„SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ”, „DRIVE”, „MARTHA MARCY MAY MARLENE”, „GAINSBOURG”… czyli jesień w kinach

Po letniej posusze w kinach, jesienią wysypało się na amerykańskie ekrany sporo ciekawych filmów, których obejrzenia nie mogłem sobie odmówić.

Jak ściśle nasza tożsamość przylega do naszej skóry?

*

„SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ” (La piel que habito, reż. Pedro Almodóvar)

** * * * * *

Ostrzyłem sobie apetyt na ostatniego „almodóvara”, oglądając klipowe migawki oraz stop-klatki z jego najnowszego filmu, gdzie lśniąca, nieskazitelnie czysta, niebiesko-chromowa kolorystyka obrazu doskonale harmonizowała z ostrym jak chirurgiczny skalpel rysunkiem całej kompozycji. I jeszcze te piękne, emanujące erotyzmem twarze Eleny Anay’i i Antonio Banderasa wypełniające całe kadry. Jak również motyw, czy też kwestia do zgłębienia, zapowiedziana już samym tytułem filmu: czy rzeczywiście „skóra, w której żyjemy” (twarz) definiuje i określa naszą tożsamość? Przy czym, wydało mi się to pytaniem retorycznym, bo przecież żaden twórca zajmujący się „głębią” człowieka nie odpowie na nie pozytywnie. (Któż bowiem chciałby być uznany twórcą „naskórkowym”?).

Niestety, okazało się, że film Pedro Almodóvara ślizgał się tylko po powierzchni, a to co mogło stanowić w nim głębię, było tylko dziwactwem.

Pedro Almodóvar na planie "Skóry"

Pedro Almodóvar na planie „Skóry”

Teraz, po obejrzeniu „Skóry” waham się, czy aby „głębia” jaką wydawały mi się posiadać wcześniejsze obrazy hiszpańskiego reżysera nie wynikała z tego, że owo charakterystyczne dla siebie „dziwactwo” potrafił on zaprzęgnąć tam do napędzania historii, które potrafiły nas wciągnąć i zaabsorbować – dzięki czemu wydawały się nam one bardziej interesujące, niż dziwaczne. Dochodził do tego jeszcze styl reżysera, którego swoboda i swoisty anarchizm doskonale współgrał z niezwykłością sytuacji, w jakich umieszczał swoje postaci Almodóvar, wpędzając je w perypetie – wprawdzie zawracające nam w głowie, ale nie nadużywające naszej intelektualnej cierpliwości i nie budzące większego krytycyzmu.
Teraz, kiedy Almodóvar stał się w „Skórze” aż tak precyzyjnym formalistą, większość jego dawnego czaru wydaje się pryskać, a spoza tej nowej, pięknej estetycznie formy, zaczyna ziać pustką a nawet bezsensem, co sprawia, że odczuwamy pokusę, czy aby to wszystko, co pokazuje nam reżyser na ekranie, nie nazwać… no właśnie… bzdurą?

Banderas gra pozbawionego skrupułów chirurga plastycznego – geniusza, który w odciętym od świata (choć położonym w samym Toledo) laboratorium „ulepia” swoją Galateę.  Jednakże Dr. Robert bardziej przypomina opętanego swoją demiurgiczną mocą Frankensteina (zbyt subtelny w swoich sugestiach i odniesieniach do klasyki kina czy malarstwa i sztuki Almodóvar raczej w swoim filmie nie jest), niż kochliwego i delikatnego Pigmaliona. Istota, którą tworzy Dr. Robert coraz bardziej zaczyna przypominać rysami jego żonę, która przed laty została dotkliwie poparzona w wypadku samochodowym i już nigdy nie zdołała powrócić do normalnego życia, popełniając w końcu samobójstwo. (Nota bene, trupów w „Skórze” Almodóvara jest zatrzęsienie, lecz ze zrozumiałych względów nie mogę tu zdradzać zarówno tego, kto w końcu zostaje ukatrupiony, jak i wątków samego scenariusza, który tworzy zwykły dla tego reżysera, konwulsyjny i mocno pokrętny sposób narracji. Tym bardziej, że poszczególne elementy łamigłówki ujawniane są widzowi sukcesywnie i z czasem – a na niektóre z nich trzeba czekać naprawdę długo i cierpliwie.)

Moje największe rozczarowanie filmem Almodóvara wynika z tego, że prezentuje on nam psychologię jak z komiksu, a wypracowana forma tylko ową psychologiczną płyciznę bardziej uwidocznia. A przecież miał tu reżyser wystarczająco materiału na to, by ukazać nam całe skomplikowanie wzajemnych relacji i zależności człowieka między jego życiem wewnętrznym a zewnętrznym, między jego identyfikacją seksualną wewnętrzną i zewnętrzną, między jego psychiką a skórą i ciałem. Albo zająć się tym, jak powierzchowność i zmieniająca się cielesność wpływa na zmiany w poczuciu tożsamości i osobowości kogoś, kto tego doświadcza. Nic z tego. Dotknięcie człowieka przez Almodóvara jest właśnie naskórkowe, a zamiast wędrówki w jego duchowe (psychiczne) wnętrze, mamy efekciarski galimatias cielesnych wygibasów, które bardziej nas bawią i wywołują śmiech (na domiar złego nie jestem pewien, czy przez reżysera zamierzony), niż skłaniają do jakiejkolwiek refleksji, choćby nawet była ona podszyta katarktycznym strachem.

Jak z Tycjana, Goyi i Velazqueza? Artystyczne pretensje Almodóvara nie ratują jego filmu.

