„MELANCHOLIA”, „MICHAEL”, „CHŁOPIEC NA ROWERZE”, „NIEBEZPIECZNA METODA”

O FILMACH 47-go MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU FILMOWEGO W CHICAGO

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbywa się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto relacje z filmów, które udało mi się dotychczas obejrzeć.

„MELANCHOLIA” (reż. Lars von Trier)
*

Skandlaista i prowokator Lars von Trier pokazuje piękny koniec świata w „Melancholii”

*

Cioran napisał kiedyś, że szczęście na ziemi możliwe jest tylko dla tych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie przyszłości.
Myślę, że Cioran pisząc słowo „przyszłość”, myślał o tym samym, o czym myślał Lars von Trier, pisząc słowo „Melancholia”: totalną zagładę WSZYSTKIEGO, czekającą – prędzej czy później – nie tylko CAŁĄ LUDZKOŚĆ ale i wszelkie ŻYCIE, które zginie wraz z drobiną, jaką w skali kosmicznej jest ZIEMIA. (Melancholia, to w filmie von Triera asteroid, który zbliża się do naszej planety, by unicestwić ją w potężnej kolizji.) Melancholia to także stan umysłu (duszy?) człowieka, w którym wszystko wydaje mu się być puste, marne, pozbawione sensu i skazane na zagładę. Melancholia jest chorobą (?), na którą cierpi główna bohaterka filmu. Melancholia (bardziej „literackie” określenie depresji) jest również tym, z czym zmaga się przez całe swoje życie sam Lars von Trier.
Cioran, (który nota bene przyszedł mi do głowy, kiedy oglądałem „Melancholię” i gościł w niej przez dłuższy czas, kiedy o niej później myślałem) jest jeszcze autorem innego oświadczenia, które wydaje się być tutaj à propos. Otóż powiedział on, że chyba nie mógłby być psychiatrą, bo utożsamiałby się ze swoimi  pacjentami, przyznając każdemu z nich rację.
A czy my, oglądając „Melancholię”, możemy się utożsamić z eschatologicznym katastrofizmem von Triera, albo z kosmicznym dołkiem psychicznym jego bohaterów, którzy czekają wśród uczuciowego zamętu i obyczajowej degrengolady na Armagedon?
Wydaje się, że nie do końca, bo gdyby tak było, to pewnie musieliby nas wynosić z sali kinowej w kaftanie bezpieczeństwa.
Ale nie wynoszą, więc chyba jednak wizja, którą ukazano nam na dużym ekranie, nie zbija nas z nóg i nie dewastuje nam mózgu. Pewnie dlatego, że ta wizja von Triera jest jednak wizją artystyczną, a taką zawsze umieszczamy (zazwyczaj instynktownie) w sferze iluzji i rzeczywistości „na niby”. To już dużo, jeśli potrafimy się nią choć trochę przejąć na czas samej projekcji, a jeszcze więcej – gdy zaczniemy o niej myśleć.

Melancholia w wymiarze ludzkim i kosmicznym

Sukces Larsa von Triera polega na tym, że udało mu się to jego „Melancholią” dokonać. Bo reżyser ten, oprócz twego że jest notorycznym prowokatorem i skandalistą (jak wiemy wyrzucono go z ostatniego Festiwalu w Cannes, bo oświadczył, że on jednak Hitlera „rozumiał”), to jest także przy tym wielkim artystą kina. A przynajmniej takim się wydaje. Zwłaszcza jak patrzymy na to z jakim wizualnym (i słuchowym) efektem traktuje on filmową materię (mam tu na myśli choćby te nokautujące preludia: wcześniej z „Antychrysta”, a teraz właśnie z „Melancholii”, gdzie pierwsze osiem minut filmu to czysta poezja filmowego obrazu wspomaganego Wagnerem); i z jaką pasją rzuca nam to wszystko w twarz.
To prawda, Von Trier jest mistrzem obrazu (nie bez kozery tyle w jego „Melancholii” odwołań do arcydzieł malarstwa) – zwłaszcza jego sensoryki – gorzej z tzw. wkładem myślowej treści. Bo kiedy tak porównamy głębię psychologicznych relacji jego bohaterów z tą, z jaką mamy do czynienia np. w dramatach Ibsena, Strindberga (ci z kolei przyszli mi na myśl, kiedy tak patrzyłem na zjadliwość i popapranie życia „rodzinnego” protagonistów w „Melancholii”), czy (zwłaszcza) Bergmana, (do inspiracji którym von Trier się otwarcie przyznaje) to jednak nie ta sama klasa. Bardziej jednak przedszkole, choć przedszkole nie pozbawione pewnej błyskotliwości i dobrych momentów.

Ale von Trier uderza mocno w jeden czuły punkt każdego egzystencjalisty (jakim poniekąd jest każdy myślący i wrażliwy człowiek): w naszą podskórną czułość na nihilizm, który zagłuszamy w dniach naszych powszednich czym się tylko da, a od święta – religią, metafizyką, może czasem „liryką, tkliwą dynamiką, angelologią i dalą”…
No właśnie, wydawać by się mogło, że von Trier odrzuca wszelką metafizykę (bo takie słowa jak Bóg czy transcendencja, czy choćby sugestia do jakiejś „nadprzyrodzoności”, nie pojawiają się w jego filmie ni razu), to jednak skąd to jego kategoryczne „because I know things”, które wkłada w usta Justine, mającej zdolności profetyczne i jasnowidzące – wiedzącej nawet ile jest koralików w dzbanie bez ich licznia (678)?  Czy aby to nie jest sposób reżysera, aby oświadczyć wszem i wobec, że on jednak „wie swoje” (czytaj: „wie wszystko lepiej”)?
A poza tym: czy kiedy się jest dotkniętym czarną melancholią to można cokolwiek jasno widzieć?
*

