TYBET – MIĘDZY WSPÓŁCZUCIEM A NICOŚCIĄ

Pielgrzym przy modlitewnych młynkach w klasztorze Samye

*

„Moi wrogowie będą niczym, moi przyjaciele będą niczym i ja będę niczym, tak jak wszystko stanie się niczym” – mówi duchowy przywódca Tybetańczyków w filmie Martina Scorsese Kundun, opartym na autobiografii Dalajlamy, zwanego Lamą Litościwym i Współczującym.

Czy jednak „nic” to to samo co „nicość”? A „nicość” to to samo co „pustka”?
I czy można to wszystko wiązać z nihilizmem?
Przypomnijmy sobie pojęcie horror vacui – „lęk” natury przed próżnią, która to „niekompatybilność” była dla człowieka Zachodu czymś tak oczywistym, że trudno mu było sobie wyobrazić coś takiego, jak istnienie próżni (z czym musiał się zmagać choćby jej „odkrywca” Pascal, sam przesiąknięty judeo-chrześcijaństwem, jak przystało na nieodrodne dziecko ówczesnej europejskiej umysłowości i jej ograniczeń).
Już same te kwestie mogą nam uświadomić sobie, jak trudno jest człowiekowi Zachodu zrozumieć istotę buddyzmu, a szerzej – psychikę, światopogląd i filozofię Dalekiego Wschodu. Bo nie jest to tylko kwestia słów i języka. Bardziej mentalności, z której te słowa i język wyrosły (choć słowa i język także mentalność kreują).

buddyjski mnich rozprasza mrok

Czesław Miłosz wyraził kiedyś opinię o buddyzmie, która i mnie jest bardzo bliska:  „Buddyzm jest dobroczynny, przynosząc sakralność wielu ludziom niezdolnym pogodzić się ze sprzecznościami religii biblijnych, czyli z Bogiem osobowym. Buddyzm, ani teistyczny, ani ateistyczny, po prostu nie wypowiada się o początku świata i pierwszej przyczynie, a tym samym nie musi zmagać się z pytaniem, w jaki sposób Stwórca może równocześnie być dobry i zły”.
Ale czy można przynieść jakąkolwiek sakralność do świata, skoro z drugiej strony głosi się, iż to co my nazywamy metafizyką, tak naprawdę jest (dla oświeconego buddysty) pustką?
I czy negując zdolność przeniknięcia istoty rzeczywistości przez ludzki umysł, nie pozbawiamy się jednocześnie możliwości poznania tego, co święte? I czy rzeczywiście to, co uznamy za święte staje się naprawdę święte?

Nie tylko Nietzsche, ale i wielu innych myślących ludzi Zachodu uznało, że buddyzm jest o wiele bardziej uczciwszy w swoim umiejscowieniu człowieka w świecie, niż chrześcijaństwo, nie mamiąc go np. żadną metafizyczną Opatrznością.
Ale zarówno buddyzm jak i chrześcijaństwo z emfazą podkreślają wszechobecność cierpienia w świecie. Zarówno buddyzm, jak i chrześcijaństwo starają się wskazać człowiekowi drogę zbawienia (czy też wyzwolenia). To świadczy o tym, że w zasadzie wszystkie religie wyrastają z poczucia jakiegoś niedopasowania człowieka do świata, w którym on żyje, w którym on cierpi i lęka się – drżąc z bojaźni przed siłami, które go przerastają, i na których pastwę (łaskę lub niełaskę) jest on wydany.
A także i o tym, że wszystkie wielkie religie muszą się oprzeć na ludzkiej instytucji, co wynika choćby tylko z tego, że człowiek jest istotą społeczną.

Pod Świątynią Jokhang w Lhasie

*  *  *
Wybierając się na tak krótki czas do Tybetu nie mogłem się łudzić, że oto nagle będę mógł tam przeniknąć jakieś Wielkie Tajemnice duchowe żyjącego tam ludu, że uda mi się zdecydowanie zbliżyć do lepszego poznania i zrozumienia tybetańskiego buddyzmu, że zdołam do głębi przejrzeć i ogarnąć to, co tak naprawdę się teraz w tym kraju dzieje… Nie. Miałem pragnienia dużo skromniejsze: dotknąć własną ręką żyjących tam ludzi, spojrzeć im z bliska w oczy, poczuć zapach i smak krainy, w której od tysiącleci żyją. I jeszcze zobaczyć na własne oczy okupujących ich sąsiadów, którzy 60 lat temu wtargnęli tu niczym do swojego własnego folwarku, „pokojowo” „wyzwalając” Tybet i włączając go ponownie do „Macierzy”.