*

„MARTHA MARCY MAY MARLENE” (reż. Sean Durkin)

** * * * * *

Tak się złożyło, że film ten, będący debiutem reżyserskim Seana Durkina, obejrzałem nazajutrz po projekcji najnowszego filmu Pedro Almodóvara. Co za kontrast! Stary hiszpański „wyjadacz” – celebryta i pieszczoch ulubieńców kina europejskiego z artystycznymi ambicjami – wydał mi się w tym zestawieniu sprokurować obraz krzyczący manieryzmem i pretensjonalnością, które chyba wykończyłyby każdy temat. Napuszona sztuczność jaka emanowała ze „Skóry, w której żyję” jeszcze bardziej raziła post factum, kiedy się konfrontowało ją ze stonowaną intensywnością i uważną narracją filmu Durkina. W porównaniu z psychiczną złożonością  postaci „Marthy”, psychika bohaterów „Skóry” Almodóvara wydawała się być wręcz śladowa.

„Martha Marcy May Marlene” to studium psychicznego uzależnienia i podstępnej tresury, której ofiarą padają ludzie poddani praniu mózgów zgotowanym im przez przywódców sekt i kultów, do jakich uciekli oni przed światem, poszukując utopijnej krainy szczęśliwości. Jak wiemy – a wystarczy tu przypomnieć sobie losy sekty Davida Koresha a zwłaszcza Charlesa Mansona – zwykle kończy się to tragicznie, i to nie tylko dla ludzkiej psyche. W filmie tym taką ofiarą jest 20-letnia Martha Marcy May Marlene (owe liczne imiona świadczą jedynie o osobowościowej konfuzji dziewczyny), która ucieka z para-hipisowskiej komuny po dwuletnim w niej pobycie i próbuje uzyskać równowagę psychiczną w letniskowym domu swojej siostry – wydawałoby się przykładnej i dobrze ustawionej w konsumpcyjnym społeczeństwie, nowoczesnej „burżujki” (choć dopiero „burżujem” par excellance okazuje się jej świeżo poślubiony mąż).
To, że na ekranie widzimy prowadzone równolegle i przenikające się nawzajem wątki losów Marthy w komunie oraz jej perypetie zmagania się z własnym okaleczeniem psychicznym i paranoją w domu siostry, nadaje tylko filmowi wieloznacznej gęstości, która budzi w nas całe morze skojarzeń i asocjacji. Stąd właśnie poczucie nasycenia, jakie odczuwamy po zetknięciu się z tym niezwykłym obrazem. Nie bez znaczenia jest tu także znakomita, rzucająca się w oczy gra Elizabeth Olsen, która rolą Marthy pokazała, że jest aktorką po jakiej wiele możemy się jeszcze w przyszłości spodziewać. Naprawdę ta dziewczyna jest rewelacyjna.

Uciec od swojej „kultowej” przeszłości (Elizabeth Olsen)

Być może film dryfuje niekiedy zbyt daleko ku jednoznaczności (członkowie kultu-komuny to psychopatyczna banda oderwanych od rzeczywistego świata społecznych „wyrzutków”, którzy sterroryzowali biedną, naiwną, słabą i bezbronną dziewczynę), ale zatrzymuje się jednak także na tych elementach, które mogą nam uzmysłowić swoisty powab sposobu życia, jaki oni wybrali (sielankowa wręcz sceneria osadzonej w para-waldenowskiej scenerii farmy, gdzie można znaleźć azyl chroniący przed szalonym, zakłamanym, pazernym, wchłaniającym człowieka i gwałcącym naturę światem konsumpcji). Możemy się też domyślać, że skoro Martha wytrzymała na farmie aż dwa lata (nie była przecież przetrzymywana tam siłą), to jednak odnalazła tam coś, co ją z tymi ludźmi wiązało – i coś, co ją przy tym sposobie życia trzymało. Pomagają nam w tym choćby takie sceny jak ta, w której przywódca komuny śpiewa, akompaniując sobie na gitarze, napisaną specjalnie dla Marthy piosenkę, zdolną chyba „rozkleić” każdego, kto jest choć trochę podatny na liryczno-miłosną empatię.
A dlaczego tam uciekła od swojego „normalnego” świata?
Film w zasadzie nie zajmuje się głębszą analizą powodów tej decyzji Marthy, ale niejaką odpowiedź możemy chyba usłyszeć w tych momentach, kiedy – mimochodem właściwie – zarzuca ona mężowi swojej siostry, że stał się on niewolnikiem życia, w którym najważniejsza jest zawodowa kariera, pieniądze i gromadzenie konsumpcyjnych dóbr; albo pyta się swojej zamężnej siostry, czy to prawda, że „married people don’t fuck”?
Choć rzeczywiście można odnieść wrażenie, iż takie wyjaśnienia są cokolwiek banalne a nawet trywialne, to… czy aby właśnie one nie określają najlepiej motywów ludzkiego zachowania? Czy nasze wybory, które są w sumie proste, nie opierają się aby głównie na prymitywnych pobudkach i czy dopiero później nie staramy się je afirmować, nadając im „wyższego” znaczenia i bardziej ludzkiej głębi?

„DRIVE” (reż. Nicolas Winding Refn)

** * * * * *

Duńczyk przyjeżdża do Hollywood by kręcić europejski film wzorujący się na amerykańskim kinie gatunkowym. Duńczykiem jest Nicolas Winding Refn, filmem – „Drive”, a gatunkiem – kino noir z elementami thrillera i kryminału. Ale „Drive” jest nie tylko ćwiczeniem się w stylu. Formalna strona obrazu przestaje zwracać naszą uwagę, kiedy coraz głębiej wchodzimy w jego treść, absorbując przy tym wywołane przez bohaterów (i ich czyny) emocje. Zrazu jesteśmy nieco uśpieni przez sączącą się spoza ekranu muzyczkę, połechtani estetycznie elegancją ujęć, uspokojeni pewną pospolitością pojawiających się na ekranie ludzi… ale to jednak nie trwa długo. Jak to w życiu bywa: jego nuda i rutyna zmieciona jest nagle przez gwałt jaki zadaje mu los, następuje szybka eskalacja napięcia i człowiek – sam nie wiedząc kiedy – zostaje wywrócony na nice, stając się kimś zupełnie innym w rzeczywistości, która nagle odsłoniła przed nim swe ukryte dotychczas warstwy. Nic dziwnego, że jego szok staje się naszym szokiem – co tylko potwierdza efektywność z jaką film potrafi na nas oddziaływać.

