11 WRZEŚNIA 2001 – POCZĄTEK KOŃCA?

Cios w Amerykę – początek końca Imperium?

Na swoim blogu staram się nie pisać o tym, o czym piszą wszyscy i czego pełno jest w prasie i innych mediach. Dlatego prawie w ogóle nie ma w nim tzw. „aktualiów” – zwłaszcza jeśli chodzi o wydarzenia polityczne czy społeczne. Dobierając tematy kolejnych wpisów kieruję się własnym rytmem i tym, co mnie interesuje w danej chwili. Co nie oznacza, że nie śledzę tego, co dzieje się we współczesnym świecie i że jest mi to obojętne. Wręcz przeciwnie. Oto dzisiaj, podczas zwyczajowej weekendowej lektury polskich i amerykańskich periodyków, natrafiłem w „Polityce” (Nr 37 ’11) na wywiad z amerykańskim politologiem, wykładowcą uniwersyteckim i pisarzem Benjaminem Barberem. Skończyłem go czytać dosłownie przed chwilą i – choć tego w ogóle nie planowałem – postanowiłem podzielić się tutaj fragmentem, który niezwykle mnie poruszył, uderzając w czułe punkty moich własnych sądów i wrażeń, jakich doświadczam obserwując dzisiejszy świat i Amerykę

Benjamin Barber: – Terroryzm jest strategią bezsilnych. Gdyby mieli armię, zaatakowaliby nas przy pomocy armii. Gdyby mieli miliardy, zaatakowaliby nas system finansowy. Gdyby mieli potężną kulturę albo ideologię, konkurowaliby z nami książkami i wizjami świata. Niczego takiego nie mają. Nie mogą nas zniszczyć. Więc próbują sprawić, żebyśmy zniszczyli się sami. I to im się częściowo udało.

Jacek Żakowski: – W jakim sensie?

– Sam w sobie 9/11 był dla Ameryki tym, czym ugryzienie komara może być dla niedźwiedzia. Dla ofiar i ich rodzin to była tragedia. Dal osób takich jak ja (związanych z Nowym Jorkiem), to było straszne przeżycie. Ale cynicznie licząc, 2 tys. ludzi i dwa duże biurowce to nie jest nawet promil amerykańskiej potęgi. Gigantyczne szkody, jakie Ameryka poniosła, nie były skutkiem samego ataku. Były skutkiem strachu jaki nas ogarnął. Przy naszej potędze Al-Kaida była bezsilna. Ale wygrała używając naszego własnego strachu. Sparaliżowała nas. Skłoniła do zmiany priorytetów. Sprawiła, że zamiast pomagać innym i korzystać ze współpracy ze światem, zaczęliśmy „wojnę z terroryzmem”, czyli walkę z dużą częścią świata.
Wyrzekliśmy się największej siły Ameryki, jaką była otwartość, przyciąganie innych, różnorodność, wielokulturowość. Popsuliśmy nasze relacje z innymi. W Ameryce wszyscy jesteśmy obcy poza Indianami. A nagle zaczęliśmy się bać obcych. Przestaliśmy obcym ufać. Sami się ukaraliśmy na życzenie Osamy ibn Ladena. Na jego życzenie zaatakowaliśmy Afganistan i Irak, tracąc biliony dolarów i tysiące żołnierzy. Ameryce te wojny nie były do niczego potrzebne. Powinniśmy Afgańczykom i Irakijczykom pomagać, wspierać ewolucję tych krajów w kierunku demokracji. A zamiast tego zabiliśmy 100 tys. Irakijczyków i stworzyliśmy w Iraku tysiące terrorystów, których tam nigdy wcześniej nie było.

A Afganistanie byli?

– Afganistan nie był naszym problemem. I teraz nim jest. I gdzie Osama ibn Laden spędził te wszystkie lata? W Afganistanie? Nie. Pod bokiem naszych sojuszników: w Pakistanie.
Zmarnowaliśmy tę dekadę pod wieloma względami, straciliśmy masę energii i wydaliśmy biliony dolarów, wpędzając się w długi. Ale na dłuższą metę najgorsze jest to, że popsuliśmy demokratyczne instytucje Ameryki. Popsuliśmy amerykańską demokrację.

Co się stało z waszą demokracją?

– Fundamentem Ameryki była wolność i prawa obywatelskie. Z nich czerpaliśmy siłę. Moralną, polityczną i ekonomiczną. Wiedzieliśmy to. Zawsze strzegliśmy ich jak źrenicy oka. Po 11 września wolność przestała być najważniejsza. Uwierzyliśmy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Zgodziliśmy się na inwigilację. Na łamanie praw człowieka w imię wojny z terroryzmem. Do dziś działa więzienie w Guantanamo. Nawet tortury zaczęliśmy akceptować. pozwoliliśmy by strach zmienił fundamenty naszego społeczeństwa, na których wyrosła potęga Ameryki.

Pana zdaniem słabnięcie tej potęgi ma związek z 11 września?

– Z naszą reakcją na zamach. Tyle uwagi, energii, zasobów poświęciliśmy na wojnę a terroryzmem i na zabezpieczanie się przed terrorystami, że przestaliśmy się zajmować większością realnych wyzwań stojących przed Ameryką i światem. Obsesja bezpieczeństwa sprawiła, że nie zwracaliśmy uwagi na  narastająca w świcie nierównowagę – nędze, ekscesy rynków, nieodpowiedzialność sektora finansowego, zadłużanie się państw, słabnięcie innowacji, degradację infrastruktury, chaos w ochronie zdrowia, problemy edukacji, erozję naszego autorytetu na świecie.
Świat stracił wiarę, że Ameryka chce sprawiedliwości dla wszystkich. To sprawiło, że dziś jest nam dużo trudniej pracować z innymi krajami nad uregulowaniem światowej gospodarki. Nie mamy dość siły, żeby wprowadzić regulację rynków, jakich wymaga interes w Ameryce i wszędzie indziej na świecie. Zużyliśmy tę energię na obsesyjną wojnę z terroryzmem, która nikomu nie była potrzebna. Chcieliśmy uczynić świat bezpieczniejszym, a sprawiliśmy, że stał się jeszcze mniej bezpieczny.

