ZAPISKI TYBETAŃSKIE (lot nad Dachem Świata, droga przez Dolinę Jarlung, miasto Tsetang, jaka jest prawda?)

Szukając klucza do mistycznej krainy – na dziedzińcu buddyjskiego klasztoru w Tybecie

*

1.

Kraina Śniegów

Lot z Xi’an, do Lhasy. Pod nami, jak okiem sięgnąć, bezkresne łańcuchy gór – brązowo-sino-niebieskie doliny z wyrżniętymi na zboczach żlebami, przypominającymi, z wyschniętymi koryta rzek i strumieni. Górskie szczyty pokryte białym puchem. Właśnie spadł świeży śnieg. Po jakimś czasie pojawiają się – otulające cały ten groźny splendor – mgły i chmury, ponad którymi, niczym srebrno-szare wyspy, wynurzają się ostre szczyty Trans-Himalajów. Gdzieniegdzie widać długie, pomarszczone jęzory lodowców. W pewnym momencie, ktoś siedzący po lewej stronie samolotu, wskazuje ręką za okno. Od Himalajów dzieli nas kilkaset kilometrów, ale na horyzoncie można dostrzec majaczące pasmo najwyższych gór świata.

Odnoszę wrażenie, że lecimy nad jakimś geologicznym monstrum: niewiarygodna górska pustynia – niedostępne, dzikie, surowe, kamienne, lodowato-zimne pustkowie… Tym większe zdumienie, kiedy – gdzieniegdzie, na dnie którejś z wielu dolin – ukazują się regularne, geometryczne kształty, wskazujące na ludzką obecność. Tybetańskie osady.
Patrząc na to wszystko z łatwością uzmysłowić sobie można przyczynę, dla której Tybet – ten Dach Świata – zawsze był jedną z najtrudniej dostępnych krain na naszej planecie. A przez to jedną z najbardziej tajemniczych i obrosłą mitami. Rozpalającą wyobraźnię, intrygującą i kuszącą. Odkąd sięgam pamięcią, właśnie taką krainą Tybet był dla mnie. Trudno więc dziwić się tej wzbierającej radości jaką odczuwałem na myśl, że już niedługo dotknę jej własną ręką.

Od końca lotu dzieli nas jeszcze dobrych kilkadziesiąt minut, kiedy górskie szczyty się rozstępują, robiąc miejsce rozległej dolinie rzeki Yarlung Tsangpo, (bardziej chyba znanej ze swojej sanskryckiej nazwy Brahmaputra). Zbitki zabudowań stają się coraz większe, a rzeka rozwidla się, tworząc niezwykły deseń  wijących się, zjadliwie szmaragdowych rozlewisk, kontrastujących z szaro-żółtą jasnością piaszczystych wydm.
Lądujemy. Uderza mnie łatwość z jaką można tu teraz dotrzeć. Stała się ona wg mnie wręcz nieprzyzwoita. Iw pewien sposób jest to dla mnie deprymujące, bo wolałbym poświęcić na drogę do Lhasy nie kilka godzin, a kilka miesięcy – niczym dawni eksploratorzy i poszukiwacze przygód, którzy ryzykując życiem, przybywali tu po pełnej znoju i niebezpieczeństw długotrwałej podróży. Lecz, po pierwsze – zawodu zmieniać nie zamierzam, a po drugie – mamy już XXI wiek, zdecydowanie mniej czasu i chińskie lotniska do dyspozycji… Na szczęście – a może jednak… niestety?

Lecąc nad Dachem Świata – zbliżając się do Lhasy. W dolinie – wijące się rozlewiska Brahmaputry.

*

2.

Na lotnisku w Lhasie

Lotnisko oddalone jest o dobrą godzinę jazdy od Lhasy. Rozmawiamy przez telefon z Pemą, który będzie w Tybecie naszym tłumaczem i przewodnikiem. Jest już w drodze, ale niestety utknął przed tunelem, w którym zdarzył się wypadek, więc zatrzymano cały ruch. Na razie nie wiadomo na jak długo.
Lotnisko jest małe, ale widać, że nowe, wybudowane niedawno przez Chińczyków. W środku wielkiej hali kręci się karuzela z walizkami. Czekają przy niej na swoje torby i tobołki tybetańskie kobiety, odziane w kolorowe etniczne stroje. Na głowach mają purpurowe chustki, w ręku różańce, u jednej z nich dostrzegam nawet srebrny modlitewny młynek. Jej sąsiadka rozmawia przez telefon komórkowy, gdy tymczasem uwieszone u jej boku, umorusane dziecko, tarmosi ją za spódnicę. Pierwsze moje spotkanie z żywymi, prawdziwymi Tybetańczykami.

