ANATOMIA WŁADZY… i filmu (Więcej niż kino: „Nixon”)

NIXON: anatomia duszy polityka i pożądania władzy. Anthony Hopkins w filmie Olivera Stone’a.

NA ROZSTAJU DRÓG

*
Mam do wyboru kilka dróg, którymi można pójść opisując film Olivera Stone’a:

1. FAKTY I POZÓR. Przystawanie filmowego obrazu do historycznej rzeczywistości. Przenikanie się fikcji i prawdy. Obiektywizm – subiektywizm autorów. Typowe dla kina emocjonalne zmącenie; wpływ uprzedzeń, konfrontacja z historycznym mitem. Iluzoryczność wynikająca ze specyfiki filmowego przekazu. Prawda emocjonalna i psychologiczna jako alternatywa, komentarz lub objawienie „prawdy” historycznej. Trudności z uchwyceniem tej „prawdy”. Wymóg syntezy i skrótowości – rola w tym metafory, wpływ przejaskrawienia…

Ale przecież nie chcę być nudziarzem.

2. FILMOWY WARSZTAT. Dynamika narracji, symbolika obrazów, inwencja operatora, prowadzenie reżysera, perfekcja montażu. Anthony Hopkins organicznie wchodzący w skórę Richarda Nixona (brrrr!!!).  Hipnotyzm oświetlenia, gęstość dialogów, sugestywność wizji i techniczna doskonałość.

Ale kogo to interesuje?

3. POLITYCZNY AMORALIZM. Perfidia polityki wypaczającej najbardziej prawe i unikalne charaktery. Dobre intencje „Ojców Narodu” brukujące piekło społecznej niezgody i zapełniające cmentarze w Arlington. Machiwelizm i organiczna wredność politykierów. Skuteczność polityki równoznaczna z manipulacją i żonglerką wartościami. Cnoty republikanów i czerwień demokratów; prawość prawicy i mańkutyzm lewicy. Reakcyjność, rewizjonizm, kulisy politycznej hucpy; fasadowość i kamuflaż. Zimna kalkulacja i bezwzględność. Naród jako abstrakcja, dobro jako abstrakcja, interes własny jako konkret. Człowiek łamany kołem historii – prawo i konstytucja łamana przez człowieka…

Ale po co się mam narażać?

4. DRAMAT SZEKSPIROWSKI. Anatomia władzy. Tragedia człowieka nie mogącego ujść przeznaczeniu – fatalizm. Niemożność dokonania moralnego wyboru. Jednostka a absolutyzm, jednostka a imperium – ludzka słabość a potęga mocarstwowej machiny. Samotność i alienacja bohatera – sam przeciw światu, nękany upiorami przeszłości…

Ale czy Nixon to rzeczywiście Hamlet?

5. WIETNAM I AFERA WATERGATE. Wojna w Wietnamie jako największa pomyłka polityczna Amerykanów i jedyna przegrana przez nich wojna, nie licząc wojny w Iraku i Afganistanie, które jeszcze trwają ale i tak pewnie będą przegrane. (Coś podobnego! Ja to ostatnie zdanie pisałem 16 lat temu, a ono ciągle jest aktualne! – przypis LA) Ambiwalentna rola Nixona, który wojnę zastał i ponoć ją zakończył, eskalując w międzyczasie konflikt, m. in. bombardowaniem oraz inwazją Kambodży. 60 tys. Amerykanów wraca do ojczyzny w czarnych plastikowych workach. Palenie kart mobilizacyjnych, nienawiść młodego pokolenia do Nixona, „systemu” i establishmentu. Ekonomiczne uwarunkowania bijatyki w Indochinach, przemożny wpływ przemysłu zbrojeniowego. Polityczne manipulacje i okłamywane społeczeństwo. Arogancja i bezduszność wojskowych. Protest, zamieszki i rozłam w narodzie.

Beznadziejne wdepnięcie w g… sorry – w błoto Watergate, żałosne szamotanie się w nim Nixona, polityczne kozły ofiarne. Skandal prawny i moralny. Dyshonor. Nadszarpnięta wiarygodność republikanów, zabrudzony i zszargany prezydencki fotel. Od rzemyczka do koniczka – Hoover, FBI i CIA…

Ale po co psuć humor sobie i innym?

