LATARNIA MAGICZNA

PRAWDA I POZÓR KINA

Na zakończenie trwającego tutaj od dłuższego już czasu maratonu filmowego, chciałem przedstawić tekst, który powstał wieki temu, ale który zachował chyba jednak swoją aktualność, traktując kino w sposób ogólny, uniwersalny. Napisałem go będąc młodym (jeszcze) człowiekiem – w czasie, kiedy moja przygoda z pisaniem o filmie, tudzież bliższa zażyłość z kinem dopiero się zaczynały (można więc ewentualne uchybienia tekstu złożyć na karby niedoświadczenia i tremy debiutanta). Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na powstanie nowej strony, gdzie zebrałem w porządku alfabetycznym moje recenzje i teksty filmowe, które dotychczas pojawiły się na Wizji Lokalnej. Znaleźć ją można w górnym pasku bloga pod nazwą FILMOTEKA. Mam nadzieję, że umożliwi ona lepszą orientację w topografii tematycznej bloga, ułatwiając odnalezienie czegoś, co ewentualnie może zaciekawić i zainteresować tych, którzy odwiedzają Wizję (a są najczęściej cichymi konsumentami jej zawartości).

*

Był taki czas, kiedy wydawało się, że w dobie pośpiechu zwięzłe kino przejmie szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury. Tak się jednak nie stało i film, zatoczywszy koło, wrócił do swych plebejskich korzeni, czyli do jarmarku. Przejawem tego jest  Hollywood i jego produkty. Amerykański repertuar w całej swojej masie traktuje film jako czystą rozrywkę dla mas. Pieniądze stały się głównym bodźcem, zysk bogiem a producent wyrocznią oraz alfą i omegą. Kino artystycznie ambitne, autorskie, przemyka się gdzieś po peryferiach.
Na szczęście jednak, zawsze można wrócić do starych mistrzów i klasyki, by przypomnieć sobie, że także i film może być traktowany z estymą należną prawdziwej sztuce. Bowiem obok potrzebnej rozrywki, kino jest zdolne nieść również treści poważne, o czym starają się pamiętać niektórzy twórcy. To właśnie ich pracy poświęcony jest ten tekst. Dlatego niekiedy film ośmielam się nazwać w nim filmowym dziełem, a kino sztuką.

POTĘGA ZŁUDZEŃ

„Pamiętać należy, że obraz, zanim stanie się koniem bitewnym, nagą kobietą lub jakąkolwiek anegdotą, jest przede wszystkim powierzchnią płaską pokrytym farbami w określonym porządku” – to słynne powiedzenie Maurice’a Denis z początku XX wieku można sparafrazować definiując film: pamiętać należy, że film, zanim zobaczymy w nim bitwę, nagą kobietę lub jakąkolwiek inną anegdotę, jest przede wszystkim uporządkowanym ciągiem obrazów i dźwięków, wyświetlonym na płaskim ekranie.
Być może wygląda to na paradoks, ale zagadkowa moc i siła sugestii kina wydaje się leżeć w jego zdolności do ukazywania iluzji jako rzeczywistości i na odwrót: rzeczywistości jako iluzji; do przedstawiania wytworów fantazji jako realności i rzeczy istniejących realnie jako fantomy. Jest to jedna z najważniejszych i najbardziej specyficznych właściwości filmowego obrazu w oddziaływaniu na naszą wyobraźnię. Kino czerpie więc swoją potęgę z napięcia jakie istnieje pomiędzy zawartymi w każdym dziele filmowym biegunami: irrealność – realność, fikcja – rzeczywistość, złudzenie – prawda, sen – jawa… etc. To właśnie ta swoista dialektyka powoduje, że film potrafi niekiedy tak sugestywnie do nas przemawiać.

Przypomnijmy sobie, że pierwsze filmy dokumentowały świat realny. Zrazu kamerę traktowano jako aparat fotograficzny. Widzowie reagowali bardziej spontanicznie na rzeczywistość przedstawioną na ekranie, niż na tę, która ich otaczała, w której żyli. Historia kina niezmiennie przytacza fakt ucieczki publiczności z sali kinowej przed nadjeżdżająca z ekranu lokomotywą. Późniejsze kino kreacyjne, a tylko takim tu się zajmujemy, już w pełni zaczęło korzystać z całego arsenału środków jakimi dysponuje film jako forma artystycznej wypowiedzi.

