METAFIZYCZNY KICZ, POETYCKI HORROR, ARTYSTYCZNY PORNOS? (Więcej niż kino: „Antychryst”)

Na granicy sztuki i pornografii - czyli mainstreamowe kino ekstremalne Larsa von Triera

Pierwsze minuty filmu Larsa von Triera są zaiste hipnotyczne: czarno-białe (z całą symfonią odcieni), pięknie skomponowane kadry w zwolnionym tempie – i w zbliżeniach – ukazują akt seksualny mężczyzny i kobiety, na przemian z widokiem dziecka, które budzi się, schodzi z łóżeczka, widzi kochających się rodziców, wspina się na parapet otwartego okna, staje nad przepaścią i…
A wszystko dzieje się przy boskich dźwiękach arii „Lascia Ch’Io Pianga” Haendla.
Wow?… pomyślałem sobie. Skoro tak to się zaczyna, to co dopiero będzie dalej?

Ale dalej było różnie: obrazy bez mała wizjonerskie przeplatające się z takimi, które przypominały horrory klasy B; przejmująca, sięgająca głębi symbolika sąsiadująca z metafizyką dla ubogich; wstrząsające doświadczenia wewnętrzne bohaterów pomieszane z tanią, pseudo-terapeutyczną psychoanalityczną papką.
Co jest grane?… myślałem sobie raz po raz, ale dopiero na spotkaniu z odtwarzającym główną rolę Willemem Dafoe, które odbyło się po projekcji filmu, dotarła do mojej świadomości przyczyna tych wahań. Stało się to wtedy, kiedy Dafoe powiedział, że Lars von Trier tworzył swoje dzieło znajdując się w głębokiej depresji.
To by tłumaczyło wiele: trącący geniuszem reżyser wspina się na szczyty natchnienia by następnie ześliznąć się w prostrację – przy czym powtarza się to cyklicznie.

Sam tytuł jest wielce mylący – „Antychryst”.
Można się więc było spodziewać np. czegoś w rodzaju apokaliptycznej wizji ogarniającej krańce Universum, a co najmniej takiej o zasięgu globalnym (czyli jednak lokalnym). Tym zaś co zobaczyłem na ekranie, była dość kameralna tragedia rozgrywająca się między dwójką protagonistów: mężem – terapeutą a żoną – psychopatką, którzy uciekają w jakieś leśne głusze (do swej chatki zwanej… uwaga! – Edenem), gdzie próbują dojść do siebie po stracie własnego dziecka. Czyli dokładnie tak: „mała, mroczna historyjka”  jak to określił na spotkaniu z widzami Dafoe.
Skąd więc ten tytuł?
Ach to wszystko przez to, że Lars lubi się czasem tak zaafiszować – dopowiedział jeszcze Dafoe.
No i jak to brzmi, jakie jest chwytliwe! – dodałem sobie we własnym zakresie.

Film może zapisać się w pamięci choćby tylko z powodu dwóch scen (chociaż tak naprawdę chciałbym pamiętać jedynie ten jego oniryczny, przejmujący i niezwykłej urody początek, który nie wahałbym się nazwać małym filmowym arcydziełem).
Pierwsza z tych scen ukazuje męski członek w stanie erekcji, z którego zamiast spermy tryska krew; druga zaś wielką na cały ekran pochwę, z której oszalała kobieta wycina sobie nożyczkami łechtaczkę.
Ufff…

Natura jako "kościół Szatana" - poletko, na którym rozgrywa się horrendum cierpienia istot żywych?

Naturalizm i brutalność niektórych scen jest wręcz szokująca. Gdyby nie artystyczna klasa von Triera (a reżyser mimo wszystko ją posiada, co przecież udowodnił nie raz jeden), również skłonny byłbym nazwać te obrazy sado-masochistyczną pornografią, jak uczynili to co poniektórzy krytycy kina.
Ale nie nazwę, bo, po pierwsze – tak tego nie odebrałem, a po drugie – chyba jednak wyczuwam intencje reżysera: Lars nie epatuje nikogo okrucieństwem, perwersją, seksem, patologią, obsceną, nihilizmem… on to wszystko… przeżywa.

Wygląda na to, że podobnie jak Nietzsche chciał swoją filozofię uprawiać młotem, tak Lars von Trier chce nam dać w kinie po łbie obuchem – także potraktować nożem, wiertarką, szpadlem, pałą, a nawet… szlifierką!
Ale nie po to, by się nad kimś znęcać, lecz po to, by wstrząsnąć tym co siedzi w nas głęboko, poprzez strach skłonić do refleksji – nawet jeśli doprowadziłoby to kogoś nad nihilistyczne przepaście.
Wspominam sobie teraz tę jego uroczą opinię, że film winien być niczym ten kamyk w bucie… (No, ładne mi to kamyczki!)

Oczywiście, że wszystko to balansuje na granicy porno i groteski, ale moim zdaniem tej granicy nie przekracza.
Tak naprawdę, to tylko w jednym momencie uśmiechnąłem się z pewnym niedowierzaniem i chyba jednak z lekką żenadą: otóż wtedy, kiedy na ekranie pojawił się jakiś wyleniały, zmokły lisek-apokalisek, który przerywając na moment wyjadanie własnych wnętrzności, zacharczał nam prosto w uszy: „rządzi chaos!”.
Ha!
Również „objawienia” typu „Natura jest kościołem Szatana” plasowały się wg mnie zbyt blisko zalatującej nieco kiczem pseudo-filozoficznej pretensjonalności, gotowej taplać się w jakiejś mętnej metafizyce.

Niemniej jednak film jest w stanie dostarczyć materii na dyskusję o wzajemnych relacjach natury i człowieka (w tym natury mężczyzny i natury kobiety); o istocie żalu, strachu, cierpienia, rozpaczy, bólu, odkupienia…; o ciążącym nam od zarania grzechu pierworodnym; o predestynacji naszych klątw i upadków… co poświadczyła dyskusja, jaka wywiązała się po projekcji „Antychrysta” między widzami a Willemem Dafoe (doskonale przez wszystkich pamiętanego choćby z „Plutonu” Olivera Stone’a, czy „Ostatniego kuszenia Chrystusa” Martina Scorsese) i krytykiem filmowym „Chicago Tribune” Michaelem Philipsem.

Mimo wszystko film ten gotów jestem ocenić dość wysoko, bo wydaje mi się, że przenika go – tak, proszę się nie śmiać! – głęboka pasja tworzenia, jaka wyróżnia „Antychrysta” z całej tej miałkiej masy szpanerskich bzdetów i dyrdymał, której pełne jest dziś kino popularno-popkornowe.
A że film nie ma właściwie żadnego przesłania?
No cóż, czy każde poetyckie dzieło sztuki musi mieć przesłanie?
* * *

Obok scen brutalnych i odrażających - obrazy urzekające swoją poetyką i mistycznym tchnieniem

*

Reklamy

komentarze 42 to “METAFIZYCZNY KICZ, POETYCKI HORROR, ARTYSTYCZNY PORNOS? (Więcej niż kino: „Antychryst”)”

  1. eskulap Says:

    Myślę, że warto przeczytać ciekawą recenzję autorstwa Wojciecha Jóźwiaka pt. “Wywołując diabła z lasu. O filmie ‘Antychryst’ Larsa von Triera”:

    Film należy do dobrze zdefiniowanego gatunku: jest to horror psychiatryczny (nie wiem, czy taka nazwa jest przyjęta) czyli opowiada o tym, jak świat szaleńca-psychotyka wnika do realu, siejąc grozę. Film von Triera jest dość podobny do klasyki tego gatunku, mianowicie do “Shining” Stanleya Kubricka z niezapomnianym Jackiem Nicholsonem w roli psychopaty-mordercy. Tam szaleńcem był zamknięty na odosobnieniu wraz z żoną i synkiem mężczyzna, pisarz-nieudacznik – tutaj szalenicą jest kobieta niemogąca napisać pracy dyplomowej, a rzecz też dzieje się w miejscu odosobnionym. Tutaj tak samo jak tam mamy mikroświat: kobieta, mężczyzna i dziecko, z tą różnica, że tu dziecko ginie, a mężczyzna i kobieta są każde zarówno ofiarą i katem. – On ją, obłudnie, “dla jej dobra”, dręczy psychicznie, ona jego torturuje (potwornie!) fizycznie; on ją zabija (bardzo mało elegancko, dodam. Sorry, że zdradzam zakończenie). W starciu tych dwojga, mężczyzna reprezentuje Rozum, kobieta – Emocje. Kobieta w toku swoich studiów historycznych, które prowadzi, nad prześladowaniami czarownic…

    Tu dygresja: GŁUPI TŁUMACZU! Gdybyś w mateczniku siedział… Nie, wróć! Nie ta bajka. – Gdybyś zajrzał do słownika, widząc nieznane ci słowo… Nie musiałbym się za ciebie wstydzić potem w kinie. Otóż w filmie trzy razy pojawia się słowo gynocide. Dwa razy jako tytuł książki, lektury Kobiety do jej dyplomu, raz jako napis odręczny. Za każdym razem nieszczęsny tłumacz przełożył je jako “ludobójstwo”, robiąc widzów w trąbę. Bo to znaczy: KOBIETOBÓJSTWO. A w tym kontekście, eksterminacja rzekomych czarownic, głownie w krajach germańskich i głównie w XVI-XVII wiekach. Ludobójstwo byłoby po ang. genocide. Jedna literka różnicy, a jaki obciach. Bo tłumacz myślał, że wie lepiej.

