TYBET – KLASZTOR SAMJE

Mnisi modlą się w klasztorze Samje

*

1.

Tybet bez klasztorów nie byłby Tybetem. Dlatego też Chińczycy, okupując ten kraj od ponad pół wieku, zrównali z ziemią kilka tysięcy klasztorów i miejsc kultu. Religia, według słów Wielkiego Sternika Mao, była trucizną i nie mieściła się w komunistycznej wizji społecznego porządku opartego na materialistycznym dialektyzmie Marksa i Engelsa, w którym nie było miejsca dla tego „opium dla mas”.
Nie zauważono nawet, że jedno „opium” zamieniono na inne – tym razem utopijnej fantasmagorii powszechnej równości i dyktatury proletariatu, która stała się niczym innym, jak dyktaturą jednej partii, a konkretnie – dość małej grupy samozwańczych, opętanych ideologią, uzurpatorów. Ale to temat do innych rozważań. Wróćmy więc do klasztoru.

2.

Klasztor… Wobec klasztoru moje uczucia zawsze były ambiwalentne.
Z jednej strony bowiem pociągał mnie mistycyzm jaki emanuje z monastycznych cel i krużganków, pewna ekskluzywność związana z rozkwitającym niekiedy wśród klasztornych murów arystokratyzmem ducha; z drugiej zaś odstręczał swoją klaustrofobiczną atmosferą rezygnacji z prawdziwego, poddanego zmysłom i spontanicznego życia – zamknięciem się, odsunięciem i separacją od świeckiego świata zwykłych śmiertelników.
To właśnie w klasztornej celi rodzą się intrygujące skądinąd paradoksy: zamknięcie, o którym mówi się że jest zyskaniem wolności;  skrajny egotyzm, o którym mówi się, że jest ostatecznym zerwaniem z własnym ego (bo odrzuceniem samego siebie).
Lecz do klasztoru i mnichów dwoisty stosunek ma większość z nas. Bo przecież klękamy przed świętym Franciszkiem, szanujemy benedyktyńską cierpliwość, z uwagą potrafimy czytać Mertona, delektujemy się dobrociami wymyślonymi przez rozmyślnych braciszków, ale i naśmiewamy z karykaturalnego świata próżniactwa, opilstwa i obżarstwa (Monachomachia), a kiedy słyszymy, jak Ofelii mówi się, by szła do klasztoru, to potrafimy jej współczuć, bo wiemy jaki straszny jest to dla niej wyrok (choć dzięki niemu nie będzie musiała „płodzić grzeszników” – zamiast cielesnemu kochankowi, oddając się bezkrwistemu Bogu).

Wnętrze Samje: czy klasztorne mury stanowią granicę między sacrum a profanum? (Kliknij raz i kliknij ponownie by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

3.

Jak by nie patrzeć na klasztor, zawsze jest to dla nas miejsce niezwykłe a przekraczając jego mury odnosimy wrażenie przekraczania jakiejś niewidocznej granicy sacrum i profanum, odgradzającej zwyczajny świat wypełniony prozą od świata mistycznego i pełnego tajemnic.
Na ile jednak jest to doświadczenie powierzchowne, a na ile głębokie – pozostaje sprawą indywidualną, zależną od konkretnego człowieka.
Wydaje się, że decydujące znaczenie ma w tym wszystkim nasze zaplecze kulturowe i stopień „uduchowienia” – religia w jakiej się wychowaliśmy, zdobyta przez nas wiedza i wyrobiony światopogląd, stosunek do poszczególnych kultur i religii, wiara w Boga, agnostycyzm lub ateizm…
Klasztor jest więc pewną wydzieloną z naszego (widzialnego i niewidzialnego) świata przestrzenią, w której szuka się  metafizycznego klucza, gdzie spełnia się rytuał ludzkiej tęsknoty za wyzwoleniem i transgresją – za obcowaniem i połączeniem się z czymś Wyższym, Absolutnym i Doskonałym.

4.

Nie ukrywam, że kiedy wyłoniła się przed nami możliwość zwiedzenia klasztoru Samje, ogarnęło mnie uczucie podekscytowania. To przecież jedno z najświętszych miejsc Tybetu – najstarszy buddyjski klasztor tej ziemi, będący jednym z najważniejszych ośrodków buddyzmu tybetańskiego od ponad tysiąca lat.
Wyjechaliśmy z Pemą – naszym tybetańskim przewodnikiem i tłumaczem – wcześnie rano z Tsetang. Czekała nas ponad godzinna przeprawa promem przez rozlewiska Tsangpo (Brahmaputry), a później jeszcze kilka kwadransów „tłuczenia się” mocno zużytym vanem po pełnej dołów i wertepów piaszczystej drodze, którą po bokach znaczyły liczne, ozdobione kolorowymi chorągiewkami, czorteny. Wreszcie poczułem się jak w „prawdziwym” Tybecie, wolnym od chińskiego, równego i gładkiego asfaltu lhasańskiej drogi, tudzież chińskich szyldów oraz miejskiego – komercyjnego i prozaicznego – zgiełku Tsetang. W głowie ciągle czułem lekki ucisk spowodowany niedoborem tlenu, myśli biegnące ku celowi naszej podróży, kurz drapiący w gardle, ale także znacznie przy tym wyostrzoną uwagę, która sprawiała, że otaczający nas górsko-pustynny pejzaż wydał mi się jeszcze bardziej odrealniony i nierzeczywisty…
Wkrótce z daleka wyłonił się wysoki mur otaczający klasztorny kompleks. Stanęliśmy pod ogromną bramą, nad którą powiewały ozdobione symbolem wieczności jurtowe płachty. Na złoconych gzymsach klasztornej pagody tańczyło tybetańskie słońce…
Byliśmy w miejscu, gdzie wielki Guru Rinpocze (Padmasambhava) pokonał przed wiekami lokalne demony i nakazał im służyć nowej mądrości przyniesionej przez wtajemniczonych z drugiej strony Himalajów. A była to oczywiście mądrość i droga samego Buddy Śakjamuniego.

Sacrum i decorum klasztoru Samje - estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki (kliknij raz a potem jeszcze raz by zobaczyć zdjęcie w pełnym rozmiarze)

5.