Gwałtowne wydarzenia wciągają jak wir (Ryan Gosling)

Grany przez Ryana Goslinga Kierowca (to, że pozbawiony jest on nazwiska – a wraz z nim swojej przeszłości i rodzinnego zakotwiczenia – nie jest w całej tej historii bez znaczenia) pracuje na pół etatu w charakterze kaskadera przy produkcji filmów, dorabiając w międzyczasie jako kierowca do wynajęcia przez lokalnych rabusiów. Wszystko toczy się w miarę przewidywalnie – nawet adrenalina, której łaknie nasz bohater, wydaje się być kontrolowanie dozowana… Do czasu, kiedy Kierowca poznaje swoją sąsiadkę, a zaraz potem jej męża, który miał tego pecha, że podpadł szajce lokalnych bandziorów. Wkrótce kaskader uwikłany zostaje w wydarzenia, które przewrócą jego życie do góry nogami, a niewykluczone, że i będą mogły temu życiu położyć gwałtowny kres. Lecz nie chciałbym tu zdradzać przebiegu zdarzeń. Tym bardziej, że wielką siłą filmu jest to, że trudno nam przewidzieć kolejne zwroty akcji.

W filmie jest sporo scen brutalnych, które ktoś nastawiony do obrazu Refna bardziej krytycznie mógłby nazwać okrutnymi czy wręcz sadystycznymi. Jeśli więc odzywa się gdzieś w nim melodramat, to jest on natychmiast przytłoczony dramatycznym gwałtem, bezlitosną konsekwencją rozkręcającej się machiny przemocy, miażdżącej w swoich trybach tych, którzy przecież sami wprowadzili ją w ruch. Jeśli więc jest to fatalizm, to fatalizm ten sprowokowali sami ludzie. Ale czy z kolei oni sami nie stali się ofiarami okoliczności, w które wpędziło ich życie?
Mocny film, który przywraca siłę i nowość dawno – wydawałoby się – zgranym przez kino chwytom. A to zdolne są uczynić tylko filmy, w których nie zagubił się autentyzm, może nawet pasja, jaką się wkłada w stworzenie każdego jego kadru.

„GAINSBOURG” (Gainsbourg (Vie héroïque), reż. Joann Sfar)

** * * * * *

Serge Gainsbourg

Pełny francuski tytuł tego filmu brzmi: „Gainsbourg (Vie héroïque)”, czyli „Gainsbourg (życie heroiczne)”. Nic więc dziwnego, że po obejrzeniu tego obrazu można się zastanawiać na czym właściwie ten heroizm piosenkarza polegał? Czyżby na przezwyciężeniu swojej żydowskiej „gęby”? (Zniesmaczonym tym obrazowym określeniem trzeba wiedzieć, że sam reżyser filmu Joann Sfar z owej „Gęby” zrobił pojawiające się często na ekranie, monstrualne alter ego naszego „bohatera”.) A może nawet na wykorzystaniu tej „gęby”, (która nota bene dość drastycznie kontrastowała z wszelkim kanonami męskiej urody) do zdobycia popularności oraz tak lubianego ponoć przez Francuzów statusu „uroczego brzydala”? (vide: Jean Paul Belmondo czy Jean Gabin). Może na zaliczaniu kolejnych kobiet, wśród których – tak się jakoś zdarzyło – były największe bóstwa seksualne epoki, począwszy od Juliette Greco, poprzez Brigitte Bardot i Claudię Cardinalle, po Jane Birkin a nawet idąc jeszcze dalej – aż do Vanessy Paradise? A może był to heroizm egzystencjalny – stawianie czoła absurdalnej, pełnej bólu, cierpienia i poczucia bezsensu condition humaine?
Niestety, z filmu Sfara tego się raczej nie dowiemy.
Dlaczego?
Bo jest on bardziej fantazyjnym zbiorkiem anegdot z udziałem Gainsbourga, niż ukazaniem jego prawdziwego życia, nie mówiąc już o jego twórczości i głębszym wniknięciu w jej istotę.

Początek filmu był całkiem obiecujący, ale im szło to dalej, tym częściej zadawałem sobie takie oto pytanie: „Mój Boże, to niemożliwe, żeby ten facet był taki płytki!?”. To tak ma wyglądać Baudelaire czy Apollinaire naszej epoki? (A tak nazwał Gainsbourga sam prezydent Francji François Mitterrand, co stanowi jeszcze jeden dowód na to, że i prezydentom zdarza się opowiadać niedorzeczności). Czyżby naprawdę Gainsbourg składał się wyłącznie z pozy? A główna aktywność w jego życiu sprowadzała się do palenia jednego za drugim papierosów, picia, grania na pianinie, śpiewania i uwodzenia kobiet? Czy on naprawdę już o niczym innym nie myślał, tylko o – pardon my French – dupczeniu, które zbyt często mylił z miłością?
Skądinąd wiem, że to niemożliwe… no bo ileż można? Podejrzewam, że jednak wnętrze miał Gainsbourg znacznie głębsze, niż to ukazywał ten film, Że gryzły go egzystencjalne potwory i nękały demony strachu – bo jakże inaczej wytłumaczyć jego nieprzemożną skłonność do autodestrukcji i ekshibicjonistyczną desperację, dzięki której mógł on karmić swój narcyzm, (wykorzystując nawet do tego tą swoją notoryczną brzydotę)?