(…)

Advertisements

Odpowiedzi: 28 to “11 WRZEŚNIA 2001 – POCZĄTEK KOŃCA?”

  1. Logos Amicus Says:

    Zdjęcie przeniesione ze strony głównej (z czasem zaczęła mnie nieco razić jego „estetyczność”).

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/09/po-11-wrzec59bnia-wiec5bce-w-gruzach-doug-kanter_afp_getty-images.jpg?w=780
    Photo: Doug Kanter/AFP/Getty Images

  2. Kartka z podróży Says:

    Prawdziwie i wnikliwie Benjamin Barber opisał skutki ataku na WTC. Właściwie nie mam nic do dodania tak bardzo wyczerpująca jest to diagnoza.
    Wiele piszę o ludzkim indywidualnym lęku czy strachu społecznym. W nim upatruję źródeł głębokiego kryzysu politycznego w którym utkwił świat. Dlatego w pełni podzielam tę gorzka opinię Barbera. Mam wrażenie, że obezwładnieni tą toksyczną emocją poszliśmy po ataku na WTC błędna drogą. To droga donikąd. No chyba, że – jak piszesz Logosie – ta droga to początek końca.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Kartko, na pewno nie jest to koniec świata.
      Ten nieco katastroficzny tytuł wpisu, (który na wszelki wypadek opatrzyłem pytajnikiem) odnosi się do początków końca, ale nie tyle amerykańskiego „imperium” (bo sądzę, że Ameryka jeszcze przez długi czas będzie pod pewnymi względami silna), co amerykańskiego mitu i pewności swojej omnipotencji, tudzież złudzenia, że coraz większa konsumpcja (będąca częścią tzw. „American Dream”) zapewni nam szczęście i dobrobyt, nadając tym samym sens naszej egzystencji (to w wymiarze duchowym, bo w wymiarze ekonomicznym ta utrata złudzeń w korporacyjność, system bankowy i samo-regulujący się wolny rynek jest jeszcze bardzie twarda i bolesna). No i jeszcze wymiar polityczny: Stany Zjednoczone przestały być światowym liderem, z którego zdaniem należało się najbardziej liczyć.

      Słusznie zauważasz, że indywidualny strach człowieka jest taką toksyczną emocją, która nas obezwładnia i powoduje to, że obieramy złą drogę. Dlatego warto z tym strachem sobie radzić i nie dopuścić do tego, aby on bez reszty nami zawładną.

      Zresztą cały wywiad z Barberem jest wg mnie arcy-ciekawy:

      http://www.polityka.pl/swiat/rozmowy/1519182,1,rozmowa-zakowskiego-z-benjaminem-barberem.read

      Podoba mi się również to, że nie ma w nim czarnowidztwa, a są próby racjonalnej oceny sytuacji i poszukiwanie dróg wyjścia (i podzielam jego optymizm, że takie drogi istnieją i nie jest jeszcze za późno, by nimi podążyć.)

      • Kartka z podróży Says:

        Logosie, problem polega na tym, że po tragedii WTC falę lęku czy strachu politycy jednak wykorzystali do przeforsowania pewnych projektów o których wcześniej nie byłoby mowy. Bo nie byłoby na nie zgody. I to nie były mądre projekty – pisze o tym dobitnie Barber. Europa, którą również tego typu tragedie dotknęły (Londyn, Madryt) zareagowała powściągliwiej na nie niż Stany. No ale nie zmienia to faktu, że ten nastrój podsycanego strachu społecznego wciąż trwa i zaburza racjonalność myślenia czy podejmowania decyzji.
        Również w kraju, jak obserwujesz, ta neuroza stwarza olbrzymie kłopoty polityczne. Tym bardziej nakłada się na to jeszcze kryzys. Tak więc nie ma klimatu, moim zdaniem, do spełnienia sensownych wniosków Barbera. Ich racjonalność przegrywać będzie z lękowymi emocjami. To miałem na myśli pisząc o złej drodze, którą idziemy. Gdy się ma do przejścia jakiś szlak w deszczu, śniegu, w górach to trzeba mieć „trzeźwą ” głowę. Histerie, lęki nie pomagają. A wręcz przeszkadzają.
        Nie wiem jak z tym nastrojem społecznym się uporać. Chyba przywódcy powinni pomoc ludziom wyjść z tej lękowej traumy. No ale gdzie takich znaleźć?
        Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Pełna zgoda: tragedię WTC wykorzystało cynicznie (i przebiegle) wielu ludzi, m.in. tzw. „jastrzębie” z neo-konserwatywnych kręgów amerykańskich, którzy wmanewrowali m.in. naiwnego (i niestety niezbyt mądrego) Busha (choć dał się im też nabrać porządny skądinąd Colin Powell) w szereg nieszczęsnych posunięć USA zarówno u siebie, jak i za granicą.

          Pytasz się o drogi wyjścia?
          Pozwól, że zamiast się tu wymądrzać, ponownie zacytuję Barbera (z tego samego wywiadu). Podejrzewam – znając Twoją antypatię do „regulującego” wszystko państwa i sympatię do ruchów obywatelskich – że ten fragment szczególnie Ci się spodoba:

          „(Co z tym zrobić?) Jest wiele sposobów. Przede wszystkim są nowe polityczne siły, które wiele zmieniają. Piszę teraz książkę pod roboczym tytułem „Gdyby światem rządzili burmistrzowie”. Miasta, w odróżnieniu od państw, są zdolne do współpracy i ponadgranicznych przedsięwzięć. obywatelskie ruchy miejskie współpracują już na globalną skalę. Tworzą infrastrukturę nowych globalnych relacji, której państwa nie umieją stworzyć, bo utknęły w pułapce suwerenności.(…) Nie chcemy zrozumieć, że nie da się rozwiązać problemów globalnej współzależności, myśląc i działając w logice egoizmu suwerennych państw. Bo państw suwerennych (tak naprawdę) już nie ma. Państwa są (teraz jednak) współzależne.”

