BARDZO WAŻNY JEST DEKALOG (rozmowa z Agnieszką Holland)

Agnieszka Holland przybyła do Chicago na otwarcie 23-go Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, podczas którego zaprezentowano jej najnowszy film „W ciemności”. Organizatorzy Festiwalu zaproponowali mi, abym przeprowadził ze znaną reżyserką wywiad, na co – mimo że nie zajmuję się już tym od lat – bardzo chętnie przystałem, bowiem wydawało mi się, że rozmowa ze znaną reżyserką będzie dla mnie nie tylko czymś zaszczytnym, ale i niezwykle interesującym. Tak też się stało, czego dowodem może być zamieszczony poniżej fragment tej rozmowy.

Agnieszka Holland

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Temat stosunków polsko-żydowskich to – powiedzmy sobie szczerze – temat trudny. Swego czasu Kazimierz Wierzyński przestrzegał, że poruszanie tego tematu jest niczym wchodzenie na zaminowaną łąkę, na której pasą się zacietrzewione osły i że można przy tym wylecieć w powietrze. Czy nie obawiała się Pani, że dotykając swoim najnowszym filmem „W ciemności” niewygodnych, a nawet wręcz bolesnych dla obu stron aspektów naszej przeszłości, rozpęta kolejną burzę, która może przytłoczyć sam film, wzbudzając przy tym jakieś resentymenty i złe emocje?

AGNIESZKA HOLLAND: Nie, dlatego że ten film nie jest o tym. Po pierwsze sądzę, że są to sprawy, o których warto rozmawiać, ale nie w takich kategoriach konfrontacyjnej publicystyki, ale właśnie w kategoriach sztuki, to znaczy tak by nie przyjmować ról prokuratorskich, ale szukać jakiejś prawdy o człowieku – a ta prawda jest zawsze bardziej złożona, niż to widzi prokurator, czy adwokat tej lub innej strony. Po drugie, akurat w tym filmie, problem polskiego antysemityzmu jest takim tematem, powiedziałabym, folklorystycznym. On oczywiście istnieje jako pewna rzeczywistość społeczna czy kulturowa, natomiast główny bohater tego filmu dojrzewa do człowieczeństwa w sposób, który wydaje mi się bardzo przejmujący.  Naturalnie to, że jest on Polakiem, odgrywa emocjonalną rolę dla widowni polskiej, ale jest to chyba taki katarktyczny proces, bo w sumie jest to prosty człowiek, któremu udało się przezwyciężyć swoje ograniczenia i przesądy, i który w swoim bliźnim, za którego przyjął odpowiedzialność, zobaczył przede wszystkim człowieka, a nie tylko „żyda”. Z tego punktu widzenia, dla stosunków polsko-żydowskich, ta opowieść jest bardzo pozytywna, więc jeśli ktoś na nią zareaguje jakimś buntem czy niechęcią, to chyba rzeczywiście będzie musiał być bardzo zacietrzewionym osłem.
Zresztą, jeśli już rozmawiamy o tych trudnych sprawach polsko-żydowskich, to należy podkreślić, że w ostatnich 10 latach wiedza o tym, co się wydarzało niedobrego w tych stosunkach, szczególnie w czasie okupacji, bardzo się poszerzyła. Tak więc to, co było trudne do przełknięcia jeszcze jakieś 20 lat temu, dzisiaj już weszło do sfery faktów historycznych, z którymi trzeba się zmierzyć. A można się z nimi mierzyć w różny sposób – można je negować lub bagatelizować, można się kłócić o proporcje, można je osądzać, albo starać się je zrozumieć. Jednakże Polakom trudno jest tak nagle zmienić widzenie samych siebie, które przecież bardzo się zmitologizowało i oddaliło od rzeczywistości.

– Właśnie o to chciałem zapytać: jak ocenia Pani ten proces samo-rozliczania się Polaków ze swojej przeszłości, która nie pozbawiona była przecież momentów wstydliwych, czy nawet haniebnych?

– Ja go oceniam bardzo pozytywnie. Przy czym, to jest dla mnie zupełnie zrozumiałe – ten bunt, niechęć, odrzucanie rzeczywistości, która bardzo kłóci się ze zmitologizowanym, przeidealizowanym oglądem samych siebie. A my byliśmy do tego przyzwyczajeni, bo to poprawiało naszą samo-ocenę.

– To zresztą odnosi się do każdego narodu.

– Tak, i Polacy nie są tutaj wyjątkiem. Zwłaszcza że sam komunizm pewne takie procesy zamroził zamroził, nie pozwalając się tym zajmować, bo to by oznaczało wbijanie sobie noża w plecy. Ale w momencie, kiedy przyszła wolność, i kiedy pewne fakty zaistniały w świadomości publicznej – Gross z „Sąsiadami” odegrał tutaj szczególną rolę, chociaż nie on pierwszy o tym pisał – to zaczęło się zmieniać. Jednak głównie przyczynił się do tego Gross –  bo jego sposób pisania, pewna taka „płomienność” uprawiania publicystyki historycznej, powoduje, że to do szerszej publiczności dociera. Jak wiemy, pierwsze reakcje na „Sąsiadów” były bardzo gwałtowne. Wielu poważnych historyków, zwłaszcza ze starszego pokolenia, kwestionowało fakty. Ale później, kiedy zaczęły się głębsze badania historyczne nad materiałami źródłowymi, okazało się, że są to fakty, których nie można negować – i że nie były one wcale odosobnione. Cała grupa historyków młodszego i średniego pokolenia zaczęła się zajmować tą tematyką, odkrywać i przerabiać informacje ze źródeł, które dotychczas spoczywały zakurzone gdzieś w jakichś archiwach. No i wyszły przy tym rzeczy bardzo trudne, bolesne i nieprzyjemne, po których Polacy już nie mogą powiedzieć, że jak jeden mąż byli wszyscy niewinnymi, bohaterskimi ofiarami, bo jednak ta rzeczywistość była w tamtych czasach – zwłaszcza na wsiach – znacznie bardziej złożona.
Jednak w ostatnich czasach widzę tu jakąś zmianę. Bo kiedy na początku, zwłaszcza przy „Sąsiadach”, negowano fakty, to dzisiaj już nikt poważny – czy to z prawicy, czy z lewicy – tych faktów nie neguje. Istnieje spór o interpretacje faktów, o skalę tych wydarzeń, ale te fakty weszły już do społecznego obiegu, są w tej świadomości społecznej i ludzie się z tym mierzą. Np. młodsze pokolenie pragnie to zrozumieć – nie chce jednak czuć się za to odpowiedzialne, ale uświadomić sobie swój własny stosunek do tego problemu. Musimy starać się zrozumieć – i to po obu stronach – gdzie były tego korzenie. One oczywiście były złożone – tych kwestii nie da się jakimiś prostymi receptami załatwić. Tym niemniej, odkrywszy i zrozumiawszy źródła tego wszystkiego, uczymy się także prawdy o nas samych. I Żydzi polscy, i Polacy.

– Holocaustem zajmują się nie tylko historycy. Robi to także literatura, kino, sztuka… Zwykle jednak – być może z konieczności – twórcy skupiają się przy tym na jakiejś specyficznej opowieści, detalu, ograniczonej grupie ludzi, czy nawet jednym bohaterze. Czy nie uważa Pani, że takie arbitralna w sumie wybiórczość i skupianie się na małym fragmencie rzeczywistości, nie pociąga za sobą niebezpieczeństwa uogólnienia czy też uniwersalizacji czegoś, co było czymś epizodycznym, a co staje się nagle czymś ważnym – czymś co spycha na dalszy plan inne elementy znacznie bardziej przecież skomplikowanej rzeczywistości?

– Wie Pan, to jest pytanie takie trochę abstrakcyjne, ogólne… Bowiem kiedy przychodzimy do szczegółów, to widzi się je tak, a nie inaczej. Jeśli chodzi Panu o to, że sprawy stosunku polskich obywateli do obywateli polskich pochodzenia żydowskiego – zwłaszcza w drugim okresie niemieckiej okupacji – są marginesowe, to ja jestem innego zdania.

– Oczywiście ja też nie uważam, że były one marginesowe. Ale chodzi mi o coś innego. Na przykład w Pani najnowszym filmie widzimy, jak uratowało się kilkanaście osób, które przez ponad rok ukrywały się we lwowskich kanałach. Natomiast prawie zupełnie „zapominamy” przy tym o tych setkach czy tysiącach, którym się to wtedy nie udało. Czyżby tylko dlatego, że nie lubimy sobie opowiadać takich beznadziejnych, ale przecież równie prawdziwych, historii?
Podobnie Gross skupił się na jednej fotografii, której autentyzm i okoliczności w jakich powstała, są kwestionowane – a trudno zaprzeczyć, że zaczyna to rzutować na całość obrazu tego, co działo się w tamtych czasach.

– To jest sprawa pewnej uczciwości intelektualnej. Również tego, do jakiego stopnia służy to zaciemnianiu obrazu, a do jakiego stopnia temu, by widz czy odbiorca mógł zrozumieć o co chodzi w tym przekazie. Ja się z Panem zgadzam, że większość filmów… właściwie wszystkie filmy, które opowiadają o Holocauście, mówią o tych, którzy się uratowali – oni są na ogół bohaterami. Tymczasem tych ludzi było w sumie mało. Z 6 mln. polskich Żydów, uratowało się jakieś 300 – 350 tysięcy, a więc zaledwie 5 – 7 %. Ale trudno byłoby zbudować jakąś strawną dla widza opowieść, w której wszyscy zostają wymordowani i która kończy się w komorze gazowej. Pojawia się tu pytanie, czy widz współczesny mógłby taką opowieść znieść. Ja jednak myślałam o tym, że gdybym kiedykolwiek jeszcze robiła film o Holocauście, to poszłabym znacznie dalej i pokazałabym, że nikt się nie uratował – że z danej rodziny, czy społeczności zginęli wszyscy, a ostatni człowiek, który ocalał, zostaje już po wojnie zastrzelony przez jakiegoś bandytę. Można tak oczywiście opowiadać, i to jest prawda, statystyczna. Natomiast żeby ta prawda o grozie zagłady dotarła do współczesnego człowieka, to ona jednak musi mieć jakąś możliwość komunikacji i identyfikacji, a przecież trudno jest się identyfikować z 200 osobami zamordowanymi w komorze gazowej. Działa tu taki prosty mechanizm percepcji.
Jeśli zaś chodzi o Grossa i jego fotografię, to ja uważam, że był to dość nieszczęśliwy pomysł. Ale w gruncie rzeczy to, czy ta fotografia była prawdziwa, czy nie była, nie ma większego znaczenia. Ważne jest, że fakty które on opisuje i wnioski, które wysnuwa, są prawdziwe.
Lecz to były fakty, mimo wszystko, znane wcześniej. Ja jeszcze w latach 70-tych rozmawiałam z ludźmi, młodymi antropologami, etnografami, którzy badali ludność wokół Treblinki – bo to był ciekawy temat jak wygląda los społeczności, która przez parę lat była świadkiem największego w dziejach ludzkości morderstwa, jeśli chodzi i szybkość zabijania i ilość ofiar (nie wiem, może teraz Rwanda to przebiła). Tak, że o tych wykopaliskach, o tym złocie, o tym przekupstwie i korupcji… o tym się wiedziało i o tym się mówiło, tylko że to gdzieś ginęło, nie było nagłaśniane. Wiadomo było także o tym, że ilość chorób psychicznych i alkoholizm w tych wsiach wokół Treblinki jest znacznie większy, niż – i tak już wysoka – polska średnia.

– Chodzi o lata 70-te?

– Tak. To pokazuje, że ci świadkowie zapłacili straszna cenę za to, że byli tak blisko tej zbrodni, nawet jeśli próbowali się od tego jakoś odciąć. To wszystko są bardzo złożone sprawy.
A wracając jeszcze do Grossa: niektórzy mają go za jakiegoś diabła wcielonego, ale i są tacy, którzy twierdzą, że zrobił one jednak coś pożytecznego, bo potrząsnął świadomością ludzi. Inni zaś uważają jednak, że używany przez Grossa język i sposób uprawniania przez niego publicystyki (bo to nie są badania naukowe sensu stricto, tylko rodzaj publicystyki historycznej) – że to w jakiś sposób przekreśla wartość jego książek. A jeszcze inni mówią – skądinąd słusznie – że gdyby nie używał takiego języka, to w ogóle by się nie przebił. Bo innych książek na podobne tematy – świetnie skądinąd udokumentowanych, bardzo wartościowych – jest wiele, tyle że nikt o nich nie wie. Ale o Grossie wie każdy. Więc to jest taki rodzaj metody, w której chodzi o pewne skandalizowanie, ale która zwraca jednak uwagę na coś istotnego i prawdziwego.

