„TRZY MINUTY. 21:37”, „KI”, „MÓJ BIEGUN”, „MARATON TAŃCA”, „UWIKŁANIE”…

… o filmach 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. II

Dramatycznie, groteskowo, komicznie i tragicznie - "Trzy minuty" z życia "papieskiego" kraju

*

„TRZY MINUTY. 21:37” (reż. Maciej Ślesicki)

** * * * * *

Nie czarujmy się: wszystko najpierw czujemy „trzewiami”. Zwłaszcza jeśli chodzi o odbiór sztuki: muzyki, malarstwa, filmu (o naszych partnerach seksualnych nie wspominając)… Dopiero później zaczynamy „kombinować” intelektualnie, zaprzęgając do tego naszą wiedzę i konfrontując to z wyznawanym przez nas systemem etycznym, uświadomionymi preferencjami estetycznymi, wymogiem sytuacji, kontekstem środowiskowym i względem behawioralnym. Innymi słowy, zaczynamy ten nasz pierwotny, instynktowny (czyli w samej swej istocie irracjonalny) odruch racjonalizować: motywować, usprawiedliwiać – a tym samym starając się go przyswoić i zrozumieć.
Taka to refleksja przyszła mi do głowy, kiedy zacząłem myśleć o obrazie Macieja Ślesickiego„Trzy minuty. 21:37” – filmie, który bez wątpienia może człowieka „porwać”.

Tytuł nawiązuje do apelu o to, aby na trzy minuty wygasić w Polsce światło, zatrzymać zegary, wyciszyć się i oddać hołd komuś, kogo prawie cały świat uznał za Wielkiego Człowieka. I aby uczynić to dokładnie o 9:37 wieczorem – w godzinie śmierci Jana Pawła II.
Nic dziwnego, że skoro wiedziało się o tej przesłance twórców filmu, to można się było spodziewać jakiegoś zbiorowego portretu Polaków, pochylonych nad uwielbieniem i czcią dla „naszego” Papieża, a tym samym nawiązującego do „bogoojczyźnianych” stereotypów i odmalowanego raczej na kolanach. Nic z tego. Ja osobiście nie dałem się zwieść, oczekując raczej czegoś wręcz przeciwnego: ukazania, że ta śmierć tak naprawdę niewiele w naszym kraju zmieniła, że kult Jana Pawła II jest czymś powierzchownym, że jego nauki na nasze zachowanie nie mają większego wpływu – czyli że zło i mizeria, ludzka słabość i nikczemność nadal będą nas dotykać. I te moje oczekiwania jednak się sprawdziły. Nie spodziewałem się jednak tego, że przedstawi mi się to wszystko na ekranie w tak absorbujący sposób.

Wszyscy bohaterowie na zakręcie ("Trzy minuty. 21:37")

Powiedzmy sobie szczerze, że wśród postaci, które spotykamy w filmie, nie ma raczej „przeciętnych” Polaków: reżyser – alkoholik (genialne bez mała wystąpienie Krzysztofa Stroińskiego), którego właśnie opuściła kolejna żona, co rekompensuje sobie romansem z kobietą młodszą od własnej córki; malarz-rozpustnik, który wskutek napadu i uderzenia pałą w głowę staje się „warzywem”, acz świadomym tego, co się wokół niego dzieje; były mistrz boksu a obecnie kłusownik, który żyjąc w nędzy opiekuje się małym chłopcem zafascynowanym koniem, jaki przypadkowo trafia do ich zagrody; wreszcie człowiek o dobrym i litościwym (dla zwierząt) sercu, który mści się na zimnej i bezdusznej państwowej biurokracji, niepostrzeżenie stając się przy tym mordercą…
Choć może się nam ten zbiór wydać cokolwiek kuriozalny, to jednak podchodząc do tych ludzi bliżej, dostrzegamy w nich cechy, które posiadają przecież wszyscy z nas – szeregowi przedstawiciele gatunku homo sapiens, zmagający się ze swoją egzystencją, tudzież obywatele takiego, czy innego kraju, którzy zmuszeni są do stawiania czoła panującej w nim rzeczywistości społecznej i politycznej.

W filmie prowadzonych jest kilka równoległych wątków – opowiadane historie tylko w pewnych momentach nawzajem się przenikają, stanowiąc w zasadzie odrębne całości. A podane jest to w sposób przypominający narrację do jakiej przyzwyczaili nas w kinie choćby Alejandro González Iñárritu , czy wcześniej Robert Altman, a w ubiegłym roku Paweł Borowski, który w znakomity sposób wyegzekwował ją w swoim świetnym „Zerze”. I choć „Trzy minuty” pozbawione są wirtuozerii tamtych utworów, to jednak sprawdzają się w filmie Ślesickiego całkiem nieźle, przydając mu walorów intrygującej – chwytającej nasze oko i uwagę – kolorowej i mimo wszystko dość zgrabnie poukładanej mozaiki.
Lecz tym, co w „Trzech minutach” jest wyjątkowe, to jego wielki potencjał emocjonalny, wyzwalający się zwłaszcza w kilku genialnie sprokurowanych przez twórców scenach. Należy do nich choćby monolog sparaliżowanego, a pomstującego Bogu i ludziom Bogusława Lindy, który w sposób przejmujący – buntowniczy i bezceremonialny, a zarazem ludzki i uległy – wspina się nim na wyżyny aktorskiej recytacji. Według mnie monolog ów to takie małe mistrzostwo świata.