          Pozdrawiam

        • Kartka z podróży Says:

          Zachęcony twoim tekstem przeczytałem dziś cały wywiad z Barberem. Masz rację, że to oparta na solidnych podstawach próba innego spojrzenia na świat. Zreszta zachęcająca próba. Ostatnio wiele się pisze i dyskutuje o alternatywnych, nowych drogach. Wczesniej w polityce ukazał się wywiad Żakowskiego z Dowborem, ekonomistą i doradcą bylego prezydenta Brazylii Luli. To faceci z całkiem innej bajki niż Barber, ale rownież szukający jakiegoś wyjścia z dotychczasowych schematów myslenia – w ich przypadku socjalistycznych schematów. Bardzo ciekawe spojrzenie i dzieki temu budujące osiągniecia – nawet spopularyzowałem je u siebie. Warto przeczytać
          http://www.polityka.pl/swiat/rozmowy/1518772,1,rozmowa-z-doradca-bylego-prezydenta-brazyli.read

        • Logos Amicus Says:

          Znam ten wywiad, Kartku.
          Pojawiają się tam podobne wątki, jak w wywiadzie z Barberem. Np. to, że państwa z rozbudowaną machiną biurokratyczną, sprzyjaniem interesom wielkich korporacji, kierujące się ideologią, czy jakimiś „izmami”, nie są tak skuteczne jak te, mające charakter bardziej lokalny, pragmatyczne rządy oparte na współpracy ludzi z pominięciem państwowej biurokracji. Oto przykład. Żakowski pyta się: „I stąd wziął się ten cud?” A Dowbor odpowiada: „Ze stu pięćdziesięciu tego rodzaju programów, które stopniowo wchłaniają kolejne grupy do normalnego systemu ekonomicznego. To by się nie udało, zmianę przeprowadziła państwowa biurokracja. Lula wziął ludzi z ruchów społecznych. Setki tysięcy osób z lokalnych i regionalnych, świeckich i religijnych grup dostało pieniądze na wdrażanie rządowych programów.”

          Z tego wywiadu wynotowałem sobie jeszcze kilka innych fragmentów.
          Dowbor mówi:

          – „W Europie daliście wielkie pieniądze bankom i zabraliście się za zaciskanie pasa na brzuchach zwykłych ludzi. Banki te pieniądze wzięły i na nich siedzą. To osłabia popyt, ogranicza produkcję, zmniejsza podatki i zwiększa bezrobocie. My daliśmy pieniądze biednym. Oni je od razu wydali. To poprawiło sytuację banków, które dostały więcej pieniędzy z rynku i nie wpadły na rafę niespłacanych kredytów. W zeszłym roku mieliśmy 7,5 procent wzrostu gospodarczego.”
          – „Wiele razy się nad tym zastanawialiśmy na spotkaniach z Lulą. On ma skończone cztery klasy, ale lubi zbierać 30-40 intelektualistów na całodzienne zbiorowe myślenie o tym, gdzie idziemy i jak tam mamy dojść. Na tych spotkaniach powtarzał, że każdy nasz krok musi mieć oparcie w społecznej bazie, która zapewni mu trwałość.”
          – „Piramidalne, upartyjnione państwo przestało nam służyć. W polityce liczą się nowi lokalni aktorzy, a oni są pragmatyczni – nie ideologiczni.”
          – „Europa wierzy, że rozwój musi iść w parze ze wzrostem rozwarstwienia. My przeciwnie. Rozwijamy się dzięki zmniejszaniu różnic.”
          – „Problem Europy polega na tym, że ciągle myśli w kategoriach z poprzedniej epoki.” Żakowski: „Czyli?”. Dawbor: „Zakrzepliście w ideologicznych schematach. Jak ktoś chce troszkę zaktywizować państwo, od razu podnosi się krzyk, że etatyzm. Jak ktoś chce więcej prywatyzacji, to krzyczą z innej strony. A dylematy są inne. Na stawianiu fabryk trudno jest dobrze zarobić. Dużo więcej energii rozwojowej daje ekologia i wyrównywanie dostępu. Europejczycy przywiązali się do swojego modelu rozwoju, który już nie działa. To was hamuje.” Żakowski: „Co nas hamuje?” Dawbor: „Na przykład ciągle stawiacie na wielkie korporacje. A one są nieefektywne, żądają pomocy od państwa i hamują rozwój efektywnych firm. To ludzie służą korporacjom, a nie korporacje ludziom. U was rządzą korporacje. W centrum Warszawy nie widać budynków. Wszystko zasłaniają reklamy. To niczego dobrego do gospodarki nie wnosi. Dużo kosztuje i pogarsza jakość życia ludzi. My tego zakazaliśmy.”

          Jak zauważyłem, tekst opublikowany online jest pełniejszy od tego, który znalazł się w ‚Polityce” drukowanej. Tam wywiad kończy się jak powyżej, natomiast w wydaniu internetowym jest jeszcze coś więcej:

          „Państwo nie powinno pozwalać na marnowanie energii, które wszystkim szkodzi i nikomu nie służy. Problem polega na tym, że w Europie, a zwłaszcza we wschodniej Europie, państwa nie potrafią się oprzeć korporacjom. Kiedy wybuchł kryzys przekazały fantastyczne pieniądze bankom. Powstała gigantyczna dziura budżetowa. Żeby ją załatać ograniczono wypłaty dla ludzi. To zmniejszyło popyt i produkcję, zredukowało wpływy podatkowe i pogłębiło dziurę budżetową. Nie da się logicznie wyjaśnić takiej polityki inaczej niż doraźnym interesem wielkiego biznesu. Nie podniesiecie się z tego, dopóki mentalnie i politycznie nie uwolnicie się od tej zależności. Póki nie zaczniecie pragmatycznie myśleć i racjonalnie działać.”