– Czym w takim razie jest prawda?

– Ja uważam, że prawda jest czymś koniecznym. Moim zdaniem jedną z największych słabości Polaków w historii – przynajmniej od czasów saskich, może nawet wcześniej – jest trudność zmierzenia się z własnymi problemami. Że zawsze w jakiś sposób te problemy się eksterioryzuje, czyli, jeżeli coś nie wychodzi, albo wychodzi źle, to nigdy nie jestem winny ja, bo ja jestem bez skazy, a zawsze winien jest ktoś inny – jakiś Ruski, Niemiec, Żyd… A to bardzo osłabia, bo wtedy, zamiast się zastanowić gdzie my zawiniliśmy i gdzie coś można naprawić, to się buduje jakieś takie teorie różne, jak to było np. ze Smoleńskiem, żeby tylko oskarżyć kogoś innego, a żeby nasi byli niewinni. To rzeczywiście doprowadza do tego, że ten mechanizm samo-naprawczy jest zaburzony.
Lecz wydaje mi się, że to się zmienia, że nowe pokolenie, które już nie ma takich kompleksów, patrzy już na to inaczej. Bo to jest jednak sprawa kompleksów – jeśli nie czuję się w pełni wartościowy i jeśli inni zobaczą moje słabości, to tym bardziej mnie osądzą i napiętnują.

– Pani Agnieszko, pozwolę sobie teraz zadać pytanie, które być może jest pytaniem bardzo osobistym. Otóż kiedy Pani myśli o tamtych okrutnych czasach – a mówimy tu o Holocauście, okupacji, pogromach – to co Panią najbardziej boli, może przeraża… i gdzie szuka Pani otuchy i nadziei.

– Wie Pan, trudno w tym wszystkim znaleźć otuchę… chociaż… otuchę mogą dawać wszyscy ci, którzy przekroczyli tę granicę strachu i dla których przyzwoitość – czasem umotywowana religijnie, często w ogóle nie – była jakimś najważniejszym nakazem postępowania. To są ci tzw. „sprawiedliwi”.
Jeśli zaś chodzi o to, co przeraża najbardziej, to jest to skrajne doświadczenie.
Właśnie… dlaczego się ciągle wraca do Holocaustu? Bo było to graniczne doświadczenie ludzkości, w którym zobaczyła ona swoją najgorszą twarz. Jednocześnie niemożliwe jest wytłumaczenie tego, nie sposób tego zracjonalizować. Były wojny o bogactwa, terytoria – one wszystkie miały jakiś racjonalny korzeń. No a tutaj trudno powiedzieć, że o te złote zęby toczyła się ta wojna, prawda?

– Czy jednak było to zupełnie takie irracjonalne? Zygmunt Bauman w swojej książce „Zagłada a nowoczesność” odnajduje w postępowaniu hitlerowców motywy racjonalne, pisząc wprost, że Holocaust był niejako konsekwencją rozwoju państwa nowoczesnego.

– Tak, ale to jest próba szukania jakichś mechanizmów a posteriori. To jest dla mnie takie trochę marksistowskie podejście, skażenie historycznym determinizmem. Ja patrzę na to w kategoriach ontologicznych, czy nawet metafizycznych – i zastanawiam się, jak to się dzieje, że w człowieku wyzwala się nagle taki ogromny potencjał zła. A wiemy, że to nie chodzi tylko o Niemców – że to jest możliwe w każdym narodzie i w każdej chwili. Znamy przecież wyniki różnych badań naukowych – np. psychologów amerykańskich – w których okazywało się, że z przyzwoitych, dobrze wychowanych, inteligentnych ludzi, bardzo łatwo można zrobić esesmanów, właściwie w ciągu paru zaledwie sesji.
Chodzi tu więc o jakąś tajemnicę Zła, przed którą ciągle stoimy.

– Czy zatem to zło jest w istocie banalne, czy też może jednak – jak by to sugerowało Pani ostatnie zdanie –  metafizyczne?
Czy zło ponadto nie jest jednak czymś względnym? Czy to, że coś uznamy za złe nie zależy od historycznego kontekstu, od okoliczności, epoki…?

– Nie. W moim systemie wartości istnieje coś takiego jak zło absolutne. A ono nie jest względne, ono jest złe.

– Czyli radykalne?

– Tak. Przypomina to może chrześcijański punkt widzenia, bo dla chrześcijanina istnieje diabeł i on jest złem wcielonym. Nie ma czegoś takiego, że jemu można odpuścić. Diabeł nie może być zbawiony.

– Kiedyś się zastanowiłem nad tym, co by było, gdyby jednak Hitler wygrał wojnę i ideologia faszystowska zdominowała świat a my jakimś cudem byśmy w tym świecie się urodzili. Mnie to niemal przeraziło, bowiem uświadomiłem sobie nagle, że wtedy Hitlera moglibyśmy uznać za największego i najwaleczniejszego człowiek w historii, a ideologię faszystowską za najlepszą rzecz, jaka się przytrafiła ludzkości.

– No, ja bym pewnie nie żyła.

– Ja chyba też. Ale o co mi chodzi. Czy aby na pewno zła nie możemy nazwać złem tylko w pewnej konkretnej rzeczywistości historycznej, odnosząc się do obowiązującego w niej systemu etycznego? To by wskazywało na to, że pojęcie zła jest jednak relatywistyczne.

– Dlatego bardzo ważne są podstawowe wartości etyczne. Dekalog jest bardzo ważny, bo wtedy nie można zła relatywizować. Po prostu są rzeczy, których nie wolno robić.
Istnieje coś takiego, jak instynkt samozachowawczy ludzkości. I niezależnie od tego, czy się wierzy w Boga, czy się w Niego nie wierzy, czy ten system etyczny zesłała nam jakaś Siła Wyższa, czy też społeczeństwa same go wypracowały – to kieruje tym wszystkim pewien instynkt samozachowawczy, bo gdyby go nie było, to i nas by już nie było. To zło bowiem tak łatwo nam przychodzi, że już dawno byśmy się nawzajem wszyscy powyrzynali.

– Czyli w czasie II wojny światowej też było to manichejskie zmaganie się dobra ze złem i udało się nam, czyli ludzkości, jednak po tej jasnej stronie Mocy pozostać.

– Tak, ale musimy pamiętać, że nie jest to nam dane raz na zawsze. To się czuje zwłaszcza teraz. Ten kryzys ma potencjał wyzwalania rzeczy, których nie możemy sobie nawet wyobrazić. Tak więc, te nasze zmagania są nieustanne. I nie wiemy, czy do końca dziejów naszej planety, ktoś odniesie jakieś definitywne zwycięstwo.
Ale optymistyczne jest to, że ta przestrzeń wolności, wzajemnej tolerancji, cały czas się jednak poszerza. Chociaż też nie wiadomo, czy to jest taki postęp linearny i czy w pewnym momencie nie nastąpi jakaś reakcja i znowu nie wrócimy do jakiejś koszmarnej rzeczywistości.
Tak więc ja jestem taką pesymistyczną optymistką, albo optymistyczną pesymistką. Wydaje mi się, że mamy jeszcze jakieś szanse, ale że przy tym musimy się starać i pamiętać, że nic nie jest nam dane za darmo.

Pani Agnieszko, wiele lat temu napisałem tekst o poetach przeklętych, w którym nawiązałem m.in. do Pani filmu „Całkowite zaćmienie”, gdzie ukazała Pani dwóch takich kultowych „gagatków”, a mianowicie Rimbauda i Verlaine’a. Zaznaczając, że oczywiście teraz ów tekst napisałbym pewnie inaczej, i że dystansuję się do niektórych moich ówczesnych stwierdzeń, chciałbym zacytować jeden z jego fragmentów, gdzie znajduje się także Pani wypowiedź pochodząca z wywiadu, jakiego udzieliła Pani przy okazji pokazu tego filmu w Chicago:

„Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?:Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?’
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?”

Przyznam się, że nie raz chciałem osobiście zadać Pani to pytanie. I oto teraz pragnienie to się spełnia. Czy naprawdę Pani uważa (nadal), że nasze życie rzeczywiście jest takie bezsensowne?

– Wie Pan, jak człowiek jest młody – chociaż ja akurat wtedy nie byłam już taka młoda i tak naprawdę, mówiąc to, myślałam o Rimbaud – to sobie zadaje takie podstawowe pytania ontologiczne. Ale później, zwykle, właściwie przez całą naszą dorosłość, aż do naszej wcześniejszej starości, takich pytań w zasadzie już sobie nie zadajemy, bo właśnie robimy to, o czym pan powiedział. Tyle że w końcu przychodzi ta chwila próby i ludzie różnie ten moment próby odbierają. Nie wiem zresztą, czy ten moment można nazwać próbą, czy to po prostu jest nasz koniec.
Czytałam niedawno w Gazecie Wyborczej wywiad z Magdaleną Tulli, która opisywała w nim umieranie swojej ciotki, umierającej na białaczkę. I ona, będąc już po 80-tce, powiedziała coś takiego: nikt mi nie powiedział, że to wszystko się tak głupio kończy. No więc… czy to jest prawda o tym końcu, czy też są może jakieś inne prawdy? Z kolei ja pamiętam jak w szpitalu w Szwecji umierała moja ciotka – była na morfinie, bo to był rak płuc – i kiedy z nią rozmawiałam przez telefon, to usłyszałam od niej: słuchaj, nie uwierzyłabyś nigdy co się dzieje, jakie to jest wszystko ciekawe…
Mam nadzieję, że i ja tak to będę odbierać jak moja ciotka – bo ciekawość zawsze była głównym motorem moich wyborów.
Ale tego też nie wiadomo na pewno.

*  *  *

(Zdjęcie własne: Agnieszka Holland w Chicago, 4 listopada, 2011 r.)

Dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland przeczytać można TUTAJ.


Reklamy

Komentarzy 45 to “BARDZO WAŻNY JEST DEKALOG (rozmowa z Agnieszką Holland)”

  1. Peckinpah Says:

    Ciekawy wywiad. Właśnie… dlaczego się ciągle wraca do Holocaustu? Zawsze sobie zadaję to pytanie kiedy widzę, że powstaje kolejny film podejmujący tę tematykę. Myślę, że ciekawszym pomysłem byłby film pokazujący alternatywną historię, tak jak piszesz: co by było, gdyby Hitler wygrał wojnę i ideologia faszystowska zdominowałaby świat, i taki film chętnie bym obejrzał :)
    Film Agnieszki Holland „W ciemności” jest polskim kandydatem do Oscara, ma chyba duże szanse, bo tematyka ratowania Żydów to tematyka typowo oscarowa. Oczywiście nie wątpię, że to film dobry, ale obejrzę go z tego samego powodu, dla którego obejrzałem „Katyń” – by się przekonać, czy zasługuje na nominację do Nagrody Akademii :)

    • Logos Amicus Says:

      Dla mnie osobiście Oscary to jest rodzaj zabawy. Ale oczywiście to także biznes, promocja, ale też i wyraz uznania dla twórców kina, nakręcanie hollywoodzkiej koniunktury… etc.
      Sama Agnieszka Holland odnosi się do tej nagrody z rezerwą – ona przecież nie robi filmów dla żadnych nagród. Lecz jeśli jej najnowszy film „W ciemności” dostanie Oscara (a rzeczywiście ma duże szanse, bo i tematyka ta w Stanach ma wzięcie, a i Agnieszka Holland jest w środowisku amerykańskich filmowców znana) to dlaczego nie? Dzięki temu film może trafić do szerszej grupy widzów.
      „W ciemności” został zakupiony przez firmę dystrybucyjną Sony Pictures Classic (na ekranach amerykańskich kin ma się ukazać w lutym), a to oznacza, że będzie profesjonalnie promowany, co jeszcze bardziej powinno zwiększyć jego szanse na Oscara.
      W sumie, niby Oscar – w kategoriach artystycznych – to nic takiego, czym można by się było puszyć, to jednak życzę tutaj filmowi Agnieszki Holland jak najlepiej – i oczywiście z tego Oscara bym się tylko cieszył.