Lecz wróćmy jeszcze na koniec do wątku „papieskiego”. Z tego co wiem, film raczej nie miał w kraju dobrej „prasy”. Czyżby właśnie przez to, że niejako zakpił z religijnych oczekiwań Polaków spodziewających się podejścia do podobnego tematu na klęczkach? Jak się dowiaduję, premierę filmu zapowiedziano dokładnie na dzień, będący kolejną rocznicą śmierci Papieża, a ponadto producenci zwrócili się do władz kilkudziesięciu największych miast Polski, by 2 kwietnia, dokładnie o 21:37, zatrzymali na 3 minuty ratuszowe zegary. Jakąż niespodzianką wobec tego musiał być dla wszystkich film – zgoła mało święty, a być może nawet i (dla wielu) obrazoburczy!?
Cóż, nie mnie jest ten „chwyt” – najprawdopodobniej par excellance marketingowy – osądzać. Choć, jeśli to prawda, to był to chyba jednak taki szturchaniec poniżej pasa. Co nie zmienia faktu, że film  można zaliczyć do najciekawszych tytułów roku.

„KI” (reż. Leszek Dawid)

** * * * * *

Jaka jest współczesna Matka-Polka? ("Ki")

Zwracający uwagę debiut fabularny dokumentalisty Leszka Dawida, który pokazuje nam na ekranie swoją wersję współczesnej Matki Polki – młodej kobiety samotnie „wychowującej” dziecko. Użyty przeze mnie cudzysłów nie ma jednak w sobie nic ze złośliwości, choć rzeczywiście postępowanie Ki wobec własnego dziecka jest bardziej żywiołem wynikającym z niepozbieranej, roztrzepanej acz rozbrajającej i obdarzonej niewątpliwym urokiem osobowości Ki, niż jakimś metodycznym, bardziej świadomym, odpowiedzialnym, skupionym na dobru dziecka sposobem wychowania.

Ki nie ma wyraźnie szczęścia do mężczyzn – począwszy od własnego ojca (którego widuje tak gdzieś… jak sama mówi: „dwa razy na 20 lat”); poprzez ojca jej dziecka, niedojrzałego, nerwowego i nie mogącego nawiązać z nią (ani z synem) żadnej bliższej relacji; po małomównego, zamkniętego w swoim świecie współlokatora, który zupełnie zdaje się nie zwracać uwagi na jej nietypowy wdzięk i niewątpliwą kobiecość.
Ale Ki się nie poddaje. „Zwalając” swoje obowiązki rodzicielki na kogo się da, bezceremonialnie wchodząc w paradę ludziom, którzy ją otaczają – stara się coś jeszcze (poza swoim uwiązaniem do macierzyństwa) robić. Z tym, że to też jej za dobrze nie wychodzi: nadal chce się bawić (w towarzystwie dość podejrzanych „koleżanek z klubu”), pić i palić (niebezpiecznie blisko uzależnionych narkomanów), pracować (tyle że swoim ciałem – pozując nago w malarskim atelier, albo nawet tańcząc, też nie do końca ubrana, na rurze)… Innymi słowy: wszystkie te jej wysiłki są lekko niewydarzone i raczej nietrafione.

Wygląda na to, że Roma Gąsiorowska trafiła tą rolą w swój kobiecy typ idealnie – jej aktorskie emploi mogło tutaj dosłownie… jeśli nie eksplodować, to przynajmniej rozkwitnąć, dając nam obraz kobiety, której postępowanie może irytować i wydawać się czymś nieznośnym, ale obdarzonej przy tym swoistym urokiem, barwnością, spontanicznością i otwartością, które to cechy sprawiają, że właściwie wszystko możemy jej wybaczyć. Cóż… najprawdopodobniej każda inna osoba, pozbawiona jej aparycji, sex-appealu, tudzież innych atrybutów atrakcyjnej kobiecości, ale zachowująca się tak samo, miałaby by u nas (a zwłaszcza wśród otaczających ją ludzi) po prostu „przechlapane”. Ki, prawdę powiedziawszy, też ma „przechlapane”, ale jest to „przechlapane” inaczej.
Inaczej, bo – wbrew plakatowym ostrzeżeniom sloganu reklamującego film („nie polubisz jej”) – my, widzowie, jesteśmy ją w stanie polubić… a przynajmniej polubiłem ją ja.

