiotyczna wydmuszka”. :) Ale przed „Rozstaniem” się pokłoniła, zresztą cały czas wyrażała się o swym filmowym rywalu z szacunkiem.
    Polecam, przy okazji, bardzo ciekawy felieton na temat tegorocznej Oskarów, autorstwa Anity Piotrowskiej (pisze w „Tygodniku Powszechnym”):

    http://tygodnik.onet.pl/33,0,73911,artysci_i_kuglarze,artykul.html

    • Logos Amicus Says:

      Felieton w „Tygodniku Powszechnym” rzeczywiście ciekawy, dobrze napisany – zgadzam się z ogólną jego wymową, że „w tym roku zdecydowana większość statuetek trafiła do rąk konstruktorów rozkosznych filmowych zabawek”.

      Jednak nigdy nie odważyłbym się nazwać „Artysty” „idiotyczną wydmuszką”. Zapoznałem się z wypowiedzią Agnieszki Holland, w której padło to sformułowanie. Prawdę mówiąc, ona nie odniosła tego bezpośrednio do filmu Hazanaviciusa, choć z tego co powiedziała, nieco okrężna drogą można było wyciągnąć taki wniosek („Jestem w lepszej sytuacji niż Martin Scorsese. Przegrałam z naprawdę dobrym filmem, a nie jakąś idiotyczną wydmuszką.”)
      Zazwyczaj Agnieszka Holland wyraża się mądrze, z wyważeniem, cenię jej wypowiedzi – ale nie tym razem. Jeśli rzeczywiście takie jest jej zdanie o „Artyście” to zupełnie się z jej opinią nie zgadzam (uważam wręcz, że jest ona dla tego filmu obraźliwa, może nawet złosliwa).

  11. babka filmowa Says:

    Jej! Ja dopiero teraz skojarzyłam, że ja znam tego Dujardina z „99 franków” – przeprzystojny facet, ten uśmiech, te zęby, boże! Spodobał mi się od pierwszego wejrzenia, choć grał tam kogoś, kto nie za bardzo może się podobać. :)

    Co do Holland, fakt mogła sobie darować, trochę jej się ulało, jestem pewna, że niechcący, podpadła zapewne wielu wielbcielom tego filmu. Nie dziwi cię czasem, że tylu Polaków jej nie lubi? Będą teraz na niej ujeżdżać, po tych Oskarach.

    Tak, ten felieteon P. PIotrowskiej też mi się bardzo podobał, i tez się przychylam. :)

    • Logos Amicus Says:

      Całkiem możliwe, że Agnieszka Holland jest w Polsce nielubiana z powodu swojego żydowskiego pochodzenia, i być może dlatego, że jest kobieta naprawdę niezależną, a na dodatek taką, która odniosła w świecie sukces.
      Nie wiem, ja żadnych badań na temat poziomu sympatii do Agnieszki Holland w Polsce nie przeprowadzałem.
      Ja osobiście panią Agnieszkę lubię.

  12. czara Says:

    Chyba pierwszy raz piszę w tym samym czasie o tym samym filmie co Ty. I powiem Ci, że gdybym przed publikacją notki zajrzała na Twojego bloga, to nie wiem czy bym się odważyła ;) Widzę, że zachwyt powszechny wśród komentatorów, ja ustawiam się w pół drogi między Twoją opinią, a tą Agnieszki Holland.
    Pozdrawiam!