Ulegają mu najpiękniejsze kobiety świata. Dlaczego?

Ale na filmie Sfara tego nie zobaczymy. Zamiast tego mamy kolorową i rozbrykaną wersję estradową. Przyznaję – miłą dla oka, (zwłaszcza wtedy, kiedy na scenie pojawiają się piękne kobiety), mającą swój urok, świetnie zagraną, ale… nic ponadto. Wszystko bowiem zatrzymuje się na kanwie czystej rozrywki. Więc jeśli ktoś tylko tego szuka w kinie, to ten obrazek chyba go nie zawiedzie. Natomiast ci, którzy fenomen popularności Gainsbourga będą chcieli zrozumieć naprawdę, źródeł wiedzy o tym muszą poszukać gdzie indziej.

W sumie film wpisuje się w nurt biografii, które mitologizują, jak również poddają uromantycznieniu swojego bohatera wyłamującego się powszechnie przyjętej moralności – będącego na bakier ze zdrowym rozsądkiem, niszczącego swoje ciało i psychikę używkami oraz seksualnym ekscesem, terroryzującego tak naprawdę swoje otoczenie i najbliższych mu ludzi – a przy tym podtrzymują (lub tworzą) jego „bohaterski” wizerunek ikony kultury masowej. Jednym słowem, filmowy Gainsbourg to kolejny przypadek pop-kulturowej martyrologii – kultu, który w bezkrytycznym i bezrefleksyjnym uwielbieniu stawia sobie na ołtarzyku kolejnego urojonego bożka, który podobno cierpi katusze Weltschmerzu, zaczadzając się przy okazji papierosowym dymem i topiąc w hektolitrach whiskey, czy tam koniaku.

Nie, nie… nie mogę tej recenzyjki na tym zakończyć. Bo przecież któż z nas nie zna „Je T’Aime…Moi Non Plus” – rzeczywiście zmysłowo i klimatycznie wyrecytowanej i wyszeptanej przez Serge’a oraz zanuconej i wystękanej przez Jane Birkin? Nie mogę tego ukrywać, że i ja mam do tego kawałka słabość – do czego niewątpliwie przyczyniają się moje, adekwatne do treści „Je T’Aime” osobiste wspomnienia. Ale gdy tak słucham innych piosenek Gainsbourga i Birkin, tudzież „śpiewu” Bardotki (myślę tu zwłaszcza o nagranym przez nią wspólnie z Gainbsbuirgiem klipie „Bonnie & Clyde” – zupełnie moim zdaniem idiotycznym); albo produkowania się Gainsbourga w piosence o kazirodztwie śpiewanej w duecie z własną córką Charlottą Gainsbourg (przypominam: aktorka, którą mogliśmy zobaczyć ostatnio w „Melancholii” i „Antychryście” von Triera) – to sobie myślę: „Bez żartów! Przecież ci ludzie w ogóle nie umieją śpiewać!” Ale potęga mitu, mody na decadence i głodu bożyszczy działa.

Jane Birkin i Serge Gainsbourg – awangarda zachodniej rewolucji seksualnej

**

Reklamy

Komentarze 24 to “„SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ”, „DRIVE”, „MARTHA MARCY MAY MARLENE”, „GAINSBOURG”… czyli jesień w kinach”

  1. Torlin Says:

    Rzeczywiście, kiedy się ogląda zdjęcia z jej młodości, to nie można się nadziwić, że 23-letnia śliczna dziewczyna zakochała się w takim facecie po czterdziestce. Ale może rzeczywiście miał to coś…

    • Logos Amicus Says:

      Dziwisz się, że dwudziestokilkuletnia dziewczyna może się zakochać w młodym facecie po czterdziestce? (To jest przecież najlepszy wiek dla mężczyzny)
      To jest zresztą na porządku dziennym. Wystarczy, że gościu ma to „coś” ;)

  2. Onibe Says:

    interesująco piszesz o nowym Almodovarze. Na podstawie wcześniejszych filmów postrzegam tego reżysera jako twórcę mocno sprofilowanego, niszowego w pewnym sensie. Tematem ulubionym przez Pedro zawsze były kobiety i kwestia seksualności. M.in. z tego powodu w jego filmach gęsto i często pojawiają się różnego rodzaju biedacy zagubieni poza granicami fortec płci: transwestyci czy transseksualiści. Nigdy natomiast nie zauważyłem u niego zainteresowania człowiekiem poza limesem seksualności. U niego wszystko się właśnie do płci zawsze sprowadzało. Rzec można: współczesny Freud. W tym ujęciu „Skóra” to chyba wypadek przy pracy, ewentualnie próba powiększenia laboratorium. Filmu nie widziałem, ale jak wnoszę z Twoich opinii, nieudana jest to próba.

    z kolei to co piszesz o Gainsbourgu… hehe, jakoś tak automatycznie skojarzyło mi się z filmami Koterskiego, od „Dnia świra” po kolejne. Ciekawe czy to skojarzenie trafne, czy całkowicie od czapy?

    • Logos Amicus Says:

      „Skóra” to chyba najsłabszy (wg mnie, oczywiście) film Almodóvara, jaki oglądałem – mimo tej mocno wypracowanej, eleganckiej formy, która chyba jeszcze bardziej podkreśla pustotę tego filmu. A pewna „dziwność”, tak charakterystyczna dla wszystkich filmów tego reżysera (nadająca im – do tej pory – taki dość intrygujący rys oryginalności), tu niestety staje się tylko dziwacznością.
      Tak, Almodóvar zdaje się być zafiksowany w pewnym sensie na płciowości, oraz zachwianiu tożsamości (sam jest bodajże homoseksualistą, więc może to mieć w tym jakieś znaczenie), ale jego dotychczasowe filmy były jednak interesujące (bardziej pełne) także pod względem psychologicznym. „Skóra” natomiast wydaje mi się zupełnie pod tym względem niewiarygodna.