    Bohaterka filmu w toku swoich studiów odkrywa, że z tytułu swojej płci należy do świata Natury, a że czarownice-czcicielki Szatana zyskiwały władzę nad Naturą (umiały sprowadzać burzę, co jej samej też się udaje), to w jej umyśle powstaje skojarzenie, iż Natura jest świątynią Szatana – co oświadcza mężowi. I o tym właśnie jest film: o tym, że Przyroda nie jest niczym sentymentalnym, przeciwnie, jest epifanią Szatana czyli tytułowego Antychrysta, miejscem i “trybem” jego manifestowania się, a kobiety należą do jego królestwa. Co zaznaczono w tytule, w słowie Antychryst zamiast końcowego “t” kładąc astrologiczny znak planety Wenus, ten znany krzyżyk z kółkiem u góry.

    Tu od razu dodam, że widzę niekonsekwencję twórcy filmu w tym, że dał taki tytuł, “Anty-Chryst”, a nie włączył żadnej aluzji do “Chrysta” bez “anty” – co niedobre, bo kiedy mowa o jakimś “anty-coś”, to koniecznie trzeba zauważyć i to “coś”, czemu tamto “anty-coś” przeczy, gdyż samego “anty” sensownie używać nie można.

    Kobiety są zatem – takie przesłanie film niesie – od Szatana. Bohaterka filmu do tego doszła podczas swoich samotnych lektur w domku w leśnym odosobnieniu, chciała to odkrycie zapomnieć, jednak jej mąż zbrojny w zimny Rozum psychoterapeuty uświadomił to jej na nowo. Wtedy wstąpiła w nią dzika siła czyli szaleństwo. Miejscem, poprzez które Kobiecość kontaktuje się i łączy z Diabelskością, [1] jest clitoris – i dlatego kobieta pod koniec filmu sobie tę cześć ciała usuwa drastycznie.

    Wątek prześladowań czarownic, choć pojawia się na drugim planie, jest ważny i można w nim widzieć wręcz klucz do tego filmu. Sprawa czarownic, niby należąca do zamkniętego rozdziału historii, tutaj odżywa na nowo. Bohaterka wciela się w postać czarownicy, przeżywa – teraz, w XXI wieku – ten sam proces psychiczny, który czterysta lat temu czynił jej przodkinie autentycznymi czarownicami. Ale pytanie, w jakim stopniu kult i obrzędy czarownic były samorodne, a na ile wykreowane, wymyślone przez ich prześladowców-inkwizytorów i nieszczęsnym kobietom zwrotnie wmówione? Bo przecież, owe proste gospodynie, bez pomocy usłużnych teologów-oprawców być może by całego tego pandemonium jednak nie wymyśliły? Tamta historia powraca. Męski bohater filmu, wzięty psychoterapeuta, który usiłuje przywrócić do normalności własną żonę, naprawdę wciela się we współczesnego inkwizytora, który nie tyle odkrywa, co usilnie buduje w jej umyśle kult zła, któremu ona się jakoby oddała. Gdyby nie jego pseudo-terapia…

    Jest w filmie jeszcze jeden wątek, dość aluzyjnie przez autora napomykany, mianowicie domyślamy się, że w trakcie samotnego – tylko z dzieckiem – pobytu na odosobnieniu, Kobieta zaczęła podejrzewać, że jej synek jest urodzonym Szatanem. Jego krzyk słyszała dochodzący zewsząd: z lasu, z doliny, z nieba. Na zdjęciach, już po śmierci dziecka, od której zaczyna się film, mąż, a wraz z nim my-widzowie, odkrywa, że dziecko miało buty zakładane przez matkę na odwrót, prawy na lewą nogę, a pośmiertna sekcja wykazała drobne defekty w kościach stóp. A przecież Zły jest kulawy! I zapewne dlatego (tak się domyśla widz) Kobieta pozwoliła mu wypaść z okna.

    Pisząc o tym filmie nie mogę nie ironizować. Film jest dobry jako horror, bo faktycznie straszy, natomiast nie jest głęboki! Łatwo daje się przejrzeć, a schemat, na którym został zbudowany, przeziera przezeń jak rusztowanie przez teatralną dekorację. Nabrałby może głębi, gdyby prócz samego Anty-Chrysta jeszcze jakiś “Chryst” tam był, czyli ktoś, komu tamten Szatan przeczy.[2] Ale nikogo takiego tam nie ma, więc film robi wrażenie takie, jakby ateista bluźnił. Tylko komu? W pustkę? Śmieszne.

    Co jeszcze tam widzę: zwykłe banie się mieszczucha lasu. Do tej pory wydawało mi się, że to Amerykanie mają wdrukowany lęk przed lasem, co im został pewnie z czasów, kiedy między drzewami straszni Irokezi się kryli, i dlatego las w amerykańskich filmach widzimy tylko w horrorach. A teraz okazuje się nie, że Europejczycy w osobie von Triera też lasu się boją.
    Co do Ameryki: z pewnej wzmianki w filmie wynikałoby, że film dzieje się w USA właśnie, gdzieś koło Seattle na Północnym-Zachodzie. Tymczasem las był europejski, dokładnie w Niemczech, bo plenery kręcono gdzieś koło Waldeck w Nadrenii. Nie wiem, “co autor chciał przez to powiedzieć”.
    No więc bardzo to jest razem powierzchowne i teatralne, i dalekie od Prawdziwego Lasu.

    Mam żal do Triera, że propaguje aż tak dalece negatywny stosunek do Przyrody. Mój jest inny… I jeszcze coś. Kilka dni wcześniej oglądałem – żałuję, że tylko na ekraniku laptopa – film “Księżniczka Mononoke”, japońską animkę-mangę Mizayakiego, tego, który później zrobił piękne “Spirited Away” i “Ruchomy zamek Hauru”. Jest wielka przyjemność oglądać jego filmy i myślę, że bierze się ona właśnie stąd, że jest w nich coś z japońskiego ducha. A duch Japonii nie został zainterferowany chrześcijaństwem. Natura dla Japończyków najwyraźniej pozostała miejscem wcieleń i pobytu jej własnych istot, jej własnych duchów-bóstw, jej kami. Dlatego jest siłą, która stoi naprzeciw człowieka, mu równą. I człowiek może jej siłą się karmić – nawet jeśli z nią, Naturą i jej Lasem, walczy. Tymczasem Europejczyk-chrześcijanin odarł Naturę z jej Sacrum. Uczynił ją Pustą. Odtąd nie było już dla niego Lasu – był skład drewna, jeszcze nie pociętego. Uderzyło mnie na początku filmu wypowiadane wielokrotnie angielskie słowo na określenie “lasu” – woods. Bo dosłownie, owo woods znaczy: sztuki drewna! No wiec jak sobie ścieliłeś, tak się wysypiasz, wiatreś siał, burzę zbierasz. Odarłeś Europejczyku Przyrodę z sensu, to teraz ci się w niej szatany lęgną.

    Wojciech Jóźwiak

    Przypisy
    [1] Niby szyszynka w mózgu, gdzie w myśl koncepcji Kartezjusza dusza miała łączyć się z ciałem.