ZAPOMNIJMY I PAMIĘTAJMY

Wzajemne przenikanie się fikcji i rzeczywistości, które tak często spotykamy w całej sztuce – i to nie tylko filmowej – to jeden z częstych motywów występujących w utworach Bergmana, Buñuela, Chabrola, Saury, Felliniego, Altmana i wielu innych wielkich reżyserów. Jest to jednak zupełnie odrębne zagadnienie. Nie zajmujemy się tu bowiem takimi problemami, jak np. play within a play, motywy senne (oniryczne), fantazje i marzenia ekranowych postaci wbudowane obrazowo w fil mowy utwór i będące tylko jednym z wyrazów filmowego języka. Pomijamy też zagadnienia dotyczące takich zjawisk w historii kina, jak direct cinemacinema vérité, underground, dokument fabularyzowany, neorealizm, francuska Nowa Fala… i ich stosunkiem do tzw. obiektywnej rzeczywistości. Nas interesuje iluzja wynikająca immanentnie z samego charakteru filmowego obrazu i z fenomenu jego projekcji w kinie. „W filmie – pisze Jean Douchet w magazynie „Sight and Sound” – na pierwszy plan wysuwa się problem związku między prawdą a pozorem, między rzeczywistością a jej świetlanym odbiciem. Kamera chwyta rzeczywistość, którą rejestruje za pośrednictwem obiektywu. Robi to, aby potem rzucić ją na ekran pod postacią świetlanej zjawy, złudzenia. I tak, jakaś rzecz prawdziwa, mająca swój realny byt, w wyniku procesu technicznego staje się zjawą, fantazmem, fikcją”.

Zawsze więc należy mieć na uwadze umowność i fantasmagoryczny charakter filmowego obrazu. Jednak z drugiej strony, aby właściwie odebrać dzieło filmowe (czyli – aby znalazło ono w nas głębszy oddźwięk), należy się poddać jego hipnotycznemu działaniu. Sztuka bowiem wymaga od nas dwoistego przeżycia: jednocześnie trzeba zapomnieć, że jest ona zmyśleniem, i nie zapominać o tym. O tym dwuaspektowym charakterze percepcji sztuki i życia należy pamiętać w dyskusji o jakiejkolwiek artystycznej twórczości.
Tak więc film tworzy iluzje, lecz w przypadku wartościowego utworu jest to iluzja estetyczna, która pozwala na uruchomienie naszych mechanizmów psychicznych, dzięki czemu możemy tę iluzję przeżyć. Mimo więc, iż dzieje się to „tylko” w naszej wyobraźni, to jednak jakościowo są to uczucia podobne do tych, jakich doświadczamy w prawdziwym życiu (czyli do tych, jakich dostarcza nam rzeczywistość „poza-filmowa”). Tym samym potrafią być one nie mniej skuteczne. Stąd… choćby możliwości terapeutyczne kina.

NAPRAWDĘ I „NA NIBY”

Przejawia się w tym wszystkim także ludyczny charakter ludzkiej natury: ciągła potrzeba i skłonność człowieka do zabawy i jej przeżywania. Wyłania się też tutaj kwestia zdolności widza do empatii, bez której niemożliwe jest uczestnictwo w jakiejkolwiek formie wytworu artystycznej wyobraźni.
A więc film, jako „zaproszenie do wspólnego doświadczenia iluzji estetycznej” – używając sformułowania Zofii Rosińskiej, która odniosła to stwierdzenie do sztuki w ogóle. Zdolność do przeżywania tej iluzji jest warunkiem niezbędnym do uczestnictwa – zarówno poprzez tworzenie, jak i odbiór – w sztuce.
Jednak to wrażenie iluzji (a ściślej: balansu między nią a odczuciem realnym) może zostać naruszone. Dzieje się tak w przypadku, kiedy utożsamiamy obraz filmowy z samą rzeczywistością i przypisując mu nadmierne znaczenie – przeżywamy go wówczas silniej i bardziej intensywnie niż samą rzeczywistość; jak i wtedy gdy odmawiamy mu wszelkiego prawdopodobieństwa i znaczenia – a tym samym jesteśmy wobec niego obojętni emocjonalnie i intelektualnie.

