HOFFMAN KRĘCI „CUD” DLA NORMALNYCH

O NAJNOWSZYM FILMIE JERZEGO HOFFMANA „1920 BITWA WARSZAWSKA”

Modlitwa i walka: polskie krzyże i karabiny - religijne symbole i znaki narodowego heroizmu podrywają żołnierzy do boju

*

Jestem chyba jednak nienormalny. Bowiem „Bitwę Warszawską” – film ukazujący największe (i w zasadzie jedyne) zwycięstwo polskiej armii ostatnich kilkuset lat naszej historii – uważam za totalną klęskę (i to jedną z największych w historii polskiego kina). Okazuję się ponadto nieczułym draniem, który nie uronił podczas oglądania tego filmu w kinie ani łzy. Mało tego: sceny batalistyczne, które dzięki zakodowanemu we mnie genetycznie męstwu, powinny mnie zalać hormonami euforycznej waleczności i dzikiej nienawiści do wroga (tutaj: bolszewików), w rzeczywistości mnie nudziły, choć czasem i bawiły. Co gorsza, także mój patriotyzm, którym karmiono mnie na capstrzykach, lekcjach „polskiego” i historii, pozostał w stanie doskonale niewzruszonym, zimnym i obojętnym, ba… poczułem się nawet nim lekko zażenowany.

Co spowodowało, że zacząłem wątpić o swojej normalności?
Otóż m. in. wywiad, jakiego niedawno udzielił reżyser Hoffman tygodnikowi „Wprost”. Pozwolę sobie tu zacytować jego fragment: „A prawdziwa konfrontacja odbędzie się nie w czasie premiery, tylko jak się film zderzy z normalną publicznością, bo normalną publicznością nie są dziennikarze. Pierwsze trzy dni normalnych projekcji pokażą, czy król jest nagi i kto ma rację.”
Ciekawy jest również dalszy ciąg wypowiedzi reżysera, chociaż mówiący już o czymś zupełnie innym: „A krytyka… Nie zgadzam się z trendem, lansowanym przez poważną część naszej krytyki, prowadzenia naszego kina donikąd. Bo dla mnie bluzganie z ekranów, ludzie z marginesu mogą być tematem, ale nie głównym. A oni by tego chcieli.”
Cóż… moja nienormalność i tutaj jaskrawo się przede mną objawia, bo ja właśnie „Bitwę Warszawską” uważam za (do)prowadzenie naszego kina donikąd. Już nie wspominając o bluzgach krwi, mózgów, tudzież kończyn przeróżnych, jakie (na dodatek w trzech wymiarach!) wylały się albo spadły na moją głowę z ekranu podczas projekcji. To właśnie w takich momentach zatęskniłem za „ludźmi z marginesu” – co chyba jeszcze bardziej poświadczyło o mojej demencji.

Wiedziałem jednak, że coś się święci, kiedy kilka miesięcy wcześniej zobaczyłem zajawkę do filmu, a w niej jakieś śmieszne kartonowe czołgiki, które podskakując, plując ogniem i wzbijając tumany kurzy mknęły przez makietowe ruiny, wśród których rozrywały się wrzeszczące, umazane czerwona farbą i wyrzucane na dziesięć metrów w górę, ludzkie kukiełki. Mój Boże – pomyślałem – czyżby nasi geniusze kina wpatrzyli się kiedyś w szeregowca Ryana i chcą Normandię przenieść nad Wisłę? Czy należy popadać w aż taką desperację, tylko dlatego, że skończyła się nam (do filmowania) sienkiewiczowska „Trylogia”?

Zresztą to, że ze mną coś nie tak, mogłem sobie uświadomić już wtedy, gdy ze smutkiem (podszytym też niestety zażenowaniem) patrzyłem na kondukt pogrzebowy naszej prezydenckiej pary zdążający na Wawel. Zażenowanie to nie wywołał wprawdzie sam kondukt, tylko te nieszczęsne (w moich oczach) lawety armatnie, na których wieziono trumny, a konkretnie – armatnie lufy sterczące z tych lawet, groteskowe i falliczne, wskrzeszające archaicznego, wydawałoby się, że dawno już pogrzebanego, ducha narodowego militaryzmu i jego truchło.
No, czyż takie odczucia nie powinny mnie zaniepokoić? Świadczyły bowiem ewidentnie o rozbracie mojej własnej psyche z narodową psyche pogrążonego w (nieznośnie teatralnej, jak na moje oko i gust) żałobie polskiego społeczeństwa, rozpalonego na dodatek wówczas martyrologicznym patriotyzmem.

*  *  *

Wróćmy jednak do filmu Hoffmana.
Mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać, kiedy wczorajszej nocy wybierałem się na projekcję „Bitwy Warszawskiej” do amerykańskiego kina (bilety udało mi się załatwić jakimś cudem, bo niemal wszystkie były wyprzedane na pniu, mimo że odbyło się w sumie kilkanaście projekcji), ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle.

Jerzy Hoffman i jego (jak malowani) ułani

Nie chcę tu powielać wszystkich zarzutów wobec Hoffmanowego „dzieła” (bo z tego co wiem, niektórzy polscy krytycy nie pozostawili na „Bitwie” suchej nitki), wspomnę tylko o tym, co (czasem nawet dosłownie) rzuciło mi się najbardziej w oczy.

– Wizualne rozpasanie filmu, które, „wspomożone” techniką 3D, przyprawić mogło o oczopląs. Zupełny brak umiaru w epatowaniu widza batalistycznymi efektami – w związku z czym na ekranie panował zupełny chaos i makabryczny bitewny ekshibicjonizm (Hoffman: „Jeśli dzisiaj chce się pokazać okrucieństwo wojny, to trzeba iść na całość”), doprawiony na dodatek zupełnie niestrawnym operatorskim efekciarstwem (nie mogłem uwierzyć, że autorem niektórych ujęć jest Sławomir Idziak, fachowiec skądinąd doskonały). Samo 3D moim zdaniem nie sprawdziło się nic a nic: scenografie bowiem przypominały jakiś domek dla lalek, makietę i plakat, a i same postacie – zmniejszone i podrygujące – sprawiały wrażenie kukiełek, poruszanych za pomocą sznurków lub napędzanych sprężynką.

– Kartonowość „bohaterów”, których płaskość w trójwymiarowej przestrzeni wydawała się jeszcze bardziej płaska. Biedni aktorzy nie mieli właściwie za bardzo co grać (może z wyjątkiem Adama Ferency) a ich losy zalatywały taką sztancą, że zupełnie nas nie obchodziło, co się z nimi stanie (bo miało się wrażenie, że cokolwiek się stanie, to i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia). Ponadto, scenariusz w ogóle nie dawał nam żadnych szans, aby do tych postaci się w jakikolwiek sposób (choćby tylko powierzchowny) przywiązać. Cóż więc ci papierowi ludzie mogli nas w sumie obchodzić? I dlaczego tak dziwnie, niedorzecznie i – co tu kryć – głupio, nieraz się zachowywali?

– Historyczna płycizna – na poziomie… gdzieś tak… szóstej klasy szkoły podstawowej. Powielająca propagandowe stereotypy i zalatująca mocno (obrzydliwym jak zwykle) szowinizmem. Sama bitwa, mająca ponoć stanowić rdzeń filmowego widowiska, właściwie nie wiadomo kiedy się zaczęła, jak przebiegała i kiedy się skończyła – ot, jakoś zginęła w ogólnym tumulcie, zamieszaniu i wizualnym chaosie.

– Stylistyczne oraz estetyczne pomieszanie i brak spójności. Na początek mamy jakiś wodewil i rewię (Natasza Urbańska robi numerek za numerkiem – głównie skupiając się na ułanach, tudzież pąkach białych róż); jest także trochę skeczy, sporo kabaretu; lecz natychmiast rzuca się nam w oczy całą masę trupów i bestialstwo nadciągającej dziczy ze Wschodu. W sumie jesteśmy skołowaceni – patrzymy na tragedię, czy też komedię? (bo na pewno nie na spójny komedio-dramat). A może to groteska i farsa? Eeee… nie! Przecież widzimy wyraźnie heroicznego księdza (to dramat!) jak samym tylko cytatem z książeczki do nabożeństwa podrywa żołnierzy do boju (o latających – koniecznie w zwolnionym tempie! – nagrobkach i krzyżach nie wspominając). Są jeszcze kolory, często nasycone tak, że aż oczy bolą, ale jeszcze częściej zmieniające się tak, że nie wiadomo, czy ciągle jeszcze oglądamy ten sam film.

*  *  *

Przygotowanie do "cudu": polski pla propagandpowy z 1920 r.

Przygotowanie do "cudu" nad Wisłą: polski plakat propagandowy z 1920 r.

Na koniec powtórzę może tylko jeszcze pytanie, które – jak zauważyłem – pojawiło się kilkakrotnie po ukazaniu się „Bitwy warszawskiej” na ekranach: jaki jest dziś sens robienia takich filmów? (Celowo nie mówię tu o sensie komercyjnym, bo on mnie zbytnio nie interesuje – w przeciwieństwie do producentów i dystrybutorów filmu.) Czy w jakikolwiek sposób mogą się odnieść do współczesności – do sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie nasz kraj? Do problemów, z jakimi borykają się teraz Polacy? Sztampowe, stereotypowe, heroiczno-mityczne odwołanie się do narodowych symboli (krzyż!) jest u Hoffmana nie tylko zupełnie (poprzez swoją komiksowość) nie przekonywujące, ale na dodatek wręcz kompromitujące nasze narodowe przywiązanie do religijności i tradycji (dostarczając tylko amunicji anty-klerykalnym cynikom i szydercom z polskiego patriotyzmu).
Lekkie przerażenie ogarnia mnie także wtedy, kiedy pomyślę sobie o tym, jakie tłumy polskiej dziatwy szkolnej spędzi się na to widowisko do kin (po czym będą się dystrybutorzy szczycić, jaka to wspaniałą film miał frekwencję. Hoffman: „To, co powiem, to chamstwo, ale jesteśmy skazani na sukces. Ten film będzie miał parę milionów widzów.”).
Poor kids! Cóż oni z tego filmu wyniosą? Skompromitowane już dzisiaj do cna stereotypy i pozbawione swojej mocy mity? Rzetelną historyczna wiedzę? (Baz żartów!) Świadomość zagrożenia kraju przez „Ruskich” i – ogólnie – przez „innych” i „obcych”? Przypomnienie o naszej narodowej megalomanii? (Znaczące jest to, że w kinach anglojęzycznych film jest rozpowszechniany pod tytułem „1920. The World’s Most Important Battle.” – bo przecież to MY uchroniliśmy nie tylko Europę, ale i świat cały przed zalewem „czerwonej zarazy”). O tym, że naród polski jest największym, najwspanialszym, najdzielniejszym i najbardziej bohaterskim narodem na świecie? (O tym przecież wiadomo już od dawna!)
Takie i inne jeszcze pytania rodzą się w mojej głowie na świeżo po obejrzeniu „Bitwy”. A że je stawiam i o tym wszystkim piszę to… czy aby nie świadczy właśnie o tym, że z tą moją głowa jest jednak coś nie tak?
A przecież ja także chciałbym być normalnym widzem.