Mój pierwszy tybetański klasztor. Co czeka na mnie w jego wnętrzu?
Przy wejściu siedzą dwie kobiety z dziećmi. Z ciemności wychodzi mnich z kanką pełną herbaty – zapewne słonej i tłustej – ten smak jest mi już znany z drogi do Tsetang. Nalewa ją do naczyń, które podsuwają mu kobiety. Płyn może wydawać się wstrętny w smaku, ale jest za to pożywny, idealnie przystosowany do panujących tu warunków.
Wchodzimy na skąpany w słońcu klasztorny dziedziniec. W zacienionych krużgankach obracają się modlitewne bębny poruszane rękami przechodzących obok pielgrzymów. Widać, że ludzie ci przybyli z daleka – i  raczej z biednych rejonów kraju. Twarze pobrużdżone zmarszczkami, skóra spalona słońcem, brudne, splamione, wyświechtane ubranie… Jedni wydają się być nieobecni duchem, inni ciekawie wpatrują się w nasze białe (jeszcze) twarze. Przypomina to zderzenie się dwóch różnych światów, których punktem stycznym stają się na moment oczy – spojrzenie szukające w drugim człowieku kogoś podobnego do siebie samego, mimo że na pozór zupełnie innego.

Roztopione masło z jaka podtrzymuje wieczny ogień

Pema mówi, że mamy szczęście, bo właśnie dzisiaj wszyscy mnisi zbierają się w Utse, czyli w centralnej świątyni, by wspólnie odprawić modły – a zdarza się to (ponoć) tylko cztery razy w miesiącu. Rzeczywiście – z głębi klasztoru zaczynają dobiegać jakieś dziwne dźwięki. Coś jakby chóralne mruczenie, pohukiwanie i łkania wydawane bardzo niskimi męskimi głosami. Wychylam głowę zza ciężkiej kotary a przede mną wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych widoków jaki dane mi było zobaczyć w życiu: dziesiątki ubranych w czerwone szaty mnichów, siedzących w pozycji lotosu i recytujących sutry z rozłożonych przed każdym z nich ksiąg. Co jakiś czas kilku z nich chwyta za przypominające surmy trąby i dmie w nie wydobywając z ich wnętrza jeden przejmujący ton; to znów w ruch idą pałeczki, gongi, oboje, dzwonki, talerze i bębny; chór wydobywa z siebie coraz donośniejsze głosy, a cały klasztor wydaje się wibrować od rozedrganych w powietrzu cząstek pobudzonych przez całą tę rozmodloną, rozśpiewaną i rozegraną gromadę ludzkich stworzeń, chcących przeniknąć tajemnicę sansary, bytu i wszechświata. Przypomniały mi się słowa lamy Govindy:  „Dźwięki [muzyki tybetańskiej] wydają się wyłaniać z otchłani ziemi czy głębi przestrzeni, a podobne dudnieniu grzmotu mantryczne głosy natury, swymi twórczymi drganiami symbolizują uniwersalne źródło wszechrzeczy”.

Pomieszczenie, w którym modlą się mnisi jest bardzo wysokie. Panuje w nim lekki mrok, lecz przez położone w górze wąskie okna wpada światło, które natrafiając na swojej drodze na dym z kadzidlanych mis, tworzy niesamowite smugi, wypełniające całą świątynię nieziemską zupełnie aurą. Migocze to tysiącami kolorów, bo ściany i ołtarze pokryte są gęstą plątaniną różnobarwnych tkanin, chust, szarf, chorągiewek, proporców…
Przyznam się, że nie spodziewałem się zastać w klasztorze takiej rozbuchanej orgii światła i dźwięków.
Nastawiam swojego Nikona na najwyższą czułość i robię zdjęcia z nadzieją, że utrwali się na nich choć odrobina tej niezwykłości.

Modły w Utse - głównej świątyni klasztoru Samje, miejscu modłów i zgromadzeń wszystkich mnichów.

6.

W klasztorze są tylko mnisi, pielgrzymi i my. Wszędzie czuć zapach palonego tłuszczu – ale nie jest to nieprzyjemna woń spalenizny, być może dlatego, że miesza się ze słodkawą wonią kadzidlanego dymu. W wielkich kadziach wypełnionych po brzegi stopionym masłem z jaka pływają małe, palące się znicze. Pomarańczowo-żółte płomyki rozświetlają twarze kobiet i mężczyzn dolewających łoju ze specjalnych, przypominających czajniki, naczyń. Przed jednym z ołtarzy stoi, niczym na straży wiecznego ognia, przystrojony w wielką, żółtą – przypominającą pióropusz-  czapą mnich, trzymając dzban pełen stopionego tłuszczu.

Pema szeptem mówi nam o tym, czego jesteśmy świadkami, pokazuje i nazywa spowite w kolorowe szaty złote posążki upamiętniające znaczące postacie z historii klasztoru (w ustronnej części świątyni zauważam posążki w akcie kopulacji – część religijnej tradycji buddyzmu tybetańskiego miała orgiastyczny charakter); w głównej świątyni Utse napotykamy olbrzymie posągi bóstw i demonów o budzących grozę obliczach, otoczone jednak całymi stosami kwiatów, (zapewne w podzięce za sprawowaną przez nich opiekę nad klasztorem i jego mieszkańcami). Wiele ścian pokrywają freski z wymalowanymi nań scenami ukazującymi dzieje tybetańskich joginów, wielkich myślicieli i władców – ikonografia przyprawiająca niewtajemniczonego profana i dyletanta o lekki zawrót głowy. Podobnie jak relikwie, których pełne są gabloty i szuflady jednej z komnat, bodajże sypialni Dalaj Lamy.

Młody buddyjski mnich z zakonu Żółtych Czapek dolewa roztopionego masła jaka do wiecznie płonących zniczy.