„MÓJ BIEGUN” (reż. Marcin Głowacki)

** * * * * *

Zdobyć biegun - wygrać życie ("Mój biegun")

Wprawdzie decydując się na obejrzenie filmu Marcina Głowackiego spodziewałem się zupełnie czegoś innego, to okazało się, że w swojej klasie jest to pozycja bardzo dobra – sprawnie zrealizowana, świetnie zagrana, nieźle napisana, zajmująco opowiedziana, emocjonalnie trafiona…
Czego się spodziewałem? Tytuł – jak również informacja, że jest to opowieść o najmłodszym, a  przy tym jedynym niepełnosprawnym zdobywcy bieguna północnego – mógł sugerować, że oto czeka mnie film ukazujący młodego człowieka, który przezwyciężając własne kalectwo, przygotowuje się do wyprawy na biegun, następnie go zdobywa – przy pomocy zresztą (jak to było w rzeczywistości) słynnego polarnika Marka Kamińskiego. Lecz okazało się coś innego: informacja o zdobyciu bieguna przez naszego bohatera pojawia się na samym końcu filmu, podobnie nazwisko Kamińskiego możemy zobaczyć dopiero w napisach końcowych.

Co ciekawe, nie byłem tym zawiedziony, gdyż przez półtorej godziny działy się na ekranie rzeczy równie ciekawe, jak ewentualne wątki polarne. Zobaczyłem mianowicie poruszającą historię rodziny, która stawia czoła nieszczęściom, jakie ją spotykają (utrata 7-letniego syna, który topi się w jeziorze, a następnie wypadek drugiego syna, który porażony prądem staje się częściowo sparaliżowany, tracąc przy tym rękę i nogę). Rodzice borykają się ponadto z własnymi problemami psychicznymi i napiętymi relacjami, jakie między nimi istnieją. Chodzi tu zwłaszcza o ojca chłopców, który własne złe doświadczenia z dzieciństwa (despotyczny ojciec) przenosi na swój stosunek do okaleczonego syna.
Okazuje się, że niepotrzebna była żadna egzotyczna tematyka biegunowa, by zaprzątnąć naszą uwagę, w sposób wiarygodny i przejmujący przedstawiając złożoność zachowań ludzi doświadczanych dotkliwie przez spadające na nich nieszczęścia.
Do Magdy Walach mam pewną słabość co najmniej od czasu kiedy usiadła mi na kolanach w czasie krakowskiego spektaklu opartego na sztuce Tennessee’go Williamsa „Tramwaj zwany pożądaniem”, (gdzie grała pełną temperamentu i erotycznego uniesienia Blanche). Ale w „Moim biegunie” zagrała z takim polotem i zręcznością, że mój podziw dla jej aktorskich możliwości wzrósł jeszcze bardziej. Dla mnie to była czysta przyjemność patrzeć na jej grę – ten jej zwiewny i lekki sposób poruszania się, zupełnie przypominający taniec. Ale dobrze zagrali też w tym filmie inni – Bartłomiej Topa (w roli ojca) a zwłaszcza odtwarzający postać  niepełnosprawnego chłopca Maciej Musiał. W sumie „Mój biegun” jest filmem jak najbardziej wartym uwagi.

„MARATON TAŃCA” (reż. Magdalena Łazarkiewicz)

** * * * * *

Czasem słońce, czasem deszcz - czyli polski prowincjonalny misz-masz tragikomiczny ("Maraton tańca")

Przyznam się, że czuję się nieco bezradny chcąc napisać o najnowszym filmie Magdaleny Łazarkiewicz „Maraton tańca”, bo oglądając film doznawałem skrajnie odmiennych wrażeń, choć nie były to wrażenia burzące we mnie krew ani też rozpętujące w mojej głowie jakąś większą nawałnicę myśli. Tak więc, owe wrażenia mieściły się na skali od lekkiego zażenowania (grubą kreską kreślone postaci, niewybredny humor, stereotyp prowincjonalnego badziewia, słownikowe prostactwo, w którym rozbawiać nas ma samo słowo na k…, byle tylko wypowiedziane zostało przez księdza, rzucone przez utytłanych w błocie braciszków lub zakonnicę z dzieckiem); przez cichą satysfakcję uczestnictwa w karykaturze i grotesce (ciut, ciut powiało „Weselem” Smarzowskiego, choć oczywiście ciężar tych filmów jest zupełnie inny); po pewne rozbawienie w momentach, kiedy widownia (wraz ze mną) wybuchała  śmiechem – i to właściwie do końca nie wiadomo  dlaczego.