Rzeczywistość ekranowa – a więc wszystko co człowieka tam otacza: inni ludzie, całe jego środowisko naturalne i społecznie, przedmioty i sytuacje w jakie jest on uwikłany – jest równowartościowa wobec rzeczywistości naszej, (czyli tej, w której istniejemy „naprawdę”). Równowartościowa ale oczywiście nie tożsama. Jednak stopień jej wewnętrznej spójności, autentyzm i moc sugestii są w naszych oczach (sercach, umysłach, zmysłach i wyobraźni) miarą wiarygodności filmu. Zdolność do kreacji takiej właśnie rzeczywistości jest przypisywana jedynie wielkim artystom kina. Tym, co liczy się najbardziej, jest właśnie zdolność sugestywna obrazu w oddziaływaniu na naszą psychikę. Optyka ta z samej swej istoty zakłada jednak subiektywizm. Stąd też wielka niekiedy rozbieżność sądów na temat niektórych zjawisk w kinie.
Każdy twórca stara się przedstawić swój sposób widzenia świata, czyli tworzy (w filmie) swoją własną rzeczywistość. Wszystko w jego dziele podporządkowane jest tej dążności. A im większy jest stopień integracji owej rzeczywistości, a zarazem jej oryginalność, tym większa ranga artystyczna filmu i tym bardziej potrafi być ona dla nas przekonująca.

OSWAJANIE CHAOSU

Jedną z najistotniejszych funkcji sztuki jest jej zdolność oraz dążenie do porządkowania i narzucania ładu chaosowi, jaki wydaje się nas otaczać. Człowiek w konfrontacji z rzeczywistością, w jakiej jest zanurzony – wobec bezładu faktów, zjawisk, zdarzeń i wrażeń jakich doznaje – odczuwa lęk zmuszający go do uporządkowania wszystkiego, nadania temu sensu, stworzenia, czy też odnalezienia pewnych wartości. Tworzy on tym samym swoją „własną” rzeczywistość. Jest to nic innego jak próba zadomowienia się w świecie, oswojenia z nim, wprowadzenia weń ludzkiego porządku, określenia hierarchii wartości…
Takie też są funkcje religii, mitów, nauki, systemów światopoglądowych, całej kultury wreszcie. Jednak z góry skazani jesteśmy na niepowodzenie, ze względu na istnienie podstawowej sprzeczności: dokonywanie przez nas wyborów (będące dążnością, próbą i wysiłkiem na rzecz przezwyciężenia owej sprzeczności) prowadzi do konieczności bardziej lub mniej świadomego ograniczenia się, a to z kolei uniemożliwia całościowe ogarnięcie rzeczywistości.
Stworzenie przez nas integralnego modelu świata jest więc utopią. Człowiek wobec takiej niemożności zawsze uciekał (się) do magicznego myślenia – szukał środków, które byłyby mu w tym pomocne. Film – ta lanterna magica – ze względu na te wszystkie właściwości, o których tu była mowa, może bez wątpienia takie magiczne medium stanowić. Stąd jego wyjątkowość wśród form artystycznej ekspresji – w całej sztuce.

*  *  *

ANEKS. I może jeszcze refleksja nieco późniejsza:

Przegląd „odrestaurowanych” filmów Bergmana w chicagowskim kinie „Music Box”. Po raz kolejny wracam do tych obrazów, które przecież noszę w sobie od dawna, tyle że dość głęboko ukryte…
Teraz się zastanawiam, dlaczego w tych „głębiach” nie ma w zasadzie kina współczesnego. Czyżby zabrakło już tam dla niego miejsca?

Bergman kręcił swoje filmy w czasie, kiedy kino mogło być uznawane za sztukę wyższą, szlachetną, niosącą głębsze przesłania. Mówi się, że to on właśnie wyniósł film na takie poziomy, ale robili to również twórcy mu współcześni: Fellini, Antonioni, Kurosawa… A działo się tak najwidoczniej dlatego, że w ewolucji kina taka właśnie nastała epoka.
Można odnieść wrażenie, że podobnie sprawy się mają z operą, malarstwem, a nawet z literaturą: można odnieść wrażenie, że wszystkie te dziedziny sztuki mają już za sobą swoje apogea, w jakimś sensie się wypełniły, może nawet wyczerpały.

Oczywiście po tych tuzach kina pojawili się twórcy równie zdolni, może nawet podobnie genialni, ale już nikt nie przydawał im takiej wagi. Dlaczego? Pponieważ zmieniła się epoka – a i oni sami kręcili już w inny sposób.
Nawet Woody Allen, będący przecież synonimem kina autorskiego, nie mógł kręcić filmów w bergmanowskiej manierze (czy powadze), bo wyszłyby pewnie z tego jakieś wtórności. Zabrał się więc za parodie. Poważniej do sprawy podszedł np. u nas Zanussi – nota bene będący pod olbrzymim wpływem Bergmana – ale on istnieje w historii kina gdzieś na marginesie, jako reżyser bardziej lokalny. Oczywiście, sławę zyskują coraz to inni twórcy kina, ale czy zdolni są oni do stworzenia jakiegoś nowego kanonu sztuki filmowej? A jeśli tak – to na czym ten kanon miałby polegać?