Cieszę się, że tego wszystkiego udało mi się dokonać. Co nie oznacza, że nie opuszczałem Lhasę z uczuciem wielkiego niedosytu.

Co we mnie zostało? Wystarczy, by uznać Tybet i spotkanych tam ludzi częścią mojego życiowego doświadczenia, dopełnienia wiedzy i wyobrażenia o człowieku jako istocie nie ustającej w wysiłkach zadomowienia się – duchowego i cielesnego – w świecie i w Naturze, która może być mu zarówno sojusznikiem, jak i wrogiem.

*  *  *

Patrząc na pustynny tybetański krajobraz, na te nagie, niekończące się hałdy piachu, żwiru, pokruszonych i zwietrzałych skał; na smagane wiatrem i palone słońcem rośliny i zwierzęta, na wyschnięte skalne żleby, na majaczące w oddali ośnieżone szczyty niebotycznych gór… nie wydaje się dziwne, że buddyjskie przeświadczenie o wszechobecności cierpienia wśród wszystkich żyjących istot, właśnie tu – w tej najbardziej odizolowanej od reszty świata krainie – przyjęło się w ludzkich duszach, niektóre z nich przenikając do głębi. I tęsknota za tym, aby wyrwać się z błędnego koła powtórnych narodzin – by nie żyć już więcej, by rozpłynąć się w nirwanie, w tej kosmicznej pustocie, która dla wyznawców Buddy jest najwyższym stanem świadomości, spełnieniem się absolutu, (a którą  „profani” kojarzą z pragnieniem czegoś w rodzaju nihilistycznego orgazmu).
Tak więc życie jako przekleństwo? Życie jako kara za złe postępki? Życie jako coś, z czego należy się wyzwolić, bo jest ono tożsame z cierpieniem?

Rozmodlona Tybetanka

Jak w takim razie pogodzić to wszystko z dość powszechnym na Zachodzie wyobrażeniem Tybetu jako duchowego raju na świecie, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie i w niczym niezmąconej harmonii z Naturą? Gdzie każdy każdemu jest bratem, siostrą i przyjacielem? Gdzie wreszcie szanuje się każdą żyjącą istotę i odrzuca przemoc, bo prowadzi ona donikąd, potęgując przy tym ból i cierpienie?
Otóż można to pogodzić tylko w jednym przypadku: kiedy na Tybet spojrzy się jak na krainę istniejącą tylko w sferze mitycznej. Także w naszych wyobrażeniach, które przecież nie muszą już mieć wiele wspólnego z tzw. realnością…

*  *  *
Kiedy tak patrzyłem na rozmodlonych Tybetańczyków, zastanawiałem się w jakim są oni teraz świecie. Czy kręcąc modlitewnym młynkiem rzeczywiście rozumieją słowa modlitwy, które ponoć uwalniają się wtedy i biegną w świat, by uczynić go lepszym? A może myślą o czymś zupełnie innym? Albo po prostu nie myślą o niczym i wprawiają kołowrotek w ruch bezmyślnie? A nam się wydaje, że oto właśnie zgłębiają jakąś Wielką Tajemnicę Wszechświata i Egzystencji?
Te tłumy obchodzące dookoła świątynię Jokhang. Przeważnie starzy ludzie, okutani w zgrzebne koce, pledy i płaszcze, z ogorzałymi od słońca, porytymi zmarszczkami twarzami, z wbitym przed siebie, nic nie widzącym wzrokiem… Albo inaczej – rozglądający się z ciekawością wokół siebie, rzucający okiem na stosy bardziej lub mniej tandetnych pamiątek piętrzących się na ciasno upakowanych wzdłuż drogi straganach; tudzież uciekający przed wzrokiem białego turysty, który chce przeniknąć do wnętrza ich duszy.
A wszystko to przy monotonnym skrzypieniu obracających się młynków i bazarowym gwarze

Pielgrzymi zdążający ku Lhasie

*

Na nowoczesnej, asfaltowej, doskonale utrzymanej, chińskiej drodze do Lhasy, także spotykamy grupki pielgrzymów. Najczęściej idą parami, choć nie brakuje również tych samotnych. Do Potali, byłej siedziby Dalajlamy, pozostało im już zaledwie kilka godzin drogi. A za sobą mają  kilka… dni, tygodni lub miesięcy takiej wędrówki. Niektórzy – ci z najdalszych zakątków Tybetu – są już w tej podróży od dwóch lat. Co kilka kroków klękają, kładą się na ziemi, odmierzając przebytą drogę długością własnego ciała.
Ich życie jest teraz drogą dosłownie. Mają przed sobą cel, który jest dla nich tymczasowym sensem. Idą z nadzieją, że u kresu czeka na nich coś, co jest święte, jak również coś, co może im potwierdzić obietnicę wyzwolenia.
Wyzwolenia… także od jakiegokolwiek celu i sensu.