          Czy obcięcie tego wywiadu o takie ustępy nie jest swoistą cenzurą?

        • Kartka z podróży Says:

          Logosie, wymowa tego fragmentu wskazuje, że to mogła być ingerencja cenzorska. No ale nie musiała. Nikt tego nie udowodni. Mniejsza zresztą z tym.
          Moim zdaniem ważne jest to, że coraz więcej alternatywnych do dotychczasowego sposobu myślenia analiz się ukazuje. Ważne, że zaczynamy buszować szukając inspiracji również po terytoriach „wroga”. Że już nie straszy nas socjalizm, imperializm, kapitalizm, globalizm czy jakikolwiek inny „izm”. Zachodzi proces przewartościowania, intelektualnego fermentu. Tu Dowbor, tu Barber… . To jest budujące
          Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Mimo wszystko nie sądzę, żeby tu zadziałała cenzura. Może po prostu brak miejsca?
          Zresztą, to co w tym fragmencie mówi Dowbor, jest przecież oczywiste (choć wydaje się, że wielu ludzi i tak tego nie zauważa), no i brzmi nieco… protekcjonalnie, więc Redakcja „Polityki” nie miała chyba większych skrupułów, by to wyciąć. Ponadto, to co wyraził tutaj Dowbor, doskonale odnosi się również do sytuacji w Stanach, a także w Europie Zachodniej, więc może sprawiać wrażenie takiego ogólnika.

          Ja również mam takie nieodparte wrażenie, że jesteśmy teraz – jeśli chodzi o sytuację na świecie – w jakimś punkcie zwrotnym. W ogóle, wydaje się, że skończył się czas wszelkich „izmów”, że nowych dróg rozwoju należy szukać w jakiejś fuzji tego, co dotychczas wydawało się nam być czymś rozłącznym, bo separowaliśmy wolny rynek od gospodarki decyzyjnej, socjalizm od kapitalizmu, Wschód od Zachodu, konkurencyjność od tzw. „opiekuńczości” państwa, globalizm od lokalizmu… etc.
          Mam też nadzieję, że takie potężne państwa jak Chiny czy Indie (Brazylia na szczęście radzi sobie ostatnio całkiem nieźle) wyciągną lekcję z zachodnich przypadłości i przyczynią się do ustabilizowania sytuacji na świecie, a nie będą dążyły do własnej supremacji.

  3. Onibe Says:

    cóż, Barber to postać kultowa pośród politologów. Miałem aż zbyt wiele okazji zapoznać się z dziełami tego Pana podczas studiów, a właściwie niemal każda praca podejmująca problematykę współczesnej biegunowości, dysproporcji społeczno-politycznych czy ogólnie, starająca się przewidzieć kierunek rozwoju sytuacji narodowej do Barbera odwoływać się po prostu musiała.
    Barbera wymienia się jednym tchem obok Fukuyamy, ale w przeciwieństwie do swojego kolegi, Barber chyba trafniej ujął zagadnienie i okazał się lepszym wieszczem. 11/09 to niezły tego przykład.
    Zamieszczone przez Ciebie wyjątki z wywiadu z nim dobrze opisują odczucia wielu, także po części moje. Niedawno, ku własnemu zaskoczeniu, uświadomiłem sobie, że USA odpadły z wyścigu. Niby było to oczywiste już dekadę wcześniej, ale co innego przewidywać a co innego widzieć na własne oczy jak jedyny superhegemon współczesnego świata umiera na raka. 11/09 był jakimś katalizatorem tego procesu i Barber doskonale ujął znaczenie tego wydarzenia: atak na WTC spowodował gigantyczny drenaż budżetu amerykańskiego, zarówno w ujęciu klasycznym (dolarki) jak i szerokim (stabilność wewnętrzna, image międzynarodowy, potencjał moralny itd).

    • Logos Amicus Says:

      Osobiście nie mam zaufania do postaci „kultowych”, bo już samo to określenie ma w sobie jakieś zarzewie fanatyzmu i bezkrytycznego traktowania tego, co postać „kultowa” raczy z siebie wydobyć.
      Do pana Fukuyamy też zawsze podchodziłem z rezerwą, choćby dlatego, że raziła mnie jego nazbyt „prorocza” postawa (ech te jego „końce historii” i „końce człowieka”), jakby w świecie (jeśli chodzi o przemiany ekonomiczne, społeczne i polityczne) można było pewnie cokolwiek przewidzieć.
      Tymczasem we wspomnianym wywiadzie Barber mocno żachnął się na sugestię, że jego książki i poglądy w nich wyrażone były jakimś profetyzmem:

      Barber: – Pan ma mnie za proroka?
      Żakowski: – „Dżihad kontra Ms Świat” to było proroctwo wojny z terroryzmem, eksplozji ksenofobicznego konserwatyzmu, erupcji religijnego radykalizmu.
      Barber: – Proszę się zastanowić, czym jest w istocie proroctwo. Proroctwa mogą służyć przerażaniu ludzi albo budowaniu iluzji. Ale mogą być także przestrogami. Jeśli „Dżihad kontra McŚwiat” był rodzajem proroctwa, było to proroctwo stanowiące część r9ozwiązania narastającego kryzysu. Podobnie jak moje „Imperium strachu” przestrzegało przez obsesją bezpieczeństwa, w które popadliśmy po 11 września. I podobnie jak „Skonsumowani”, gdzie przestrzegałem przed konsekwencjami uzależnienia od bezsensownej konsumpcji. (…) Żadne przestrogi jednak nie zbawiły świata. Najwyżej łagodziły niektóre napięcia.