      PS. Skojarzenia Gainsbourga z Koterskim chyba raczej nietrafione ;)

      • podróże&różne Says:

        A mnie osobiście ten film się podobał, i wbrew przeciwnie, skłonił do kilku ważniejszych refleksji, min. nad skórą, jako cielesną powłoką, urodą, wyglądem, płciowością. Rodzajami ludzkiej miłości i siły. I skórą w sensie ludzkiej powierzchowności i głębi jednocześnie. Bo za czym biega ludzkie oko jak nie za „skórą” wszelkich rzeczy… Oraz nad rodzajami ludzkich uczuć i tego, od czego one zależą… Czy jest w nich jakaś, inna siła, prócz widzialnej. I czy to skóra wpływa na nasze wnętrze, czy wnętrze na skórę. No własnie. Co mnie ukształtowało, co ukształtowało innych ludzi… Fizyczność i geny kształtowały ducha, czy duch mój kształtował fizyczność. Co było pierwsze. … Skóra czy dusza. I wiele jeszcze innych, za długich refleksji na komentarz. Film powierzchowny, ale być może jest tym, co ma w tytule – „skórą w której żyje”. Być może taki miał być…, żeby skłonić widza, do wejścia pod groteskową powierzchnię, trzeba by o to, zapytać reżysera ;)
        Pozdrawiam :)

        • Logos Amicus Says:

          Good for you! – że tak odebrałaś ten film i że sprowokował on Ciebie do takich refleksji.
          Ja liczyłem bardziej, że sam Almodóvar wejdzie głębiej w ten temat (psychologicznie, może nawet filozoficznie), ale on w zasadzie zadowolił się tylko formą, czyli powierzchnią, serwując nam przy tym bardzo nieprawdopodobną historię. Dlatego pewnie zaczęła mnie nieco irytować dziwaczność tego filmu. Ale oczywiście nie muszę chyba dodawać, że jest to moje, bardzo subiektywne odczucie. Być może nawet… moja strata, że ten film nie sprawił mi satysfakcji, (którą zwykle sprawiały mi inne filmy Almodóvara).

          A jeszcze a propos tożsamości i skóry.
          Przypomniało mi się, że kiedyś (przy okazji wpisu o autoportretach malarzy) napisałem coś takiego:


          „Na ile nasza skóra jest zrośnięta z naszą tożsamością?
          Kim byśmy się stali gdyby przeszczepiono nam twarz innego człowieka? (O ile dobrze sobie przypominam, podobnej operacji dokonano niedawno we Francji… lecz chodziło chyba tylko o nos i podbródek).
          Nasze przywiązanie do zewnętrznej powłoki jest totalne. Wręcz utożsamiamy z nią całe nasze jestestwo. Stąd niewątpliwy szok jaki wywołałaby podobna transformacja, gdybyśmy nagle obudzili się z inną twarzą.
          Czy możemy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ludzie mogli zmieniać twarze jak rękawiczki?
          Jaki to miałoby wpływ na ich osobowość? Na międzyludzkie relacje?
          Trudno byłoby uniknąć dezorientacji związanej z rozchwianiem się tożsamości, jakie niewątpliwie by to za sobą pociągnęło.”

  3. Peckinpah Says:

    Nie widziałem jeszcze żadnego filmu Almodovara, będę pamiętał, aby nie zaczynać od „Skóry w której żyję” :)
    „Drive” Refna bardzo mi się podobał – wykreowany przy pomocy nastrojowych zdjęć i odpowiednio dobranej muzyki klimat wciągnął mnie już od początku, a fabuła, choć nieco przewidywalna, momentami zaskakuje i trzyma w napięciu. Gosling jest przekonujący zarówno jako kontrolujący swoje emocje kierowca jak i nieobliczalny i groźny antybohater. Akcja w filmie Refna powoli nabiera tempa i przyśpiesza tylko sporadycznie, w momentach pełnych napięcia. „Drive” przypomina mi filmy sensacyjne z lat 70-tych, w których akcja i fabuła były tylko dodatkiem i pretekstem dla wyczynów głównego bohatera – outsidera i samotnika, ceniącego spokój i wolność, walczącego o te cenne dla każdego człowieka wartości. [to są zdania skopiowane z mojej recenzji]
    Nie przepadam za tą „mamroczącą” piosenką „Je t’aime…”, ale lubię Jane Birkin jako aktorkę, podobała mi się zarówno w komediach (u boku Pierre’a Richarda) jak i w kryminałach według Agaty Christie (np. „Śmierć na Nilu”), ale nie widziałem jej w zbyt wielu filmach.

    • Logos Amicus Says:

      Z filmami Almodóvara warto się moim zdaniem zapoznać. Ale rzeczywiście, lepiej tej znajomości od „Skóry” nie zaczynać… chociaż… kto wie? Przecież mógłbyś zupełnie inaczej odebrać ten film, niż ja. Nie można więc przesądzać.

      Dla mnie fabuła „Drive” była jednak bardziej zaskakująca, niż przewidywalna. Choć to prawda – bardziej zaskakiwała mnie przemiana głównego bohatera, niż te jego gangsterskie perypetie.

      Piszesz, że nie przepadasz za „Je t’aime…”? Może właśnie dlatego, że należysz do znacznie młodszego pokolenia, dla którego piosenka ta była niemalże kultowa. To taki hymn epoki rewolucji seksualnej. Ewentualne walory muzyczne tego utworu, mają tu chyba drugorzędne znaczenie.

  4. Ewa Says:

    Zainteresowałeś mnie filmem „Martha Marcy…” Seana Durkina. Bardzo interesująco i plastycznie skomentowany.
    Wy w Chicago macie Festiwal Filmu Polskiego, my we Wrocławiu Festiwal Filmu Amerykańskiego. Dla równowagi.

