Filmowe zaległości: „HABEMUS PAPAM” i „POGORZELISKO”

*

Są takie filmy, których mimo naszego nimi zainteresowania nie zdołaliśmy obejrzeć, kiedy były jeszcze na ekranach kin. Filmy wyróżniające się z tłumu, które z pewnych względów utkwiły nam w pamięci. Kiedy więc pojawia się sposobność, chętnie po nie sięgamy. Jeśli chodzi o mnie, to do tych filmów zaliczyć mogę satyrę watykańską „Habemus Papam” oraz kanadyjski dramat „bliskowschodni” „Pogorzelisko”. We wpisie tym prezentuję garść refleksji, jakie te filmy we mnie wzbudziły. Tym sposobem rozpoczynam coś w rodzaju cyklu poświęconego filmom, do których warto było moim zdaniem… nie tyle wrócić, co przywołać ponownie do świadomości. (Chciałbym przy okazji nadmienić, że oba filmy obejrzałem w ramach programu chicagowskiego DKF-u „Kornelia” w użyczającym klubowi gościnie Teatrze Chopina.)

*

WATYKAN ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI czyli satyra bez żądła – „HABEMUS PAPAM”  (reż. Nanni Moretti)

Ciężar papiestwa w filmie lekkim jak piórko

Porzućcie wszelkie nadzieje ci, którzy spodziewacie się obrazoburczej satyry na Watykan i ostrzycie sobie apetyt na rozprawę ze skandalami, machinacjami i ciemnymi sprawkami skrywanymi skrzętnie za Spiżową Bramą, w sejfach, czy też w lochach Watykanu.
Nie lękajcie się ci, którzy obawiacie się antyklerykalnego ataku na czcigodny Kościół Katolicki, poniewierania świętości pontyfikatu, szydzenia z papieża i desakralizowania pasterskiej misji Kościoła w świecie – albowiem niczym takim nie przyłoży się wam po głowie.
Nie… nic z tych rzeczy… najprawdopodobniej wszyscy z was poczują ciepełko dotknięcia tematu przez reżysera Nanniego Morettiego; będziecie współczuć staremu, zagubionemu, przeżywającemu depresję człowiekowi, którego przerasta ciężar misji, jaką chcą go obarczyć w pracy (granemu przez weterana włoskiego aktorstwa Michela Piccoliego); najpewniej pośmiejecie się też trochę ze zdziecinnienia, nieprzystosowania do realnego świata i dobroduszności kardynałów, którzy nie mogą sobie poradzić z wyborem swojego szefa i żeby jakoś przeżyć zamknięcie w konklawe, grają sobie (pod okiem trenera-psychoanalityka:  w tej roli sam Moretti) w siatkówkę.

Tak więc, od biedy film „Habemus papam – mamy papieża” nazwać można komedią, ale już chyba nie satyrą – bo film, żeby był satyrą, to musi mieć zęby, a przynajmniej żądło. A „Habemus papam” jest jednak bezzębny i jakiegokolwiek żądła pozbawiony.
Poza tym, w sposób nadzwyczaj błahy i nietrafiony podchodzi do  tematu, który chce przedstawić, według mnie w najmniejszym nawet stopniu nie poruszając watykańskiej istoty – tego co stanowi esencję i rację istnienia jednej z najstarszych i jednak nadal bardzo ważnych instytucji chrześcijańskiego Zachodu. Bo cóż to ma być za rewelacja, że wszyscy kardynałowie to nie tylko ludzie, ale i dzieciaki?; że Stuhr (rzecznik watykański Rajski) kręci i wszystkich okłamuje, a stary człowiek może poczuć wypalenie i tęsknotę za utraconymi marzeniami ze swojej młodości? I to ma budzić kontrowersje?

Mimo wszystko „Habemus papam” jest solidną filmową produkcją (scenerie watykańskie odtworzone są w sposób budzący szacunek, zastęp aktorów jest imponujący, purpura kardynalska jak najbardziej realna i wszechobecna…), tym bardziej szkoda, że cały ten potencjał został jednak (wg mnie) zmarnowany i rozmył się w czymś, co wydało mi się … bezcelowe, pretensjonalne i… cóż… niezbyt mądre. Nie mam tu nawet o czym dyskutować.
Ale rozumiem odczucia tych widzów, którzy na „Habemus Papam” patrzyli z sympatią: bo rzeczywiście nie dostrzegało się w podejściu Morettiego żadnego szyderstwa ani złośliwości. Nie można więc zarzucić (ateistycznemu zresztą) reżyserowi wrogości w stosunku do czegoś, w co sam nie wierzy. Prześmiewczość? Może trochę. Protekcjonalizm? Na pewno – lecz jakże można było mieć inny stosunek do ludzi, których uważa się za zagubione, bezradne i niedojrzałe dzieciaki (dla jasności przypominam, że chodzi tu o kardynałów), jak nie protekcjonalny właśnie, ciepły i wyrozumiały?