Jeśli komuś przyjdzie oczekiwać po tym filmie gorzkiego egzystencjalnego spleenu „Czyż nie dobija się koni” Sydney’a Pollaca, albo ironicznej acz ciepłej i przychylnej swojemu prowincjonalnemu panoptikum „Pali się moja Panno” Formana, to nie tędy droga. „Maraton” nie jest tam żadnym filmem amerykańskim, ani nawet nie jest filmem czeskim (nad czym – jak zauważyłem – niektórzy z jego komentatorów nieco złośliwie ubolewali). Jest natomiast pewnym pomysłem, który chciała urzeczywistnić na dużym ekranie zdolna reżyserka. Ale wygląda na to, że wszystko jej się zaczęło z rąk wymykać i oto w efekcie otrzymaliśmy patch-work, niezbyt, powiedzmy sobie szczerze, stylistycznie spójny.
Kiedy myślę o tym filmie, to jakbym ponownie wysypywał przed sobą worek pełen różnych różności, gdzie bez większego ładu i składu, w dość przypadkowym sąsiedztwie, znalazły się zarówno niezłe artystycznie cacka, jak i nadto odpustowe świecidła. Bo jest w filmie Łazarkiewicz i spora doza romantyzmu i lekkie dotknięcie dramatu, trochę fatalnego tragizmu i duża domieszka farsy; jest realizm zgrzebny, ale też i ten bardziej magiczny… jednym słowem misz-masz taki, że aż cud, że to wszystko trzyma się jednak kupy, w jakiś przedziwny sposób ze sobą współgrając – i że z zabawy tym wszystkim można mieć niejaką frajdę.
Czy frajdę miałem ja? Częściową. Czy frajdę miała chicagowska publiczność? Chyba jednak tak, bo i śmiech na sali… był słyszalny dość często, a i uwagi jakie do mnie dotarły po projekcji, były raczej filmowi przychylne.
Jednym słowem, da się ten „maraton” nie tylko wytrzymać, ale i całkiem  nieźle nim zabawić.

„UWIKŁANIE” (reż. Jacek Bromski)

** * * * * *

Kryminał po swojsku - czyli haki, teczki, była esbecja i szemrane spółki ("Uwikłanie")

Podobno ci, którzy nie czytali książki Zygmunta Miłoszewskiego, na podstawie której Jacek Bromski i Juliusz Machulski napisali scenariusz do „Uwikłania”, mają czego żałować, bo film – zdaniem tych, którzy ten kryminał znają – nie oddaje jednak autentyzmu, klasy i wiarygodności powieści.
Nie wiem, książki nie czytałem, więc zostawiam te dywagacje innym. Jednak mogę się zgodzić z tym, że film Jacka Bromskiego rzeczywiście kuleje pod względem wiarygodności przedstawianych tam zdarzeń, jak również autentyzmu – zarówno występujących w nim postaci, jak i rzeczywistości, w jakiej są oni umieszczeni.
Poza tym „Uwikłanie” wydaje mi się być produktem na wskroś komercyjnym, które w ładnym opakowaniu i atrakcyjnej formie chce sprzedać rozrywkę jak największej ilości odbiorcom. A to mnie nieco do filmu dystansuje. Tym bardziej, że odnoszę wrażenie jakby kryło się za tym lekceważenie potencjału inteligencji bardziej wymagającego widza, który gotów jest na „Uwikłanie” spojrzeć nieco wnikliwiej i być może bardziej krytyczniej.

Jednym słowem „Uwikłanie” zawodzi. A szkoda, bo film miał potencjał – jeśli chodzi o treść i formę – niezgorszy: znakomitą obsadę (Seweryn, Adamczyk, Stenka, Łukaszewicz, Pieczyński, Stroiński, Globisz… ), jędrne ciało Maji Ostaszewskiej i aparycję Marka Bukowskiego; intrygujący wątek kryminalny i bogate tło społeczno-politycznych zawirowań w Polsce ostatniego czasu; dalej: sprawnego niewątpliwie reżysera (Bromski) i lotnego szefa produkcji (Machulski). Lecz niestety, w filmie nie zdołano tego w pełni wykorzystać. No… może z wyjątkiem pięknego, seksownego ciała pani Ostaszewskiej. Przy czym trudno nie zauważyć, że był to chyba jedyny powód, dla którego z książkowego prokuratora Szackiego zrobiono prokuratorową Szacką – bo zwykle nagie kobiece ciało lepiej się prezentuje na ekranie (nie wspominając już o tym, że jednak lepiej też się w tym kinie sprzedaje).

Jednak wszystko byłoby OK, gdyby mnie kryminalna intryga „Uwikłania” wciągnęła i nie zmuszała co kwadrans do spoglądania na zegarek. Gotów byłbym przymknąć oczy na nielogiczność niektórych elementów scenariusza, nieprawdopodobne momentami zachowanie się przedstawicieli polskiego wymiaru oraz pani prokurator (raz szczwanej „s…i”, to znów mocno przestraszonej panienki, która robi ze swojego zawodu szopkę); niewiarygodność przypadków, podsuwanie nam coraz bardziej absurdalnych tropów, które w końcu prowadziły donikąd (jak np. cała ta historia z niezbyt mądrą terapią grupową „metody ustawień” i jeszcze mniej mądrym rzucaniem podejrzeń na wszystkich, z wyjątkiem oczywiście… rzeczywistego mordercy)… etc. Koniec końców wszystko byłoby OK, gdyby tylko film mnie swą intrygą bardziej zaabsorbował.
Niestety, można tę litanię zastrzeżeń ciągnąć dalej, aż do momentu samego zakończenia, które mogło wpędzić w całkiem sporą już konsternację, (lecz o tym ze zrozumiałych względów nie mogę tutaj mówić) co raczej nie pomogło mi bardziej się w tę całą historię „uwikłać”.
Być może jednak znajdą się wśród widzów tacy, którzy film Bromskiego wezmą za dobrą monetę i będą się potrafili nim lepiej zabawić. Bo ma on przecież swe jaśniejsze strony, jak np. wspomniana już aktorska plejada, czy choćby niewątpliwa fotogeniczność miasta Krakowa.