6. TRANSFORMACJA OLIVERA STONE’A. Ewolucja jego postawy ideowo-politycznej: republikanin, ochotnik walczący w Wietnamie, doświadczenie wojny na własnej skórze, gwałtowne nawrócenie antywojenne, wróg Nixona i polityki przedłużającej rzeź w Wietnamie, narkotyki i paranoja; ekspiacja, katharsis i oczyszczenie w „Plutonie” i „Urodzonym 4 Lipca”; teoria spiskowa w „JFK”; kształtowanie nowej mitologii narodowej; amerykańskie korzenie lat 60-tych: „The Doors” jako popkulturowy narkotyczno-psychodeliczny przyczynek do rewizji epoki kontestacyjnej; gwałt i przemoc jako prowokacja w „Urodzonych mordercach”; powtórka z historii najnowszej: najbardziej kontrowersyjny reżyser amerykańskiego kina kręci film o najbardziej kontrowersyjnym prezydencie w historii amerykańskiej państwowości; finał odysei: dojrzałość (?), powściągliwość (?), umiarkowanie (?) twórcy… Ekh!

Ale przecież nie jest to artykuł dla „Cahiers du Cinema” ani nawet dla „Film Comment”.

UWAG PARĘ (mimo wszystko)

Wynika z powyższego, że wątpliwy jest sens pisania o filmie w ogóle. Lecz ta wątpliwość może też być natury bardziej uniwersalnej: kogo interesuje historia? Kogo interesuje polityka? Kogo interesuje kino?

Mimo wszystko postaram się skreślić parę uwag dla tych nieobojętnych.

„Nixon”, kiedy znalazł się na ekranach kin całego kraju, chwalony był zewsząd – i to zarówno w prasie konserwatywnej, jak i liberalnej. Nawet „Newsweek”, który przy okazji „JFK” wyzwał Stone’a od paranoika podważającego zaufanie do państwa i mącącego w głowach młodzieży, tym razem nie szczędził reżyserowi pochwał. Rzeczywiście, znając życiorys Stone’a i jego filmowe przypadki – mając w pamięci wszystkie te jego kontrowersyjne obrazy, czy też nad wyraz nieortodoksyjne zapatrywania i temperament pasjonata, można się było po „Nixonie” spodziewać istnej mieszanki wybuchowej – jakiejś kolejnej historyczno-politycznej psychodelli. Może właśnie dlatego, tym co ujęło wielu recenzentów, była próba i wysiłek jakiego dokonał Stone, by w miarę uczciwie i kompleksowo ukazać całą tę złożoność charakteru prezydenta, niejednoznaczność tej postaci – pod pewnymi względami żałosnej, a mimo to nie pozbawionej pewnych znamion wielkości i tragizmu. Próba zrozumienia, a więc przebaczenia?

Wbrew temu co się sądzi powszechnie, dla sporej grupy Amerykanów nieobce i nieobojętne są te najbardziej istotne i kluczowe elementy amerykańskiej historii. Nazwiska Waszyngtona, Lincolna, Roosevelta, Kennedy’ego czy właśnie Nixona, funkcjonują w tzw. społecznej świadomości jako symbole amerykańskiego wodzostwa, dla wielu są też przedmiotem głębszej  analizy źródeł oraz istoty państwa i republikanizmu. Takie wydarzenia, jak np. film Stone’a prowokują i konfrontują z wcześniejszymi przeświadczeniami i stereotypem. Bywają też pretekstem do samookreślenia się, podobnie jak to zrobił znany krytyk z Chicago Gene Siskel: „Myślę, że często jesteśmy narodem owiec, wystraszonym przez tych, których uważamy za zwycięzców. Richard Nixon bał się swoich rodziców, a my baliśmy się jego”.

Bez wątpienia „Nixona” Olivera Stone’a warto obejrzeć, choć jeszcze raz przestrzegam, że nie jest to film dla tych, których nie interesuje polityka, ani historia, ani nawet kino.

