ŻELAZNA DAMA – ZA MAŁO „TACZERYZMU” ZA DUŻO DEMENCJI

*

Margaret Thatcher - znienawidzona i podziwiana (Meryl Streep jako Żelazna Dama)

*

Jedna z największych aktorek współczesnych (Meryl Streep) wchodzi w skórę jednej z najbardziej wpływowych kobiet ery nowożytnej (Margaret Thatcher). Wymagało więc nie lada odwagi to, by robić w takich okolicznościach film – nie wyobrażam sobie, aby choć raz nie zadrżała przy tym ręka autorki scenariusza (Abi Morgan ) czy reżyserki (Phyllida Lloyd), bo wbrew pozorom, wycisnąć z tego rzecz wiarygodną i zdolną unieść cały ten wielkościowy taraban, było zapewne sprawą niesłychanie trudną. I niestety, wszystko wskazuje na to, że obie panie twórczynie filmu temu nie podołały i w końcu poległy. W rezultacie kreacja Streep przytłoczyła wszystko, a zwłaszcza rolę brytyjskiej PM na politycznej arenie – nie tylko krajowej, ale i globalnej. Co wydaje się rzeczą wręcz absurdalną, bo przecież nawet najbardziej genialne wystąpienie aktorskie nie może być donośniejsze, niż znaczenie i waga przywódczyni jednej z największych (swego czasu) potęg świata (czyli to, co stanowiło nie tylko istotę życia Margaret Thatcher, ale i jej samej – jako osoby, kobiety, człowieka…).

Coś więc poszło nie tak, jak należało.
Ale co?
– Może chwyt scenariuszowy, by w centrum fabuły umieścić bardzo już starą kobietę, która traci kontakt z rzeczywistością, ma napady starczej demencji (wojna o Falklandy myli się już jej z konfliktem na Bałkanach) i ciągle rozmawia ze swoim zmarłym przed wielu laty mężem? Paradoksalnie, impersonifikacyjne mistrzostwo Streep jedynie niefortunność owego zabiegu wzmocniły, bo przejmująco ukazana nam przez tę wybitną aktorkę, dobijająca „Żelazną Damę” starość, stała się czymś dominującym nad całym jej życiem, które tak naprawdę było przecież jedną wielką, niesamowitą wręcz polityczną karierą, a mizeria wieku podeszłego to tylko schyłek – niezbyt szczęsna domena gerontologii.
– Może niezdecydowanie twórczyń filmu, jeśli chodzi o wyartykułowanie własnego stosunku do Margaret Thatcher jako polityka, przez co nie jesteśmy w stanie odczuć faktycznego ciężaru i jakości jej przywództwa oraz wyznawanej przez nią filozofii rządzenia i politycznej doktryny?

Wydaje mi się, że jednak sprawę bardziej popsuł scenariusz koncentrujący się zbytnio nad panią Thatcher staruszką (i jej wyimaginowanymi dialogami z nieboszczykiem mężem – niestety, tak częste, że aż irytujące), niż owa polityczna i moralna neutralność filmu, który przecież nie miał żadnego obowiązku sądzenia swej bohaterki. Nawet w tym przypadku, kiedy jest nią kobieta sprawiająca wrażenie nie tylko damy „żelaznej”, ale i Herod-baby, o której mówiono czasem, że jest jedyną w brytyjskim Parlamencie osobą „z jajami”.
Powiedzmy sobie szczerze: powszechnie – a zwłaszcza w niższych warstwach społeczeństwa (o jej politycznych wrogach nie wspominając) – Margaret Thatcher była bardziej znienawidzona, niż czczona czy nawet podziwiana.
Powiedzmy sobie szczerze, że lansowana przez nią polityka „twardej ręki”, puszczenia samopas wolnego rynku, nie roztkliwiania się nad społecznym ubóstwem i bezrobociem (bo przecież każdy powinien się wziąć do roboty a nie czekać nie wiadomo na co), totalne odrzucenie koncepcji państwa „opiekuńczego” (bo socjalizm to samo zło wcielone), nieczułość na społeczne nastroje, (które doprowadziło do rozruchów)… odbija się w dzisiejszym świecie czkawką, gdyż mechanizmy wolnego rynku uległy rozprzężeniu, a nienasycona chciwość kapitału i finansjery doprowadziła świat do największego kryzysu ekonomicznego ostatnich stu lat.
Powiedzmy sobie szczerze, że głoszona przez Thatcher wyższość „idei” nad „uczuciem” (bo współczucie to tylko wyraz słabości politycznej i nie tylko politycznej) niewiele  ma wspólnego z humanitaryzmem, za to wiele z doktrynalnym zaślepieniem.
Dochodzi do tego ewidentna arogancja pani premier, która (jak każdy dogmatyk) zawsze wszystko wiedziała najlepiej – nota bene nadawało jej to niezwykłej mocy autorytarnej, której ulegali nawet najbardziej twardzi politycy-mężczyźni (a, jak wiemy, niemal każdy rasowy zwierz polityczny jest samcem).
Być może na krótszą, doraźną metę to wszystko się sprawdzało i było skuteczne, ale na dłuższą – przez swój krypto-darwinizm – czyniło świat jeszcze bardziej spiętym i nerwowym, bezlitośnie konkurencyjnym, zimnym i twardym.