„MICHAEL” (reż. Markus Schleinzer)
*

Wiedziałem, że decydując się na obejrzenie tego filmu, będę musiał zrezygnować z psychicznego komfortu i jakiejkolwiek przyjemności ze śledzenia historii występujących w nim postaci. Rzecz jest bowiem o pedofilii. 10-letni chłopiec przetrzymywany jest od wielu miesięcy w piwnicznym mieszkaniu przez 35-letniego mężczyznę, który na pozór wiedzie normalne, choć samotne życie, pracując w charakterze agenta ubezpieczeniowego. Na dodatek, wszystko to ma miejsce w Austrii – ojczyźnie Friztla i więziciela Nataschy Kampusch, jak również przeniesione jest na ekran przez Markusa Schleinzera, ongiś asystenta Michaela Haneke, nota bene twórcy „Funny Games” – filmu, który był dla mnie jednym z najbardziej niepokojących i dyskomfortowych obrazów, jakie widziałem w swoim życiu. (Prawdę mówiąc, to właśnie ta koneksja reżysera z Michaelem Haneke zadecydowała o chęci zapoznania się z jego filmem.)
Mimo wszystko ciekawiło mnie to, jak twórcy „Michaela” poradzą sobie z tym trudnym, uwierającym, szokującym wręcz tematem.
Okazało się, że poradzili sobie różnie.
Z jednej strony austriacka precyzja, ascetyzm i kliniczna „czystość” obrazu ewokowały atmosferę przenikliwie zimną, z drugiej zaś –  wiwisekcja ta w moim odczuciu nie posuwała się zbyt głęboko w obnażeniu psychiki zarówno oprawcy, jak i ofiary, przez co pozostali oni w wymiarze dość płaskim i kartonowym. Schleinzer zaryzykował i miał odwagę podjęcia się tak kontrowersyjnego tematu, ale wygląda na to, że zabrakło mu już tej odwagi, by doprowadzić swój zamysł (uświadomienia nam siedzących obok siebie w każdym zbrodniarzu cech ludzkich i potwornych) do końca. Tak to przynajmniej odebrałem.

Czy możliwa jest pedofilia z „ludzką” twarzą? (Austriacy konfrontowani są ze swoją narodową traumą w „Michaelu”)

W „Michaelu” oszczędza nam się graficznego przedstawienia seksu (nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego mogłoby być w ogóle możliwe, zważywszy na młodego aktora, wcielającego się w wykorzystywanego seksualnie chłopca), choć nie brakuje scen wyraźnie naznaczonych wykoślawionym i perwersyjnym, a zarazem strasznym i żałosnym erotyzmem pedofila, co już w zupełności nam wystarcza, by wstręt nam podszedł do gardła. Tym, czego brakuje w filmie, jest moim moim zdaniem głębszy wgląd w psychikę bohaterów. Bowiem nie wiemy, jaki jest w rzeczywistości stosunek mężczyzny do własnego zboczenia i czynienia niewyobrażalnej krzywdy dziecku, a z kolei zachowanie chłopca nie daje nam zbyt wielu przesłanek do tego, by naprawdę odczuć jego tragedię. Być może piszę to dlatego, że nie wyobrażam sobie, aby tak molestowane dziecko nie zostało sparaliżowane lękiem i przygniecione do dna cierpieniem… będąc w stanie np. śpiewać kolędy ze swoim ciemiężcą, a nawet malować dla niego jakieś podarkowe laurki. (Być może zawodzi tu moja wyobraźnia? Bo przecież człowiek to takie zwierze, które jest w stanie ułożyć sobie życie w najbardziej nawet potwornych warunkach, pod działaniem kolosalnej presji okoliczności.)

Podczas prezentacji „Michaela” w Europie podniosły się głosy kwestionujące sens kręcenia tego typu filmu. Zastanawiano się, czy aby ukazanie „zwykłego”, powszedniego życia pedofila i jego „ludzkiego” oblicza, nie jest pewną próbą budowania wobec niego empatii. Nie wiem. Ja tam żadnej sympatii do tego człowieka nie czułem. Wręcz przeciwnie, czułem antypatię, bo jego patologiczna osobowość była jednak widoczna na ekranie gołym okiem (aż dziwne, nie zauważali tego ludzie z jego otoczenia). A że potwór ten posiadał ludzkie odruchy? Co w tym dziwnego? Jeśli czemuś takiemu się dziwimy, to znaczy, że zmitologizowaliśmy „potworność” i odseparowaliśmy ją od ludzkiego świata, bo tak jest nam wygodniej. Nie chcemy bowiem sobie uświadomić tego, że potwory są wśród nas – że zachowują się i wyglądają jak człowiek – a my nie zawsze jesteśmy zdolni przeniknąć przez ich ludzką skórę.
*

„CHŁOPIEC NA ROWERZE” („Le gamin au vélo”, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne )
*

Kiedy bracia Dardenne przyjeżdżali ze swoim nowym filmem na Festiwal w Cannes, to za każdym wyjeżdżali z niego ze Złotą Palmą (tak było z „Rosettą” w 1999 r. i z „Dzieckiem” w 2005 ) W tym roku zdobyli zaś Grand Prix – nagrodę nie mniej prestiżową, która niewątpliwie przysporzy ich „Chłopcu na rowerze” o wiele więcej widzów, niż byłoby to w przypadku, gdyby tej nagrody nie dostali. I dobrze, bo najnowszy obraz  Jean-Pierrre’a i Luca Dardenne’ów wart jest tego aby go oglądać. To rzeczywiście kawał dobrego kina, i to takiego, które doskonale obchodzi się bez fajerwerków, skupiając się na swoich bohaterach będących zwykłymi ludźmi – ot takimi, jakich moglibyśmy spotkać na naszej ulicy. Co ciekawe, im bliżej ich poznajemy, tym mniej zaczynają się nam oni wydawać zwykli. Można by nawet wtedy uwierzyć, że tak naprawdę to nie ma zwykłych ludzi, że każdy człowiek jest na swój sposób niezwykły, a już na pewno – niepowtarzalny. Bez wątpienia, reżyserski kunszt braci Dardenne sprawia, że ta prawda objawia się nam głębiej, dobitniej i szybciej.