*  *  *

Tony złota w Pałacu Potala.
Potala to byłe centrum religijne i państwowe Tybetu – miejsce skąd rządzili krajem dalajlamowie uznani za kolejne wcielenia samego Buddy i gdzie znajdują się ich groby. Przez setki lat władze religijne i świeckie były tu jednym – rozdział kościoła i państwa dokonywał się w odległych a egzotycznych krainach.

Jeden z wielkich nauczycieli-mnichów na złotym tronie – buddyjskie ołtarze lśnią od drogocennych kruszców i klejnotów

Tak więc władca, który dysponował państwowym aparatem przemocy i represji (a każdy ustrój państwowy posiadać takowy musi), jest jednocześnie duchowym przywódcą odrzucającym wojnę, gwałt i przemoc? Wyczuwamy pewną ironię, fałsz, może nawet absurd? Słyszymy jakiś zgrzyt w bajecznej krainie Shangri-La?
Uświadamiamy sobie sprzeczność, może nawet coś w rodzaju społeczno – kulturowej schizofrenii?

Prawdą jest, że przed „pokojowym wyzwoleniem Tybetu” przez Chiny, w kraju tym panował ustrój feudalny, ze ścisłym podziałem na kasty, gdzie istniało niewolnictwo, a każdy zwykły obywatel był sługą możnowładców. Tych ostatnich była garstka, ale posiadali wszystko, co w Tybecie można było posiadać. (Lecz zostawmy ten temat na później.)

Złoto! W Potali, w stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana „Dalai Lamą”, czyli „Oceanem Mądrości”). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił precz całe swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.

Jeszcze jedna analogia: pyszny, otaczający się bogactwem Kościół, którego słudzy głoszą, że „prochem jesteś i w proch się obrócisz” oraz kolejne wcielenia Buddy Litościwego spoczywające na górach ze złota, wśród mnichów głoszących ideał ubóstwa i konieczność nieprzywiązywania się do tego (doczesnego a przemijającego) świata bogactwa i glorii. Ludzka przewrotność, czy tylko niekonsekwencja?
Czyżbyśmy więc aż tak bardzo różnili się od naszych azjatyckich braci, umiejscawiając religię w społeczno-politycznym systemie,  tworząc instytucję o charakterze sakralnym, ale w praktyce i działaniu świecką?

*  *  *
Z pałacu pełnego złota nad wodę pełną głodnych ryb.
Z Pemą, który urodził się wśród jednego z nomadzkich plemion na północy Tybetu, jedziemy doliną rzeki Yargun (zwaną z hinduska Brahmaputrą). Pema chce nam pokazać miejsce, gdzie „chowa” się zmarłych. Po drodze opowiada nam o 5 sposobach radzenia sobie Tybetańczyków ze zmarłymi, a konkretnie – z ciałami zmarłych, których już nie łączy się z człowiekiem, jaki okupował ciało przed śmiercią. To rozróżnienie jest tu jednak istotne, bo zwykle łagodzi szok, jakiego może doznać ktoś, kto pochodzi z kręgu kultury, w której obowiązuje rewerencja dla zmarłych, w tym także dla ludzkich zwłok. Dla takiego człowieka funeralne praktyki tybetańskie mogą sprawiać wrażenie barbarzyńskiego bezczeszczenia zwłok.

Miejsce pochówku wodnego nad Brahmaputrą

Jednak Tybetańczyk widzi to inaczej: dla niego martwe ciało to tylko materia, którą należy zwrócić ziemi. Nie ma już w niej duszy – ta bowiem jest już w czymś co nazywa on „Między”, wędrując tam w poszukiwaniu kolejnego wcielenia. Wprawdzie dla nas zwłoki także są już martwą materią, jednak podchodzimy do nich zupełnie inaczej, nadal wiążąc je (symbolicznie) ze zmarłym człowiekiem.