Tak więc „taczeryzm” niewątpliwie zasługuje na większą uwagę tych wszystkich, którzy chcą zająć się życiem Margaret Thatcher, nawet (a może nawet zwłaszcza) wtedy, kiedy chcą je odtworzyć na kinowym ekranie. Ale niestety – w filmie tego „taczeryzmu” jest tyle co kot napłakał, sporo natomiast nękanej demencją, skołowanej przypadłościami wieku podeszłego staruszki.
Wprawdzie ukazuje się nam poszczególne epizody i punkty zwrotne życia Thatcher, tudzież najbardziej gorące momenty z okresu, w jakim rządziła Anglią, ale ma to niestety moc (a raczej słabość) prasowego bannera – tak jest powierzchowne i wyrywkowe. W sumie bardziej przypomina to slogan niż pogłębioną biografię.
A może rzeczywiście „Żelazna Dama” cała była bardziej sloganem (te jej słynne bon moty) – jakimś politycznym „kobietonem” – niż kobietą z krwi i kości?

*

PS. Kiedy szukałem zdjęcia ilustrującego ten tekst napotkałem pewną trudność. Otóż chciałem znaleźć takie, które by przedstawiało Margaret Thatcher w sposób charakterystyczny dla tego, w jaki robił to film – a więc jako kobietę, na której widać piętno starości, pewne zmącenie umysłu, konsternację, dezorientację… Ale takiego zdjęcia nie znalazłem, mimo że innych kadrów – tyle, że przedstawiających Meryl Streep jako Margaret Thatcher w pełni sił i swojej politycznej glorii – jest bardzo dużo. Podobnie jest z klipem reklamowym (trailerem) filmu: stwarza on wrażenie, że film zajmuje się głównie Margaret Thatcher jako politykiem, kobietą pnącą się po szczeblach kariery i wreszcie sprawującą – w sposób autorytarny – władzę. A to nie tak – tego na ekranie wcale nie było tak dużo. To co można zobaczyć w trailerze jest więc mylące, wprowadzające widza w błąd. I może właśnie to powoduje, że odczuwa on tym większe filmem rozczarowanie? Piszę o tym, gdyż zdarza się to coraz częściej: trailery obiecują nam coś, czego później film nam nie dostarcza.

PS2. Już po napisaniu powyższego post scriptum przeczytałem wywiad z jego reżyserką Phyllidą Lloyd, która mówi w nim bez większego zażenowania: „Tak naprawdę zrobiłam film o starej kobiecie czyszczącej szafę po zmarłym mężu – ale to nie brzmi dobrze na plakacie reklamowym.” No dobrze – takie jej reżyserskie prawo, ale dlaczego próbuje się ten film sprzedać jako opowieść o kobiecie, która przez 11 lat rządziła twardą ręką jedną z największych światowych potęg? Jeśli pani Lloyd rzeczywiście chciała zrobić film o starej kobiecie czyszczącej szafę męża, to dlaczego nie obrała sobie za bohaterkę postać bardziej reprezentatywną dla starych kobiet czyszczących szafy – do których na pewno trudno zaliczyć tę, która była premierem Wielkiej Brytanii.