Klasztor pochodzi z drugiej połowy VIII wieku. Wiem, że w ciągu tego czasu kilkakrotnie był palony lub burzony – ostatnio, nie tak dawno, bo podczas chińskiego szaleństwa rewolucji tzw. „kulturalnej”, jakieś 40 lat temu. I za każdym razem go odbudowywano. Trudno mi jednak odróżnić starodawne autentyczne elementy, przedmioty i rekwizyty antyczne od tych nowych i zrekonstruowanych – wszystko wydaje się być pokryte wiekową patyną czasu, tkwić w tym miejscu „od zawsze”. Rzeczywiście jestem skłonny uwierzyć, że to właśnie te dziedzińce i krużganki, te pokoje i ich ściany, te a nie inne posągi Buddy i lamów były świadkami słynnej Wielkiej Dysputy jaka miała miejsce właśnie tutaj, w Samje, między wybitnym uczonym indyjskim Kamalasilem a wielce uczonym Chińczykiem He Szangiem wkrótce po założeniu klasztoru przez króla Trisonga Detsena. Był to pojedynek, który przyniósł zwycięstwo indyjskiej koncepcji buddyjskiej nad naukami buddyzmu w wydaniu chińskim, dzięki czemu praktyki tantryczne (zwane wadżrajaną) – zaszczepione tu przez nauczycieli z Indii i Kaszmiru – stały się z czasem esencją buddyzmu wyznawanego przez Tybetańczyków.

Główna budowla klasztorna ma trzy piętra, a każde wybudowane jest w innym architektonicznym stylu: wygląd pierwszego jest charakterystyczny dla Tybetu, drugie dla świątyni hinduskiej, natomiast trzecie to odwołanie się do wzorów architektury chińskiej. Niby przesyt i przesada ale cały ten eklektyczny kompleks tworzy jednak dość harmonijną całość.

Z najwyższego tarasu świątyni rozglądam się po okolicy. Stąd widać już doskonale cały klasztorny mur, który jest niczym innym jak obrzeżem gigantycznej mandali, na planie której zbudowane jest Samje (pierwowzorem był klasztor Odantapuri w indyjskim Bikharze); cztery bramy, odpowiadające czterem kardynalnym stronom świata oraz cztery olbrzymie stupy, psujące jednak swoimi odpustowymi kolorami spójny autentyzm całości. Za murem widzę ulice i domy przyklasztornej osady, w kilku miejscach dają się zauważyć chińskie dźwigi – nie jestem jednak pewien czy te place budowy to rekonstrukcja zabytków po ich barbarzyńskim zniszczeniu, czy też konstrukcja bardziej nowoczesnej infrastruktury, będąca niczym innym jak umacnianiem chińskiego porządku i administracji.
Jednak największą moją uwagę skupia majaczące w oddali wzgórze. W pierwszej chwili myślałem, że na jego zbocze wylał ktoś hektolitry różnokolorowej farby, jednak już za moment zrozumiałem co jest powodem owej tęczowej aparycji: oczywiście tysiące modlitewnych chorągiewek, które zanieśli tam i złożyli pobożni tybetańscy pielgrzymi, by wiatr rozesłał ich modlitwy nie tylko nad Doliną Jarlungu, ale i dalej – na całą Tybetańską Wyżynę i poza najwyższe góry świata, jako znak jedności i współczucia dla wszystkich żyjących istot.
Patrzyłem na Hepori – jedną ze świętych gór Tybetu.

7.

Rezygnując z posiłku w przyklasztornej stołówce, postanowiłem dotrzeć na szczyt Hepori. Pema, słysząc o moim pomyśle, odparł, że ma nadzieję, iż wiem co robię, bo tak wielki fizyczny wysiłek przed końcem wysokościowej aklimatyzacji, może się zakończyć… (tu się lekko żachnął)… wypluciem własnych płuc (tak jakby można było wypluć płuca cudze ;) )
Powiedziałem, żeby się nie martwił i żeby zachował dla mnie kawałek steka z jaka, który właśnie zaczęto nam przyrządzać w mnisiej garkuchni.
Chcąc dotrzeć w pobliże wzgórza musiałem przejść przez całą wioskę i odnaleźć drogę do początku ścieżki prowadzącej na szczyt. Nie było to trudne, bo osada miała właściwie jedną, liczącą niespełna pół kilometra ulicę, a na jej końcu zauważyłem coś, co instynktownie odebrałem jako drogowskaz. Był to dym unoszący się nad przypominającym mały czorten paleniskiem. Doglądała go ubrana w czerń kobieta, która na mój widok uśmiechnęła się i pokazała miejsce, gdzie zaczynał się szlak.
Byłem gotowy do wyplucia płuc.
Wybrałem jedną z wielu ścieżek. Biegła ona łagodnym grzbietem, obok wielkiej śnieżnobiałej stupy ze złotym szpicem, do której doczepiono całe mnóstwo kolorowych chorągiewek modlitewnych. Te zresztą były wszędzie i musiałem uważać, by po nich nie deptać, co, jak mi się wydawało, byłoby czymś niestosownym.

Mnich strażnik na szczycie Hepori - jednej ze świętych gór Tybetu (kliknij dwukrotnie by zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze)

Niestety, łagodny grzbiet szybko się skończył a jego miejsce zajęło strome podejście, które uznałem za pierwsze poważniejsze wyzwanie na moim szlaku prowadzącym na szczyt Świętej Góry. I w tym momencie poczułem nagły przypływ mocy (no, no… proszę się nie śmiać – chodzi o siłę, którą często można poczuć w górach na dużej wysokości, kiedy nagle organizm przestawia się na inny poziom przemiany materii, doprodukowując sobie czerwone ciałka krwi, zdolne transportować większą ilość tlenowych drobin do spalania w mitochondriach i wyzwalania tym samym większej ilości energii… ekhm…)

Mantra Om Mani Pe Me Hum na głazach wzgórza Hepori

Szybko wychodziłem coraz wyżej i wyżej. Im bliżej było szczytu, tym więcej otaczało mnie głazów z wypisanymi na nich sylabami kanonicznej dla wszystkich buddystów mantry Om Mani Pe Me Hum („Pozdrowiony niech będzie klejnot w lotosie”). Góra wydawała się tonąć w morzu kolorowych szmatek – w prześwitach między zwisającymi chorągiewkami dostrzegłem wybudowaną na szczycie Hepori kapliczkę, a obok niej maleńką z tej odległości, ludzką sylwetkę. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem siedzącego na skale, ubranego w czerwone szaty człowieka. Czytał książkę, lecz jego twarzy nie mogłem dojrzeć – skrywała się za tanim chińskim (a ściślej: wyprodukowanym w Chinach) kapeluszem. Powiedziałem coś do niego na przywitanie – już nie pamiętam w jakim języku, bo wydało mi się to wówczas zupełnie obojętne. Na co on podniósł znad książki wzrok i wtedy mogłem zobaczyć jego piękne oczy. Do dzisiaj nie wiem, czy była to kobieta, czy też mężczyzna… ale jakież to może mieć teraz znaczenie – skoro żadnego znaczenia nie miało już wówczas?