Najpowszechniejszy w Tybecie jest pochówek „niebiański”, zwany także przez niektórych „powietrznym” lub „podniebnym” (w j. ang. – „sky burial„). Polega on na oddzieleniu od kości ludzkiego mięsa, pocięciu go na drobne kawałki, połamaniu i skruszeniu na miał wszystkich kości, dodaniu mąki z jęczmienia i rzuceniu tego wszystkiego na pożarcie sępom.
W pochówku „wodnym” dzieje się mniej więcej to samo, tyle że zamiast sępów żer mają ryby.
Pochówek „ziemny” podobny jest do naszego, tyle że sposób ten uważany jest przez Tybetańczyków za najmniej godny.
Na kremację mogą sobie pozwolić nieliczni (w Tybecie brakuje drewna, więc opał – wraz z obsługą krematoryjnego pieca – jest bardzo drogi); natomiast zaszczytu mumifikacji i balsamowania zwłok doznają jedynie lamowie i najbardziej znaczący mnisi.

Pema mówi, że niestety pochówku „podniebnego” nie możemy zobaczyć (chociaż zdradził nam przy okazji, że zabrał kiedyś ze sobą grupę polskich buddystów, z którymi po kilku dniach wędrówki po górach dotarł na miejsce, gdzie odbywał się „sky burial” – co było dla Polaków totalnym szokiem). Widok ten chroni się przed wzrokiem postronnych, ale Pema obiecuje, że pokaże nam miejsce, gdzie odprawiane są pochówki „wodne” i – jeśli  będziemy mieć trochę szczęścia – to możemy tam znaleźć nóż, którym kroi się zwłoki na nadrzecznych kamieniach, albo przynajmniej ślady krwi.
Lecz niestety, czy też raczej na szczęście, kiedy dotarliśmy już nad brzeg Brahmaputry, żadnych noży, ani nawet ciemnych plam po krwi na kamieniach nie było, a tylko na wietrze powiewały różnokolorowe chorągiewki, trzepocząc i szepcząc modlitwę, która przecież nie mogła być czymś barbarzyńskim. Ta modlitwa zdawała się też być skierowana ku niebu. Ku niebu, które w Tybecie wydaje się jednak zionąć wielką pustką.

*  *  *

Znicze w Tybecie palą się wiecznie – podsycane stopionym masłem z jaka

*

Zdjęcia z mojej ostatniej podróży do Tybetu obejrzeć można TUTAJ – na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego). Na początek pozwalam sobie zaprezentować tam panoramy.

*

Misterium światła i cienia w świątyni Jokhang (Lhasa)

*

Podsycanie ognia

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

Reklamy

Komentarzy 14 to “TYBET – MIĘDZY WSPÓŁCZUCIEM A NICOŚCIĄ”

  1. Jula Says:

    „Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił precz całe swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

    Ja natomiast powiem trywialnie tak. Od zawsze człowiek tworzył religię , wymyslał boga, bogów , by zmierzyć się tak z zyciem jak i ze śmiercią. Potem jak sam obrastał w jakie struktury organizacyjne , tak i w te struktury obrastał jego – człowieka, bóg.
    I tak , jak w tym laickim społeczeństwie zawsze się tworzyła i tworzy kasta tych rządzących na szczycie, tak i w religii. Lub wręcz ta religia instytucjonalna, jest przejmowana przez tę „kastę” rządzących lub jak to ma miejsce we współczesnym świecie razem sobie , na podstawie roznych umów doskonale wspołpracuja ;)..
    Paradoksem jest to, że każda religia zawsze jest tworzona dla ubogich , dla żyjących na marginesie danej struktury społecznej, wręcz dla wyalienowanych, by po pewnym czasie , na nowo została pzrejeta przez „kastę” uprzywilejowanych , by na nowo sobie podporządkować pod każdym względem , nawet i tym abstrakcyjnym (życiem pozaziemskim) znowu tych „wyalienowanych”. I to aż zakrawa o kwadraturę koła, że tak powiem , oczywiście w czasie!… ;)
    No i tworcami tych dla mnie abstrakcyjnych wizji religijnych sa zawsze mężczyzni.:(
    Tak jak te słowa – …” Bóg też chłopem jest” … w mojej ulubionej piosence Renaty Przemek.
    Pozdrawiam i jak zwykle podziwiam tak treść, bo każdy inaczej się zamysli, jak i jak zwykle cudnej urody b.interesujące zdjęcia. :D )))

    • Logos Amicus Says:

      Jula, czasem to co trywialne wydaje się oczywiste, ale jednak pozostaje trywialne – bo nie wyjaśnia jednak wszystkiego i daje uproszczony, a przez to często stereotypowy obraz rzeczywistości.
      Człowiek jest istotą społeczną. Dzięki temu tworzy pewne struktury społeczne, najczęściej zhierarchizowane i oparte na wzajemnej podległości. Wydaje się, że rywalizacja i pęd do władzy wpisana jest w ludzką naturę. Dotyczy to także religii, a zwłaszcza tej religii zinstytucjonalizowanej. Przecież hierarchia takiego kościoła Katolickiego jest bez mała podobna jak w systemie feudalnym.
      Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołamy się od tego uwolnić. Chyba jednak nie.