A może w dziejach kina jego kanon już się spełnił (nie tylko zresztą ten klasyczny)?  Może nie ma też potrzeby jego rewizji, ani nawet suplementacji?

Może podobnie działa też nasza pamięć i związana z nią tożsamość? Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było?

Czy kanon kina się wyczerpał? (Gra w szachy ze Śmiercią - "Siódma pieczęć" Bergmana)

*

Reklamy

komentarzy 30 to “LATARNIA MAGICZNA”

  1. tamaryszek Says:

    Są takie nastroje, które każą nie dowierzać temu wszystkiemu, co oferuje dziś sztuka. Wydaje się, że kanon się skończył, mistrzowie zapadają w starość lub odchodzą, a zapotrzebowanie społeczne jest przewidywalne. Ale to złudne. Absolutnie wierzę , że geniusz kina trwa.
    Nie podam nazwisk, które bezdyskusyjnie dotrzymałyby kroku Bergmanowi, Felliniemu, Altmanowi. Bo to by nie był równy pojedynek (równać się z czymś zamkniętym?). Ale tyle się przecież dzieje poza mainstreamem. Tak niewiele czasem widzimy poza czubkiem machiny hollywoodzkiej. Szukanie trwa, nieprawda, że wszystko już było i tylko u klasyków znajdziemy uczciwe obrazy.
    Wkurzający jest tylko medialny młyn dezorientacji.
    Dlatego festiwale są świetne. Odkrywa się na nich całe kosmosy. Odwieszam pesymizm.

    A swoją drogą: Filmy z Twojej stopkaltki są ciekawie dobrane i właściwie świeżutkie. Ale dwóch kadrów nie rozpoznałam. Zgadnij które i zdradź. :)
    pozdrawiam
    ren

    • Logos Amicus Says:

      Ja także wierzę, że „geniusz kina trwa”. Zresztą, to nie jest chyba kwestia wiary, ani nawet wiedzy, co doświadczenia i odczucia … Gdybym w kinie tego nie znajdywał, to przestał bym do kina chodzić i filmy tam oglądać.
      Był taki okres w moim życiu, iż poddawałem się dość powszechnej a – jak słusznie zauważasz – złudnej wierze w to, że nastąpił upadek kina (tudzież innych dziedzin sztuki), że wszystko to, co dawniejsze było lepsze, że starzy mistrzowie wymarli bezpotomnie (nie pozostawiwszy godnych siebie następców), że przeminęła złota epoka kina i że już nic dobrego w tym kinie nie może powstać, a już na pewno nic na (wielką) miarę dawnych reżyserskich geniuszy.
      Ale to nie trwało długo. Bo przyszły np. filmowe festiwale a wraz z nimi cała moc nowych pomysłów, nazwisk, młodych twórców i pasjonatów kina. Wystarczyło się tylko rozejrzeć, wyścibić nieco nos poza skomercjalizowany do cna mainstream.
      Piszesz, że „niewiele widzimy poza czubkiem hollywoodzkiej machiny”. Masz rację, mimo że chyba jednak chciałaś powiedzieć coś innego ;) Bo ja często mam wrażenie, że my zwracamy jedynie uwagę na ten „czubek” a całą resztę (chodzi mi tu o produkcję hollywoodzką en masse) jakby mamy… gdzieś.
      Ja widzę, że ciągle powstają nowe znakomite filmy, że ciągle pojawiają się nowi twórcy, którzy maja nam coś interesującego nam do powiedzenia – i pokazania, of course.
      Zresztą, na podobny temat odbywała się już TUTAJ dyskusja, przy okazji sporu z Telemachem o „koniec kina”.
      * * *
      Zwróciłaś uwagę na stopklatki, pisząc, że dwóch kadrów nie rozpoznałaś?
      Hm… ciekawe których.
      Wszystkie one pojawiły się u mnie na blogu przy okazji omawiania filmów, z których pochodzą.
      Myślę, że na pewno nie miałaś problemu z rozpoznaniem Mefista, Gibsonowego Chrystusa z Pasji, Erratum, Catherine Denuve z Bunuelowej „Piękności dnia” (a może jednak?), Valki – Farrella z „Niepokonanych”, Toma Cruise’a z amerykańską flagą, pary z Edukacji ( no przecież sama o tej dziewczynie pisałaś ;) ), króla jąkały (tu też), Prawdziwego męstwa, Jule Delpy z „Białego”, Malkovicha z „Hańby” i Portman z „Czarnego łabędzia”.
      Co więc pozostaje?
      Pierwszy fotos z „The Woman Who Dreamed About a Man”/”Kobieta, która pragęła mężczyzny” (kiedyś wspomniałem o tym filmie w komentarzu tutaj), trzeci z filmu meksykańskiego „Rok przestępny” i 12-ty z „Antychrysta” (rzeczywiście Dafoe i Gainsbourg są tam do siebie niepodobni pod tym prysznicem).
      Ale ta goła babka z „Roku przestępnego” dość długo u mnie wisiała (leżała), więc chyba jednak musiałaś ją zapamiętać ;)
      Tak więc zostaje pierwszy („Kobieta, która marzyła o mężczyźnie”) i dwunasty („Antychryst”) :)
      Trafiłem?
      (A może jednak nie „Kobieta…” a… Denuve?)