Muszę się przyznać, że kiedy stanąłem na szczycie Hepori, odczułem coś w rodzaju euforii. Z jednej strony roztaczał się przede mną widok na całą Dolinę Jarlungu zwieńczoną w oddali ośnieżonymi górami; z drugiej zaś, w dole, widziałem jak na dłoni mandalę klasztoru Samje, skąd nie tak dawno wyruszyłem na zdobycie Świętej Góry. Czułem ją teraz mocno pod swoimi stopami a myśli zdawały się ulatywać z mojej głowy i szybować na wietrze wraz ze słowami zaklęcia i pozdrowienia dla wszystkich ludzi i całego świata: Om Mani Pe Me Hum, Om Mani Pe Me Hum…

*  *  *

Klasztor Samje widziany ze szczytu świętego wzgórza Hepori

*

PS. Tak sobie czytam teraz te zapiski z mojej wizyty w klasztorze Samje, (których zarys powstał jeszcze podczas mojej azjatyckiej podróży do Chin i Tybetu) i dopada mnie pewne zwątpienie: przecież nie oddają one nawet małej części tego, co przeżywałem odwiedzając to miejsce (dotyczy to również innych miejsc, które widziałem w Tybecie, o Chinach nie wspominając). Każda bowiem minuta na obcej i nieznanej ziemi dostarcza taką moc przeróżnych bodźców, wrażeń, impulsów, myśli, informacji i odczuć, że nie sposób ogarnąć ich wszystkich, a same słowa ukazują ledwie czubek lodowej góry, mogąc sprawdić wrażenie jakiegoś wybiórczego (z konieczności) i powierzchownego szkicu. Mam jednak nadzieję, że udało mi się przekazać choćby i to – mały wybór impresji, dotknięcie prawdy, niewielką lecz istotną cząstkę krainy, która na dobre rozgościła się ostatnio w mojej świadomości i pamięci.

*  *  *

 Zdjęcia z klasztoru Samje obejrzeć można TUTAJ – na stronie ŚWIATOWIDA.

Kolorowe i mistyczne wnętrze Samje - najstarszego buddyjskiego klasztoru w Tybecie

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Advertisements

komentarzy 39 to “TYBET – KLASZTOR SAMJE”

  1. Kartka z podróży Says:

    Logosie, gdy z uwagą przeczytałem ten ciekawy opis pomyślałem, że Ciebie, mimo Twego sceptycyzmu chyba jednak pociągają te tybetańskie wierzenia czy może raczej formy życia wewnętrznego, psychicznego… . Najwyraźniej coś Cię kusi. Gdy piszesz wyczuwam, że jesteś na granicy swego świata i tamtego. No i tak byś chętnie tę granicę przekroczył. Tak mi się wydaje.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem czy byłbym w stanie (a nawet – czy chciałbym) tę granicę przekroczyć.
      Słusznie wskazałeś na mój sceptycyzm – już choćby on nie pozwoliłby mi na bezwarunkowe, totalne i bezkrytyczne zagłębienie się w jakiejkolwiek gnozie (systemie wierzeń, religii, światopoglądzie, systemie filozoficznym…) Gdyż rzeczywiście nie wierzę, aby człowiek był w stanie stworzyć (odkryć) gnozę, która ogarniałaby WSZYSTKO (Uważam że nie mamy – jako ludzie żyjący tu i teraz, ograniczeni naszą kondycją i niedoskonałością percepcji – dostępu do ABSOLUTU. Z tego wynika choćby to, że buddyjskie „oświecenie” traktuję bardziej jako stan psychiczny niż metafizyczny czy transcendentalny.)

      A tak w ogóle – nie wydaje mi się, żeby życie klasztorne było życiem, które zniosłaby moja karma ;)
      Innymi słowy: jako nieodrodne dziecko zachodniej cywilizacji jestem istotą mocno zindywidualizowaną – przywiązaną do swego ego (i nie mam zamiaru udawać, że tak nie jest).
      Poza tym: moje zmysły są dla mnie tym, czym poznaję świat – jego smaki, piękno i urok – jest w tym zbyt dużo jednak postawy hedonistycznej, bym nagle wszystko to odrzucił dla dwóch miseczek ryżu dziennie i postanowienia, że już nigdy np. nie spojrzę na kobietę pożądając jej, nie napiję się dobrego czerwonego wina, nie zjem „rozpływającego się” w ustach fillet mignon… ;)
      A pisząc juz poważniej: po prostu muszę w tym wszystkim uwzględniać moją kondycję (konstrukcję) psycho-fizyczną – kierunek rozwoju w jakim podążyłem w swoim dotychczasowym życiu (bo w przeciwnym razie będę postępował wbrew sobie – wbrew swojej „naturze”, łudząc się i okłamując niejako samego siebie).

      To prawda, że wiele aspektów buddyzmu mnie pociąga. Ale buddyzm bardziej interesuje mnie jako system filozoficzny, niż religijny. Chciałbym go poznać bliżej, zgłębić – i dopiero wtedy wejść z nim w jakiś dyskurs (tzn. ustalić jakąś moją z nim relację, lecz chyba bardziej o charakterze intelektualnym, niż duchowym).