*  *  *

Bitewna rzeź - malowniczym cudem? (Trzy wymiary i płaski stereotyp narodowego mitu)

Zdjęcia: Krzysztof Wojciewski Forum Film Poland

*

Reklamy

komentarzy 57 to “HOFFMAN KRĘCI „CUD” DLA NORMALNYCH”

  1. Ewa Says:

    LA, powinnam się cieszyć (!?) bo wyszło na moje. Oszołomów i indolentów – dostatek ci u nas – za zbytnio wielki. Rozziew między tym co artysta miał na myśli, a tym co prezentuje – aż boli. Na Hoffmana od lat nie chodzę, programowo. Same zajawki (filmowe i słowne) w publikatorach – budziły czujność na tyle, że nie miałam ochoty niedobrych przeczuć – sprawdzać. Mnie (kilka dni temu) rozeźlił E. Barba i kilku twórców zaprezentowanych podczas Dialogu Teatralnego, ciebie J. Hoffman – wczoraj. Oj, „nie tęgi” artysta zrobił się z Hoffmana, choć faktycznie te kilka funtów zrzucić mógłby. Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Ewo, przy całej tej obfitości, jak piszesz, „oszołomów”, „indolentów” i niby artystów, nie można zapominać o tych, którzy robią nieraz coś godnego uwagi, ekscytującego, niekiedy nawet wspaniałego,… Bo przecież z takimi mamy także czasem do czynienia.
      A kiedy będziemy o tym pamiętać, to będzie wychodzić zarówno na Twoje, jak i na moje ;)
      I nie będziemy się już musieli „przerzucać” – kto tu ma rację :)
      Pozdrawiam

  2. jula Says:

    „Lekkie przerażenie ogarnia mnie także wtedy, kiedy pomyślę sobie o tym, jakie tłumy polskiej dziatwy szkolnej spędzi się na to widowisko do kin (po czym będą się dystrybutorzy szczycić, jaka to wspaniałą film miał frekwencję. Hoffman: „To, co powiem, to chamstwo, ale jesteśmy skazani na sukces. Ten film będzie miał parę milionów widzów.”).”

    I nie tylko , bo bilety są ulgowe przygotowane dla pracowników urzędów państwowych różnego szczebla,
    poważnie …. ;)

    Ps.
    Dzięki za recenzje i swoja opinię. Podobne miałam odczucia po tej projekcji.
    Cóż , wydaje mi się , że dwaj nasi reżyserzy już jednak powinni pójść na zasłużona emeryturę i nie psuć swojego wizerunku wśród miłośników dobrego kina. :D

  3. jula Says:

    Hoffmana i Wajdę miałam na myśli ;)

    • Logos Amicus Says:

      Uważam, że Wajdę nadal stać na stworzenie czegoś dobrego.
      W Hoffmana niestety zwątpiłem.

      • jula Says:

        Jednak , już nie ten wiek i nie to zdrowie ;) :D
        I inne spojrzenie, bo każde pokolenie ma swój czas. Patrz nawet gdy spojrzymy na inne podwórka , (Szwecję , Włochy , Francja) to starzy mistrzowie już co mieli do pokazania to , to zrobili .Teraz nastało nowe pokolenie na miarę obecnych b. ciekawych i dynamicznych czasów, ale czy będą to umieli pokazać , nie wiem ?…. ;)

  4. liritio Says:

    A tam nienormalny, pokaż mi kogoś tutaj, komu ten film się spodobał… Kogoś zdrowego psychicznie mam na myśli.
    Skromności brak, filmy historyczne nie są zdezaktualizowane, ale najwyraźniej panuje wśród Wielkich Twórców przekonanie, że naród polski tylko za krzyżem i chorągwią, i jak zabraknie w scenariuszu 90% scen ociekających patetycznymi westchnieniami i niepokojami, to nikt nie zrozumie, że film miał odniesienie do historii naszej, wielkiej przecież i heroicznej jak diabli.
    Ostatnim tego typu filmem, który widziałam, był „Katyń”, znacznie mniej żenujący, niż „Bitwa…”, ale i tak wzdrygam się na samo wspomnienie.
    Szkoda mi tych tematów, których nie należy interpretować jako dowody na twierdzenie „Polska – Wybawiciel Narodów” (które również mnie przeraża), ale zwyczajnie, spokojnie, bez zadęcia. A historycznie całkiem ciekawie się działo, ja uważam, że o polskiej historii można by świetne filmy również teraz kręcić, takie, które pokazały by tym „biednym dzieciom” ze szkół, że wartości niekoniecznie tkwią jedynie w histerycznie idealizowanym, oszałamiającym bohaterstwie panów na konikach.
    Ale ja się nie znam, nie wiem.
    Natomiast nie wierzę w „martyrologiczny patriotyzm” polskiego społeczeństwa jako takiego, raczej w wyjątkową głupotę jego głośnych przedstawicieli i naturalną reakcję ludzką, stadną i bezmyślną w kopiowaniu cudzych zachowań, kiedy brakuje im własnych.
    Chociaż cała ta szopka po Smoleńsku była faktycznie przykra, akurat niekoniecznie z powodu lawet armatnich, które były raczej drobnym szczegółem.

    • Logos Amicus Says:

      „A tam nienormalny, pokaż mi kogoś tutaj, komu ten film się spodobał…”

      Ja sam usłyszałem po tym filmie oklaski. I podejrzewam, że w kraju nie brak tych, którzy twierdzą, że im się film spodobał (gdyby było minaczej, to już nie mógłbym sobie wyobrazić, jak można byłoby takie rzesze polskiego społeczeństwa zapędzić do kina).

      Polska historia zasługuje (niestety?) na więcej.

      PS. Swoją drogę, chętnie przeczytałbym tutaj opinię kogoś, komu film Hoffmana się spodobał. Serio…

    • Peckinpah Says:

      „… pokaż mi kogoś, komu ten film się spodobał…”

      W najnowszym numerze miesięcznika FILM jest recenzja redaktora naczelnego, Jacka Rakowieckiego, który chwali prawie wszystko w tym filmie i ocenia film na 5 gwiazdek (na 6 możliwych). Po opublikowaniu tej recenzji pojawił się w internecie tekst o tym, że pan Rakowiecki został prawdopodobnie przekupiony :)

      „Bitwy Warszawskiej” jeszcze nie oglądałem, bo jednak znaczna większość miażdżących recenzji mnie zniechęciła. Prawdę mówiąc w Hoffmana nadal wierzyłem, bo „Ogniem i mieczem” i „Stara baśń” moim zdaniem nie były wcale złe. Liczyłem więc, że te 7-8 lat, jakie minęły od poprzedniego filmu Hoffmana to dość długi czas na przemyślenie scenariusza i wystarczający czas, by zrealizować solidne widowisko. Przykro więc patrzeć na ten „upadek” niegdyś popularnego reżysera. Zamiast oglądać „Bitwę Warszawską” wolę po raz kolejny obejrzeć „Potop”, który nadal pozostaje najlepszym filmem Hoffmana.

    • Logos Amicus Says:

      Nie chcę tu być małostkowy, ani wypowiadać się o czymś bez pokrycia, ale na rencenzję pana Rakowieckiego, redaktora naczelnego FILMU, mógł wpłynąć jego osoboisty stosunek do twórców „Bitwy”, albo nawet taka prozaiczna rzecz, jak reklama, jaką wykupili producenci filmu w jego magazynie.
      A swoją drogą, bardzo chętnie bym tę recenzję przeczytał. I na pewno to zrobię, jak mi FILM wpadnie pod rękę.

      Mimo wszystko Pekinpah – zwracam się tu do Ciebie jako rasowego kinomana – do obejrzenia filmu Hoffmana bym Cię jednak namawiał. Tylko w ten sposób będziesz mógł sobie wyrobić o nim własne zdanie.

      Rzeczywiście, najlepszym filmem Hoffmana jest chyba „Potop”, ale przecież i (zwłaszcza telewizyjny) „Pan Wołodyjowski nie był taki zły (mnie przynajmniej, jako bardzo młodemu człowiekowi, bardzo fajnie się ten serial oglądało.)
      Nie zapominajmy jednak o dobrych filmach tego reżysera, jakie nakręcił on w latach 60-tych. Np. „Gangsterzy i filantropi”, albo legendarne już bez mała „Prawo i pięść”:

      • Peckinpah Says:

        Na pewno kiedyś obejrzę, ale szkoda mi 30 złotych na film 3D :)
        „Pan Wołodyjowski” mi się podobał jako film, bo ten serial („Przygody Pana Michała”) to widziałem tylko parę odcinków. Te dwa filmy z lat 60-tych, które wymieniłeś, to słabo pamiętam, ale za Holoubkiem nie przepadam, więc i filmy nie zrobiły na mnie wrażenia (wyjątkiem jest nowela z Michnikowskim w filmie „Gangsterzy i filantropi”).