  2. jula Says:

    Ja z kolei myślę,że takie alternatywne filmy też są. Co by było gdyby ….

    Tak próba czegoś do czego dążył Hitler. Podział na panów i na niewolników.
    Ludzi i podludzi … Hmm, czy my nie tak , no przynajmniej część z nas traktuje zwierzęta. Niektórym wydaje się ,że nic nie czuja ….

    (Czyli człowiek to zło ma w swoich genach)… To atawizm ?,…walka o byt o istnienie?….
    Która staje się walką we własnym gatunku aż do opamiętania lub nie?…

    Może nie dosłownie ale ta idea ludzi , podludzi zaistniała. Moim zdaniem taki sztuczny , bezduszny , cybernetyczny światem , gdzie rządzą maszyny jest świat w Matrix-ie – australijsko-amerykańskim filmie science fiction napisanym i wyreżyserowanym przez braci Larry’ego i Andy’ego Wachowskich .

    A to , że można dzielić ludzi w oparciu o religię, nadal pokazują nie tylko kraje afrykańskie ale i współczesna Europa , mam na myśli np. byłą Jugosławię. ..

    Kryzys jaki jest, już jest odczuwalny w Polsce przez ludzi, (bardzo duże bezrobocie i praktycznie zupełny upadek własnego przemysłu w kraju , zbyt duże uzależnienie od korporacji, które lokują dochody gdzie indziej faktycznie bardzo sprzyja polityce – to nie nasza głupota tylko wina innych – spiskowców , obcych !… Jest świetnie wykorzystywany przez poszczególne partie. To na nim świetnie zbijają swój kapitał , wciskając ludziom kit. Manipulują biednymi ludźmi w myśl zasady – biedny = głupi wszystko przyjmie w imię wiary na lepsze. ;) ….

    Bardzo ciekawy wywiad i jakże pouczający i niestety ciągle aktualny ku naszej przestrodze , bo tak naprawdę , to nikt z nas współczesnych nie został postawiony w tak skrajnej sytuacji .

    • Logos Amicus Says:

      Właśnie o tym mówiła Agnieszka Holland: nic nam nie jest dane za darmo i sami musimy się mocno starać, żeby znów nie wdepnąć w jakiś koszmar. Wszystkim nam się wydaje, że teraz świat staje przed jakimś przełomem – więc chyba rzeczywiście tak jest.
      Mechanizmy jakim dotychczas zawierzyliśmy, i którymi nawet się szczyciliśmy, uważając je za wielkie osiągnięcia zachodniej cywilizacji (demokracja, wolny rynek kapitalistyczny, prawa człowieka…) zaczynają zgrzytać i w sumie nie za bardzo wiadomo, jak je można naprawić.
      W ciekawych czasach przyszło nam żyć, ale i przez to chyba coraz bardziej niebezpiecznych.

  3. Onibe Says:

    bardzo ciekawy temat dyskusji!

    1. podoba mi się „folklorystyczne” ujęcie problematyki żydowskiej. Holland przypomina, że nie zawsze istnienie problemu jest równoznaczne z koniecznością rozliczenia tego problemu. Tzn. nie zawsze twórca musi dostarczyć odpowiedzi, podsumowań i wniosków. Pewne rzeczy się po prostu dzieją i mogą spełniać rolę tła. To ważna konstatacja, bo w naszej rodzimej sztuce temat żydowski rzadko bywa uznawany za sensowne tło. Jak się go tknie, to na ogół pełną mocą. W tym ujęciu podobał mi się zawsze Żyd z „CK dezerterów” i „Złota dezerterów” – zabawny, kolorowy, sympatyczny i nie nakazujący nam automatycznie zagłębiać się w filozofię ludzkiej natury. Tyle, że wspomniane filmy to oczywiście lekkie komedie, a więc dzieła mniejszego kalibru…

    2. nie do końca zgodzę się, że opowieści o Holokauście są opowieściami o uratowanych duszach. Wręcz przeciwnie – rzadko kiedy występuje tak silne splątanie wątków życia i śmierci, jak w tym temacie. Ja zawsze udczuwałem, że nawet niedopowiedzenia, przemilczenia, są bardzo wyraziste – to rodzaj ciszy, która brzmi. Bywają obrazy ukazujące to lepiej – mnie się podoba (ponownie, nieco komediowy) „Życie jest piękne”, w którym śmierć wygrywa z życiem 2:1. Weź „Listę Schiendlera” i choćby dziewczynkę w czerwonym ubranku – nie bez przyczyny została tak jaskrawo ubrana. Dla odmiany w „Łaskawych” to śmierć jest głównym bohaterem, żywi, ci, którzy przetrwali, którzy w tym uczestniczyli, stają się istotami na wpół martwymi. Ich przetrwanie jest sukcesem wątpliwym.

    3. dobrze napisane o prawdzie i o naszym do niej stosunku. My, niestety, prawdę rozumiemy tylko jako pozytywną prawdę. Zła prawda, to oszczerstwo, manipulacja, kłamstwo. Prawda może być tylko dobra, a samobiczowanie i umartwianie to gest na pokaz, po którego odbębnieniu oczekujemy przytulenia do szerokiej piersi Świata, pogłaskania po główce i sakramentalnego „to nie Wasza wina, nie przejmujcie się”. Co to za sanacja, która buzuje hipokryzją?

    A propos Holland – jednym z najlepszych głosów w dyskusji o hitlerowskiej hydrze jest moim zdaniem „Europa, europa”. Ten film się nie zestarzał, nie stracił na wartości. W tym wywiadzie widzę sposób rozumowania Pani Agnieszki – przyznam bez bicia, że niewiele jej filmów lubię – ale muszę się pokłonić bystrej, uczciwej inteligencji Twojej interlokutorki. Bardzo dobry wywiad, niebanalny.

    • Logos Amicus Says:

      1. No tak, niby twórca nie musi dostarczać odpowiedzi, ale jest też coś takiego jak „przesłanie”, którego – choćby instynktownie – po danym utworze oczekujemy, bo inaczej możemy się poczuć zdezorientowani. Naturalnie, wydaje się nam, że im jakieś dzieło sztuki (film, obraz, książka) jest bardziej otwarte na interpretacje, wieloznaczne, kompleksowe – tym większa jest jego ranga artystyczna. Mimo to jednak, zawsze dążymy do tego, by przeniknąć to, po której stronie jest sam autor, bo dzięki temu – albo możemy się z tym, co on wyraża identyfikować, albo odrzucić jako coś fałszywego, sztucznie wykoncypowanego…

      2. Podobnie to odczuwam. Nawet jeśli oglądam opowieść o tych, którzy się uratowali, to zawsze w tle, czy też w jakimś kącie mnie samego, czai się świadomość tego, że w tym samym czasie unicestwiono całą masę ludzi – na jednego ocalonego przypadało 20 zgładzonych. Ale my potrzebujemy nadziei i otuchy, więc głównie do naszej świadomości przebija się to, co jest bliższe happy endu. Niestety, jak byśmy na Holocaust nie patrzyli, nie było w nim nic takiego, co by można było nazwać „szczęśliwym zakończeniem”. To była jedna wielka i potworna „wpadka” ludzkości, która chyba będzie ciążyła na gatunku Homo sapiens do końca jego trwania.

      3. Nie wiem czy sanacja. Może bardziej mechanizm obronny – nawet jeśli działałby doraźnie i nic na dłuższą metę nie rozwiązywał. Poza tym, tak już mamy, że wolimy prawdę bardziej pozytywną, niż negatywną. Historie, które sobie opowiadamy, mają nas podnosić na duchu, a nie jeszcze bardziej dołować. Po to zostały przez nas stworzone. Ale też i po to, byśmy się z nich czegoś uczyli – a wtedy nawet i z tego, co tragiczne, można wyciągnąć jakieś wnioski, które byłyby czymś konstruktywnym i dobrym.

      A ja lubię większość filmów Agnieszki Holland (może nie tyle „lubię” – to chyba nie jest tu właściwe słowo – co zawsze wydawały mi się one bardzo interesujące, bo dotykały problemów, które i mnie zajmują – i są dla mnie ważne).

  4. Don Dario Says:

    Historia alternatywna, gdzie Hitler wygrywa wojnę przedstawiona jest w filmie pt. Fatherland (1994) reż. Christopher Menaul. Film wybitny nie jest, ale da się obejrzeć.

  5. Adam Says:

    bardzo ciekawy wywiad, gratulacje.

  6. Kubuś Fatalista Says:

    Przeczytałem wywiad z Agnieszką Holland i chociaż tych filmów, o których mowa nie oglądałem, to wywiad sam w sobie, ze względu na temat holocaustu, wydał mi się dość ciekawy, choć nieco przyciężki.
    Nie zgadzam się jednak z Panią Agnieszką na temat zła. Owszem, jest jakieś archetypowe zło, ale generalnie, pojęcie zła jest jednak relatywne. Nawet przykład Hitlera i niektóre komentarze na blogu odnosicie do rasy panów i niewolników – że to takie poniżające. Przecież Rzymianie robili to na co dzień i nikt nie mówił o ludobójstwie. Gdy Ryszard Lwie Serce wyrzynał po bitwie tysiące Saracenów, też nikt mu tego nie wyrzucał – po prostu taka była praktyka tych czasów. Rzymianie nie uważali nawet nowo narodzonych obywateli za ludzi i każdy mógł bez konsekwencji prawnych wyrzucić noworodka do śmieci – pewnie nawet żyjącego, choć być może były już wcześniej uduszone (może z litości).
    Człowiek ma w sobie zło i będzie je miał. Zależy tylko, jak będziemy nim zarządzać.
    Zastanówcie się, nawet teraz, zjadając cielęcinę na obiad – jak to jest, że każdego dnia urządzamy rzeź młodszych braci? Co na to wegetarianie? Czy nie uważają cię za samo zło?
    Zło jest i już. Nawet to, co wydaje ci się dobrem, może łatwo zamienić się w zło. Czyż inkwizycja nie działała w imię boga? Boga miłości – jak podkreślają chrześcijanie. Czy ludzie paleni na stosie byli traceni bardziej „humanitarnie” niż w obozach koncentracyjnych? Powiesz może – mieli proces. Jasne przyznali się do winy na torturach. Henryk VIII, jak obliczają niektórzy, stracił za swojego życia ok. 70 000 ludzi – świetny władca, powiedzą inni. Wprowadził protestantyzm do Anglii.

    Niestety, tak naprawdę to widzę w nas więcej zła niż dobra – wiec chyba diabeł ma się dobrze.
    Choć jakby koncepcja diabła w kościele ma dziwne osadzenie – tak jak to powiedziała Pani Agnieszka – jest on eksteriozowany. Dawno nie byłem w Polsce i niektóre słowa wydają mi się trochę niepotrzebnie zapożyczane. Ale tak z tym diabłem jest. Dzisiaj oglądnąłem migawki z pierwszego dnia nowego sejmu. Tym razem diabłem jest Palikot, a reszta się dobrze tym bawi.

    No nic, temat diabła jest mi, prawdę mówiąc, obojętny. Natomiast przyznawanie się do błędów i widzenie tego diabla w sobie jest bardzo dobre. Mechanizm wypierania jest też potrzebny, bo nigdy nie wiesz ile potrafisz znieść w sobie. Mam na myśli – ile złego. A że w nas to jest, to nie mam wątpliwości. Chyba potrzebny jest nam – z ewolucyjnego poziomu – do przetrwania. Cywilizacja, kultura, życie we wspólnocie powinno nam pomagać w jego urabianiu. Pewnie z punktu widzenia Buddy nirwanę osiągniemy wtedy, gdy diabeł będzie nam niepotrzebny.
    W sumie jednak, jak na dłoni – nawet w naszych czasach – widzimy jak że diabeł ma się całkiem nieźle.
    Ostatnio, koniec pewnego dyktatora też nam o tym przypomniał, choć nie był to przypadek jedyny a i nie będzie pewnie ostatni. Gdy ktoś ma władzę absolutną – praktycznie zawsze pokaże swojego diabła. W historii może było kilku dyktatorów, którzy okazywali się trochę lepsi od innych – najczęściej jednak kończyli źle, bo byli zarzynani przez innych dyktatorów. Tak to jest, że aby się utrzymać na stołku, musisz być bezwzględny, bo inaczej inni tobie okażą bezwzględność. I masz już diabla za skórą. Dopiero w w grupie, gdy musisz okazać choć odrobinę empatii, by przeżyć – wtedy rodzi się w ludziach dobro.
    Ja bym tego jednak nie instytucjonalizował, jak to zrobiono z religią, bo wg mnie niesie to ze sobą oczywiste wypaczenia. No ale to temat na inną dyskusję.