  2. Onibe - TEKST i OBRAZ Says:

    Też nam się marzy taka podróż ;-)

  3. artur Says:

    Czuje taka potrzebę spedzenia miesiaca odosobnienia w klasztorze buddyjskim w Azji prowadzac zycie tak jak przebywajacy tam mnisi. Czy jest to mozliwe i jak?
    Oczywiscie zdaje sobie sprawe, że wejscie od razu na gleboka wode moze byc dosc bolesne i warto sprawdzic sie rozpoczynajac od znacznie krotszych okresow i niekoniecznie od razu tysiace km od domu. Rzecz w tym ze nie dysponuje swoim czasem az tak bardzo. Pracuje, mam rodzine i ten miesiac to jest maksimum na ktore moge sobie pozwolic a chcialbym polaczyc to z byciem w klimacie i energii wschodu, a wiec wyciągnac z tego miesiaca jak najwiecej. Ponadto wiem ze wlasnie takiego totalnego odciecia teraz potrzebuje. Nie uczestniczylem co prawda nigdy w wielogodzinnych sesjach medytacyjnych ale pewne doswiadczenia mam. Wielu moich znajomych jeździ do Indii i Nepalu podróżując, studiując medycyne tybetanska czy chinska biorac udzial w warsztatach czy po prostu robiąc trekking albo odwiedzajac Sai Babę. Ja natomiast chcę zaszyc się w gorach w klasztorze poddac sie rytmowi wyznaczanymi przez codzinne rytualy i modlitwe i poznac swoje wnetrze poprzez calkowite odciecie od rzeczywistosci.
    Czy chcę „wyrzec sie swiata” nie stawiajac czola wlasnym potrzebom? Czyba nie…? swiat jest tym gdzie próbuje doskonalic siebie i uciekajac pewnie zatrzymalbym sie, czuje ze potrzebuje spelnic swoje potrzeby i zrobic cos tylko i wylacznie dla swojego JA.
    Jestem chrzescijaninem i buddyzm traktuje nie jako religie ale wyjatkowo efektywną filozofią poznania prawdy i jej rozpamietywania, studiuję to co do mnie przychodzi bez szczegolnego rozrozniania. W tym sensie tak samo szanuję chrzescijanstwo, buddyzm jak i hinduizm.

    • moi Says:

      Kiedys calkiem przypadkowo wysłuchałam bardzo fajnego wywiadu z panią Marią Moneta -Malewską. Nie wiem, w jakiej tradycji ona dokładnie praktykuje, ale wszystkiego mozna sie pewnie dowiedziec z jej książe (khttp://doksanproject.blogspot.com/)

      No i oto jak opowiadała o swojej praktyce:
      – wstajesz o 3 rano
      – posiłki dwa razy dziennie (miseczka ryżu i nie ma odstępstw od tej diety)
      – siedzisz do 23 w b. niewygodnej pozycji ( lotos lub pół lotos – spróbuj w domu, jak to jest, tak siedzieć), z małymi przerwami
      – p. Malewska opisywała, że jak już b. nie mogła wytrzymać, to myślała sobie, ze musi dac radę, bo: a) jest kobieta, b) jest Polką ( ;) ), c) anonimowi alkoholicy, których leczy i tak mają gorzej (:P) – warto więc moze sobie zawczasu przygotować taki wewnętrzny system motywacyjny, bo na każdego działa co innego ;)
      -ulga przychodzi między drugim a trzecim tygodniem (jest to jakieś pocieszenie ;) )
      -na koniec, po zakończeniu tego miesięcznego sesshin, Roshi kupił jej w piekarni chleb tostowy w nagrodę, taki miała widocznie głód w oczach po tym ryżu ;)

      Generalnie słuchało się tego miło, ale..no co tu dużo mówić – nie jest to łatwa sprawa i daleka od tych potocznych wyobrażeń, ze niby sobie siedzisz i ptaszki ćwierkają, mysli krążą wokół Ciebie, a TY stajesz się coraz bardziej spokojny i coraz bardziej zrównoważony..sadzę, że jak ktoś źle dobierze praktykę do swojego temperamentu i możliwości i rzuci się na tę głęboką wodę bez żadnego koła ratunkowego, to naprawdę może się strasznie wkurzyć. Że mu nie wyszło np. Itd. Czego Ci, oczywiście, Arturze ,nie życzę, ale weź to wszystko pod uwagę i spróbuj może jednak przejść się do jakiegoś ośrodka (buddyzm tybetański, zen, itd – jest w czym wybierać) i zobaczyć, jak to jest tak siedzieć, i co sie wtedy z Tobą dzieje. Z czym masz kłopoty i czy to jest rzeczywiście to o co Ci chodzi.

    • booker Says:

      @artur, wspomniałeś iż jesteś chrześcijaninem.
      Jak sobie dasz radę przez rok w klasztorze ucząc się poprzez doświadczanie o tym iż Bóg nie jest kreatorem człowieka i świata, nie popełniłeś rodząc się grzechu pierworodnego, nigdy nie wygnano Cię z raju, natomiast Szatan nie ma możliwości istnienia ?

      • artur Says:

        „Jak sobie dasz radę przez rok w klasztorze ucząc się poprzez doświadczanie o tym iż Bóg nie jest kreatorem człowieka i świata, nie popełniłeś rodząc się grzechu pierworodnego, nigdy nie wygnano Cię z raju, natomiast Szatan nie ma możliwości istnienia ?”

        Dobre pytanie.

        Jezeli grzech pierworodny potraktujemy jako naturalna przypadlosc duszy ktora nie jest idealna bo ciazy w kierunku swiata nie widzac swojej boskiej natury i bedzie popelniac ”ten grzech” tak dlugo az w ktorejs kolejnej inkarnacji nie przejrzy i nie dostapi oswiecenia to jest to chyba do zaakceptowania rowniez w buddyjskiej filizofii. Kwestię wygnania z Raju rozumiem jako emanację monad ze centrum Boskiej Swiadomosci a powrot do niego jako zakonczenie cyklu i ponowne swiadome wtopienie sie w jednosc co chyba tez da sie przelknac.
        Natomiast z szatanem i kreowaniem czlowieka moze byc klopot. Szatan rozumiem jako niezbedny skladnik wszechswiata bez ktorego nie popelnialibysmy bledow a wiec nie uczylibysmy sie niczego, jest tak potrzebny jak noc czy deszcz i jest bardzej naszym zwierciadlem – krzywym odbiciem nas samych niz bytem czychajacym na zgube duszy, aczkolwiek pójscie w kierunku swiata, materii czy tez sztuk arymanicznych jest de facto realizacja tego co nazywamy szatanskim i wowczas maja do nas latwy dostep istoty „wykolejone” – nie wiem co na taka teorie powiedzialby buddysta? Jezeli chodzi o kreacje swiata i czlowieka przez Boga to w moim pojeciu istnial Boski zamysl poczatkowy ktory na przestrzeni eonow lat realizowalismy jako kolejne formy bytu przechodzac fazy swiadomosci mineralnej, roslinnej, zwierzecej, ludzkiej no i co niektorzy zasuwaja dalej. Jest to akt stworzenia czlowieka i swiata przez Boga ktory w dodatku wyemanowal z siebie juz wczesniej wiele innych fal ewolucji a te z kolei wspolpracuja czy tez raczej pomagaja miedzy innymi nam w ewolucji poprzez prace na innych planach rowniez inkarnujac do materii.
        Jezeli buddyzm nie podziela tej opinii to moze choc jej nie zaprzecza…?