      A z tym złotem w Watykanie i Pałacu Potala, to też nie jest taka oczywista sprawa ;)

  2. tamaryszek Says:

    Niewyobrażalne jest to, co piszesz o pochówkach. Taki dystans do ciała? Niepojęte, trudne do przyjęcia bez emocji.
    Twarze pielgrzymów spod Jokhang – przyciągające, lecz zapisane tajemnym kodem, nieprzeniknione, bojące się rozszyfrowania.
    Zazdroszczę Ci obrazów. Dobrze, że część zmaterializowała się w fotografii, i że się nią dzielisz. Kilka ostatnich, tam gdzie mrok przeplata się ze światłem, to coś naprawdę egzotycznego.
    Czy niebo Tybetu jest puste? Kto wie? Metafora przecież jest dość pojemna.

    • Logos Amicus Says:

      Twarze Tybetańczyków przestają być „nieprzeniknione” kiedy gości na nich uśmiech. A śmiech, zwłaszcza tybetańskich kobiet, jest bardzo przyjemny, ujmujący a niekiedy i rozbrajający – ma w sobie taką dziecięcą wprost naturalność, otwartość i prostotę.
      Podobnie przyjemnie dla ucha brzmi tybetański język.

      Samo niebo jest już pewnego rodzaju metaforą. Dlatego też, ta jego pustka też staje się metaforyczna.
      Oczywiście, mówiąc o pustce w niebie, mamy na myśli bożą w nim absencję. Ale przecież Bóg, tak naprawdę, nie podał nam swojego adresu zamieszkania ;)

  3. Kartka z podróży Says:

    Przeczytałem wczoraj Logosie z dużym zainteresowanie relację z Tybetu. I bardzo mnie przejął Tybet widziany Twoimi oczami. Potem długo w nocy myślałem o tekście. Nigdy tam nie byłem a ten kraj i ludzie o których piszesz wydają mi się bliscy i zrozumiali. Sam nie wiem czemu? Pewnie też tak odbieram życie jak oni myśląc z nadzieją o „nicości” czy „pustce”. Też czasem czuję się jak pątnik, który kolejny rok zmierza krok za krokiem do „celu – pustki” padając od czasu czasu do czasu na twarz.
    Ale zrozumiałem z Twego tekstu, że oni niczego się nie boją – po prostu czekają na ową „pustkę” i te sprzeczności między zasadami a realiami życia o których wspominasz im nie przeszkadzają. O ten spokój i brak lęku przecież chyba chodzi w życiu. Bardzo mi to bliskie jest choć nie jestem buddystą. A może jestem – intuicyjnym.
    Bardzo inspirujący tekst, dzięki

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo dużo myślę ostatnio o Tybecie i ludziach, którzy ten kraj zamieszkują. Wgłębiam się w historię Tybetu, a im bardziej się wgłębiam, to jednak coraz bardziej smutno mi się robi, bo nie dostrzegam tam żadnej krainy szczęśliwości, która byłaby choć trochę podobna do (mitycznej, legendarnej i wyidealizowanej) Shangri-La, a wprost przeciwnie – widzę ludzi utrudzonych, dla których życie jest nieustannym, wielkim wysiłkiem i znojem, nie szczędząc im przy tym bólu i cierpienia.
      Czy oni się niczego nie lękają?
      Gdyby się nie lękali, to nie byliby ludźmi. Każdy, zwykły człowiek, się lęka. Tylko nieliczni zdołali się uwolnić – tak naprawdę, zupełnie i do końca – od jakiegokolwiek lęku (co w pewnym sensie jest…hm… nieludzkie, bo święte?)