    Swoją drogą, metafizyczne (absolutne) zło – to ładne określenie.

    Wracając jednak do ciemnej i jasnej strony Mocy (użyliście w rozmowie Lukasowskiego słownika) – czyżby rozwalenie gwiazdy śmierci z tysiącami żyjących tam istnień ludzkich, było aktem łaski dla nich? Złem w samoobronie, czy złem samym w sobie? Może właśnie złem metafizycznym? A może metafizycznym dobrem? Rewanżem za Alderon? Ale czy vendetta może być dobrem? Istna metafizyka. Jak pierwiastek ying yjang i feng shui.

    • Logos Amicus Says:

      Ja również nie wierzę w to, że istnieje tzw. Zło absolutne, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko takie nasze kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka.
      Zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się dopiero wtedy, kiedy – organizując sobie naszą kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne.
      Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała nam się sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze mieszaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga sto kilkadziesiąt lat temu, ale to pewnie zaczęło się już gdzieś w Renesansie (dzięki któremu zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej.
      No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”).
      Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

      Ale Agnieszka Holland powiedziała coś bardzo ważnego: że powinien liczyć się Dekalog.
      Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w jakiejś kulturowej otulinie).
      Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra.
      Tak, więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym to nie jest.
      Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś oceniać dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

      Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie.
      No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i „well beeing” pracowały – a czyniąc to nie robili, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego pewnie przegrali. Nie chodziło u więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „jasnej” Mocy, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.
      A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać.
      Jeśli bowiem obdarzył on czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

      Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma wg mnie żadnego innego wyjścia, aby starać się temu systemowi etycznemu sprostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość, ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

  7. David Icke Says:

    Dla wszystkich zakneblowanych „antysemityzmem”:

    Żydzi o gojach (nie-Żydach)

    Menachem Begin, premier Izraela 1977-1983, laureat Pokojowej Nagrody Nobla:
    http://www.rense.com/general45/master.htm

    „Nasza rasa jest Rasą Panów. Jesteśmy świętymi bogami na tej planecie. Różnimy się od niższych ras, ponieważ wywodzą się one od insektów. Faktycznie porównując je do naszej rasy, inne rasy to bestie i zwierzęta, owce w najlepszym przypadku. Inne rasy są uważane jako ludzkie odchody.
    Naszym przeznaczeniem jest rządzenie ponad niższymi rasami. Nasze ziemskie królestwo będzie rządzone poprzez naszych liderów za pomocą rózgi żelaznej. Masy będą lizać nasze stopy i służyć nam jako nasi niewolnicy.”

    rabin Yitzhak Ginsburg z sekty Chabad-Lubavitch:
    http://marucha.wordpress.com/2010/06/09/dla-izraelskich-zolnierzy-bylam-zwierzeciem/

    “Dusze nie-Żydów (gentiles) są kompletnie innego i niższego rzędu. Są one całkowicie diabelskie i nie mają jakichkolwiek wartości i możliwości odkupieńczych. [..] Jeśli pojedyncza komórka pochodząca z ciała Żyda posiada w sobie boskość, jest częścią Boga, to każdy łańcuch DNA [z komórki ciała Żyda] jest częścią Boga. Wobec tego, w żydowskim DNA jest coś specjalnego.[…]
    Jeśli Żyd potrzebuje wątroby, czy można wziąć ją od przechodzącego obok nie-Żyda, aby ocalić Żyda? Tora prawdopodobnie by na to pozwoliła [bowiem] życie Żyda ma nieskończoną wartość. Jest coś nieskończenie bardziej świętego i unikalnego w życiu Żyda niż w życiu nie-Żyda”

    rabin Shenur Zalman:
    http://marucha.wordpress.com/2010/06/09/dla-izraelskich-zolnierzy-bylam-zwierzeciem/

    “Materiał, z którego stworzono nie-Żydów pochodzi z odpadów boskich. W rzeczywistości, oni sami pochodzą ze śmieci (odpadów), a to że jest ich znacznie więcej niż Żydów, jest potwierdzeniem tego, gdyż przecież ilość odpadów jest zawsze większa niż liczba ziaren. […] Wszyscy Żydzi są naturalnie dobrzy, a nie-Żydzi – naturalnie niedobrzy.”

    rabin Manis Friedman, główny rabin izraelskiej armii:
    http://marucha.wordpress.com/2010/06/09/dla-izraelskich-zolnierzy-bylam-zwierzeciem/

    “Jedyną drogą prowadzenia wojny w sposób moralny jest droga żydowska: niszczyć miejsca święte. Zabijać mężczyzn, kobiety i dzieci.”

    Harold Rozenthal:
    http://iamthewitness.com/DarylBradfordSmith_Rosenthal.html

    “Jesteśmy wybranym przez boga narodem… Większość Żydów nie lubi się do tego przyznawać, ale naszym bogiem jest Lucyfer, więc nie kłamałem, jesteśmy jego wybranym narodem. Lucyfer jest bardzo żywy.”

    “Żydzi są najinteligentniejszym narodem na świecie, więc jeśli jest dla nich korzystne zmienić nazwisko, czynią to. To jest wszystko na ten temat. Oni mieszają się z waszym społeczeństwem, które jest zupełnie skorumpowane, więc gdy to jest korzystne dla Żydów głupi goj nie zdaje sobie sprawy z tego, że ci Żydzi, którzy mają nie-żydowskie nazwiska są Żydami.”

    Jakub Berman do żydów w Polsce (1945)
    Fragment ze stenogramu z tajnego przemówienia Jakuba Bermana do żydów w Polsce, wygłoszonego na posiedzeniu egzekutywy komitetu żydowskiego w kwietniu 1945 roku:

    Żydzi mają okazję do ujęcia w swoje ręce całości życia państwowego w Polsce i rozszerzenia nad nim swojej kontroli. Nie pchać się na stanowiska reprezentacyjne. W ministerstwach i urzędach tworzyć tzw. Drugi garnitur. Przyjmować polskie nazwiska. Zatajać swoje żydowskie pochodzenie. Wytwarzać i szerzyć wśród społeczeństwa opinie i utwierdzić go w przekonaniu, że rządzą wysunięci na czoło Polacy, a Żydzi nie odgrywają w państwie żadnej roli.

    Kwestia żydowska jeszcze jakiś czas będzie zajmowała umysły Polaków, lecz ulegnie to zmianie na naszą korzyść, gdy zdołamy wychować choć dwa pokolenia polskie.

    Slawni ludzie o Żydach:

    Cyceron (właśc. Marcus Tullius Cicero) (106-43 p.J.Ch. – p.n.e.), rzymski mąż stanu, wybitny mówca, pisarz i filozof:

    „Żydzi należą do sił ciemności i zła. Wiadomo, jak liczna jest ich klika, jak się popierają i jaki wpływ wywierają. Jest to naród łobuzów i oszustów.”

    Tacyt (ok.55-120 n.e.):

    „Prawa żydowskie stoją w sprzeczności do praw wszystkich innych narodów. Pogardzanym jest u nich wszystko, co dla nas jest święte i odwrotnie: miłe jest wszystko, co w nas obrzydzenie wzbudza. Żyją ściśle zespoleni, wspierając się nawzajem, nienawidząc natomiast obcych i rozkładając ich.”

    Seneka:

    „Obyczaje tej najbardziej zbrodniczej nacji osiągnęły takie wpływy, że dosięgają wszelkich krajów.”

    Mahomet (571-632 n.e.), według Koranu, l. Sura, str. 178:

    „Nie przestawaj w odkrywaniu oszustw dzieci Izraela. Oszustami bowiem są oni z małymi wyjątkami.”

    Jezus Chrystus:

    Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma.

    św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), filozof, teolog:

    „Żydom nie powinno się pozwolić, aby zatrzymali to, co uzyskują z lichwy; najlepiej byłoby, aby skłonić ich do pracy tak, że mogliby zarabiać na życie zamiast nie robić nic oprócz pielęgnowania swego skąpstwa.”

    Jan Długosz (1415-80):

    „Żydzi mieszkający w Krakowie, zamordowali chrześcijańskie dziecię i w jego krwi spełniali obrzydliwe praktyki. Na kapłana, wiozącego wiatyk do chorego, rzucali kamieniami.”

    Szymon Syreński – Syreniusz (1541-1611), lekarz, botanik, jeden z pierwszych polskich przyrodników, absolwent uniwersytetów w Krakowie, Inglostadt i w Padwie, profesor medycyny Akademii Krakowskiej:

    „Złośliwi żydowie niewinne dziatki chrzescijanskie z okrutnego postanowienia co rok zabijaja y haniebnie morduja.”

    Voltaire:

    Dlaczego Żydzi są znienawidzeni? Jest to nieuchronny skutek ich praw. Naród żydowski ośmiela się ujawniać nieprzejednaną nienawiść do wszystkich innych narodów.

    Denis Diderot:

    Ty zły i brutalny narodzie, podły i wulgarny ludzie, niewolnicy godni jarzma… Idźcie, weźcie swoje księgi i odejdźcie!

    Maria Teresa (1717-1780), cesarzowa Austrii:

    „Nie znam gorszej dżumy dla państwa od narodu, który przez oszustwa, lichwę i umowy pieniężne przyprowadza lud do stanu żebraczego oraz wykonuje wszystkie czyny, którymi uczciwy człowiek się brzydzi. Wobec tego, należy ich jak najmożliwiej od nas (odtąd) wstrzymywać i liczbę ich zmniejszać. Jesteśmy zdziwieni z istnienia nienawiści i pogardy, którymi wszystkie narody żydów traktowały. Jest to nieuchronne następstwo ich, żydów, zachowania się. Huroni, Kanadyjczycy, Irokezi byli filozofami humanitaryzmu w porównaniu z Izraelitami.”

    STANISŁAW STASZIC (1755-1826), ksiądz, najwybitniejszy polski myśliciel oświecenia, wybitny działacz społeczno-polityczny, czołowy przedstawiciel obozu reform społecznych w okresie Sejmu Czteroletniego;

    „Przestroga dla Polski – 1770: „Żydostwo to letnia i zimowa szarańcza naszego kraju, która zaraża powietrze zgnilizną, roznosi próżniaczego ducha swych ojców, wśród pracowitego ludu utrzymać się nie może i tam tylko się gnieździ i mnoży, gdzie próżniactwo ma ochronę.” Tenże: „O przyczynach szkodliwości żydów, 1816r.: „Żydzi byli zarazą wewnątrz, zarazą ciągle polityczne ciało słabiącą i nędzniącą. Chociażby nawet to ciało nie było podzielone (mowa o rozbiorze Polski – uw. autora), chociażby po podziale zjednoczone zostało, przecież z tą wewnętrzną skazą nigdy nie nabierze właściwych sobie sił ani czerstwości – musi być zawsze tylko słabe, wynędzniałe i nikczemne.”

    Johann Wolfgang von Goethe:

    Naród żydowski nigdy nie był wiele wart… Mało posiada cech szlachetnych, a wszystkie wady razem wziąwszy innych narodów.

    Franciszek Liszt:

    Nadejdzie dzień, gdy wszystkie narody, pośród których mieszkają dziś Żydzi, będą musiały stanąć przed problemem całkowitego ich wypędzenia – problemem życia i śmierci, zdrowia lub chronicznej choroby, pokojowej egzystencji albo nieustających niepokojów społecznych.

    Stanisław Staszic:

    Żydostwo to letnia i zimowa szarańcza dla Polski, która zaraża powietrze zgnilizną, roznosi próżniaczego ducha swoich ojców… tam tylko się gnieździ i mnoży, gdzie próżniactwo ma ochronę.