Na Pemę czekamy blisko godzinę, ale wreszcie zjawia się, bardzo przepraszając za spóźnienie. Lecz przecież nikt go za nic nie obwinia, wprost przeciwnie – cieszymy się, że wreszcie możemy opuścić lotnisko, bo – prawdę mówiąc – chińskich lotnisk mamy już serdecznie dosyć.

Nie jedziemy do Lhasy, tylko  w przeciwną stronę, w dół Brahmaputry (Tsangpo) – w kierunku miasta Tsetang, które ma być naszym punktem wypadowym do położonego w jego pobliżu, najstarszego klasztoru tybetańskiego Samje. Okolice Tsetang, a konkretnie Dolina Jarlung uznawane są za Kolebkę Tybetu – to właśnie w pieczarze jednej z gór nieopodal Tsetang doszło do spłodzenia pierwszych Tybetańczyków, a dokonała tego Czerwona Małpa, (będąca inkarnacją bodhisattwy Czenreziga, strażnika i opiekuna Tybetu) wraz z Olbrzymką Kanibalką, (która z kolei była wcieleniem żeńskiej bothisattwy Dolmy, uosobienia Macierzyńskiej Miłości i Współczucia). To oczywiście wersja mityczna, natomiast według uczonych historyków, Dolina Jarlung była obszarem gdzie już dwa tysiące lat temu zaczęło prosperować królestwo, z którego następnie rozwinęło się państwo i kultura dzisiejszego Tybetu. Kilka kilometrów od Tsetang znajduje się słynny – położony na szczycie skalistej góry niczym orle gniazdo – zamek Jumbu Lhakang. Wedle tradycji był on siedzibą aż 33 królów Jarlungu, w tym ostatniego, wielkiego Songtsena Gampo, który w VII wieku zjednoczył Tybet, uczynił buddyzm religią państwową i przeniósł stolicę królestwa do Lhasy (czyli „Miasta Bogów”), gdzie wybudował Potalę – zamek, który przez następne tysiąc trzysta lat był siedzibą wszystkich władców Tybetu.

Pema przedstawia się nam bliżej. Ma dwadzieścia kilka lat, urodził się w jednym z górskich plemion nomadów, mówi doskonale po angielsku… Momentalnie ujmuje mnie swoim spokojem, brakiem pretensjonalności, bezpośredniością, szczerością i młodzieńczą świeżością. Z uwagą, może nawet z pewnym zafascynowaniem, wpatruję się w jego twarz, kiedy mówi: błyszczące, lekko wilgotne oczy, wyraźnie zarysowane usta… Jest w nim, hm… coś kobiecego (a spostrzeżenie to znajdzie wkrótce swoje dopełnienie ;) )

Kiedy Pema przestaje mówić, z wielką ciekawością obserwuję każdy szczegół przesuwającego się za samochodowymi oknami krajobrazu. To niemalże tybetańska „klasyka”: nagie zbocza gór z pojawiającymi się tu i ówdzie czortenami, szczyty pokryte śniegiem, trapezowate domy z ozdobnymi drzwiami, kadzidlanym kominkiem na szczycie i powiewającymi na wietrze modlitewnymi chorągiewkami. Zatrzymujemy się przed jednym z domów, wchodzimy do środka, gdzie częstują nas tradycyjną tybetańską herbatą z dodatkiem masła z jaka i soli. Cóż, przebywając dłużej w Tybecie, wypadało by się do niej przyzwyczaić (podobnie zresztą jak do jęczmiennego piwa). Tymczasem jednak nadrabiamy miną, przełykając gorący, tłusty i słonawy płyn o dziwnym, nieznanym nam zupełnie, smaku.