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli buddyzm uznamy za religię (niektórzy zwracają uwagę, że buddyzm jest bardziej systemem filozoficznym czy światopoglądowym, niż religią) to należy podkreślić, że jest on religią wyjątkowo tolerancyjną i otwartą na inne poglądy. Odróżnia go to (patrząc na tę kwestię z perspektywy historycznej) od wszystkich innych światowych religii (takich jak islam czy chrześcijaństwo).
      Nie ma w nim – tak częstej np. w islamie, ale i w judeo-chrześcijaństwie też – pogardy dla „innowierców”, „giaurów”, „niewiernych”, „gojów”… Buddyści nigdy i nigdzie nie „nawracają” nikogo na siłę, nie krytykują innych religii, wręcz przeciwnie: szanują je. Sam Dalaj Lama odradza buddystom aktywną „rekrutację” nowych wyznawców Buddy i przestrzega przed zbyt łatwym i powierzchownym „przechodzeniem” na buddyzm – sugerując nawet to, że lepiej jest jednak pozostać przy swojej dotychczasowej wierze, a z buddyzmu zaczerpnąć tylko pewne uniwersalne wartości, które są dobre dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd.

      Ale jeśli ktoś chce podążyć „drogą Buddy”?
      Każdy człowiek powinien być wolny – czyli m.in. posiadać możliwość religijnego (czy też światopoglądowego) wyboru, zgodnego ze swoimi przekonaniami i sumieniem.

    • miziol Says:

      Nigdzie nie musisz jezdzic arturze. W Polsce jest duzo osrodkow odosobnieniowych, gdzie mozna sie sprawdzic. Tutaj znajdziesz wszystkie przydatne informacje, ale uprzedzam, ze to jest buddyzm Diamentowej Drogi i nikt cie nie bedzie bil bambusowym kijem za to, ze sie nie skupiasz odpowiednio podczas medytacji. Raczej spodziewaj sie usmiechu, jesli nie chichotu: http://buddyzm.pl/.
      Inna sprawa, ze zanim zdecydujesz sie na odosobnienie moglbys sie zastanowic co chcesz osiagnac. Pozdrawiam

  4. jula Says:

    Patrzę na te zdjęcia z niesamowitą ciekawością. Zaraz zresztą zajrzę do Twojego Światowida . :)
    Jednak pomimo niesamowitej aury tajemniczości , to nie mój świat :( …
    To jednak z całym szacunkiem dla mądrości tych mnichów i nie tylko tych , to świat męski , świat męskiej filozofii pojmowania świata poprzez religię akurat w tym przypadku taką. . .
    Pozdrawiam!

    • Miriam Says:

      Myślę, że warto tutaj zacytować to, co napisała w jednej ze swoich książek Jadwiga Wais:

      „Sfera seksualności i płciowości w buddyzmie i w Zen jest lekceważona i niemal całkowicie odrzucana. Jak wiadomo, Budda niechętnie dopuszczał kobiety do udziału we wspólnotach praktykujących, klasztorach i zakonach. Duży obszar ludzkiego życia i duchowości znalazł się zatem poza zainteresowaniem buddyzmu Zen. A jest to obszar głębokiej i delikatnej sfery doświadczeń kobiet i mężczyzn – cielesność, zmysłowość, seksualizm, erotyzm, płciowość. W tej sferze ludzie przeżywają głębokie doświadczenia życia. Stają oko w oko ze szczęściem, lękiem, tragedią, ekstazą, ukojeniem, a także z doświadczeniem podejmowania decyzji, wolności, odpowiedzialności. Dowody socjologiczne na potęgę doświadczeń cielesnych znajdziemy wokół siebie, w codziennym życiu kobiet i mężczyzn, a dowody uniwersalne – w największej miary dziełach kultury: poezji, literaturze, malarstwie, dramacie itp.

      Przez swój wysoki stopień sublimacji, separowanie się od natury, kobiecości, ciała i seksu, Zen w dużej mierze sam przyczynił się do własnego upadku w kulturze Indii, a później Chin. Został wyparty przez tao i tantrę, która przejęła odrzuconą sferę zmysłowości i ciała. Tantra przywróciła do łask bóstwa kobiece i przekonanie, że duchowość ludzi jest zjednoczona z erotyzmem. Ciało zmuszane w Zen, znieruchomienia, do przyjmowania pozycji medytacyjnej, zdrętwiałe od wielogodzinnego siedzenia zbudziło się, odzyskało szacunek i wolność. Seksualność i erotyzm są w tantrze drogą do osiągnięcia najwyższego rozwoju duchowego, jak mawiają mistrzowie tantry – seks jest wehikułem wiodącym kobietę i mężczyznę do nieba. Najwybitniejszy, obok Daisetza Suzukiego znawca, Zen, Reginald Blyth wskazuje na istotną słabość Zen polegającą na ignorowaniu kobiety i seksu w systemie, który ma pretensje do całościowego ujmowania rzeczywistości.”

    • Gender Bender Says:

      Buddyzm nigdy nie był zbyt łaskawy dla kobiet uważanych za przyczynę przywiązania do doczesnego świata i – co gorsza – narzędzie odradzania się życia. Budda niechętnie, pod presją matki, zgodził się przyjąć kobiety do zgromadzenia, ale ich status pozostał drugorzędny.