    Napoleon Bonaparte:

    Nie możemy skończyć pod rządami najlichszego z narodów. Żydzi to główni rabusie doby współczesnej, to sępy ludzkości.

    George Washington:

    Oni [Żydzi] działają przeciwko nam skuteczniej, niż armie wroga… Należy żałować, iż każdy stan, dawno temu, nie przegonił ich jako dżumę społeczną i najwiekszych wrogów szczęścia dla Ameryki.

    Helmuth von Moltke (st., 1800-1891), Wewnętrzne stosunki w Polsce, Berlin 1832 r.:

    „Pomimo swego rozproszenia, żydzi są silnie związani miedzy sobą. Nieznani władcy kierują nimi konsekwentnie do swych ogólnych celów. Odrzucając wszelkie usiłowania przez rząd ich zasymilowania, żydzi zawsze i wszędzie tworzą państwo w państwie, a w Polsce stali się głęboką, jątrzącą raną na ciele tego pięknego kraju.”

    George Sand (1804-1876) najsłynniejsza pisarka francuska:

    „W Żydzie – tułaczu widziałam uosobienie narodu żydowskiego, wygnanego w średniowieczu. Jednak znów są oni bogaci, co zawdzięczają swej prymitywnej chciwości i niezmordowanej aktywności. Ze swym hardym sercem w stosunku do ludzi innych wyznań i ras chcą uczynić siebie królami świata. Lud ten zawdzięcza swemu uporowi to, że Francja w ciągu 50 lat będzie zjudaizowana. Niektórzy mądrzy Żydzi, już to zapowiadają.”

    Benjamin Franklin:

    W jakimkolwiek kraju by się osiedlili w większej liczbie, Żydzi demoralizowali go, niszczyli integralność ekonomiczną, segregowali się od reszty społeczeństwa, wyszydzali i podkopywali chrześcijańską wiarę, na jakiej oparty jest kraj.

    George Sand:

    Żydzi bogactwo zawdzięczają swej prymitywnej chciwości. Ze swym hardym sercem w stosunku do innych ras chcą uczynić siebie królami świata.

    Ryszard Wagner (1813-1883), kompozytor niemiecki, z ksiazki „Judaism in Musie”:

    „Żyd nigdy nie miał własnej sztuki (…) Jak długo odrębna sztuka muzyczna miała prawdziwą, organiczną potrzebę życia, kiedyś, w epoce Mozarta i Beethovena, nie było kompozytorów żydowskich: było rzeczą niemożliwą dla elementu obcego temu żywemu organizmowi, aby brał udział w i tworzeniu go. Dopiero, gdy wewnętrzna śmierć ciała jest widoczna, zewnętrzne elementy mają możność zdobywania – tylko w celu zniszczenia. (…) Jednego jestem pewien: żydzi zdobyli wpływ na nasze życie umysłowe, co objawia się w załamaniu i sfałszowaniu naszych najwyższych tendencji kulturowych.”

    Jan Matejko:

    Wy hebrajczycy, żyjąc w naszym kraju od wieków, nie poczuwacie się do szlachetniejszych dla kraju uczynków, wynoście się!

    Otto von Bismarck (1815-1898), w mowie z 15 maja 1847 r.:

    „Sądzę, że osiedleni w Poznańskiem żydzi, chociażby im dozwolono, nie pójdą wielką masą do prowincji niemieckich, gdyż nie chciałbym drażliwego użyć wyrażenia – bezmyślność charakteru polskiego pod względem dóbr doczesnych czyniła zawsze z Polski eldorado dla żydów. W rozmowie z A.Tatiszczewem, Bismarck powiedział: „Po co Pan Bóg stworzył żydów polskich, jak nie po to, abyśmy z nich mieli służbę szpiegowską?”

    Teodor Dostojewski – rosyjski monarchista, r. 1880:

    „Izrael i jego banki sa teraz panami: Europy, nauki, cywilizacji, socjalizmu. Socjalizmu w szczególnosci – to im pomaga w tepieniu chrzescijanstwa i niszczeniu naszej cywilizacji”.

    Wilhelm II (1859-1941), król Prus i cesarz Niemiec, 1922 rok:

    „Żyd nie może być prawdziwym patriotą. On jest czymś, jak złośliwy owad. Trzeba go trzymać z dala od miejsc, gdzie mógłby czynić szkody – NAWET ZA POMOCĄ POGROMÓW, JEŚLI TRZEBA! Żydzi są odpowiedzialni za bolszewizm w Rosji, a także w Niemczech. Byłem ZBYT POBŁAŻLIWY dla nich w czasie mego królowania i ŻAŁUJĘ ŻYCZLIWOŚCI, JAKĄ OKAZYWAŁEM ŻYDOWSKIM BANKIEROM!!!.”

    Henry Ford:

    Żydzi zawsze kontrolowali biznes. Wpływ kina amerykanskiego jest pod wyłączną kontrolą Żydów, manipulujących umysłami obywateli.

    Roman Dmowski (1864-1939) wybitny polski polityk, narodowiec i mąż stanu:

    „Antysemityzm końca dziewiętnastego stulecia był protestem przeciw potędze Żydów i ich zabójczemu wpływowi na społeczeństwa europejskie.”

    Francisco Franco (1892-1975), hiszpański generał i Caudillo de Espana – Wódz Narodu Hiszpańskiego:

    „Nie poddawajmy się iluzji. Duch żydowski, odpowiedzialny za alians kapitalizmu na dużą skalę z marksizmem, był siłą przewodnią stojąca za tyloma antyhiszpańskimi porozumieniami rewolucyjnymi, nie zniknie stąd w ciągu jednego dnia.”

    Michał Bakunin:

    Marks jest Żydem, otacza go tłum zręcznych Żydów, z jedną nogą w banku, z drugą w ruchu socjalistycznym, z tyłkami usadowionymi w prasie.

    Charles Lindberg:

    Irytują nas bardzo wpływy żydowskie na kino, prasę i radio.

    Norman Davies:

    Wśród kolaborantów i donosicieli, jak i personelu sowieckich sił bezpieczeństwa, był szokująco wysoki procent Żydów.

    Marcin Luter:

    The Jews and Their Lies, brw., s. 28. Cyt. za: G. W. Armstrong, The Zionists, br. i mw., s. 15. Armstrong podaje liczne cytaty ukazujące stosunek Lutra do Żydów:

    „Żydzi nie pracują, nie zarabiają uczciwie pieniędzy; nie pracują a my dajemy lub darujemy im je. I mają nasze dobra i pieniądze, stają się panami naszej ziemi, pomimo tego, że są na wygnaniu”; „Oni trzymają w niewoli chrześcijan w naszym kraju; (…) rozkoszują się pieniędzmi i dobrami, siedząc leniwie za piecem, żrąc i chlejąc, żyją sobie dobrze z naszej pracy, utrzymują nas i nasze gospodarstwa w niewoli przez ich przeklętą lichwę, kpią z nas i plują nam na głowy, ponieważ musimy pracować; pozwalamy im czuć się lepszymi od nas dzięki naszej pracy. Są naszymi panami i władcami, my zaś ich niewolnikami, służącymi im swoją własnością, potem i pracą! A oni zamiast dziękować nam, przeklinają naszego Pana!”. Ibidem, s. 15-16.

    Napoleon Buonaparte:

    „Niedawno dopiero minął ten czas, w którym rząd widział się zmuszonym położyć tamę działalności czynnej tej nieużytecznej dla francuskiej społeczności kasty żydowskiej która byłaby doszła do zupełnego zawładnięcia majątkami i nieruchomościami całych departamentów przez wzrastającą co godzina potęgę swą pieniężną środkami lichwy i z niej wypływających zastawów hypotecznych. Celem więc naszym będzie zniszczyć skłonności żydowskiej ludności, a przynajmniej wykorzenić o ile się tylko da tę niepohamowaną chęć do zatrudnień, szkodliwych nie tylko dla Francyi, ale dla całego świata, dla wszystkich krajów, dla cywilizacyi i dla porządków społecznego życia”, za: Brafmann, Żydzi i kahały, Warszawa 1914, s. 153.

    M. Bakunin:

    Pisma wybrane, t. II, Warszawa 1965, s. 132-135:

    „Zauważ że wszyscy nasi wrogowie, wszyscy nasi prześladowcy są Żydami – Marks, Borkheim, Liebknecht, Jacoby, Weiss, Kuhn, Utin – należą wszyscy, z tradycji i instynktu, do tego ruchliwego i intryganckiego narodu wyzyskiwaczy i burżujów” – pisał Bakunin w liście do Richarda. Poglądy Bakunina w całej rozciągłości popierał Józef Proudhon. Zob. D. Grinberg, Ruch anarchistyczny w Europie Zachodniej1870-1914, Warszawa 1994, s. 329-330.

    Więcej można przeczytać na stronie:
    http://davidicke.pl/forum/cytaty-z-ydow-i-o-ydach-t3896.html

    • Logos Amicus Says:

      Cytaty ciekawe, nie przeczę. Tyle tylko, że takie „węszenie” za wypowiedziami anty-semickimi i tak wielka ich komasacja w jednym miejscu wydaje mi się być konsekwencją czegoś co jest wstrętne i obrzydliwe – a mianowicie nienawiści do jednego narodu.
      Nie wnikam w prawdziwość tych cytatów (zdecydowana większość jest chyba prawdziwa, choć np. wypowiedź Begina o supremacji rasy żydowskiej – jeśli prawdziwa, to jest bez wątpienia głupia i wręcz chora), ale po prawdzie, jak by się ktoś uparł, to mógł by zebrać całkiem podobną wiązankę o każdym narodzie.

      Czytając te pełne niechęci (a czasem nawet i nienawiści) wypowiedzi różnych znanych (i znamienitych skądinąd) osób o Żydach, należy jednak pamiętać, że wypowiadane one były na długo przed Holocaustem. My jesteśmy o to doświadczenie Holocaustu „bogatsi” (jakkolwiek ironicznie i okrutnie by to nie zabrzmiało), więc patrzymy na nie z innej już perspektywy, widząc w nich jakieś zalążki tego, co w końcu do tragedii i zbrodni Holocaustu doprowadziło.
      Czy jesteśmy przez to mądrzejsi?
      Wątpię.
      Wystarczy poczytać sobie co teraz mówią niektórzy Europejczycy o Muzułmanach, następnych „szczurach” i „parchach” zatruwających wspaniałe rasy i społeczeństwa europejskie.

      O czym należy zawsze wobec tego pamiętać. Otóż o tym, by ludzkiej nikczemności (jeśli taka rzeczywiście występuje) spotykanej u konkretnego człowieka, nie odnosić do całego narodu, z którego ten człowiek się wywodzi. Jeśli np. jakiś Goldberg czy Stern jest sukinsynem i zachowuje się podle, to nie mówić o nim Żyd, tylko właśnie Goldberg i Stern. To samo powinno się odnosić do Murzynów, Arabów, Indusów, Chińczyków… Nie uogólniać, nie stosować odpowiedzialności zbiorowej, nie przenosić swojej niechęci do człowieka, który zachowuje się źle, na cały naród (czy tym bardziej rasę), z której się on wywodzi).
      Jest to niby oczywiste, ale niestety niezbyt powszechnie praktykowane. Pewnie dlatego, że nadal (w swojej społecznej, narodowej masie) jesteśmy niewolnikami atawistycznej niechęci ( a często nawet i nienawiści) do „obcego”.

      • sarna Says:

        Można by tu, o ironio! pod wyżej przytoczonymi cytatami umieścić również kilka autorstwa O. Maksymiliana Kolbe, który późniejszym swoim życiem, a nawet śmiercią starał się nam powiedzieć, że takie myślenie i postępowanie nie ma prawa bytu.

        Kocham Cie Amicusie :) za komentarz pod w/w cytatami

  8. REM Says:

    Bardzo ciekawe rozmowy internautów z Agnieszką Holland:

    http://czateria.interia.pl/goscie-czaterii,czat,774,strona,1

    AH: „Najpierw chciałam być czarodziejem, potem malarzem i doszłam do wniosku, że w filmie mogę zrobić to wszystko.”