Richard Nixon - jedyny prezydent amerykański odsunięty od władzy

*

Advertisements

komentarze 23 to “ANATOMIA WŁADZY… i filmu (Więcej niż kino: „Nixon”)”

  1. tamaryszek Says:

    Logosie, no co to jest? Kolejny tekst o kinie, i kolejna analiza filmu, którego nie obejrzałam. Nawet nie wiesz, jak to na mnie działa deprymująco. Może to nie Twoja wina, ale co tu zajrzę, to czuję, że z czymś nie nadążam. A ponieważ niemal wszystko mam do zrobienia na wczoraj, a kilka spraw na przedwczoraj, to mnie to nie uskrzydla. Bo kiedy (…!) mam wreszcie obejrzeć tego Czerwonego Antychrysta Nixona, który nie wiadomo, czy wygrał, czy przegrał?!

    Wiem, że to nie jest zabawne dla nikogo poza mną. Nierozpoznawalne, bo piszę idiolektem osoby, która gdy ktoś zrobi coś udanego, zarzuca go komentarzem z pretensjami, że ona nie wiedziała albo nie mogła.
    No ale nic treściwszego i tak napisać nie mogę.
    Pozdrawiam
    ren

    PS.
    Przemyślę sobie Twoje teksty, gdy się wyzwolę z tempa stachanowców.

    • Logos Amicus Says:

      „Kolejny tekst o kinie, i kolejna analiza filmu, którego nie obejrzałam. Nawet nie wiesz, jak to na mnie działa deprymująco.”

      Tamaryszku, w takim razie musisz chyba zmienić swoje nastawienie do „nie obejrzanych” filmów, bo do końca życia będziesz się czuła „zdeprymowana” ;)

      PS. Czy również należysz do tych osób, które frustruje czytanie not o filmach, jakich jeszcze nie obejrzeli (więc z zasady ich nie czytają?… nie wspominając już o podjęciu dyskusji o kinie? ;) )

      PS2. Tematyka filmowa na moim blogu powoli się kończy, bo – jak widzę – przestaje to być zabawne, nawet dla takich kino(wo)manów, jak Ty :)

      PS3. Ale do kina i tak nadal będę chodził. A pewnie nawet coś tam będę sobie o moich wrażeniach pisał.
      Choć, mimo wszystko, nie chciałbym kłaść nacisku na „sobie” ;)

      Pozdrawiam
      i powrotu do tempa bardziej refleksyjnego (niż stachanowski) życzę :)

      • tamaryszek Says:

        :)
        1. Nastawienie ok.
        2. Nie, bynajmniej (patrz: wiersz 5. i 6.).
        3. Dlaczego? Jest zabawne. ;)
        4. Przecież nie tylko ten zaimek wchodzi w grę.
        5. Pozdrawiam. Jeszcze trochę.

      • Bazyl Says:

        Żadne mi tu „się kończy”! Tu ludzie czytają!

        • Logos Amicus Says:

          Witaj mi Bazylu na Wizji.

          Sam wiesz, coś się musi skończyć, aby zacząć się mogło coś ;)

          A jeśli czytają, to TUTAJ jest jeszcze wiele do poczytania :)

          Pozdrawiam
          (mając nadzieję, że nie będziesz tylko tu zaglądał, ale i „dawał głos”… czy też może raczej „zabierał” ;) )

        • Bazyl Says:

          No nie wiem czy jest sens bym dawał głos. Na sztuce filmowej od strony technicznej nie znam się w ząb, a odczucia mam raczej plebejskie. No i Ty piszesz i rozprawiasz o Filmach, a ja oglądam paszę :D

  2. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    U Ciebie jak zwykle tyle tematów do dyskusji… Ale ja z „Nixona” najsilniej przeżyłem to co tak trafnie określiłeś – „Anthony Hopkins organicznie wchodzący w skórę Richarda Nixona (brrrr!!!)”. Cały czas mi chodziło po głowie jak to wcielenie musiało Hopkinsa boleć! Mnie ten Nixon bolał gdy na niego patrzyłem więc co można powiedzieć o bólu Hopkinsa, który się musiał w niego wcielić. Wielki aktor!!!
    Pozdrawiam

  3. Torlin Says:

    Tematów do dyskusji jest kilka, oto moje propozycje:

    1. propozycja niefilmowa – proponuję, aby Drogi Amicus udowodnił tezę, że wojna w Iraku trwa i została przegrana przez Stany Zjednoczone.