    [2] Zastanawiałem się, czy na Chrystusa nie został upozowany Mężczyzna, czyli mąż-terapeuta. Coś z tego jest: zostają mu przebite nogi, zstępuje, a raczej sam się wczołguje, ranny, do “otchłani”, skąd wychodzi po jakimś czasie, wygrzebany przez szaloną żonę, wreszcie w końcowej scenie wspina się na górę, wlokąc drewnianą kulę niby swój krzyż. Ale czy nie większe jest podobieństwo do Edypa Przebitostopego?

    • Logos Amicus Says:

      Eskulapie, dzięki za podesłaną recenzję.
      Rzeczywiście warto ją przeczytać, bo jest ona bardzo przenikliwa i zawiera kilka ciekawych interpretacji… (z którymi zresztą nie musimy się zgadzać).
      Każdy widz jest bowiem uprawniony do odczytania filmu na swój sposób, i każda interpretacja się liczy – „every interpretation is valid”, jak powiedział na spotkaniu po projekcji sam Dafoe.
      Zresztą, zapytany przy innych okazjach o to, co „miał na myśli” von Trier, przypomniał jego słowa, które usłyszeli od reżysera co bardziej agresywni i dociekliwi krytycy w Cannes: „To wy jesteście moimi gośćmi. Ja nie muszę się tłumaczyć, ani niczego objaśniać. Tak naprawdę to nie robiłem tego filmu dla publiczności.”

  2. czara Says:

    Hm, jest to jedyny film von Triera, którego z premedytacją nie obejrzałam. Powiedzmy, nie mam ochoty dostawać obuchem w kinie, nie zawsze. Ale po tej recenzji mam ochotę zobaczyć chociaż początek… (reszty jednak już nie ;)

    • Logos Amicus Says:

      Czaro, przecież wiesz, że ten „obuch” należy potraktować metaforycznie.
      PS. Dobrze jednak, że dodałaś „nie zawsze”, bo przecież dobra sztuka może nami czasami nieźle potrząsnąć i „dać nam po głowie”.

      • czara Says:

        Nie zawsze i nie w każdy sposób, Logosie. Znam swoją wrażliwość i wytrzymałość i wiem, że nigdy nie obejrzę pewnych „arcydzieł” choćby takiego Cronenberga.

        • Art Says:

          Cronenberg? Nie znam tego reżysera.Czy możesz napisać co w jego filmach jest odpychającego, co Cię odrzuca,bo tak zrozumiałem?

  3. antychrysteq Says:

    Widziałem ten film na pokazie przedpremierowym. Powiem tak, dotąd Von Trier należał do moich ulubionych współczesnych reżyserów (a niewielu takich mam). Obawiałem się, że akurat ten film mu nie do końca wyjdzie i rzeczywiście nie wyszedł. Widzę tu tylko dwie możliwości: albo „Antychryst” jest jednym z najgenialniejszym filmów w historii kina (z tym że jest to geniusz, którego mój wątły umysł nie jest w stanie ogarnąć), albo jest to jeden z największych gniotów, jaki kiedykolwiek wyszedł z pod ręki reżysera o uznanym nazwisku (tym samym jeden z najgorszych filmów walczących o złotą palmę jakie widział Cannes)

    Zaryzykuję stwierdzenie, że jednak to drugie. Podobno film miał być rewelacyjny od strony wizualnej. IMO nie jest. Owszem, strona wizualna filmu to jedyne, co w tym koszmarku warte uwagi, ale zachwytów brak. Efekty specjalne również pozostawiają wiele do życzenia. Mocną stroną filmu jest za to ciekawa paleta kolorów.

    Sala w Muranowie przynajmniej w kilku momentach rechotała, a i bez chrapania się nie obyło. „Artystyczne pierdnięcie”, to faktycznie dość trafne określenie, chociaż ja bym to raczej nazwał pierdnięciem artystowskim.

    A za co Gainsbourg dostała nagrodę aktorską, to sam tylko antychryst raczy wiedzieć…

    • ja_filip Says:

      Piękny i niezwykły film. Psychodelia jakich mało. Lars von Trier pokazał na co Go stać. Jak na razie wszystkie Jego filmy są genialne i każdy niby podobny, ale jednak zupełnie inny. Już sam nie wiem czego się można po Nim spodziewać.

  4. enen Says:

    Uważam, że po raz kolejny zostaliśmy zaskoczeni przez LvT. Wynika to z faktu, iż stawiając się na komisję filmową w wydaniu w/w autora należy całkowicie wyzbyć się wszelkich oczekiwać wynikając z naszej ambicji kinowej, zapowiedzi czy recenzji.

    Ubranie filmu w strój autorstwa LvT jest podstawowym wyznacznikiem kina z jakim zamierzamy się zmierzyć. Należy mieć na uwadze, że będzie to, z dużym prawdopodobieństwem, prowokacja. Niewymiarowe dzieło, które niemalże zawsze przybiera pozę osobistego wyznania.

    Opuszczenie kina tudzież śmiech na sali uważam za obronę odbiorcy przed ,,samobiczowaniem”, na które <> nie każdy miał w tym dokładnym momencie ochotę. Film ,,Antychryst” żyje i nie pozwala żyć innym. Jest on niczym wirus, które walczy zacięcie z naszym mechanizmem obronnym. Boimy się emocji zawartych na niewielkim ekranie i nie chcemy sobie pozwolić na ich ekspresję.

    Film jest nierówny, poszarpany i trudny. Dlaczego ma być inny? Wedle mojej opinii, temat dramatu i natury człowieka został tu przedstawiony z należytym i niewyolbrzymionym szacunkiem. Groteskowość scen, między innymi przemowa lisa ludzkim głosem, była zamierzona. Może tak wygląda popadanie w obłęd, przeskoczenie bariery terapeuty i ,,dotknięcie” źródła problemu jaką jest nasza natura tak skrzętnie chowana za rozwojem cywilizacji i wiedzy.

    Film potraktujmy jako utwór muzyczny, który wyzwoli w nas prawdziwe lęki. Polecam.

  5. Deus ex Machina Says:

    Tekst o filmie von Triera ukazał się na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”. Myślę, że warto przytoczyć tu kilka głosów, pochodzących z komentarzy, jakie wówczas się pod „Antychrystem” ukazały (październik 2009 r.):

    MAGAMARA: Logosie, cieszę się, że piszesz o tym filmie. Był u nas w kinach jakiś czas temu, ale niestety z opisów, które przeczytałam, wydawało mi się, ze to tandetne apokaliptyczne bzdety, które są reklamowane populistycznym plakatem. Ciesze się, że jest inaczej i mam nadzieje, że za jakiś czas uda mi się go obejrzeć na DVD.

    Von Trier jest ciekawym reżyserem. Nie wszystkie wcześniej oglądane filmy zrobiły na mnie wielkie wrażenie, ale zawsze był w nich pewien intrygujący, nowatorski aspekt. Pewnie vontrierowski, specyficzny zamysł, który właśnie wcale nie musiał się widzowi podobać, ale zmuszał go do refleksji.

    LOGOS AMICUS: Magamaro, problem z filmem Larsa von Triera jest taki, że jest on miejscami genialny, to znów miejscami tandetny.
    Jeśli jednak dla kogoś kino jest czymś więcej niźli tylko konsumpcyjną rozrywką, to uważam, że film ten warto zobaczyć, (tym bardziej, że reżyserował go człowiek, który w kinie światowym się liczy.)
    W Chicago doszła do tego możliwość spotkania się z odtwórcą głównej roli Willemem Dafoe i wzięcia udziału w dyskusji po projekcji. Jako zagorzały kinoman, nie mogłem sobie takiej okazji darować :)
    * * *

    ALELLA: Powiem szczerze, że mnie naturalizm i brutalność scen zupełnie się nie podoba. Wręcz nie lubię filmów, w których są takie sceny, bez względu na artystyczną klasę reżysera, czy aktorów. Zawsze potrzebuję odrobiny miejsca dla własnej wyobraźni i domysłów. Nie potrzebuję z detalami widzieć wycinania łechtaczki, czy woreczka robaczkowego. Dla mnie to nie artyzm! Zwykła medycyna dla praktykantów akademii medycznej.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    LOGOS AMICUS: Lecz jak bez naturalizmu czy ukazania brutalności można przedstawić np. okrucieństwo wojny czy rzeczywistość obozu koncentracyjnego? Czy mamy zrezygnować z ukazywania na ekranie np. zbrodni katyńskiej czy koszmaru spod Verdun tylko dlatego, że nie lubimy na to patrzeć?
    A wycinanie łechtaczki? Czy to jest jakaś fikcja? Nie dla tysięcy afrykańskich dziewczynek, którym do dzisiaj to się robi.
    Ja nie unikam takich dyskomfortowych obrazów, nie oczekuję od sztuki, by dostarczała mi jedynie przyjemności – chcę widzieć świat w jego pełni, taki jaki jest naprawdę.
    A obok błogości, przyjemności, radości jest w nim jeszcze ból, strach, cierpienie.
    Nie chcę chować głowy w piasek, nawet jeśli miałoby się to wiązać z zobaczeniem czegoś strasznego, przerażającego.
    Pozdrawiam.
    PS. Artyzm nie zależy od tematu, którym się zajmuje. Czyli: z jednej strony w sposób artystyczny można ukazać największą makabrę; z drugiej zaś, nawet aniołka można odmalować bez krzty artyzmu.