        PS. A co do miesięcznika FILM to tę recenzję przeczytałem w Empiku, bo od kilku lat nie kupuję już tego magazynu :)

      • Peckinpah Says:

        Ale zaraz, przecież ten serial o Wołodyjowskim nie nakręcił Hoffman tylko Paweł Komorowski :)

        • Logos Amicus Says:

          Oczywiście, że jest to telewizyjna wersja filmu kinowego „Pan Wołodyjowski”, który nakręcił Jerzy Hoffman. Tytuł serialu rzeczywiście brzmiał inaczej („Przygody Pana Michała”), choć przecież obsada była taka sama, ale dziwnym trafem nazwisko Hoffmana znikło z napisów kredytujących film, a jako reżysera podano Pawła Komorowskiego.
          Sam Hoffman, mający żydowskie „korzenie”, tłumaczył to „szczególną atmosferą polityczną, jaka panowała w Polsce po wydarzeniach 1968”.

        • Peckinpah Says:

          Obsada jest w większości taka sama, ale czwórka aktorów z filmu nie wystąpiła w serialu, np. Ketlinga zagrał w filmie Jan Nowicki, w serialu – Andrzej Łapicki. W dodatku film jest barwny, a serial czarno – biały. Serial powstawał na nowo, a Jerzy Hoffman wyraził zgodę na wykorzystanie niektórych scen (chyba chodziło o sceny batalistyczne). Tak kiedyś czytałem, nie wiem ile w tym prawdy.

        • Logos Amicus Says:

          Rzeczywiście „Pan Wołodyjowski” i „Przygody Pana Michała” to były dwie różne produkcje. Ja te filmy widziałem bardzo dawno temu, a z czasem zaciera się to wszystko w pamięci i pozostaje tylko jakieś ogólne wrażenie.

        • liritio Says:

          Mam wrażenie, ze FILM już dawno przestał być ciekawym i inspirującym pismem, jakim kiedyś był niewątpliwie.
          Ale z drugiej strony włos mi się zjeżył na głowie, kiedy na skromnym spotkaniu ze znajomymi usłyszałam wczoraj „ej, „Bitwa Warszawska jest okej, trochę kartonowej tandety, Urbańska sztywna jak kij, ale przynajmniej historię z rozmachem pokazali!'”… ekhm, tak właśnie to było. Polska historia zdecydowanie zasługuje na więcej :)

          Z filmów Hoffmana „Pan Wołodyjowski” pozostanie tym według mnie najlepszym, ale to też dlatego, że w Trylogii przekładam „Pana Wołodyjowskiego” nad „Potop”. I Olbrychski jako Azja, jak tu nie lubić „Pana Wołodyjowskiego”…
          I jestem ciekawa, w którym miejscu wyląduje ten komentarz, jak się wtrynię w środek dialogu to przepraszam :)

  5. Onibe Says:

    uważam, że jest miejsce na kino epickie, nawet trącące szowinistyczną (w ujęciu narodowym) megalomanią. Zobacz: takie kino robią Hamerykanie! Te wszystkie „Dni niepodległości” i inne „Patrioty” to właśnie przejaw tego zjawiska. Mało tego, dodajmy, że zjawiska nośnego. Bo widz oglądający „Dzień niepodległości” może i będzie się śmiał, że narracja została zabita przez powiewającą dumnie amerykańską flagę, ale jednocześnie, w którymś momencie filmu pomyśli: „Jestem Amerykaninem!”. To jest moc tych filmów, które bez dwóch zdań można nazwać propagandowymi: krzewienie miłości do narodu. Niekoniecznie własnego (Amerykańskie filmy świetnie się sprzedają także poza USA). Mało tego, znam kilka osób, które porwane mocą „Patrioty” zaczęły grzebać w historii – film iokazał się impulsem, który wyzwolił lawinę.

    Niestety, nie znam nikogo, kto po np. „Ogniem i mieczem” rzuciłby się na historię Polski. Uwielbiam Sienkiewicza, ale po ekranizacji jego powieści zagrzebałem się głęboko pod kołdrą i płakałem, bowiem czułem wstyd. Zero uniesień, zero dumy – nie czułem jedności z ową wspaniałą husarią, nie czułem adrenaliny splątanej z krwinkami. Czemu? Bo film był nudny, kiepsko zrobiony i żenujący. „Bitwy warszawskiej” nie widziałem, ale po Twoim opisie wnioskuję, że jest to jeden pierun.

    Jest sens robić kino epicko-głupie, ale trzeba je robić dobrze. Filmy takie jak „Szeregowiec Ryan” czy „Braveheart” (celowy rozstrzał tematyczny z mojej strony) po prostu muszą być perfekcyjne, bowiem niedoskonałości techniczne zbyt mocno zwróciłyby uwagę na niedostatki, rozśmieszyłyby tam, gdzie potrzebny jest patos. Polskie filmy kwiczą pod tym względem. Są śmieszne, ewidentnie niedorobione. Oglądając polski film historyczny zadaję sobie pytanie, czy Amerykanin, Anglik lub Francuz poczuliby przy nim jakąś bliskość z moim krajem. Odpowiedź na ogół brzmi: nie. Oczywiście, wcale nie liczę na realną miłość Francuzów, ale skoro rozmawiamy o kinie, to rozmawiajmy o jego mocy. W tym moc tkwi: w rodzeniu miłości. Detale historyczne przychodzą później. Nawet legendarna plaża Omaha po zebraniu szczegółów okazuje się nie tak straszna, a cała reszta Normandii to już niemal bułka z masłem. Ale mit potrzebuje propagandy. Ot, co!

    [na sam koniec dodam, że prawdziwa Bitwa Warszawska, jako jedno z najważniejszych wydarzeń XX wieku zasługuje na coś wielkiego. Czy trzeba czekać aż Amerykanie zrobią z tego wydarzenia użytek i zarobią?]

    • Logos Amicus Says:

      Znakomicie to wszystko wypunktowałeś.
      To prawda – film przede wszystkim powinien być dobry. Dopiero później może ewentualnie prowokować dyskusję dotyczącą jego treści – wymowy, przesłania, idei, intencji… Takim filmem – z tych ostatnich, o których była tu mowa – był „Koń turyński” Tarra. Może to wydać się dziwne po tym co o nim napisałem, ale jest on wg mnie – w swojej kategorii – arcydziełem. Jednak doceniając jego formę i artyzm, mogłem z nim niejako wejść w polemikę (tutaj konkretnie: na temat nihilizmu) – właśnie dlatego, że uznałem jego wysoki poziom artystyczny.
      Czego nie mogę powiedzieć o filmie Hoffmana – bo ten nie daje żadnego powodu, by wejść z nim w jakiś poważniejszy dyskurs. A bitwa warszawska była rzeczywiście bardzo ważnym wydarzeniem historycznym. I to takim, które mogłoby dostarczyć treści na znakomity, kompleksowy, ekscytujący, mądry i interesujący wszystkich (nie tylko Polaków) film. Niestety – otrzymaliśmy w prezencie płaską ale i niezborną agitkę, mimo że kolorową, rozbuchaną i wepchniętą w techniczne cudeńko 3D.

      Filmy amerykańskie to świetny przykład, jak można zrobić dobre kino patriotyczne (nie mówię tu o takich wpadkach, jak np. „Zielone berety” Johna Wayne’a – ale już np. „Patton” nie był złym filmem). Zresztą, moim zdaniem, doskonałe filmy „wojenne” potrafili zrobić Rosjanie – i to kręcąc je w realiach Rosji sowieckiej.

      Piszesz, że moc kina tkwi w „rodzeniu miłości”. Ja bym to rozszerzył na wzbudzanie empatii, czyli na swoistą zdolność kina do uwiedzenia widza swoim artystycznym przekazem – nawet jeśli nie możemy się zgodzić z tezami zawartymi w filmie. A to jest w stanie uczynić tylko dobre kino i twórca, który jest prawdziwym artystą.

      • Onibe Says:

        dzięki ;-)

        ciekawe jest pytanie, co odróżnia przepełnione patosem kino amerykańskie (w dobrym wykonaniu) od miernej roboty agitacyjnej? Gdzie tkwi haczyk? Czy jest to na tyle nieuchwytne, że pozostaje niewyławialne dla naszych twórców? Czy trzeba się urodzić w USA i kręcić w hollywood by przeskoczyć pewien etap? Boli, że nasze kino od amerykańskiego dzieli taki dystans. Boli zwłaszcza teraz, kiedy hollywood przeżywa kryzys i widać, że zagrzebane we własnych produktach przemiany materii, nie potrafi nawiązać do swego dawnego splendoru. Konkurujemy z cieniem, z tworem, który naprawdę nie ma już nic ciekawego do powiedzenia. Czemu zatem przegrywamy?

        rozszerzę Twoją listę dobrych amerykańskich filmów, ale z pewnym przekąsem dodałbym dzieła nieco innego sortu. Weź choćby „Pluton” czy „Łowcę jeleni”. Albo „Czas apokalipsy”. Kino wojenne, historyczne, mocno splątane z dramatem. Ani patetyczne, ani głupie, nie agitacyjne, nie propagandowe (no, może trochę: w ujęciu pacyfistycznym). To kolejna droga, którą można pójść. Film nie musi być epicki i drogi, przeładowany efektami specjalnymi. Mało tego: chyba nie powinien, jeśli się nie potrafi ich wykorzystać.

        co do rodzenia miłości – zgodzę się, że lepiej ująć to szerzej, jako budzenie empatii. Taki „Pluton” miłości nie budzi, a jednak… swoje zrobił. Ale… empatia to także miłość, podziw, szacunek. A te są w stanie wzbudzić nawet średniej jakości filmy patetyczno-historyczne, wcale nie realizowane przez artystów prawdziwych.