      Ale, ale… spójrz na stopklatki na stronie z Filmoteką. Myślę, że tam już tak łatwo by Ci nie poszło :)

  2. tamaryszek Says:

    Sherlocku Holmesie, trafiłeś!
    Gołą babkę kojarzę z twego blogu, ale nie przykleił mi się tytuł filmu (nr 3). I kadr otwierający: „The Woman Who Dreamed…”
    Sądziłam, że to nie będzie takie oczywiste. Dobrze kojarzysz tropy.:)
    Festiwale. Właśnie dlatego je cenię, że one zmieniają wyobrażenia o tym, czym jest kino. Poszerzają horyzonty (nomen omen). Są męczące, bo przecież do frajdy oglądania szybko dołącza fizyczne zmęczenie i dezorientujący koktajl wrażeń. Ale poza nimi nigdzie tak wyraźnie nie wyczuwa się pulsu.
    Przemyślę, czy chciałam powiedzieć, co powiedziałam, czy coś odwrotnego (góra lodowa). Ale skoro i tak, i tak mam rację, to ok.
    ren

    • Logos Amicus Says:

      Ależ Watsonie, to nie trafienie ale podążanie drogą dedukcji :)

      No i chyba rzeczywiście chciałaś powiedzieć to co powiedziałaś (góra lodowa), a ja myślałem, że nie chciałaś, więc powiedziałem to co powiedziałem, ale teraz to już pewnie tego bym nie chciał powiedzieć ;)

      Tak, festiwale bywają męczące, ale jest to jeden z tych rodzajów zmęczenia, które mi się nawet podobają ;)

  3. czara Says:

    Dobrze, że przeczytałam komentarze, bo już się bałam, że będzie powrót do dyskusji, czy kino/wszystko już skończone, czy nie ;)
    I jeszcze jedno, bo akurat dzisiaj rano otworzyłam Alefa, Borgesa i wpadłam na takie motto:
    „Salomon powiada: Nie ma na świecie nowej rzeczy. Tak więc jak Platon wyobrażał sobie, że wszelkie poznanie jest tylko przypomnieniem, tak przeciwnie Salomon powiada, że wszelka nowość jest tylko zapomnieniem.” Francis Bacon

    • Logos Amicus Says:

      Dobrze więc, że na lekkim strachu się skończyło :)

      Ach te Borgesy, Salomony, Platony i Bacony… Jeden mądrzejszy od drugiego, a mimo to jednak sobie zaprzeczają.
      Więc i tak skazani jesteśmy na własną mądrość (ewentualnie głupotę :) )
      Z Platonem się nie zgadzam (jak zwykle, zresztą).
      Salomon powiada, że „nie ma na świecie nowej rzeczy” a ja widzę, że tak jest, choćby już z tym jego powiedzieniem, które też nie jest nowe (bo każde mędrkujące dziecko wie, że nihil novi sub sole). Ale podoba mi się to jego : „każda nowość jest zapomnieniem”. Myślę nawet, ze powinno to się stać mottem wszystkich plagiatorów :)

  4. s... Says:

    Każda epoka niesie z sobą elementy nowego, które zaspakajają jakąś niezaspokojoną cząstkę nas. Cząstka ta zaś ciągle się odradza w jakiejś innej formie i mierze i wynika z nowych realiów, które mają wpływ na nasz rozwój, na rozwój naszych potrzeb.To co było kiedyś nowym, nowatorskim, co zapełniało ową próżnię dziś jest tylko pięknym sentymentem. Budzące grozę psychologiczne filmy A. Hitchcocka, które we mnie do dziś budzą wielkie emocje i uznanie, dla nowego, młodego pokolenia są naiwne i nudne. I trudno im się dziwić. Trudno dyskutować z gustami i potrzebami. Każda epoka ma je na swoją miarę.
    Widać oboje jesteśmy z innej epoki, z innej bajki. Czasami myślę, że z tej ładniejszej, mniej agresywnej. Ale ta nowa też mnie pociąga. Może dzisiaj już bez przesady, wręcz dosłownie mogłabym w niej zagrać wymarzoną niegdyś rolę Kopciuszka?