Bunt, niezgoda na los i poszukiwanie więzi. (Bracia Dardenne wygrywają po raz kolejny swoim „Chłopcem na rowerze”)

Sytuacja, w jakiej znajdują się bohaterowie filmu, nie jest jednak banalna. Cyril, 11-letni chłopiec trafia do domu dziecka. Jego ojciec znika bez śladu i Cyril próbuje go rozpaczliwie odnaleźć, a kiedy już do niego dociera, zostaje przez ojca odrzucony. Wcześniej przypadkowo poznaje fryzjerkę Sammanthę, która decyduje się chłopcem zaopiekować, przynajmniej w czasie weekendów. Cyril, który dzięki swojemu rowerowi zaznaje pewnej swobody, dostaje się wkrótce pod wpływy młodego gangstera, co kończy się wciągnięciem go na kryminalną drogę. Zaczyna się walka o duszę (a właściwie i o całe życie) chłopca – o to by jego niespożytą energię i emocje przemienić z wartości negatywnych na pozytywne.
Film jest niezwykle efektywny w ukazaniu całej dynamiki tego procesu. I robi to nie tylko poprzez „ruchliwość” samej akcji (także w znaczeniu psychologicznym), ale i dzięki zabiegowi w sumie prostemu: posiadanie przez chłopca roweru przekłada się na ekranie w zaznaczenie „kinetyki”, nie tylko jego żywiołowego charakteru, ale i złożonej, gwałtownej relacji Cyrila ze światem. (Nic więc dziwnego, że bracia Dardenne zdecydowali się na taki a nie inny tytuł, bo rower rzeczywiście znalazł się w centrum Cyrilowego „kosmosu”, wokół którego zaczęła się obracać jego historia. Mimo, że – jak wyjawili reżyserzy – na początku wcale tego nie planowali. Cóż, twórcy dość często ulegają presji materii, którą sami chcą urobić.)
W jednym momencie czegoś mi jednak zabrakło. Było to wtedy, kiedy stało się oczywiste, że chłopiec jest już na dobrej drodze (przeprasza ludzi, których skrzywdził). Zabrakło mianowicie psychicznego uzasadnienia i charakterologicznej ewolucji postawy Cyrila – jego przemiana wydała mi się na ekranie zbyt gwałtowna, co skłonny jestem położyć na karb scenariuszowego błędu.
Bo o to, że np. niczego się nie dowiadujemy o matce chłopca, albo że nie za bardzo rozumiemy motywy kobiety, która decyduje się wziąć do swojego domu obcego, zachowującego się histerycznie i gwałtownie chłopaka – o to i o parę innych drobiazgów wcale pretensji nie mam, bo wydaje mi się, że scenarzyści wcale takiego obowiązku nie mieli, by nas o tym powiadamiać. Tym bardziej, że nie miało to żadnego wpływu na niezwykle sprawny skądinąd sposób przedstawienia nam tej historii na filmowym ekranie. Sprawny i pozbawiony taniego sentymentalizmu, który mógłby tylko wszystko zbanalizować.
*

„NIEBEZPIECZNA METODA” („A Dangerous Method”, reż. David Cronenberg)
*

Prawdę mówiąc spodziewałem się, że jeśli za temat seksu i seksualnej perwersji bierze się David Cornenberg (przypomnijmy: autor „Nagiego lunchu”), to będzie bardziej niebezpiecznie. Wprawdzie widzimy na ekranie jak katolik Carl Gustav Jung (Michael Fassbender), jeden z najwybitniejszych umysłów i psychologów XX wieku, podczas stosunku seksualnego uderza pasem swoją histeryzującą pacjentkę, (którą wcześniej pozbawił dziewictwa), rosyjską Żydówkę Sabinę Spielrein (Keira Knightley), (która nota bene stała się później jednym z najwybitniejszych psychiatrów Rosji), to jednak – dziwna sprawa – sprawia to na nas wrażenie, jakby ci błyskotliwi ludzie tylko się w perwersję bawili. Mało tego: wiemy, że pannie Spielrein zrobi to tylko dobrze, a i Jungowi też nie zaszkodzi, bo przecież zmusi go do jeszcze głębszej eksploracji, i to nie tylko swoich kolejnych kochanek ale – co chyba jednak dla europejskiej kultury było ciut, ciut ważniejsze – wnętrza psychicznego człowieka, a nawet zbiorowej nieświadomości, gdzie czekały na niego do odkopania archetypy.