    ALELLA: Ależ Logosie, czyż nie większym artyzmem jest pokazanie bólu poprzez przeżycia dziewczynki, a potem dojrzałej kobiety, poddawanej wycinaniu łechtaczki, niż pokazanie tej części ciała, a także nożyczek w formacie zupełnie nienaturalnym, jakiego nawet ginekolog nie widuje? Penisy też wolę oglądać w naturalnym rozmiarze ;)
    Nie łączyłabym tego przykładu (bo na nim jedynie się skupiłam pisząc poprzedni komentarz) z obrazami okrucieństwa zbrodni wojennych, bo to zupełnie inna kategoria filmów.

    LOGOS AMICUS: Dajmy więc sobie spokój z tą łechtaczką :)
    (No cóż, ja tego samego – co Ty – o penisach nie mogę powiedzieć, ale przyznaję Ci rację: dość niezręczne było to moje zestawienie filmu Larsa von Triera z filmami o wojnie. Lecz chodziło mi o danie jakiegoś przykładu – o zwrócenie uwagi na to, że temat nie przesądza o artyzmie (lub jego braku), oraz że nie wszystko, co pokazuje sztuka, musi się nam podobać, czy też sprawiać nam przyjemność.
    Poza tym, czym innym jest jednak obraz wielkiej na cały ekran pochwy, kiedy pokazuje nam go w kinie Lars von Trier, a czym innym, kiedy pokazuje go jakiś „reżyser” pornosów.
    Tak więc: pochwa pochwie nierówna :)

    ALELLA: Co racja… to racja! Przekonałeś mnie.
    * * *

    GEORGE ELIOT: Antychryst to symbol destrukcji. Być może reżyser wybrał taki, a nie inny tytuł filmu, żeby pokazać, jak łatwo można zniszczyć własny świat, stając się dla niego antychrystem, a dla samego siebie zaprzeczeniem?

    „Ale dalej było różnie: obrazy bez mała wizjonerskie przeplatające się z takimi, które przypominały horrory klasy B…
    Co jest grane?… myślałem sobie dalej raz po raz…”

    A może ze strony reżysera to było zamierzone? Właśnie kontrasty najbardziej biją po oczach, zapadają w pamięć, działają. Ważne, żeby umiejętnie przedstawić nawet opatrzone rzeczy – wtedy zaczynają wyglądać całkiem inaczej, zaczynają szokować i prowokować.
    Przypomniała mi się „Fontanna” Duchampa…

    LOGOS AMICUS: George Eliot, nie wiem dlaczego Lars von Trier nadał swojemu filmowi tytuł „Antychryst”.
    Jak by nie było, jest to tytuł „chwytliwy”. (I może właśnie to było głównym powodem?)
    Nie sądzę, aby pewna tandetność niektórych scen była przez reżysera zamierzona (bo właśnie ową tandetność miałem głównie na myśli, pisząc, że film von Triera jest nierówny i obok scen czy momentów genialnych, zawiera również takie, które trącą kiczem i właśnie tandetą – czy to estetyczną, czy też myślową, filozoficzną…)
    * * *

    KADARKA: Nie podyskutuję z Tobą, bo filmu nie oglądałam. Odstraszyła mnie scena drzewna (pierwsza fotka), która jest jakby wizytówką filmu i którą dość często wdziałam w necie. Zapowiedz jakieś schizy, poruszenia widza innością strony intymnej, terapii szokowej? Nie mówię, że komuś może zrobić się nieswojo w kinie albo po obejrzeniu mieć podobne fantazje. Nie jesteśmy dziećmi, które wzorują się i silnie reagują na przekaz na ekranie. Myślę jednak, że takie filmy wpływają na naszą podświadomość, tym silniej im jednostka słabsza, mająca głębsze problemy. Większość filmów ucisza rzeczywistość, ale stwarza nowe dylematy. Czasem jest tego za dużo.
    Na pewno nowością jest inność tego filmu, a ja przy jego oglądaniu będę czujna na każdy bodziec podprogowy (ewentualny).

    LOGOS AMICUS: Kadarko, to nie jest film dla wszystkich.
    Dlatego zdziwiło mknie to, że w Polsce znalazł się on w tzw. „szerokim rozpowszechnianiu”, dostępny dla wszystkich w kinowych multi-plexach, gdzie szła na niego choćby młodzież oczekując jakiegoś horroru typu „Piła”, czy też zwabiona tzw. „momentami”.
    Tymczasem winien on być prezentowany w kinach studyjnych, dla specjalnej, „wyrobionej”, dojrzalszej publiczności.
    Przy czym, nie chodzi mi tu absolutnie o jakąś cenzurę, ale o to, by nie dopuszczać do sytuacji, kiedy może trafić nań przypadkiem ktoś do odbioru takiego filmu nieprzygotowany. Gdyż rzeczywiście – szok jakiego można wtedy doświadczyć może źle rzutować na psychikę, zwłaszcza u osób o niskim progu tolerancji na oglądanie scen drastycznych, pełnych krwi i przemocy.

    Z dyskusji jakie przejrzałem na kilku forach internetowych w naszym kraju mogłem wywnioskować, że niewielu widzów odebrała ten film jako taki, (czyli w kategoriach sztuki kina), natomiast dla zdecydowanej większości stał się on pretekstem do podsycania naszych narodowych kłótni i bojów społeczno-obyczajowych, głównie między zagorzałymi „obrońcami wartości” a krytykami kościoła katolickiego, między tzw. „moherem” a antyklerykałem… etc.
    Poza tym, poziom tych dyskusji był zazwyczaj żenujący i – prawdę pisząc – przygnębił mnie bardziej niż sam film.
    Pozdrawiam
    * * *

  6. Miriam Says:

    Myślę, że warto też przeczytać recenzję Tadeusza Sobolewskiego:

    Bo „Antychryst” to płacz 53-letniego dziecka. Dlatego nie pasuje do niego tytuł, pożyczony od Nietzschego, który za Antychrysta uważał po prostu siebie, mężczyznę zbuntowanego przeciwko kobiecej „religii litości”. Von Trier natomiast wszelkimi sposobami wymusza litość dla swego porte parole (Willem Dafoe) – mężczyzny skrzywdzonego przez Kobietę i Naturę (Charlotte Gainsbourg). „Lascia ch’io pianga” – brzmi towarzysząca pierwszym obrazom słynna aria Haendla z opery „Rinaldo”:

    „Pozwól mi płakać
    nad mym okrutnym losem,
    wzdychać za wolnością.
    Niech ból zerwie więzy
    mojego męczeństwa,
    przez litość”.

    W czarno-białym prologu zawiera się jądro dramatu. Mężczyzna i kobieta kochają się – widzimy to w zwolnionych obrazach mających cechy przeestetyzowanej pornografii. Za oknem pada śnieg. Dziecko, dwuletni synek kochającej się pary, być może odczuwając podświadomą więź z przeżywającymi orgazm rodzicami, wychodzi z łóżeczka, wspina się na parapet okna i wypada. Jest podejrzenie, że matka widziała niebezpieczeństwo i nie była w stanie przerwać rozkoszy.