      Tym co mnie w mentalności ludzi wyznających buddyzm mocno uderza (dotyczy to więc głównie umysłowości człowieka Wschodu) to ich diametralnie odmienne od naszego (nazwijmy to ogólnie – europejskiego) podejście do śmierci, a tym samym i do pustki, (którą my kojarzymy z mającym zdecydowanie negatywną konotację nihilizmem – bo przecież nicość to już NIC, zatracenie i zagłada wszystkiego, co ludzkie – a to często prowadzi uświadamiającego sobie to człowieka do egzystencjalnej rozpaczy).
      Nie tak dawno wspominaliśmy Pascala, który w swoich „Myślach” napisał kiedyś niezwykle przejmująco: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.
      Nic dziwnego, że prawie wszyscy ludzie od tych wyobrażeń i podobnych refleksji uciekają, wypierając to ze swojej świadomości.

      W wielkim uproszczeniu pisząc: przez nas, ludzi Zachodu, śmierć jest postrzegana jako wielka tragedia (i nawet chrześcijańska obietnica zmartwychwstania nie jest w stanie tego poczucia tragizmu i związanego z tym cierpienia załagodzić – co widać w naszym bezbrzeżnym bólu, jaki przeżywamy, kiedy żegnamy się na cmentarzu z kochaną przez nas osobą). Zaś tam, na Wschodzie, śmierć jest przyjmowana jako naturalna kolej rzeczy – umiera właściwie ciało, a życie, a raczej świadomość, która w nim była, trwa – toczy się dalej. I co przy tym ciekawe i intrygujące (przynajmniej dla mnie) to przeświadczenie iż odrodzić się można w innej formie, nie jest bynajmniej dla buddysty żadną pociechą (może tylko wtedy, kiedy odrodzi się w ciele człowieka „wyższej rangi”), a wręcz przeciwnie – rodzajem przekleństwa i kary, uwięzieniem w kole życia i powtórnych narodzin (Samsary), z którego chce się on uwolnić, osiągając nirwanę (czyli wracając do „pustki”, tutaj utożsamianej z wyzwoleniem się, ze spełnieniem – stopieniem się z Absolutem).
      Ale to są już filozoficzne rozważania, w których na razie nie czuję się zbyt pewnie, bo są związane z buddyzmem, którego przecież dogłębnie nie znam. Może kiedy poczuję się pewniej (a muszę przysiąść fałdów i przyjrzeć się buddyzmowi bliżej) to wrócę do tego tematu, by lepiej uporządkować to sobie w głowie.

      Buddyzm tybetański jest o tyle specyficzny, że przetrwały w nim elementy pierwotnej, animistycznej religii Bon. A tam roiło się jednak od różnych bóstw, w tym i od takich, które wzbudzały lęk i trwogę – o złych duchach nie wspominając. Do dzisiaj więc są we wioskach szamani, które te duchy przepędzają, przekupują, wkupują się w ich łaski, próbują jakoś przebłagać…

      I jeszcze jedno: będąc w Tybecie ja też bardziej utożsamiałem się, czy też raczej solidaryzowałem się z tymi prostymi, „wiernymi”, znajdującymi się najniżej w drabinie społecznej ludźmi („solą”, „rolą” i „błotem” tej ziemi), niż np. z lamami, mnichami, czy – wracając do Tybetu historycznego – feudalnymi panami. Jeden z moich najbliższych wpisów będę chciał poświęcić właśnie ludziom Tybetu i tam na pewno wspomnę o osobistym kontakcie z tymi biedakami, którzy pozostawili we mnie niezatarte – i nie pozbawione pewnej tkliwości – wrażenie.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/06/kobieta-z-samye-tybet.jpg?w=780

      Kobieta spotkana pod klasztorem Samye

      • Kartka z podróży Says:

        Właściwie celem wszelkich poszukiwań religijnych jest uwolnienie się od lęku przed śmiercią – tym cesarzem wszystkich trapiących nas leków. Dla mnie religie mają przede wszystkim znaczenie terapeutyczne czyli antylękowe. To mnie właśnie frapuje w buddyźmie, bo czuję, że oni potrafią się wyzwolić spod tego dyscyplinującego społecznie jednostkę neurotycznego ciężaru.
        Dzięki za ciekawy komentarz Logosie
        Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Tak, lęk prze śmiercią powoduje, iż wielu ludzi skłania się ku religii, znajdując w niej pociechę, otuchę, sens cierpienia i samej śmierci. Chrześcijaństwo jest tego dobrym przykładem. Ale to nie tylko to. Religia odpowiada, czy też próbuje zaspokoić także wiele innych potrzeb egzystencjalnych człowieka.
          Wprawdzie można się spierać cy człowiek ze swojej natury jest istotą homo religiosus, to jednak nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu swojej egzystencji. Wielu ludzi szuka jednak nie tylko sensu życia, ale i kieruje się ku transcendencji – chce znaleźć także sens i spełnienie (czy też pewien rodzaj wyzwolenia) poza własnym, doczesnym życiem. Religia to także próba określenia przez człowieka swoich relacji z Istotą Najwyższą, czyli Bogiem. Poza tym, w wielu kulturach związana była (i nadal jest) z porządkowaniem i ustalaniem życia społecznego, mając tym samym wielką wartość socjologiczną. Odnosiła się nie tylko do jednostki, ale i do zbiorowości (stąd np. wynikał problem rozdziału kościoła od państwa).