        • Logos Amicus Says:

          „…ciekawe jest pytanie, co odróżnia przepełnione patosem kino amerykańskie (w dobrym wykonaniu) od miernej roboty agitacyjnej?”
          Odpowiedź: właśnie dobre wykonanie :)

          To nieprawda, że nasze kino jest (musi być) gorsze od kina amerykańskiego. Jest natomiast niemal zawsze gorsze, kiedy polscy reżyserzy chcą kino amerykańskie naśladować, a co gorsza – „przeskoczyć”.

          Jaki jest sekret powstania dobrego filmu? Przede wszystkim twórca (zazwyczaj reżyser) musi wiedzieć co chce powiedzieć (wypada, aby miał coś ciekawego do powiedzenia) i powinien to robić z zaangażowaniem i pasją. Albo zdać się na rzemieślniczą sprawność fachowców, którzy doskonale wiedzą jakiego filmu oczekuje „targetowa” widownia (dotyczy to głównie hollywoodzkiej komercji).
          Myślę, że Hoffmanowi zabrakło zarówno jednego, jak i drugiego – on pewnie myślał, że sukces jego filmowi załatwi temat i technika. A „Bitwie” zabrakło płynności, która najwidoczniej była skutkiem nadmiernej „deliberacji” nad filmem i usiłowania wepchnięcia weń wszystkiego, czego się da. Zabrakło m.in. umiaru.

          I jeszcze słowo o kinie amerykańskim. Rzeczywiście można powiedzieć, że Hollywood przeżywa kryzys. Ale na jego obrzeżach dzieje sporo ciekawych rzeczy, o czym mogłem się przekonać podczas ostatniego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago. Tyle tylko, że powstające na tych peryferiach filmy, nie mają większego poparcia dystrybutorów, dlatego pozostają w cieniu i nie są szerzej znane.

        • Onibe Says:

          słusznie – wszystko sprowadza się do dopasowania technikaliów do oczekiwań targetu, bowiem target bywa różny i różne miewa oczekwiania. Film nie musi być nakręcony w konkretny sposób, można oczywiście tworzyć dzieła najróżniejsze, ale warunek jest prosty: przekaz musi być dopasowany do odbiorcy. I niestety, jeśli wchodzimy na poletko superprodukcji, to musimy nawiązać z nimi dialog bo taki jest wymóg sytuacji.

          a propos kina amerykańskiego – od jakiegoś czasu jesteśmy (ja i moja Iza) szczerze nim zawiedzeni. Lubimy mainstream, nie odżegnujemy się od filmów banalnych, ale – na Boga! – film musi mieć scenariusz, musi mieć sens i musi być spójny. Nie dla nas dzieła wypełnione wybuchającymi samochodami ale pozbawione historii. Tym niemniej, zdarzają się pozycje ciekawe i to nawet w mainstreamie – a więc te, które w przeciwieństwie do wspomnianych przez Ciebie pechowców borykających się z problemami z dystrybucją, znalazły dostęp do kin na całym świecie. Bo nie możemy zapomnieć o jednym: wielka kasa, wspaniałe efekty specjalne i zaawansowana technologia NIE WYKLUCZAJĄ możliwości zrobienia dobrego kina. Acz, statystycznie rzecz ujmując, coraz częściej zastępują duszę dzieła.

  6. Miriam Says:

    „…chętnie przeczytałbym tutaj opinię kogoś, komu film Hoffmana się spodobał…”

    No to może ja przytoczę tutaj jedną z wypowiedzi (z forum http://www.filmtok.pl ), której autorem jest niejaki „Gość”:

    „Film „1920 Bitwa Warszawska ” to arcydzieło, które każdy Polak powinien zobaczyć. Świetnie ukazana postać Piłsudskiego, zagrana przez Olbrychskiego. Natasza grała bardzo dobrze. Taka rola, to duże wyróżnienie dla tej skromnej dziewczyny. Postacie bolszewików ukazane realistycznie w masońskim amoku niszczenia rodziny i tradycji poprzez mordowanie inteligencji polskiej, polskich panów – czyli mózgu narodu. Obrazy bitwy doskonałe. Pokazane różne postawy ludzkie, okrócieństwo wojny. Dzięki mistrzostwu obrazu , widz znajduje się w centrum pola walki. Doskonale oddana atmosfera historyczna. Walka wierzących Polaków z napadającymi na kraj „wyzwolicielami od wszelkiej tradycji, burzycielami ładu” bolszewickimi masonami – ateistami. Walka o wolną Polskę z jej zasadami moralnymi.Wielki zryw społeczny, olbrzymia rola chłopstwa. Fantastyczna postać Witosa. Żniwa – to czas najważniejszy. Chcemy plonów, chcemy wolnej ziemi. Bóg, honor, ojczyzna ! Wspaniała postać ks. Skorupki…”

  7. Marcus Says:

    Skoro już ktoś wspomniał o recenzji redaktora naczelnego FILMU sławiącej „Bitwę” Hoffmana, to proszę – można znaleźć na ten temat jego wypowiedź na jego własnym blogu. Myślę, że warto jest ten tekst podać tutaj w całości:

    „No to mamy wojnę! Konkretnie wojnę o wojnę 1920 roku. Podsumowała ją już Gazeta.pl, zaznaczając, że wszyscy krytycy są przeciwko filmowi Jerzego Hoffmana z wyjątkiem jednego szaleńca – Jacka Rakowieckiego. Co prawda odesłała w celu zapoznania się z moim niesłusznym stanowiskiem do „Newsweeka”, w którym nigdy nic nie opublikowałem, a nie do „Wprostu” , w którym od roku mam stałą recenzencką rubrykę (nie zadała sobie już trudu, by zajrzeć do najnowszego „Filmu”, w którym o filmie mówię jednak nie w trzech, ale w kilkudziesięciu zdaniach), furda to jednak, bo kto by tam coś czytał dokładnie i zapamiętywał, gdy chodzi przecież tylko o zrobienie sensacji.

    Faktem pozostaje, że choć nie całkiem osamotniony, to należę do nielicznych obrońców „1920. Bitwy Warszawskiej”. Nawet na sąsiednim blogu znakomita recenzentka Małgorzata Sadowska, pochyliła się nad Hoffmanem, wydając wyrok śmierci. Ponieważ zaś z Małgosią, moją kilkuletnią „chilizetową” partnerką nie zgadzałem się nie raz, zrobię to znowu.

    Przede wszystkim, i od Małgosi, i od większości polskich recenzentów różni mnie podejście do kina. Dla nich – jak sądzę – to dziedzina sztuki, obciążona czasem komercją, dla mnie – czysta rozrywka o proweniencji jarmarcznej, służąca do zabijania czasu, gdzie czasem tylko zdarzają się dzieła sztuki. O ile na poziomie filozoficznym można się o to spierać, o tyle praktycznie – nie bardzo, bo pewnie z 90% biletów do kin jest sprzedawanych na filmy czysto rozrywkowe, komercyjne, populistyczne itd. itp. Sztuka w kinie gości więc niejako przy okazji; gości właśnie, a nie króluje. Jak kamasutra – z przeproszeniem – w burdelu…

    Jeżeli więc taki np. Tadeusz Sobolewski idzie na film Hoffmana oczekując nowej „Lotnej” Wajdy, albo „Zezowatego szczęścia” Munka to przeżywa ciężkie rozczarowanie: spodziewał się kawioru a podali kaszankę. Ja przed posiłkiem jednak zawsze czytam menu i nie obrażam się na kelnera i kucharza. A skądinąd lubię i kawior, i kaszankę, co też mnie odróżnia od wielu koleżanek i kolegów.

    Po drugie, skoro już wiem, że w menu będzie kaszanka (nawet w 3D kaszanka jest kaszanką, jest kaszanką, jest kaszanką…) to wymagam tylko, aby była gorąca, krwista i dobrze doprawiona. A jak idę na pierwszą we współczesnej historii Polski komercyjną superprodukcję o wojnie z bolszewikami zrobioną przez twórcę znakomitego „Potopu” i dużo słabszego „Ogniem i mieczem”, spodziewam się widowiskowości, nie przeprawienia patriotycznym patosem i prostej, zrozumiałej akcji.

    A ponieważ wszystko to tym razem z grubsza otrzymałem, nie potrafię, dalibóg, zrozumieć krytyki Małgosi, że „to lekcja anachronicznych bogoojczyźnianych banałów; sprowadzająca się do frazesu: >bolszewika goń, goń, goń<”. Przeciwnie, z wyjątkową maestrią Hoffman pokazał w ramach patriotycznego (a jakiego innego: przecież naprawdę nasi dziadkowie i pradziadkowie walczyli wtedy o to, by ich wnuki i prawnuki – jak napisała Małgosia – nie pisały dziś po rosyjsku!) schematu, że Polacy nie byli wtedy monolityczni, że nie tylko trafiały się wśród nich szuje, ale i ludzie żywotnie zainteresowani zmianą stosunków społecznych (jak żołnierz-chłop w oddziale Jana – Szyca, jak robotnicy w milczeniu protestujący przeciw wyprawie na Kijów). I że w dodatku niekoniecznie byli to bolszewiccy agenci, tylko ówcześni „wykluczeni”, którym rodząca się Polska obiecywała ułańskie lance zamiast chleba.

    Także piosenka „Bolszewika goń, goń, goń” nie przypadkiem śpiewana jest nie na ulicy czy w okopach lub podczas szaleńczej szarży, tylko w warszawskim kabarecie, gdzie na sali siedzą raczej dekownicy i damy w typie tej granej przez Grażynę Szapołowską, co to ofiarnie zbiera datki na „żołnierzyków”, ale nawet rąbka sukienki sobie nie ubrudzi. (Na tym zresztą polega cała ciekawa przemiana bohaterki granej przez Nataszę Urbańską, która w pewnym momencie rozumie, że kabaret pełen bawidamków i lafirynd to nie miejsce, w którym walczy się o niepodległość. Może ta przemiana dość jest schematyczna, ale daleka od uładzonego świata „bogoojczyźnianych banałów”)

    • Marcus Says:

      Cig dalszy tekstu pana Rakowieckiego:

      „Całkowicie też nie zgadzam się, że nie grozę, ale śmiech wywołuje „mająca nas przerazić scena wojennego gwałtu i jej groteskowy finał”, bo mało jest w filmach takich scen, które pokazują jak właśnie gwałt, wszelki gwałt, jest groteskowy i – niestety – nie patetyczny; jak horror wojny miesza się z ponurym żartem.