    Pozdrawiam i dziękuję za interesujący wywiad.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście bardzo fajnie czyta się wypowiedzi Agnieszki Holland na tym czacie.
      Można się z nich dowiedzieć dużo (i to raczej niesztampowych informacji) o samej reżyserce, a ponadto mieć przyjemność z obcowania z jej inteligencją, błyskotliwością i pewną taką… swadą.

      A zacytowane zdanie?
      Wydaje się zdradzać naturę kina, która tak ciągnie reżyserskie wilki do lasu ;)

  9. sarna Says:

    No cóż, miałam duże opory by się wpisać pod tym postem, bo nasza Amicusie ostatnia rozmowa o Grossie jednak do „miłych” nie należała, ale skoro ktoś kalibru Pani A. Holland myśli podobnie jak ja, to świadomość tego podziałała na mnie jak kojący plasterek.
    Nadal jednak nie wiem, co sądzisz o „rewelacjach” Grossa i Nim samym, bo wywiad to tylko Twoje pytania, a odpowiedzi są stanowiskiem A. Holland. Czy fakt, że w wywiadzie stawiasz pytania, bez veta wobec wyrażanych opinii ozn., że podzielasz stanowisko rozmówczyni, czy tylko byłeś szarmancki wobec gościa?
    Nie pytam ” ot, tak sobie”. Zależy mi na poznaniu odpowiedzi. Wiem, że nie chodzi o to by się ze sobą we wszystkim zgadzać, ale jednak miło jest skonstatować, że ktoś, kogo się lubi myśli podobnie. Swego czasu stojąc po przeciwnych stronach barykady toczyliśmy spór o Leni Riefenstahl – miło mi było po długim, bardzo długim okresie czasu przeczytać, że dojrzałeś jej wyrachowanie, zakłamanie, nikczemność. Przykro jednak było czytać, że Cię rozczarowała, bo jednak dysponowała potencjałem, którego można jej było pozazdrościć: energią, talentem, kreatywnością, czyli tym, co mi w ludziach imponuje, a co w jej przypadku zostało użyte w służbie zła, więc zostało zmarnotrawione. Ja też ulegam jej pokrętnej magii :( i tylko wpojone we mnie zasady etyki karzą mi widzieć i nazywać rzeczy po imieniu.

    PS 1. Może Cię rozbawi to, co napiszę, i chyba nie po raz pierwszy:), ale zastanawiam się dlaczego Ty musisz przebrnąć przez grube i poważne tomiszcza, żeby dojść do wniosków do których ja dochodzę przy mniej obszernej i gatunkowo lżejszej lekturze? To komplikowanie spraw przez mądrych dorosłych troszkę mi przypomina humoreskę ks. J. Twardowskiego, w której dostrzega niewiarygodnie nieskomplikowaną logikę rozumowania dziecka (czyt. moją):

    ” Co to jest para wodna?”
    – ?
    – ?
    – jak sądzisz, co to jest ?
    „Tylko umysł dziecka jak żebrak szybki odpowiedział od razu: – Dwie małe rybki” :)

    PS 2. „A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać” – Każdy ma swojego Boga, dla wielu jest nim szatan. Bóg dla każdego, w zależności od wyznawanego przez niego systemu wartości ma inną postać, ot choćby mamony służącej złym interesom lub będącej celem samym w sobie.

    PS 3. Antyżydowskie wypowiedzi, bez względu na ich autora, delikatnie mówiąc napawają mnie obrzydzeniem.

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli chodzi o Grossa, to wolę się na ten jego temat (a właściwie na temat jego książek) nie wypowiadać, bo nie znam (z pierwszej ręki) zarówno „Sąsiadów”, jak i „Złotych żniw”. Czytałem tylko kilka artykułów na ten temat, więc mam niejaką orientację w tym, na czym ów spór polegał. Być może przed sięgnięciem po te książki powstrzymuje mnie właśnie to, o czym wspomina Agnieszka Holland – a mianowicie to, że są one skażone pewnym sensacjonizmem, nie będąc w zasadzie rzetelną pracą historyka, tylko raczej publicysty – i to w specyficzny sposób ukierunkowanego, z podchodzącego do rzeczy z pewną, przyjętą a priori, tezą.
      Ale pewnie będę musiał wreszcie to zaniedbanie nadrobić.

      Piszesz: „Każdy ma swojego Boga, dla wielu jest nim szatan. Bóg dla każdego, w zależności od wyznawanego przez niego systemu wartości ma inną postać, ot choćby mamony służącej złym interesom lub będącej celem samym w sobie.”
      I to jest właśnie jeszcze argument na to, że lepiej do naszych spraw Boga nie mieszać. Bo ludzie Boga nie znają, co najwyżej sobie Go wyobrażają. A jak sobie wyobrażają – to widać i słychać. Najczęściej kierując się jakimś swoim interesem, albo robiąc z Niego wręcz jakiegoś idiotycznego bożka (mamona, szatan), wymyślając coś na obraz i podobieństwo swoje.

      PS. A para wodna jako „dwie małe rybki” – to jest rozbrajające :)

  10. Ela Wolny Says:

    Ciekawy wywiad, poleciłam na FB.
    Pozdrawiam dyskutantów.

    • Logos Amicus Says:

      Thanks, Elu :)
      A może Ty miałabyś coś do powiedzenia w tej dyskusji?

      • Ela Wolny Says:

        Nie pamiętam tamtych czasów, a z obecnych… Co wiemy na temat wojen, obozów, kartek żywnościowych, braku pracy, jedzenia, pieniędzy – zwyczajnego przeżycia. Tyle się mówi, że żyjemy w niespokojnych czasach, a okres pokoju, jest najdłuższym w historii Europy. Tego się, boję, że się to skończy, bo takie historie przeżywają silne osobniki, a ja do nich nie należę.

        W jednym z najcięższych bloków SK, przeznaczonym dla więźniów „politycznych”, na suficie przetrwał rysunek nieznanego więźnia, obrazujący ciężką pracę przy kopaniu rowu – Kanału Królewskiego.

        Ja Wam coś powiem, mieszkam tu przecież i trochę obcuję z brzemieniem pobliskiego Oświęcimia. Na mojej mamy cmentarzu są nie tylko nagrobki z mini wieżyczkami wartowniczymi, drutem kolczastym i numerem, ale i stoi jeden z wielu pomników (bo dla Sybiraków też), i jest on właśnie poświęcony ofiarom męczeńskiej śmierci w tym oświęcimskim obozie. I cytat z grypsu tam:

        „Jest Bóg choć tak trudno tutaj w to uwierzyć. Wczoraj w niedzielę wysłuchałem przez okno piwniczne mszy świętej, którą odprawiano s k r y c i e na parterze. Przypomina to starochrześcijański okres katakumb. Jeden Bóg tylko może wiedzieć, gdzie było więcej męczenników – w Rzymie, czy Oświęcimiu.”

        Jak powiedziałam gryps żołnierza AK Wacława Stacherskiego, wysłanego z bunkra śmierci w KL Auschwitz. Czasami naprawdę człowiek się zastanawia, czy jest Bóg skoro na to pozwala…

        To tak tytułem wstępu, by wejść w klimat. Bo oto przy głównej arterii mojego miasta, na ścianach BWA wiszą olbrzymie banery. Zdjęcia przedstawiają stojącą tu niegdyś przepiękną żydowską synagogę (z 1879-1881). Wzorowana na synagodze z węgierskiego Szonbathely – została w 1939 roku zburzona przez Niemców. Zresztą podobnie jak synagoga w Białej. Przy czym Żydów tak po prostu powyrzucano z droższych mieszkań, by w 1941 utworzyć im litościwie getto, po którego likwidacji w 1942, poprzewozić ich, nomen omen na koniec, do pobliskiego obozu koncentracyjnego, wymienionego już wcześniej Auschwitz-Birkenau.

        I oto ostatnio w poszukiwaniu grobu Erny Singer, pierwszej bielskiej emancypantki, odwiedziłam w Bielsku cmentarz żydowski. Nie wiem dlaczego zdziwiło mnie, że jest bardzo zadbany. Pomimo spowicia bluszczem, było po prostu widać, że nie jest to opuszczone, zapomniane przez wszystkich miejsce!

        I myślę, że to właśnie stanowi za cały mój komentarz. Pozdrawiam.

        • Logos Amicus Says:

          Dziękuję Ci, że o tym napisałaś. Ten zadbany żydowski grób jest dowodem pamięci, ale zapewne bardzo gorzkim dowodem pamięci.
          Na pewno lepsza ona niż pamięć głucha i wstydliwa, nigdy się nie ujawniająca.
          Pozdrawiam

        • sarna Says:

          „Co wiemy na temat wojen, obozów, kartek żywnościowych, braku pracy, jedzenia, pieniędzy – zwyczajnego przeżycia.” – Elu, wiemy więcej niż chcesz przyznać, że wiemy.
          – Kartki żywnościowe? – nie tak znów odległe czasy w naszej, polskiej historii ,zachowałam sobie nawet taką jedną, żeby jak uszczypnięcie przypominała, że to nie sen.
          – Brak pracy, a co za tym idzie brak pieniędzy i jedzenia? – to niestety już standard w naszym kraju. Tu nawet dzieci nie mają drugiego śniadania do szkoły, więc kradną kanapki kolegom. Emeryci, którzy uczciwie przepracowali dzieści lat, dziś wieczorami buszują po śmietnikach. Smutną rzeczywistością jest to, że w Polce praca nie chroni przed ubóstwem, możesz pracować i może cię nie być stać na uregulowanie bieżących rachunków.
          – A obozy? – może nie na własnym, polskim podwórku, ale dziś w świecie nastawionym na globalizację – którego charakterystyczną cechą jest permanentna zmiana, a co za tym idzie rozwój technologii otwierających przed nami możliwości osobistego uczestniczenia, bądź przybliżających nam widok na świat – istnieją konflikty takie jak np. w Ruandzie, Kurdystanie, Czeczeni czy Tybecie. Właściwie, jak tak pogrzebać w naszej już powojennej historii, to do 1949 r mieliśmy obóz pracy w Jaworznie, gdzie funkcjonował na podobieństwo hitlerowskiego obozu zagłady ktoś taki jak kapo. Celem oprócz budowy „dowodu dobrodziejstwa jaki niósł z sobą komunizm”, było usunięcie niewygodnego politycznie „elementu”. Więc jak za cara Piotra, kto padł w błotach z wyczerpania, robił za nawóz i podwaliny nowego, zdrowego i jedynie słusznego systemu.
          Dziś, może i mamy wolność, ale odnoszę wrażenie, że polega ona na mówieniu „tak” wszelkim widzimisię pseudopolityków, a ponoć wolność polega na tym by móc powiedzieć „nie”.

          Elu, naprawdę sądzisz, że wiedza i osobiste doświadczenie ludzi współcześnie żyjących w Polsce jest
          tak znikoma, że uprawnia do napisania zdania jak to, które zacytowałam?

        • sarna Says:

          No i jak to ja, pisząca pod wpływem emocji :) zjadłam pytanie, które chciałam Ci Elu postawić.
          Co powiesz na istniejące w naszej globalnej wiosce największe obozy typu Korea północna i Kuba i Chiny? Są one, czy też to dla nas, Polaków (mniejsza o wiek) temat zbyt odległy?

        • Ela Wolny Says:

          Sarno,
          myślę, że zaszło małe nieporozumienie. Mój pierwszy akapit wyrwany z kontekstu rzeczywiście brzmi jakbym urodziła się wczoraj. Oczywiście te czasy pamiętam doskonale, jak również orientuję się w świecie współczesnym.

          Moim jedynym zamiarem było podkreślić „żyjesz dopóki żyje pamięć o tobie”, bowiem jak się okazuje, w B-B ta pamięć nadal żywa.
          Pozdrawiam serdecznie.

        • sarna Says:

          Elu, dopiero teraz zauważyłam jak „to” zabrzmiało. Sorry za nietakt. Wiem, że impulsywność reakcji mnie nie usprawiedliwia, ale raczej się już nie zmienię więc zacznij się przyzwyczajać ;) do mojego niezamierzenie wrednego stylu.

          Również pozdrawiam.