Psychoanalityczne egzorcyzmy (Keira Knightley i Michael Fassbender testują swoje ego w „Niebezpiecznej metodzie” Davida Cronenberga)

No dobrze… nieco trywializuję (choć właściwie przedstawiam tylko samą ekranową ewidencję) – film Cronenberga nie traktuje tylko o seksie. On opowiada o jednej z najbardziej fascynujących przygód w historii psychiatrii i nauki o ludzkiej duszy – o samych narodzinach współczesnej psychologii, o wkraczaniu nauki na zupełnie dotychczas nieznane obszary ludzkiej podświadomości, a także o jednym z najbardziej notorycznych naukowych sporów początku XX stulecia, jaki zaistniał między wybitnym religio- i kulturo-znawcą Jungiem a ojcem psychoanalizy Zygmuntem Freudem. A że seks stanowił tego wszystkiego podstawę? Cóż, jak głosi stara ludowa mądrość, ponoć wszystko na świecie obraca się wokół władzy, pieniądza i – za przeproszeniem – d…y. (Choć filmowy Jung przeciw temu się jednak buntuje: „To niemożliwe, żeby wszechświat wisiał tylko na tym jednym zawiasie.”)
Na szczęście w „Niebezpiecznej metodzie” jest jeszcze mnóstwo intelektu – i to właśnie myśl prowokująca, stymulująca, miejscami błyskotliwa i często inspirująca, dostarczyć nam może największej przyjemności w obcowaniu z tym filmem.
Zgoda, Cronenberg kręci swój film „po bożemu”, wypuszczając jednak przy tym produkt nieskazitelny technicznie, precyzyjny i ostry jak chirurgiczny skalpel, może trochę nadto wyelaborowany, lecz, mimo swej doskonałości, dla widza przystępny, a nawet pasjonujący.

Bardzo byłem ciekaw, jak też zostaną przedstawieni na ekranie takie tuzy europejskiego intelektu, jak Carl Gustav Jung i Zygmunt Freud. Pogodziwszy się jednak z tym, że podobnego formatu ludzi nigdy nie da się ogarnąć w kinie dogłębnie i w całej ich pełni, przyjąłem konwencję zaproponowaną przez reżysera i aktorów. Co przyszło o tyle łatwo, że zarówno Cronenberg wykonał bardzo dobrze swoje zadanie adaptacji tych postaci do opowiadanej przez siebie historii, jak i Viggo Mortensen (grający Freuda) oraz Fassbender (występujący w charakterze Junga) wypadli w swych rolach zupełnie przekonywająco. Zwłaszcza Mortensen: to jednak wymagało wielkiej sztuki, by dysponujący tak wielkim naturalnym sex-appealem aktor, odtworzył aseksualnego do szpiku kości Freuda. Fassbender jako Jung też jest jakby wyprany z seksu, ale za to solidny w tym swoim ściśle dopasowanym garniturze bogatego, dobrze ułożonego pana doktora, więc jego zmaganie z własnym popędem odbywa się jakby bardziej na powierzchni burżuazyjnego konwenansu, (definiującego jego publiczną Personę – rolę wziętego lekarza i szanowanego ojca rodziny), niż w jego hormonalnym wnętrzu.

To jednak nie tylko dziwne, ale i trochę zabawne, że tak kostyczny i jajogłowy facet, jak Freud zrewolucjonizował zachodnie podejście do seksu. Ale w tej historii jest więcej takich paradoksów. Freud, który był monogamicznie wierny swojej żonie (z którą miał 6 dzieci), twierdził, że seks jest podstawą wszystkich naszych zachowań i wszelkie zaburzenia psychiczne mają swoje źródło w chorym, zrepresjonowanym seksualnie libido człowieka, co zwykle łączy się z traumami (głównie seksualnymi) wyniesionymi z dzieciństwa. Jung zaś, ulegający swojemu seksualnemu popędowi (ryzykując wszystko zdradzał wielokrotnie swoją żonę), zaprzeczał Freudowi, oskarżał go o fiksację i obsesję na punkcie seksu (pewnie dlatego – drwił Jung –  że sam niewiele miał z nim wspólnego). Jung oskarżał Freuda o to, że przywiązuje do seksu nadmierną wagę, a przecież życiem człowieka kieruje nie tylko seks – tych „zawiasów”, na których wisi świat jest jednak więcej – wystarczy choćby zbadać życie duchowe człowieka, jego religię, wierzenia, mity, metafizyczne tęsknoty, poszukiwanie transcendencji…

Koniec końców, łapiemy się na tym, że nie wierzymy zarówno jednemu, jak i drugiemu. Fassbender to niesamowity aktor, który potrafi zagrać dosłownie wszystko, ale nie jestem pewien, czy wiedział co czyni, grając Junga. Jak sam stwierdził, niezbyt głęboko wchodził w jego teorie (wystarczył mu ponoć podręcznik typu „Jung dla idiotów”) a przecież jak u mało którego naukowca, teorie Junga wypływały z jego niezwykle bogatego, przepastnego jak kosmos wnętrza i niczym nie skrępowanej wyobraźni. I niestety, w filmowym, skutym w koszule i garnitury Jungu Fassbendera nie jest to widoczne, a tych parę opowiedzianych przez niego snów, to jednak za mało. Niemniej jednak widać faceta, którego perypetie z własnym libido doprowadzają na skraj przepaści. I to dokładnie w momencie, kiedy podobna przepaść otworzyła się przed całą Europą (nadciągające szaleństwo i hekatomba I wojny światowej). W sumie jednak Cronenbergowi udało się złożyć ciekawą mozaikę z ludzkich typów, zachowań i myśli z eleganckim solidnym i wyraźnym, epokowym zapleczem w tle.

* * *

Czy kierując się popędem odkrywamy nasze prawdziwe JA, czy też go zdradzamy? („Niebezpieczna metoda”)

*

Reklamy

komentarze 33 to “„MELANCHOLIA”, „MICHAEL”, „CHŁOPIEC NA ROWERZE”, „NIEBEZPIECZNA METODA””

  1. sarna Says:

    Ale mam zaległości, nie widziałam żadnego :)
    Dlaczego nie czuję się z tego powodu uboższa?
    Nie wiem, straciłam coś?
    Widze, ze jesienna melancholia zawladnela Twoja dusza, brrrr
    Na te pore roku to jednak wskazany jest aktywny odpoczynek, a nie kinowy fotel.
    A kysz sprzed monitora!!!