Reżyser Nanni Moretti pogrywa sobie z kardynałami w... siatkówkę

Mnie to wszystko nie zadowalało. Mało: znając satyryczno-prześmiewczy temperament i zacięcie Morettiego, odczuwałem spory niedosyt, czekając na coś bardziej istotnego i konkretnego. Ale się nie doczekałem. Poczułem nawet coś w rodzaju znużenia, tudzież chęć poskarżenia się na całą tę dziecinadę rozgrywającą się w komnatach i na dziedzińcach Stolicy Apostolskiej, jaką nam się serwowało na dużym ekranie. To jest chyba moja największa pretensja do reżysera: zbyt daleko idąca infantylizacja postaci i rozwodnienie samego meritum.
Ale – może ktoś powiedzieć – przecież Piccoli… jego człowieczeństwo… ucieczka z Watykanu do ludzi… wędrówka po świeckim Rzymie… poszukiwanie swego prawdziwego „ja” – korzeni, przeszłości… zmęczenie wypisane na twarzy, konsternacja i zagubienie… może nawet cierpienie…? No tak, Piccoli to przecież bardzo dobry aktor i nie mógł tego wszystkiego nie pokazać. Ale jak to co przeżywał grany przez niego człowiek miało się do komediowej atmosfery i całej tej hecy, która w tym samym czasie rozgrywała się w Watykanie? Moim zdaniem nijak – czułem w tym wszystkim jakieś stylistyczne pęknięcie, może nawet zgrzyt, brak harmonijnego przejścia między konwencją (lekkiej) komedii a (nieco głębszego psychologicznie) dramatu. A to moim zdaniem jest jednak winą reżysera, (któremu w zasadzie aktor ufa) no i niestety samego scenariusza, może nawet montażu?

Było kilka momentów w filmie, które wydały mi się być… albo błędem, albo niedopatrzeniem, albo pójściem na łatwiznę. Pierwszy taki z brzegu: oto Piccoli (jako nowo wybrany papież) znika bez śladu, nie wiadomo gdzie. W Watykanie popłoch, Stuhr się wścieka i musi świecić oczami, a tu, zaraz potem, ni z gruszki ni z pietruszki, wyskakuje na ekranie gdzie widzimy go siedzącego sobie z zaginionym papieżem na ławeczce w Forum Romanum i negocjuje jogo powrót na stanowisko… Niby drobiazg, a nie cieszy. Albo ten kuriozalny turniej siatkarski – po co to zwolnione tempo, w którym ukazuje się fruwających w powietrzu, ale niezbyt skoordynowanych w ruchach kardynałów? Jakbyśmy oglądali jakiś rzadki gatunek na Animal Planet. I wreszcie to, co miało być finałem: Piccoli siedzi incognito na balkonie w teatrze, ogląda „Mewę” Czechowa, (która ma mu przynieść katharsis) w głośnikach dudni kulminacyjno-patetycznie „Miserere” Arvo Parta, a tu otwierają się wszystkie drzwi i do sali wsnuwają się cichcem dziesiątki zakonnic i kardynałów… Tak bez biletu!? Sorry, ale ja w tym momencie żadnego podniesienia nie czułem, co najwyżej zdziwienie.

Być może wpadłem w ton nieco zbyt złośliwy i zgryźliwy, na który obraz Morettiego aż tak bardzo nie zasługuje (bo jest w nim jednak jakaś lekko- i dobro-duszność), więc może już tylko na koniec wspomnę o czymś bardziej na poważnie – o czymś, co, jak mi się wydaje, przyczyniło się dość istotnie do tego, że film sprawił mi zawód. Chodzi konkretnie o wędrówkę Piccoliego po Wiecznym Mieście. Wprawdzie nie oczekiwałem, że zobaczę coś na miarę epopei Ulissesa błąkającego się i penetrującego dublińskie Universum – egzystencjalny mikrokosmos pełen życia i ludzkich charakterów, ale myślałem, że jego zetknięcie się z prawdziwym poza-kościelnym światem będzie jednak… hm… bardziej doniosłe, głębsze, dramatyczne, pełniejsze. A tu zobaczyłem rzeczy trywialne: człowieka, który nie umie poruszać się w tłumie, słabnie w sklepie z damską konfekcją, mówi sam do siebie w metrze, prowadzi bezsensowne rozmowy z beznadziejna panią psycholog i mamrocze zapamiętane z młodości kwestie z Czechowa… Za mało, za mało… to za mało, żeby mnie przekonać o tym, że dzięki temu dociera on wreszcie do samego siebie – do tego kim jest naprawdę.
W sumie „Habemus papam” wydał mi się niestety filmem o nikim (bo właściwie – tak jak go przedstawiono na ekranie – „nikim” był główny bohater)  i (niemalże) o niczym.