    Śmierć zostaje w ten sposób skojarzona z seksem. Kobieta, przeżywając poczucie winy, popada w psychozę, ma lęki, wizje. Mąż staje się jej terapeutą. Dalsze części filmu rozgrywają się w scenerii bajki o Babie Jadze: leśny domek; szumiące dęby („Natura – tchnienie Szatana”); zwierzęta z bajek dziecięcych, niektóre przemawiające ludzkim głosem; narastająca agresja kobiety stopniowo zamieniającej się w oprawcę; rany; kaleczenie genitaliów – zakończone operacją podobną do tych, jakim podlegają kobiety z niektórych plemion w Afryce.

    W szaleńczym potoku obrazów, w aluzjach do „wiedzy tajemnej”, astrologii, buddyzmu, szamanizmu, historii czarownic etc. zostają ze sobą utożsamione: kobiecość, natura, seks, śmierć i szatan. Rodzenie styka się z umieraniem. Obrazem, który von Trier ukazuje jako najbardziej odrażający, jest sarna rodząca martwy płód. Płynie z tego niewesoła myśl: może lepiej było się nie narodzić? Wizja bólu istnienia, nad którą artysta nie chciał lub nie umiał zapanować, powierzona nam na surowo, niestety, nie wstrząsa, nie boli.

    Ma się ochotę powiedzieć: ból istnienia? Wielkie mi rzeczy! Pozostaje zakłopotane pytanie: co mu się stało? Czego przestraszył się jako dziecko? Jęku rozkoszy rodziców? Ja też go słyszałem i nie płaczę.

    Całość recenzji TUTAJ.

    • Logos Amicus Says:

      Recenzja Sobolewskiego jest dość zgryźliwa, ale w wielu miejscach bardzo sugestywna a nawet trafna.

      Myślę, że sporo mogą powiedzieć słowa samego Larsa von Triera, które w formie „Wyznania reżysera” otrzymali dziennikarze akredytowni na Festiwalu w Cannes, gdzie odbyła się premiera filmu:

      „Dwa lata temu przeszedłem depresję. To było dla mnie całkiem nowe doświadczenie. Wszystko, ale to absolutnie wszystko wydawało mi się pozbawione znaczenia. Nie mogłem pracować. Pół roku później siadłem do pisania scenariusza. Był to dla mnie rodzaj terapii, ale też sprawdzian, czy potrafię jeszcze robić kino. Sceny wyłaniały się bez żadnego racjonalnego porządku, bez logiki, jak ze snu. Znów poruszyłem temat »natury «, ale tym razem wprost, w sposób bardziej osobisty. Nie mam nic na swoje wytłumaczenie, ofiarowując wam »Antychrysta «, poza moją absolutną wiarą w ten film”.

      Tyle von Trier.
      To co mówi jest jednak bardzo istotne (przynajmniej jeśli chodzi o mechanizm powstawania filmu), choć radziłbym jednak ostrożność w interpretacji jego słów, które przecież wcale nie muszą (i moim zdaniem nie powinny) przesądzać o czyimś odbiorze tego filmu.

  7. Torlin Says:

    O „Erratum” pozwoliłem sobie napisać u siebie. Przepraszam Amicusie za prywatę.

    • Logos Amicus Says:

      Nie masz za co przepraszać, Torlinie.

      PS. A Twoją „recenzję” „Erratum” przeczytałem i muszę przyznać, że po raz kolejny dokumentnie mnie rozbroiłeś :)

  8. Jula Says:

    No cóż, ludzie sami od zarania potrafili stwarzać „wymyślne piekło” w imię różnych idei czy po prostu dla pieniędzy, bogactwa !…
    Działo się tak, dzieje i dziać będzie!…
    Te filmy to takie bajki dla dorosłych, chociaż w dawnych bajkach dla dzieci też było pokazywane zło i niestety nie zawsze z klasycznym zakończeniem, że dobro zło zwycięży!… Np. słynne z okrucieństwa „Baśnie Braci Grimm”!…
    Ja przyznam się strzeże, że ostatnio w ogóle nie potrafię fimów ogladać, bo tyle w nich okrucieństwa – to okrucieństwo z życia i z filmów do życia, to takie jakieś wspólne koło napędowe rozmachowe! … :(

    • Logos Amicus Says:

      Tak, można jeszcze dorzucić innego słynnego klasycznego bajarza – Andersena, u którego też nie brakowało ciemnego okrucieństwa i spektakularnego zła.

      Masz rację, to wszystko bajki – także dla dorosłych (jak np. ten „Antychryst”)
      Lecz (wszystko na to wskazuje) bajki ludziom są bardzo potrzebne (i to nie tylko dzieciom).
      I widocznie są także potrzebne te, które ukazują zło i okrucieństwo (bo w jakiś sposób pozwalają niektórym ludziom to zło i okrucieństwo odreagować, oswoić, rozbroić – ustalić własną wobec zła relację).

  9. Jula Says:

    NO WŁASNIE PO TO JE OPOWIADANO DZIECIOM, TO JAKBY TAKA PIERWSZA NAUKA ŻYCIA ! … ;) :D ))

  10. liritio Says:

    Nie poświęciłam aż tyle rozmyślań „Antychrystowi” kiedy wyszłam z kina dawno temu. Teraz widzę, że może szkoda, bo Twoje wrażenia i recenzje podlinkowane w komentarzach czynią z filmu mocno histerycznego coś, co ma swoje rozsądne (?) wyjaśnienie. I właściwie film plus recenzje robi się znacznie ciekawszy, co może świadczyć o jego wielkości (do ilu przemyśleń i dyskusji prowadzi) jak i małości (bez tej całej paplaniny „Antychryst” jest niczym). To już zależenie od opinii własnych zapewne.

    Dla mnie „Antychryst” miał dwie strony: tę, którą mogłam z zaciekawieniem oglądać i tę, na którą bezczelnie zamykałam oczy (czyli wszystkie drastyczne naturalizmy, bez których moim zdaniem można było się obejść).
    I chociaż nie powiem, żebym z przyjemnością dokończyła seans, zainteresowała mnie część o kobiecie, która popada w obłęd pod wpływem okrutnego w sumie męża. Ile razy w trakcie filmu warczałam, żeby on jej wreszcie dał spokój. I dostał za swoje, psychiki nie wolno dręczyć. Film stał się jeszcze ciekawszy w momencie, kiedy na jaw wyszły fakty dotyczące już wcześniejszego szaleństwa bohaterki, która sama w dzikiej głuszy poczuła zew natury. I jakby uczeń chyłkiem przerósł mistrza, tak ona przechytrzyła uczonego męża i tak czy siak psychicznie była skrzywiona, zanim on cokolwiek zauważył.
    Natomiast idea Antychrysta nie przemówiła do mnie zbytnio, może oglądałam mało uważnie ze względu na zamykanie oczu w niektórych momentach (zatykałam uszy i zjeżdżałam pod fotel), ale nie odnalazłam w tym filmie wytłumaczenia dla tytułu.

    • Logos Amicus Says:

      Widzę Liritio, że solidarność kobieca odzywa się nawet wtedy kiedy kobieta łamie mężczyźnie kości, tnie piłą jego ciało a w kolanie wywierca mu wiertarką dziurę, by następnie zakopać go żywcem pod ziemią.
      Just joking ;)

      To zrozumiałe, że film Larsa von Triera wzbudził takie kontrowersje, głównie dlatego, że reżyser ten cieszy się w środowisku filmowym niewątpliwą estymą, (na którą zapracował sobie poprzednimi filmami) i nie da się raczej jego obrazu zbyć jednym słowem: szmira.
      Zresztą… nawet na temat bzdury można prowadzić ciekawe dyskusje, które już wcale bzdurne być nie muszą.

      Ktoś się może zapytać: czy „Antychryst? wart jest całej tej uwagi, wszystkich tych dywagacji, analiz, rozstrząsań i interpretacji? Lecz – wobec tego, co przed chwilą napisałem – jest to wg mnie pytanie źle postawione, a jeśli nawet już jest – to powinno być ono chyba retoryczne. Bo każdy temat może być źródłem (pretekstem powstania) czegoś cennego, ciekawego, wartościowego. Czy np. Genet (obdarzony pewnym talentem literackim utracjusz i recydywista) wart był tego, aby Sartre (jak by nie było jeden z najwybitniejszych umysłów XX wieku) poświęcił mu liczącą jakieś parę tysięcy ;) stron książkę? Tutaj jakby liczy się mniej Genet, a bardziej rozprawa Sartre’a.
      Ale być może zbyt daleko odbiegam od tematu.