  5. liritio Says:

    To światło faktycznie jest niesamowite, piękne.
    Jak bardzo, hm, zagracony jest ten klasztor, trochę przywodzi na myśl skład dywanów (wybacz mało subtelne porównanie, to nie jest krytyka wnętrza, tylko zdziwienie). Klasztory katolickie wydają się przy tym pustymi halami.
    A zdjęcia jak zwykle zatrzymały mnie na czas dłuższy, cudowna sprawa.
    I na pewno nikt się z przypływu mocy nie śmiał, nawet troszkę :) wyłącznie pozazdrościć :)

    Przywracając powagę, bardzo ciekawy tekst, czytałam z przyjemnością tym większą, że Tybet to dla mnie terra incognita, a miło się poznaje Twój punkt widzenia. Koniec wazeliniarstwa, wracam do deszczowej rzeczywistości.

    • Logos Amicus Says:

      Hm… ten klasztor jest zagracony – powiadasz? ;)
      Ciekawe.
      Coś w tym jest, bo chociaż ja nie uświadomiłem sobie słowa „zagracony”, to jednak uderzyła mnie jakaś taka… dekoracyjna gęstość obecna w tybetańskich klasztorach buddyjskich (odnosi się to również do Potali i Dżokhangu – najważniejszych świątyni Tybetu, które znajdują się w Lhasie).
      Kłóci się to zarówno z ascetyczną postawą samego Buddy, jak i z buddyjską dążnością do oczyszczenia swojego wnętrza, usunięcia z niego wszystkiego co jest zbędne na drodze do osiągnięcia stanu Przebudzenia.
      Lecz nie jest to chyba tak istotne. W sumie można to uznać za powierzchowność – zewnętrzność, której nie musi się rozpatrywać w relacji do wnętrza.

      PS. Mam nadzieję, że jednak nie przemokniesz ;)

      • liritio Says:

        Przemokłam. Ale nic to, pogoda w końcu kiedyś musi się zmienić, już zaraz, już za chwileczkę będzie słońce :)

        Powierzchowność klasztoru… Na pewno wszystkie te elementy służą jakiemuś celowi, w końcu nie podejrzewam mnichów tybetańskich o znoszenie świecidełek do klasztoru ot tak, dla zabawy. A skoro mają cel, najwyraźniej powinny tam być i sprawiać „zagracone” wrażenie, czyli wszystko jest pięknie :)

        • Logos Amicus Says:

          Może nie tyle „zagracone”, co udekorowane i chyba jednak bogate.

          W pierwszej części moich zapisków z Tybetu napisałem:

          „Złoto Potali! W stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana „Dalai Lamą”, czyli „Oceanem Mądrości”). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

          A jednak z tym złotem to nie jest taka prosta (i jednoznaczna) sprawa. Podobnie jak z dekoracjami w tybetańskich klasztorach, czy – przenosząc się na bliższe nam podwórko – z dekoracyjnym przepychem katolickich świątyń.
          Wydaje się bowiem, że nie jest to tylko przejaw ludzkiej próżności i zamiłowania do bogactwa. Ma to głębszy cel: chodzi o… dowartościowanie samego obiektu kultu. Wprawdzie odbywa się ono w sferze materialnej, to jednak ma to niewątpliwie znaczenie socjo-techniczne, bo na większość ludzi materialne bogactwo robi jednak wielkie wrażenie i wzbudza, jeśli nie szacunek, to respekt (chodzi tu także o wzmocnienie autorytetu i demonstrację władzy). Tym sposobem obdarza się respektem i podziwem same obiekty kultu (świątynie, relikwie, posągi świętych, a nawet samych kapłanów…), ustala pewną hierarchiczną zależność. Jednym słowem: wzmacnia kult i samą religię.

          Oczywiście, chodzi tu także o estetyczne wzmocnienie wrażeń… nie tylko duchowych, ale i zmysłowych ;)

    • Logos Amicus Says:

      To jest fascynujące jak człowiek za pomocą własnego umysłu może wpływać na swoje ciało, w tym na swój mózg, który okazuje się organem bardzo plastycznym.
      mnisi buddyjscy, za pomocą zwykłej medytacji np. potrafią obniżyć swój metabolizm o ponad 60 %, zwiększyć ciepłotę ciała w bardzo zimnym środowisku, uaktywnić poszczególne miejsca mózgu…
      No i jak tu uwierzyć w to, że tak cudowną istotę stworzyła jedynie ślepa natura i przypadek? ;)

  6. betty-blue Says:

    A jakżeż niesamowitym jest fakt, że z małej niewidocznej kuleczki, podlegającej podziałom, wyrasta tak skomplikowana materia i niestety nie do końca „poznana” jak CZŁOWIEK!
    matka, a zarazem kobieta-człowiek, wiecznie zdziwiona tym faktem:)

    * pozdrawiam i dziękuję za ucztę dla oka i ducha, Logosie nigdy nie uda się przekazać w pełni tego, co przeżywamy, dlatego Twoje fotografie są wzmocnieniem , by pojąć istotę rzeczy. I to jest cudowne, że każdy ujrzy „swój raj”:)
    pozdrawiam
    betty-blue

  7. Laudate44 Says:

    Logosie, przeczytałem tylko fragment… jestem oczarowany subtelnym językiem i zdjęciami. Wrócę jutro na spokojną lekturę.
    PS. Przedwczoraj przeczytałem wpis o Kieślowskim – znakomity! Sam bym chciał tak o nim pisać :)
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Dzięki Laudate za te słowa. :)

      Tak, wiem, moje teksty są długie (jak na blogowe wpisy) ale ja np. nie kieruję się objętością tekstu (czy też książki) zabierając się za jego (jej) lekturę – jeśli interesuje mnie jakiś temat, czy cenię sobie czyjeś pisanie.
      Niechętnie traktuję powierzchowne „skakanie” po blogach – short attention span zrozumieć mogę u dzieci, ale nie u dorosłego czytelnika ;)
      Sam zawsze staram się uważnie czytać wpisy moich blogowych przyjaciół i znajomych.

      Tak więc zdaję sobie sprawę z tego, że obszerność (a i tematyka) moich wpisów może odstraszyć wielu potencjalnych czytelników, ale właściwie to nie zależy mi na żadnym pośpiechu czy jakimś „masowym” – ale powierzchownym – odzewie :)
      Nawet jeśli mój tekst przeczyta z uwagą jedna osoba, która przy tym uzna go za coś (dla niej) wartościowego, to już tylko to może być dla mnie powodem do satysfakcji.