*

Advertisements

komentarzy 20 to “„TRZY MINUTY. 21:37”, „KI”, „MÓJ BIEGUN”, „MARATON TAŃCA”, „UWIKŁANIE”…”

  1. Deus ex Machina Says:

    „TRZY MINUTY”:

    „KI”:

    „MARATON TAŃCA”:

    „UWIKŁANIE”:

  2. Ewa Says:

    Gratuluję, jak zwykle świetnie opisane. Po raz kolejny pytam, skąd tyle samozaparcia, czasu na pisanie. Skąd ta pamięć do szczegółów? A poza tym cieszę się, że tak wiele dobrych filmów powstaje, tylu mamy znakomitych aktorów i twórców z filmem związanych. Na koniec, cieszę się że znalazłam czas, aby to wszystko przeczytać.

  3. tamaryszek Says:

    Deklaruję, że ja też lubię Ki, czyli Kingę, czyli „terrorystkę, czyli „Ezbollah”.
    Lubię, ale nie przeżyłabym przy niej dnia. Masakra.
    Nie przepadam natomiast za etykietkami przypisanymi do filmów. Rozsyła je dystrybutor, w tym przypadku również sam reżyser. Padają wówczas – może chwytliwe – ale zawężające slogany. W rodzaju „ograniczenie macierzyństwem” (czy podkreślone przez Ciebie: „nie polubisz jej”). Nie mogę zaprzeczyć, że wychowywanie syna i ucieczka przed wejściem w rolę matki jest ważnym tematem. Ale jakoś nie to wydaje mi się klu (czyli kluczem) do Ki (czyli Kingi).

    Niesamowite, że dzięki festiwalowi znasz więcej polskich filmów niż ja, choć okazji więcej powinno się mnie przydarzać.
    Z tych tytułów, o których wspominasz, mogłabym zobaczyć film z Magdą Walach (dla niej samej).

    „Trzy minuty” zaliczyłeś do wydarzeń roku? Zabrakło mi motywacji…właśnie ze względu na tytułowy „wabik”. Ale żałuję trochę, że przepuściłam świetnego Stroińskiego.

    • Logos Amicus Says:

      Dzień jak dzień, ale przeżyć z nią noc! – to by dopiero było wyzwanie ;)

      Ja do wabików (sloganów) reklamowych podchodzę z dużą rezerwą, bo widzę jak często nie oddają charakteru filmu, a wydają się być jedynie merkantylnym chwytem (dystrybutorów/producentów) pod tzw. „publiczkę”. (Dotyczy to również plakatów – ot choćby plakat do filmu o ks. Popiełuszce, przedstawiający go niczym jakiegoś „Bonda” albo ostatnio plakat do „Linczu” z Komasą wyglądającym jak skrzyżowanie Dostojewskiego z fantasy.)

      „Trzy minuty” polecam. Mnie ten film zupełnie zaskoczył… in plus, of course.
      Ale przecież ręczyć za Twój pozytywny odbiór nie mogę ;)

  4. Bibliomisiek Says:

    „Uwikłanie” to film strasznie zmarnowany. Ostaszewska chaotyczna i denerwująca, zresztą cała ta postać jest koszmarnie napisana. Całość sklecona z bezsensownie aranżowanych scen (przesłuchiwać podejrzanego w kawiarni???), aktorzy, nawet ci dobrzy, prowadzeni bez polotu: Pieczyński fatalny, Stroiński jako-tako ale za krótko, właściwie broni się tylko krótki monolog Seweryna o współczesnej młodzieży. Finał zupełnie od czapy. Trzeba było nie kombinować przy dobrym materiale powieściowym tylko obsadzić Bukowskiego w głównej roli (pasował!) i trzymać się tekstu. A Bromski sprawnym reżyserem sensacyjnym był ostatni raz chyba przy „Zabij mnie, glino”, bo trudno uznać za dobry warsztat w tym temacie „Pany Bogi”.

    Poza tym tradycyjnie już dorzucam uwagę marginalną, tym razem do trzech minut: Krzysztof Stroiński już raz dał popis w roli alkoholika – mam na myśli również genialną, wręcz wstrząsającą kreację policjanta Metyla w serialu „Pitbull”. Niezwykły występ, aż bolało patrzeć.

    A na „Trzy minuty” chyba się skuszę – zdaje się, ze zbyt pochopnie zlekceważyłem ten film.

    Pozdrawiam serdecznie.

    • Logos Amicus Says:

      Widzę, że zgadzamy się co do „Uwikłania” – dobry materiał na film został zmarnowany.

      Krzysztof Stroiński, jak widać, zwraca na siebie ostatnio uwagę. Przydałby mu się jakiś dobry – napisany specjalnie „pod niego” – scenariusz, gdzie mógłby w pełni wykorzystać swoje aktorskie możliwości.