      Widzę, że jednak męczyłaś się oglądając „Antychrysta”. I z tego co piszesz wnioskuję, że – sorry za dosadność – to jednak nie był film dla Ciebie. Wygląda na to, że reżyser użył środków, które przerastały Twoją tolerancję progową dla wizualnego ekscesu (to dlatego zamykałaś oczy i uszy i chowałaś się pod fotel ;) )
      Właśnie – widzowie o niskim progu wrażliwości powinni takich atrakcji unikać (tak np. jak zrobiła to Czara). Ja chyba jestem w tym obtrzaskany, bo… reagowałem na obsceny von Triera w sam raz – tzn. na granicy szoku, bez konieczności chowania się za plecy mojej żony i zwracania na podłogę popcornu.
      (Oczywiście żartuję: popkornu nie jadam, zwłaszcza w kinie ;) )

      Trzymajmy się jednak powagi: jak napisałem w moim tekście, von Triera (a ściślej: użycie przez niego takich kontrowersyjnych, ekstremalmycyh środków) usprawiedliwia w moich oczach kilka aspektów: to, że impulsem do kreacji tego filmu była autentyczna pasja towrzenia; to, że to, co pokazywał, głęboko przeżywał – czyli nie było w tym żadnej chucpy. No i szczerość: on się po prostu przyznał, że w czasie kręcenia tego filmu był w głębokiej depresji. (Czy było to jakieś tam mizdrzenie się? Wątpię, bo zwykle depresja jest czymś, co deprecjonuje człowieka w oczach nastawionego na sukces, fason i dobre samopoczucie społeczeństwa Zachodu).

      A poza tym: poświęciłem temu filmowi tyle uwagi nawet nie tylko dlatego, że jestem nieuleczlnym miłośnikiem kina, że mimo wszystko dość mocno go odebrałem, że nawet w filmowym bzdecie potrafię się doszukać jakiejś wartości… ale także dlatego, że oglądałem go w obecności wrażliwych i myślącycyh ludzi, o czym świadczyła dyskusja jaka miała miejsce po projekcji – nota bene z udziałem samego Willema Dafoe, co także nie było bez znaczenia ;)

      Pozdrawiam

      • liritio Says:

        Solidarność kobieca to podstępna kwestia, ale ogólnie masz rację :) co prawda kiedy przytoczyłeś wszystko, co nieszczęśnika z ręki żony spotkało, stwierdzam, że faktycznie mocno przesadziła (lekko mówiąc), ale w trakcie filmu udowadnia, że on w tym wszystkim nie był bez winy, aczkolwiek reakcja była nieproporcjonalna.

        Dosadność jakoś przebolałam :) i zgadzam się w zupełności, to nie był film dla mnie, szkoda, że zrozumiałam to już po fakcie.
        I zupełnie na marginesie, czy tylko popcornu nie jadasz w kinie, czy w ogóle jesteś przeciwny konsumpcji kinowej? Naprawdę mnie to zainteresowało, bo ja na przykład… Hm, no dobra, może bez przesady, rozmowa o kinowych przekąskach jako dygresja do tematu „Antychrysta” to jednak zbytnio nie po drodze.

        Szczerość twórcy, w tym przypadku Von Triera, faktycznie czyni jego ekstremalne zapędy reżyserskie łatwiejszymi do tolerowania/zrozumienia/docenienia… To, że nie zakrywa się artystycznym wizerunkiem czy niezrozumiałym geniuszem twórcy, tylko stwierdza prosto: sorry, miałem depresję. I ja to jestem w stanie kupić.

        A dyskusji w obecności Willema Defoe zazdroszczę oczywiście bardzo, już cała zieloniutka siedzę :)
        Tak całkiem serio, żałuję, że Wschodnia Europa rzadko zwabia co większe osobistości w swoje skromne progi.

        I miłego, eee (zawsze to przeliczenie godzin), miłego wieczoru :)

        • Logos Amicus Says:

          Warto zwrócić na te słowa von Triera, który powiedział, że kiedy robił film będąc w depresji „… sceny wyłaniały się bez żadnego racjonalnego porządku, bez logiki, jak ze snu. Znów poruszyłem temat »natury «, ale tym razem wprost, w sposób bardziej osobisty. Nie mam nic na swoje wytłumaczenie, ofiarowując wam »Antychrysta «, poza moją absolutną wiarą w ten film”.

          Tak więc, nie wydaje mi się, że był on „sorry” że zrobił ten film, że w ten sposób go tworzył, że depresja wpływała na jego kształt i treść… etc.
          Sam mówi wyraźnie, że „wierzy” w swój film, a więc uważa go za coś wartościowego i nie sądzi bynajmniej, że depresja wszystko mu przy tym „skopała”.
          Zresztą, temat związków depresji (neurozy) i procesu twórczego to temat baaaardzo szeroki.

          PS. Nie mam nic przeciwko konsumpcji w kinie. Ale mam przeciw… siorbaniu, mlaskaniu, gulganiu i szeleszczeniu różnymi papierzyskami, z których wygrzebuje się (po ciemku) karmę.
          Niestety, czasem mam wrażenie, że niektórzy widzowie bez popkornu filmu by nie przeżyli ;)

  11. Chihiro Says:

    To ja pozwolę sobie zacytować samą siebie, z notki, którą napisałam bardzo dawno już temu i wplotłam w nią refleksje po obejrzeniu „Antychrysta”:

    Obejrzałam w końcu „Antychrysta” Larsa von Triera i poczułam wielką ulgę. Przyzwyczajona jestem, że dzieła duńskiego reżysera nie stanowią plastra na duszę. To niewygodne filmy, które oglądam z reguły kręcąc się w fotelu czy na kanapie i współodczuwając z bohaterami. Von Trier jednak przyciąga mnie niczym muchę na plaster miodu i uwielbiam jego drążenie ludzkiej psychiki. W „Antychryście” bohaterowie mają drążeni dziury nie tylko w psychice, ale także w ciele i niestety musiałam zamykać oczy. Potrafię sobie dobrze wyobrazić ból fizyczny, nie trzeba mi go naturalistycznie przedstawiać. Nie zamierzam analizować całego filmu, bo opierając się o różne teorie psychologiczne i te z pogranicza psychologii można by napisać o nim całą książkę. Rewelacyjna gra aktorska zrobiła na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak wspaniałe zdjęcia. Najbardziej jednak zainteresowała mnie analiza lęków bohaterki. Lęków, które od strachu przed naturą, poprzez Szatana kończą się na lęku przed samą sobą. Lęku przed ciemną stroną własnej psychiki. To właściwie żadna nowość, chyba nie jestem jedyną, której przez głowę przebiegła myśl, co by się stało, gdybym np. stojąc na stacji metra zepchnęła mężczyznę stojącego przede mną wprost pod nadjeżdżający pociąg. Albo gdybym wychyliła się bardziej z okna i specjalnie wypadła. Albo celowo nie złapała upadającej szklanki, a pozwoliła jej się spokojnie rozbić. To nie są grozne myśli, tak samo szybko jak się pojawiają, tak też znikają bez śladu. Nawet nie zdążą mnie zaniepokoić. Problem pojawia się, gdy takie myśli człowieka nawiedzają i nie chcą odejść, albo gdy człowiek na siłę je odpędza, bo uważa je za niebezpieczne, a one kumulują się i w pewnym momencie zaczynają rządzić psychiką. Bohaterka filmu dała się owładnąć lękowi i ma powody, by sądzić, że jej lęk jest destrukcyjny. Wyrządza swojemu partnerowi i jednocześnie terapeucie wiele krzywdy, ale najbardziej zszokowały mnie inne krzywdy – bohaterka systematycznie zakładała swojemu synkowi prawy but na lewą stopę i odwrotnie. Niby drobiazg, ale to było działanie z premedytacją, na spokojnie, najczystszy przejaw ciemnej strony duszy. Bohaterka nie skończyła na „co by było gdyby”, ona postanowiła któregoś dnia wprowadzić swoje myśli w czyn i owe czyny powtarzać.