    „Bo wszystko to,co nas ukształtowało już było?”
    Tak masz rację, to również filozofia bytu idealnego wg Platona – pamięć duszy. Coś już kiedyś poznaliśmy już było. Coś się wypełniło, świat się zmienia, niesie nowe wyzwania i potrzeby, stare odchodzi do lamusa. O dobrze, że nie skłaniamy się do suplementacji. W tym przypadku kicz nie jest wskazany. Nie wypełni on nowej luki.

    Pojawiają się nowe kanony, nowi mistrzowie i nie jest to chyba kwestia „braku pojemności na nowe”, ale kwestia już ukształtowanych wartości, pojęć piękna i dobra.
    Z całą pewnością nie jesteś minimalistą i nie godzisz się na substytuty. I dobrze. Ktoś musi podnosić poprzeczkę. Ot choćby po to, by nowe miało większe wyzwanie, by starało się być ambitniejsze, wartościowsze, mądre w swym przesłaniu.

  5. tamaryszek Says:

    Stopklatka na stronie Filmoteki stanowi ciut większe wyzwanie, przyznaję. Ale wiele kadrów rozpoznałam w try miga. Nie odgaduję siedmiu z 44.
    Dwa przed „Tamarą…” (nr 9. i 10.). Tuż po „Edukacji” (nr 17.).
    I trzy pod rząd po „Tataraku” (nr 36., 37. 38.), właściwie cztery, bo Scarlett & Woody zagrali razem w kilku, obstawiam, że 38. to „Wszystko gra”. Przedostatnie zdjęcie nic mi nie mówi. I to proszę rozszyfrować. Chyba że nie, to sobie jakoś znajdę na Wizji.
    To tak mniej więcej na 3+, chyba?
    Pozdrawiam
    Watson

    • Logos Amicus Says:

      Tamaryszku… ekh… Drogi Watsonie – odgadnięcie 37 stopklatek na 44 filmów oceniasz na 3+
      To Ty jesteś chyba bardzo surową belferką – przynajmniej w… (o)cenzurkowywaniu uczniów ;)
      U mnie masz 5 z małym minusem (młodzież nie wie jakiego tolerancyjnego belfra we mnie straciła ;) )

      Poradziłaś sobie doprawdy świetnie.
      Tylko w paru miejscach lekko się dziwię, że nie. Pod „Tatarakiem”: to „Co wiesz o Eli?” – irański film o którym pisałem w pierwszym moim wpisie na Wizji (oj, nieładnie tamaryszku, nieładnie ;) ) dalej: „Wichry Kołymy” (to zdjęcie też wisiało na Wizji jak byk ;) ; ale Craiga z karabinem w „Defiance” to rzeczywiście Ci daruję, bo on był na Brain Graffiti, a przecież nie miałaś obowiązku tego widzieć.
      Lecz usprawiedliwiam też następne Twoje wahanie, bo zdjęcie Woody’ego ze Scarlett nie jest kadrem z filmu tylko fotografią z planu filmowego „Vicky Cristina Barcelona” (ale to też było u mnie na blogu).

      Nie będę się także na Ciebie gniewał, że nie rozpoznałaś:
      włoskiego „Mine Vaganti” („O miłości i makaronach”) oraz „Ostatniego raportu o Annie” Marty Meszaros (nad Tamarą Drewe) oraz francuskiego „Sentymentu ciała” pod „Edukacją”.