      Barber w tym wywiadzie nie bawi się więc w żadne proroctwa ani nie napawa tym, że pewne rzeczy trafnie przewidział. On po prostu mądrze mówi.

      A wracając do Twojego komentarza i stwierdzenia, że USA „odpadły z wyścigu” i że „jedyny superhegemon współczesnego świata umiera na raka”.
      Brzmią one mocno i obrazowo, ale moim zdaniem są nietrafne. Bo ani USA nie odpadły z wyścigu – czyli nadal zdanie (i poczynania) Ameryki w świecie się liczą, ani Ameryka nie jest śmiertelnie chora (choć rzeczywiście bardzo podupadła ostatnimi czasy na zdrowiu).
      W podobnych diagnozach grzebiących Amerykę odczuwam czasami skrytą satysfakcję, jakąś taką Schadenfreude, że oto ktoś silniejszy i bogatszy upada, i że dobrze mu tak (bo się szarogęsił, wynosił ponad innych i był zarozumiały).
      Jeśli ktoś wyraża coś podobnego z kręgów cywilizacyjnych Wschodu, to ja się temu nie dziwię. Niestety, tym domniemanym śmiertelnym upadkiem Ameryki wydają się czasem napawać także ludzie z kręgów kultury zachodniej – i to zrozumieć jest mi już trudniej. Bo przecież nam, przedstawicielom cywilizacji Zachodu (wliczając to oczywiście Europę) powinno zależeć jednak na tym, aby Ameryka była silna – bo po prostu leży to w naszym interesie.

      • Onibe Says:

        „Dżihad…” był proroctwem, ale jest to oczywiście ujęcie skrótowe. Ludzie mają skłonność do mylenia przyczyn ze skutkami. Barber opisał zjawiska i ruchy, czytelnicy zapamiętali wnioski. Stąd skojarzenie proste: rozczłonkowanie świata = terroryzm. To o czym pisał Barber stanowi nie lada zagwozdkę dla politologów. Łatwo to oceniać z perspektywy czasu, jak choćby nietrafione pomysły Fukuyamy, ale warto pamiętać, że w momencie kiedy powstawały, wcale nie były ani oczywiste ani głupie. Fukuyama nazwał coś, co czuło wtedy wielu ludzi. Po kilku dekadach przerażającej zimnej wojny nagle okazało się, że niezniszczalny, niepokonany, wszechpotężny wróg się… rozpadł. Tak jak Gwiazda Śmierci w Gwiezdnych wojnach: w jednej chwili masz symbol mroku i zła, w drugiej czysty, lśniący dywanem gwiazd kosmos. Barber był bardziej matematykiem i statystykiem. Analizował ruchy finansowe, kierunki transferu dóbr itd, stąd jego „proroctwo” okazało się sensowniejsze.

        co do upadku Ameryki – można się z tym zgodzić lub nie, wiadoma sprawa. Nie będę się tłumaczył na okoliczność Schadenfreude bo winny się nie czuję, ale niewykluczone, że jakaś satysfakcja jest. Wynika ona jednak z upodobania do logiki i konsekwencji. Skoro mocarstwo przez dwie dekady robi wszystko, aby mocarstwem nie być, to z jego upadku – póki co jeszcze niepewnego – można odczuć taką satysfakcję, że przynajmniej triumfuje logika. Nie rozumiem pojęcia zarozumiałości w polityce międzynarodowej. Jestem po stosunkach międzynarodowych, ale jakoś zapomniano mnie tego nauczyć, może nowy trend? ;-) Z tego co kojarzę, polityka międzynarodowa powinna być przede wszystkim skuteczna. Technika służy osiągnięciu celu. Jeśli zarozumiałość jest skuteczna, to jest dobra. Jeśli jest nieskuteczna, to jest niedobra. Tu nie ma emocji a jedynie czysta kalkulacja: oceniamy coś wymiernego, nie musimy się odnosić do międzyludzkiej moralności czy prywatnych osądów filozoficznych.

        wniosek o upadku Ameryki opieram na przesłankach – moim zdaniem – konkretnych, ale nie jestem prorokiem. Może kolejna prezydentura przyniesie zwrot i USA ruszą ku światłości? Już tak bywało. Weźmy Regana, który poprowadził – po części przypadkowo – upadające mocarstwo do ostatecznego starcia z ZSRR. Zwycięskiego starcia, mimo kosztów i strat. Ale na dziś dzień niewiele wskazuje na możliwość utrzymania hegemonii przez USA. Po pierwsze: słabość wewnętrzna (bardzo niepokojące rozdźwięki społeczne, ogromna dziura budżetowa i nieciekawa sytuacja przemysłu). Po drugie: uwikłanie w kilka lepkich sytuacji, które skutecznie drenują i nadal będą drenowały siły USA (wojny, niewygodne sojusze, stany permanentnej nienawiści). Po trzecie: nowi gracze na arenie. Dzisiaj świat nie jest ani jednobiegunowy ani dwubiegunowy. A raczej inaczej: jeszcze jest jednobiegunowy, ale z dużym potencjałem wielobiegunowości. Chiny, Indie, Pakistan, Iran – tutaj może nastąpić kilka niespodzianek. Jest jeszcze Rosja, która dopomina się uwagi jak skacowany robotnik portowy (ale dobrze uzbrojony). Jest kilka koalicji państw niezadowolonych i niechętnych USA. Jest wreszcie marazm w Europie, która mogłaby być silnym sojusznikiem USA, ale nie jest nawet swoim własnym.

        zgadzam się, że silne USA są potrzebne Europie i Polsce, bo bez Ameryki jesteśmy bezbronni i słabi, wystawieni na ciosy i podatni na manipulację. Ale to czy USA będą nas chronić nie zależy od nas. Możemy się modlić. Może dobrym rozwiązaniem byłoby szukanie nowych sojuszy. Świat się zmienia, my możemy też to uczynić.