      Ale mniejsza o szczegóły, które każdy przecież może odczytywać przez własną wrażliwość. To, z czym się nie zgadzam w krytyce Małgosi i wielu innych krytyków, to używanie wielkich kwantyfikatorów: „Przegrało polskie kino. Przegraliśmy my, widzowie. Naprawdę nikogo to już nie zaskakuje?”…

      Przede wszystkim przestrzegam przed walką ze – zdaniem krytyków – „kiczem filmowym” za pomocą swego rodzaju kiczu publicystycznego; takim bowiem jest użycie patosu z najwyższej półki, kwantyfikatorów „my, widzowie” (a co, ja i co najmniej kilka znanych mi osób, którym film się podobał, to już nie widzowie?) i retorycznych pytań… Po co bowiem wpadać w patos – „nikogo to już nie interesuje” – skoro właśnie interesuje wszystkich i histeryczny lament pogrzebowy nad Hoffmanem, Urbańską i filmowym „Cudem nad Wisłą” rozlega się już od Giewontu po Hel, przyćmiewając nawet kampanię wyborczą?

      Stąd już tylko krok do wypowiedzi z forów internetowych w stylu: „Ja nie pójdę na ten film tylko z jednego powodu – Natasza Urbańska. Uważam, że występ tej >aktorki< to profanacja wielkiego zwycięstwa Rzeczpospolitej w 1920 roku. HAŃBA!!!”. Albo: „Nie widziałem ani mam zamiaru iść, by go oglądać. Z góry zakładam, że będzie beznadziejny. Kręcony na siłę, by za wszelką cenę jak to się dokopało bolszewika , na pewno będą eleganccy polscy żołnierze w oficerkach i wyprasowanych czystych koszulach i mundurach ganiający po polach bolszewików w onucach i kufajkach hahaahhhaaa. Żal dupę ściska zawczasu”.

      Mnie też coś ciśnie w dołku. Ciśnie, że sprawnie zrobiony, komercyjny film, niezafałszujący historii i przeznaczony dla masowego, a nie festiwalowego, widza może dawać pretekst do dzielenia widzów na lepszych – tych, co rozumieją, jaka to szkodliwa patriotycznie, obywatelsko i artystycznie chała i gorszych – bez gustu i wrażliwości.

      Już tu kiedyś te słowa napisałem: „Znaj proporcją, mocium Panie”. Małgosiu, to tylko kino. Jednym się podoba, drugim nie. Od przewagi jednych (tych milionów, które widzisz już walące na seanse) nad drugimi ani Polska, ani nawet źdźbło trawy się nie załamie.”

      Jacek Rakowiecki
      redaktor naczelny miesięcznika "Film"

      http://www.canalplus.pl/film/blog-kicz-sie-kiczem-odciska_388_9?pg=30

      • Miriam Says:

        Ciekawą moim zdaniem odpowiedź dał na stronie Rakowieckiego Vince, wyrażając przy tym własne zdanie o filmie Hoffmana:
        „Pańska opinia o BW1920 (zarówno tutaj, jak i w recenzji w magazynie „Film”) mocno mnie zaskoczyła. Pisze Pan, że jest to najsprawniej zrealizowany film tego gatunku po 1989 roku. Wydaje mi się, że BW1920 ma niezaprzeczalne błędy realizacyjne i byłbym bardzo wdzięczny, gdyby się Pan do nich odniósł.
        Na płaszczyźnie filmowej narracji chociażby: poszczególne sceny są często za krótkie i zbyt ogólnikowe (całe zdobywanie Kijowa zostało przedstawione za pomocą kilku scen, ukazujących żołnierzy na koniach, przemieszanych dodatkowo niezbyt fortunnie ze scenami prezentującymi śpiewającą Nataszę Urbańską), losy Janka zostały niejednokrotnie wytłumaczone samymi jedynie dialogami polityków, co również burzy dramaturgię i utrudnia zżycie się z bohaterami (tak bardzo w kinie popularnym potrzebne). Na końcu, podczas samej bitwy, główny bohater kompletnie gubi się w tłumie statystów (praktycznie znika z ekranu na ponad kwadrans), co również jest zabiegiem niezrozumiałym i dziwnym, biorąc pod uwagę, że jego udział w bitwie jest przecież istotny.
        Strona wizualna również mocno mnie rozczarowała: 3D prezentuje się bardzo ładnie w ujęciach plenerowych, ale kadry z ręki, z bliska, pozorujące wojenny realizm, wyglądają w tej technice wyjątkowo nieciekawie (momentami można dostać, kolokwialnie mówiąc, oczopląsu). Do tego dochodzi różnie dobrana kolorystyka, przekreślająca spójność wizualną.
        Kwestie takie, jak teatralne – w negatywnym tego słowa znaczeniu – aktorstwo (chociażby fakt, że rola znakomitego Bogusława Lindy sprowadza się do chodzenia za Danielem Olbrychskim) czy operowanie symboliką (czy naprawdę scena spadających krzyży była komukolwiek potrzebna?) pominę, nadal zaskakuje mnie po prostu Pańska opinia.
        Osobną kwestią jest budżet – owszem, film na pewno się zwróci, ale nie jest to przecież zasługa jego jakości. Od początku seans BW1920 prezentowany jest w mediach jako patriotyczny obowiązek, a do kina pójdzie na pewno większość gimnazjów i liceów (czyli kilka milionów widzów film Hoffmana dostanie „za darmo”). Prywatni inwestorzy mogą oczywiście robić co chcą, trudno się z tym nie zgodzić.
        Nie do końca uznaję też Pański podział na kino popularne i „wyższe” – sztuką jest nakręcenie filmu, który będzie się z niego wyłamywał, spodoba się szerokiej publiczności, a jednocześnie sprawi filmową przyjemność bardziej wymagającym widzom (czego dobrym przykładem może być premiera z przed kilku tygodni – „Drive” Nicolasa Windinga Refna).”

      • Logos Amicus Says:

        Dziwne wydaje mi się podejście Pana Rakowieckiego do kina. Otóż dzieli go on na jarmark (służący do rozrywki i „zabijania czasu”) oraz na takie, które jest sztuką. To nic innego, jak pokutujący od dawna podział kultury (sztuki) na kulturę „niską” i „wysoką”. Mało tego, ten pierwszy rodzaj kina porównuje do burdelu (komercja, rozrywka, populizm), drugi zaś do kamasutry (sztuka). Wypada mu więc tylko współczuć, że będąc redaktorem miesięcznika „Film”, musi się zajmować prawie wyłącznie burdelem (bo, jak pisze, 90% filmów to komercja i rozrywka) – gdyż w rzeczywistości „Film” „obsługuje” prawie wyłącznie kino popularne, (w przeciwieństwie do miesięcznika „KINO”, które – mając większe ambicje – stara się promować kino „ambitniejsze”, zajmujące się sprawami poważniejszymi, bardziej wartościowe pod względem intelektualnym i artystycznym.)

        Moim zdaniem bardzo trafnie porównał Pan Rakowiecki „Bitwę warszawską” do kaszanki. Bo film Hoffmana to właśnie taka kaszana: wszystko razem posiekane i pomieszane, zebrane do kupy i wepchnięte do jakiejś kiszki. Nic dziwnego, że wyszła z tego jedna wielka kicha.

        Nie zgadam się także z jego zdaniem, że nie można do „Bitwy warszawskiej” podejść poważniej. Po co od razu oskarżać wszystkich, którzy to robią o patos? (dyskredytując tym samym ich bardziej konkretne podejście do filmu). Trudno przecież zaprzeczyć, że „Bitwa warszawska” odnosi się do jednego z najważniejszych momentów w historii naszego kraju. Więc wszyscy Ci, którzy podchodzą do tego tematu poważniej i odmawiają wzięcia udziału w zbiorowych „jajach”, muszą być od razu patetyczni?

  8. jula Says:

    „I podejrzewam, że w kraju nie brak tych, którzy twierdzą, że im się film spodobał (gdyby było inaczej, to już nie mógłbym sobie wyobrazić, jak można byłoby takie rzesze polskiego społeczeństwa zapędzić do kina).”

    No w Polsce, szkoły obowiązkowo, bo to obecny trend w historii Polski ;) …
    Urzędnicy obowiązkowo i wojsko obowiązkowo !!!… No to na jaki procent polskiego społeczeństwa to się przekłada. Ciekawa jestem, czy ktoś dobrowolnie sam z siebie poszedł na to „nowoczesne arcydzieło w 3D” sam z siebie, bo mu się aż tak spodobało. Jak np. moi koledzy kiedyś urywali się z lekcji w szkole by np. po raz 20-ty !!! … obejrzeć „wejście smoka ” z Brucem Lee!!!…. A i ja też byłam kilka razy :) … http://www.prokulturystyka.pl/images/lee.png

    Pozdrawiam !

    • Logos Amicus Says:

      „Ciekawa jestem, czy ktoś dobrowolnie sam z siebie poszedł na to „nowoczesne arcydzieło w 3D”…”

      Jula, ja poszedłem ;)

      • jula Says:

        Ty chodzisz na wszystkie filmy .
        Ile razy byłeś na tym ?….

        • Logos Amicus Says:

          No bez przesady, Jula – nie na wszystkie :)

          A na tym byłem raz. I to mi w zasadzie wystarcza.

        • Torlin Says:

          Julu!
          Jesteś nielogiczna – wybacz – „czy ktoś dobrowolnie sam z siebie poszedł na to „nowoczesne arcydzieło w 3D” sam z siebie, bo mu się aż tak spodobało”.

          Jak ktoś idzie, to nie wie, czy mu się spodoba. To tylko inżynier Mamoń uwielbiał piosenki, które zna. I nie lubił polskich filmów i aktorów, a szczególnie tych zapalających papierosa.