    „Antychryst” uspokoił mnie i wyciszył. Nie okazał się tak niewygodny jak inne filmy von Triera. Lęki bohaterki nie są moimi lękami, to były obawy osoby chorej psychicznie, a ja jestem zdrowa. I potrafię sobie radzić z własnymi emocjami lepiej niż czasem mi się wydaje. A czasem też moje emocje pozytywnie mnie zaskakują…

    • Logos Amicus Says:

      Ciekawe jest to, co piszesz o filmie Larsa von Triera i związanej z nim konotacji psychologicznej (jeśli chodzi o nasze myśli „dziwne” i lęki), ale – przyznam – najbardziej zbulwersowało mnie owo: „‚Antychryst’ uspokoił mnie i wyciszył”.
      No, to ładny mi Antychryst, co uspokaja nas i wycisza :)

      Doprawdy trudno mi jest wyobrazić sobie kogokolwiek, którego by ten film „uspokoił i wyciszył”. Najprawdopodobniej jesteś jedyną osobą na świecie, na którą ten film tak podziałał ;)

      Jeśli rzeczywiście tak się stało, to mogę się tylko domyślać dlaczego?
      Otóż w grę wchodzi tu kilka wariantów, z których, pozwolisz, że wymienię dwa:

      – albo (wiedząc o drastyczności niektórych obrazów pokazanych w filmie przez von Triera) „zablokowałaś się” psychologicznie, „opancerzyłaś”… i dlatego nie miały one do Ciebie niejako „dostępu”
      – albo odmówiłaś „Antychrystowi” siły psychologicznego oddziaływania (w tym przypadku: na swoją wyobraźnię), dystansując się do niego, jako do dzieła sztuki, które może na Ciebie wpłynąć
      – albo (podświadomie) problemy poruszone w filmie są jednak dla Ciebie źródłem lęku i dlatego wyparłaś je ze świadomego spotkania z filmem – tym sposobem je ignorując

      Tylko w ten sposób sobie mogę to wytłumaczyć, gdyż wiem przecież, że jesteś osoba bardzo inteligentną i wrażliwą, tudzież raczej nie obojętną jeśli chodzi o przeżywanie sztuki.
      (Oczywiście wszelkie warianty opatruję znakiem zapytania – gdyż nie chcę być posądzony przez Ciebie o pretensję bycia Wszechwiedzącym ;) )

      Chihiro, chcę abyś wiedziała, że pozwoliłem sobie na tę „prywatę” tylko dlatego, iż sama zakończyłaś swój komentarz bardzo osobiście.
      I prawdę mówiąc to zakończenie też mnie zastanowiło (no cóż na to poradzę? :) ) Gdyż piszesz: „Lęki bohaterki nie są moimi lękami, to były obawy osoby chorej psychicznie, a ja jestem zdrowa. I potrafię sobie radzić z własnymi emocjami lepiej niż czasem mi się wydaje. A czasem też moje emocje pozytywnie mnie zaskakują…”
      Bo cóż to znaczy być zdrowym psychicznie? Norma jest przecież w pewnym sensie abstrakcją, a granice między chorobą a zdrowiem dość płynne (zwłaszcza między chorobą a zdrowiem psychicznym. Czy na prawdę nie mamy – uważając się za osoby zdrowe psychicznie – lęków, obaw i myśli charakterystycznych dla osób psychicznie chorych?
      Dlaczego więc niekiedy lękamy się choroby psychicznej i analizujemy pod tym kątem nasze własne zachowania i reakcje (a czegoś takiego doświadcza właściwie każdy człowiek – zwłaszcza człowiek wrażliwy i obdarzony wielką wyobraźnią).

      Czy możesz być szczera, jeśli zechcesz odpowiedzieć mi na to pytanie? (Tylko nie pisz, proszę, że przecież zawsze jesteś szczera ;) )

      Pozdrawiam serdecznie

      • Chihiro Says:

        Pojęcie normy zdrowia psychicznego zależy od bardzo wielu czynników: wychowania, kultury, w jakiej żyjemy, okresu historycznego, wyznawanej (bądź nie) religii i wielu innych. Myślę, że osoba zdrowa psychicznie – weźmy naszą kulturę zachodnią za kontekst dla ułatwienia, inaczej można sie pogubić mocno – miewa wiele lęków i obaw, ale jest ich świadoma i stara sobie z nimi radzić, w przeciwieństwie do osoby chorej, która albo zaprzecza lękom albo uważa je za objaw najzupełniej normalny. I nie mam tu myśli lęków racjonalnych, a irracjonalne, które najczęściej cechują osoby chore psychicznie, np. jeśli wyjdę pięć minut po ustalonym czasie przydarzy mi się coś złego czy paniczna fobia przed, dajmy na to, schodami ruchomymi. Jest różnica między zwykłym lękiem, do opanowania, a fobią, z którą bez pomocy nie sposób sobie poradzić. Przypuszczam, że wiele osób właśnie przez pryzmat lęków/fobii rozróżnia zdrowie i chorobę psychiczną, ale pewności nie mam, nie znam się na psychiatrii.

        Wyrwałam fragment na temat filmu z kontekstu, jak napisałam, a było tam więcej. I nawet Ty sam tę notkę skomentowałeś u mnie na blogu :) Pisałam tam dalej o kontenerze Mirosława Bałki, a zaczęłam od Davida Lyncha.

        Dlaczego „Antychryst” mnie wyciszył? Nie bardzo lubię takie spekulowanie na temat osoby, którą się zna słabo, tak jak Ty to uczyniłeś, w dodatku nie jestem na kozetce u psychologa i nie muszę się uzewnętrzniać. Zresztą uważam, że nadmierna analiza siebie samego, której tak się czasem przyklaskuje na Zachodzie, nie jest niczym dobrym. Zwróć uwagę, że napisałam „nadmierna”. Z tych trzech Twoich wariantów wybieram zdecydowanie drugi. „Antychryst” to tylko film, fikcja, nie dokument, w dodatku dość odrealniony. Za wiele widziałam, by ta bajka mogła mnie aż tak dotknąć. Na drastyczne sceny, jak napisałam, zamykałam oczy – mam bogatą wyobraźnię i to wystarcza :) Trzeci wariant odrzucam zupełnie, wydaje mi się zabawny w stosunku do mnie właśnie :) Czemu jeszcze ten film mnie wyciszył? Bo spodziewałam się większej gry na nerwach i emocjach, jakie zaserwowały mi tego samego autora np. „Przełamując fale”, „Idioci” czy „Dogville”, które uważam za zdecydowanie lepsze od „Antychrysta” i naprawdę wstrząsające. „Antychryst” to przy nich pestka, a dodatek paru drastycznych scen nie zmienia mojego odczucia. Podobnie za wstrząsającą uważam scenę kręcenia uczty w slumsie indyjskim z „Five Obstructions” – to mnie o wiele bardziej porusza i zapada w pamięć, niż fikcyjna bohaterka obcinająca sobie łechtaczkę.

        • Logos Amicus Says:

          „Nie bardzo lubię takie spekulowanie na temat osoby, którą się zna słabo, tak jak Ty to uczyniłeś.”
          Ja również. Dlatego zrobiłem to z zastrzeżeniem – starałem się być ostrożny i Cię nie urazić.

          „… a w dodatku nie jestem na kozetce u psychologa i nie muszę się uzewnętrzniać.”
          Nie musisz, ale sama napisałaś coś, co w sposób bezpośredni dotyczyło Ciebie samej i Twojej psychiki: „Lęki bohaterki nie są moimi lękami, to były obawy osoby chorej psychicznie, a ja jestem zdrowa. I potrafię sobie radzić z własnymi emocjami lepiej niż czasem mi się wydaje. A czasem też moje emocje pozytywnie mnie zaskakują…”
          Poza tym czy nie uważasz, że pisząc bloga (zwłaszcza o własnym odbiorze sztuki), „uzewnętrzniamy się” czasem jak na „kozetce u psychologa”?
          Czy możesz zaprzeczyć, że robiąc to, uprawiamy coś w rodzaju duchowego (umysłowego) ekshibicjonizmu?

          PS. Przekonałaś mnie swoimi porównaniami (zestawieniem) „Antychrysta” z innymi filmami Larsa von Triera. Na mnie także bardziej działa większa psychologiczna (myślowa) subtelność przekazu, niż obrazowa dosadność i zbyt oczywista dosłowność.
          Ale mimo wszystko uważam, że w „Antychryście” nie wszystko jest takie ordynarne, jest tam także pewna zagadkowość i tajemnica (i to w dość dużej dawce), a nawet swoista… poezja ;)
          Ten film jest jednak niezwykle wieloznaczny (sama wszak stwierdziłaś, że „całą książkę można by o nim napisać”.)