Podjeżdżamy pod nasz hotel. Podobno jeden z lepszych w mieście. Rzeczywiście – na pierwszy rzut oka, sprawia wrażenie lokum o dość nowoczesnym standardzie. Ale przecież nie przyjechaliśmy do Tybetu dla wygód, ani tym bardziej dla tandetnie zainscenizowanego powitania z pracownikami hotelu przywdzianymi w skóry z jaka i z dziwacznym porożem na głowie – jakie zaserwowano nam, kiedy wychodziliśmy z samochodu. Dyskretnie więc przemknąłem się bocznym wejściem do hotelowego lobby, gdzie zastałem rozpływającą się w grzecznościach młodą obsługę. Cóż, musiałem znosić te obustronne chyba jednak (i na szczęście niezbyt dotkliwe) upokorzenia, traktując je jak haracz płacony na rzecz stereotypu, jakim raczą nas chińscy organizatorzy tybetańskiej turystyki, dla których każdy przybywający do Tybetu podróżny musi być kimś w rodzaju infantylnego, powierzchownego i przyzwyczajonego do wygód oraz disneyowskiej estetyki, Amerykanina, czy równie barbarzyńskiego Europejczyka.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Nową wystawę zdjęć ukazującą Tsetang obejrzeć można TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy , ludzie Tybetu oraz Tybet w obrazach.

.

Komentarze 22 to “ZAPISKI TYBETAŃSKIE (lot nad Dachem Świata, droga przez Dolinę Jarlung, miasto Tsetang, jaka jest prawda?)”

  1. czara Says:

    Przeczytałam z dużym zainteresowaniem, a te panie pracujące przy budowie drogi wyglądają naprawdę szalenie sympatycznie i dziewczęco. Czekam z niecierpliwością na inne wpisy o Tybecie, bo rzeczywiście czuje się, jakbym sama spacerowała po tych uliczkach błotnego miasta i czuję się bliżej ludzi, niż turystycznych przewodników…
    Co do składania pełnego obrazu z całości elementów układanki – to oczywiście masz rację, chociaż można to napisać o jakimkolwiek miejscu, do którego się udaje.

    • Logos Amicus Says:

      Wpisy o Tybecie są, ale kiedy się ukażą, to nie wiem.
      Dziękuję za zainteresowanie :)

      „…czuje się, jakbym sama spacerowała po tych uliczkach błotnego miasta”

      Oj, Czaro, coś mi się wydaje, że nie widziałaś jednak moich zdjęć z Tsetang ;)

      „Co do składania pełnego obrazu z całości elementów układanki – to oczywiście masz rację, chociaż można to napisać o jakimkolwiek miejscu, do którego się udaje.”

      Niby to oczywistość, a jednak wydajemy takie sądy i opinie o danym kraju, jakbyśmy cięgle o tym zapominali. Nie uważasz?

      • czara Says:

        Rzeczywiście, dopiero teraz zauważyłam linka. No może bardziej wybrukowane, ale gdzieniegdzie błotko widać ;)

        O tej „oczywistości” to zapominamy oceniając cokolwiek. Zwłaszcza, że w wielu przypadkach, wcale nie znamy tych wszystkich puzzli, co wielu z nas nie przeszkadza wyrabiać sobie opinii i głosić ich wszem i wobec, ze stuprocentową pewnością.

        Proponuję, żeby wpisy ukazały się wkrótce, trzeba kuć żelazo póki gorące ;)

  2. Torlin Says:

    „Czy więc, poszukując ogólnej prawdy o Tybecie, należy jej szukać gdzieś pośrodku? Bynajmniej. Moim zdaniem, dopiero ułożenie mozaiki z WSZYSTKICH tych elementów oddałoby sprawiedliwość temu, czym Tybet jest w rzeczywistości”.

    Właściwie o każdym kraju mógłbyś tak powiedzieć, jest zawsze część laurkowo – fotogeniczna, i część brudna i niewygodna. Ale czy zawsze musimy docierać do prawdy o każdym państwie, który zwiedzamy? Czy to jest konieczne? Czy zwiedzając Paryż musimy przejść do XIII Dzielnicy?
    Według mnie możemy, ale nie musimy.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, oczywiście, że nie musimy:

      – docierać do prawdy o każdym państwie
      – przejść do XIII Dzielnicy w Paryżu
      – czytać, interesować się światem, oglądać filmy, słuchać muzyki, przyjaźnić się z ludźmi, pisać bloga, robić zdjęcia… etc.
      – gdziekolwiek wyjeżdżać

      Ale jeśli już zdecydujemy się na wyjazd, to mamy (m.in.) do wyboru:

      – siedzieć w jednym resorcie, opalać się, jeść i pić oraz wybierać kartki z widoczkami, którymi chcielibyśmy pochwalić się przed rodziną i znajomymi
      – albo zwiedzać kraj, zaspokoić swoją ciekawość tym krajem, starać się dotrzeć do innych (niż te folderowe) miejsc, poznawać nowych ludzi, zdobyć o tym kraju w miarę gruntowną i sensowną wiedzę…

      PS. Tak się też teraz zastanawiam, czy my właściwie musimy także pić wodę i jeść ;)

      • Torlin Says:

        Nie łap mnie za słowa Logosie. Turystyka kulturowa jest mi bardzo bliska, i poświęciłem jej nie tylko wiele czasu w swoich peregrynacjach, ale też poświęciłem swoje własne notki. Uważam ją za bardzo ważną, więc proszę Cię daruj sobie demagogię o koktajlach przy basenie. Mylisz – moim zdaniem – dwie rzeczy: poznawanie krainy i ludzi jako typowa turystyka kulturowa, oraz poznawanie prawdy o danym kraju. To są dwie różne, niezależne od siebie rzeczy.
        Zupełnie czymś innym jest samodzielna podróż po dużym mieście czy prowincji, wynajdowanie nieznanych zabytków, biesiadowanie z mieszkańcami w ich lokalach, uczestniczenie w lokalnych świętach, a zupełnie czymś innym jest wybieranie się w tereny
        aturystyczne, często niebezpieczne i wymagające dużego doświadczenia. Nie wszyscy są na to gotowi.

        • Logos Amicus Says:

          Nie łapię Cię za słowa, Torlinie, tylko reaguję na to co napisałeś.
          Skoro np. – jak piszesz – „turystyka kulturowa” jest Ci „bardzo bliska”, to nie wiem dlaczego piszesz, że wcale „nie musimy docierać do prawdy o danym kraju”. Jak więc chciałbyś poznać kulturę danego kraju, nie dociekając prawdy o nim?
          Dla mnie „poznawanie krainy i ludzi” jest jednak tym samym co „poznawanie prawdy o danym kraju”.

          Bo co to jest ta Twoja „typowa turystyka kulturowa”? Grupowe objeżdżanie utartych turystycznych szlaków, na których – jak pisze Kartka – „ogłusza się i tumani” ludzi gotowymi a powierzchownymi frazesami, oklepanymi faktami oraz „estetyką turystycznych zon”, które są niczym innym jak „turystycznymi skansenami”, gdzie panuje iluzja i którym „daleko do prawdziwego życia”?

          Ja nie piszę o tzw. „turystyce ekstremalnej”, gdzie wybiera się miejsca szczególnie niebiezpiecznew pogoni za adrenaliną. Ja mówię o zwykłym, autentycznym zaintersowaniu zwiedzanym krajem i szukaniu prawdy o nim – o jego kulturze i o żyjących w nich ludziach (co jest dla mnie tym samym co zdobywanie wiedzy o danym kraju).

        • Torlin Says:

          A jak chcesz poznać prawdę o innym kraju? Po drugie – nie mówiłem o objeżdżaniu wytartych szlaków, tylko o samodzielnym zwiedzaniu. Trochę inaczej to wygląda w Europie, trochę inaczej poza. Dam Ci przykład mojej Tunezji, samodzielnie robiliśmy wyprawy do Tunisu, Kartaginy, El Dżem, Monastiru czy Sus, jeździliśmy pociągami, autobusami, taksówkami, jedliśmy w restauracyjkach, ale tylko wzdłuż wybrzeża. I to jest dla mnie turystyka kulturowa.
          Ale do interioru nie pojechaliśmy, wszyscy Tunezyjczycy nam to odradzali, uważali to za bardzo niebezpieczne. Byłem na Saharze, ale w zorganizowanej grupie. Czy mógłbym sam poznać prawdę o tym państwie siedząc tylko na wybrzeżu? Nie. Ale czy warto ryzykować tylko po to, aby ją poznać? Śmiem wątpić.