        • Logos Amicus Says:

          Niestety, polityką – także tą międzynarodową – kierują często emocje.
          Jak najbardziej emocjonalna była reakcja Ameryki na ataki z 11 września (a ściślej: przebiegli gracze polityczni te emocje perfidnie i bezwzględnie wykorzystali dla swoich celów).
          A jak dużo w polityce jest emocji, to także – a może nawet zwłaszcza – widać w Polsce. Poza tym, nam się często wydaje, że działamy racjonalnie (tzn. pod wpływem rozumowych kalkulacji) a tak naprawdę, to tylko racjonalizujemy nasze emocje – to, co pojawia się u nas pod-progowo, czyli podświadomie – także w postaci (często tłumionych) emocji.
          Jest oczywiste, że Stany już nie pełnią w świecie roli hegemona, ale to nie znaczy, jak napisałeś wcześniej, że wypadły one z gry. One po prostu muszą zacząć się liczyć z innymi graczami – i nadal, przez wiele jeszcze lat, będą jednym z najważniejszych graczy.

          Upadł imperialny i gospodarczo-ekonomiczny mit Ameryki, ale nie oznacza to, że ten kraj jest śmiertelnie chory. Jest chory poważnie, ale daleko mu jeszcze do zgonu. I w interesie nas wszystkich leży to, aby pacjentowi się polepszyło. I nie piszę to tylko dlatego, że jestem z tym krajem od dłuższego czasu związany. Patrzę na ten problem także z perspektywy europejskiej (bo ciągle bardziej się mam za Europejczyka, niż Amerykanina).

          Faktem jest, że świat zawsze był poligonem, na którym ścierały się różne cywilizacje. Trudno nam – wychowanym w takim a nie innym kręgu kulturowym – zachować w tej rywalizacji neutralność. Naturalną koleją rzeczy opowiadamy się więc po stronie cywilizacji, jaka nas ukształtowała (w naszym przypadku, była to cywilizacja judeo-chrześcijańska, czyli tzw. zachodnia). Nie jesteśmy w tym bezinteresowni. Jeśli wali się jakaś większa część tego świata, to odczuwamy to jak naszą osobistą stratę. Ale trzeba sobie to powiedzieć: jeśli nasza cywilizacja przegra z inną (np. wschodnią), to widocznie stanie się tak, ponieważ nie będzie zasługiwała na to, by trwać i stanowić awangardę ludzkości. I to jest prawo, które jest chyba ponad nami.

        • Onibe Says:

          Logos, nasz kraj to szczególny przypadek. Weź pod uwagę, że jesteśmy właściwie amatorami. Niedawno odzyskaliśmy niepodległość i ciągle jeszcze traktujemy wolność jako zabawkę. Niby w filmach oglądamy co się z wolnością powinno robić, ale jakoś nie łapiemy tego do końca. Zresztą, nasze postrzeganie polityki międzynarodowej pozbawione jest filtrów technokratycznych. Amerykanie też są naiwni, ale w USA bardzo popularne są różnego rodzaju think-tanki, a i nie jest niczym dziwnym istnienie społecznych instytucji konsultacyjnych lub eksperckich wspierających rząd lub agendy federalne. Nie zgadzam się bardzo często z amerykańskimi decyzjami ale zarazem doceniam, że uczynili z procesu decyzyjnego sztukę. Efekt bywa różny ale na to się nie poradzi: nie ma na świecie człowieka, który znałby odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale lepiej, jeśli do procesu dopuszcza się specjalistów, choćby profesorów prawa międzynarodowego czy uznanych politologów. U nas ekspertem staje się ten, kto wygrał wybory. Taki Józek z Pcimia nagle wie wszystko o polityce wewnętrznej i zewnętrznej bo go lud wybrał, na co mu więc eksperty jakoweś?

          co do USA – uściślijmy: obecnie tracą pozycję jedynego hegemona i status jedynego supermocarstwa. A w przypadku supermocarstwa stanie się jednym z wielu / kilku mocarstw to jest upadek, niestety. Nie twierdzę natomiast, że USA znikną z mapy albo że spadną w rankingu poniżej Mołdawii – to im obecnie nie grozi. Machina nadal się kręci, wolniej, ale się kręci. I jeszcze się kręcić będzie, tak chce fizyka…

          całkowicie zgadzam się z Twoimi ostatnimi zdaniami: postrzegam to identycznie. Pozycja hegemona nie jest dana raz na zawsze. Dominacja gospodarcza i kulturowa bierze się z wewnętrznej siły. Utrata tejże pozycji nie jest efektem spisku sędziów i jurorów, ale oznaką wewnętrznych słabości własnych i rosnącej siły konkurencji. Z darwinowskiego punktu widzenia jest to słuszne i logiczne. Z punktu widzenia człowieka zaplątanego w daną kulturę: tragiczne.

        • Logos Amicus Says:

          Trafnie napisane.

          Pozwolę sobie donieść się do jednego Twoje stwierdzenia: „co do USA – uściślijmy: obecnie tracą pozycję jedynego hegemona i status jedynego supermocarstwa. A w przypadku supermocarstwa stanie się jednym z wielu / kilku mocarstw to jest upadek”

          Czy jeśli „supermocarstwo” staje się „tylko” mocarstwem, to czy musimy na to patrzeć jak na upadek tego państwa?
          Może taka pozycja państwa wobec świata jest bardziej pożądana – wziąwszy pod uwagę tzw. „dobro ogólne” całego globu? Może nawet taka pozycja jest lepsza dla samego państwa, (dla którego supermocarstwowość w końcu staje się pewnym brzemieniem)?
          Czy dzisiejszy świat potrzebuje supermocarstwa, które by dyktowało mu swój „porządek” – coś na kształt „Pax Americana”, który przecież, powiedzmy sobie szczerze, żadnego pokoju jednak nie zapewniał? (Podobnie jak na nic się zdał „Pax Romana”.)