      Naprawdę z całą resztą nie miałaś problemów?
      Podziwiam i gratuluję! :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/05/film-kino-recenzje-kadry.jpg?w=780

  6. tamaryszek Says:

    Co za przewrotność! pominąłeś właśnie ten tytuł, który mnie najbardziej intrygował: kadr przedostatni z wycinanką w kształcie gwiazdy.
    Tak, pozostałe znam.:)
    Lubię konkursy. Możesz takie organizować raz w miesiącu. Nawet bez nagród i dyplomów.
    84% to w szkolnym rozliczeniu czwórka (db+ od 85%).
    Ale nie rozpoznałam tego, czego istotnie nie znam.
    W./t./r.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście – jak można rozpoznać to, czego się nie zna?
      Jeśli już – to można to tylko poznać ;)

      A przedostatnią wycinankę zostawiłem na deser (bo wiedziałem, że się na to „połasisz” ;) )
      Ale nie ma tak łatwo.
      Musisz zajrzeć TUTAJ :)
      (Przy okazji będziesz tam mogła zobaczyć również „Wichry Kołymy”.)

      I jeszcze małe zdziwienie: nie mów tamaryszku, że rozpoznałaś to, co jest między Farrellowym Valką a Eisenbergową Social Network :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/05/dni-poc5bcc485dania.jpg?w=780

      PS. A co do konkursu. Skoro tak piszesz, to będę chyba musiał kiedyś jakiś zorganizować.

  7. tamaryszek Says:

    Tolerancyjnych belfrów pożera się na pierwszej przerwie. Do końca dnia zostałyby z Ciebie strzępki nerwów. ;)

  8. Karolina Says:

    gdy gasną światła i pokazuje się czołówka filmu, po plecach przebiega mi dreszcz… mam nadzieje, że zawsze będę go czuła :)
    ciężko czasami ogląda się filmy w multipleksach gdy ludzie obok chrupią, szeleszczą i siorbią – choć taki klimat odpowiada mi przy „lekkich” filmach
    przy poważniejszych wolę mniejsze kina, niekomercyjne

    uwielbiam zanurzać się w filmie… tonąć w tym co się dzieje na ekranie i nie słyszeć ani nie widzieć dookoła nic poza tym

  9. tamaryszek Says:

    Rozpoznałam, ale nie z autopsji: „Dni pożądania”.
    Dlaczego wątpisz w Watsona?

  10. jula Says:

    Widzę, że u Ciebie totalny miszmasz !… Takie kino światowe i amerykańskie, i europejskie, i polskie. Nawet czasowo, bo są te ostatnie hity, jak i dużo wcześniejsze.
    Kierowałeś się jakimś kluczem?… Czy to po prostu te, które jakoś Tobie zapadły w pamięci?… ;)

    Myślę, że dobrze, że otworzyłeś nowy blog poświęcony tylko filmom, kinomani będą mieli raj a pozostali też od czasu do czasu wpadną, żeby porównać swoją wrażliwość do tych „specjalistów”. :D

    Widzę, że już inny temat szykujesz, nie powiązany z filmem, chociaż film go na pewno wykorzystał !….

    • Logos Amicus Says:

      Jula, ja nawet nie zauważyłem, że otworzyłem „nowy blog poświęcony tylko filmom”. Gdzie Ty go widzisz?
      Po prostu ostatnio zamieszczałem tu posty o filmach, lecz teraz myślę zająć się czymś innym.

      A czym się kierowałem robiąc ten filmowy misz-masz (chodzi Ci pewnie o te stopklatki)? Otóż po prostu wybrałem kadry z filmów, o których pisałem na moim blogu. To był ten klucz.
      A czym się kieruję wybierając filmy, które oglądam? O, to musiał bym dużo na ten temat napisać, ale napiszę tylko, że: oglądam filmy, które wzbudzają moje zainteresowanie i ciekawość :)

  11. jula Says:

    Tak i tutaj się kłania „rejs” Piwowarskiego . ;)

    „dialog o nudzie w polskim kinie i cytujących inżyniera Mamonia” Skąd wiesz co może być ciekawe, jak wcześnie nie widziałeś ? …

    Pozdrawiam! :D

    • Logos Amicus Says:

      Jula, ależ nie musi się czegoś znać, aby to wzbudziło nasze zainteresowanie i ciekawość. Właśnie zainteresowanie i ciekawość sprawia, że chcemy coś poznać.

      PS. „Rejs” nakręcił Piwowski, nie Piwowarski (ten ostatni to skądinąd także reżyser, który zrobił parę ciekawych filmów, m.in. „Yesterday”).