        • Logos Amicus Says:

          Jula, na „Bitwę” w Chicago ciągnęły tłumy. Dobrowolnie. Bilety wyprzedano na wszystkie seanse, dołożono nawet kilka dodatkowych. Ponadto, film ma być jeszcze wyświetlany za kilka tygodni na zbliżającym się Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

  9. Torlin Says:

    Nie będę się podpisywał pod każdą wypowiedzią, bo mi się nie chce. Zgrupuję to w jednym komentarzu (jest wolność i demokracja w tym blogu?)

    1. Żal mi takich osób jak Ewa, mówiąca o osobach mających inne zdanie „Oszołomów i indolentów – dostatek ci u nas – za zbytnio wielki”. Bo to jest dawanie świadectwa o sobie, a nie o innych. Zarozumialstwo i grzech pychy.

    2. Filmu nie widziałem, ale wiem, że Tobie z zasady nie podobają się filmy Hoffmana, przypomnij sobie naszą dyskusję o „Ogniem i mieczem”, który to film bardzo lubię i oglądam sobie z kasety wielokrotnie dla poprawy nastroju. I Onibe (pozdrawiam) uważam, że niektóre sceny są tak piękne w swojej plastyczności, że hej!

    3. „Tytuł serialu rzeczywiście brzmiał inaczej („Przygody Pana Michała”), choć przecież obsada była taka sama, ale dziwnym trafem nazwisko Hoffmana znikło z napisów kredytujących film, a jako reżysera podano Pawła Komorowskiego”. Nieprawda. Wszystko nieprawda.
    „Pan Wołodyjowski” – „Przygody Pana Michała”
    Reżyseria – Jerzy Hoffman – Paweł Komorowski,
    Zdjęcia – Jerzy Lipman – Andrzej Gronau,
    Scenografia – Jerzy Groszang – Wojciech Krzysztofiak,
    Kostiumy – Lech Zahorski – Jerzy Szeski,
    Muzyka – Andrzej Markowski – Wojciech Kilar,
    Montaż – Alina Faflik – Halina Nawrocka,
    Kierownictwo produkcji – Wilhelm Hollender i Edward Burba – Urszula Orczykowska,
    Ketling-Hassling of Elgin – Jan Nowicki – Andrzej Łapicki,
    stolnikowa Makowiecka – Hanka Bielicka – Barbara Krafftówna,

    4. Możemy krytykować Hoffmana, ale oprócz Wajdy ja nie widzę polskiego reżysera umiejącego opanować tłum statystów wojennych na planie. Dajesz przykład Amerykanów, ale naprawdę, polska kinematografia nie jest amerykańską i nigdy nią nie będzie. Zobaczmy, jak wielkie widowiska wojenne robią Rumuni, Włosi, dawni Jugosłowianie, Hiszpanie, to są narody, z którymi możemy się porównywać. Mnie denerwuje ten nastrój kompleksu niższości: nasze banki nie są największe na świecie, nie mamy najlepszej drużyny piłkarskiej w Lidze Mistrzów, a Chiny wysyłają rakietę w kosmos. A Hiszpania wysyła?
    Pozdrawiam.

    • Onibe Says:

      Torlinie – pozdrowienia!

      Owszem, były dobre momenty w „Ogniem i mieczem” – nie był to film tragiczny. Ale… wybacz, gdyby nie to, że czytałem książkę (mniej więcej piętnaście razy, bo jestem zaciekłym sienkiewiczofilem…) to nawet nie wiedziałbym o co chodzi. Skrótowość narracyjna, konstruowanie opowieści w postaci metek nawiązujących do książki, ale nic nie mówiących odbiorcy jej nie znającego to poważne wpadki. „Ogniem i mieczem” to film zrobiony na szkolne zamówienie, aby dziatwa mogła nie czytać powieści. W kategorii o której tutaj rozmawiamy, a więc porywających, epickich filmów dla bardzo szerokiego grona widzów (także zagranicznych!!!) po prostu leży i kwiczy. Zresztą, „Ogniem i mieczem” było pokazywane w USA. Nasze media koncentrowały się na pozytywnym odbiorze filmu, natomiast Amerykanie często zwracali uwagę na migawkowość filmu, niekonsekwencję i w ogóle zastanawiali się o czym to jest. Nikt nie twierdzi, że filmy amerykańskie są najlepsze (zresztą, w toku dyskusji padło już stwierdzenie, że wcale nie są), ale zauważ, że nie potrzebujesz przeczytać książki historycznej aby zrozumieć „Patriotę” (film, skądinąd, przeciętny, ale dobrze odebrany na całym świecie – choć nie przez krytyków).

      skoro potrafimy robić dobre kino psychologiczne to się na nim koncentrujmy – nie stawajmy w szranki z wysokobudżetowymi molochami, bo nie tędy droga. Nie wystarczy powiedzieć „dobre bo polskie” – film musi naprawdę zaciekawiać…

      • Torlin Says:

        „skoro potrafimy robić dobre kino psychologiczne to się na nim koncentrujmy” – zgoda – skoncentrujmy, co wcale nie uniemożliwia zrobienie wysokobudżetowego filmu widowiskowego, bo co to ma wspólnego z koncentracją na filmie psychologicznym?

        • Onibe Says:

          ależ nic, poza tym skromnym faktem, że jeszcze ani jednego takiego nie zrobiliśmy.

          podkreślam: chodzi mi o film, który obejrzę bez ciągłego przypominania sobie, że trzeba go docenić, bo jest polski. Z najwyższą przyjemnością odebrałbym możliwość oglądania porządnego kina w naszym wykonaniu. Ale czy się doczekam?

        • Onibe Says:

          Torlinie, zaskoczyłeś mnie. Nie potrafię się ustosunkować do Krzyżaków. Dawne czasy, nie pamiętam już za dobrze tego filmu. Nie wiem też jak go ocenić: przez pryzmat epoki w której powstał, w nawiązaniu do czasów dzisiejszych czy jeszcze inaczej. Ale jest to ciekawy przykład.

      • jula Says:

        Torlinie a jednak, przynajmniej w moim mieście w pewnym sensie pod przymusem, bo ; ..” szkoły obowiązkowo, bo to obecny trend w historii Polski ;) …
        Urzędnicy … i wojsko obowiązkowo !!!… ” ;)..
        Czy Ty już byłeś?… No i czy masz zamiar wielokrotnie na ten film pójść?…. :)

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, wprawdzie już na samym początku swojego komentarza „zażyłeś” mnie tym swoim stwierdzeniem, że Ci się „nie chce”, to jednak odpowiem Ci, nie okazując tak ostentacyjnie swojego lenistwa ;)

      1. Ewę potraktowałeś zbyt ostro i waląc w nią ad personam. Ona nigdy nie sprawiła na mnie wrażenia osoby zarozumiałej (wręcz przeciwnie ;) ) czy też pysznej (tutaj bez skojarzeń, proszę ;)

      2. To nieprawda, że mnie się „z zasady” nie podobają filmy Hoffmana (nawet w tutejszych komentarzach wspomniałem o świetnych jego filmach z lat 60-tych (m.in „Prawo i pięść”) , podobał mi się także „Pan Wołodyjowski” i „Potop”. Ja naprawdę z wielką radością napisałbym o jakimś nowym filmie Hoffmana, gdyby on wydał mi się dobry, a jeszcze lepiej – znakomity.
      To prawda, że nie mam dobrego zdania o „Ogniem i mieczem”. Oczywiście są tam dobre momenty, ale jest też kilka scen, które mnie „rozłożyły” (i to niestety była wg mnie wina reżysera – lub jego asystentów), uniemożliwiając mi wyrażenie dobrej opinii o tym filmie.

      3. Tutaj pełna zgoda – „Pan Wołodyjowski” i „Przygody Pana Michała” to były jednak różne produkcje. (Nasza pamięć jest jednak zawodna.)

      4. Zdolność do „opanowania tłumu statystów wojennych na planie” nie gwarantuje tego, że ktoś dysponujący taką umiejętnością, wyreżyseruje dobry film. Bo film to nie tłumy statystów, ale dobry scenariusz, psychiczna wiarygodność postaci, umiejętnie prowadzony wątek fabularny… etc.
      Oczywiście, ze „kinematografia polska nie jest kinematografią amerykańską i nigdy nie będzie”. I najgorsze właśnie jest to, że czasami sprawia wrażenie, jakby chciała nią być. „Bitwa” Hoffmana miała naprawdę olbrzymi potencjał i od strony produkcyjnej mogła zaimponować (te akurat elementy wcale nie muszą nas wpędzać w kompleksy – wręcz przeciwnie, to fantastyczne, że dysponując – w porównaniu do budżetu filmów amerykańskich – tak małymi w sumie pieniędzmi, twórcy „Bitwy” zdołali stworzyć takie bogactwo scenograficzne), ale moim zdaniem wszystko zepsuła fatalna reżyseria Hoffmana i zły scenariusz. (Nie muszę chyba wszędzie tu podkreślać, że jest to tylko moja opinia.)

  10. aga Says:

    Na filmie nie byłam i co więcej nie zamierzam pójść. Wcześniejsze „dokonania” tzw. filmu historycznego skutecznie mnie zniechęciły do ryzykowania. Estetyczną niestrawność powoduje u mnie nieszczęsne Quo Vadis i Ogniem i Mieczem, a także niestety papierowy i koturnowy Katyń. Basta. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść.

    • Logos Amicus Says:

      Agnieszko, ja bym nie posuwał się do tego, by mówić komuś, że ma zejść ze sceny. Twórca sam powinien wiedzieć, czy ma coś jeszcze do powiedzenia. A jeśli ma możliwości, siły i chęci, by na scenie pozostać i coś jeszcze robić, to niech tak będzie. Jednak powinien się przy tym liczyć z tym, że to co robi może być oceniane – i to bez żadnej taryfy ulgowej.