Watykański rzecznik Rajski (Jerzy Stuhr) w pogoni za zlęknionym i wypalonym papieżem (Michel Piccoli)

*

PODRÓŻ DO ŹRÓDEŁ CIERPIENIA czyli jak w antycznej tragedii – „POGORZELISKO” (reż. Denis Villeneuve)

Film, który na wielu widzach robi ogromne wrażenie. I ja się temu nie dziwię, bo sam pod sporym wrażeniem byłem. Co może tylko świadczyć o tym, że jego twórcy zdołali osiągnąć to, co sobie zamierzyli: wciągnąć widza bez reszty w opowiadaną, niezwykłą historię kobiety i jej dzieci, których życie splotło się tragicznie z wojną domową, jaka dotknęła na przełomie lat 70-tych i 80-tych jeden z krajów Bliskiego Wschodu (choć w filmie nie jest to podane jednoznacznie, to jednak wszystko wskazuje tu na Liban).
„Pogorzelisko” nie jest filmem nowym (swoją światową premierę miał półtora roku temu) i gdyby nie zaproszenie od chicagowskiego DKF-u (pod wdzięczną zresztą nazwą „Cornelia”), pewnie nigdy bym go nie obejrzał. A tak, nie tylko go obejrzałem, ale i zrobiłem to w bardzo ciekawym towarzystwie (szczególne podziękowania składam tu szefowi klubu Zbyszkowi Banasiowi), tudzież miałem następnie niewątpliwą przyjemność świadczyć dyskusji, jaka się po projekcji „Pogorzeliska” odbyła.

Oko za oko, śmierć za śmierć... (Lubna Azabal w "Pogorzelisku")

Film naprawdę daje po głowie tak, że nawet nie są w stanie zamortyzować tego impaktu niewiarygodne zbiegi okoliczności, jakimi posługuje się scenariusz, którego logika, prawdę mówiąc, trzeszczy w szwach i piszczy – prowadząc do zwalającej nas z nóg finałowej rewelacji.  Ale robi to tak chytrze (czy też raczej dramaturgicznie skutecznie), że z tej niewiarygodności zaczynamy sobie zdawać sprawę dopiero post factum – kiedy przewali się przez nas cała ta kawalkada myśli, uczuć i wrażeń. (Co poniektórzy widzowie mówią nawet o wątku posługującym się chwytami wręcz z latynoskich mydlanych oper… ale to już zalatuje chyba czystą złośliwością… o ile jakaś złośliwość może być w ogóle czysta.)

Jednak „Pogorzelisku” Villeneuve bliżej jest moim zdaniem do antycznej tragedii niż do brazylijskiej czy wenezuelskiej telenoweli. I jak to w tragediach bywało: losy ich bohaterów zazwyczaj mniej miały wspólnego z ludzką logiką, za to dużo z  boskim autorytaryzmem, który potrafił zmiażdżyć i zetrzeć na proch poddanych temu ludzi.

Odnoszę wrażenie, że mało która kraina na naszej planecie dysponuje tak adekwatnym tłem dla zmagania się człowieka z losem, jak Bliski Wschód. Tamtejsze pustynie są jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, ale też z tymi bogami się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostrzej widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.