      „Trzy minuty” warto obejrzeć… właśnie bez żadnych uprzedzeń.
      Nie wiem dokładnie jak to było, ale myślę, że „zawalono” promocję tego filmu. Bo wszyscy mogli poczuć się oszukani: zarówno ci, którzy spodziewali się czegoś w rodzaju hołdu dla Jana Pawła II (a przynajmniej bardziej konkretnego odniesienia do jego osoby); jak i ci, którzy zrezygnowali z obejrzenia filmu (z tych samych zresztą powodów – obawiając się jakiejś „bogoojczyźnianej” laurki). A film zupełnie nie jest o tym.

  5. liritio Says:

    Lubię Twoje pisanie, już pewnie kiedyś o tym wspominałam? :)
    Jak jak w ogóle kina polskiego (współczesnego… chociaż nie, niewspółczesnego również) nie znam. Aż szkoda, szczególnie, że wniosek z powyższego tekstu najważniejszy: obejrzeć „Trzy minuty” na raz, dwa, trzy. Zobaczę na pewno, już mnie nęci, jątrzy i drażni, że nie wiem i nie widziałam, więc zobaczę.
    Ciekawa też jestem, czy polubiłabym Ki… W zwiastunie nie polubiłam, ale inna kwestia wpływa na odbiór, niezmiernie irytuje mnie sposób, w jaki mówi Roma Gąsiorowska, nie wiem co to jest, ale wkurzam się po trzech sekundach.
    Dobrze, że przynajmniej na hasła dystrybutorów nie zwracam uwagi.
    „Uwikłanie” zmarnowanym materiałem… Szkoda, ale to jest nawet stylu naszych rodzimych twórców. Chociaż niespecialnie zachwycona byłam książką, zmiana płci bohatera, najwyraźniej (jak wnioskuję z zapowiedzi powyżej) zmiana całej akcji, szkoda, „Uwikłanie” było napisane zbyt porządnie (jak dla mnie), za dużo pruskiej dyscypliny, za mało naturalnego talentu i wyobraźni jak z debiutu Miłoszewskiego.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, wspominałaś, ale zawsze miło to słyszeć ;)
      I miło, że się do mnie (do nas) odezwałaś.

      Oglądać „Trzy minuty” to trochę ryzykowna jednak sprawa. Jeśli nie podejdzie ci styl uprawiany w tym filmie przez Ślesickiego, to… możesz się niestety „wkurzyć”. Ale mam nadzieję, że się jednak nie zirytujesz liritio ;)

      Jak nie lubisz Gąsiorowskiej, to sobie lepiej z „Ki” daj spokój.
      Ja ją lubię.

      Mówisz, że Miłoszewski Cię nie zachwycił?
      Ja książki nie czytałem, ale znam bardzo pochlebne opinie tych, którzy się z ‚Uwikłaniem” w druku spotkali. I wszyscy zgodnym chórem twierdzą, że w porównaniu z książką film jest jednak do kitu.
      Moim zdaniem – obejrzeć można, ale lepiej zawiesić na ten moment swój krytycyzm i po porostu konsumować filmową garmażerkę.

      • liritio Says:

        Ostatnio się obijam blogowo, komentarzowo i ogólny marazm sieciowy mnie dopada. Ale się bronię :)
        Na ostrzeżenia przed „Trzema minutami” za późno, kazałam sobie pożyczyć i mam, leżą obok, jutro może zobaczę. I nie będę się irytowała, ja przecież spokojna persona jestem. Jak kwiat lotosu na tafli jeziora.

        Co do „Uwikłania”, niestety nie zachwyciła, potem czytałam mnóstwo pochlebnych opinii i się troszkę dziwiłam, co znowu ze mną jest nie tak. Mnie ta książka wydała się przekombinowana, trochę nudna, nie czułam, żeby Miłoszewski z radością ją pisał. Taka uwikłana :)
        Filmową garmażerkę już sobie wczoraj skonsumowałam w postaci „Listów do M.”, ojoj, nie było najlepiej. Filmowemu „Uwikłaniu” raczej grzecznie podziękuję.

        • Logos Amicus Says:

          Ciekaw jestem Twoich wrażeń z „Trzech minut”. Nie zapomnij się nimi podzielić.

          Mówisz, że książka Miłoszewskiego wydała Ci się „przekombinowana”. Cóż, to samo mogę powiedzieć o filmie Bromskiego, dodając: naciągane, przeładowane, niewiarygodne i przegięte.