PS3. Z ostatniej chwili: jak już pewnie wszyscy wiemy: Meryl Streep za rolę Margaret Thatcher otrzymała (trzeciego już w swojej karierze) Oscara. Gratulacje dla znakomitej aktorki! (Choć, szczerze mówiąc, jeszcze bardziej bym się cieszył, gdyby Oscara dostała Michelle Williams za wcielenie się w postać Marilyn Monroe w filmie „Mój tydzień z Marilyn”.)

Reklamy

Komentarzy 25 to “ŻELAZNA DAMA – ZA MAŁO „TACZERYZMU” ZA DUŻO DEMENCJI”

  1. Torlin Says:

    Nikt nie umie naśladować Marilyn. Była niepodrabialna.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, nie wiem czy zauważyłeś, że jest to wpis o Maryl Streep „naśladującej” Margaret Thatcher :)

      PS. Czyżbyś chciał skrytykować Michelle Williams?

      • Torlin Says:

        Meryl Streep nie oglądałem, i nie znam też tak dobrze Żelaznej Damy. Nie widziałem wprawdzie filmu o Marilyn, ale obejrzałem sobie zajawkę. Mam nadzieję, że mam prawo mieć własne zdanie na ten temat

        • Logos Amicus Says:

          Ależ Torlinie, oczywiście że masz do tego prawo!
          I ja się z Tobą zgadzam: Marilyn Monroe JEST „niepodrabialna”.
          Lecz moim zdaniem, Michelle Williams, wcielając się w Marilyn stworzyła… niejako nową „jakość” tej postaci. I wyszło jej to wg mnie bardzo dobrze – byłem pod wielkim urokiem jej „Marilyn”, i jestem pełen podziwu dla jej kreacji.

          Mówisz, że widziałeś tylko trailer? Może dasz szansę Michelle i zechcesz obejrzeć cały film?
          Moim zdaniem warto.

        • Torlin Says:

          Obiecuję, zresztą się szykowałem.

  2. Katja Martita Says:

    Lubię czytać Twoje recenzje – wg. mnie są znacznie lepsze od tych, które zamieszczane są w niektórych tzw. opiniotwórczych tytułach polskiej prasy.

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję – powiedział, spuszczając skromnie wzrok zmieszany ;)
      Niestety, najczęściej w tzw. „opiniotwórczych tytułach polskiej prasy” pisze się recenzje „z klucza” – czyli zgodne z linią (polityczną, programową, światopoglądową) pisma. To dlatego sporo z tych recenzji jest dla mnie niemiarodajna. Ja mam ten komfort, że piszę rzeczywiście to, co o filmie myślę, i bez względu na to, co też ktoś sobie o mojej opinii pomyśli. Redaktorzy pracujący dla konkretnych pism są po prostu zależni – czy to od redaktora naczelnego, czy to od właściciela pisma, czy wreszcie od tego, jak ich pisanie zostanie przyjęte przez czytelników.

  3. jula Says:

    A może, ta demencja, choć to nieetycznie wobec żyjącej przecież jeszcze Margaret Thatcher, celowo pokazana ?. ..

    Że życie jest jedno ,że po 5 minutach sławy , pozostaje jedynie w historii . Która może być dwojako interpretowana w zależności od zwolenników lub przeciwników.

    Taka przestroga dla polityków , którzy poza polityką są tylko ludźmi z ich przypadłościami.

    „Gdyby nie jej rola w „Żelaznej damie”, film byłby powierzchowną, w gruncie rzeczy nieetyczną (bo upublicznioną za życia Margaret Thatcher) opowieścią o twardej premier, która dzisiaj zmaga się z demencją, próbuje ratować resztki wspomnień, która cierpi z powodu świadomości własnej choroby i nieumiejętności poradzenia sobie ze swoim życiem tak, jak robiła to rządząc krajem.” (…)
    „Jest w filmie scena, w której stara Margaret Thatcher została przyprowadzona do lekarza. Mimo że doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego stanu, chce być sobą do końca (albo zostawić swoją słabość tylko dla siebie). Kiedy doktor pyta byłą brytyjską premier, co czuje, słyszy ostrą ripostę, właściwie cudownie złośliwy i przejmujący wykład o tym, że dzisiaj nikt już nie rozmawia o myślach i ideach, tylko o uczuciach. Kończy go słowami: myślę, że wszystko jest w porządku. Właściwie nokautuje lekarza, chociaż robi to przeciwko sobie. Meryl Streep w tej scenie sięga aktorskiego geniuszu. Właściwie aż chce się klasnąć, kiedy Thatcher wypowiada ostatnie słowa monologu. Bo też chciałbym tak kiedyś umieć, w przyszłości, walczyć o swoją godność, o swoje prawo do decydowania o sobie.”

    Jeśli ktoś miał wśród bliskich osoby z chorobą alzheimera, z pewnością przeżyje ten film najintymniej. Bo tak naprawdę jest to intymna opowieść o starej i chorej kobiecie, która – tak sprawił los, i tak wywalczyła sama, była ważną w historii postacią.

    • Logos Amicus Says:

      Wydaje mi się, że reżyserka filmu czuła się pewniej w ukazywaniu Margaret Thatcher jako kobiety zmagającej się ze starością, niż jako polityka robiącego karierę i dochodzącego do władzy. Stąd też jej wybór, by przedstawić ją tak a nie inaczej. Sama zresztą o tym powiedziała: „Tak naprawdę zrobiłam film o starej kobiecie czyszczącej szafę po zmarłym mężu – ale to nie brzmi dobrze na plakacie reklamowym.”
      Miała do tego prawo.
      Ja oczekiwałem od tego filmu czegoś innego, stąd ta moja wobec niego rezerwa.

  4. dabjlu Says:

    Na temat Margareth Thatcher..pomyślę, pomyślę..może zanim film zobaczę na srebrnym ekranie..
    Dzis jednak oszołomiona Twej świetności recenzją:), nie mam odwagi;)

  5. Ewa Says:

    Czytałam z uwagą i satysfakcją. Choć p. Lloyd nie myślę odbierać prawa do dowolnego widzenia ‚tematu’, tu wyjątkowo sama sobie strzeliła w stopę. A raczej dała – wyłącznie – wyjątkową okazję M. Streep, do kolejnego błyśnięcia talentem. Tak więc ‚wymyślony temat’ zdaje się przepadł, a konstatacja że starość, niemoc i choroba dopadają każdego – to właśnie idealne dla M. S. pole do popisu.
    Przy okazji dopadła mnie refleksja, czy aby nie jestem już na dobrej drodze do roli ‚starej kobiety, czyszczącej szafę męża’?

    • Logos Amicus Says:

      Na „dobrej” drodze Ewo to może już jesteś, ale taką starą kobietą chyba jeszcze nie ;)
      Zresztą, jeśli już, to może w takim przypadku lepiej byłoby zejść na złą drogę? ;)

      A Pani Lloyd miała szczęście, że w jej filmie zagrała Meryl Streep, bo inaczej mogłoby się to skończyć totalna klapą. A tak, mimo wszystko, głównie dzięki kreacji Streep, jest na co popatrzeć.

  6. czara Says:

    Tym razem podpisuję się pod Twoją opinią. Niestety, bo spodziewałam się po tym filmie, przynajmniej Meryl mnie nie zawiodła,
    PS Co to znaczy „impersonifikacyjne”?

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuje za podpis. Wygląda na to, że jednak możemy się czasem z czymś zgodzić ;)

      PS. Tak mi się zangielszczyło. Poprawniej chyba byłoby napisać „personifikacyjne” (choć i „impersonifikację” spotykałem czasami tu i ówdzie). Tak czy siak, miało to oznaczać „uosabiające”.

  7. czara Says:

    Dzięki. To pytanie nie było złośliwe, ja bardziej szukałam w stronę: „im” jako przedrostek negatywny, I w ogóle przepraszam za formę mojego komentarza, ani gramatycznie poprawną, ani spójną interpunkcyjnie.
    Twoja diagnoza słabości filmu wydaje mi się trafna. Wielka polityk jako staruszka obsesyjnie tęskniąca za mężem i pobieżne „przelecenie” po kluczowych momentach jej kariery daje w efekcie… niewiele,
    „Nie jesteśmy w stanie odczuć faktycznego ciężaru i jakości jej przywództwa oraz wyznawanej przez nią filozofii rządzenia i politycznej doktryny” – dokładnie tak. Przy postaci o takim kalibrze to jest ogromny zarzut.