        • Logos Amicus Says:

          El Dżem… jaka piękna nazwa :)

        • Torlin Says:

          Koloseum większe niż Koloseum rzymskie – mój własny filmik

  3. Kartka z podróży Says:

    Bardzo prawdziwy opis Logosie – to się po prostu czuje. Zresztą zdjęcia z nim korespondują.
    I bardzo ciekawy opis, właśnie przez swoją nietypowość. Niestety jesteśmy nieco głuszeni, tumanieni estetyką zon turystycznych czy jak piszesz stylistyką National Geographic. No a te skanseny turystyczne to przecież tylko iluzja. Daleko im do prawdziwego życia.
    Czytałem i przeżywałem, bo ja podobnie podróż odczuwam. Też czuję dreszcz emocji i szkoda mi dnia na hotel czy schronisko. Też się najczęściej plączę bez planu po nowych miejscach. Lęk we mnie znika, odzywają się emocje odkrywcy i czasem trafiam w dziwaczne zakątki. No ale prawdziwe, bo przecież o prawdę idzie. O realny obraz życia. O to by jak najwięcej poczuć, zobaczyć, zapamiętać… .
    Fajnie napisałeś relację. Podobnie jak Czara włóczyłem się po tym mieście z Tobą i rozmawiałem nic nie rozumiejąc z Tybetankami budującymi drogę. To najbardziej lubię w podróżach!
    Pozdrawiam
    Ps. Też mnie żenują powitania hotelarzy ubranych w jakieś dziwaczne stroje.

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się, że Ci potrafiłem przybliżyć nieco miejsce, w którym byłem.
      Zależy mi na przekazaniu moich własnych wrażeń z pobytu tym kraju, a nie powielaniu przewodnikowych informacji.

      Lecz muszę zaznaczyć, że ja nie pogardzam tzw. „masowym turystą”, bo turystka masowa rządzi się swoimi prawami i jest na swój sposób – siłą rzeczy – ograniczona (głównie czasem i kosztami). Tyle tylko, że ubolewam nieco nad jej powierzchownością, stereotypowością i częstą bezmyślnością. Dla większości ludzi bowiem turystyka jest niczym innym jak pewnym rodzajem konsumpcji – bardziej rozrywką niż zdobywaniem wiedzy o świecie.
      Kiedy sam zajmowałem się pilotażem grup, to robiłem wszystko, aby jak najwięcej przekazać ludziom wiedzy – w sposób jednak nie natrętny, nie nudny, nie sztampowy… Moje wycieczki składały się więc nie tylko z imprez i balangi ;) Jak się ktoś znalazł w mojej grupie z tzw. „klasy próżniaczej”, to wcale lekkpo nie miał ;)
      Zresztą będę chciał kiedyś o tym napisać.

      PS. Nie mam nic przeciwko powitaniom w hotelach, ale wolę jednak powitania bardziej powściągliwe – wyrażające grzeczność, gościnę a nie uniżoność (która i tak najczęściej jest udawana). W Tsetang miało to natomiast formę jakiegoś tandetnego przedstawienia, w którym zupełnie nie miałem ochoty brać udziału – i podejrzewam, że takiej ochoty nie mieli tazkże ci, którzy tę komedię odgrywali.
      Ale naprawdę, obsługę tego hotelu wspomniam bardzo dobrze – jako bardzo uczynnych, uprzejmych i przyjaznych ludzi.
      Poniżej dziewczyny – pokojówki z Tsetang, (które – muszę to zazanczyć – same poprosiły o to, aby im zrobić zdjęcie ;) ):

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/06/tybet-dziewczyny-pokojc3b3wki-z-hotelu-w-tsetang.jpg
      Dziewczyny – pokojówki z hotelu w Tsetang

  4. Kartka z podróży Says:

    Logosie, jest książka na temat masowej turystyki, którą mam ochotę kupić. Recenzje niezłe a intuicja mi mówi, że może być ciekawa. Gdy przeczytam to na pewno coś na jej temat napiszę.
    http://www.czarne.com.pl/?a=1516
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Słyszałem o tej książce, czytałem jej recenzje… Sam miałbym wiele do powiedzenia na temat masowej turystyki, choćby z tego względu, że w latach 90-tych przez jakiś czas pracowałem w tzw. „przemyśle turystycznym”.
      I nawet teraz, kiedy wyjeżdżam – już w zasadzie tylko prywatnie i indywidualnie – zbieram doświadczenia, które nie wystawiają raczej turystyce masowej dobrego świadectwa.