      • jula Says:

        Dzięki za wyjaśnienie, co do tych dwóch reżyserów. :D
        Żyłabym nadal w nieświadomości, że połączyłam dwa życiorysy w jeden. I dziwne ale wcale się nie wstydzę, no może gdybym z którymś z nich miała rozmawiać i to raczej ,że zrobiłabym mu przykrość sławiąc np. film kolegi, jako jego. ;)

  12. sarna Says:

    Zastanawiam się na ile jeszcze jest aktualne stwierdzenie „Nawet Woody Allen, będący przecież synonimem kina autorskiego…” Coraz częściej słychać głosy krytyczne odnośnie twórczości Woodiego Allena. Dzisiaj obejrzałam w kinie „Zakochani w Rzymie” – jakie wrażenia? W zasadzie dobre, bo dobra muzyka, poczucie humoru tak jak lubię, banalny temat, ale niebanalnie ukazany, moi ulubieni aktorzy. Pomysł z prysznicem mógł się narodzić chyba tylko w głowie Woodiego Allena :)
    Podziwiam jego grę aktorską, dystans do samego siebie i niebanalne poczucie humoru. Każdy może Go odbierać inaczej, każdy ma do tego prawo. Dla mnie ten film bez gry aktorskiej samego WA nie byłby tak samo dobry. Zastanawiam się, który z nich mi się bardziej w tym filmie podobał, Woody Allen reżyser, czy aktor …, ale jeszcze nie wiem :)

    • Logos Amicus Says:

      A mnie się nie chce krytykować ostatnich filmów Woody’ego Allena, bo całkiem dobrze się na nich bawię. I widzę, że znakomicie się bawi sam Woody Allen, kręcąc te filmy – na stare lata dość ostentacyjnie zaczął traktować on kino jako zabawę. Tak też odbierałem jego ostatnie produkcje, nota bene kręcone w fajnych europejskich miejscach: Barcelonie, Paryżu, Rzymie…
      „Zakochanych w Rzymie” oglądało mi się świetnie, mimo że nie jest to przecież jakieś wybitne i wielkie kino. Ot, dość bezpretensjonalna a nawet lekko besczelna komedia ;).
      Cieszę się, że na ekranie pokazał się sam Woody Allen. No i przypomniał mi ten film Wieczne Miasto, które uważam za najciekawsze z wszystkich europejskich miast jakie udało mi się w swoim życiu odwiedzić.

      • sarna Says:

        Tak, Woody Allen świetnie się bawi na planie, a to udziela się widzowi – fajerwerki śmiechu przy scenach z Jego udziałem mówią same za siebie.

        Zaintrygowało mnie Twoje stwierdzenie, że ta komedia jest lekko beszczelna – beszczelna, bo?

        • Logos Amicus Says:

          Napisałem „lekko bezczelna” – i był to komplement :)
          Dlaczego lekko bezczelna?
          Bo Woody Allen nic tu sobie nie robi z wszelkich konwenansów; na planie (zarówno jako reżyser, jak i aktor) poczyna sobie jak mu się żywnie podoba, nie boi się niedorzeczności ani absurdu, otwarcie mówi, że przyjechał do Rzymu bo chciał sobie w tym mieście trochę pomieszkać (więc przyjął ofertę włoskiego producenta)… i nie ukrywa, że to całe jego kina to teraz tylko zabawa.
          Mnie się to podoba, że taki neurotyk jak Woody, potrafi się na koniec życia tak dobrze bawić :)

        • sarna Says:

          Akurat,napisałeś „lekko besczelna”, więc głowiłam się, co miałeś na myśli:)
          Co ja miałam na myśli, też nie wiem- może to tylko skutek grypy, a może zwykły ortograf – orłem ortografii niestety nie jestem :(
          Jesteś dla mnie ostatnio bardzo miły, więc powinnam się odwdzięczyć tym samym, ale wredna natura nakazuje mi zauważyć, że to nie komedia jest bezczelna, ale za co najwyżej za takowego może uchodzić Woody Alllen:)

          PS.1 Zawsze podkreślałeś, że to poniekąd prymitywne (to nie dosłownie Twoje stwierdzenie) świetnie się bawić w kinie. Zawsze szukałeś w filmie artyzmu, czegoś głębszego, wzniosłego, skomplikowanego, niebanalnego, itd, itp. Poważnie świetnie się bawiłeś na tym filmie? – bo ja tak.

          PS. 2 Może świadomość, że ma się przed sobą mniej lat życia niż za sobą, że osiągnęło się sukces, jest się spełnionym, niczego nikomu nie trzeba udowadniać, nie trzeba już wyważać otwartych drzwi, daje ten luksus, że można być w 100% sobą i gwiżdże się na to jak cię widzą inni?
          W. Allen jest już na tyle dojrzałym człowiekiem, by mieć świadomość, że zostało mu ostatnie 5 minut i do niego należy wybór jak je przeżyje. Mnie się podoba jego postawa „sowizdrzała”


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s