      PS. Mam nadzieję, że wrócisz tu na tę zapowiadaną „spokojną lekturę” i być może będziesz miał nam coś do powiedzenia na temat tego, co przeczytałeś? :)

      Pozdrawiam

      • Laudate44 Says:

        Drogi Logosie, wczoraj nie dlatego uciekłem, że objętość wpisu mnie przeraziła. (Pisałem swój tekst o Sykstusie i byłem zmęczony). Wręcz przeciwnie: kiedy biorę się za lekturę książki, zwracam uwagę czy jest dostatecznie gruba, aby przyjemności czytania było więcej :) a i tak po zamknięciu ostatniej strony pojawia się żal, że to już koniec…
        Anyway:
        Dużo czytałem o buddyzmie, próbowałem praktykować, ale zabrakło wytrwałości. Zainspirował mnie mój przyjaciel Michał Fostowicz, niezwykły człowiek, praktykujący buddysta, znawca wielu religii, tłumacz poematu DROGA Lao-Tsy a ostatnio autor książki o Wiliamie Blake’u. Niestety Michał zmarł w ub. roku.
        Wspominam o tym, aby dać sygnał, że tematyka nie jest mi obca, mam nawet tutaj książki nauczycieli Buddyzmu mieszkających w USA – nigdy jednak nie byłem w Azji, pozostaję teoretykiem. Lecz tak jak wdzięczny jestem losowi, że potrafię doceniać architekturę i sztukę oraz że ludzkość była w stanie takie skarby stworzyć – tak po wielekroć bardziej wdzięczny jestem, że zetknąłem się z Buddyzmem. Czuję że nawet bez tej powierzchownej znajomości jego założeń, moje życie byłoby uboższe. Sorry za ten patetyczny ton.

        Urzekł mnie Twój sposób opowiadania – w relację podróżniczą i opis własnych stanów ducha wplotłeś (niezbędne chyba) uwagi o istocie praktykowania buddyzmu. Po komentarzach widzę, że ciągle jest to sfera, do której wielu skądinąd inteligentnych i otwartych ludzi podchodzi z rezerwą.
        Na mnie Twój opis podziałał odświeżająco. Pozostaje mi pogratulować Ci doznań oraz podziękować za tekst i cudowne zdjęcia.

        • Logos Amicus Says:

          Dziękuję za ten ciekawy – a i bez wątpienia przyjazny – komentarz :)

          Czytam trochę o buddyzmie – i to od dłuższego już czasu – ale stale mam świadomość tego, że moja wiedza o tej religii (systemie, filozofii) jest ciągle niewystarczająca, bym mógł kompetentnie (swobodnie) o buddyzmie pisać i rozprawiać.
          Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że ustali się mój stosunek do buddyzmu i relacja z nim na poziomie wyższym, niż zwykle spotykana stereotypowość i powszechny dyletantyzm ;)

  8. Torlin Says:

    Tyle rzeczy chciałbym zobaczyć, w tym i Tybet. Niestety. Może jak będę za 2 lata w Nepalu, to poczuję jakąś cząstkę.

    • Logos Amicus Says:

      Nepal blisko Tybetu, a w Kathmandu sporo Tybetańczyków.
      Swoją drogą Kathmandu to fascynujące miasto.

      PS. Kto wie, może rzeczywiście spotkamy się w tym Nepalu? ;)

      • Laudate44 Says:

        Za dwa lata mówicie? To może i ja się wybiorę, nigdy nie bylem tak daleko, poza tym wstyd bedzie umierać nie widząc wcześniej Himalajów :)

        • Torlin Says:

          Powiem Ci, że bałem się napisać w tej sprawie do Logosa. U mnie w blogu padła wprawdzie tego rodzaju propozycja, ale nie chciałem się zachowywać jak dziewczyna, której chłopak obiecał małżeństwo w zamian za… „No i co? Ożenisz się teraz ze mną?” ;)
          Po prostu, jak się z Logosem nie umówię, to nie pojadę, bo nie będę miał z kim przejść tej trasy. A z kolei nie chcę stawiać go pod ścianą bez wyjścia, bez możliwości ucieczki przede mną. I w ten sposób do tego momentu nic nie napisałem.

  9. Logos Amicus Says:

    „…bałem się napisać w tej sprawie do Logosa”

    To taki jestem straszny? :)
    Albo Ty taki strachliwy?

    No i przyznam się Torlinie, że nigdy bym nie skojarzył Cię z żadną dziewczyną ;)

    A nasz Napal pozostaje oczywiście aktualny. Pojedziemy, wokół Anapurny pochodzimy… jeśli tylko zdrowie (i ekonomia) pozwoli.
    A dla Laudate – dla zachęty – zdjęcie, które zrobiłem podczas lotu nad Himalajami kilka lat temu (szkoda tylko, że takie małe mogę tu wkleić):

    http://logospictura.files.wordpress.com/2009/11/panoramy-8.jpg?w=780

    Pozdrawiam

  10. Torlin Says:

    Wielkie dzięki. Już odkładam pieniądze na samolot.

  11. Kasia Says:

    Swiat odmienny, tajemniczy ze swoja tragiczna historia.Warto sie zatrzymac przy tych fotografiach i troche porozmyslac o wartosciach, tym co wazne i tym jacy potrafimy byc dla siebie i dla innych ludzi, takze o naszym duchowym wnetrzu – czy jest w nas harmonia, a przede wszystkim dobroc dla innych.

  12. bkm Says:

    Dawno nie odwiedzałam tych fantastycznych miejsc, przyczyny różne, ale wracam do życia intelektualnego w sieci. Zdjęcia pokazują miejsca, których zupełnie nie znam. I ten kontakt ze światem bogów, który w Europie wymyka nam się niepostrzeżenie.
    Pozdrawiam Noworocznie

  13. Sigil of Scream Says:

    W Samje znajdował się Ug Khang (Dom Oddechów), gdzie zbierały się oddechy ludzi zmarłych. Była to także siedziba Sendongmo (żeńskich demonów o lwich głowach). Z tego powodu o samym klasztorze krążyło wiele niesamowitych opowieści. Zastanawia mnie, czy ta tradycja zachowała się nadal, czy wiesz coś o tym?


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s