    • Logos Amicus Says:

      Tak się składa, że jesienią nadchodzi u mnie czas na „kinowy fotel”, w którym przez ostatnie miesiące zasiadałem zresztą bardzo rzadko (z kilku powodów). Międzynarodowym Festiwal Filmowy w Chicago to jednak impreza, w której warto wziąć udział, bo daje możliwość obejrzenia na dużym ekranie filmów, które nie trafiają raczej do szerszego rozpowszechniania. Poza tym, jestem z tym Festiwalem związany od wielu lat i nie wyobrażam sobie tego, by mieszkając w Chicago i interesując się kinem, w nim nie uczestniczyć.

      PS. A piękną złotą jesienią jak tutaj nastała, można się cieszyć także chodząc na festiwalowe filmy.
      PS2. Dziękuję za dobrą radę. Dzisiaj robię sobie przerwę od kina (i monitora) i wybywam za miasto, by się trochę poruszać.
      PS3. To, że akurat teraz oglądam w kinie film odnoszące się do „melancholii”, nie oznacza, że opanowała ona mnie samego :)

  2. Onibe Says:

    filmy apokaliptyczne można kręcić na różne sposoby: jako dynamiczne neowesterny w rytmie rocka i bez scenariusza (vide „Armageddon”) czy właśnie jak Tier… co jednak piszę na wyrost, bo „Melancholii” nie widziałem. Zastanawiam się czy znam jakąś alternatywę, tzn. naprawdę dobry film o zagładzie? Podobał mi się nawet „Dzień zagłady” ale tam jest dużo tego co lubi hollywood, a więc hałasu i zamieszania (filmy o zagładzie na ogół pełne są niekoniecznie szekspirowskiego „sound and fury”).

    • Logos Amicus Says:

      Von Trier dał nam bardzo „autorski” obraz „końca świata”. Podobnie jak węgierski reżyser Béla Tarr w „Koniu turyńskim”, który także znalazł się na Festiwalu.
      Rzeczywiście, sporo w ostatnim czasie nakręcono filmów „schyłkowych”. Wygląda na to, że pewien obraz dekadencji jest w każdym z nas.

      Ciekawe. Różnicę między kinem europejskim a amerykańskim można dostrzec właśnie porównując to, w jak odmienny sposób pokazują one „koniec świata”. W Europie „armagedon” dotyka ludzi w ich wnętrzu, w Hollywood jest bardziej spektaklem, a przy tym… nomen omen – rozrywką ;)

      • Onibe Says:

        słuszna uwaga!

        już po przeczytaniu Twojego komentarza przypomniał mi się jeszcze „Mr. Nobody”, produkcja na wskroś europejska, choć podszywająca się nieco pod hamerykańską stylistykę. W „Mr. Nobody” zagłada jest zaledwie wątkiem pobocznym, ale faktycznie, widać zupełnie inne podejście: bliższe poezji niż sensacyjnej prozie.

  3. jula Says:

    Hmmm, zastanawiam się dlaczego człowiek ciągle od najdawniejszych czasów, ba nawet słynne przepowiednie starożytne zakładają apokaliptyczny koniec świata?… Czy dlatego, że tak właśnie jest – każda kolejna cywilizacja powstaje na gruzach poprzedniej ?… Świat właśnie taki jest?… Bo wracając do teraźniejszości – czym w końcu dla milionów była II wojna światowa, przy ogromie zniszczeń i spustoszenia jakie ze sobą przyniosła?… A czym było to trzęsienie ziemi i olbrzymia fala, które zmiotły i zmyły miliony istnień ludzkich i cały ich dobytek ?….
    Dlaczego tak twórcy, filmowcy, pisarze, czy religie ciągle do tej ogólnoświatowej katastrofy zmierzają i ciągle powracają w swojej twórczości ?… . Co w tym takiego ciekawego? Dlaczego taka ogólna zagłada ich fascynuje wręcz?…. W końcu i tak dla każdego człowieka koniec świata następuje z końcem jego życia. :(
    Dlaczego więc, gdy indywidualnie nie interesujemy się naszym pojedynczym końcem, wprost przeciwnie – mamy wewnętrzną barierę, która nas chroni tak o myśleniu o naszym końcu, jak i uodparnia? Za nas myślą o tym opłacani przez nas nasi kapłani, których sobie zorganizowaliśmy właśnie po to, by nie myśleć !.. :) :D

    • Logos Amicus Says:

      Dlaczego człowieka zawsze interesował koniec świata?
      Dlatego, że on w końcu kiedyś nastąpi.
      I dlatego, że życie każdego człowieka ma swój koniec – który w pewnym sensie jest także końcem świata (bo każdy człowiek jest sam w sobie całym światem).

      To nieprawda, że nie interesujemy się swoim własnym końcem. To nas bardzo obchodzi, a jednocześnie usuwamy to z pola naszej świadomości. Albo poddajemy się naszym kapłanom/szamanom/guru w nadziei, że oni jakoś uregulują to dla nas – i za nas.