    2. propozycja reżyserska (również mało filmowa) – udowodnienie, że są twórcy genialni, którzy wielokrotnie służą złej sprawie, podnoszeniu teorii spiskowych do rangi arcydzieł. Oliver Stone pokazał to w „JFK”, jak można balansować faktami pokazując to w paradokumentalnej atmosferze (o czym zresztą piszesz). Ci twórcy nie zdają sobie sprawy z siły niszczycielskiej ich dzieła. Sztandarowym przykładem tego typu filmów był „Rambo II”, w którym całe społeczeństwo amerykańskie uwierzyło, że wiele lat po zakończeniu wojny w Wietnamie Wietnamczycy w dalszym ciągu trzymają jeńców amerykańskich w obozach. Takie „oczyszczające” obrazy jak w „Plutonie” czy „Urodzonym…” można nakręcić o każdej wojnie, z jednej i drugiej strony.

    3. Ale nie zmienia to faktu, że dzieło jest wielkie.

    • Logos Amicus Says:

      Ad 1) Torlinie, to jest temat polityczny i – jako taki – bardzo jednak niewdzięczny (do tej pory dość skutecznie przeze mnie unikany, chociaż, zważywszy na to, o czym chcę napisać w najbliższej przyszłości, również zaplącze się tu polityka).
      Akurat tutaj wolałbym podyskutować na temat filmu (i tego, co napisałem w tekście – a on nie jest o wojnie w Iraku, o ktorej zrobiłem właściwie tylko wzmiankę, i to w przypisie napisanym 16 lat po powstaniu artykułu).

      Ad 2) Oczywiście, że twórcy „genialni” mogą służyć „złej sprawie” i często to robią (z tym, że oni tej sprawy nie nazywają „złą”).
      Naturalniee, że zajęcie się w filmie, a nawet głoszenie tamże teorii spiskowej, nie wyklucza tego, że można przy tym zrobić filmowe arcydzieło.
      Twoim zdaniem takie dzieło może być – jak piszesz – „niszczycielskie”, ale dla reżysera to właśnie jest to, co on chciał uzyskać: maksymalną (również poza-artystyczną) skuteczność swojej wizji zobrazowanej poprzez film.

      Ad 3) Chodzi Ci o „Rambo II”? :)

  4. Kartka z podróży Says:

    Torlinie,
    Logos cały zestaw tez a propos punktu 2 Twego komentarza, sformułował w swoim eseju.

    „1. FAKTY I POZÓR. Przystawanie filmowego obrazu do historycznej rzeczywistości. Przenikanie się fikcji i prawdy. Obiektywizm – subiektywizm autorów. Typowe dla kina emocjonalne zmącenie; wpływ uprzedzeń, konfrontacja z historycznym mitem. Iluzoryczność wynikająca ze specyfiki filmowego przekazu. Prawda emocjonalna i psychologiczna jako alternatywa, komentarz lub objawienie „prawdy” historycznej. Trudności z uchwyceniem tej „prawdy”. Wymóg syntezy i skrótowości – rola w tym metafory, wpływ przejaskrawienia…”

    Ja sobie do dyskusji wybrałem Hopkinsa, bo jego rola jest wielka. Zagrał człowieka wewnętrznie spiętego, wycofanego, przytłoczonego, zakompleksionego, połamanego przez historię… Niesamowita rola. Trudna, bo przecież większość z nas pamięta Nixona. Hopkins jest właściwie współautorem tego filmu.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Dzięki Kartko za ten cytat. Mam nadzieję, że Torlin go przeczyta… ;)

      A co do Hopkinsa? To już chyba po dyskusji, bo powiedziałeś o jego wystąpieniu wszystko, co najważniejsze.
      Może tylko dodam, że z czasem – tak mi się przynajmniej wydaje – nie otrzymywał on już niestety zbyt wielu ról godnych swojej aktorskiej klasy (no, chyba że ktoś mnie wyprowadzi z błędu, jeśli jakiś błąd tu czynię). Właściwie, to nie przypominam sobie żadnej jego roli z tego późniejszego okresu, która byłaby wybitna.

  5. cyd25 Says:

    Jeśli podobał wam się „Nixon”, gorąco polecam dwa filmy o podobnej tematyce (tzn. polityczno-biograficzne):

    – „Boski” (Il Divo), Włochy 2008. „Opera polityczna” – film biograficzny, filmowy portret wieloletniego premiera Włoch Giulio Andreottiego,
    – „Dni Sadata” (Ayam El-Sadat), Egipt 2001. Kolejna „Opera polityczna”, film biograficzny o Anwarze Sadacie, prezydencie Egiptu w latach `70-tych.

    O ile z Boskim nie będzie problemu (ja byłem na tym w kinie, ale przypuszczam, że jest w każdej większej wypożyczalni DVD), o tyle jeśli chodzi o Dni Sadata (swego czasu mega-popularny film w Egipcie), sam musisz pomyśleć. Ja zrobiłem do niego polskie napisy, są dostępne na popularnych napisowych portalach. Oba te filmy są świetne i porównywalne z Nixonem, jeśli oczywiście lubisz klimaty polityczne typu biografie prezydentów.

    Filmy te są porządnie zrealizowane, trzymają w napięciu (ja osobiście je uwielbiam), są w miarę zgodne z faktami, mają właściwie tylko jedną wadę: z reguły trwają 3 godziny…

  6. Bibliomisiek Says:

    Skusiłem się na „Nixona”. Dzięki, LA. Znam i uwielbiam (nie bezkrytycznie) filmy Stone’a sprzed „Alexandra” („JFK” to popis skończonej maestrii narracyjnej, „najkrótszy trzygodzinny film w historii kina”, jak ktoś to trafnie ujął), ale ten tytuł jakoś pomijałem. Sam nie wiem dlaczego, w każdym razie niesłusznie. Hopkins rzeczywiście stworzył wstrząsająco prawdziwą i dopracowaną kreację. Widziałem kilka jego ról, ale „Dick” przebija je wszystkie.

    Słuszne jest, że Stone nie podnieca się samymi „brudnymi” mechanizmami sprawowania władzy, bo trochę oczywistość, znając to co napisano i nakręcono na ten temat. O wiele ciekawsza jest kapitalnie pokazana skomplikowana, pełna kompleksów i niespełnionych ambicji psychika Nixona, napędzająca ten i tak już niebezpieczny mechanizm („wściekłe zwierzę”, mówi chyba hipiska przed Lincoln Memorial). Szokujące dla mnie jest też odkrycie, jak bardzo Nixon traktował politykę osobiście – adwersarz polityczny to natychmiast wróg osobisty (jednostkowy, zbiorowy – wszystko jedno). A racja stanu (NASZA racja stanu) uzasadnia w zasadzie wszystkie chwyty. I szokująco znajomo to wygląda. Każdy kolejny kwadrans filmu (nie skończyłem jeszcze oglądać) utwierdza mnie w tym poczuciu podobieństwa.

    „Wojna jest w nas”.

    • Logos Amicus Says:

      Podzielam opinię na temat „JFK”. Ten film to doprawdy majstersztyk, by nie napisać… arcydzieło kinematografii. Miałem to szczęście oglądać go na dużym ekranie, kiedy tylko pojawił się w kinach. Miałem wówczas wielką uwagę dla Stone’a (głównie dzięki „Plutonowi” i „Urodzonemu 4 Lipca”) więc tym większa była moja ekscytacja, kiedy zasiadałem w filmowym fotelu.
      Oczywiście, abstrahuję tu od prawdziwości (czy też fałszywości) wszystkich tych kontrowersyjnych rewelacji Stone’a związanych z zamachem na Kennedy’ego (i jego nawiązań do „teorii spiskowych” i to kilku naraz) – poglądy polityczne reżysera rzeczywiście są bardzo specyficzne, tudzież jego konstytucja psychiczna, (na którą z całą pewnością miała wpływ trauma wietnamska).
      „Nixon” również jest filmem bardzo dobrym, ale jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie jednak „JFK”.

      Słusznie postawiłeś jakąś granicę demarkacyjną w filmografii Stone’a przy „Aleksandrze”. Ja ten film oglądałem i (niestety) zbyt wiele Stone’a tam nie widziałem, za to zbyt dużo jak na mój gust było tam Colina Farrella ;)
      Natomiast pozytywnie zaskoczyli mnie „Urodzeni mordercy” (czego się absolutnie nie spodziewałem, bo ja bardzo nie lubię szpanerstwa niektórych filmowców – exemplum: Tarantino – polegającego na deklarowaniu, że są przeciwko przemocy, że przemoc tę denuncjują, a tak naprawdę tą przemocą się napawającymi i przemoc eksploatującymi, bo przecież jest ona taka dramatyczna i widowiskowa).