  11. giocarte Says:

    Bardzo cenny wywiad, całkowicie zgadzam się z pochwałami.
    Ciekawi mnie przede wszystkim pytanie o (bez)sens egzystencji – to, które tak chciałeś Logosie Pani Holland zadać.
    To, co Ty byłbyś skłonny utożsamić z sensem, te wszystkie czynności, brzmi niezwykle … lokalnie. Być może sens jest czymś lokalnym, bo narzuca to „prowincjonalna” poznawczo świadomość człowieka, ale z drugiej strony ta sama świadomość zawsze wyrywała się do metafizyki, nieskończoności, Absolutu, do szerszej perspektywy. I jeżeli gdzieś szukał człowiek sensu, to raczej nie w życiowej codzienności, ale w życiowych ekstremach, aberracjach, jakie z dniem powszednim kontrastowały. Te odchylenia właśnie pozwalały nam odgadywać sens prozy życia. Zdaje mi się, że sens życia tkwi poza nim. Piszesz, że zło ma jakby dwie natury – tę, której emanacją jest codzienność, a która podatna jest na zmienne losy Historii oraz tę, która jest metafizyczna. Jeżeli chodzi o sens, myślę, że ten istnieje tylko jako metafizyczny.

    Pascal pisał: Człowiek stworzony jest na to, by szukać prawdy, a nie by ją posiadać. Ten rozdźwięk między chęcią, a niemożnością jej realizacji jest naszym największym przekleństwem, ale i największym błogosławieństwem, bo daje nadzieje. I nawet, jeżeli na rachitycznych nóżkach ta nadzieja ufundowana, to przemawia za nią dziedzictwo ludzkości. Ja bym tutaj raczej oddalił się od umierania, urodzin, wszelkich prozaiczności, a właśnie w tę stronę poszedł – w stronę Absolutu. Budować naszą siłę na naszej słabości – to chyba podejście adekwatne do marnego stosunku człowieczeństwa i Nieskończoności.

    Jeżeli przyjmiemy, że wszechświat jest niewyobrażalnie chaotyczny, że króluje w nim przypadkowość ( tak mówi nawet jedna z naukowych hipotez odnośnie charakteru Uniwersum –> filmy pod hasłem „eternity” na http://www.ted.com, szczerze tę stronę polecam wszelkim przyjaciołom nauki i nie tylko im ;) ), to istotnie sens naszego życia zdaje się umykać; jeśli wszystko jest przypadkiem, nic nie jest sensowne. Jeżeli nauka przyjmuje te swoje prawa tylko po to, by stwierdzić na ich podstawie, że wszystko jest przypadkiem, to optymizmu w tym brak, takoż sensu. A jednak wtedy właśnie pozostaje jedynie to, co jest bardziej ersatzem sensu życia – przeklęta i błogosławiona korelacja duszy i Wieczności.
    Chcę wierzyć, że nie ma tutaj konfliktu związanego z definicjami… Ale nie przewiduję, aby można było przypadek nazwać sensem. To straszna pretensja byłaby wtedy i obrazoburczość, choć oczywiście jeszcze nie udowodniono, że przypadek jest sensem.
    Wchodzimy tu już w rejony bardzo intymne, odpowiadamy na pytania, na które każdy odpowiada sobie inaczej…
    Ja tutaj jestem bliżej koncepcji Pani Holland, która niejako swoim życiem odpowiedziała na zadane przez Ciebie pytanie. Tak jakby w strachu przed ewentualną tragiczną konstatacją na łożu śmierci ( typu: „nic nie miało ni nie ma sensu” ) uczepiła się Sztuki.
    Jest to ubezpieczenie całkiem – moim zdaniem – korzystne w stosunku do naszych możliwości.

    Dekalog z przyczyn czysto technicznych mógł/może wyjść z „użycia”. Tak samo jak zmieniają się na kartach historii definicje dobra i zła, tak samo zmienić się może definicja boga, rodzica, kradzieży, morderstwa itd. Tytuł tego wpisu więc interpretuję tak, jakby Przykazania stanowiły tutaj symbol uniwersalnego kodeksu etycznego i w takim sensie całkowicie się zgadzam. Obawiam się jednak, że jeszcze takiej bardzo-ważnej-rzeczy nie wymyślono z tego samego powodu, dzięki któremu możliwa jest ta dyskusja – na tak egzystencjalne pytania każdy powinien odpowiedzieć sobie sam, bez apelacji do zewnętrznych przesłanek.

    I na koniec – bardzo się cieszę, że – w przeciwieństwie do Pani Holland, która mówiła kiedyś, że z Gwiezdnych Wojen wyrosła – nie marginalizujemy tutaj sagi Gwiezdne Wojny. Z nielicznej grupy cennych treści popkultury ten stanowi bowiem perełkę. Gdy tak przyjrzeć się przenikliwiej filmom Lucasa, porusza się w nich wszystkie uniwersalne i najważniejsze problemy ludzkości. Malkontent powie, że przy okazji się na te pytania związane z tymi problemami odpowiada i dlatego wartość artystyczna GW spada, ale – pamiętając, że widz nadaje znaczenie dziełu – dalej są to filmy nieprzeciętne. A zarzuty o zbyt wyraźny kontrast między dobrem i złem zbyć można postacią Anakina Skywalkera, która dobitnie pokazuje, jak mglista między nimi przebiega granica.To, co pomiędzy, czyli strzelanie, pościgi, walki, nie powinny odwracać naszej odwagi od faktycznych wartości, jakie niesie ze sobą saga. :D

    • Logos Amicus Says:

      Co do sensu. Uważam, że nam dostępny jest tylko ten sens – jak to ująłeś – „lokalny”, czyli sens, jaki sami nadajemy swojemu życiu… żyjąc.
      A jaki jest sens metafizyczny – ten w kategoriach absolutnych?
      Ja tego nie wiem. I uważam, że wiedza o tego typu sensie jest dla ludzi niedostępna – tak jak niedostępny jest dla nas sam Absolut (choć ludzie religijni, a zwłaszcza mistycy) twierdzą, że się tam można zapuścić z naszą myślą, czuciem, intuicją, za pomocą np. intensywnej medytacji czy iluminacji.
      Przy czym, nawet jeśli ja tego sensu mnie znam, to nie znaczy, że tego sensu nie ma (jak to twierdzą np. nihiliści – jeszcze inni „dobrze poinformowani”).

      Jeżeli Pascal rzeczywiście napisał: „Człowiek stworzony jest na to, by szukać prawdy, a nie by ją posiadać” (choć ja, prawdę mówiąc, mimo, że czytałem jego „Myśli” i „Prowincjałki”, tego nie pamiętam), to pod koniec swojego (raczej krótkiego) życia dokonał metafizycznego „skoku” i zatopił się w Prawdzie Pisma, której już absolutnie nie kwestionował.

      Piszesz: „Budować naszą siłę na naszej słabości” – co brzmi może ładnie, ale muszę przyznać, że wydaje mi się trochę takim sofizmatyczno-pięknosłownym piruetem. Zawsze bowiem siła budowana na słabości, będzie czymś iluzorycznym.

      Nie sądzę, że Wszechświat jest „niewyobrażalnie chaotyczny” i że „króluje w nim przypadkowość”. On się nam tylko WYDAJE chaotyczny, dlatego że nasza percepcja Wszechświata jest jednak mocno ograniczona (innymi słowy: nie jesteśmy go w stanie ogarnąć naszym – mimo, że cudownie rozwiniętym, to jednak zawsze ograniczonym – umysłem).
      Podobnie jest z przypadkiem: nam się wydaje coś przypadkowe, bo nie jesteśmy w stanie dojrzeć wszystkich „nici” które do tego „przypadku” doprowadziły (choć z drugiej strony, trudno mi także wierzyć w determinizm).

      Dusza i Wieczność?
      Nie wiemy za bardzo co to jest dusza, ani tym bardziej nie możemy sobie wyobrazić Wieczności – cóż więc możemy powiedzieć o łączącej je korelacji?

      Być może za nieprzejrzystością (dla nas) przypadku kryje się jednak sens?

      Nie wiem, czy istnieje „uniwersalny kod etyczny”. Jeśli by istniał, to byłoby to jednoznaczne z istnieniem absolutnego Zła i absolutnego Dobra. Ale ja w to wątpię.

      Zgadzam się: każdy człowiek – przy poszukiwaniu „klucza etycznego” – powinien odwoływać się do samego siebie. Do swojego sumienia. Ale tak czyni bardzo niewielu ludzi. Większość ucieka (się) do gotowych formułek i kodeksów, czemu zresztą ja się nie dziwię.
      Swoja drogą, takim gotowym kodeksem etycznym jest przecież Dekalog, (którego ważność nota bene podkreśliła w wywiadzie Agnieszka Holland)

      Zgadzam się ze zdaniem wygłoszonym przez Ciebie w akapicie końcowym: „Gwiezdne wojny” to nie jest taka sobie pierwsza lepsza bajeczka (jaką jest choćby „Harry Potter”). Saga ta, będąc bez wątpienia znakomitą rozrywką, jest jednocześnie istnym almanachem – przeglądem ważnych dla ludzkości mitów i archetypów.

      Dziękuję za ciekawą i inspirującą wypowiedź.
      Pozdrawiam

  12. Snoopy Says:

    Naprawdę bardzo ciekawy wywiad i świetne pytania. Bardzo lubię i szanuję panią Agnieszkę Holland i naprawdę zazdroszczę Ci, że miałeś okazję porozmawiać z nią osobiście.

    Jedno małe uściślenie: p. Agnieszka wspomina wywiad z polską pisarką Magdaleną TULLI (a nie TULIP). Oto link do niego: http://wyborcza.pl/1,76842,10548289,Magdalena_Tulli__Ludzik_mi_padl__wiec_gram_nastepnym.html

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się, że wywiad się spodobał.
      Twoja zazdrość jest zrozumiała – wcale się jej nie dziwię ;)

      Jestem wdzięczny organizatorom Polskiego Festiwalu Filmowego w Ameryce, że mi przeprowadzenie tej rozmowy umożliwili (mogę to odbierać jako pewien rodzaj zadośćuczynienia za to, że przed laty, mimo że byliśmy umówieni, to do naszego spotkania nie doszło.

      PS. Dziękuję za zwrócenie mi uwagi na błędne podani nazwiska Magdaleny Tulli. Skoryguję.

      PS. Ukaże się jeszcze druga część wywiadu z Agnieszką Holland – i to już wkrótce. Zapraszam do jej przeczytania, bo Pani Agnieszka ciekawe rzeczy mówi.

  13. Miriam Says:

    Fragment sprawozdania gazety.pl z festiwalu filmowego w Toronto:

    „Wzruszenie, owacje na stojąco i świetne recenzje – tak zakończył się w niedzielę 11 września pierwszy pokaz najnowszego filmu Agnieszki Holland „W ciemności” na festiwalu filmowym w Toronto. Czyżby zbliżał się Oscar?
    (…)
    Z wszystkich filmów, które miały status „potencjalnie oscarowych” jak do tej pory tylko „W ciemności” zdaje się być poważnym kandydatem – napisał po premierze Steve Pond z The Wrap.
    (…)
    W pozytywnych recenzjach po premierze najczęściej powtarzały się pochwały dla „brawurowo” grającego w tym filmie Roberta Więckiewicza, jak również podziw dla świetnie oddającej „ponury realizm” scenografii.- Holland świetnie oddaje mroczną atmosferę podziemnych kanałów, w których ukrywa się grupa Żydów. Zarówno pracą kamery, jak i światłem. Buduje olśniewające sceny, nawet jeśli dzieją się w ciemności – napisał Mike Goodridge tuż po premierze.
    (…)
    – Holland nie boi się scen brudu, gwałtu, upadku człowieczeństwa. Widzimy nagie kobiety zaganiane do lasu, poród wśród robactwa i szczurów. Ale w kanałach widzimy też rodzącą się miłość. W ciemności uświadamiamy sobie jak dużo potrafi znieść człowiek, by znów poczuć się człowiekiem – napisała o filmie Chrisitine Estima kanadyjskiego radia Exclaim.
    Pojawiają się opinie, że to najlepszy film Agnieszki Holland od czasu „Europa, Europa” z 1990 roku. Niektórzy recenzenci porównują go też do „Listy Schindlera”, ale reżyserka w wywiadzie dla „Hollywood Reporter” stanowczo podkreśliła: Jeśli robisz film o Holocauście, i uda ci się do niego przekonać publiczność, to zawsze na myśl przychodzi „Lista Schindlera”. Ale tu podobieństwa się kończą. „W ciemności” to zupełnie inny film.
    – „Lista Schindlera” była bardzo ważna, i jestem za nią wdzięczna Spielbergowi, bo pokazała Holocaust szerokiej publiczności. Ale mam wrażenie, że Holocaust rodem z Hollywood jest przesycony gwiazdami i pewną „słodyczą”. Ja chciałam zrobić film stuprocentowo realistyczny, pokazujący prawdziwe życie getta – powiedziała reżyserka.