    • Logos Amicus Says:

      Przeglądałem program Festiwalu Filmu Amerykańskiego we Wrocławiu (dodatek do polskiego Newsweeka). Bogaty i ciekawy. Prezentowane będą głównie „niezależne” produkcje, filmy dokumentalne… większość raczej spoza hollywoodzkiego mainstreamu. Ma też być retrospektywa Billy’ego Wildera, Terrence’a Malicka, przegląd filmów o jazzie… Tylko pozazdrościć ;)
      A film, na który zwróciłaś uwagę w moim wpisie „Martha, Marcy…” jest chyba z tych wszystkich tytułów, które opisałem, najlepszy.

  5. Milkway Says:

    „Drive” – Nastawiałam się na zwykłe kino akcji sugerując się zwiastunem, który widziałam w kinach. Dostałam coś znacznie lepszego – wyważony dramat w bardzo estetycznej oprawie. Trup nie ściele się co dwie minuty, a główny bohater nie rozwala pół miasta uciekając przed ‚tymi złymi’. :) Tempo akcji jest jak charakter głównego bohatera, nieśpieszne, ale metodyczne, ale czasami może wybuchnąć. Właśnie, główny bohater jest fascynujący, i nie mówię tu o powierzchowności Goslinga. ;) Driver wydaje się być na początku w miarę porządnym i utalentowanym chłopakiem pomimo tego, że dorabia odwożąc przestępców z włamów. A okazuje się, że jest raczej typem introwertycznego psychola.
    Muzyka inspirowana latami 80. jest genialna i nadaje filmowi niesamowity klimat.
    Żeby docenić „Drive” trzeba tylko trochę uważniej oglądać niż przeciętny film akcji, do jakich jesteśmy ostatnimi laty przyzwyczajeni. Gdyby „Drive” nakręcono jakieś 20 lat temu to dzisiaj na pewno byłby kultowy, a tak tyle osób kręci nosem, bo jest inny.

  6. Taichi Says:

    Dno, wodorosty i sześć metrów mułu. Kocham Almodovara od zawsze, Banderas też mi nie przeszkadza, niestety, dwa nazwiska nie wystarczą, żeby powstało dzieło. Mistrz wyraźnie spuścił z tonu. Są irytujące nieścisłości. Żeby nie zdradzać treści, spytam tylko: skąd główny bohater po sześciu latach wytrzasnął konkretną sukienkę? Nieprzekonująca gra, przemiana Banderasa kompletnie niewiarygodna, podstawa filmu zresztą także. Płasko i nieprzekonująco zarysowany wątek naukowy, ledwo liźnięty temat konfliktu ze szpitalem, tatuś lekarz nieprawdopodobnie głupi, jeśli chodzi o podejście do córki w traumie… Sztuczność, niedociągnięcia, kpina z inteligencji widza, całkiem niepotrzebne i nieusprawiedliwione epatowanie seksem, jednym słowem – żenada. Na dodatek trailery i reklama wprowadzają w błąd, to NIE JEST THRILLER. To jest pastisz, na dodatek kiepski. Jedyne, co ten film ciągnie (bo nie mogę powiedzieć, że ratuje), to Banderas, no i Elena Anaya, każdy ma na co popatrzeć – i panie i panowie. To jednak stanowczo za mało na film tak reklamowany, firmowany nazwiskiem naprawdę dobrego (…?) reżysera. Gdyby to była książka, powiedziałabym, że napisał ghost writer, a odpowiednia osoba podpisała. Rozumiem, że w tym przypadku mistrz jednak nadzorował pracę na planie. Tym gorzej. Efekty druzgocąco złe. Mam nadzieję, że po tej katastrofalnej zniżce formy mistrz wróci na dawne tory twórczości przemyślanej, ambitnej, a jednocześnie ciepłej i z poczuciem humoru. (Ach, „Volver”!) Czego sobie i wszystkim życzę. Nie wystarczy nazwisko, żeby film był wart oglądania. Jeżeli chodzi o „Skórę…”, można sobie spokojnie odpuścić wizytę w kinie, a jeśli ktoś chce mieć w głowie kompletną filmotekę hiszpańskiego mistrza, łącznie z tym gniotem, lepiej poczekać, aż film wejdzie na inne nośniki (prorokuję mu bardzo szybkie zejście z ekranów) lub obejrzeć toto w sieci.

    • Roma Says:

      Film jest manipulatorski. Przy dobrej woli można usprawiedliwić każdą niezręczność. Niezręczność, delikatnie mówiąc. Jeśli się spojrzy trzeźwiej, niekoniecznie przez pryzmat uwielbienia dla mistrza (czy dla aktora, aktorów), widać… bądźmy uprzejmi: niedociągnięcia. Już nie mówiąc o tym, że film powinien być o godzinę krótszy. No i – powtórzę – jest ewidentnie fałszywie serwowany. Nie jest dreszczowcem. Jest kaszaną. Może jako pastisz… kto wie, kto wie? Może znalazłby swoje miejsce w kinematografii.
      Podejrzewam, że pozycja reżysera ochroni to coś przed miażdżącą krytyką. W końcu każdemu się zdarza potknąć. Oby dalej było lepiej.

    • Logos Amicus Says:

      Widzę tu nie tylko zawód, ale i mocne rozczarowanie najnowszym filmem Almodóvara.
      Mam nadzieję, że jest to tylko jakaś wpadka przy (reżyserskiej) pracy.
      Swoją drogą ciekawi mnie jak „Skóra” została przyjęta w Europie. Moim zdaniem źle by się stało, gdyby tym filmem bezkrytycznie się zachwycono (jako kolejnym dziełem „Mistrza”), bo to by oznaczało niebezpieczeństwo dalszego brnięcia Almodóvara w (zamierzony/niezamierzony?) pastisz i dziwactwo.