  4. jula Says:

    Ps. Ciekawa jestem Twojej opinii odnośnie „Bitwa Warszawska 1920” – najnowszego filmu Jerzego Hoffmana.
    Mam wrażenie, że w Polsce jest moda, by ten obraz krytykować. ;) …

    • Logos Amicus Says:

      Mam nadzieję „Bitwę warszawską” Hoffmana obejrzeć w przyszłym tygodniu (właśnie zaczęli ten film grać w Chicago).
      Niewykluczone, że coś o tym filmie napiszę. A jeśli „skrytykuję” to na pewno nie dlatego, że jest teraz taka moda ;)

  5. Peckinpah Says:

    Nie widziałem tych filmów, ale czekam na premierę „Niebezpiecznej metody”. Nie jest to film w moim guście, nie przepadam za filmami Cronenberga, ale jestem ciekaw tej obsady. Wierzę, że Mortensen nie zawiódł – to było do przewidzenia, że sobie poradzi z rolą, w dodatku pracował już kilkakrotnie z Cronenbergem, więc doskonale się rozumieją. Fassbendera nie widziałem jeszcze w żadnym filmie (poza „Bękartami wojny”) i dlatego jestem ciekaw co w nim jest takiego, że jest uważany za wybitnego aktora. Uważam, że Keira Knightley także ma ogromny potencjał i jestem nieco zdziwiony, że nic nie napisałeś o tym, jak sobie poradziła z rolą.
    Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      A ja jestem zdziwiony, że taki kinoman jak Ty, nie widział żadnego z tych filmów. ;)
      Chociaż dziwić się chyba nie powinienem, znając Twoje upodobanie do filmów starszych.

      Z Fassbendera chcą ostatnio zrobić „króla kina”, takiego współczesnego Daniela Day Lewisa, bo rzeczywiście zagrał ostatnimi laty kilka ciekawych ról – m.in. w „Głodzie” i ostatnio we „Wstydzie”.
      Keira Knightly zagrała histeryczkę na granicy przerysowania, ale zbiera w zasadzie dobre recenzje, więc niech jej będzie – mnie na kolana jednak nie rzuciła. Do roli w „Niebezpiecznej metodzie” brakło jej moim zdaniem sex appealu.

      • Peckinpah Says:

        Ja nie jestem na bieżąco z nowościami, wolę stare filmy, ale niestety od jakiegoś czasu nie mam TCM-u i nawet starych klasyków nie oglądam. Wielu filmów, które recenzujesz na blogu, nie widziałem, dlatego nie zostawiałem tu komentarzy. Modne jest ostatnio chwalenie Fassbendera, muszę więc wkrótce zaliczyć jego filmy (przede wszystkim „Głód”), modne jest także pisanie o Keirze Knightley krytycznie albo wcale :) Anna Bielak ze Stopklatki w swojej relacji z festiwalu w Wenecji także skrytykowała Keirę Knightley, ale w zagranicznych recenzjach aktorka jest chyba częściej chwalona. Najlepiej będzie przekonać się samemu…

        • Logos Amicus Says:

          O kinie zawsze można pogadać. Zwłaszcza jeśli kino się lubi, a może nawet kocha ;)

          W którymś z ostatnich polskich tygodników czytałem spory artykuł o Fassbenderze. Autorka poczyniła ciekawe spostrzeżenie, że jest to właściwie aktor bez… twarzy, co akurat w jego przypadku działa na jego korzyść i może właśnie dzięki m.in. temu potrafi on zagrać tak różniące się od siebie role.
          (A może to wrażenie, że Fassbender nie posiada twarzy bierze się właśnie stąd, że grał tak różnych ludzi?)

          Ja czekam na „Wstyd” z jego udziałem („Głód” udało mi się obejrzeć już dobrych kilka lat temu, choć, jak słyszę, do polskich kin trafi ten film dopiero w przyszłym roku. Ale za to „Niebezpieczna metoda” ma się na ekranach w Polsce ukazać na początku listopada.)

  6. Agnieszka Says:

    „Melancholia” to wspaniały film oddający wszystkie moje własne lęki i przemyślenia; nie spotkałam jeszcze filmu, z którym utożsamiałabym się tak mocno; mnóstwo warstw interpretacyjnych; genialne aktorstwo, przejmująca do głębi wizja naszej egzystencji i niemożności wyjścia poza marność i ułomność człowieczeństwa, formalnie autentyczna do bólu; o ile wciąż nie mogę darować von Trierowi „Idiotów” – dla mnie to czysta manipulacja, a tego robić nie wolno – to „Melancholię” uważam za największy film jaki zrobił – dla mnie jeden z największych w historii kina.

  7. Peckinpah Says:

    Pod tym filmikiem dotyczącym „Shame” nie widzę odnośnika ‚Odpowiedz’, więc zostawiam komentarz tutaj. Fassbender faktycznie nie ma twarzy, bo zupełnie nie pamiętam go z filmu „Bękarty wojny”, widziałem ten film dwa lata temu, pamiętam większość aktorów, ale Fassbender tak wtopił się w tło, że zupełnie wypadł mi z pamięci. Ale wtedy jeszcze nie było takiej mody na Fassbendera jak dzisiaj, więc dlatego nie zwróciłem na niego uwagi. „Niebezpieczną metodę” postaram się obejrzeć w listopadzie, chociaż przyznaję, że filmy tzw. przegadane wolę oglądać w domu, bo wtedy jest większa szansa, że lepiej zrozumiem, natomiast w kinie szepty widzów i szelest papierków czasem przeszkadzają w skupieniu się na dialogach, a domyślam się, że dialogów w tym filmie jest sporo.