      Przy czym, chciałbym przestrzec przed tym, byśmy jednak nie wylewali dziecka z kąpielą i nie piętnowali automatycznie tych, których naprawdę ciekawi świat, którzy chcą wyjeżdżać i podróżować, aby poznawać inne, obce, często nawet egzotyczne kraje – wraz z ich kulturami, przyrodą i zamieszkującymi ich ludźmi.
      Oprócz obnażania tych bardziej wstydliwych i mniej radosnych stron masowej turystyki, warto jest jednak przy tym szerzyć pewną kulturę zwiedzania – tak, aby podróżowanie stało się mniej powierzchowne a bardziej świadome, by przynosiło także korzyści odwiedzanym krajom, a nie same szkody.

  5. caddicus Says:

    Przyjemnie jest popatrzeć na kadry z tak magicznych miejsc.
    Pozdrawiam Logosie

  6. Jula Says:

    Tak , dzięki Logosowi , jego wrażliwości , jego zdjęciom – sami tam też jesteśmy . :)

    Ps.
    Tak odnośnie Twoich zdjęciom ludzi, czy wiesz ,że jakieś plemię uznało, że zdjęcia zabierają ludziom dusze !!! …

  7. Jula Says:

    My tu nadal podziwiamy Twoje zdjęcia i wrażenia z Chin i Tybetu.,gdy Ty tymczasem siedzisz już w nowej przygodzie !… Nie spadnij z tych gigantów!… ;) :D

  8. liritio Says:

    „znaleźliśmy się bliżej siebie, zaczynaliśmy czasem rozmowę, nie rozumiejąc jednak ani jednego z wypowaidanych do siebie słów” :) zdanie pełne uroku dalekich podróży, niby ten sam świat, a inny… i z drugiej strony mam wrażenie, że ludzie niby inni, ale tak naprawdę tacy sami, tylko w zupełnie innej rzeczywistości, tak trochę przydługo skomentowałabym obrazek nasuwający mi się po przeczytaniu tego jednego zdania;
    (skoro po jednym zdaniu tyle słów, strach pomyśleć o wszystkim, co mam do powiedzenia po całości tekstu :)

    Twoje Zapiski Tybetańskie pokazują mi kraj, o którym wiem niewiele i którym nigdy nie interesowałam się mocniej. Interesujące są rozważania na temat Tybetu, mozaiki dobrego i złego, jak rozgryźć kraj do niedawna tak odseparowany od świata, jak sam napisałeś, niedostępny. Mały, tajemniczy, nie jestem pewna czy urzekający atmosferą. Aktualnie wgniatany w ziemię.
    Chociaż obrazki z Tsetang zabawnie przypominają mi białoruskie miejscowości, zresztą niektóre polskie również, tylko w wersji azjatyckiej, świat jest jednak mały. (Tak, jednocześnie jest wielki, wiem, że to nielogiczne, ale trudno.)

    Mam wrażenie, że podróżowania nie można zamknąć w jedynym słusznym tarzaniu się wśród tubylców, podobnie jak nie można uznać siedzenia na plaży przed hotelem za podróżowanie, już prędzej za wizytę w spa. Ale to wszystko zależy od sposobu w jaki postrzega się otoczenie, jedni wejdą do rozpadającego się hotelu w Ciechocinku i dostrzegą tam coś interesującego, znamiennego, specyficznego… Inni jadą autokarem przez najstarsze dzielnice Kairu i wypatrują MacDonalda, bywa różnie.
    A wystarczy wyjść na ulicę, popatrzeć, spotkać ludzi i już, poznajemy świat :)

  9. Logos Amicus Says:

    Caddicus,
    ciesze sie, ze tu zagladasz i ze sprawia Ci to przyjemnosc ;)

    Jula,
    do gigantow mam coraz blizej ;)
    Ostatnie kilka dni spedzilem w Big Sur (gdzie przez 17 lat mieszkal Henry Miller) a teraz pisze z Berkeley w Kalifornii (gdzie przez wiekszosc swojego zycia mieszkal – pisał i wykladal Czeslaw Milosz) ;)

    liritio,
    to jest ten paradoks – ze wszedzie gdzie pojedziemy (nawet w najbardziej egzotyczne zakatki swiata) spotykani ludzie sa inni a jednak tacy sami.
    Ale do konca nie wiem, czy bardziej dla nas pociagajace sa te roznice, czy podobienstwa ;)

    Pozdrawiam wszystkich


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: