KOMUNIZM PO HOLLYWOODZKU (Więcej niż kino: „Czerwoni”)

Komunizm jako barwna kanwa dla burzliwego romansu?
Coś takiego mogło się zdarzyć tylko apologetom ustroju w służalczych kulturach państw „demo-ludowych” lub w… kapitalistycznym do szpiku kości Hollywood!

Diane Keaton i Warren Beatty w "Czerwonych"

„Czerwoni” („Reds”), film oparty na biografii Johna Reeda, autora głośnej, zajmującej się rewolucją październikową książki „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”, to jedno długie pasmo paradoksów. Film o komunistach pojawia się na amerykańskich ekranach w czasach, kiedy stery rządu przejmuje człowiek od 30 lat deklarujący się jako zagorzały przeciwnik wszystkiego, co bardziej na lewo. A w dodatku ktoś, kto jest (był) aktorem. Reaganizm to również przypływ w społeczeństwie amerykańskim kapitalistycznego wigoru i optymizmu, nadziei na kolejną hossę.
Pomysł pokazania Amerykanom w takim momencie filmu zajmującego się ruchem lewicowym w Stanach Zjednoczonych oraz przewrotem bolszewickim – a ponadto skłonnego do uwznioślania i heroizacji tematu – tylko z pozoru jednak wyglądał na ryzykowny i odważny. Jego projekt filmu zrodził się bowiem w głowie Warrena Beatty kilkanaście lat wcześniej, u progu lat 70-tych, kiedy to radykalizm młodego pokolenia nie wytracił jeszcze swego impetu i nie rozmył się w bezideowości nadchodzącej dekady. Kiedy więc Beatty zdobył sobie w Hollywood pozycję, dzięki której jego plany stały się  realne, było to już w czasie, kiedy premiera takiego właśnie filmu jak „Czerwoni” wydawać się mogła czymś niestosownym. Zresztą, zazwyczaj demonstracja „czerwieni” przed Ameryką dość alergicznie przecież wyczuloną na komunizm, wygląda jak wymachiwanie czerwoną płachtą przed bykiem.

REWOLUCJONISTA BEZ GŁOWY

Zetknąłem się z opinią, że tak naprawdę, to bohater grany przez Beatty’ego zachłystuje się rewolucjonizmem tylko po to, by śmiertelnie się na nim sparzyć. Lecz ja, niestety, nie odnalazłem w tym hollywoodzkim produkcie prawdziwego oblicza „10 dni, które wstrząsnęły światem”, ani tym bardziej rozczarowania Reeda tym wydarzeniem, o poczuciu skruchy nie wspominając. Cały przewrót październikowy ukazany jest jako „doniosłe wydarzenie historyczne” – z całą, idąca za tym, polityczną „pompą”. Pełni ono jednak w zasadzie tylko funkcję tła, wyznacza pewne momentum grandioso dla uwznioślenia romansu Reeda i Louise Bryant (Diane Keaton). Tryumf i burzliwość Rewolucji to tryumf i gwałtowność ich związku. Wybuch entuzjazmu rewolucjonistów ma służyć głownie podkreśleniu miłosnego uniesienia pary kochanków.
Dopiero na 20 minut przed końcem filmu (trwającego bite 3 i pół godziny) podejmuje się niejaką próbę kontestacji ciemniejszej strony sowieckiej rewolucji, którą wcześniej w zasadzie przez cały czas się ignoruje, zbywając niewygodne fakty milczeniem.

Ponoć zauroczenie Reeda ruchem komunistycznym skończyło się totalnym i bolesnym rozczarowaniem. Niewątpliwie, skoro był on człowiekiem równie uczciwym, jak i inteligentnym, musiał w końcu przejrzeć na oczy, spojrzeć ruskiemu niedźwiedziowi prosto w gębę, dostrzegając wreszcie jak mu paskudnie ze ślepi patrzy. Tego jednak w filmie nie zobaczymy. Reed w wydaniu Beatty’ego jest co najwyżej jakby nieco otumaniony. Jeśli rozczarowany – to niemożnością kontaktu z Louise, ze swoim krajem, (czyli Ameryką) oraz gwałtem jaki wydaje się mu zadawać Zinowiew (w roli tej widzimy samego Jerzego Kosińskiego) mówiący o zatraceniu się w rewolucji, poświęceniu się jej w całości i bezwarunkowo – odzierając go w ten sposób z resztek instynktownego amerykańskiego indywidualizmu. Dochodzi do tego, że Reed drze swoją rezygnację z członkostwa w Komitecie (którą miał złożyć w proteście przeciw ignorowaniu przez towarzyszy sowieckich jego macierzystej organizacji w Stanach)  i w nagrodę delegowany jest na Wschód, by zająć się agitką… tym razem świata arabskiego, bo również i tam zdążono się już zarazić komunistycznym tyfusem. To jednak okazuje się ponad jego siły. Dla „towarzysza” z jedną nerką, nadciśnieniem, szkorbutem i gruźlicą (skutek zarówno pobytu w fińskim mamrze jak i wśród rdzennych komunistów) podobny wypad musiał zakończyć się tragicznie.

JAK ZOSTAĆ BOHATEREM?

Ponoć Warren Beatty przez ponad dekadę pieścił w sobie ideę wcielenia się w bohatera romantycznego, jakim w jego mniemaniu był Reed i przeniesienia jego dramatycznego żywota na ekran. I to w „Czerwonych” widać – niestety kosztem historycznej ostrości i humanistycznej uczciwości – co pociąga za sobą zanurzenie się po uszy w melodramacie. A należy pamiętać, że Beatty przyjął na siebie zadanie producenta, reżysera, scenarzysty i odtwórcy głównej roli (czegóż to się nie robi by zneutralizować własną reputację bawidamka – największego kobieciarza Hollywoodu?). Przy czym, należy tu jednak dodać, że ukazuje on również tę mniej heroiczną stronę Reeda – jego słabości, konsternację i frustrację… przy czym bliższe to jest jakiejś chłopięcej kokieterii, niźli chęci dopełnienia ludzkiego wymiaru tej postaci.

Film skupia się przede wszystkim na ukazaniu związku Johna Reeda i Louisy Bryant, kobiety wyzwolonej, ekscentryczki, pisarki radykalnej, która zerwała ze swym burżuazyjnym środowiskiem uciekając z położonego w stanie Oregon Portland od męża – dentysty, wprost do bohemy nowojorskiej Greenwich Village, pogrążonej w intelektualnym fermencie początku stulecia. Tam, związana z Reedem, nie budząc zresztą większego zainteresowania wśród otaczających ją artystów, pisze lewicujące artykuły i towarzyszy kochankowi w jego coraz większym zaangażowaniu się i wikłaniu w ruch socjalistyczny. Flirtuje także przy okazji z samym Eugenem O’Neillem (Jack Nicholson powściąga swój cynizm odtwarzając postać słynnego dramaturga).

Romancing the communism: John Reed (Warren Beatty) dywaguje ideologicznie z Leninem (Roger Sloman)

*

Sugeruje się nam w filmie arystokratyzm postawy Reeda (motto obrazu: „Trzeba obrać sobie coś, dla czego warto żyć i za co warto umrzeć”) i jego rozdarcie między miłością do Louise a poświęceniem dla rewolucyjnej Sprawy (vel Idei)… Diane Keaton ma w filmie kilka wyśmienitych momentów, jednak odgrywanej przez nią postaci brakuje spójności (nie wspominając już o prawdopodobieństwie). Wszystko wskazuje na to, że służyć ma ona głównie naświetleniu ekranowej osobowości Reeda. Nie raz np. widzimy to  oniemiałe od podziwu oblicze Keaton będącej świadkiem płomiennych, pełnych pasji, rewolucyjnych wystąpień Reeda; lub tę wydumaną, absolutnie już fikcyjną przeprawę przez śnieżne ostępy Finlandii w celu połączenia się z romantycznym – tu: również umęczonym – kochankiem.
W takich momentach film niebezpiecznie zbliża się do sentymentalnych cliché, nadymając się patosem przypominającym nieco „Doktora Żywago” – jeszcze jedną „zamaszystą” epikę ukazującą „jak to Amerykanie wyobrażają sobie Rewolucje Bolszewików”. Moim zdaniem kompromituje to w pewnym stopniu wiarygodność związku Reeda z Louise, któremu wszak – z drugiej strony – nie brakuje jednak iskry i autentyzmu, bowiem scenariusz i reżyseria Warrena Beatty (za tę ostatnią otrzymał on Oscara) – trzeba to sobie uczciwie powiedzieć – jest  nad wyraz sprawna i profesjonalna.

FLIRT Z HISTORIĄ

Niewątpliwie, mimo swych skaz i usterek, ideologicznego błądzenia a nawet sporego rozbratu z realiami, film ów wart jest uwagi oraz naszego, trzy i pół-godzinnego z nim obcowania. Jest to bowiem mimo wszystko obraz „z klasą”, nie pozbawiony przy tym duszy. W Ameryce określono go jako film będący jednocześnie komedią romantyczną, chwytającym za serce melodramatem, filmem kostiumowym, spektaklem na olbrzymią skalę, lekcją historii, parabolą dla współczesności.

„Film kostiumowy”?, „melodramat”? – ma pewno; „komedia romantyczna”?, „spektakl”? – być może; „lekcja historii”?, „parabola dla współczesności”? – no… z tym ostatnim to już trudno się jednak zgodzić. Czy może lekcją historii być obraz, w którym tak zbrodniczy eksperyment ludzkości – jakim de facto była rewolucja bolszewicka (z wszystkimi jej powikłaniami) – wykorzystuje się do wygrywania własnych romantycznych tęsknot i ciągot, nie obdarzając go przy tym należytym i odpowiedzialnym komentarzem. Czy naiwność (nieświadomość? a może świadoma ignorancja?) Warrena Beatty’ego może go usprawiedliwiać? Już to, że w Hollywood umożliwiono mu nakręcenie takiego filmu – wykładając na to dziesiątki milionów dolarów – mówi samo za siebie. Otóż nikt nie wierzył w jego szkodliwość, nikt się go nie obawiał, umieszczając go w przynależnym mu naturalnie wymiarze ludycznej (rozrywkowej) fantazji.

* * *

Amerykanin w pogoni za komunistycznym złudzeniem

*

Advertisements

Odpowiedzi: 15 to “KOMUNIZM PO HOLLYWOODZKU (Więcej niż kino: „Czerwoni”)”

  1. Torlin Says:

    Znowu nie oglądałem :(
    Ale niezrozumienie Rewolucji Październikowej w Stanach Zjednoczonych jest całkowicie zrozumiałe. USA od zawsze było krajem ludzi wolnych, walczących o przetrwanie, ale niezależnych od nikogo. Tymczasem ówczesna Rosja była krajem – można wręcz powiedzieć – niewolników, ludzi przypisanych do ziemi mimo pozornej swobody, zdani na łaskę i niełaskę ludzi stojących wyżej od nich. Na miejscu ówczesnych Rosjan każdy by się zbuntował. Ze szczególną dokładnością widać to było podczas I Wojny Światowej, w której Niemcy wyżynali całe dywizje żołnierzy źle dowodzonych, ciągle karanych i prześladowanych.

  2. Logos Amicus Says:

    „…niezrozumienie Rewolucji Październikowej w Stanach Zjednoczonych jest całkowicie zrozumiałe”

    Tak, ale ja tego jednak nie rozumiem :)
    Bo z jednej strony w żadnym innym chyba kraju na świecie komunizm nie był tak znienawidzony (wystarczy sobie przypomnieć choćby McCarthy’ego) – więc niby wiedziano czym on pachnie.
    A z drugiej – te melodramatyczne i romantyczne podchody, jak np. w „Czerwonych”.
    Czyżby więc: każdy temat jest dobry, aby tylko opowiedzieć dobrą baję?

    • Torlin Says:

      To są moim zdaniem dwie różne sprawy. O niezrozumieniu pisałem w tym kontekście, że wolnemu człowiekowi w Stanach nie przychodziło do głowy, że jakikolwiek inny człowiek może żyć w takim upodleniu, jak to było w Rosji. On nie umiał sobie po prostu tego wyobrazić.
      A inaczej było z McCarthym, tutaj zadziałała panika, wyobrażenie, coś na kształt „Wojny Światów”, lęku przed nieznanym. Coś w rodzaju walki z żydostwem w Polsce, gdzie nie ma Żydów.

      • Logos Amicus Says:

        Także uważam, że są to dwie różne sprawy, jednakże z trochę innych przyczyn, niż Ty to wyłuszczyłeś (Beatty to jest bardzo inteligentny człowiek i myślę, że dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo człowiek może być zniewolony i upodlony – i czym tak naprawdę była sowiecka rewolucja – tylko że nie chciał tej świadomości „aplikować” do swego filmu. Podobnie jest z innymi Amerykanami – oni nie wszyscy są tacy głupi i pozbawieni wyobraźni, jak to z pozoru wygląda ;) )
        Natomiast co do MacCarthy’ego – to pełna zgoda: on „jechał” na tej powszechnej, uniwersalnej, ogólnoludzkiej skłonności do doszukania się we wszystkim teorii spiskowej, wykorzystał także histerię i antykomunistyczną paranoję, jaka wówczas się w Ameryce rozpleniła.

        Powiadasz, że to także lęk przez nieznanym – „coś w rodzaju walki z żydostwem w Polsce, gdzie nie ma Żydów”?
        No tak, ale kiedy w Polsce walczono tak naprawdę z żydostwem, to jednak wtedy Żydzi w Polsce (jeszcze) byli. Dlatego teraz ich nie ma (czy też raczej jest ich znikoma ilość.)
        Lecz to prawda – i tak niektórzy nadal sobie wyobrażają, że z nimi walczą (taka polska donkiszoteria).

  3. Kartka z podróży Says:

    Ale to przecież Logosie tylko hollywoodzka produkcja jakich wiele. Jak napisałeś epicki romans z rosyjską rewolucją w tle. Równie dobrze mogłaby być chińska albo wietnamska.
    Mnie ciekawi czemu nie próbowano sfilmować Babla „Armii konnej” albo „Dziennika 1920 roku” To doskonała, bardzo filmowa literatura. No i trudno by ją było sknocić hollywoodzką manierą.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Bo ja (przyznaję – być może naiwnie) oczekiwałem, że w filmie Beatty’ego znajdzie się więcej „prawdy” historycznej, którą tutaj pojmuję, jako ukazanie takźe tej potwornej, nieludzkiej, terrorystycznej strony Rewolucji Październikowej (albo przynajmniej jakiegoś nawiązania do tego, przejawu świadomości, że coś takiego było). Gdyż to nieprawda, że Hollywood nie może się w sposób odważny i radykalny zmierzyć z trudnymi, bolesnymi, tragicznymi, niewygodnymi tematami, o czym świadczą choćby filmy, jakie Amerykanie nakręcili o wojnie wietnamskiej, w rodzaju „Czasu Apokalipsy” Coppoli, „Plutonu” Stone’a, „Full Metal Jacket” Kubricka… etc.)

      Ale masz rację – to sprawa konwencji. Warren Beatty sobie taką (romantyczno-melodramatyczną) przyjął, i już. Jego sprawa. A ja, jako widz, mogę się jej poddać, wziąć udział w tej maskaradzie, razem z nim się zabawić… albo i nie. W tym przypadku zrobiłem to jakby dwuaspektowo, połowicznie – zgodziłem się z konwencją (z jednej strony), co jednak nie pozbawiło mnie zastrzeżeń i krytycyzmu (z drugiej).

      Poza tym, ten tekst powstał kilkanaście lat temu. Teraz zapewne o filmie Warrena Beatty napisałbym inaczej (co nie oznacza, że ja się tej recenzji teraz wypieram).

  4. Kartka z podróży Says:

    Jeszcze jest Logosie jedna sprawa. „Czas Apokalipsy”, „Pluton”, „Full Metal Jacket” to są ich tematy – ich traumy. Amerykanie je przepracowali. Bolszewickiej rewolucji los im oszczędził, więc chyba nie czują do końca jej dramatyzmu, tragizmu. Może gdyby rosyjski reżyser za hollywoodzkie pieniądze się tego podjął film byłby prawdziwy.

    Oglądałem kilka amerykańskich filmów o – przepraszam za zwrot – walkach klasowych w Stanach. Pamiętam obraz o strajku dokerów – bardzo prawdziwy i przejmujący. Nie chodzi mi o „Na nabrzeżach” z Brondo tylko nowszy – chyba z 70 – 80 tych lat. Niestety nie pamiętam tytułu. Ale to był doskonały film co dowodzi, że sobie świetnie radzą z tą problematyką. Jeśli to ich dotyczy.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo trafna uwaga!
      Rzuciłem właśnie okiem na listę (a właściwie na kilka list) filmów uznanych za największe osiągnięcia amerykańskiej kinematografii.
      Pierwsze wrażenie: są to niemal wyłącznie obrazy, w których Amerykanie zajmują się tylko i wyłącznie swoimi sprawami, albo też tym, co ich bezpośrednio dotyczy (ale to jeszcze o niczym nie musi świadczyć – przecież najwybitniejsze filmy każdej kinematografii podchodzą do swoich tematów bardzo egocentrycznie).

      Tym, co może wszak wydać się uderzające, jest to, że kiedy amerykańskie kino bierze się się za temat, który dotyczy innych, to właśnie ucieka przede wszystkim w jakąś konwencję, rodzaj stylistycznej mistyfikacji, która z tzw. realizmem zwykle niewiele ma wspólnego.
      Doskonałym przykładem są tu właśnie „Czerwoni” czy „Doktor Żywago”, ale można przy tej okazji wymienić jeszcze sporo innych filmów tego rodzaju: „Spartakus”, „Kleopatra”, „Lista Schindlera”, „Lawrence z Arabii”, „Pasja”… etc.

  5. Kartka z podróży Says:

    Logosie, film o którym pisałem mial tytuł „Piekielny Brooklyn”

  6. markus Says:

    myślę, że głównym mankamentem filmu jest jego sztywna konwencjonalność gatunkowa – jako melodramatu. czyli: poznają się, jest im cudownie na zmianę z kłótniami. w końcu dramat i śmierć jednego z kochanków – schemat znany od czasów Szekspira.
    no i w końcu największy zarzut. „czerwoni”? to taki film o komunizmie jak „przeminęło z wiatrem” jest filmem o wojnie secesyjnej. przeciętny widz niestety nie dowie się z niego jak na przełomie XIX i XX wieku ruch robotniczy stał się dominującym nurtem ideologicznym. obraz rewolucji bolszewickiej, Rosji, Rosjan jest niestety iście jak na 1981 rok przystało reaganowsko uproszczony. momentami bałem się, że zobaczymy członków Kominternu pijących wódkę pomiędzy kolejnymi żarliwymi wiecami i machaniem czerwonymi flagami.

  7. czara Says:

    „Czyżby więc: każdy temat jest dobry, aby tylko opowiedzieć dobrą baję?”

    Nie widziałam filmu, ale znając powierzchownie zasady kina Hollywoodzkiego, to wydaje mi się, że tak.
    Wątpię, żeby ktoś tam w kinie szukał lekcji historii, z wyczerpującym komentarzem i wszystkimi odcieniami szarości. Raczej chodzi o rozrywkę, dziwi mnie więc Twoje zdziwienie.

    • Logos Amicus Says:

      Czaro, nie zawsze tak jest.
      Mimo wszystko Hollywood to nie tylko rozrywka, choć w całej swojej masie hollywoodzkie produkty bliższe są jarmarku, niż sztuce tzw. „wysokiej”.
      Mógłbym tutaj wymienić całe mnóstwo filmów, które niosły ze sobą coś więcej niż rozrywkę, były „zaangażowane” w coś wyższego, wartościowego, cennego… niosły ze sobą jakieś głębsze przesłanie.
      Takie były np. filmy wspomniane przez Kartkę (głównie z przełomu lat 60-tych i 70-tych); takie były filmy zajmujące się tematyką wietnamską (właściwie wszystkie filmy jakie kręcił np. Oliver Stone obdarzone były mocnym angażującym się w coś istotnego, nerwem).
      Zresztą, niektórzy twórcy nawet pod płaszczykiem rozrywki, przemycają coś głębszego.
      Podobnie może być z widzem: niby tylko się bawi, ale coś może zostać w nim na dłużej – niekoniecznie beztroskiego, wesołego, bezmyślnego…

  8. georgeeliot Says:

    „FLIRT Z HISTORIĄ”

    Chyba największym flirciarzem w tej materii był Josef von Sternberg, który nakręcił film o Katarzynie II (1934).
    I nawet talent Marleny Dietrich nie jest w stanie uratować ogólnego wrażenia:

    • Logos Amicus Says:

      O, było takich flirciarzy z historią wielu – zwłaszcza w kinematografiach państw o jedynie słusznym ustroju ideologii, (które – wszystkie jak jeden – chciały zawłaszczyć własną historię według swojego ideologicznego klucza.

      A Katarzyna II w filmie von Sternberga?
      Wydaje mi się, że von Sternberg nie tyle lansował sex-appeal carycy, co swojej kochanki ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s