  11. caddicus Says:

    A może warto spojrzeć na to, co nakręcił Hofman jako na zwykły biznes?
    Gdzieś tam powyżej wypomniana proweniencja reżysera i jego wypowiedź: To, co powiem, to chamstwo, ale jesteśmy skazani na sukces. Ten film będzie miał parę milionów widzów mogłyby to potwierdzać.
    A co do filmu – byłem wczoraj – nie czuję się jednak na siłach, by włączyć się do krytycznej dyskusji. Wyszedłem z miłymi wrażeniami choć oczy nieco bolały od fruwających nagrobków i krzyży :-)

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście, słowa Hoffmana potwierdzają to, że najważniejsza jest jednak dla niego komercja – czyli za sukces uzna on przede wszystkim to, że jego film zarobi pieniądze. Jeśli Hoffman tak podchodzi do sztuki kina, to ma do tego prawo. Ale wtedy jego filmy można będzie traktować tak jak „sztukę” mięsa, którą się handluje. Czyli raczej na zasadzie zupełnie bezrefleksyjnej, a wyrażając się wprost – bezmyślnej.
      Dla mnie sztuka to coś więcej, niż biznes. Nie patrzę na film od strony biznesowej, tylko artystycznej.

      Piszesz, że wyszedłeś z kina z „miłymi wrażeniami”. Ja, niestety, nie mogę tak powiedzieć (widocznie mamy jednak inną wrażliwość ;) )
      Byłbym jednak bardzo ciekaw, co spowodowało, że zrobiło Ci się na filmie Hoffmana tak miło. Naprawdę! (I wiedz, że piszę to bez cienia złośliwości czy sarkazmu). Wiem, że – zważywszy na Twoją elokwencję – byłbyś w stanie to wyartykułować :)
      Pozdrawiam

      • Torlin Says:

        Caddicusie!
        Obiecuję, że pójdę.

      • caddicus Says:

        Logosie,
        Jestem okazjonalnym konsumentem kina i stąd moje nikłe krytyczne wyrobienie.
        Poszedłem na seans dla wypełnienia czasu skuszony reklamą. Wyłączyłem krytyczne szkiełko i oko mędrca i poddałem się fali patriotycznego nastroju. Czasami lubię ten tani, ckliwy i odsądzany od czci przez krytyków kina patriotyczny sznyt. Moje odczucia nie muszą być i… nie są w sprzeczności z Twoimi, gdyż film konsumowaliśmy z odmiennej perspektywy.
        Tylko tyle i aż tyle.

        • Logos Amicus Says:

          Rozumiem to dobrze, caddicusie.
          Nie przeczę, moje podejście do kina jest inne. Wierz mi, że lubię także kino czysto rozrywkowe, nie pogardzam z zasady (jak to czynią niektórzy snobujący się często wielbiciele kina „artystycznego”, nie „mainstreamowego”) kinem popularnym, masowym (sam byłem przez wiele lat jego konsumentem – teraz jednak jakby mniej mnie ono bawi i pociąga), ale nawet traktując film Hoffmana w tych kategoriach, nie mogę napisać, że jest to film dobry, bo kłóciłoby się to z moim odbiorem tego filmu – z opinią jaką o nim mam.

          Ale jest jeszcze jedna sprawa. Kiedy jakiś film dotyka czegoś, co jest dla mnie istotne (jak to było choćby w przypadku filmu Tarra „Koń turyński”), to wtedy wolę go jednak potraktować poważniej – uznać za coś „więcej, niż kino” (kiedyś nawet pod taką właśnie nazwą ukazywał się cykl moich recenzji w prasie). Wtedy pisanie o danym filmie jest dla mnie niejako pretekstem do pisania o czymś co jest dla mnie istotne i ważne – i co wykracza daleko poza kino.

          Film Hoffmana jest filmem batalistycznym, „wojennym” – a do tych także mam stosunek szczególny, bo dotykają sprawy, która mnie porusza: stosowania przez człowieka przemocy i gwałtu.

          Piszesz: „Wyłączyłem krytyczne szkiełko i oko mędrca i poddałem się fali patriotycznego nastroju.”
          Niestety, ja widzę jasno, że ludzie w swej masie robią to samo w sytuacjach znacznie poważniejszych niż oglądanie filmu Hoffmana. Czyli „poddają się” czemuś i przestają myśleć, wyłączając jakby swój krytycyzm, rozsądek, myślenie a nawet – „szkiełko i oko mędrca”, jeśli takowym dysponują (co jest, powiedzmy sobie szczerze, rzadkością).
          I takiej istotnej sprawy dotyka pośrednio (a i bezpośrednio też) ta filmowa „Bitwa warszawska”.
          Otóż np. zastanawiam się, jak to możliwe, by wymordowanie tysięcy ludzi (może nie wszyscy o tym pamiętają, że bolszewicy byli także ludźmi) wiązać z jakimś aktem religijnym (nazywając to wręcz boskim „cudem”) – przy czym chodzi tu o religię chrześcijańską, która jest wyznawana przez ludzi uważających się (jakoby) za naśladowców Chrystusa.
          Ten film zahacza też o propagandę. Nie tak dawno – w tekście pt. „CZAS PRZEMOCY” – pisałem o tyn, jakie są mechanizmy działania wojennej propagandy. I kiedy tak patrzę np. na ten polski plakat propagandowy, nawołujący Polaków do „bicia” bolszewików, to nie mogę się powstrzymać od przypomnienia sobie takiego choćby jego fragmentu:

          „…znaczna część wyobraźni kreująca obraz wroga ma charakter wyraźnie urojeniowy. Rozsądek, poczucie realizmu jest stępione specyfiką sytuacji i okoliczności. Zaczynają tez działać mechanizmy związane z psychologią tłumów (nietolerancja, impulsywność, autorytaryzm, podatność na sugestię, bezkrytyczne uleganie wątpliwym autorytetom…). Pożądane jest wszystko, co umacnia więź grupową i pozwala się z nią identyfikować: przekonanie o własnym posłannictwie, wyjątkowości, bohaterstwie, boskiej opatrzności, a także poczucie krzywdy oraz przydawanie sobie wszelkich możliwych cnót.

          Natomiast wizerunek wroga maluje się w najczarniejszych barwach – przypisuje się mu wyłącznie cechy negatywne, staje się on doskonałym przeciwieństwem własnego image. W skrajnych przypadkach odmawia mu się w ogóle cech ludzkich. Łatwo jest wtedy zabijać, mając ponadto satysfakcje z dobrze spełnionego obowiązku – własne sumienie zastępuje wówczas ideologia.
          Wszelkie odstępstwa od tych zasad stawiają człowieka poza wspólnotą, grożą wykluczeniem ze zbiorowości, bowiem zdają się kwestionować nienaruszalność wspólnie wyznawanych wartości, podważać bezwzględność i słuszność takich konsolidujących i mobilizujących pojęć jak patriotyzm, honor, ojczyzna, bohaterstwo, żołnierski obowiązek.”

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/10/bij_bolszewika-propaganda.jpg?w=780

  12. jula Says:

    Tak piękny młody ułan Polak, bije „bolszewika”, czyli byłego zniszczonego licznymi wojnami „bezzębnego chłopa pańszczyźnianego”, być może też Polaka zza Bugu. Ot potęga propagandy, czy reklamy ?…
    Zawsze na użytek, łącznie z religią. Toż to i obecnie się stosuje nadal, jak kto się tylko zastanowi. Potem za niedługo Niemcy też używali nazwy „podludzi” w stosunku do innych, najpierw Żydów, komunistów a potem za przyzwoleniem dalej… . Tak… Wieki się zmieniają a ludzie jednak nie. :(
    Przecież obecnie tak samo traktuje się Muzułmanów. Na filmie należy myśleć, bo być może nawet i na tych „patriotycznych” możemy się czegoś nauczyć, jak sami zechcemy. ;) …

  13. Ewa Says:

    L.A.: dziękuję, że za zasadne uznałeś – „wziąć mnie w obronę”.
    Torlinie: gdybyż to mnie jedynie, cechowały przywary jakie mi przypisujesz. Powiem więcej, chętnie bym te wady miała, gdyby tylko pomóc to mogło – twórcom i komentatorom – w ocenie własnych (finalnych) produktów. Chętnie bym się myliła, odkrywając na koniec, że „oczerniam” bogu ducha winnych twórców. Wypowiedź do której się odniosłeś, jest ciągiem dalszym dyskusji, którą czas już jakiś wiodę z LA. I fakt, i ON się z moim oglądem nie identyfikuje przesadnie.
    Tylko jest mały drobiazg: ja KOCHAM wszelkiej maści artystów. Żyję z nimi i wśród nich – całe życie. „Zajmuję się” też nimi zawodowo. Dlatego pewnie wymagam sporo. Przede wszystkim szczerości i rzetelnej oceny możliwości. Cierpię fizycznie po wysłuchaniu czy przeczytaniu tego, co artyści owi mieli „serdeczną nadzieję” nam zaoferować, a co na koniec oferują.
    Nie potępiam żadnego rodzaju aktywności artystycznej, cieszę się że jest jej tak wiele. I nie spodziewam się po wszystkich mistrzostwa, nie potrzebuję go wręcz. Nieporadność też może być piękna.

    Nie lubię tylko, gdy zarozumialec właśnie, stara się zmusić mnie do zaakceptowania własnej „fuszerki”. A odpowiedzialność za „niezrozumienie” zaprezentowanej indolencji, buty, wewnętrznej pustki, cynizmu wręcz – usiłuje przerzucić na mnie – widza. Kupno biletu wstępu na jakiekolwiek zdarzenie artystyczne, nie jest przecież wyłącznie akceptacją.
    Zapewniam; czasem wzruszam się i pokrywam gęsią skórką z ekscytacji, a czasem jestem bardzo zła, że straciłam czas i spokój ducha widząc jak nie szanuje się widza. I jak (przy okazji) nie szanuje się również całej rzeszy osób, które brały udział w projekcie. Bo jakby się wcześniej rzetelnie, szczerze nie napracowały – fatalny, końcowy efekt rzutuje na nich wszystkich.