      A co do Nixona?
      On nie tylko był „wściekłym zwierzęciem”. On był przede wszystkim „wściekłym zwierzęciem politycznym”.
      Nota bene, film Stone’a o „Dicku”, nieźle chyba uzupełnia obraz Rona Howarda „Frost/Nixon” sprzed kilku lat.

      Pozdrawiam
      „Peace” :)

  7. Bibliomisiek Says:

    ja również załapałem się na kinowy „JFK”, dzięki ojcu; miałem wtedy 15 lat, więc można sobie wyobrazić jakie wrażenie zrobił :)
    W późniejszych latach obejrzałem większość tego co nakręcił, od „Salwadoru” i oczywiście „Plutonu” począwszy. Po prostu kocham namiętny, dyszący styl tych jego narracji, nie do pomylenia z nikim innym. Ten nerwowy montaż, setki krótkich ujęć, niepokojące kadry Richardsona (wielki operator, wielka wyobraźnia wizualna). Wybaczam mu manipulacje w „JFK”, choć o nich cały czas pamiętam (poza kilkoma teoriami spiskowymi naraz, choćby idealizowanie Garrisona, któremu podobno zdarzało się wymuszać zeznania).

    „Nixona” dopiero wczoraj skończyłem, i przyznam, że mnie zaskoczył wyważeniem. Można się było spodziewać, że Stone-lewicowiec kogoś takiego jak Nixon-konserwatysta potraktuje z pasją, ale z jednoznacznie negatywną oceną. Tymczasem obejrzałem mocny ale przecież wyważony i wielowymiarowy portret człowieka, który w gruncie rzeczy jest postacią strasznie tragiczną, który sam się tak naprawdę pokonał. Ta jego osobowość, ambicja i poczucie niższości, podejrzliwość, wewnętrzna alienacja – kiedy trafiły na instrumenty wielkiej władzy, spowodowały, że stracił nad tymi emocjami kontrolę (może jej nigdy nie miał, tylko wcześniej nie miały szansy na takie rozwinięcie?). No i w tym kontekście sir Hopkins naprawdę jest współautorem tego filmu, bo słabszy aktor nie przekazałby całej tej zniuansowanej złożoności.
    W każdym razie stwierdzam, że przed laty nie doceniłem Stone’a zakładając, że Nixon w jego ujęciu będzie jednoznacznie negatywnie oceniony. Mam może zastrzeżenia do zbyt prostych, jak mi się wydaje, tropów psychologicznych (rola matki!), ale może się mylę. Na pewno Stone postarał się swojego bohatera zrozumieć, nawet jeśli z nim nie sympatyzuje. I to mnie zaskoczyło in plus.

    „Frost/Nixon” widziałem – dobry film, ale to zupełnie nie ta klasa. W ogóle mam wrażenie, że kino amerykańskie skończyło się na 1995 roku, ale to temat na inną dyskusję.

    „Urodzonych morderców” widziałem raz i nie wrócę do nich, bo chociaż to bardzo dobry film, to jednak nie na moje nerwy. Tarantino zresztą, zrażony daleko posuniętą ingerencją w jego scenariusz, odciął się od niego, może dlatego Ci się ten film podobał – jest mało tarantinowski :)

    Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      Dzięki za bardzo ciekawy i treściwy komentarz.
      Wiele trafnych spostrzeżeń.

      Swoją drogą szkoda, że Stone już nie dysponuje wielkim budżetem, kręcąc swoje filmy – bo te filmy, na które miał wielkie środki finansowe, robił z wielkim gestem i rozmachem – w tym dobrym znaczeniu tego słowa. No ale to się, jak widać skończyło, pewnie po wpadce z „Aleksandrem”, który zrobiony był za duże pieniądze ale który poniósł klapę, nie tylko kasową, zresztą.

      Swoją drogą, kiedy już tak dużo piszemy o filmach Stone’a, to warto wspomnieć jeszcze o jednym jego filmie – „The Doors” z fantastyczną kreacją Vala Kilmera w roli Jima Morrisona.
      (No i może jeszcze o „Wall Street” – pierwszej części, oczywiście)



Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s