  12. Chihiro Says:

    Logosie, oczywiście, że uzewnętrzniamy się pisząc bloga, ale jest różnica w pisaniu notki (gdy to ja decyduję co napisać o sobie u siebie) i w odpowiadaniu na czyjeś pytania na nieswoim blogu. Ja tak to przynajmniej widzę.
    Nie uraziłeś mnie zupełnie, nie martw się :) Z notkami na blogu bywa też tak, że pisze się, gdy ma się nastrój i samemu stawia sobie granice. Z komentarzem na czyimś blogu, zwłaszcza gdy dotyczy wymiany myśli bądź uczuć, już tak prosto nie jest… Choć oczywiście można się zamknąć i w ogóle nie komentować albo zignorować pytania, ale ja tak nie robię, przynajmniej nie świadomie (choć pewnie bywa niechcący, że przeoczę czyjąś odpowiedź na mój komentarz).

    PS. Cieszę się, że Cię przekonałam :) Nie, ja też nie uważam, że ta dosłowność u von Triera jest ordynarna, ale jest… dosłowna. W innych filmach był bardziej subtelny, np. w „Przełamując fale” nie pokazał sceny gwałtu na bohaterce na statku, choć można sie domyślać, że była brutalna i byłaby przykra w odbiorze. „Idioci” bywali bardzo dosłowni, ale w inny sposób, tam ból miał raczej charakter psychiczny, wyłącznie psychiczny, np. w ostatniej scenie.
    Natomiast z tego, co czytałam, „Antychryst” jest najbardziej osobistym filmem reżysera i zapewne wszystko, co tam ujął ma znaczenie dla niego albo miało w terapii – nawet jeśli twierdzi, że niektóre sceny pojawiły się „bez logiki”. Podświadomość na pewno podpowiadała mu, jaką scenę zamieścić i jak to zrobić… Zabawa w szukanie klucza/y do tego filmu jest ciekawa i z przyjemnością przeczytałam Twój tekst i komentarze Twoich gości.
    Pozdrawiam serdecznie!

    PS. Będą notki o Chinach? Nie mogę się doczekać, aż przeczytam coś o Twoich wrażeniach.

    • Logos Amicus Says:

      “…nie uważam, że ta dosłowność u von Triera jest ordynarna, ale jest… dosłowna”
      Tak, jest dosłowna. Choć to przecież nie wyklucza wieloznaczności. I chyba również z tym się zgadzamy, bo film jest jednak otwarty na przeróżne interpretacje.
      Oczywiście – obrazy twórcom (także i filmowym) często nasuwają się właśnie “bez logiki” (choć psychoanaliza chciała usilnie wprowadzić do tej spontaniczności ludzkiej psychiki jakiś “klucz” – podejrzewam w tym kontekście, że taki Freud albo może nawet Jung, gdyby tak mogli zinterpretować vontreirowskiego “Antychrysta”, to by zaszaleli i piszczeli z ekscytacji ;) – boć to przecież psychiczna wiwisekcja jakich mało.

      PS. Chiny (wraz z Tybetem) czekają na swoja kolej. Teraz jakoś muszę się “ogarnąć” z innymi sprawami.
      Na razie “lecą” wpisy filmowe, ale to z rozpędu, bo przygotowałem je już dawno.
      Liczę na cierpliwość tych, którzy tu zaglądają :)

      • Chihiro Says:

        Och, och, och, byłeś w Tybecie!!! Miejscu, o którym marzę od dawna!!! Jak ja Ci zazdroszczę – ale tak pozytywnie :) A ja z kolei przygotowałam już długą notkę na blog o filmach o Tybecie i jestem w trakcie pisania tej o książkach o Tybecie, co za zbieg okoliczności.
        Powodzenia w „ogarnianiu” wszystkich spraw.

  13. markucjo Says:

    No to może jeszcze jedna opinia, tym razem Małgorzaty Szumowskiej:
    „To jeden z najbardziej niezwykłych filmów jakie widziałam, równocześnie jeden z najmocniejszych horrorów porównywalnych z „Lśnieniem”. (…) Ten film jest straszny i piękny zarazem, niezwykle piękny… to chyba jest w nim najdziwniejsze. Wiem, że podzieli publiczność jak żaden inny, będzie uwielbiany i nienawidzony: pewnie o to chodziło Larsowi von Trierowi i osiągnął to… na najwyższym poziomie.”

  14. eroica Says:

    Lars „von” Trier is not to be taken as a film maker at all. His value is a provocateur, and as a living glorious insult to all those awful career directors who toe the line. His films are almost impossible to watch, but in a completely different way to those time-serving sycophants. I hate his movies, but am glad that he exists.

    • Chihiro Says:

      Eroica, who do you mean that you call „those awful career directors”? And why do you hate von Trier’s films? I’m simply curious.
      PS. It’s interesting how you chose to use American rather than British English making no distinction between „films” and „movies” with regards to Lars von Trier…

    • Logos Amicus Says:

      eroica, you can be provocateur and a film-maker at the same time.

      „I hate his movies, but am glad that he exists.”
      So, in fact you do take him as a „movie”- maker, whose films, by the way, you „hate”.
      But how can you value him as a provokateur and not to value his films?

  15. georgeeliot Says:

    A wszystko dzieje się przy boskich dźwiękach arii „Lascia Ch’Io Pianga” Haendla.

    Może reżyserowi chodziło nie tylko o piękne muzyczne tło, ale przede wszystkim o słowa tej arii:

    Pozwól mi płakać nad mym okrutnym losem
    i tęsknić za wolnością,
    Niech ból zerwie więzy mojego cierpienia

    To jakby streszczenie tego, co dalej dzieje się w filmie.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście te słowa dokładnie odzwierciedlają to, co przydarza się bohaterom „Antychrysta”.

      Ale myślę, że oprócz tych słów, dla von Triera równie ważne było owo „piękne muzyczne tło” z Haendla.

      Dziękuję za ten fragment, (który pojawił się już zresztą w jednym z poprzednich komentarzy – w nieco innym tłumaczeniu).
      A arii warto posłuchać:



  16. Maille Says:

    Hah, ja również uśmiechnęłam się do ekranu z nieco sarkastycznym wyrazy twarzy, gdy usłyszałam „rządzi chaos”. Jednak przez większą część byłam nieco przerażona. Początek zdecydowanie najlepszy, jednak główni aktorzy nieco mnie irytowali. W skali 1-10 dałabym jednak mocne 7. A recenzje Twoją komentuję dopiero teraz, gdyż najpierw chciałam obejrzeć film. Muszę przyznać, że tytuł i jeden z kadrów zamieszczonych na początku mnie do tego zachęcił ;)

    Pozdrawiam!

    • Logos Amicus Says:

      „Muszę przyznać, że tytuł i jeden z kadrów zamieszczonych na początku mnie do tego zachęcił…”

      No proszę, a innych odstraszył :)

      • Maille Says:

        Haha! Napisałabym „co kto lubi!” ale to chyba nie będzie do końca na miejscu… :)
        Niemniej jednak, Twoje wpisy są bardzo inspirujące! Czekam niecierpliwie na coś, co zdążyłam także oglądnąć bądź przeczytać wcześniej!

        Pozdrawiam serdecznie!

  17. Sigil of Scream Says:

    Niestety mnie Antychryst nie urzeka – może dlatego, że wyczuwam w nim wybitnie chorobliwy wzorzec. Jeśli jednak faktycznie powstał w okresie, gdy jego twórca znajdował się w depresji tajemnica wyjasnia się… Jest to jednak dla mnie kolejnym dowodem na to, iż nie należy uszczęsliwiać odbiorców wylewając im włąsne brudy na głowę. Jak dla mnie energia obecna w tym filmie jest histeryczna, niezdrowa i chwilami wręcz poraża mnie płytkością. Nie umiem tego nazwać inaczej. Liczyłem na jakiś film o mrocznej kobiecej sile, lub o powrocie do pierwotnej natury, a zamiast tego obejrzałęm gniot, którego symbolika jest wręcz prymitywna i nie mówi prawdziwego nic o sprawach, które wydawałoby się, że porusza.

  18. PRZETRWANIE I ZEMSTA – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Kościół Szatana, jak wyrażał się o Naturze Blake (a co ukazał np. Lars von Trier w swoim „Antychryście”). Już bliżej tu do ujęcia Natury przez Malicka w „Drzewie życia”, gdzie człowiek […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s