    • Logos Amicus Says:

      To prawda, w „Niebezpiecznej metodzie” mówi się sporo, ale dialog jest napisany bardzo sprawnie i zajmuje naszą uwagę. Film może zainteresować zwłaszcza tych, którzy otarli się choć trochę o psychoanalizę, słyszeli coś o Freudzie, może nawet o Jungu. Ze zrozumiałych względów jest to podane w formie przystępnej nawet dla tzw. „szerokiej” publiczności (nie ujmując tym stwierdzeniem niczego tejże publiczności ;) )
      Natomiast nieco rozczarowani mogą się poczuć fani wcześniejszych filmów Cronenberga, bo „Niebezpieczna metoda” różni się jednak od nich znacznie i – wbrew pozorom – nie ma w niej tej charakterystycznej dla tamtych filmów fantazyjnej „maligny”.

      PS. Uwaga techniczna: jeśli chce się pozostać w słupku tematycznym komentarzy, to należy kliknąć ostatni odnośnik „Odpowiedz” w tymże słupku.

      • Peckinpah Says:

        Nie jestem fanem Cronenberga, więc ten film może mi się spodobać :) Co do psychoanalizy to jej nadmiar przeszkadzał mi bardzo w „Urzeczonej” Hitchcocka, ale to dlatego, że po tym twórcy spodziewałem się więcej. Ale u Cronenberga użycie psychoanalizy jest już bardziej uzasadnione (Freud, Jung itp). O Freudzie coś słyszałem, ale nie przypominam sobie, bym oglądał jakiś film o nim, z wyjątkiem serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa”, w którym rolę Freuda zagrał Max von Sydow (tylko w jednym odcinku, rozgrywającym się w Wiedniu w 1908 roku). Sobolewski z programu „Kocham Kino” też mówił, że „Niebezpieczna metoda” to film zupełnie inny od poprzednich filmów Cronenberga i tym właśnie mnie przekonał, że może jednak warto czekać, może dowiem się z niego coś, o czym nie miałem pojęcia, np. na temat Sabiny Spielrein, o której nigdy wcześniej nie słyszałem.

        • Logos Amicus Says:

          Kiedy Freud z Jungiem, przepłynąwszy okrętem przez Atlantyk i zbliżając się do Ameryki zobaczyli Manhattan, Freud powiedział: „Nie wiedzą jeszcze, że przynosimy im plagę”. ;)
          Miał oczywiście na myśli psychoanalizę, która stała się – zwłaszcza po wojnie – w Ameryce nie tyle modna (to za małe słowo) ale szeroko stosowana. Jak się okazało, miała ona wielki wpływ na kulturę zachodnią w ogólności, a w szczególności – na film, literaturę, o psychologii nie wspominając, bo to się rozumie samo przez się (Freuda można uznać za „ojca” współczesnej psychologii, nawet jeśli rozwijała się ona niejako w opozycji wobec jego nauk, w pracach choćby Ericha Fromma, czy Karen Horney).

          A jeśli chodzi o Freuda w kinie? (Warto tu przypomnieć, że psychoanaliza narodziła się mniej więcej w tym samym czasie co kino.) Ona sam podchodził do kina sceptycznie, nie lubił kiedy go filmowano. Próbował swego czasu napisać jakiś scenariusz, ale nic z tego nie wyszło (być może dlatego, że inicjatorem było Hollywood?)
          I rzeczywiście zrobiono o nim samym niewiele filmów (w tej chwili przychodzi mi tylko do głowy „Freud” Johna Hustona z 1962 r., do którego scenariusz nota bene zaczął pisać sam Sartre, ale także się wycofał, bo poróżnił się ponoć z reżyserem). Ale samej psychoanalizy w filmach było sporo, np. u wspomnianego przez Ciebie Hitchcocka. No i – last but not the least – u Woody’ego Allena, którego filmów bez „shrinka” trudno sobie wyobrazić, zwłaszcza tych wcześniejszych.
          Mnie samego też psychoanaliza kiedyś interesowała, ale z czasem jednak zacząłem podchodzić do niej sceptycznie.
          Jednakże w filmie Cronenberga nie ma się jej co bać ;) Można rzec, że jest jedną z głównych bohaterek „Niebezpiecznej metody”, bez której z pewnością nie można byłoby tego filmu nakręcić.

  8. Marcus Says:

    Jung wspomina swoje pierwsze spotkanie z Freudem:

    • Logos Amicus Says:

      Kiedy się za pierwszym razem spotkali, rozmawiali nieprzerwanie przez 13 godzin! Nic dziwnego, że dyskurs między nimi trwał po tym jeszcze przez długie lata. (Przy czym, wydaje się, że bardziej Jung inspirował się Freudem, niż to odwrotnie. Być może dlatego, że Freud nie cenił „ezoterycznego” charakteru myśli, teorii i koncepcji Junga.)

  9. staszek_lem_lubił_krem_a_bolek_prus_smaży_mróz Says:

    Melancholia; Wagnerowska idea Gesamtkunstwerku dominanta kompozycyjna, trochę mitologii północy fascynującej Złem w równym stopniu, co Dobrem tworzą materię przemawiającą esencjonalnie, rdzeniowo, dogłębnie. Zgadzam się absolutnie, że Melancholia znajdzie poczesne miejsce w historii kina. Nie pomogło w tym względzie Cannes, nie pomógł Lars, nie pomogły media-w-pogoni-za-sensacją-nawet-niewydarzoną, ale każdy widział, co to za piękny koniec świata jest.

    A reszta… nie wiem, ile z relacji między dwoma wybitnymi intelektualistami można zawrzeć w ramy ok. dwugodzinnego filmu. Wszystko zależy od sposobu narracji, od formy? Może i tak, ale może po prostu cenniej jest poczytać ich wzajemną korespondencję. Dwie wybitne umysłowości zredukowane do paru wątków fabularnych, paru aspektów, przez to całość grubymi (zbyt grubymi !) nićmi szyta. Ostatecznie jednak „”Niebezpiecznej metody” nie widziałem, więc muszę obejrzeć.