          Jeśli już mówmy o jakimś „ciele” decyzyjnym na skalę globalną, to najlepiej byłoby, gdyby to było coś w rodzaju „rządu światowego”, w którego składzie znaleźliby się przedstawiciele wszystkich państw, którzy bardziej czuliby się jednak obywatelami świata, a nie bezwzględnie forsowali swoje własne egoistyczne partykularne „narodowe” interesy.

          Lepiej byłoby, gdyby świat się unifikował, niż dzielił.

        • Onibe Says:

          cóż, różnie bywa. Porównajmy upadek Wielkiej Brytanii (Angole udają, że nic się nie stało) z upadkiem ZSRR (totalny brak komfortu). Faktem jest, że bycie supermocarstwem zapewnia pewną przewagę, choćby w dostępie do surowców, rynków itd, zapewnia także wpływ na globalną legislaturę. USA są głównym motorem rozbudowy praw ochrony własności intelektualnej i forsują te prawa z pozycji silniejszego bo jest to dla nich bardzo ważny aspekt rynkowy. Utrata pozycji hegemona przełożyć się może na spadek możliwości ochrony dóbr intelektualnych. Z drugiej strony, czyjaś strata jest zyskiem innego, to oczywiste.

          co się tyczy Pax Romana… swoją rolę on spełnił. Pod egidą PR rozprzestrzeniła się nauka, sztuka, kultura. Kiedy zabrakło go, cywilizacja wykonała cofkę. Weź pod uwagę, że na całe wieki zapomniano jak budować drogi, mosty, akwedukty, spadło znaczenie bardziej wyrafinowanej sztuki: znowu liczyło się przetrwanie, ochrona przed bandytami, niepewność jutra. PR był jaki był, ale zapewniał stabilizację na której coś mogło wyrosnąć (i wyrosło). Oczywiście nie bądźmy ślepi: PR to nie tylko artyści, ale i niewolnicy czy ludzie umierający z głodu, ale to i tak lepiej niż późniejszy brak PR. Pax Americana (fajnie pisał o tym Brzeziński, o ile mnie pamięć nie myli) pozwala nam uczestniczyć w wyścigu szczurów: lepsza praca, lepsza bryka, lepsze wakacje. Pax Americana szwankuje na Bliskim Wschodzie, zobaczmy co się dzieje z tamtejszymi społeczeństwami, choćby z Izraelitami, którzy nawet do snu nie odkładają broni…

          nie wierzę w demokratyczny rząd globalny. Kojarzy mi się od razu z Ligą Narodów, ONZ czy Unią Europejską, która na zasadzie konsensusu buduje sobie jamkę w ziemi i udaje że jej nie ma, ilekroć jest groźnie. UE prezentuje nam parametry krzywizny banana czy rozporządzenia dotyczące wielkości buraka. Strach pomyśleć co by wymyślił rząd globalny zasiedlony przez podobnych próżniaków co Parlament Europejski. A kto inny by tam siedział, skoro nawet do stosunkowo nam bliskiego PE wysyłamy drugi garnitur polityków? Co prawda nie jestem pewny, czy mamy jakiś pierwszy garnitur, ale mniejsza o to ;-)

          Swoją drogą, skłoniłeś mnie do paru przemyśleń. Może się rzucę i skrobnę coś na temat biegunowości i mocarstwowości coby ułożyć sobie to w głowie…

        • Logos Amicus Says:

          Zgadza się, „rząd światowy” to nie jest zbyt fortunne określenie, które na dodatek kojarzy się z nad wyraz nieefektywnymi organizacjami typu Liga Narodów, ONZ czy inne PE-emy, tudzież wszelkie unie kontynentalne. Chodzi raczej o grupę specjalistów próbujących rozwiązać najważniejsze problemy globalne, ale w ramach czegoś w rodzaju wzajemnej konsultacji państw zdolnych sobie z tymi problemami poradzić. Przy czym państwa zachowywałyby swoją suwerenność, (która i tak jest coraz bardziej problematyczna i iluzoryczna, bo wszystko na całym świecie zaczyna się coraz bardziej ze sobą „zazębiać”.
          Mnie, prawdę mówiąc, wizja „Rządu Światowego”, nieco przeraża, bo trąci totalitaryzmem.

          Kiedyś, przy okazji wpisu u Torlina, napisałem w komentarzu:

          (Rząd Światowy i umowa społeczna?)
          Problem w tym, że jeśli już do tego dojdzie, to będą się „umawiać” rządy (organizacje, korporacje), a nie społeczeństwa.
          Nie wiem, czy w chwili obecnej ktokolwiek może powiedzieć cokolwiek o kształcie przyszłego rządu światowego. Tak wiele wchodzi w to czynników (w na dodatek ciągle się zmieniających), że jest to moim zdaniem niemożliwe.
          A futurologii zawsze było bliżej do fantastyki, niż do zmieniającej się historycznie rzeczywistości.
          Na razie, skazani jednak jesteśmy na współpracę, choć w dalszym ciągu jedne państwa chcą narzucić swoja wolę drugim.

          Jest jeszcze jedna sprawa: żaden rząd nie może obyć się bez środków (aparatu) przymusu – i tu leży chyba największe niebezpieczeństwo jakie jest związane z ewentualnym powstaniem rządu światowego.
          Poza tym: nawet dziecko wie, że każda władza korumpuje (więc rząd światowy stałby się w końcu rządem skorumpowanym), i każda władza dąży do autorytaryzmu (więc niewykluczone, że rząd światowy ciążyłby ku totalitaryzmowi – w końcu chciałby mieć kompetencje par excellence totalne, bo globalne).

          Dobrze byłoby też z tej okazji zapytać o zdanie w tej sprawie Chińczyków (choć pewnie i tak nie otrzymalibyśmy od nich żadnej wiarygodnej odpowiedzi).
          * * *
          PS. A biegunowość świata (jeśli chodzi o układ sił), to chyba już jednak anachronizm.