Bohaterka „Pogorzeliska”, arabska Chrześcijanka Nawal Marwan przeżywa rzeczy niewyobrażalne. Ale czy nieprawdopodobne? Koleje jej życia poznajemy dopiero po jej śmierci – i to dzięki jej testamentowi, w którym dwójce swoich dzieci (bliźniakom Jeanne i Simonowi) poleca odszukanie ich brata i ojca, (o istnieniu których nie mieli dotychczas pojęcia). Jeanne i Simon są już dorośli, wychowali się w Kanadzie (dokąd wyemigrowała tuż po ich urodzeniu Nawal) i podróż na Bliski Wschód jest dla nich nie tylko odkrywaniem tego kim była i czego doświadczyła na tej ziemi ich matka, ale przede wszystkim poszukiwaniem własnych korzeni, bez których – jak się wydaje – pozbawieni by byli własnej tożsamości.
Dramaturgia filmu opiera się przede wszystkim na suspensie – kolejne epizody z życia bohaterki ujawniają się przed nami sukcesywnie, prowadząc do bez mała szokującego odkrycia tajemnicy. I to musi wystarczyć w moim przedstawieniu fabuły, bowiem ze zrozumiałych względów nie mogę zdradzić żadnego z nich.

Mogę chyba jednak wspomnieć o głównej kwestii, jaka pojawiła się w dekaefowej dyskusji po projekcji „Pogorzeliska”: czy wysyłając swoje dzieci w tak ryzykowną podróż w przeszłość i do nieznanego im zupełnie kraju, Nawal nie ryzykowała tego, że okaże się to dla nich niezwykle traumatycznym, a tym samym wręcz dewastującym ich życie (i osobowość) doświadczeniem? Czy w jej decyzji więcej było troski o możliwość odkrycia przed młodymi ludźmi ich prawdziwej tożsamości, źródeł tego, kim w głębi swojej duszy są, czy też może był to akt na wskroś egoistyczny – bo tylko odkrycie prawdy mogło jej przynieść spokój (wprawdzie już tylko post mortem, czyli w zaświatach, ale kto wie czy tamten zaświatowy spokój nie jest dla człowieka ważniejszy, niż ten doczesny, ziemski?)
Dyskusyjnych konkluzji też nie będę zdradzał – każdy jednak powinien na te pytania odpowiedzieć sobie sam (i niech to ostatnie zdanie służy za rekomendację i zachętę do obejrzenia tego niezwykłego filmu).

Nie zaznasz spokoju po pogorzelisku...

*

Advertisements

komentarzy 13 to “Filmowe zaległości: „HABEMUS PAPAM” i „POGORZELISKO””

  1. Logos Amicus Says:

    „Habemus Papam”:

    „Pogorzelisko”:

  2. kokieteria Says:

    Wczoraj w nocy obejrzałam ten film. Wstaję rano i widzę Twój wpis. Cóż za koincydencja!
    Bardzo trafne skojarzenie z tragedią antyczną. Ale właśnie dlatego, że tak monumentalnie poprowadzona narracja przypomina tę antyczną, jest prawdopodobna. Arystoteles mówi o tym w „Poetyce”. Prawdopodobieństwo w tragedii polega na tym, że coś hipotetycznie mogłoby się wydarzyć. Dlatego uważam, że scenariusz nie jest grubymi nićmi szyty, a mało prawdopodobne zbiegi okoliczności nie są przesadzone i nie rażą.

    Dobry film.

    • Logos Amicus Says:

      „Prawdopodobieństwo w tragedii polega na tym, że coś hipotetycznie mogłoby się wydarzyć.”

      A jeśli stawało się nieprawdopodobne, to na scenę wkraczał Deus ex Machina ;)

      PS. Mówisz, że „Pogorzelisko” obejrzałaś ostatniej nocy, a dzisiaj rano zobaczyłaś mój wpis na jego temat?
      No proszę, nie zawsze rzeczy mało prawdopodobne są niewiarygodne.
      I oczywiście nie są niemożliwe ;)

  3. babka filmowa Says:

    „Pogorzelisko” – niesamowity film o szaleństwie wojennym, jakie trapi niektóre rejony Ziemi, o szaleństwie tym większym, że opartym na konfliktach religijnych, albo inaczej – wojnach zaborczych, prowadzonych pod ich płaszczykiem. Ja bym się nie przejmowała niesamowitymi, czy jak dla niektórych, nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności, takie się zdarzają, w życiu każdego każdego człowieka.
    Czy Nawal postąpiła słusznie, czym się kierowała, kierując swoje dzieci na poszukiwanie ojca i brata? Chyba nie miała wyjścia, to było ich dziedzictwo, każdy musi nieść jego bagaż, musi się z nim uporać (pamiętasz, niedawno rozmawialiśmy o filmie „Spadkobiercy” i jego tytule). Lepiej mieć taki bagaż niż nie mieć go w ogóle i żyć w próżni. Nawal napisała piękne listy, do swych dzieci, które otworzyły dopiero po wypełnieniu misji. Myślę, że z tymi listami, pełnymi matczynej miłości, której nie każdemu jej dziecku było dane doświadczyć, przez głupie krwawe spory religijno-terytorialne, będzie im łatwiej żyć, mimo ogromnej traumy jaką przeżyli.
    Jeden z najlepszych filmów antywojennych. Ale także film piętnujący zemstę jako jeden z oręży wojennych i w ogóle. Zemsta, jako przysłowiowa rozkosz bogów, jak to rozkosz, może też mieć swoje perwersyjne oblicze i obrócić się przeciwko temu, który ją wymierza (inne np. „Skóra, w której żyję”)