          Buddyzm jest też o tyle ciekawy, że nie jest religią w ścisłym znaczeniu tego słowa, co często się podkreśla. Rzeczywiście nie odnosi się (bezpośrednio przynajmniej) do Boga, nie jest dogmatyczny jak niemal wszystkie religie, ma w sobie zakodowaną pewną tolerancję i otwartość wobec różnych aspektów rzeczywistości…
          Buddyzm mnie intryguje, pewne jego elementy mnie pociągają, lecz mimo to nie mogę się także przy tym pozbyć spojrzenia krytycznego. (Ale to pewnie leży w mojej naturze: nie mógłbym bezkrytycznie przyjąć, a tym samym podporządkować się jakiejś jednej opcji widzenia świata – uznać ją za jedynie słuszną, bezdyskusyjną. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mogę pozostać człowiekiem otwartym. Wolę się przyznawać do swojej niewiedzy – bo to powoduje, że ciągle chcę coś poznawać.)

  4. Tenzin W. Says:

    Czy Tybetańczycy są tak religijni czy też może zabobonni? A co jeśli ktoś zabobonem nazwie jakikolwiek przejaw religijności? I komu to rozstrzygać gdzie kończy się religia a zaczyna zabobon?
    Większości z tych Tybetańczyków, którzy są wciąż dość mocno przywiązani do starych rytuałów Bon, można byłoby poradzić, aby traktowali je jako środki drugorzędne, na przykład by nie uznawali chorób za oznakę gniewu nagów lub innych duchów, lecz by skorzystali ze współczesnej diagnozy medycznej i leczenia, a do rytuałów odwoływali się jedynie wtedy, gdy zawiodą wszystkie inne środki.
    Wykształceni Tybetańczycy są dzisiaj sceptyczni co do logiki i skuteczności rytuałów (sceptycyzm jest jednak wciąż postrzegany przez pobożnych Tybetańczyków jako błędne nastawienie) i nie boją się do tego przyznać.
    Część młodych Tybetańczyków znajduje się na rozdrożu, nie wiedząc, czy nazwać się buddystami, czy też zostać agnostykami. Ja również czuję, że łódź buddyzmu tybetańskiego jest przeciążona rytuałami (i przesądami) i że ten niepożądany ładunek powinien znaleźć się za burtą. Uważam, że ważne jest studiowanie esencji buddyzmu, tego, czego naprawdę nauczał historyczny Budda – wówczas zaczniemy w znacznie większym stopniu doceniać buddyzm i zrozumiemy, dlaczego nie możemy pozwolić, by rytuały zastąpiły myślenie.

    • Jula Says:

      „Czy Tybetańczycy są tak religijni czy też może zabobonni? ”
      ależ tak mozna zapytać o Wszystkich ludzi na tej pieknej planecie o nazwie nadanej przez Nich Ziemia.
      Przecież wszyscy ale to wszyscy , jak wszystkie środki zawioda , w walce o zycie odwołujemy się do rytualów albo tych tradycyjnych przejetych po przodkach , albo tworzymy nowe własne !!! … Po lekarzach szukamy znachorów, wróżek i inne cuda!!! … ;)

    • Logos Amicus Says:

      Mimo, że wszystkie religie świata mają w sobie elementy czegoś co nazywamy magią, to jednak istnieje dość wyraźne rozróżnienie religii od zabobonu. Tak więc, jeśli ktoś jakikolwiek przejaw religijności nazwie zabobonem, to moim zdaniem popełnia wielkie nadużycie.
      Nazwanie czegoś zabobonem ma wydźwięk zdecydowanie negatywny. Dlatego też powszechne było określanie jakiejkolwiek religii zabobonem przez tych, którzy religię krytykowali czy też zwalczali.

      Moim zdaniem, jeśli jakiś element wierzenia jest mocno i powszechnie obecny w mentalności jakiejś grupy społecznej, to nie można go już nazywać zabobonem, chodź komuś postronnemu będzie to wyglądało na magię, przesąd, szarlatanerię i „czary-mary”.
      Jednakże, wg mnie, ta tolerancja powinna kończyć się tam, gdzie zaczyna się ludzka krzywda (prowadząc np. do czyjejś choroby, śmierci, zniewolenia, okaleczenia… itp.)