        • Onibe Says:

          ja, dla odmiany, totalitaryzmu się boję mniej. To straszak. Oczywiście, taki scenariusz też jest prawdopodobny, ale obawiam się innych problemów. Raczej trudności z doborem specjalistów. Specjaliści mają to do siebie, że każdy ma przynależność narodową (a więc i teoretyczną skłonność do działania w określonym interesie) a w dodatku, każdego daje się kupić. Intenarodowe grono technokratów mogłoby wiele spraw uporządkować ale i wiele zagmatwać. Wyobraź sobie wspomniane przepisy dotyczące krzywizny ogórków wporwadzane w skali globalnej. Oczywiście, nie stoi za tym głupota, ale czyiś interes. Takich potencjalnych interesów jest więcej i zaistnienie jednego organu globalnego bardzo ułatwiłoby życie wielkim graczom. Łatwiej przekupić stu ludzi niż sto tysięcy, prawda?

          biegunowość świata niekoniecznie jest anarchizmem – trzeba tą koncepcję wzbogacić o nową płaszczyznę. Do tej pory uznawano, że podmiotami polityki międzynarodowej są państwa i organizacje międzynarodowe, warunkowo dopuszczono do tego grona rządy na uchodźztwie. Teraz jednak pulę uzupełniły nowe postaci: koncerny międzynarodowe dysponujące potęgą przekraczajacą moc wielu państw czy organizacje społeczne o mniej lub bardziej sformatowanym przekroju zainteresowań (chocby Greenpeace, Amnesty International). To poważne przetasowanie i biegunowość świata trzeba postrzegać teraz bardziej trójwymiarowo – do tej pory zależności dały się przedstawiać na płaskiej mapie, teraz mapa musiałaby być piętrowa.

        • Logos Amicus Says:

          Ja nie pisałem o anarchizmie, tylko o anachronizmie biegunowego postrzegania świata, który przez wiele lat, (przez całą właściwie drugą połowę XX wieku) określał globalne status quo – z jednej strony był (z grubsza biorąc) zachodni kapitalizm (chlubiący się przy tym demokracją), z drugiej zaś komunizm (socjalizm), gdzie tumaniono ludzi tzw. dyktaturą proletariatu. Pierwszego broniły do upadłego głównie Stany Zjednoczone, drugiego (też do upadłego) Rosja. Ten układ zaburzały nieco Chiny, ale to inna historia. Tak więc, po rozmontowaniu bloku sowieckiego, a później (z czym mamy do czynienia obecnie) wskutek recesji ekonomicznej w państwach zachodnich, dwubiegunowe postrzeganie świata stało się przeżytkiem. Co zresztą sam przyznajesz, pisząc o tworzeniu się nowych wymiarów i pięter w układzie globalnych sił.

          I może jeszcze mała uwaga: ja myślę, że większości specjalistom, ich tzw. „narodowość”, wyrażając się kolokwialnie, zwisa. Oni są związani z grupami interesów, które mają bardziej charakter korporacyjny, niż narodowy (a nawet państwowy). I masz rację pisząc, że ich łatwo można kupić.
          Trudna sprawa z tym zarządem nad światem ;)

        • Onibe Says:

          hehe, literówka ;-). Zrozumiałem jako anachronizm i jako anachronizm uwzględniłem w swoim toku myślowym, ale pisząc szybko stworzyłem anarchię, która tutaj oczywiście nie pasuje ;-)

          swoją drogą, opisanie współczesnego świata to nie lada wyzwanie… ciężki orzech dla politologów ale i fascynująca spawa. Dożyliśmy naprawdę ciekawych czasów ;-)

        • Logos Amicus Says:

          …stworzyłem anarchię, która tutaj oczywiście nie pasuje

          Tak to już jest z anarchią – ona już z zasady do niczego nie pasuje ;)

  4. Ewa Says:

    Nic dodać, nic ująć, choć wnioski są obezwładniające, bo przeraźliwie trafne.
    Gdyby nie było to „obrazoburcze” dodałabym jeszcze – jakie piękne zdjęcie.

    • Logos Amicus Says:

      Chodzi jednak oto, aby te – rzeczywiście niezwykle trafne – wnioski Barbera, do końca nas nie obezwładniły.

      PS. Zdjęcie rzeczywiście jest znakomite, ale zawsze w takich wypadkach, (kiedy tematem fotografii jest jakaś potworność) grzęźnie mi w ustach określenie „piękne” ;)

      Pozdrawiam

  5. Politycznie, historycznie, prywatnie: jedenasty września 2001 dwunastego września 2011 | onibe Says:

    […] na koniec jeszcze polecamy krótki wpis na zaprzyjaźnionym blogu – TUTAJ. Jeśli wypatrzymy jeszcze coś ciekawego, to chętnie dorzucimy kolejny link. Mamy nadzieję, że […]

  6. grześ Says:

    Hm, może już z Barberem jakieś wywiady czytałem lub jego artykuły lub teksty w wymowie podobne, bo szczerze mówiąc ten wywiad wydaje mi się bardzo sensowny, ale jednocześnie oczywisty w pewien sposób:)

    Znaczy tezy tam zamieszczone i przemyślenia nie są (chyba) jakoś specjalnie odkrywcze.

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli już jest „bardzo sensowny”, jak piszesz, to (chyba) wcale nie musi już być specjalnie odkrywczy.

      No tak, niby nie odkrywczy, ale trafiający w sedno, które wcale – jak się okazuje – nie jest tak oczywiste dla wszystkich Amerykanów.

  7. R Says:

    Świetna nota i świetna dyskusja, tylko jedna uwaga. Każdym państwem rządzą politycy i w przypadku „demokracji” wybrani przez obywateli. Postępowanie państwa to taki skrócony przegląd poglądów (bądź ich braku) wyborców.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s