    I na koniec – i oni i my wszyscy, bierzemy udział w zbiorowym „kłamstwie”. Nie potrafię i nie chcę tego przyjąć do wiadomości – nawet jeśli to bardzo brzydka cecha.
    I na koniec: dziękuję obu Panom za „zmuszenie mnie” do tej wypowiedzi. Mam nadzieję, że byłam dostatecznie komunikatywna, by wyjaśnić co tym razem ja – widz, miałam na myśli. I że nie brzmi to fałszywie.

  14. miziol Says:

    Hoffman przestal robic dobre filmy, kiedy przestal polegac na swoim zmysle estetycznym i zaczal podpierac sie mlodszymi wspolpracownikami. Nie wiem jaka role odgrywaja w tym pieniadze, ale jak sie domyslam spora. A zaczelo sie od kompletnie skopanego, nijakiego, aczkolwiek niezlego wizualnie „Ogniem i mieczem”.

  15. sarna Says:

    Miałam okazję być, ale inna okazja okazała się bardziej kusząca i w rezultacie ten film sobie odpuściłam.
    Teraz jednak, po Waszych wypowiedziach korci mnie, żeby zobaczyć o co to wielkie halo.
    Jak na ironię, dużo i z emocjami mówicie o czymś, co wg Was nie zasługuje na uwagę i emocje. Gdzieś w Was „to” jednak siedzi i drąży na różne sposoby. Może jednak Pan J. Hoffman osiągnął swój cel? Może włożenie kija w mrowisko – nie bezpośrednio, ale jednak! – zmusiło do dyskusji na ważkie tematy? Pytanie tylko czy cel może uświęcać środki, no i co było celem autora / artysty? Z drugiej strony, czy autor/artysta musi być taki poprawny i przewidywalny? Czy nie powinien nas np. szokować, zaskakiwać, wkurzać, zmuszać do konfrontacji, mieć swoje wizje i poglądy?
    Może i J. Hoffman jest, jak twierdzicie malutki, ale jam niegodna by mu trzewiki czyścić, więc tym bardziej „gęby” sobie nim wycierać nie śmiem.
    Swoją drogą jakie to optymistyczne, że tak dobrze znacie historię :)

    • Logos Amicus Says:

      Ja nie twierdzę, że film Hoffmana nie zasługuje na uwagę i emocje. Gdybym tak uważał, to ominąłbym jego „Bitwę” szerokim łukiem.
      I oczywistym jest to, że to „COŚ”, co poruszył (chcący czy niechcący) Hoffman, w nas „siedzi i drąży na różne sposoby”.
      Włożenie „kija w mrowisko” jak najbardziej może mieć sens, ale wątpię, że akurat Hoffmanowi o to chodziło. Wręcz przeciwnie – on zrobił „Bitwę” tak, by ominąć wszelkie kontrowersje, „zrobić dobrze” naszemu stereotypowemu postrzeganiu historii, podlizać się naszemu hurra-patriotyzmowi, a nawet uderzyć w bogo-ojczyźnianą, kruchtową nutę (z czym on sam, daję głowę, za grosz się nie identyfikuje!). To wszystko powiewa niestety fałszem.
      Hoffman wcale nie chciał zmuszać nas do konfrontacji – jemu chodziło głównie o to, by czymś się zająć, żeby film sprzedać – nieźle się przy tym bawiąc.
      Być może moja wina polega też na tym, że mnie samemu nie chciało się wziąć udziału w tej zabawie. I potraktowałem jego film ze zbytnią powagą. Ale uznałem, że skoro poruszył on na tyle istotny dla mnie (dla Polaków) moment w historii, to warto byłoby się na ten temat wypowiedzieć.

      Nikt tu sobie Hoffmanem „gęby nie wyciera”. To jest po prostu wyrażanie opinii o tym, co on stworzył i firmuje swoim nazwiskiem. Nie można każdego głosu krytycznego nazwać „wycieraniem sobie gęby” autorem. Zresztą, sam Hoffman wyraża się w swoich ostatnich wywiadach bezceremonialnie i z taką dezynwolturą (zwłaszcza wobec tych, którzy do jego filmu nie podchodzą z entuzjazmem), że jakakolwiek kurtuazja i owijanie w bawełnę tego co się o „Bitwie” myśli, wydaje mi się nie tylko zbędna, ale i nie na miejscu.
      Nigdzie nie nazwałem Hoffmana malutkim (toć byłoby to wręcz śmieszne patrząc na jego posturę ;) ), ale też nie miałbym żadnej ochoty trzewiki mu czyścić, czy też sznurowadła przy nich wiązać (bez przesady, aż takiego wielkiego brzucha to on nie ma, żeby sam tego nie mógł zrobić).

      Nie twierdzę też, że „tak dobrze” znam historię. Ale z tego co wiem (i co sobie przy okazji „Bitwy” Hoffmana przypomniałem), to jego podejście do tamtejszych wydarzeń jest cokolwiek… komiksowe.

      • sarna Says:

        Ojej, aleś się rozsierdził :)
        A ja tylko chciałam powiedzieć, że rozbudziliście moją ciekawość tą produkcją. Terminu „produkcja” użyłam z rozmysłem, wszak film to również business i rządzi się swoimi prawami – ja się tylko czasami na nie zżymam, żeby nie utracić wiary w to, że drzemie we mnie jeszcze jakaś nuta romantyzmu ;)

  16. jula Says:

    Ciekawa jestem Logosie, czy śledziłeś w swojej młodości w Polsce teatr poniedziałkowy na żywo, nie wiem czy jeszcze się na widowiska telewizyjne załapałeś ?… Bo w wczoraj był powrót do takiej formy !… Jednocześnie , chyba specjalnie dla Polonusów ;) ale i nie tylko jest transmisja w internecie podobno i jeszcze do tego można wybrać opcję , która kamerą chcemy śledzić spektakl. …
    Hmmm… Obejrzałam i faktycznie ja jestem za ;) …
    To akurat była lekka komedia pt. „Boska” z główną rolą K.Jandy.
    Mnie już nawet nie chodzi o rodzaj sztuki , akurat tej , tylko o sama formę. Bo mi faktycznie brakowało tych teatrów , no i świetnej kiedyś czwartkowej słynnej „kobry” ..! .. To nie tylko adrenalina z powodu samej treści , akcji fabuły ;).. ale i z gry na żywca !….
    Ps.
    Sorry ,że tak zeszłam z głównego wątku u Ciebie ;) :D)))

  17. Society for Arts Says:

    Kolejna bardzo dobra recenzja BITWY w powaznym pismie branzowym:

    „A good, old-fashioned war movie with spectacular action, a cast of thousands and a decent love story holding it all together, „1920: Battle of Warsaw” rousingly recounts how Poland routed the invading Bolshevik army shortly after World War l. Vigorously directed by veteran hitmaker Jerzy Hoffman and beautifully lensed by ace d.p. Slawomir Idziak, Poland’s first 3D feature hit domestic paydirt with 600,000 admissions in 10 days following its Sept. 30 release and has scored strongly on 21 British screens since Oct. 7. The marketing advantage of 3D should help the pic secure further offshore exposure.
    With foreign-language Oscar nominee „The Deluge” (1974) and all-time Polish B.O. champion „With Fire and Sword” (1999) to his credit, Hoffman excels at mixing lusty historical drama with blood-and-thunder military action. Now almost 80, the helmer demonstrates here that his command of cinematic technique is as muscular as ever.
    Crisp screenplay by Hoffman and Jaroslaw Sokol commences with pictures of optimism in post-WWI Poland, which has become independent for the first time since 1795. The hub of gaiety is the Cafe Oasis, where beautiful chanteuse Ola (Natasza Urbanska) is romanced by cavalry officer Jan Krynicki (Borys Szyc). Within minutes of their exchanging wedding vows, however, Jan is called away to fight the advancing Bolsheviks.
    The state of military and political play is efficiently laid out in parallel action showing Lenin (Wiktor Balabanow) and Stalin (Igor Guzin) plotting the invasion, while chief of state marshall Jozef Pilzudski (Daniel Olbrychski) organizes Poland’s resistance.
    Once the basics are covered, Hoffman launches into meaty battle scenes involving hundreds of Polish cavalrymen charging into thousands of Bolshevik ground troops. The effect of the 3D in wide shots is marvelous, but fighting in closer quarters is sometimes too tightly framed and rapidly edited for the stereoscopic imagery to register properly.
    The film keeps combat-related drama boiling, with Jan captured by Dherzinsky (Krzesimir Debski), a hissable Russian state security officer. Matters on the home front remain lively with sleazy old officer Kostrzewa (Jerzy Bonczak) attempting to lure, then force, Ola into his bed. Though a smidge of melodramatic excess creeps into the central question of whether Ola and Jan will ever see each other again, „1920: Battle of Warsaw” is so pacey and absorbing that most auds will be ultimately moved by the result.
    Local singing star and TV host Urbanska is fine in her first major role, and clicks nicely with Szyc’s Everyman hero. Meticulous production design and several museums’ worth of period military hardware complement Idziak’s lush visuals of Warsaw and gritty battlefield compositions. Other tech work is pro.”
    Richard Kuipers
    (Busan)

  18. basianka Says:

    Bardzo się zawiodłam oglądając ten film. Miał on przedstawiać jeden z najważniejszych momentów w historii naszego kraju, który odmienił nasz los oraz przyszłych pokoleń, lecz tak się nie stało. Bitwa Warszawska powinna być głównym wątkiem filmu, ale oglądając ten film przekonałam się, że tak nie jest. Na pierwszym planie jest najbardziej oklepana historia miłosna jaką było można wymyślić, a nie bitwa jak powinno być.
    Hmm, a Natasza z karabinem krzycząca i jednocześnie płacząca, cóż zostawię to bez komentarza. Widok gdy na polu bitwy wszyscy są martwi i tylko ona jedna powstaje, otrzepuje z brudu i idzie dalej po prostu bezcenne. Scena ta chyba miała za zadanie wywołać u widzów radość i wzruszenie, lecz u mnie wywołała śmiech, ponieważ było to w skrócie po prostu żałosne i śmieszne.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s