    • Logos Amicus Says:

      Czyli stawiasz się w pół drogi do stwierdzenia, że „Artysta” jest „idiotyczną wydmuszką”?
      Ja mimo pewnych zastrzeżeń (właściwie nie są to zastrzeżenia, tylko wskazanie na to, że naiwność i prostota „Artysty” jest zamierzona, i że jest to raczej film kategorii „piórkowej”) nigdy nie nazwałbym tego filmu „wydmuszką” ani tym bardziej „idiotyczną”. Jeśli już o tym mowa, to bliżej wydmuszki był właśnie film „Hugo i jego wynalazek” Martina Scorsese, ale i tak nie ośmieliłbym się określić go jako „idiotyczny”.
      Nie rozumiem więc, kiedy piszesz (na swoim blogu), że co do „sedna”, to się „trochę” zgadzasz z opinią Agnieszki Holland. Moim zdaniem jest ona zupełnie nietrafiona i niemądra. I – co tu kryć – sformułowanie użyte przez Holland przypomina mi poziom polskich forum dyskusyjnych, gdzie się obraża i dezawuuje wszystko i wszystkich.
      Nie zgadzam się z insynuacją, że „idiotyczność” leży gdzieś w sednie filmu Hazanaviciusa.

  13. Miriam Says:

    Tutaj trochę o filmach, o których na tegorocznych Oscarach zapomniano:

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Ciekawe – taka „Oscarowa” alternatywa :)
      Rzeczywiście, w tym roku – roku przecież dla kina całkiem niezłym – przeoczono w nominacjach wiele dobrych filmów. PO niektórych z nich przypomina ten clip. Mnie szczególnie zabrakło uznania np. dla Elisabeth Olsen w „Martha, Mary, May, Marlene”, Leonarda DiCaprio w „J. Edgar”, Fassbendera we „Wstydzie”, Goslinga w „Drive”…

  14. anna Says:

    Muszę przyznać, że mam nieco odmienne zdanie jeżeli chodzi o ocenę filmu „Artysta”. Zgadzam się ze wszystkimi walorami filmu, które Pan tak wyczerpująco i zasadnie przedstawił w swojej recenzji. Chodzi jednak o to, że w tym filmie zabrakło mi czegoś wartościowego, jakiejś głębszej refleksji, która by we mnie została po skończonym seansie. Zabrakło tego czegoś co tkwi w większości filmów Chaplina, zwłaszcza „City Lights”, czy „The Gold Rush”. Być może za dużo oczekiwaliśmy i stąd ten niedosyt. Poza tym wydaje mi się, że i muzyka była miejscami trochę za natrętną i za głośna. Ale to moje subiektywne odczucie.
    Dla porównania, jeżeli chodzi o to coś, czego mi zabrakło w „Artyście” (żeby nie sięgać aż do takich arcydzieł, jak filmy Chaplina), to tego dostarczył mi film Woody Allena „Purpurowa Róża z Kairu”. Ten film ogromnie mnie wzruszył i głęboko zapadł w pamięć, czego niestety nie mogę powiedzieć o „Artyście”, a szkoda.

    • Logos Amicus Says:

      Jestem w stanie zrozumieć te zastrzeżenia wobec „Artysty”. Ja przecież też tym filmem się bezkrytycznie nie zachwyciłem. On mi się po prostu bardzo podobał (to już dużo). Dla mnie też była to bardziej taka „rozkoszna filmowa zabawka” (jak tego rodzaju filmy nazwała, bardzo moim zdaniem trafnie, autorka z „Tygodnika Powszechnego”). Oczywiście nie jest to arcydzieło na miarę filmów Chaplina, czy innych mistrzów kina (ja, z filmów nominowanych w tej samej co „Artysta” kategorii, wyżej cenię – jeśli chodzi o „ciężar” sztuki kina – „Drzewo życia” Malicka). Ale wg mnie film nie zasługuje na tak skrajnie negatywną ocenę, jak to wyraziła Agnieszka Holland.