      PS. Jeśli już to miał być pastisz, to chyba jednak nieudany. Może dlatego, że Almodóvar potraktował pewne wątki w swoim filmie zbyt jednak… poważnie. Tyle że film nie zyskał przy tym żadnej głębi a stał się czymś pretensjonalnym.

  7. babka filmowa Says:

    Mnie „skóra…” nie rozczarowała aż tak bardzo, choć w pewnym stopniu na pewno, ale też i nie olśniła, mimo, że Almodóvar postarał się trochę, by na chwilę oddalić się od drogi, którą kroczył od lat.
    No cóż, nigdy nie miałam wrażenia, że Pedro jest drugim Bergmanem kina, że robi głębokie dramaty psychologiczne. Odbierałam je zawsze jako tragikomedie obyczajowe, jako rodzaj terapii (czasem nawet może wstrząsowej) przez śmiech, dla samego autora, jak i dla widza, który nie będący na co dzień w temacie, może mieć trudności ogarnięcia tego całego zamieszania związanego z płcią, a jednocześnie jest ciekawy i gotowy chłonąć tę swoistą poetykę życia z nim związaną. Oczywiście, ładunek do refleksji, dla chętnych, każdy film zawiera w sobie odpowiedni, na przekór formie. Czy taki też spotykamy w „Skórze…?”. Też niespecjalnie zauważyłam. Mam wrażenie, że Almodóvar, może już trochę wypalony, zmęczony już od jakiegoś czasu, próbuje czegoś nowego dla siebie(„Przerwane objęcia”), tym razem pokusił się na thriller SF, w zupełnie nowej oprawie. Fakt, nie zmroził mnie nim, ale nadrobił to kilkoma pomysłami, które mi się spodobały. A poza tym, lubię go i jestem w stanie mu wiele wybaczyć. :) Jestem ciekawa, kiedy teraz zrobi następny film. Myślę, że nie nastąpi to szybko.

    • Logos Amicus Says:

      Przekonująca jest Twoja obrona Almodóvara.
      Ja też go lubię – wszystkie jego dotychczasowe filmy były dla mnie dość wyjątkowe. Na pewno zwracały uwagę i zostawały w pamięci.
      Być może właśnie dlatego, moje rozczarowanie „Skórą” wyraziłem dobitniej, niż gdyby to było w przypadku filmu innego reżysera, bardziej mi obojętnego.

      • babka filmowa Says:

        Doskonale Cię rozumiem, ja tuż po seansie także nie byłam super zachwycona, jestem bardzo przyzwyczajona do jego wcześniejszych filmów, tych gorących, pełnych życia i wigoru. Dopiero, gdy mi się „Skóra…” nieco „uleżała”, gdy nabrałam nieco dystansu zaczęłam dostrzegać i w niej Starego Pedro, jak zawsze bardzo kochającego kobiety. Na pewno ten film podoba mi się bardziej niż „Przerwane objęcia”.
        Władza chirurgii plastycznej nad ludźmi jest także niezłym i bardzo ważkim tematem, patrząc wprost na tę pokręconą historię. Poza tym rola jogi jako sposobu na życie też mi bardzo odpowiada w tym filmie, a który sama staram się pomaleńku wdrażać i uważam, że jest to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mnie spotkała w życiu. Ty zauważyłeś, co mi się bardzo podobało, scenę jakby wyjętą prosto z pewnego znanego obrazu, a ja chyba zainteresuję się autorką, którą czyta Vera w swoim eleganckim więzieniu, a mianowicie Alice Munro.
        Zafrapował mnie także wątek nienawiści córki do ojca w tym filmie.

        • Logos Amicus Says:

          „…zaczęłam dostrzegać i w niej Starego Pedro, jak zawsze bardzo kochającego kobiety”

          No właśnie… kto to powiedział że homoseksualiści nie mogą kochać kobiet? ;)

  8. sotion Says:

    Mamy podobne zdanie na temat ” Skóry ” Almodovara.
    Poza tym, chętnie się tu rozejrzę i poczytam :-)

  9. babka filmowa Says:

    Z przyjemnością, i zainteresowaniem, przeczytałam Twoją recenzję „Marthy….” Dopiero teraz, wcześniej nie czytałam. Ależ pojechałeś po Almodovarze, chyba jeszcze bardziej niż w samej recenzji „Skóry…”, porównując „skórę ..” z „Marthą…”. Ja bym aż tak nie przedkładała filmu Durkina (fakt, że jest debiutantem nie ma tu znaczenia) nad najnowszym dokonaniem Pedra. Każdy z tych filmów ma to „coś w swoim rodzaju. A już z tym zdaniem: „W porównaniu z psychiczną złożonością postaci “Marthy”, psychika bohaterów “Skóry” Almodóvara wydawała się być wręcz śladowa.” kompletnie nie mogę się zgodzić i poczułam się wręcz urażona w imieniu Pedra (tu najciekawsze były relacje Córki z chirurgiem). :) :) Złożoność psychiki Marthy nie jest chyba aż tak większa od złożoności psychiki Chirurga. Ona nie dokonuje jakichś wielkich egzystestencjalnych wyborów. Martha jest młodą dziewczyną, jakich wiele, zagubioną po śmierci matki, samotną (mieszka u jakiejś zwariowanej ciotki, siostra się nią nie interesuje bo sama jest jeszcze za młoda i za głupia), ucieka więc z domu i trafia do komuny, pod skrzydła Patricka, który doskonale wie, co robić – Opiekuje się nią, zastępuje jej ojca podbudowywuje jej ego (jesteś wodzem do niej mówi), w szamański sposób defloruje ją) – mówić (gdy trzeba krzyczy, z zaraz potem głaszcze i przytula), a także śpiewać – jakże słusznie zwróciłeś uwagę na tę balladę, mnie się już to nie zmieściło – wiadomo, że każda dziewczyna, nawet i starsza od Marthy, musi takiej balladzie ulec i rozkocha się w pieśniarzu. :) Nie widzę tu żadnej komplikacji psychologicznej. Owszem zaczyna się trochę dziać, gdy Martha trafia pod opiekę siostry i jej męża, którego Martah często utożsamia z Patrickiem. Wtedy się sprawy komplikują i zaczyna się thriller. Uważam, że lepszego zakończenia reżyser nie mógł wymyśleć, choć może się wydawać niesatysfkacjonujące dla widza, to jednak doskonale oddaje klimat, w jakim przyjdzie żyć teraz rodzinie Marthy i jej samej.
    Poza tym, z resztą, tym co napisałeś się zgadzam, także z Twoim zakończeniem: „Czy nasze wybory, które są w sumie proste, nie opierają się aby głównie na prymitywnych pobudkach i czy dopiero później nie staramy się je afirmować, nadając im “wyższego” znaczenia i bardziej ludzkiej głębi?” – tak też bywa niekiedy i w życiu, i w tym filmie także pewnie było, co widać było w postawie jaką Martha obrała wobec Teda, męża siostry. Choć… też nie wiadomo, czy ta wroga postawa wobec Teda i jego sposobu życia, nie wynikała bardziej z wcześniejszej indoktrynacji Patricka, który przecież nienawidził i niszczył burżujów, niż z jej przemyśleń – ona przecież miała wyprany mózg przez Patricka, czy tak szybko po ucieczce od niego zdolna była do samodzielnego myslenia i wyciągania wniosków?