    Odniosła się również do powtarzanych w recenzjach opinii, że jej przedstawienie Żydów – bez otoczki bohaterów, w momentach zarówno chwalebnych jak i chwilach słabości – utrudnia identyfikowanie się z nimi. – Myślę, że jest odwrotnie. To nie byli tylko bohaterzy, albo tylko zdrajcy. Właśnie z wielowymiarowymi, pełnymi dobrych cech, ale i wad bohaterami łatwiej się nam identyfikować. Pokazuje to popularność seriali, chociażby „Mad Men”. Tacy też są i byli Żydzi. Nie lepsi, ani nie gorsi niż inni. Po prostu ludzcy.”

    Całość można przeczytać na stronie:

    http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,10277834,Sukces_Agnieszki_Holland_w_Toronto___apos_Oscarowe.html

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Następny mój wpis będzie właśnie dotyczył najnowszego filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, który otwierał Festiwal Filmu Polskiego w Chicago. Podzielę się w nim moimi wrażeniami wyniesionymi ze spotkania z tym filmem, jak również zamieszczę dalszy ciąg rozmowy z jego reżyserką (w dużej części poświęcony temu filmowi).

      Cieszy sukces tego filmu na Festiwalu w Toronto, który jest chyba najważniejszą imprezą filmową obu Ameryk.

  14. tamaryszek Says:

    Zatrzymam się na ostatnim pytaniu i odpowiedzi, bo są genialne.
    Logosie, drążysz temat sensu/bezsensu… Uruchomienie go jest jak uwolnienie ducha z lampy Alladyna. Zaczyna się nowy wywiad, bo przecież nie sposób zbyć problemu w jednym zdaniu. A cokolwiek się powie (że -owszem- życie ma sens / że -niestety- czasem wygląda na to, że więcej jest absurdu), trzeba by odeprzeć kontrę i zmierzyć się z szeregiem doczepionych do tej kwestii podpytań.
    Świetnie, że je zadałeś i rewelacyjnie, że pani Holland odpowiedziała z takiej jednostkowej perspektywy.
    Dwie umierające kobiety. Dwa niepodważalne („niedyskutowalne”) doświadczenia: dla jednej kres przybija pieczęć rozczarowania (jakie to głupie wszystko, jakie daremne…), dla drugiej jest to stempel fascynacji (każde doświadczenie ma sens i wciąga tych, którzy chcą je poznać).

    „jakie to jest wszystko ciekawe…”
    Chciałabym tak odczuwać, jak przypomniana tu krewna reżyserki…

    Zdjęcie też sam zrobiłeś? Świetnie, że będzie cd.

    • sarna Says:

      Tamaryszek wspomniał o zdjęciu, też mu się przyglądam … i hym
      – dotarło do mnie jaka jestem małostkowa :(
      – widzę dojrzałą, zaniedbaną kobietę, która „przybyła do Chicago na otwarcie 23-go Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce”.
      – wiem, liczy się wnętrze, ale jednak mogła się postarać, przynajmniej mogła zafundować sobie farbę do włosów, choćby najtańszą jaka jest na krajowym rynku, bo za za szóstaka i zlikwidować odrosty…, albo pogodzić się ze swoim wiekiem i dumnie się nim afiszować paradując ze srebrną czupryną zamiast tych, a fe … zaniedbań.

      • Logos Amicus Says:

        Eh, Elu, Elu… A można by i ogólnie… eh, te baby, baby…
        Ja jestem niby z Marsa, ale nigdy by mi do głowy nie przyszło, że rozmawiając z człowiekiem formatu (a zwłaszcza inteligencji) Agnieszki Holland, pomyśleć o jakichś jego „odrostach”. To na Wenus panuje taka dosłowna bezceremonialność?

        Cóż, pewnie przykro jej się zrobi, jak Twój komentarz przeczyta, więc muszę tu przypomnieć, że zdjęcie było zrobione tuż po jej przybyciu do Chicago – po długiej i pewnie męczącej podróży.

        A bliższe „obcowanie” z Panią Holland, jest nie tylko interesujące, ale i miłe.
        Lubię choćby jej otwartość i zupełny brak pretensjonalności.

        I tak sobie jeszcze pomyślałem: cóż by mi przyszło z rozmowy z jakąś wypindzlowaną pięknie a próżną „laską”, która by wyglądała, jakby dopiero co wyszła ze spa i od vizażystki… zwłaszcza gdyby nie miała nic interesującego do powiedzenia? ;)

        • sarna Says:

          Odwieczny dylemat: czy być głupim i pięknym czy …
          :) Nie marudź, więcej optymizmu Amicusie. Wg mnie można, jak się kobieta postara, postawić znak równości pomiędzy kobietą piękną wizualnie („wypindzlowaną pięknie, taką która wygląda, jakby dopiero co wyszła ze spa, od vizażystki i od fryzjera”), a kobietą interesującą intelektualnie. Problem w tym, by chcieć się postarać. Poza tym nie udawaj, że nie zauważasz jak wygląda kobieta z którą rozmawiasz, albo, że w rozmówczyni nie dostrzegasz kobiety, a tylko to co mówi. Nie miałam intencji dokuczyć Pani Holland, ale mam mały żal do Niej, że się nie postarała, bo w jakiejś mierze przecież promuje tę naszą rodzimą wieś, a wiadomo – jak Cię widzą, tak Cię piszą. Tłumaczenia, że dopiero przyleciała i takie tam .. nie kupuję, bo nie rozmawiamy o umyciu włosów, a ich malowaniu, ale ponieważ jesteś mężczyzną więc zapewne nie bardzo widzisz różnicy ;).
          Na co dzień spotykam mamy chorych dzieci, które mimo niedostatku kasy i czasu dbają o siebie, a Pani Holland stać było na fryzjera.
          Mów co chcesz o wyższości intelektu nad urodą i jak nic się z Tobą zgodzę w tym temacie, ale imię żyjącej w zamierzchłych, antycznych czasach Nefertete przetrwało do dziś dzięki urodzie, a nie intelektowi. I nawet jeśli była mądrą kobietą, to dziś źródła pisząc o niej sławią jej urodę, a nie intelekt. tak więc nie lekceważyłabym :) wizażu, zwłaszcza w czasach gdzie marketing i public relations jest tak istotny, o jego roli w show biznesie nie wspominając.
          Tyle tytułem wstępu i fermentu ;). Filmy Pani A. Holland że tak kolokwialnie powiem – lubię, a Panią A. Holland darze wielkim szacunkiem (mimo Jej odrostów).

        • Logos Amicus Says:

          To prawda, są sytuacje, w których uroda kobiety ma dla mnie większe znaczenie, niż jej intelekt ;)

          I oczywiście – co tu kryć i się krygować – że w Agnieszce Holland dostrzegłem także kobietę :)
          Nie pozbawioną naturalnie… swoistego uroku (i to też piszę bez zmrużenia okiem).

          PS. A Nefretete? Czy wiesz, że podobno nigdy nie myła głowy? (zresztą o tym, co się działo pod tymi perukami egipskich władczyń, to lepiej nie mówić ;) )

        • sarna Says:

          „O tym, co się działo pod tymi perukami egipskich władczyń, to lepiej nie mówić ;)” – egipskie królowe kształtowały losy imperium, a tym samym miały wpływ na historię. Co się działo pod perukami? – pod perukami rodziły się intrygi, plany mordów, strategie gospodarcze i wojenne, a także flirty i historie miłosne.

          – Brrr! pierwszy raz słyszę rewelacje o nie myciu głowy przez Nefretete, ale chyba też ich nie szukałam, bo moją czujność uśpiła wiedza, która posiadam „od zawsze”, że kąpała się w oślim mleku, więc założyłam, że wręcz przesadnie dbała o higienę.
          W historii świata znane są kobiety, której dbały o cnotę czystości, ale tylko w odniesieniu do łoża, jak np. św. Jadwiga, żona Henryka Brodatego – i wychodzę na malkontenta :)

          PS Wracając do meritum Twojego wpisu – nie brnąc dalej w tłumaczenia, chcę podkreślić, że ja naprawdę darzę wielką estymą Panią A. Holland. Jej sposób myślenia i postrzegania jest mi bliski, a filmy są kawałkiem dobrej roboty.
          Z wielkim zaciekawieniem czekam na dalszy ciąg wywiadu.

    • Ewa Says:

      Dziękuję tamaryszku, zwróciłaś uwagę na zdania, które i mnie zainspirowały. Dobrze, że nie tylko żyć, ale i umierać (czy umrzeć) można ciekawie. I może bez morfiny nawet, jest to dostępne.
      U tamaryszka też, można przeczytać że 2 minuty narzekania zupełnie wystarczą. Polecam.
      A może L.A. – napisał byś coś z cyklu „Vita e bella” (nie koniecznie o filmie R. Benigni’ego).
      Ciekawa jestem dyskusji w „Dur”. Tego „moll” strasznie już dużo.

      • Logos Amicus Says:

        A mnie się wydawało, że ostatnio na moim blogu dominuje tonacja „dur” ;)
        Nie wiem co prawda, jaka jest tego przyczyna – zewnętrzna czy wewnętrzna – ale coś mi się wydaje, że zewnątrzna: bo wiadomo, kryzys, coraz bardziej niepewne czasy, no i jeszcze takie a nie inne filmy.
        Ale rzeczywiście… najlepiej chyba jednak jest, jak się „dur” przeplata z „moll”.

        A cykl „Vita e bella”? Niewykluczone, że będzie :)

      • Kinga Says:

        No to może – specjalnie dla Ewy – coś o śmiechu w tonacji moll a nawet dur:

        „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość.”
        Woody Allen

        „Śmiejmy się, kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie!”
        Pierre Augustin Caron de Beaumarchais

        „Po niektórych salwach śmiechu pozostali ranni.”
        Aleksander Kumor

        „Ze wszystkich zwierząt jeden człowiek umie się śmiać, choć on właśnie ma
        najmniej powodów.”
        Ernest Hemingway

    • Logos Amicus Says:

      Tamaryszku,
      o tym sensie/bezsensie, to można by bez… nomen omen końca ;)

      Mogę tylko powtórzyć to, co napisałem w odpowiedzi dla giocarte:

      „Co do sensu. Uważam, że dostępny jest nam tylko ten sens – jak to ująłeś – „lokalny”, czyli sens, jaki sami nadajemy swojemu życiu… żyjąc.
      A jaki jest sens metafizyczny – ten w kategoriach absolutnych?
      Ja tego nie wiem. I uważam, że wiedza o tego typu sensie jest dla ludzi niedostępna – tak jak niedostępny jest dla nas sam Absolut (choć ludzie religijni, a zwłaszcza mistycy) twierdzą, że się tam można zapuścić z naszą myślą, czuciem, intuicją, za pomocą np. intensywnej medytacji czy iluminacji.
      Przy czym, nawet jeśli ja tego sensu mnie znam, to nie znaczy, że tego sensu nie ma.”

      I Agnieszka Holland spięła to świetną klamrą tych odmiennych perspektyw dwóch różnych – stojących w obliczu własnej śmierci – kobiet.

      PS. Zdjęcie zrobiłem sam. A dalszy ciąg wywiadu, wraz z recenzją z „W ciemności”, powinien się ukazać na mojej stronie jutro.

  15. FUNDAMENTY I PRÓŻNIA (o istocie dobra i zła słów parę) « WIZJA LOKALNA Says:

    […] ukazał się na „Wizji” wywiad z Agnieszką Holland (cz. I przeczytać można TUTAJ, natomiast cz. II – TUTAJ). Podjęta tam została m.in. kwestia pochodzenia (a także samej […]

  16. tamaryszkowe pre-teksty Says:

    […] film na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago. Zrecenzował i przeprowadził rozmowę z reżyserką. Tu i […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s