      • Peckinpah Says:

        Ja się również nie zgadzam z Agnieszką Holland, określenie „idiotyczna wydmuszka” jest niesprawiedliwe dla filmu i obraża licznych wielbicieli tej produkcji, do których zresztą ja się zaliczam :) A piszę ten komentarz pod wypowiedzią Anny, ponieważ wspomniała o filmach Chaplina. Chociaż uważam „Dzisiejsze czasy” za arcydzieło to jeśli chodzi o pozostałe filmy Chaplina to wcale nie uważam, aby były lepsze od „Artysty”. To prawda, że film Hazanaviciusa jest naiwny, ale nie bardziej niż np. „Brzdąc” Chaplina. “Artysta” opowiada ciekawszą historię i nie popełnia „błędów” typowych dla kina niemego, takich jak nadużywanie plansz z napisami. Na przykład Chaplin w “Gorączce złota” stosował zbędne napisy opisowe typu “Nadchodzi burza”, “Nastał spokojny poranek”, “Po długiej i trudnej podróży” itp, albo przed pojawieniem się postaci kobiecej umieścił napis “Georgia” (dobrze, że nie “A Girl” ;)). “Artysta” jest filmem bardziej przemyślanym, dzięki ograniczeniu plansz z napisami widz może się skupić na opowiadanej historii, mimice twarzy aktorów, dzięki temu film bardziej angażuje.

        • Logos Amicus Says:

          Peckinpah, jesteś nieoceniony :)

        • Peckinpah Says:

          ;) Tylko dodam, że „Gorączkę złota” uważam za znakomity film, podobał mi się znacznie bardziej niż „Brzdąc” i „Światła wielkiego miasta”, ale nie bardziej niż „Artysta”, „Dzisiejsze czasy” i „Cyrk” Chaplina :) Oglądając „Gorączkę złota” w ogóle nie zwróciłem uwagi na nadmiar plansz z napisami, dopiero po obejrzeniu „Artysty” stało się to bardziej widoczne i bardziej rażące, ale nie jest to jakaś wielka wada filmu :)

  15. katasia_k Says:

    Logosie, bardzo ciekawa recenzja, do tego cieszy mnie, że całkowicie się z nią zgadzam. „Artysta” to film i dla cinefila, który będzie bawił się w szukanie nawiązań do znanych sobie tytułów, i dla przeciętnego widza-łowcy fabuł – któż oparłby się urokowi staroświeckiej historii miłosnej z happy endem?

    Nieznajomość Michela Hazanaviciusa nie jest żadnym wstydem – pewnie mało kto we Francji domyślał się, że za dwuodcinkowym cyklem o agencie OSS 117 kryje się taki talent. A (litewskiego) nazwiska reżysera nie umiał podczas oscarowej ceremonii wymówić nawet jego własny producent.

    • Logos Amicus Says:

      Cieszy mnie ta zbieżność wrażeń. Nie wiem, może nie wszystkim odpowiada „staroświecka historia miłosna z happy endem”, ale mnie akurat obecna w niej prostota i pewna naiwność nie przeszkadzała. Może znalazłem się pod urokiem tego filmu, bo poddałem się umowności tego, co on prezentował?
      Czasem jest tak, że do satysfakcji zupełnie wystarcza mi już forma. A treść?… byle tylko nie przeszkadzała ;)

  16. REM Says:

    Dujardin w jeszcze jednej „wydmuszce”:

    :)

  17. tomek Says:

    Witam miłośników starego kina :) pozwalam sobie napisać tutaj, jako że niektórzy zdeklarowali się jako słuchający felietonów Stanisława Janickiego… może ktoś byłby zainteresowany informacja, że 20 kwietnia 2012 będzie spotkanie z Panem Janickim w winiarni Winoman w Krakowie („w starym kinie przy starym winie”) :)

  18. „UN PLUS UNE”, „KOMUNA”, „KLIENT”, „EGZAMIN”, „EKSCENTRYCY” – o filmach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago | WIZJA LOKALNA Says:

    […] wystawny styl życia (w tej roli bardzo dobrze sprawdza się Jean Dujardin, pamiętny z „Artysty” Michela Hazanaviciusa). Lelouch, kręcąc ten film, przeniósł się z całym swoim majdanem […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s