    • Logos Amicus Says:

      Ja również uważam, że temu rodzeństwu potrzebna była ta podróż do przeszłości (swojej matki), bo tylko tam tak naprawdę mogli poznać swoja tożsamość. Nawet jeśli wiązałoby się z bolesnym dla nich doświadczeniem (i takim czymś było). Mimo to, nie pamiętam, aby mieli o to pretensje do matki (że postąpiła egoistycznie). Być może dlatego, że przez całe życie przeczuwali, iż przeszłość ich matki kryje jakąś straszną tajemnicę. Lecz mimo obawy, sami chcieli ją poznać. I poznali. Czy to zrujnowało im życie? Moim zdaniem nie. Oni lepiej poznali siebie (bo poznali matkę, brata i ojca). No i w ten sposób pozbyli się wielkiego balastu, który zapewne ciążyłby im przez całe życie.

  4. Ewa Says:

    Wykonując dziś najprostszą, a niezbędną czynność odkurzania, pomyślałam, że to jedno z niewielu działań, na które mamy jako taki wpływ. Jako taki, bo wola działania i konieczność, nie są tu jednymi uprawnionymi. Coś może zawieść, czegoś zabraknąć. Tak więc, czy rozważanie wszelkich zawiłości bytu nie skazuje nas najczęściej na przegraną?
    Film o wyborze Papieża, może więc wcale nie być miałki tak jak się wydaje, a forma komediowa jedyną możliwą, by rozpatrywać kogo, dlaczego i jak wybieramy. Nie tylko na stolicę papieską. Na przestrzeni dziejów okazuje się, że ‘wybrańcy’ niczego za nas nie rozwiążą, nie wyjaśnią, nie zapewnią bezpieczeństwa… Krótko (i w uproszczeniu) mówiąc – kogo nie usadowilibyśmy nad wyższym od naszego stołku, doświadczymy zawodu. Bo ci Oni nie różnią się od nas znacząco. Też (zbyt) często błąkają się we mgle strachu i kompleksów. Chodzenie po ‘zewnętrznym mieście’, odkrywanie tego co za drzwiami – czy to może okazać się sukcesem, można ‘odkryć siebie’ w parę godzin? Gdyby tak było, to bylibyśmy zdrowi (psychicznie) jak rydze. A ci co to niby cichcem i nie wiadomo po co, otaczają nowo wybranego. Raczej wiadomo. Już w tej pierwszej minucie wokół są pochlebcy, intryganci, koniunkturaliści, lobbyści i cała ta menażeria – widziana świetnie na Animal Planet właśnie.

    Film o wojnie i jej skutkach, wpisuje się również w ten tok myślenia. Forma realizacji zasługująca na zachwyt lub naganę, jest tu drugorzędna. Nasz byt i sposób postrzegania świata zależy nie tylko od wyborów własnych, częściej od dokonanych rękoma ‘naszych przedstawicieli’. Wybór Określonego (wraz z ekipą) – decydującego, zarządzającego, karzącego i nagradzającego, zmienia życie w pasmo poszukiwań mitycznych korzeni.
    Tak więc pozostaje nam never ending story grzebania się w kondycji ludzi i świata przy pomocy filmów, książek i innych dostępnych metod i mediów. Czy możemy liczyć na sukces?

    • Logos Amicus Says:

      Ale co rozumiesz tutaj przez „sukces”?
      Może sukcesem (np. plemniczka, które zapłodniło jajeczko naszej matki) jest już to, że możemy się – jak to nazywasz – „grzebać w kondycji ludzi i świata przy pomocy filmów, książek i innych”? Może więc samo życie jest już sukcesem.
      Tym większym, im więcej możemy przeżyć, stworzyć, poznać, skosztować, porozważać… – na naszą (mocno ograniczoną zresztą) miarę? Jako ludzie stworzyliśmy pewną wyższą (ponad czyste rozmnażanie się) wartość (kulturę) i myślę, że już to było sukcesem – i sukcesem jest nasze w tej kulturze uczestnictwo (i to nawet nie tylko wtedy, gdy coś tworzymy, ale i wtedy, kiedy z tej kultury korzystamy).