    Mnie też nieodparcie nasuwa się lektura feministyczna – żeby „uczłowieczyć” żelazną damę, twórczyni filmu pokazuje ją jako słabą staruszkę, która nie umie sobie poradzić z odejściem męża, a za swoją karierę płaci dzisiaj ogromną cenę (syn chyba niezbyt ma ochotę spędzać czas z matką). No i co robi na końcu? Myje szklankę! A tak się zapierała, że nie będzie tego robić.
    Cóż, pomijając kwestię nietaktu takiego pokazywania osoby w końcu jeszcze żyjącej, jestem w stanie zgodzić się, że być może pani Thatcher ma taką stronę, jaką eksploruje film, jak pewnie każdy czasami. Ale żeby na tym osnuć całą konstrukcję filmu, to już mi się nie wydaje trafne…

    • Logos Amicus Says:

      Tak właśnie – intencja pani Lloyd by ukazać przede wszystkim kobietę starą, tracącą kontakt z rzeczywistością i wybrać do tego Margaret Thatcher, jedną z najbardziej ikonicznych, najbardziej wyrazistych i wpływowych polityków XX wieku, musiało się skończyć tak, jak skończyło: zdecydowana większość widzów poczuła się zawiedziona, bo przyszła do kina z nadzieją przypomnienia sobie tej postaci (w całym tym jej formacie politycznym, socjologicznym), a nie po to by oglądać starą kobietę.
      Oczywiście nie ma nic złego w tym, jeśli ktoś chce nakręcić film o starości. To jest nawet chwalebne. Jednak – tak jak już wcześniej napisałem – lepiej byłoby zająć się kobietą inną niż taką, która przez 11 lat była premierem Wielkiej Brytanii, i to na dodatek, będącą jeszcze przy życiu.

  8. Peckinpah Says:

    Też bym wolał, aby Oscara dostała Michelle Williams albo Rooney Mara. Natomiast Meryl Streep nagrody są niepotrzebne, bo ona i tak ma już wysoką pozycję i nic nie wskazuje na to, by ją straciła.
    Kiedy czytam te negatywne recenzje „Żelaznej damy” to wydaje mi się, że to może być dla mnie podobne rozczarowanie, co „Aviator” Martina Scorsese’go. Tamten film miał być biografią filmowca i lotnika, Howarda Hughesa, ale okazał się nią tylko w połowie, gdyż druga połowa filmu opowiadała o chorobie psychicznej głównego bohatera.

    • Logos Amicus Says:

      Cóż, cokolwiek by nie powiedzieć o polityce prowadzonej przez Margaret Thatcher, to ona sama raczej nie okazywała szaleństwa, czego już tak jednoznacznie nie można powiedzieć o Howardzie Hughesie, który wielkim oryginałem był przez całe życie i swoimi dziwactwami oraz fobiami gnębił ludzi z najbliższego otoczenia przez większość swojego życia. To w jakiś sposób tłumaczy Scorsesego, że ukazał Hughesa tak a nie inaczej.
      „Aviatora” widziałem bardzo dawno, ale z tego co pamiętam, to ten film nawet mi się podobał.

  9. planevy Says:

    Każdy film o wielkiej postaci tego świata wzbudza kontrowersje… bo każdy ma inne oczekiwania wobec obrazu jaki chce zobaczyć. A wszystko zależy od scenariusza. Najlepszy aktor nie podoła jeśli się nic z niego nie wyciśnie! Film o którym mowa dłużył mi się niemiłosiernie i czekałam na TEN moment, ale sama nie wiem… może go przegapiłam…
    A Meryl? Świetna charakteryzacja!
    I Fryzura…………!!!

  10. Peckinpah Says:

    Wczoraj Telewizja Polska pokazała poprzedni film Phyllidy Lloyd z Meryl Streep pt. „Mamma Mia!”. Sam nie wiem, co myśleć o tym filmie, nie nudziłem się i ogólnie bawiłem się nieźle, chociaż gdybym miał wymienić jego zalety to wymieniłbym tylko dwie – piosenki Abby i rola Amandy Seyfried. Nie raziły mnie (ponoć przeciętne) umiejętności wokalne aktorów. Oglądało się dobrze, chociaż do filmu już raczej nie wrócę.

    • sarna Says:

      Peckinpah, ja już prawie nie bywam w kinie i mam wrażenie, że nie nadążam za nowinkami, ale ten film widziałam wieki temu :)
      Fakt, można się na nim odprężyć i uśmiechnąć.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s