    • Logos Amicus Says:

      Tak się teraz zastanowiłem nad tym, dlaczego napisałem o tej „śladowej psychice bohaterów Almodovara” w „Skórze”, co oczywiście trąci pewną złośliwością. Ale ta „złośliwość” bierze się z rozczarowania filmem reżysera, którego przecież lubię (mówię o dotychczasowych jego filmach). A konkretnie: wątki tam zawarte wydały mi się w pewnym momencie… no cóż… bzdurne. Niestety, naprawdę wtedy wpadło mi to do głowy, (choć tego typu słów staram się w moich recenzjach unikać) – i nic na to nie poradzę. To pewnie dlatego przestałem brać „na poważnie” występujących tam postaci, a co za tym idzie – ich psychiki. Po prostu wszystko to stało się dla mnie zupełnie nieprzekonywujące – w przeciwieństwie do filmu „Martha…”, który mnie wciągnął i gdzie zobaczyłem prawdziwego „ludzkiego” bohatera (czy też raczej bohaterkę – bo mam na myśli dziewczynę graną nota bene świetnie przez Elizabeth Olsen). I przy tym nie jest ważne to, czy ona miała skomplikowana psychikę, czy nie, czy jej mózg był wyprany (oczywiście, że był) czy nie – najważniejsze, że ta psychologia i sposób przedstawienie jej w filmie, były dla mnie prawdziwe.

  10. babka filmowa Says:

    No, nie wiem, czy te wątki w filmie Almodovara były aż tak bzdurne, biorąc pod uwagę rozwój chirurgii plastycznej :), także w zakresie przekształceń genitaliów. No i przewodni wątek zemsty (wynikającej z wielkiej miłości – paradoks, ale jednak) jak najabrdziej poważny, zawsze żywy, i zawsze z człowiekiem, bardzo ludzki i ku przestrodze. Fakt, że Almodovar opowiedział o wszystkim po swojemu, choć nie w taki sposób do jakiego nas wcześniej przyzwyczaił, ale jeśli odrzucić formę, to pozostaje jednak sporo do myślenia…
    Oczywiście „Martha…” postać tytułowa, też ma swoje życie, też wciąga, też interesuje, na swój sposób… jedno nie wyklucza drugiego. Dwa różne filmy i różne problemy.
    Oczywiście, rozumiem, twoją niechęć do „Skóry…”, nie mam zamiaru ci niczego udowadaniać, ani do niczego przekonywać. :) Tak jak rozumiem, bo też mam podobne zdanie, twoje przekonanie do Marthy. :)

    • Logos Amicus Says:

      Wątki w filmie Almodovara same w sobie nie są bzdurne, ale sposób w jaki zostały przez niego zaprezentowane i przeprowadzone wydał mi się nieprzekonujący – w moim odczuciu reżyser zmarnował ten ich interesujący, ważny i istotny potencjał, który niewątpliwie posiadają.

      Myślę, że te zastrzeżenia najlepiej oddaje następujący fragment z mojej noty o „Skórze…”:

      „Największe rozczarowanie filmem Almodóvara wynika dla mnie z tego, że prezentuje on nam psychologię jak z komiksu, a wypracowana forma tylko ową psychologiczną płyciznę bardziej uwidocznia. A przecież miał tu reżyser wystarczająco materiału na to, by ukazać nam całe skomplikowanie wzajemnych relacji i zależności człowieka między jego życiem wewnętrznym a zewnętrznym, między jego identyfikacją seksualną wewnętrzną i zewnętrzną, między jego psychiką a skórą i ciałem. Albo zająć się tym, jak powierzchowność i zmieniająca się cielesność wpływa na zmiany w poczuciu tożsamości i osobowości kogoś, kto tego doświadcza. Nic z tego. Dotknięcie człowieka przez Almodóvara jest właśnie naskórkowe, a zamiast wędrówki w jego duchowe (psychiczne) wnętrze, mamy efekciarski galimatias cielesnych wygibasów, które bardziej nas bawią i wywołują śmiech (na domiar złego nie jestem pewien, czy przez reżysera zamierzony), niż skłaniają do jakiejkolwiek refleksji, choćby nawet była ona podszyta katarktycznym strachem.”

      Niestety, tak to odebrałem… być może błędnie i nadto subiektywnie.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s