  6. Logos Amicus Says:

    W dzisiejszej poczcie znalazłem przesyłkę z Nowego Jorku. To Redakcja „Przeglądu Polskiego” – miesięcznego dodatku kulturalnego „Nowego Dziennika” przesłała mi wydanie grudniowe „Przeglądu” (z racji tego, że ukazał się w nim wywiad, jaki przeprowadziłem z Agnieszką Holland parę tygodni temu w Chicago).
    Ale wspominam o tym dlatego, że w tymże „Przeglądzie” znalazłem także wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim, autorem książki „Uwikłanie” na podstawie której nakręcił swój film Bromski (Miłoszewski przybył do Nowego Jorku na zaproszenie Festiwalu Literatur Europejskich „New Literature from Europe. Crime Scene.”, na którym reprezentował Polskę).
    Oto na pytanie spostrzeżenie redaktorki przeprowadzającej wywiad (Izabela Joanna Barry: „Na podstawie pana pierwszej książki Jacek Bromski nakręcił film i cała prasa prawicowa zawyła z zachwytu…” Miłoszewski odpowiada:

    „Tak, stałem się natychmiast pupilkiem prawicy, jako ten Zygmunt, który rozpracował ‚układ’. Ale moja kariera nie trwała długo, moja nowa książka w ogólne nie ma recenzji w prawicowej prasie. Najwyraźniej nie wiedza, co ze mną zrobić. Miałem być ulubieńcem, tymczasem wyśmiewam się z polskiej prawicy, więc jestem przemilczany.
    Jeśli chodzi o sam film, to to taki rodzaj sztuki, który dopuszcza daleko idące zmiany. Nie mam pretensji do reżysera o zmianę płci bohatera ani o przeniesienie akcji do Krakowa. mam pretensje o to, że Jacek Bromski trochę bardziej nie przyłożył się, żeby to był ciekawy, wciągający thriller. Gdyby taki był, te wszystkie zmiany nie miałyby znaczenia. Ale cieszę się, że wyciągnął wątek publicystyczny, esbecki, przez co film zrobił w Polsce trochę zamieszania. I dobrze.”

  7. Świątek Piątek Says:

    W internetowej Rzeczpospolitej napisano o „Trzech minutach”:

    „Filmowe kuriozum, w którym śmierć papieża została wykorzystana do przedstawienia idiotycznych historyjek z życia kilku osób
    Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r. Maciej Ślesicki postanowił pokazać, jak energia społeczna wyzwolona w chwili jego odejścia wpłynęła na losy bohaterów filmu. Czy zmieniła ich sposób postrzegania świata? Uczyniła lepszymi?
    Zamysł był interesujący. Zwłaszcza że Ślesicki wybrał formę polifonicznej narracji, która pozwala splatać pozornie niezwiązane ze sobą wątki w najbardziej zaskakujących momentach fabuły. Takim stylem opowiadania zasłynęli na świecie m.in. Tom Tykwer i Alejandro Gonzalez Inarritu.
    Niestety, Ślesicki naraził się na śmieszność. „Trzy minuty. 21:37″ to przykład, jak nie wolno z takiej konwencji korzystać. Eksperymenty z chronologią powodują, że na ekranie panuje bałagan. Postaci są nakreślone karykaturalnie, jakby wymyśliło ich nierozgarnięte dziecko, a nie doświadczony twórca. Poszczególne wątki wypadają idiotycznie – od historii reżysera alkoholika przez odyseję po mieście samotnego mściciela po najgłupszą w zestawie opowiastkę o sparaliżowanym malarzu.
    Motyw śmierci papieża i żałoby sprawia wrażenie doklejonego na siłę. Nie porządkuje beznadziejnie prowadzonej narracji, nie pogłębia opowieści.”

    Tekst pochodzi stąd:
    http://www.rp.pl/artykul/9131,635953_Trzy-minuty–21-37–.html

    • Logos Amicus Says:

      Nie zgadzam się z tym, że film przedstawia „idiotyczne historyjki” (w ogóle, dwukrotne użycie słowa „idiotyczny” w tak krótkim tekście uważam za niedopuszczalne dla szanującego się recenzenta).
      To prawda, że w każdej z tej historii jest sporo z bajki – ale to wszystko mieści się jednak w zamyśle reżysera – zarówno jeśli chodzi o stylistykę, jak i rodzaj filmu.
      Nie miałem wrażenia, że na ekranie panował „bałagan”. Wg mnie podziały na poszczególne opowieści były całkiem klarowne. Nawet achronologiczne pokazanie jednej z tych historii (człowieka z psem) miało swój sens i wydało mi się ciekawe, bo jakby ukazywało odwróconą ewolucję bohatera, który na początku wydaje się nam być bandytą, a na końcu okazuje się być jednak jednym z najlepszych ludzi – postaci występujących w filmie).
      Zgadzam się – motyw „papieski” może się niejako wydać doklejonym, ale to tylko po to, by pogłębić kontrast między aurą wokół śmierci Papieża a tym, co się rzeczywiście dzieje w tym samym czasie w życiu Jego rodaków.

      W sumie dziwię się, że recenzja na tak słabym poziomie jest firmowana przez portal „Rzeczpospolitej”.