      Czy rozważanie wszelkich zawiłości bytu nie skazuje nas najczęściej na przegraną?
      I znowu: czym tu ma być ta przegrana?
      Jeśli oczekujemy, że przejrzymy wszystkie Wielkie Tajemnice Bytu, poznamy Absolut i pojmiemy sens Tego Wszystkiego… to rzeczywiście poniesiemy porażkę, bo to co wymieniłem jest wg mnie dla nas nieosiągalne (tu odzywa się mój sceptycyzm).
      Ale – tak jak napisałem wcześniej – naszym sukcesem jest już to, że zaistnieliśmy (choć nie jestem pewien czy jest w tym jakaś nasza zasługa ;) )

  5. Iwona Says:

    „Incendies” orginalny tytul filmu …pozostawie we wlasciwym widzu to co powinien zostawic film …wrazenia, ktore pozostaja na zawsze, sentyment, troche pouczyc…czy rozczulic…cos o czym mozna podyskutowac .. i „zasiegnac” jezyka u znajomych, ktorzy podobne pieklo przechodzili…i pomyslec jaka jest ta druga strona medalu..z ich punktu widzenia ..dotyczaca zakazow czy stereotypow religijych ..w ktorych sie wychowali..
    Filmy tego typu zawsze uswiadczaja mnie w pewnosci ze powinnam byc wdzieczna losowi .. ze moje „problemy” nie siegaja az takich skrajnosci i jak malo czasami doceniami codzienne dary …

    Kobieta ktora spiewala…(polskie tlumaczenie… nie oddaje czesto glebi slow angielskich)…na zawsze pozostanie w mej pamieci…(mimo ze scenariusz jest fikcyjny….czy aby taki wlasnie jest …)

  6. sotion Says:

    Zadziwiające. Niedawno obejrzałem „Pogorzelisko” z polecenia „Babki Filmowej”. Niezwykły to film. Od razu również losy bohaterki skojarzyły mi się z tragedią antyczną. Natomiast bardzo ciekawe i wydaje się niezwykle trafne jest Twoje spostrzeżenie odnośnie pejzażu Bliskiego Wschodu jako archetypu.

    • Logos Amicus Says:

      Przeczytałem na Twoim blogu komentarz do tego filmu. Myślę, że nie zaszkodzi go tutaj przytoczyć (dla ewentualnego zabłąkanego czytelnika), bo również zawiera kilka trafnych, moim zdaniem, spostrzeżeń:

      „Oglądałem wczoraj do późnej nocy „Pogorzelisko”, muszę przyznać. Zaskoczył mnie film kompletnie. Zanim przystąpiłem do jego oglądania nic specjalnie o nim nie czytałem. Mignęły mi gdzie tylko na jakimś forum wypowiedzi, ” dwugodzinna nuda”, „strata czasu”. To nie była nuda, to było inne kino. Po pierwsze niesamowita historia. Oglądając ja od razu przypomniała mi się powieść „Martwa Europa” Christosa Tsiolkasa. (…) gorąco polecam, co prawda jest tam sporo wątków dotyczących miłości i seksu homoseksualnego, ale nie tylko. Przede wszystkim opowiedziana tam historia to historia o prawie odwiecznego odwetu, pogmatwana, krwawa, rozprawiającą się z różnymi postawami w Greków w czasie II Wojny Światowej. Po drugie: losy ludzi i historia opowiedziana w ” Pogorzelisku” zaskakuje i poraża, bo jest okrutna jak życie we wszystkich miejscach ogarniętych wojną.
      Piękne długie najazdy kamery, filmowanie szczegółów, budują atmosferę filmu (to nie Hollywood) a historia „śpiewającej kobiety” ma w sobie coś z klasycznej tragedii. Wart był obejrzenia.”

      Pozdrawiam

  7. WIELKIE GÓRY, KRAINA WILKÓW I CZERWONA PLANETA („Everest”, „Sicario”, „Marsjanin”) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] mimo że nie miał tu do dyspozycji tak kompleksowego i wymagającego scenariusza, jak np. w „Pogorzelisku” czy „Labiryncie” (oba filmy widziałem i uważam je za nietuzinkowe), to jednak […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s