  5. czara Says:

    Nie znam za bardzo nauk buddyzmu, ale piszesz w komentarzu, że dla nich reinkarnacja to kara i przekleństwo. O tym samym pomyślałam czytając tekst po raz pierwszy – że wiara w reinkarnację musi być strasznie męcząca. Ciągle sobie wyobrażać, czy wrócisz na ziemię jako gąsienica… Ja również widzę w nicości nie pustkę – ale pociechę. „Zbawienia” można dostąpić tu i teraz, potem rozpłyniemy się w kojącym niebycie, gdzie nasze ludzkie wartości, przestaną się liczyć. To tyle mojej pseudo-filozofii.
    Druga rzecz. Ta religjiność ludzi, która Cię tak wzrusza (takie odniosłam wrażenie) bardzo mi przypomina naszą polską religijność w małych wioskach. Mam wrażenie, że wygląda to podobnie. Trochę metafizyki i dużo więcej zabobonu.
    A swoją drogą niecierpliwie czekam na wpis o ludziach Tybetu. Wyznam Ci, że dla mnie to większy cymes, niż filozofia i polityka.

    • Logos Amicus Says:

      Pisząc, że reinkarnacja to kara i przekleństwo, dokonałem być może pewnego nadużycia. Bo dla tych, którzy w nią wierzą, jest faktem, losową prawidłowością, której się nie ocenia, bo po prostu tak jest. Bo czy naprawdę żyjemy „za karę”? ;)
      Ale skoro „wypadnięcie” z koła powtórnych urodzin uznają buddyści za rodzaj „wyzwolenia”, to wydaje się, że jednak traktują oni konieczność przebywania w tym kole jako pewien rodzaj zniewolenia. A każdy rodzaj zniewolenia jest jednak (zazwyczaj) karą i przekleństwem.

      Muszę Ci powiedzieć, że ta Twoja – jak piszesz – „pseudo-filozofia”, ma sens ;)

      Mnie może nie tyle wzruszała religijność tych ludzi, co… ich przywiązanie do czegoś, co uznają oni za świętość (cóż… to pewnie też nic innego, jak religijność ;) )

  6. tybet.pl Says:

    Tybetańska sztuka, kultura, religia oraz ziemia na której wyrosły są ze sobą ściśle powiązane. Trudno je od siebie oddzielić i wytyczyć między nimi granice. Odzwierciedla to sposób w jaki mieszkańcy tej krainy patrzą na świat: „wszystko jest ze sobą powiązanie, nic nie istnieje oddzielnie”.
    Tybetańczycy zawsze uważali otaczającą ich przyrodę za skupisko energii, a siebie samych za składających się z podobnych sił. Znajduje to odzwierciedlenie w kulturze i religii tego kraju.

    Pierwszą religią Tybetu był bon, utworzony przez Szenraba Miło z Szangszungu w zachodnim Tybecie. Wraz z pojawieniem się buddyzmu wpływy bon zaczęły słabnąć. Bon nie został całkowicie wyparty przez nową religię. Istnieje on do dziś i jest praktykowany przez uchodźców tybetańskich w Indiach i Nepalu.

    Buddyzm zaczął się rozwijać w Tybecie w VII wieku pod patronatem rodziny królewskiej. W 1642 roku władzę objęli dalajlamowie, rozpoczynając erę „harmonijnego połączenia religii i polityki”.

    Buddyzm dla Tybetańczyków jest czymś więcej niż tylko system wierzeń. Na przestrzeni wieków zmienił on całą tybetańska kulturę. Przenikał każdy aspekt życia codziennego, stwarzając stopniowo społeczną strukturę, która wiązała naród z ojczyzną. Ze wszystkich elementów, składających się na tożsamość narodową religia jest dla Tybetańczyków zdecydowanie najważniejsza.
    XIV Dalajlama mówi, że buddyzm stał się przyczyną „przeobrażenia, które zmieniło historię Tybetu. Pokolenia tybetańskich uczonych studiowały i rozwijały głęboką kulturę, opartą na pierwotnych zasadach i filozofii Dharmy. Wieki ich ofiarnej pracy przyniosły niezwykłe owoce – jedyne w swoim rodzaju pośród literackich i kulturowych osiągnięć ludzkości”.

    Zapraszam na stronę: http://www.tybet.pl/index.htm


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s