    A Melancholia… Bohaterki z góry obmyślone, obliczone na tkankę filmową, całość od początku do końca powstała w wyobraźni reżysera, niedyktowana – mniej lub bardziej wiążąco i ściśle – przez historię, jak w przypadku Cronenberga. Melancholia pokazuje, że tak naprawdę bardzo mało jest twórców tak świadomych formy filmowej dzisiaj w kinie jak Trier.

    • Logos Amicus Says:

      Ostatnie zdanie bardzo trafione, a i reszta napisana wnikliwie.

      A jeśli chodzi o samego von Triera, to jest to człowiek wg mnie bardzo paradoksalny, Bowiem z jednej strony jest dość świadomym chyba skandalistą i prowokatorem, ale z drugiej – to wygląda tak, jakby to wszystko miał w d…
      (Choć, być może jest to paradoks pozorny, boi jedno drugiego nie wyklucza?)

      Po obejrzeniu filmu Cronenberga także pomyślałem o tym, żeby zapoznać się bliżej z ich korespondencją (może dlatego, że jednak, jeśli chce się zawrzeć ich wzajemną relację w dwóch godzinach, to nie da się uniknąć grubszej kanwy, mało subtelnej osnowy i zbyt widocznych ściegów?)

  10. Peckinpah Says:

    @ „Niebezpieczna metoda”
    Psychoanalizą się nigdy wcześniej nie interesowałem i ku mojemu zaskoczeniu nowy film Cronenberga podobał mi się, sprowokował mnie do przemyśleń. Po przeczytaniu wielu negatywnych recenzji nie oczekiwałem zbyt wiele po filmie i może dlatego ogólne wrażenie po obejrzeniu filmu jest jednak pozytywne. Aktorzy, owszem, zagrali dobrze, ale Keira Knightley moim zdaniem również spisała się świetnie.
    Ostatnio przypomniałem sobie sceny z „Bękartów wojny”, w których zagrał Fassbender, obejrzałem sobie także „X-Men: First Class” i w obu filmach Fassbender zagrał bardzo dobrze, w „X-Menach” moim zdaniem zagrał najlepiej z obsady (bo za partnerującym mu Jamesem McAvoyem nie przepadam). Nie widziałem jeszcze „Głodu” i „Wstydu”, w których zagrał ponoć najlepsze role, ale po trzech jego filmach („Bękarty wojny”,”X-Men: First Class” oraz „Niebezpieczna metoda”) mogę stwierdzić, że aktorem jest dobrym, ale nie rewelacyjnym, na razie wstrzymam się z nazwaniem go „królem kina” czy „najlepszym współczesnym aktorem”, bo w „Niebezpiecznej metodzie” był moim zdaniem co najwyżej dobry. W jednym z wcześniejszych komentarzy porównałeś go do Daniela Day-Lewisa, ale ja na razie nie widzę podobieństw, Day-Lewis jest genialnym aktorem, Fassbender dopiero kandyduje do bycia genialnym aktorem :)

    • Logos Amicus Says:

      „W jednym z wcześniejszych komentarzy porównałeś go do Daniela Day-Lewisa”

      Ja tak naprawdę napisałem: „Z Fassbendera chcą ostatnio zrobić „króla kina”, takiego współczesnego Daniela Day Lewisa, bo rzeczywiście zagrał ostatnimi laty kilka ciekawych ról – m.in. w „Głodzie” i ostatnio we „Wstydzie”.”

      Czyli właściwie nie ja go porównałem, tylko wskazałem, że jest taki trend. Również uważam, że opinia, iż Fassbender jest współczesnym „królem kina” jest mocno przesadzona.
      Ale jakby na to nie patrzeć, jest to aktor nietuzinkowy.

      • Peckinpah Says:

        A ja właśnie przed chwilą skończyłem oglądać „Głód”. Przyznaję, że rola Fassbendera w tym filmie jest wyjątkowa i nie każdy by jej podołał, wspomniany Day-Lewis zresztą zagrał podobną więzienną rolę w filmie „W imię ojca”. Tamten film bardziej mi się podobał od „Głodu”, debiut McQueena jest strasznie ciężki, sporo w nim długich ujęć, myślę, że gdyby za ten film wziął się inny, lepszy reżyser to mogłoby powstać arcydzieło jak wspomniany film Sheridana z Day-Lewisem. Tamten film wciągał, powodował, że z niecierpliwością czekałem na finał, zaś w „Głodzie” było mi obojętne jak się skończy, zupełnie mnie nie zaangażował ten film.

  11. Po napisach Says:

    „A czy my, oglądając „Melancholię”, możemy się utożsamić z eschatologicznym katastrofizmem von Triera, albo z kosmicznym dołkiem psychicznym jego bohaterów, którzy czekają wśród uczuciowego zamętu i obyczajowej degrengolady na Armagedon?”

    Ja się wczułem jak cholera. Ciężko mi zapomnieć ich ostatnie chwile. I tą beznadziejną sytuację, gdy już nic nie możesz zrobić :(

  12. Simply Says:

    ,,Motyle” Janusza Nasfetera.., o tym, jak ominie cię apokalipsa ekstazy

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Motyle żyją intensywnie i kolorowo (czy jednak są szczęśliwe?) – ale krótko.
      (Być może, że śmierć każdego motyla jest małą apokalipsą.)
      Związane z nimi są ekstaza, marzenie i piękno, ale nie ma w nich oparcia, które musi trwać dłużej, niż chwila.

      PS. Kiedy jesteśmy młodzi (odnosi się to również do naszych kolejnych „młodości”), fascynują nas Moniki.
      Ale i tak w końcu zwykle wybieramy Honorki ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s