      • babka filmowa Says:

        A mnie akurat nie dziwi, że tak „idiotyczna” recenzja dobrego filmu polskiego, ale „niestety” (dla redaktorów Rz.) nie na kolanach choć z papieżem w tle ukazała się na łamach „Rzeczpospolitej” – słownictwo raczej typowe dla tego czasopisma. Przecież nawet sama postawa piszącego jest dowodem na to, że Papież, jego życie i nauki, niczego Polaków nie nauczyły. Euforia po jego smierci była chwilowa, typowa polska, gdy minęła, Polacy wrócili do codziennych kłótni i nienawiści. Dokładnie tak jak to jest pokazane w filmie. Na szczęście, wytrzymałam nieco przydługawy początek filmu, ten z nerwowym na planie reżyserem, bo potem już było tylko lepiej. Widziałam „Zero”, też uważąm, że świetny! „Trzy minuty” może trochę mniej precyzyjne ( też ze kapitalnymi kreacjami) i też trzymay w napięciu, budziły emocje jak diabli (sceny w szpitalu – tu pada to znamienne zdanie „dziś musimy być dobrzy, bo umarł papież” – bardzo polskie, czy sceny z koniem). Linda jak zawsze wspaniały, Stroiński również, po raz pierwszy zobaczyłam Królikowkskiego (Pawła) w tak dobrej roli! Nawet ten mały chłópak, który grał jego syna był bardzo dobry, co dość rzadko zdarza się w polskich filmach, by dzieci grały tak naturalnie (ostatni zdarzyło mi sie to w „LInczu”. Panie też wypadły wspaniale – Agnieszka grochowska – naprawdę dobra aktorka i piękna, przypomina mi Audrey Hepburn. Lidia Sadowa, która zadebiutowała u Ślesickiego w fabule – także przekonywująca i urocza.

        Logosie A. – dzięki ci! To twoja recenzja, która kiedyś mignęła przed oczami – te liczne gwiazdki dla filmu – sprawiła, że skusiłam się na ten film. I nie żałuję.

        PS – czasem miałam wrażenie, że Stroiński wcielił sie w samego reżysera filmu, trochę był do niego podobny, z urody, bo przecież nie znam go jako człowieka. A, i ten producent, dość ważna postać, taki opiekuńczy – jego matka też jest producentką. :)

        • Logos Amicus Says:

          Cieszy mnie to, że moja recenzyjka przyczyniła się do odgrzebania przez Ciebie dobrego filmu (a jednak gwiazdeczki – choć przestałem się z różnych względów nimi zabawiać – do czegoś się przydały ;) )

          PS. Ten chłopiec to Marcin Walewski, mimo, że brzdąc jeszcze – to już dobry aktor. Ja go pamiętam z „Wenecji” J. J. Kolskiego, gdzie właściwie musiał „unieść” cały film, bo grał główną postać. O filmie Kolskiego, (który mnie się podobał) pisałem TUTAJ.

  8. „CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ”, „LINCZ”, „BAD GIRLS CELA 77″… « WIZJA LOKALNA Says:

    […] o innych tytułach: „Róża”, „W imieniu diabła”, „Joanna”, „Trzy minuty”, „Mój biegun”, „Ki”, „Maraton tańca”…oraz o filmach omówionych powyżej: „Czarny czwartek”, „Lincz” oraz […]

  9. babka filmowa Says:

    Tak, gwiazdeczki odegrały swoją rolę, choć zazwyczaj, nie zwracam na nie uwagi.
    Bożesz, ale wysmażyłam komentarz – potworka, ten cielęcy zachwyt objawiający się w licznych powtórzeniach, (niczym redaktor „RZ”. :) Tak to jest, gdy pisze się tuż po filmie, a w dodatku jeszcze późną nocą. Ale – trochę brudu (w tym przypadku stylistycznego) nie stanowi dawki śmiertelnej.
    A co do filmu, jestem już trochę więcej krytyczna, nie wiem, czy pamiętasz, nie raziły cię pewne sceny? Na przykład ta, z umieralni, gdy dłoń malarza dotyka niemal dłoni tego starego mężczyzny, niczym w „Stworzeniu Adama” Michała Anioła w Kaplicy Sysktyńskiej. Trochę to było pretensjonalne.
    Albo Karolak, tryskający energią w tej tzw. umieralni, zwierzający się na ucho Lindzie? Coś mi tu nie grało. Ale te drobne potknięcia, nie przekreślają filmu, stawiają go niżej „Zera” Borowskiego.
    No i nie dziwie sie, że Ślesicki zrobił taki film, sama bym chętnie coś na podobieństwo tegoż zrobiła, bo ta spektakularna pobożność Polaków mnie dobija. Szkoda tylko, że z powodu takiego tematu mial tak słabą promocję, gdyby nie twój blog, i jeszcze jakis wpis na jednym z for filmowych, nie wiedziałabym, jak i zapewne wielu innych rodaków, że ten film istnieje.

    A co do „Wenecji” – też mi się podobał, jak zresztą wszystkie inne filmy Kolskiego, który jest swoistą perełką wśród naszych reżyserów. No to teraz udaję sie do „Wenecji”.

  10. „BODY/CIAŁO”, „WARSAW BY NIGHT”, „CARTE BLANCHE”, „ZIARNO PRAWDY”, „ANATOMIA ZŁA”… | WIZJA LOKALNA Says:

    […] na nią z apetytem, widząc w niej potencjał na dobre kino gatunkowe. Pierwszą część „Uwikłanie” sfilmował kilka lat temu Jacek Bromski (z powodzeniem raczej umiarkowanym), za drugą część […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s